Diada de Sant Jordi

Nie ma lepszego dnia na pierwszą książkową recenzję na blogu, niż Diada de Sant Jordi. W Katalonii tego dnia kobietom prezentuje się róże a mężczyznom książki. Na świecie właśnie 23 kwietnia, czyli na Świętego Jerzego oraz dniu śmierci Miguela Cervantesa, obchodzi się Międzynarodowy Dzień Książki. W każdym razie Katalończycy byli pierwsi, więc na pierwszy ogień idą dwie książki z Katalonią w tle.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Liczy się zespół. Louis van Gaal
Autor: Maarten Maijer
Wydawca: Galaktyka

Świetna postać, ale duży zawód. Książka o Louisie van Gaalu zaczyna się od słabego wstępu, potem jest niewiele lepiej. Rozdział wprowadzający jest nieciekawy, irytująco przypomina początek wypracowania. Można przeczytać m.in. o idei sportu starożytnych Greków, na kilkanaście linijek cytowany jest też statut FIFA. Potem narracja jest chronologiczna, nie ma żadnych zaskoczeń.

Mnie najbardziej zawiodło zdawkowe potraktowanie drugiego okresu pracy van Gaala w Barcelonie. Zostawienie tego klubu na 12 miejscu w tabeli to jednak duża sprawa. Opis tamtego sezonu zajmuje w książce półtorej strony. Pod koniec książki jest jeszcze kilkudaniowy fragment, że przygoda z 2002 roku to największa porażka w karierze Holendra. I właśnie dlatego chciałbym dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej. Co więcej, okresowi pracy w Bayernie Monachium poświęcono więcej miejsca, niż niesamowitej kadencji w Ajaksie.

Sporo jest też zwykłych błędów – Manchester United powstał w 1978 roku, przeczytałem też o EURO 2006. Jedna z pomyłek jest zupełnie kuriozalna. Następcą Johana Cruyffa w Barcelonie jest zdaniem autora Bobby Moore. Po takim błędzie książkę aż chce się odłożyć na półkę.

Kolejny problem to kalki z języka angielskiego – trener wyznaczał zasady w zespole, żeby zawodnicy „nie przekraczali linii”, „słaby remis”, poważne zmiany są „dramatycznymi”. Przede wszystkim książka jest płaska, sprawia wrażenie pisanej zza biurka. Autor we wstępie pisze, że podróżował do miast, w których van Gaal mieszkał, rozmawiał z jego zawodnikami, współpracownikami i sąsiadami. Z tekstu nic takiego nie wynika. Wszystkie cytaty wyglądają na zaczerpnięte z ogólnodostępnych źródeł. Ani razu nie miałem wrażenia, że autor gdzieś pojechał i zdobył jakąś wypowiedź osobiście. Obstawiam, że naprawdę tak nie było.

Nie oczekiwałem niczego na poziomie „Brilliant Orange” Davida Winnera, bo taka książka jest tylko jedna. „Liczy się zespół” jest jednak książką słabą, niepogłębioną. Sprawia wrażenie napisanej na szybko, by wypełnić lukę na brytyjskim rynku. Kibice Manchesteru United, którzy chcieli poznać nową postać w Premier League na pewno ją kupili.
Na plus cena – w Biedronce 25 zł.

Tytuł: A Life too Short: The Tragedy of Robert Enke / Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk
Autor: Ronald Reng
Wydawca: Yellow Jersey Press / SQN

Pamiętam ten mecz z Noveldą. W 2002 roku ze spotkań Copa del Rey można było obejrzeć tylko bramki, ale w tym wypadku to wystarczyło. Robert Enke był tego dnia niepewny, wpuścił trzy gole a cała drużyna Barcelony skompromitowała się odpadając z pucharu w meczu z trzecioligowcem. Frank de Boer zamiast spojrzeć na błędy swoje i kolegów z obrony, ogłosił, że winnym porażki był debiutujący bramkarz.

Dla Enke to był moment przełomowy. Już wcześniej zżerała go presja, nieustannie podważał własne umiejętności, tuż po podpisaniu kontraktu z Benficą chciał go rozwiązać. Ale mecz z Noveldą prawdopodobnie zapoczątkował jego depresję. Siedem lat później zginął pod kołami pociągu.

„Spalony” Krzysztofa Stanowskiego, która też zaczyna się od próby samobójczej, jest książką świetną i naprawdę mocną. Ale „Życie wypuszczone z rąk” stawiam wyżej. To jedna z najlepszych książek sportowych, naprawdę poruszająca. Ronald Reng metodycznie, dzień po dniu, opisuje kluczowe dni z życia Enke. Stara się wejść w jego głowę i robi to z wielkim taktem. Książka nie udałaby się, gdyby najbliżsi bramkarza – żona, agent, rodzina i przyjaciele, nie opowiedzieli tej historii ze wszystkimi szczegółami. Enke od lat chciał, żeby Reng napisał o jego depresji. Stało się to dopiero po śmierci bramkarza.

Książka, tak jak świat Enkego, kręci się wokół futbolu, ale wykracza dalej. Bez niej pewnie nie byłoby rozmowy Pawła Wilkowicza z Justyną Kowalczyk. U Renga depresja jest czarną siłą, która zżera człowieka od środka. Robert Enke nie widział dla siebie wyjścia – leczenie w szpitalu zrujnowałoby jego pozycję i uniemożliwiło wyjazd na mundial. Dalsze funkcjonowanie też było nie do zniesienia.

Ronald Reng nie ocenia. Relacjonuje kolejne dni życia Enke, aż do tych ostatnich, gdy łatwiej wstawało mu się z łóżka, gdy częściej się uśmiechał. Bo wiedział, co wydarzy się 10 listopada 2009.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.