Miesięczne archiwum: Sierpień 2015

Barcelona będzie cierpieć

Trwałość pamięci, Dali

Sergi Roberto, Rafinha, Sandro i Munir. Ta czwórka będzie wchodziła z ławki, by jesienią odwrócić losy meczów Barcelony. Do stycznia Barcelona zdąży pojechać na Bernabeu, Vicente Calderon, Mestalla i Sanchez Pizjuan. Za każdym razem, gdy wynik będzie niekorzystny, wejdzie któryś z tych piłkarzy. Jeśli pojawi się choć jedna kontuzja, ktoś z nich wskoczy do podstawowego składu. Przedsmak mieliśmy podczas Superpucharu Hiszpanii. Nie wynik bolał najbardziej, ale widoczne gołym okiem braki w najstarszym zespole w historii tych rozgrywek (29 lat, 256 dni).

Dziury w kadrze Barcelony dostrzegałem już w poprzednim sezonie. Czarny scenariusz nie sprawdził się z kilku powodów – zespół był w rewelacyjnej formie fizycznej, wszyscy byli zdrowi, Rakitić rósł wraz z przebiegiem sezonu, przebudzili się Alves i Iniesta, a ofensywne trio było nie do zatrzymania. Okazało się, że pomoc nie musi być szczególnie kreatywna, gdy w ataku gra trzech z czterech najlepszych napastników świata, a jeden z nich jest też najlepiej podającym.

Już rok temu Barcelona miała najstarszą jedenastkę w lidze. W tym okienku kupiła 26-letniego Aleixa Vidala, który na razie będzie się uczył i Ardę Turana, któremu jakości nie brakuje. Turek wraz z bonusami kosztował 40 mln euro i zadebiutuje na trzy tygodnie przed 29. urodzinami. Real Madryt poszedł zupełnie inną drogą. Za kilka lat w Madrycie wciąż będą mogli grać Kroos, James, Czeryszew, Danilo, Casemiro, Isco, Carvajal, Jesé, Varane, Asensio lub Kovacić. Przyjście tego ostatniego wydaje się zbędnym luksusem, ale jeśli się nie sprawdzi, to i tak odejdzie przynajmniej za 20 mln euro. Barcelony niczego nie nauczyły transfery piłkarzy do Anglii. Krocie kosztowali przecież piłkarze, którzy z Hiszpanii chcieli odejść (Yaya Toure, Cesc Fabregas) lub uznawano, że na ich miejsce są lepsi (Alexis Sanchez). Do Barcelony przychodzili jako młodzi gracze.

Jeśli Arda Turan okaże się świetny, to za cztery lata i tak odejdzie za darmo. To samo dotyczy dwóch zawodników z poprzedniego okienka. Po latach poszukiwań stopera sprowadzono 30-letniego Mathieu i 28-letniego Vermaelena. Były to transfery krótkoterminowe, szczególnie chybione przy zaawansowanym wieku dwóch pewniaków w defensywie – Daniego Alvesa i Javiera Mascherano. Za chwilę całą obronę trzeba będzie przebudować. Zostaną tylko Pique i Alba. Marc Bartra prawdopodobnie będzie musiał poszukać szczęścia poza Katalonią.

Rolę zmiennika Alby okupuje uniwersalny, ale elektryczny w defensywie 31-letni Adriano. Niedługo ma podpisać nowy kontrakt, choć na boisku nie pokazuje niczego, czym by na to zasłużył. Blaugranę czeka rewolucja. Patrząc na obecną kadrę, za pięć lat może w niej zostać pięciu piłkarzy. Na tle Realu drużyna U-25 Barcelony prezentuje się marnie (Douglas, Vidal, Bartra, Neymar, Ter Stegen, Sergi Roberto, Rafinha, Sandro, Munir, Halilović, Samper).

Historia wielkich drużyn to cykle, które niewielu udawało się przedłużyć. W obecnej Barcelonie pierwszą jedenastkę i rezerwowych dzieli przepaść. Ale w klubowych biurach panuje spokój. Po tryplecie kampania wyborcza była spokojna. Konserwatywni wyborcy nie lubią zmian, Joan Laporta nie wyglądał na zdeterminowanego, a reszta kandydatów to folklor. Teraz Barca straciła dwóch z czternastu piłkarzy z największą liczbą minut – Xaviego i Pedro. O Katalończyku, najważniejszym piłkarzu w historii hiszpańskiej piłki, już powstają książki. Napastnik z Teneryfy jest niedoceniany. Ostatnie lata miał dużo słabsze, ale wciąż był ważnym ogniwem. Odchodzi z 20 trofeami i bramkami w 7 finałach. Jest trzecim najczęściej wykorzystywanym rezerwowym w historii klubu po Inieście i Amorze. Do stycznia ma go zastąpić Rafinha, potem Turan łatający też dziury w pomocy.

Patrząc na ceny na rynku, cele Barcelony i stan La Masii, 500 mln euro na przebudowę drużyny może nie wystarczyć. Problem w tym, że jeszcze więcej, bo ponad 700 mln ma kosztować nowy stadion. Budowa Camp Nou w latach 50. okupiona była wieloma chudymi latami i żmudnym spłacaniem długów. Przy braku planowania, z nowym Camp Nou może być podobnie.

Roy Keane. Lost in translation

Tytuł: Druga połowa
Autorzy: Roy Keane, Roddy Doyle; tłumaczenie Anna Wajs-Magierska
Wydawca: Buchmann, 2015

Okładkowy napis reklamujący „Najbardziej skandalizującą autobiografię roku!” (tak, tak, z wykrzyknikiem), nieco przypomina hasło „Najśmieszniejszą komedię sezonu” z filmowych trailerów. Zazwyczaj dotyczy komedii kompletnie nieśmiesznych.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Z książką Roya Keana jest podobnie. Użycie słowa „fucking” w różnych konfiguracjach to chyba nie skandal. W treści „Drugiej połowy” też nic wstrząsającego nie dostrzegam, choć wspomnienia Roya Keana na pewno są szczere. I to duży plus książki. Keane najwięcej miejsca poświecił swojemu odejściu z Manchesteru United. Dokładnie opisuje swoją wersję zdarzeń z 2005 roku, gdy krytyka kolegów w niewyemitowanym materiale dla klubowej telewizji doprowadziła do jego odejścia z klubu po 12 latach gry. Irlandczyk analizuje szereg mniejszych incydentów, nie ukrywa, że ma żal do Aleksa Fergusona. Ten wątek i historia półrocznego pobytu w Celtiku Glasgow, gdy zmęczone setkami meczów ciało nie radziło sobie nawet z grą w szkockiej lidze, to najlepsza część książki.

Keane niemal od razu został trenerem, zaliczył świetny debiutancki sezon. Przejął mający na koncie pięć porażek Sundarland i wygrał Championship. Zwolniono go po 5 miesiącach pracy w Premier League. Szybko dostał ofertę z Ipswich Town, gdzie pracował niemal dwa lata. W sumie książka obejmuje sześcioletni okres kariery Irlandczyka. To niewiele, momentami jakby brakowało prochu.

W 2002 roku Keane wydał swoją pierwszą autobiografię. Obszerna, dobrze napisana książka stałą się bestsellerem. Nie ma szczególnych powodów, by po drugą książkę Keane’a sięgnęli ludzie, którzy nie są kibicami Manchesteru United, Sunderlandu lub Irlandii. Keane wymienia zupełnie anonimowych dla mnie strzelców bramek dla Ipswich, szczegółowo opisuje który zawodnik spóźnił się na zbiórkę, kto zaspał na trening. Brakuje głębszej perspektywy, choć Keane sam pisze, że piłka to dla niego prosta gra. Powołuje się na Briana Clougha i podkreśla, że piłkarskich spraw nie należy zbytnio komplikować. Zabawnie momentami brzmią jego rozważania na temat pieniędzy, gdzie tłumaczy, że po latach zarabiania milionów musi rozglądać się za dobrze płatnymi zajęciami, by pojechać z rodziną na wakacje.

Mocnym elementem są opowieści o pierwszych krokach w zawodzie managera. Keane tłumaczy z jakimi problemami się borykał, jakie miał wątpliwości, co sam zrobił źle, a gdzie jego zdaniem inni podłożyli mu nogę. Szczerze tłumaczy też dlaczego nie podoba mu się praca telewizyjnego eksperta. Ten wątek jest dość niecodzienny, bo zapewne w telewizji jeszcze nie raz się pojawi, a widz będzie wiedział, że Keane przed kamerą tak naprawdę nie chce siedzieć. Ale trzeba przyznać, że Irlandczyk nie ukrywa swoich opinii.

Przyjemność z czytania niszczy fatalna jakość tłumaczenia. Najwyraźniej nikt obeznany w terminologii piłkarskiej nie przeczytał książki przed drukiem. Czytam więc o „międzynarodowym Holendrze” (czyli grającym w kadrze), „starciu z krwawym Davidem Jamesem (sprawdziłem, w oryginale bramkarz był rzecz jasna „bloody”, nie chodziło o broczenie krwią), „pierwszym etapie rozgrywek półfinałowych Pucharu Anglii”, „publikowaniu wyników meczów” (chodzi o terminarz), bramkach padających „z odbicia” (dobitka) i „z zacięcia”(?), „stratach meczów” (porażkach), 92. pozycji zespołu, meczu derby (zamiast derbowym), czy o „trafianiu za pierwszym razem” (z kontekstu wynika, że chodzi o „first touch”). Niektóre wywody są zupełnie niezrozumiałe, pełne błędów logicznych. Sprawny redaktor znający temat miałby pełne ręce roboty.

Tytuł: Srebrni chłopcy Zagórskiego
Autorzy: Łukasz Cegliński, Maciej Cegliński
Wydawnictwo: Studio AWP

To książka o czasach, gdy polska prasa marudziła, że nasi koszykarze co prawda wygrali z Hiszpanią, ale zbyt nisko. Kiedy Real Madryt świętował 35-lecie sekcji na jubileuszowy mecz wytypował 20 europejskich koszykarzy. W tej grupie znalazło się trzech Polaków.

Serię zwycięstw biało-czerwonych na parkietach całego świata rozpoczęło zdobycie srebrnego medalu na ME we Wrocławiu w 1961 roku. Potem były dwa brązowe medale w ZSRR i Finlandii, piąte miejsce na mistrzostwach świata oraz trzy kolejne występy na igrzyskach. Brak awansu na igrzyska w Montrealu w 1976 uznano za wyczerpanie się formuły. Trener Witold Zagórski zrezygnował.

Książkę napisali ojciec i syn. I w niektórych frazach styl Marka Ceglińskiego da się wyczuć. Teraz pisze się trochę inaczej. Główną osią książki są mistrzostwa Europy we Wrocławiu. Od epidemii ospy, z którą zmagało się miasto, przez relację autora plakatu imprezy, organizatorów, widzów i samych koszykarzy. Autorzy odwiedzili wszystkich żyjących członków tamtego zespołu. Wychodząc z opisu danego meczu skręcają w kierunku opowieści o konkretnych zawodnikach. Wtedy gwiazdach sportu, dziś emerytach, często emigrantach. Anegdoty sypią się jedna za drugą. Do najciekawszych należą te o realiach sportu w PRL-u i kontaktach z koszykarzami NBA. W 1964 roku na serii meczów w Polsce pojawili się Russell, Cousy, Oscar Robertson, Jerry Lucas. Drużyną dowodził sam Red Auerbach. Ceglińscy zajrzeli nawet do dokumentów IPN-u. Kto wiedział, że jedyny Polak w galerii sław FIBA został rzucony na odcinek sportu po pracy w bezpiece?

Witold Zagórski osiągał sukcesy przed Kazimierzem Górskim i Hubertem Jerzym Wagnerem. Kiedy zakończył 14-letnią kadencję miał tylko 45 lat. Wyemigrował do Austrii, o jego sukcesach w kraju przypominano rzadko. W powszechnej świadomości kibiców jego nazwisko nie funkcjonuje. Znają je fachowcy, ale prekursor i twórca jednej z najlepszych drużyn świata ma prawo czuć się zapomniany. Ma szczęście, że o sukcesach jego drużyny opowiada świetnie napisana książka.