Klose trafił na równego sobie [RECENZJA]

Tytuł: Miro. Oficjalna biografia Miroslava Klose
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo:  Zysk i S-ka, Poznań 2019

Futbol widział wielu napastników lepszych od Miroslava Klose. Żaden z nich nie strzelił więcej goli na mistrzostwach świata. Na absolutne wyżyny wspiął się też autor jego biografii, Ronald Reng.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Porównywanie piłkarza, którego zapisał się w historii piłki i znają go setki milionów osób, z autorem książek sportowych może się wydawać szalone. Jeśli sukces mierzymy kwotą na koncie lub sławą, zestawienie musi wygrać 137-krotny reprezentant Niemiec. Śmiem twierdzić, że w swojej dziedzinie dokonania Renga są niewiele gorsze. W dodatku, w przeciwieństwie do napastnika, nie miał jeszcze słabszego sezonu.

Książki sportowe to nisza, w której siedzę od ponad dwóch dekad. Wiem, że nie zmarnuję czasu na czytanie zdań, które wypłynęły spod rąk Jonathana Wilsona, czy Davida Goldblatta. Obaj opowiadają historie w szerokim planie. Reng skupia się na jednej osobie i stapia z bohaterem. Na blogu zachwycałem się wydanymi w Polsce książkami o Robercie Enke i Heinzu Höherze. Równie wybitna jest spowiedź Larsa Leese. W swoim debiucie Reng napisał o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał.

Książka o zdobywcy 16 goli na mundialach rozpoczyna się od fenomenalnego rozdziału o 20-letnim czeladniku ciesielskim, który mundial we Francji oglądał jako piłkarski amator. Tamtego lata trafił właśnie do rezerw FC 08 Homburg, czyli awansował z 7. ligi do 5.

„Z rusztowania przeskakuje na płatew kalenicową, jak w fachowym języku nazywa się najwyżej położoną belkę więźby dachowej. Stoi bez trzymania na drewnianej belce, osiem metrów nad ziemią, i przez tę krótką chwilę, dopóki operator dźwigu nie dostarczy mu w powietrzu następnej krokwi, Miroslav Klose ma czas, by popatrzeć z wysokości na świat”.

Kiedy Ronaldo zdobywał zdobywał gole w drodze do finału, Klose mieszkał z siostrą w jednym pokoju, marzył o BMW M3 i zasuwał na budowie. Jego planem na życie był własny zakład ciesielski. Cztery lata później Klose i Ronaldo stanęli naprzeciw siebie w finale mundialu. Brazylijczyk miał wtedy na koncie 6 goli, Niemiec 5.

Zobacz także: W Monachium trenują po sąsiedzku [Z PODRÓŻY]

W Niemczech, gdzie system szkolenia wyławia każdego, kto ma szansę zostać zawodowcem, Klose był jedynym reprezentantem z amatorskiego klubu. Przebił się do Bundesligi, bo miał świetny start do piłki i fenomenalnie grał głową. Choć na najwyższym poziomie jego ograniczenia techniczne rzucały się w oczy, nadrabiał analizą gry. Szybko się dostosowywał, czytał przeciwników i reagował. Kojarzony z pobicia mundialowego rekordu Ronaldo, zawsze był graczem zespołowym. Reng portretuje cichego, skromnego chłopaka z Kusel. Urodzony w Opolu, kilka pierwszych lat życia spędził we Francji. Kiedy jako 8-latek trafił do RFN, nie mówił po niemiecku.

Dziś napastnik urodzony w Opolu jest trenerem. W Bayernie dalej zaskakuje pokorą. Kiedy w drużynie U-17 szło mu tak dobrze, że zaproponowano mu drużynę wyższej kategorii wiekowej, odmówił. Tłumaczył, że ma czas. W 2020 roku został asystentem trenera pierwszego zespołu. Pomału w górę, jak na boisku. Ale dopiero gdy uznał, że jest gotowy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zobacz także: Olimpijski dach demokracji [Z PODRÓŻY]
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Dwóch zgryźliwych tetryków [RECENZJA]

Tytuł: Najlepszy trener na świecie
Autor: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
Wydawnictwo:  W.A.B. 2018

Tytuł: On, Strejlau
Autor: Jerzy Chromik, Andrzej Strejlau
Wydawnictwo:  Sine Qua Non, 2018

Dwa wywiady-rzeki. Pojedynek żwawych 80-latków, którzy nie powiedzieli ostatniego słowa. Ciekawe życiorysy, wzajemne przytyki, stare spory, a w tle największe sukcesy polskiej piłki. Gmoch – Strejlau 1:0.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Werdykt korespondencyjnego pojedynku dwóch zgryźliwych tetryków wydałem na podstawie subiektywnych kryteriów. Książkę Gmocha polecam, a rozmowa ze Strejlauem fragmentami rozstraja, niczym zbyt długa rozmowa dwóch mężczyzn, którzy znają się ponad pół wieku. Specyficzna forma męczy. Ze Strejlauem do wspominkowej pogawędki, zasiadł jego druh, Jerzy Chromik. Autor słynnej rozmowy z Dariuszem Dziekanowskim w „Sportowcu” oraz konsultant „Piłkarskiego Pokera” dziś publikuje m.in. na sport.tvp.pl. Ma rozpoznawalny styl.

Masz sporo fotografii z najważniejszymi ze świata polityki. Są takie do spalenia w piecu od ręki.
– Nie ma już pieców kaflowych.
Można to zrobić w dużej popielniczce.
– Od kiedy nie palę, trudno w domu o popielniczkę.
Polska-Ukraina podczas EURO 2016 oglądałeś w ogrodzie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
– Michał Pol mnie namówił.
Miło było?
– Był chyba Sebek Mila.
(…)
A w golfa kiedyś grałeś?
– Nie, ale lubię golfy.
Wiem, półgolfy też. Masz znajomego sprzedawcę, który ma je zawsze w dobrych cenach jesienią.
– Potrzebujesz na zimę?
Dwa wełniane wziąłbym od ręki.
– Dam ci telefon do pana Waldka. Zadzwoń i powołaj się na mnie.
A spłuczka w ubikacji działa?
– Znów chcesz mi dokuczyć.
Dwie lewe ręce.
– Mam też prawą, ale nie biorę do niej śrubokręta. Bo śruba i okręt to razem śrubokręt.

Mnie ten ping-pong, gdzie liczy się „kojarka” i lingwistyczne zabawy, trochę zmęczył. Przyjmuję jednak, że styl Chromika może trafić do starszego czytelnika. Z tego miszmaszu w pamięć zapadają opowieści Strejlaua u budowaniu życia w Warszawie Gomułki i Gierka.

Pierwsze wspomnienia to wojna. Matka trafiła do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Kiedy wychudzona, z tobołkiem na ramieniu, po 5 latach wróciła do domu, zastała w nim męża, dzieci oraz obcą kobietę. Ta ostatnia musiała się od razu wynieść. Andrzej Strejlau, syn trenera boksu, grał w piłkę nożną i szczypiorniaka. Po studiach został na AWF-ie. Rzeczywistość tamtych czasów – przechodni pokój w domu bez bieżącej wody, gazu i z piecem opalanym węglem.

Strejlau poznał Jacka Gmocha w 1965 roku. W książce tłumaczy, że kolega po fachu niczego nie wymyślił, był tylko kontynuatorem badawczego podejścia do piłki. Słynny bank informacji zbudowali naukowcy z AWF-u, a plan przygotowań do Igrzysk w Monachium stworzył Jerzy Talaga, a nie Gmoch. A u Górskiego był przez pewien czas na doczepkę.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Były trener Panathinaikosu, Olympiakosu i AEK-u swoją książkę wydał rok wcześniej, niż kolega ze sztabu „Orłów Górskiego”, w 2018 roku. Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke, czyli wywiadowcy z „Playboya” to najwyższa krajowa półka. Gmoch wszystko przewidział, wymyślił jako pierwszy, a jeśli przegrał, to przez błędy innych. Albo tak naprawdę wygrał. Ta przesada ma jednak swój urok, poczynając od tytułu książki.

Wiele tu refleksji nad sobą, światem oraz bardzo często, przemijaniem. Gmoch odmalowuje dziecięce czasy w Pruszkowie, Legię lat 60. i grę w reprezentacji. Kiedy zderzył się z Marianem Szeją i Joachimem Marxem w towarzyskim meczu, kość nogi roztrzaskała się na siedem fragmentów. Gmoch z werwą opowiada o latach 70., partyjnych grach, życiu w Grecji. Dla niego książka to rozliczenie z samym sobą.

Po premierze przepytywanego punktowano za rozmijanie się z faktami. Możliwe, że nie bez udziału świadomości. Zrobił to jednak z wielkim wdziękiem.

Zobacz także: Stadion w Atenach. Marmurowe piękno [Z PODRÓŻY]
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Kosowo w stolicy Europy [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal

W klubowym herbie dwugłowy czarny orzeł na czerwonym tle. Piłkarze w czerwono-czarnych koszulkach rozmawiają ze sobą po albańsku. Grają u siebie, w Brukseli.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Widziałem już mecz w Kosowie, a w Berlinie emigrancką namiastkę reprezentacji kraju przodków. W Brukseli wybrałem się na spotkanie drużyny z Bałkanów. Zalążek albańskiej społeczności w Belgii budowała 700-osobowa grupa, którą w 1956 roku wygnał z kraju Enver Hoxha. 8 lat później widocznym znakiem obecności Albańczyków został zbudowany ze składek pomnik Skanderbega, XV-wiecznego bohatera narodowego. Stanął w dzielnicy Schaerbeek. To jedna z 19 brukselskich gmin, blisko wielu europejskich instytucji, w tym np. Komisji. Kiedyś mieszkańcy na osłach wozili wiśnie wykorzystywane do produkcji trunków, dziś ci z południowej części ruszają do pracy w Parlamencie Europejskim lub NATO. Im dalej od centrum, tym wyższe bezrobocie, szczególnie wśród imigrantów.

Kosova Schaerbeek i Stade Chazal

W Brukseli mieszka ok. 40 tys. Albańczyków lub ich dzieci. Najwięcej w Schaerbeek. Klub powstał w 1989 roku. Najszybciej poszło z barwami. Wybór oczywisty – czerwień i czerń. W 2016 roku klub wygrzebał się z najniższych lig. Dziś występuje na piątym poziomie. Ma 22 grupy młodzieżowe, dwie ekipy weteranów oraz drużynę kobiet.

Zobacz także: Brukselski Messi [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Kosova Schaerbeek – Kosowo w Brukseli

Zobacz także: Brukselski gigant przy trzech lipach [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal

Zobacz także: Tutaj kopali wielcy Węgrzy [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Crossing Schaerbeek

Stade Communal Schaerbeek. Oryginalna, przeszklona, ściana trybuny poszerza perspektywę na kamienice.

Spacer z Stade Chazal na Stade Communal Schaerbeek trwa 15 minut. Oba stadionu są położone po dwóch stronach Parc Josaphat.

Zobacz także: Mecz w luksemburskim lesie [Z PODRÓŻY]

Sponsorem dzielnicowego klubu jest Burger King.

Za fuzjami belgijskich klubów trudno nadążyć. Royal Crossing Club de Molenbeek (początkowo z innej dzielnicy, Ganshoren), klub z 1913 roku, po pół wieku istnienia połączył się z Royal Cercle Sportif de Schaerbeek i przeniósł do Schaerbeek. Obecny twór powstał w 1969 roku z połączenia Royal Crossing Club of Molenbeek i Royal Cercle Sportif de Schaerbeek, a jego najnowsza wersja, Crossing de Schaerbeek, to rok 2012.

Stade Communal Schaerbeek

Stade Communal Schaerbeek powstał w 2010 roku. Ładnie wciśnięty między kamienice, a park. Przy okazji dłuższej wizyty w Brukseli można rzucić okiem. Jak na nowy, dzielnicowy obiekt wyszło całkiem zgrabnie.

Stade Communal Schaerbeek

W latach 90. pusty i niszczejący Stade du Crossing był atrakcją dla groundhopperów. Dziś, po zmianie nazwy obiektu, grają tu dwie drużyny – Crossing Schaerbeek i Renaissance Club Schaerbeek (spadkobieraca Racingu Club de Schaerbeek).

Stade Communal Schaerbeek

Zobacz także: Gent i Genk [Z PODRÓŻY]

Stade Communal Schaerbeek
Crossing Schaerbeek
Logo Brussels Football na logo stadionu w Schaerbeek.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W manchesterskiej szatni Guardioli [RECENZJA]

Tytuł: Manchester City Pepa Guardioli. Budowa superdrużyny
Autor: Pol Ballús, Lu Martín, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:  SQN 2020

To siódma na mojej półce książka o pracy Pepa Guardioli, pierwsza z okresu pracy w Manchesterze City. Trochę przesłodzona i mało zaskakująca.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Długo zastanawiałem się, jak blisko drużyny Guardioli znajdowali się przez trzy sezony Lu Martin i Pol Ballús. Trudno mi uwierzyć w deklarację, że drużyna stanowiła istotę ich pracy przez trzy lata. Jeśli tak było, to albo są słabymi dziennikarzami albo dział PR City Football Group wykreślił im połowę książki. Bliżej mi do hipotezy, że dostęp do zespołu mieli dość ograniczony.

Autorzy położyli nacisk w opowiadaniu o całej drużynie, a nie tytułowym trenerze. Konstrukcja jest poprawna – w kolejnych oddziałach przedstawiane są postacie kluczowe dla projektu Pepa. Najciekawiej Katalończycy portretują tych, którzy nie wchodzą na boisko. Aitor Beguiristáin i Manuel Estiarte opowiadają o swoich codziennych obowiązkach. Autorzy minimalnie odsłaniają kulisy przyjścia Guardioli do Manchesteru. Poznajemy też kilka jego codziennych rytuałów. Daję plusa za wymienianie nazw restauracji i pubów. Kibic jadący na mecz do Manchesteru, o ile portfel mu pozwoli, może teraz zajrzeć do kilku miejsc, gdzie wpadają ludzie związani z City.

Zobacz także: Recenzja książki „Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania”

Największym minusem książki jest absolutny brak informacji, które mogłyby zaszkodzić komukolwiek związanemu z klubem. Jako mocno zakręcony został przedstawiony Benjamin Mendy. Żadna to przecież nowość. Więcej nieprofesjonalnych, czy godnych krytyki zachowań ciężko przywołać. Przygody Yayi Toure zostały w książce pominięte. Co się działo z Toure? Jakie wnioski klub wyciągał z porażek w Europie? Dlaczego niektórzy zawodnicy musieli odejść? Tego się nie dowiadujemy. Wiemy natomiast, że Khaldoon Al Mubarak wielkim prezesem jest.

Zobacz także: Recenzja książki ” Che Pep”

Pep Guardiola
Pep Guardiola na City of Manchester Stadium podczas meczu ze Swansea City.

Zobacz także: Bieda i patologia, czyli Manchester City [Z PODRÓŻY]

Tytuł: 50 Teams That Mattered
Autor: David Hartrick
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

David Hartrick przyznaje, że książka o drużynach, które miały znaczenie, mogłaby równie dobrze mieć 75 albo 250 rozdziałów. Ich wybór był subiektywny. Chronologicznie zaczynamy od Sheffield z 1957 i Queens Park FC, dalej mamy wszystkie wielkie drużyny, aż do współczesności. O ile o Realu z lat 50., Brazylii z 1970 roku, Nottingham Forest Briana Clougha, czy Barcelonie Guardioli, nie dowiemy się nic nowego, to kilka rozdziałów otwiera oczy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Kto wiedział, że Pro Vercelli, drużyna, która zdominowała kilka pierwszych edycji mistrzostw Włoch, została pozbawiona szans na tytuł przez decyzję federacji? Piłkarze z Piemontu świętowali zdobycie tytułu dzięki lepszej różnicy bramek, gdy federacja zarządziła dodatkowy mecz z Interem. Jego termin pokrywał się z ćwiczeniami wojskowymi, w których brali udział niemal wszyscy zawodnicy z Vercelli. Tytuł powędrował do Mediolanu. Dziś siedmiokrotny mistrz Italii gra w Serie C.

Hartrick wyróżnił m.in. amerykańskie piłkarki. Zanim zagłębimy się w historię piłki za Atlantykiem i przyjrzymy się rekordowi, który pozostawiła po sobie Mia Hamm (158 goli i 144 asysty w 275 meczach reprezentacji), Hartrick opowiada o Anglii. W 1921 roku kobiecy mecz na Goodison Park oglądało 53 tys. osób. Krótko później FA zabroniła rozgrywania żeńskich meczów na ligowych stadionach. Zakaz obowiązywał do 1971 roku.

Na swój rozdział, między „Invincibles” Arsene’a Wengera i Barceloną, która zdobyła swój pierwszy tryplet, zasłużyło Los Angeles Galaxy. Jeszcze ciekawszy jest przypadek Enfield Town. Drużyna powstała w 2001 roku. Stworzyli ją kibice Enfield FC, którzy chcieli mieć zespół w swoim miasteczku. Właściciel klubu, któremu kibicowali, wyprowadził drużynę poza granice gminy Wielkiego Londynu. Podobna, ale o wiele bardziej znana historia Wimbledonu miała miejsce krótko później. Kibice z Enfield i ich drużyna z Essex Senior League, zasłużenie znaleźli się wśród 50 drużyn, których historię warto odnotować.

Książkę czyta się dość lekko. Na opowieść przypada średnio 7 stron, więc na każdy zespół mamy kilkanaście minut. Powierzchownie, ale dość zgrabnie. W sam raz, żeby powtórzyć podstawowe fakty lub dowiedzieć się, jaki temat warto zgłębić.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Pastwisko w Bratysławie [Z PODRÓŻY]

Štadión Pasienky, Bratysława.

Dopiero w 2019 roku stolica Słowacji doczekała się nowoczesnego stadionu. Wcześniej Slovan występował na obiekcie z charakterystycznymi masztami z logo Coca-Coli.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Zanim w 2019 roku w Bratysławie powstał nowy narodowy stadion, załapałem się na mecz Slovana na obiekcie o oficjalnej nazwie Pastwisko. Klimat jak z lat 90. Bilet kupowany w kiosku, wszędzie rdza, zepsuta tablica świetlna i brudne krzesełka.

Treningowe boisko obok stadionu Pasienky.

Štadión Pasienky, z bieżnią dookoła boiska, powstał w 1962 roku. Ostatnia poważna przebudowa to rok 2010. Dziś obiekt mieści 11 tys. kibiców. Przez ponad 40 lat grał tutaj Inter Bratysława, a w latach 2009-19 Slovan, czyli największy klub w stolicy Słowacji. Przez chwilę występowała tu też Petržalka.

Štadión Pasienky, Bratysława.

Zobacz także: Przed derbami Pragi dobrze zrobić piknik [Z PODRÓŻY]

Zgodnie z najlepszymi austro-węgierskimi wzorcami klub został założony w Panonia Café. Slovan to zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów z 1969 roku. W finale w Bazylei Słowacy pookonali Barcelonę. Od 1993 roku, czyli powstania nowej ligi słowackiej, Slovan wygrywał ją 9 razy. Wcześniej 8-krotnie był najlepszy w całej Czechosłowacji.

Klubowa kawiarnia, gdzie wiszą koszulki piłkarskie i hokejowe.

Tehelné pole z 1939 roku było przez kilka dekad było najwiekszym stadionem na Słowacji (rekord to 70 tys. osób podczas rywalizacji Czechosłowacji z Jugosławią). Na starym obiekcie ostatni raz piłkarze wystąpili w 2009 roku. Dopiero 7 lat później ruszyła budowa nowego stadionu w tym samym miejscu. W 2019 roku Slovan zagrał na inaugurację ze Spartakiem Trnava. 22-tysięczny Národný futbalový štadión ma 4 gwiazdki UEFA.

Zobacz także: W Pilznie futbol krzyżuje się z piwem [Z PODRÓŻY]

Zobacz także: Na stadion razem z van Goghiem [Z PODRÓŻY]

FC Petržalka

Zajrzałem jeszcze na niewielki obiekt klubu, który swego czasu był europejską sensacją. W sezonie 2005-06 FC Petržalka, z budżetem ok. 1 mln euro, zagrała w Lidze Mistrzów. Dziś II-ligowej drużynie, która odrodziła się po bankructwie z 2014 roku, wystarcza mały obiekt ze sztuczną murawą.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Demitologizacja Zidane’a [RECENZJA]

Tytuł: Gegenpressing i tiki-taka. Jak rodził się nowoczesny europejski futbol
Autor: Michael Cox, tłum. Krzysztof Cieślik, Grzegorz Krzymianowski
Wydawnictwo:  SQN, 2020

Wyposażony w szkiełko i oko Michael Cox rozrysował ostatnie 30 lat europejskiej piłki. Przy okazji zajął się dekonstrukcją mitu Zinedine’a Zidane’a.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Cox jako początek obecnej ery w futbolu wyznacza rok 1992 – moment powstania Ligi Mistrzów, Premier League i przepisów dotyczących łapania piłki przez bramkarza po podaniu od partnera. Zgrabnie podzielił obecną epokę na czasy wpływów i dominacji piłki holenderskiej (1992-96), włoskiej (1996-2000), francuskiej (2000-04), portugalskiej (2004-08), hiszpańskiej (2008-12), niemieckiej (2012-16) i angielskiej. Ramy wyznaczył zgrabnie i operował między nimi konsekwentnie. Manchester United z 1999 roku, czyli najlepsza drużyna Alexa Fergusona, dostała w książce mniej miejsca, niż najciekawsza wersja Parmy. Cox uznał, że włoski zespół wpisywał się w trendy taktyczne, które wyznaczała wtedy Serie A. Z kolei potrójna korona Fergusona nie miała tak mocnego wpływu na przyszłą pracę trenerów w całej Europie.

Zobacz także: Paryż w cieniu Neymara [Z PODRÓŻY]

Sporo tu błyskotliwych wywodów, jak choćby ten o grze bez napastników. Cox opisując Barcelonę Guardioli i Hiszpanię Del Bosque dochodzi do paradoksalnego wniosku. To, że po mistrzostwo świata sięgnęła drużyna mogąca grać bez napastnika to bezpośredni efekt sposobu, w jaki gra najbardziej bramkostrzelny napastnik naszych czasów, czyli Leo Messi.

Zobacz także: Stadion finału mundialu, dziś piąta liga [Z PODRÓŻY]

Angielski autor, który stał się znany dzięki blogowi „Zonal Marking”, rzadko stawia stawia ryzykowne tezy. W obszernych fragmentach o Holandii (a właściwie Ajaksie) i Hiszpanii (de facto Barcelonie) powiela raczej znane historie. Nie jestem fanem calcio, więc zaintrygowały mnie taktyczne niuanse gry Roberto Baggio oraz różnice w coraz nowocześniejszych odsłonach catenaccio. Ale Cox w jednym rozdziale poszedł pod prąd. Rozebrał na czynniki pierwsze karierę Zinedine’a Zidane’a i podpiłował fundamenty pomnika. Zdecydowanie słusznie.

Zobacz także: Pep Guardiola i mity El Clasico [RECENZJE]

Podstawą, na której potem budowano mit wielkiego Zidane’a jest słaby dla niego mundial we Francji. Tak, strzelił dwie bramki w finale. Ale grał nieprzekonująco, jeszcze w grupie w swoim stylu stracił nerwy i został słusznie wykluczony z meczu z Arabią Saudyjską i dwóch kolejnych. W 2000 roku, w przeciwieństwie do rozczarowującego EURO ’96, Zidane był prawdziwym liderem, a relacja popisów Zidane’a na stadionach w Belgii i Holandii zajęły Coxowi kilka stron. Podkreślam to, bo Brytyjczykowi nie umykają wielkie mecze francuskiej dziesiątki. Porównując go do Michela Platiniego, przypomina różnicy w liczbie strzelanych bramek (0,52 na mecz byłego szefa UEFA przy 0,19 trenera Realu). Na 10 lat gry we Francji i Hiszpanii, zdaniem Coxa, Zidane wybitne miał zaledwie dwa sezony. Co więcej, przez dekadę wygrał tylko trzy mistrzostwa i raz sięgnął po Ligę Mistrzów. Dramatycznie szło mu m.in. w teoretycznie najlepszym momencie, czyli między reprezentacyjnymi triumfami. W sezonie 1998/99 dokładając dwa gole i trzy asysty poprowadził Juventus do 7. miejsca w Serie A. Wahaniami formy Cox tłumaczy tylko dwie nagrody dla najlepszego piłkarza Francji przy pięciu dla Thierry’ego Henry’ego. W reprezentacji obaj piłkarze dogadywali się coraz gorzej. Napastnik Arsenalu słusznie uważał, że rozgrywający niepotrzebnie zwalnia grę. Na ostatnim turnieju, mundialu w Niemczech, znów szło mu średnio. W drugiej fazie turnieju zagrał wybitny mecz z Brazylią, a w finale kolejny raz osłabił zespół.

Michael Cox słusznie upatruje w Zidanie jednego ze świetnych rozgrywających swoich czasów. Zgadzam się. Dla mnie, umieszczanie Francuza wśród najlepszych piłkarzy w historii jest niezrozumiałe. Zapewne powodem są bramki strzelane w finałach (dwa gole przeciwko Brazylii oraz rozstrzygające trafienie w finale LM mają swoją wymowę), uosobienie francuskiej wielokulturowości, efekty maszyny marketingowej ‚Galaktycznych’ oraz przyjemny dla oka styl gry. Ale nawet ten ostatni element jest moim zdaniem przeceniany. Z większą gracją po boisku poruszali się choćby Andres Iniesta, czy Michael Laudrup.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Brukselski Messi [Z PODRÓŻY]

Ogrodzony barierkami wizerunek Leo Messiego w budynku klubowym

Messiego w klubowej kawiarni starannie ogrodzono, niczym postać ze sfery sacrum. Stary stadion wygląda tak, jak sto lat temu. Czy trzeba więcej powodów, by wybrać się do Saint-Josse?

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

FC Saint Josse
Widok z klubowej kawiarni na zmierzających do szatni piłkarzy.

Saint-Josse-ten-Noode to jedna z 19. brukselskich gmin. W byłej osadzie rolniczej mieszka dziś blisko 30 tys. osób. Jeszcze w latach 90. większość mieszkańców stanowili obcokrajowcy. Dziś to ponad 30 proc.

Stade Georges Petre.

Czytaj także: Brukseli stadion pod lipami na 40 tys. osób

Dla mnie, miłośnika starych trybun, obiekt wygląda zachwycająco. Stade Georges Petre (patron był politykiem i samorządowcem) może przypominać warszawski Marymont. W najbliższych latach pięciohektatorowy kompleks ma zostać przebudowany.

FC Saint-Josse, mecz na bocznym boisku.

Historycznie na pięknym stadionie swoje mecze rozgrywał miejscowy RCS, założony w 1915 roku. Typowa dla Belgów seria fuzji zakończyła się w XXI wieku połączeniem Royal Cercle Sportif de Saint-Josse (numer 83) z Royal Leopold, 5. najstarszym klubem w Belgii (dziś Léopold Uccle-Woluwe FC). W dzielnicy Saint-Josse powstał nowy klub, FC.

FC Saint-Josse, mecz na bocznym boisku. W tle trybuna.
FC Saint-Josse, mecz na bocznym boisku.
Stade Georges Petre.

Czytaj także: Belgijski dom Włodzimierza Lubańskiego.

Stade Georges Petre.
Messi w klubowej kawiarni.

O co chodzi z Messim? Skoro barwy klubu przypominają kolory blaugrana, to uznano, że ołtarzyk przy wejściu dobrze wszystkim zrobi. Wystarczyło tylko lekko przerobić herb Barcelony i usunąć reklamę z koszulki.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Tubize

Mecz AFC Tubize.

Jeszcze krótka wycieczka do podbrukselskiego Tubize. Z Midi, głównego dworca stolicy Belgii, pociągiem dojedziemy tu w kwadrans. Plus 10 min spaceru na stadion. W tym walońskim miasteczku mieszka 20 tys. osób. Atrakcji brak. 8-tysięczny stadion z dwiema dużymi trybunami na amatorskich meczach wygląda przygnębiająco. Piłkarskim amatorom puste rzędy krzesełek nie pomagają. Patronem obiektu jest Edmond Leburton, socjalistyczny premier Belgii z lat 70.

Czytaj także: Czym różnią się Genk i Gent.

Mecz AFC Tubize.

Klub powstał w latach 20. Wielokrotnie zmieniał nazwy, barwy oraz ważny dla Belgów numer porządkowy. Najbardziej znany piłkarz, którego da się wygrzebać w klubowym archiwum to Quinton Fortune. Wpadł tutaj na kilka meczów na koniec kariery.

Mecz AFC Tubize.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Hity Wielkiej Pętli zawsze na czasie [RECENZJA]

Tytuł: Tour de France. Etapy, które przeszły do historii
Autor: Richard Moore, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:  SQN 2018

Pomysł, lata pogłębiania wiedzy, cierpliwość i ogrom pracy. Z powszechnie znanego przepisu na dobrą książkę sportową skorzystał Richard Moore, który opowiedział o Tour de France opisując 20 etapów z nowożytnej historii wyścigu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zaczynam od pochwał, bo to książka lepsza, niż zakładałem. Pomysł jest prosty – opisać historię największej kolarskiej imprezy przez pryzmat jego najciekawszych momentów. Znaleźliby się autorzy, którzy takie zamówienie zrealizowaliby w trzy miesiące bez wychodzenia z domu. Inni, jak Colin O’Brien, do tematu podeszliby kronikarsko. Jego chronologiczna i sztywna książka o historii Giro (promowana w Polsce razem z historią TdF) jest w mojej ocenie nieudana.

Richard Moore sam chciał pojechać w Tourze, ale talentu wystarczyło mu, aby ścigać się na poziomie krajowym. W latach 90. wystąpił m.in. w Tour of Britain i jako członek szkockiej reprezentacji na Igrzyskach Wspólnoty Narodów. Dekadę później odbierał nagrody za biografię Roberta Millara. W kolejnych książkach opisywał rywalizację Grega LeMonda i Bernarda Hinault, świetnie sprzedała się jego publikacja o drodze na szczyt brytyjskiego kolarstwa. To była jego podbudowa.

Tak jak kolarz musi wyjeździć swoje kilometry, tak autor powinien zdzierać zelówki dobijając się do kolejnych bohaterów. Żeby porozmawiać z Claudio Chiappuccim, Moore jedzie do jego domu w Como. Pretekst – etap z 1992, gdy Włoch zaatakował na 14. kilometrze górskiego etapu. 7 godzin później jako pierwszy przekroczył linię mety. Zdjęcie z tego momentu wygrzebał w trakcie rozmowy z autorem z jednej z szuflad. Wcześniej długo opowiadał o emocjach na trasie. Z kolei Urs Zimmermann został zdyskwalifikowany za to, że w dniu przerwy podróżował samochodem, a nie jak pozostali, drogą lotniczą. W tej opowieści obserwujemy nieznanego zawodnika, który zmaga się z depresją. O życiu na rowerze i w cywilu opowiada m.in. Joël Pelier. Francuz wygrał etap po 4,5 godziny samotnej ucieczki. Nie zrobił wielkiej kariery, nigdy nie był gwiazdą, a dziś nie ma nic wspólnego ze sportem.

W książce mamy też elementy jazdy obowiązkowej – ikoniczne etapy Eddy’ego Merckxa, pojedynki Lance’a Armstronga z Janem Ulrichem czy Ibanem Mayo. Ale sporo tu także zawodników nieznanych, często zapomnianych. Do tego dużo cytatów i nade wszystko, przemyśleń samych zawodników. Jak pisze Moore, dla wybitnego sprintera etapy górskie są stronami B hitowych singlów, których nikt nie słucha. Kiedy podczas jednej z aplejskich wspinaczek widzowie przed telewizorami emocjonowali się walką o zwycięstwo w Tourze, dla Davida Millara bohaterem dnia był policjant, który wspierał go przez pięć godzin. Tak długo kolarz jechał sam, za grupetto. Policjant informował kibiców o ostatnim zawodniku na trasie, podawał wodę, wspierał Brytyjczyka. Dla kolarza to on był bohaterem. Aby pomóc czytelnikowi zrozumieć zasady peletonu, autor opisał etap, w którym jadącym w czołówce zawodnikom dwóch holenderskich ekip dyrektorzy sportowi kazali przestać pracować. Najważniejsze dla nich było to, by etapu nie wygrał bezpośredni rywal. Woleli zrezygnować z walki, niż ryzykować wygraną przeciwnika.

Wiele tu o kolarskiej codzienności, taktyce w peletonie, kraksach i dopingu. Przede wszystkim o EPO, które zmieniło wszystko. Rozdział o Davidzie Millarze to historia o odkupieniu. Mimo wielu osiągnięć, jednym z największych triumfów pozostanie etapowe zwycięstwo w 2012 roku. Na mecie Brytyjczyk opowiadał o długiej drodze, utraconej czci i powrocie. Został pierwszym zawodnikiem w 99-letniej historii imprezy, który wygrał etap przyznając się do stosowania w swoim życiu dopingu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Pocztówka z Ostendy [Z PODRÓŻY]

Do belgijskiego kurortu nad Morzem Północnym wybrałem się zimą. Większe wrażenie, niż stadion, zrobiła na mnie promenada.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

KV Oostende
Ostenda, wyjście z dworca kolejowego.

Do Ostendy Belgowie jeżdżą głównie na weekendowe wypady. Podróż jest szybka, pociągi nawet późnym wieczorem odjeżdżają najrzadziej co godzinę. Dalej, np. z Brukseli, pojechać się nie da (chyba, że Eurostarem). Tutaj kończą się tory.

W XIX wieku, po wybudowaniu toru wyścigów konnych, do Ostendy na wypoczynek zaczęła przyjeżdżać rodzina królewska i arystokracja. Największymi atrakcjami są plaża, esplanada i charakterystyczne arkady Galerii Królewskiej. W 1920 roku rozgrywano tutaj żeglarskie konkurencje Igrzysk Olimpijskich w Antwerpii.

Ostenda, katedra Św. Piotra i Pawła.

Albertpark (Versluys Arena), stadion przebudowany w 2017 roku. 5 minut spacerem od wybrzeża. W piłkę gra się w tym miejscu od 1934 roku. Koninklijke Voetbalclub Oostende, którego tradycja sięga 1911 roku, ma na koncie tylko jedno trofeum – Puchar Belgii 2017.

Mecz KV Oostende.
Mecz KV Oostende.
Plaża w Ostendzie.
Widok na stadion w Ostendzie.
Stadion w Ostendzie.
Jakub Piotrowski. Były piłkarz Chemika Bydgoscz i Pogoni Szczecin od 2018 roku gra w Belgii. Z KRC Genk został wypożyczony do Waasland-Beveren.
Piraci, maskotki KV Oostende.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Na stadion razem z van Goghiem [Z PODRÓŻY]

Tilburg. Vincent van Gogh w drodze na stadion.

Wilhelm II Holenderski cenił odpoczynek, towarzystwo młodych mężczyzn i Tilburg. Miasto w Północnej Brabancji postanowiło go uhonorować nazwą zarówno klubu piłkarskiego, jak i stadionu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wilhelm Fryderyk Jerzy Ludwik Oranje-Nassau był królem Holandii i Wielkim Księciem Luksemburga. Nie zapisał się jako wielka postać. Został ranny w bitwie pod Waterloo i za jego rządów rozwijała się architektura. Jeszcze jako młody książę lubił spędzać wolny czas w towarzystwie męskich służących, przez co padł ofiarą szantażu. Wilhelm II upodobał sobie Tilburg, skąd w 1830 kierował tłumieniem Rewolucji Belgijskiej. W 1949 roku, krótko po wejściu w życie zaproponowanej przez siebie nowej konstytucji, król zmarł nagle w Tilburgu.

Kingside, najgłośniejsza trybuna Willem II Stadion widziana z zewnątrz.

W 1986 roku robotnicy z zakładów kolejowych zebrali 12 chętnych i zaczęli kopać piłkę jako drużyna o nazwie Tilburgia. Po roku uznali, że ich patronem powinien zostać zmarły kilka dekad wcześniej monarcha. Dziś klub ma na koncie trzy mistrzostwa i dwa puchary Holandii. W 2011 roku po 24 latach gry w Eredivisie zespół spadł do II ligi.

Pomnik Jana van Roessela przed stadionem w Tilburgu.

Joannes Cornelis Christianus van Roessel był gwiazdą Tilburga w latach 50. Dzięki jego bramkom Willem II wygrało w 1952 roku, amatorską jeszcze, ligę. Zwycięstwo po trzech latach odbyło się już w lidze traktowanej jako rozgrywki dla zawodowców. Van Roessel został w Tilburgu wybrany najlepszym zawodnikiem w XX wieku.

Mecz Eredivisie Willem II – PSV. Przyjemnie, ale nic, co zapadłoby w pamięć.
Jan van Roessel.

Stadion na niemal 15 tys. miejsc. Wybudowany został w 1995 roku i już po 5 latach przebudowany. Poprzedni obiekt, Gemeentelijk Sportpark Tilburg, znajdował się w tym samym miejscu. Stąd wyszli w świat Joris Mathijsen i Marc Overmars. Przystanki w karierze zaliczyli Jaap Stam, Marc Overmars i Virgil van Dijk.

Klubowy sklep Willem II.
Mark van Bommel (kiedyś PSV, Barcelona, Milan, Bayern), jako trener PSV pracował półtora roku.
Willem II.
W drodze na stadion można usiąść na kamiennej ławce wraz z Vincentem van Goghiem.
Willem II.

Więcej wpisów o moich wyjazdach na mecze w Holandii.

Pomnik Helgi Deen niedaleko dworca w Tilburgu.

Helga Deen była urodzoną w Szczecinie Żydówką o holendersko-niemieckim pochodzeniu. W 2004 roku znaleziono jej pamiętnik. W ostatnim wpisie opisywała wyjazd wraz z rodziną do obozu zagłady w Sobiborze. Została zamordowana w 1943 roku, w wieku 18 lat.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wszystko już było [RECENZJA]

Tytuł: Niezwykły świat przedwojennego futbolu
Autor: Remigiusz Piotrowski
Wydawnictwo:  PWN, 2019

Narzekania na poziom rodzimej piłki, skandale korupcyjne, kłótnie z PZPN-em i budżety klubów dociskane kolanem. Brzmi znajomo? Tak wyglądał polski futbol sto lat temu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Wszystko już było. Przed wojną borykano się nawet z tak współczesnymi, mogłoby się wydawać, problemami, jak odpowiedzialność związku za kontuzję piłkarza na zgrupowaniu reprezentacji. Dziennikarze zastanawiali się, czy klub, do którego wraca kontuzjowany reprezentant może domagać się zwrotu kosztów jego leczenia. Nawet skargi na przepełniony kalendarz rozgrywek mają już w Polsce stuletnią tradycję.

Dłużej, niż w innych krajach trwała w Polsce dyskusja o tym, czy dżentelmen może brać pieniądze za kopanie piłki. Przepisy utrzymujące fikcję amatorstwa rzecz jasna obchodzono. Kiedy wydało się, że łącznik Garbarni Kraków ma grać w piłkę we Lwowie, bo tam pracę szofera zaoferował mu członek zarządu Pogoni, prasa biła na alarm. „Kapering” był zakazany. Piłkarz Pazurek klubu nie zmienił, ale zawodnicy i tak byli transferowani, mimo idiotycznego przepisu o karencji.

Zobacz, gdzie padł pierwszy gol w historii polskiej piłki.

Przedwojenne piłkarstwo klepało biedę. Ruchowi zdarzyło się, że nie był w stanie pokryć kosztów przyjazdu oraz noclegu 12 piłkarzy Warszawianki oraz trenera. Sprawa ciągnęła się tygodniami, bo zanim klub z Hajduk Wielkich patronatem objęła huta Batory, pieniędzy w nim zawsze brakowało. Na trybunach dochodziło do regularnych bitew, szczególnie na tle narodowościowym i politycznym. Zdarzało się, że tzw. „maniacy” pobili sędziego.

Kiedy spojrzałem na dorobek Remigiusza Piotrowskiego, na chwilę stałem się nieufny. W stosunkowo młodym wieku autor zdążył już napisać książki o zamachach w II RP, międzywojennych zwyczajach, artystach czasu okupacji, przedwojennych literatach oraz akcjach zbrojnych Armii Krajowej. Na szczęście nie przeskoczył bezpośrednio z portretowania aktorów do opowiadania o piłkarzach. Wcześniej pisał o ŁKS-ie na fanowskich stronach, a na 110. urodziny klubu nakreślił jego historię. Na trybunę stadionu przy al. Unii trafił w wieku 8 lat, a sam próbował kopać piłkę w łódzkim Orle. Książkę czyta się dobrze.

Czytaj o najstarszych boiskach piłkarskich w Polsce.

Piotrowski sprawnie opisuje korupcję („bujda mecze”), przesądy piłkarzy, dietę (odradzano przyjmowanie dużej ilości płynów, a jeśli już, to lepsze mleko, niż woda), frekwencję (średnio 3-5 tys. w najwyższej lidze), ceny biletów w poszczególnych miastach (przeciętnie 10% tygodniówki robotnika), sposób gry (nie poważano zagrywania piłki z powietrza), treningi (aby zmusić do ćwiczenia słabszej nogi, kazano grać w jednym bucie) i wygląd zawodników (zarówno na bramce, jak i w obronie z powodzeniem grali zawodnicy poniżej 170 cm wzrostu). Już przed wojną narzekano na słabą technikę rodzimych gwiazdek. Kiedy polskie drużyny mierzyły się z zagranicznymi, brak obycia z piłką był widoczny gołym okiem. Rozprawiano więc o systemie szkolenia i słabości mentalnej graczy znad Wisły. Debata trwa do dziś.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zobacz także: Byłem na najstarszym stadionie świata [Z PODRÓŻY]

Trzy lipy w Brukseli [Z PODRÓŻY]

Boitsfort, Brussels
Stade des Trois Tilleuls w Brukseli.

Stade des Trois Tilleuls, czyli Stadion Trzech Lip w teorii miałby pomieścić 40 tys. kibiców. Plan nie wypalił. Na obiekcie w stolicy Belgii grają amatorzy, których ogląda kilkadziesiąt osób.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stade des Trois Tilleuls w Brukseli.

Stadion otwarto w 1948 roku, ale większości trybun nigdy nie ukończono. Obiekt powstał z myślą o brukselskim Racingu, dla którego Stade du Vivier d’Oi był zbyt mały. Na tamtym stadionie, gdzie swój pierwszy mecz w historii rozegrały piłkarskie reprezentacje Belgii i Francji, dziś rywalizują laskarze.

Stade des Trois Tilleuls w Brukseli.

Mocarstwowe, zdaniem niektórych megalomańskie, plany budowniczych stadionu, pokazuje m.in. oficjalna inauguracja. Do Brukseli przyjechało Il Grande Torino. Cztery miesiące później samolot z włoską drużyną rozbił się o wzgórze Superga. Już w połowie lat 50. Racing nie był w stanie spłacać rat, a stadion przejął samorząd. Dziś gra tutaj RRC de Boitsfort.

Stade des Trois Tilleuls w Brukseli, mecz RRC Boitsfort.

Dziś stoi tu jedna kryta trybuna. Boisko z trzech stron otacza betonowa trybuna zbudowana na wale ziemnym. Do tego sześć lekkoatletycznych torów.

Zobacz także: Tor w parku centrum sportowego świata

Stade des Trois Tilleuls w Brukseli, mecz RRC Boitsfort.

Zobacz także: Na stadionie, gdzie zadebiutowała Francja, dziś grają w hokeja

Stade des Trois Tilleuls w Brukseli, mecz RRC Boitsfort.
Stade des Trois Tilleuls w Brukseli, mecz RRC Boitsfort.

Gdyby ktoś szukał trzech lip, które stały się inspiracją dla nazwy stadionu, musi się udać na rondo, gdzie krzyżują się ulice Valkerijlaan, Berenshelde i Ortolanenlaan. Stoją tam dwie z trzech oryginalnych lip.

Zobacz także: Najpiękniejszy park na świecie.

Stade des Trois Tilleuls w Brukseli, mecz RRC Boitsfort.
Mniejsze boisko niedaleko Stade des Trois Tilleuls.
Stade des Trois Tilleuls jest zabytkiem położonym w pięknym parku. W okolicy znajdują się też skromniejsze boiska.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Belgijski dom Lubańskiego [Z PODRÓŻY]

Sporting Lokeren strzela bramkę KSV Roeselare.

O belgijskim miasteczku Lokeren usłyszałem jako dziecko. Geografii uczyłem się przez piłkę, więc wiedziałem, że wielki (ponoć, bo nie widziałem) piłkarz Lubański grał na belgijskiej prowincji. Nie do końca sklejało mi się to w jedną całość.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Włodzimierz Lubański na ścianie w budynku klubowym Sportingu Lokeren.

W czasach Lubańskiego 30-tysięczne Lokeren było znane z przemysłu skórzanego. Dziś mieszkańców jest o 10 tys. więcej, ale w krótkich notkach o miasteczku wciąż można poczytać o Napoleonie, dzwonach karylion i wiosennym wyścigu kolarskiego, Omloop Het Volk. Spacer ze stacji kolejowej na stadion trwa 20 minut. Atrakcji nie dostrzegłem.

Czytaj o książce Włodzimierza Lubańskiego.

Daknamstadion, Lokeren.

Koninklijke Sporting Club Lokeren (w 2003 roku zmieniono nazwę na Sporting) dopiero w 1974 roku po raz pierwszy awansował do ekstraklasy. Rok później do klubu trafił Włodzimierz Lubański. Po kontuzji kolana, przez którą opuścił mundial w Niemczech, jak sam opowiadał, grał na 70 proc. możliwości. Z Polakiem strzelającym po kilkanaście ligowych bramek w sezonie, drużyna zajmowała miejsca w górnej połówce tabeli. Największym sukcesem było wicemistrzostwo Belgii w sezonie 1980/81. Jego kolegą z zespołu był wtedy Grzegorz Lato. Lubański przez 7 sezonów zagrał w Lokeren 225 meczów i zdobył 97 goli.

Maskotka Sportingu Lokeren.

Zobacz także: Tor w parku centrum sportowego świata

Daknamstadion, Lokeren.

Zbudowany w 1956 roku stadion wielokrotnie modernizowano. Dziś ma ok. 12 tys. miejsc.

Daknamstadion, Lokeren.

Zobacz także: Na stadionie, gdzie zadebiutowała Francja, dziś grają w hokeja

Daknamstadion, Lokeren.
Daknamstadion, Lokeren.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Romantyczny widok na ścianie przy klubowym parkingu.

Gent i Genk [Z PODRÓŻY]

Rowerowy parking przed stadionem w Gandawie. W mieście jest 400 km ścieżek rowerowych.

Gent i Genk. Oba belgijskie kluby występują w europejskich pucharach. Miasta, w których rozgrywają swoje mecze dzieli wszystko. Starówka pierwszego z nich należy do najpiękniejszych w Europie. W drugim najbardziej podobała mi się pogórnicza hałda.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Gandawa.

Zacznijmy od podstaw. Gent to flamandzka nazwa Gandawy (po angielsku Ghent), pięknego miasta na zachód od Brukseli. 150 km na wschód, blisko granicy z Holandią, leży niewielkie Genk. W tym sezonie oba kluby awansowały do pucharów, co u niektórych powoduje nazewniczą konfuzję.

Gandawa.

250-tysięczna Gandawa w średniowieczu należała do najbogatszych miast tej części Europy. I to na ulicach widać.

Gandawa.

Koninklijke Atletiek Associatie Gent początkowo był klubem lekkoatletycznym i hokejowym. Dopiero po blisko 40 latach działalności, w 1900 roku, zawiązała się sekcja piłkarska. W 2014 roku Gandawa świętowała pierwsze i jak do tej pory jedyne mistrzostwo.

Ghelamco Arena, Gandawa.

20-tysięcy stadion znajduje się na przedmieściach. Pierwszy mecz rozegrano tu w 2013 roku. Jak prawie każdy nowy stadion – ładny, ale dla mnie nic ciekawego.

Ghelamco Arena, Gandawa.
Vadis Odjidja-Ofoe – wychowanek, który dziś jest reżyserem gry zespołu.
Gandawa.
Gandawa.
Gandawa.
Mecz KAA Gent.
Mecz KAA Gent.
Mecz KAA Gent. Trolling w kierunku kibiców Mechelen.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.   

Genk

Kerkplein, przykościelne boisko niedaleko stadionu w Genk.

Genk, niedaleko granicy z Holandią. Dzisiejszy klub piłkarski, KRC, powstał dopiero w 1988 roku z połączenia Waterschei Thor z KFC Winterslag.

Genk
Plakat na stadionie Racingu Genk.

Na początku XX wieku w okolicach 2-tysięcznej osady odkryto pokłady węgla. Miasteczko szybko się rozrosło, ale już w latach 60. kopalnie zaczęto zamykać. Pod koniec lat 80. w okolicy nie było już żadnej. W Genku udało się zrealizować nowy pomysł na miasto, które teraz trafia do rankingów najprzyjemniejszych miejsc do życia. Choć nie jest to ekscytujące miejsce, to w Genku rozwinęło się jako multikulturowy ośrodek nowych technologii, przemysłu i życia naukowego.

Pogórnicza hałda niedaleko stadionu w Genk.
Luminus Arena (do niedawna Cristal Arena), stadion z 1999 roku, 23 tys. miejsc.
Luminus Arena, Genk.

Racing Club Genk ma na koncie 4 mistrzostwa, wszystkie zdobyte w ciągu ostatnich 20 lat. Przez drużyny młodzieżowe przewinęli się tacy piłkarze, jak Yannick Carrasco, Christian Benteke, Thibaut Courtois oraz Kevin De Bruyne.

Luminus Arena, Genk.
Luminus Arena, Genk.
Luminus Arena, Genk. W środku górnik, maskotka drużyny.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion z pubem na każdym rogu [Z PODRÓŻY]

Griffin Park, Brentford.

Obie statystyki mogą dotyczyć tylko angielskiego stadionu. Po 116 latach Brentford FC opuszcza Griffin Park. Na każdym z czterech rogów stadionu działa pub.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.   

Choć Brentford leży daleko od centrum Londynu, to dojazd nie sprawia problemów, bo Griffin Park znajduje się tuż obok stacji kolejowej. Klub z Championship rozgrywa tutaj swój ostatni sezon. W tym roku ma być gotowy budowany niedaleko Brentford Community Stadium. 

Griffin Park, Brentford.

Brentford Football Club powstał w 1889 roku. W pubie Oxford & Cambridge młodzi ludzie doszli do wniosku, że oprócz klubu wioślarskiego Brentford Rowing Club oraz Boston Park Cricket Club w okolicy należy stworzyć zespół piłkarski lub rugby. W 1904 roku klub na stałe przejął teren, z którego wcześniej usunięto romskie tabory. Stadion przetrwał bombardowania pierwszej i drugiej wojny światowej. Był wielokrotnie przebudowywany i dziś ma 12 tys. miejsc. Słynie z tego, że na każdym z czterech rogów działa pub. Ich nazwy to The Griffin, The Princess Royal, The New Inn oraz The Brook.

Griffin Park, Brentford.

Londyn to jedno z miast, do których podróżuję najczęściej. Opisywałem na blogu, jak zaliczyłem najstarszą trybunę w zawodowej piłce oraz mecz najbardziej hipsterstkiego zespołu w mieście. Dzieliłem się wrażeniami z meczów Arsenalu i AFC Wimbledon. Opisywałem stadion Crystal Palace oraz pomnik niedaleko Upton Park. Oglądałem stadion, na którym rodził się futbol oraz bar, w którym powstawały piłkarskie przepisy.

Sam mecz na Griffin Park miał wyjątkową chronologię. Sąsiad na trybunie ledwo zdążył zacząć jeść frytki i dopiero wbił widelec w ciastko, a już krzyczał „fucking hell!”. Brentford straciło gola w pierwszej akcji meczu. Po 7 minutach goście prowadzili 2:0. Gospodarze strzelili potem aż 5 bramek i wygrali 5:2.

W 1935 roku drużyna z Brenftord po raz pierwszy i jak do tej pory jedyny, awansowała do najwyższej ligi.
Pamiątki w klubowym pubie na Griffin Park.

Londyn

Awanturujesz się w kolejce do busa? Możesz trafić na dołek.
Streetartowy Londyn.
Streetartowy Londyn.
Reklama galerii w centrum Londynu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.