Pocztówka z miasta José Mourinho

Z kolumny na głównym placu Setubal zerka Manuel Maria Barbosa du Bocage. XVII-wieczny poeta mógłby dziś pozazdrościć sławy najsłynniejszemu synowi miasta pod Lizboną. Stąd w świat wyruszył José Mourinho.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Estádio do Bonfim to ładnie położony stadion niedaleko centrum. Marsz z głównego placu zajmuje kwadrans. Efektownie podświetlony pomnik ma tutaj lewoskrzydłowy Jacinto João, czyli J.J. legenda Vitorii z lat 60. i 70. Pomnik stanął przed stadionem w dniu 95-lecia klubu.

Estádio do Bonfim

Więcej wpisów z wypadku do Portugalii tutajmuzea Porto, Benfiki i Sportingu oraz o ciastkach i meczu w Belem.

Estádio do Bonfim to dziś stadion na maksymalnie 15 tys. kibiców. Najwięcej ludzi przyszło w 1971 roku, by oglądać mecz Vitorii ze Spartakiem Moskwa. Obiekt ma swój klimat. Kilka meczów zagrała tu reprezentacja Portugalii.

Setubal to satelickie miasto Lizbony, podróż autobusem zajmuje 40 minut. Jedziemy przez Most Vasco da Gamy (17-kilometrowy most, który ma wytrzymać 120 lat, wiatr o prędkości 250 km/h oraz trzęsienie ziemi 4 razy silniejsze niż to, które w 1755 roku zniszczyło Lizbonę) lub starszy Most 25 Kwietnia (do 1974 roku Most Antónia Salazara, często porównywany do mostu Golden Gate w San Francisco). Miasto spokojne, ładne, bez szczególnych atrakcji.

Charakterystyczny stadion to jeden z największych atutów Vitorii. W gablocie nie udało się zebrać zbyt wiele – trzy puchary Portugalii i trzy puchary ligi. Każdy puchar zdobyty w starciu z drużynami z portugalskiej wielkiej trójki był w Setubal wielkim świętem.

W październiku 2017 roku ceramiczną tablicę z nazwą swojej ulicy otworzył w Setubal Jose Mourinho.

Kawiarnia w centrum Setubal

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Budapeszt śladami najsłynniejszego Węgra

Najsłynniejszy Węgier ma w Budapeszcie pomnik, popiersie, tablicę, mural, ulicę, stadion, a w sklepach osobne stoiska z pamiątkami. Został pochowany w najważniejszym kościele w kraju. Zajrzałem do wszystkich tych miejsc.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Trumna w bazylice

– Chciałbym zobaczyć podziemia i grób Puskása – zgłosiłem obsłudze Bazyliki św. Stefana w Budapeszcie.
– Puskás był największy, ale leżą tam też inni ze Złotej Jedenastki – słyszę w odpowiedzi, a za chwilę litanię nazwisk największych węgierskich sportowców. Trwała msza, więc musiałem zgłosić się za godzinę. W bazylice tłumy przyglądają się skrzyni ze zmumifikowaną prawą dłonią świętego Stefana, pierwszego króla Węgier. W podziemiach turystów jest niewielu.

– Prawdopodobnie najlepszy piłkarz wszech czasów – czytam na tablicy. Niedaleko znajdują się groby innych wielkich – Gyuli Grosicsa, Jenő Buzánszky’ego i Sándora Kocsisa. Ten ostatni, legenda Barcelony, ma osobną tablicę po węgiersku i hiszpańsku – napis „Cabeza de oro” – Złota główka – widać z daleka.

Nie znam drugiego kraju, w którym piłkarze spoczywają w najważniejszej świątyni. Pracownika, który mnie oprowadza nie dało się zatrzymać. Szybko wymienił Złotą Jedenastkę, skład Ferencvárosu z sezonu 1974/75 (finał Pucharu Zdobywców Pucharów). Zgubiłem się, gdy z piłkarzy Ujpestu przeszedł na zapaśnika tego klubu, Imre Polyáka. Czterokrotny medalista igrzysk też spoczywa w podziemiach bazyliki.

Ferenc Puskas

Bazylika św. Stefana w Budapeszcie

Puskás na ścianie

Historyczny mecz na Wembley, który wstrząsnął Anglią i potwierdził światową dominację Węgier, to największe zwycięstwo Złotej Jedenastki. W centrum Budapesztu spotkanie z 1953 roku upamiętnia mural. Jedna z dwóch bramek Puskása w tym meczu do dziś robi wrażenie.

Mural w Budapeszcie

Ulica i tablica Puskása

– Bywają geniusze, którzy szukają własnej drogi tak długo, aż ją odkryją, którzy walczą, by odnaleźć to, w czym są najlepsi by móc zająć się tym, do czego mają wrodzony talent. I bywa też, że układ gwiazd jest na tyle szczęśliwy, jak w przypadku Wolfganga Amadeusza Mozarta czy Ferenca Puskása: dobry Bóg zatroszczył się o takie okoliczności, by wszystko było gotowe na narodziny i rozkwit geniuszu – zaczyna niedawno wydaną w Polsce książkę György Szöllõsi. Autor ma już na koncie biografię Puskása, ale w Polsce, w ramach Roku Kultury Węgierskiej, wydano 50-stronicową książeczkę w nietypowym formacie. Ojciec najsłynniejszego Węgra – Ferenc Puskás senior grał w piłkę w Vasasie i Kispescie, potem został trenerem. Puskás junior, nazywany öcsi (młodszy brat), mieszkał niedaleko stadionu i kibicował Kispestowi. Po sąsiedzku mieszkał József Bozsik. W klubie z Kispestu spędził całą karierę. W reprezentacji wystąpił 110 razy. Dziś jest patronem stadionu Honvedu.

Ulica Puskása w Budapeszcie.

Optymistycznie nastawiony, prosto z ulicy Puskása, wkroczyłem na stadion. Moje pertraktacje z ochroną i pracownikiem klubu trwały kilkanaście minut. W końcu usłyszałem, że mogę wejść na stadion i zrobić kilka zdjęć. Wysłano jeszcze jedna osobę, która miała mnie pilnować. – Niedługo stadion zostanie zburzony. Będzie jak w Anglii – tłumaczył mi pracownik Honvedu oczekując mojego zachwytu. Wyjaśniłem, że gdyby ten stadion był już zburzony, a na jego miejscu stanąłby plastik z wizualizacji, to na pewno nie pchałbym się na peryferia Budapesztu, bo chciałem zobaczyć obiekt, na krórym grali Puskas, czy Bozsik. Nie doszliśmy do porozumienia.

Genialni nastolatkowie, Puskás i Bozsik, zadebiutowali w 1943 roku. Liga węgierska grała niemal przez całą wojnę. Drużyna prowadzona przez Puskása seniora i krótko przez Belę Guttmana, szybko rosła w siłę. Była już najlepszym zespołem w lidze, gdy polityczne decyzje zmieniły układ sił w całym węgierskim sporcie. Kispesti AC stał się klubem wojskowym i zmienił nazwę na Budapesti Honvéd SE. MTK Hungária FC został z kolei objęty opieką przez tajną policję. Z reformy zadowolony był Gusztáv Sebes, twórca Złotej Jedenastki. Na obiektach Honvedu kadra trenowała co tydzień.

W latach świetności w Honvedzie grali Ferenc Puskás, Sándor Kocsis, József Bozsik, Zoltán Czibor, László Budai, Gyula Lóránt i Gyula Grosics. Piłkarze, którzy są wymieniani w każdym tekście o najlepszych drużynach w historii piłki.  Dziś na mecze Honvedu chodzi 3 tys. osób.

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Niesamowitą siłę węgierskiej piłki pokazuje to zdjęcie. W Budapeszcie wychowywali się wtedy nie tylko najwięksi piłkarze najlepszej za kilka lat reprezentacji na świecie, ale także Ladislao Kubala, inna wielka gwiazda epoki.

Tablica przed stadionem Honvedu

Węgierski etap kariery Ferenca Puskása był imponujący. Uznawano go przecież za najlepszego zawodnika najlepszej drużyny świata. Ale to powrót do futbolu sprawił, że jest wymieniany wśród największych w historii. Gdy po dyskwalifikacji na przymusowej, porewolucyjnej emigracji podpisywał kontrakt z Realem Madryt, miał 30 lat i wielki brzuch.

Jego dorobek po trzydziestce trudno opisać. W Hiszpanii pięć mistrzostw i cztery tytuły króla strzelców. Do tego trzy Puchary Europy. W 1960 roku, w jednym z najlepszych finałów w historii, Real na oczach 127 tys. kibiców pokonał 7:3 Eintracht Frankfurt. Puskás zdobył cztery bramki, ale tego meczu na Węgrzech nie pokazywano. Na uciekiniera był zapis. Nie wolno było informować o jego sukcesach. W Realu Puskás grał do 39 roku życia. W Hiszpanii zdobył 242 gole w 262 meczach.

Puskás wrócił na Węgry dopiero w latach 80. Wcześniej prowadził drużyny na wszystkich kontynentach. Najlepiej poszło mu na początku trenerskiej – sensacyjnie doprowadził Panathinaikos do finału Pucharu Europy.

Mural z Puskásem koło stadionu Honvedu

Czytaj także: Jak pokonując Honved Wolverhampton Wanderers zostali mistrzami świata

Stadion Puskása

Dawny Népstadion (stadion ludowy) to od 2001 roku Stadion im. Ferenca Puskása (odwiedziłem go pięć lat temu). Ogromny obiekt niedaleko dworca Keleti został rozebrany w tym roku. W 1954 roku Węgrzy pokonali tu Anglię 7:1, a w 1985 z jednym z niewielu wielkich koncertów za żelazną kurtyną, wystąpił zespół Queen.

Stadion im. Ferenca Puskása

Na placu budowy zostały m.in. rzeźby i charakterystyczne wejście. W 2020 roku na nowym, 67-tysięcznym stadionie mają się odbyć mecze EURO.

Stadion im. Ferenca Puskása

Zobacz także: Amsterdam Johana Cruyfffa

Puskás w sklepie

Koszulka, książka, a może kieliszek? W węgierskich sklepach, nawet na lotnisku, można kupić pamiątki z Ferencem Puskásem. Wszystko na licencji, pod hasłem „Puskás. True legend”. Ceny wysokie.

Sklep przy Vaci utca, turystycznym trakcie Budapesztu. W drzwiach plakat z filmu o Złotej Jedenastce, której kapitanem był Puskas.

Puskás wśród dzieci

Pomniki piłkarzy, a w szczególności napastników, są niemal zawsze takie same. Zawodnik zawsze jest na boisku i albo za chwilę zdobędzie bramkę albo przed chwilą ją zdobył. Stąd podobne gesty – bieg z piłką przy nodze albo świętowanie gola.

Rzeźbiarz Gyula Pauer odtworzył stare zdjęcie, na którym Puskás zabawia się piłką na madryckiej ulicy. Przyglądają mu się zachwycone dzieci. Pomnik stoi z dala od centrum, przy cichej uliczce Starej Budy, Becsi utca.

 

Puskás w drodze na lotnisko

Ostatni przystanek. Większość turystów opuszcza Budapeszt jadąc autobusem E200 na lotnisko. Obowiązkowa przesiadka odbywa się na dworcu Kőbánya-Kispest. Na trawniku przed centrum handlowym stoi popiersie najsłynniejszego człowieka wychowanego w 19. dzielnicy stolicy Węgier.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pocztówka od wieśniaków

Hoffenheim. Słyną z hojnego sponsora, stadionu pośrodku niczego i złamania zasady 50+1. Wieśniacy mają od lat drużynę na górną połówkę Bundesligi, ale groundhoppingowo to strata czasu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dla klubu, który został założony w 1899 roku (choć amatorska drużyna piłkarska powstała o wiele później) najważniejszą datą jest 1989 rok. Od tamtej pory klub napędzają pieniądze Dietmara Hoppa, który miliardowy majątek zbił na rynku oprogramowania.

Widok ze stadionu.

Klub, który w 2000 roku był w 5. lidze, w ciągu 8 lat dotarł do ekstraklasy. Hojny sponsor po drodze dążył do fuzji, ale z połączenia TSG Hoffenheim, Astorii Walldorf i SV Sandhausen w nowy klub FC Heidelberg 06 nic nie wyszło.

Rzeźba w miasteczku

Na salony, w latach 2006–11 drużynę wprowadzał Ralf Rangnick. Po awansie do Bundesligi sześciotysięczny Dietmar-Hopp-Stadion przestał wystarczać jego patronowi i sponsorowi klubu. W szczerym polu wybudował więc nowy obiekt na 30 tys. osób. Całe Sinsheim, na terenie którego znajduje się Rhein-Neckar-Arena ma 36 tys. mieszkańców.

Sinsheim, w oczekiwaniu na mecz.

Rondo przed stadionem.

Kiedy Hoffenheim szło w górę, wielu pomstowało, że sukces można kupić. Dziś zawiść i niechęć skierowana jest teraz w kierunku RB Lipsk. TSG należy do Hoppego i stanowi wyłom w niemieckiej zasadzie 50+1.

W 2015 roku Hoppe mówił, że cała zabawa w piłkę nożną kosztowała go ponad 350 mln euro, z czego blisko 100 wydał na budowę stadionu i centrum treningowego. W ostatnich czterech sezonach Hoffenheim tylko raz wypadło z pierwszej dziesiątki Bundesligi.

„Ultrasi przeciwko rasizmowi” w młynie

Meczowo i turystycznie nic ciekawego, nie polecam.

Więcej wpisów o meczowych wypadach w Niemczech, tutaj

Stadion we Frankfurcie

Po drodze zahaczyłem o Stuttgart. W miejscu, w którym stoi Mercedes-Benz Arena (wcześniej Gottlieb-Daimler-Stadion i Neckarstadion) w 1933 roku powstał Adolf-Hitler-Kampfbahn. Dziś mieści 60 tys. osób. Rekord sprzed lat jest imponujący – 97 tys. osób na meczu Niemcy-Szwajcaria w 1950 roku.

Na mundialu w 1974 roku Polacy grali tutaj z Argentyną, Włochami i Szwecją. W 1988 roku odbyło się tutaj EURO. W 2006 roku znów mundial, w tym mecz o 3. miejsce Niemcy-Portugalia. Mnie przyciągnęły finały Pucharu Europy. Te areny staram się odhaczać na liście. W 1959 Real Madryt wygrał tu ze Stade de Reims a w 1988 PSV Eindhoven było lepsze od Benfiki.

Pamiątka po MŚ 2006.

Tuż obok stadionu znajduje się rezerwowy, pięciotysięczny obiekt VfB.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Najsłynniejsza górka piłkarskiej Polski

Zaniedbane, betonowe stopnie spośród których wyrasta trawa. Polecam, piękne miejsce.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

„Górka”, czyli słynna trybuna Arki Gdynia, jest niepozorna, ale jako obiekt o walorach historycznych, objęta została opieką konserwatorską. Większość polskich trybun bije na głowę samym położeniem – między lasem i morzem, które jest dosłownie o krok. Stadion został otwarty w 1932 roku. Inaugurację połączono z ważną wtedy imprezą – zlotem sokolstwa. Piłkarze Arki wygrywali tutaj mecze, które dawały awans do ekstraklasy i kolejnych rund Puchar Polski w sezonie 1978/79.

Ostatni raz Arka zagrała tutaj w czerwcu 2000 roku. Dziś w miejscu, gdzie kiedyś biegali piłkarze, stoją korty tenisowe. W zeszłym roku kibice Arki zgłosili modernizację „Górki” do budżetu obywatelskiego. Brak systemu odprowadzania wód opadowych powoduje, że konstrukcja osuwa się. Nietrudno zgadnąć, że projekt kibiców wygrał w głosowaniu.

Legendarna „Górka”. To tutaj biło serce stadionu Arki

Widok z „Górki”

To tutaj kibice Arki świętowali tegoroczny Puchar Polski. Wielu z nich uważa, że przy Ejsmonda zostało serce klubu. Organizowano tu „Międzypokoleniowe spotkania kibiców Arki” i przedsezonowe prezentacje. Na stronach kibiców Lechii Gdańsk, jako sukces klubu, opisywane jest zdobycie „Górki” z 1984 roku. Lechiści stanowili na derbach większość i wypchnęli gospodarzy z ich najważniejszego sektoru.

Nowy stadion

Nowy stadion, na 15 tys. widzów, przy Olimpijskiej, powstał w 2011 roku. Pierwsze boisko w tym miejscu zbudowano w 1937 roku. Po wojnie, na obiekcie z lat 60., grał tu Bałtyk.

Nowy stadion, podobnie jak obiekt Cracovii, wydaje się być idealny jak na potrzeby polskiego klubu, który nie ma mocarstwowych ambicji. Najlepszy moment meczu – wspólne śpiewanie „Więc chodź, pomaluj mój świat. Na żółto i na niebiesko”

Puchar Polski

Arka – Wisła Płock

         

Inne opuszczone stadiony na blogu

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Oto najciekawsze.

Empire Stadium, Malta

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Mostar. Wojna, religia i piłka

Tę zawiłą historię da się streścić w dwóch zdaniach. W Mostarze Velež, klub Bośniaków, został wypchnięty ze swojego stadionu, bo obiekt znajduje się po chorwackiej stronie rzeki. Gra tam więc reaktywowany po blisko 50 latach Zrinjski.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pierwsze skojarzenie z Mostarem to Stary Most. Mniej łączy dwa brzegi Neretwy, bardziej dzieli dwie społeczności – muzułmańską i chrześcijańską. Kamienną budowlę z czasów osmańskich zniszczono w czasie wojny, 1993 roku, po 427 latach istnienia. Odbudowano ją w 2004 roku.

Dla tej historii najważniejsza jest granica, jaką granicę wyznacza most. Po zachodniej stronie mieszkają Chorwaci. Na wschodzie Bośniacy.

Kość niezgody, stadion pod Bijelim Brijegom, wybudowano w 1971 roku. To drugi największy obiekt w Bośni i Hercegowinie po Asim Ferhatović – Hase – Stadionie Olimpijskim w Sarajewie. Wygląda jak typowy obiekt z czasów jugosłowiańskich. Duży, betonowy, położony wśród pięknych wzgórz, do tego z bieżnią. Większość kibiców siada na trybunie wybudowanej na naturalnym wzgórzu. Brutalistyczne piękno.

Od słynnego mostu idzie się tutaj pół godziny. Wokół murale z chorwacką szachownicą, ogródki z chorwackim piwem, chorwackie flagi.

Stadion wybudowano dla Veležu. Klub, z którego ewoluował, powstał w 1906 roku. Po II wojnie światowej był najpopularniejszą drużyną w Hercegowinie. Wygrywał Puchar Jugosławii, zdobywał wicemistrzostwa. W sezonie 1974/75 Velež eliminował z Pucharu UEFA Spartaka Moskwa, Rapid Wiedeń i prowadzone przez Briana Clougha Derby County. Wtedy identyfikowała się z nim większość mieszkańców Mostaru, nie tylko Bośniacy.

Ale na stadionie gra HŠK Zrinjski Mostar. To najstarszy klub w Bośni i Hercegowinie, ale ma wyrwę w historii. Powstał w 1905 roku jako klub studencki, Đački Športski Klub. Zmieniał nazwę, przez parę lat był wykluczony z rozgrywek, brał udział w fuzji, ale cały czas pozostawał ważny dla chorwackiej społeczności. W czasie II wojny światowej drużyna grała w rozgrywkach Niepodległego Państwa Chorwackiego. Marionetkowe państwo w 1941 roku utworzyli ustasze. Federacja została przyjęta do FIFA.

Po wojnie jugosłowiańskie władze uznały, że wszystkie kluby, które grały w faszystowskich rozgrywkach muszą zostać rozwiązane. Między 1945 a 1992 klub więc nie istniał. Zrinjski został reaktywowany w 1992 roku w znanym z objawień maryjnych Međugorje. Szybko przejęto stadion w Mostarze. Wszystko, co się dzieje po tej stronie rzeki, kontrolują Chorwaci.

Zrinjski, klub o biało-czerwonych barwach ma w herbie chorwacką szachownicę. W ramach współpracy Dynamem Zagrzeb, najsilniejszą drużyną w Chorwacji, w Zrinjskim grał m.in. Luka Modrić. W tym roku Zrinjski obronił tytuł. Ma na koncie 5 mistrzostw, wszystkie w ramach Premijer ligi Bośni i Hercegowiny. Dziś w lidze grają kluby chorwackie, serbskie i bośniackie, co kilkanaście lat temu wydawało się niemal niemożliwe. Sytuacja powoli się normalizuje. Nie na tyle jednak, by Velež mógł wrócić na stadion.

  

Wszystkie nazwy przepełnione są symbolami. Velež to góra nazwana na cześć słowiańskiego boga magii Welesa. Zrinski oznacza nazwisko rodziny, która po stronie Chorwatów i Węgrów walczyła z Turkami. Mostarzy to z kolei strażnicy mostu.

W ciągu ostatnich 20 lat Velež, klub o lewicowej tożsamości, stał się bardziej bośniacki. Zaczął być traktowany jako przeciwwaga dla nacjonalistycznie nastawionego derbowego rywala. Dziś grupy młodzieżowe obu klubów są niemal jednolite narodowościowo.

Piłkarska historia Mostaru jest wyjątkowa, ale książki sprzedają te same co w całej Europie – jest Zlatan, Ronaldo i Messi Caoliego i Ferguson. Z lokalnych bohaterów tylko Slaven Bilić i Novak Đoković.

    

Więcej wpisów z podróży do Bośni i Hercegowiny tutaj.

  

Widok ze Starego Mostu na meczety po wschodniej, bośniackiej stronie miasta.

W turystycznym centrum jedyne piłkarskie akcenty to koszulki Messiego i Ronaldo. Okolice mostu opanowują turyści, którzy wspaniałe jedzenie popijają rakiją. Latem jedną z atrakcji są skoki do wody. Miejscowi skaczą w miejscu, które wydaje się dość ryzykowne, ale wypadków nie ma.

Po drugiej stronie rzeki napisy są inne. Upamiętnienie muzułmanów zamordowanych w Srebrenicy.

Velež gra teraz na niewielkim stadionie przy drodze wylotowej z Mostaru. To zesłanie, bo w pobliżu jest kilka domów, pola i wzgórza. Od 13 lat, podczas derbów, Velež wraca na Stadion pod Bijelim Brijegom jako gość.  Do tej pory nie wygrał ani razu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Kogut pana Leona

W Katowicach urzekli mnie Ledwoniowie, w Zabrzu kogut, a Opolu widok za bramką. Tylko klęli wszędzie podobnie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Spragniony śląskich klimatów opisywałem tutaj mecze Ruchu Chorzów, Uranii Ruda Śląska i Szombierek Bytom. Wrzucałem także kadry stadionów Ruchu Radzionków, Śląska Świętochłowice i Placu Andrzeja, gdzie na początku XX wieku wyświetlano filmy, handlowano bydłem i końmi oraz grano w piłkę.

Tym razem w trzy dni zobaczyłem trzy spotkania – dwa na Górnym Śląsku i jedno na Śląsku Opolskim.

Przy Bukowej na trybunie głównej usiadła rodzina Adama Ledwonia. Jej członkowie założyli koszulki z kolejnych klubów piłkarza – GKS, Bayeru, Sturmu Graz i Austrii Wiedeń. Na plus maskotka, Gieksik.

W Katowicach ciągle jest aktualne hasło „Ekstraklasa albo śmierć”. Ekstraklasy nie ma, więc dzieję się mniej przyjemne historie. GKS tego dnia grał marnie, przegrał z Puszczą. Stek wyzwisk z trybun nie zaskakiwał, ale akcja po końcowym gwizdku już tak. Po chóralnym „Gieksa to my” i „Ściągać koszulki”, kapitan zespołu koszulkę faktycznie oddał dowodzącym na Blaszoku.

Zdjęcie z Muzeum Ślaskiego. Na pierwszym planie Spodek, w tle Stadion Śląski.

Zabrze

Byłem na stadionach większości finalistów Pucharu Zdobywców Pucharów, ale do tej pory nie mogłem odhaczyć Zabrza. Zwlekałem, gdy trwała budowa stadionu. Teraz nowy obiekt ma trzy trybuny. Czwarta, stara, jest teoretycznie najważniejsza, ale z najgorszymi warunkami i zasłaniającymi boisko filarami.

Na mecz Górnika z Arką po raz trzeci z rzędu zjawił się komplet – ponad 22 tys. kibiców. Reszta Ekstraklasy zazdrości.

Podwórko najbliższe stadionu. Zwyczajowo policja pijących pod chmurką tu nie szuka.

Droga na stadion Górnika.

Po drugiej stronie ul. Roosevelta kościół, który mocno przyciąga uwagę.

Okazuje się, że koguty, które Stanisław Sętkowski, bardziej znany jako pan Leon wręcza piłkarzom („Będę go zjadł” Nakoulmy) czekają przed meczem w krzakach. Lepiej nie podchodzić, bo kogut się denerwuje. Ciekawe co by robił, gdyby wiedział, że to jego ostatni dzień.

             

Opole

W teorii byłem przygotowany. Pociąg przyjechał do Opola o czasie, spacer z dworca, przez rynek, na stadion zajął 20 min. Nie wiedziałem tylko, że mecz Odry z Miedzią Legnice oznacza helikopter, psy i długą broń. Co robić, wiem z obserwacji. Jeśli kibicujesz gościom, dojeżdżając na stadion krzyczysz ‚Kurwy!’. Jeśli jedziesz autokarem, tyłek przyklejony do szyby też jest OK. Jako miejscowy rzucasz butelką z wodą lub kamieniem. Przechodniów na linii rzutu ignorujesz. Przestajesz dopiero, gdy dobiegniesz do policjanta, który stoi metr przed tobą i przeładowuje wycelowaną w twoim kierunku broń.

Po tych trzech meczach byłem zniesmaczony. W Katowicach wyzwiska i kapitan oddający koszulkę, w Zabrzu przekleństwa z obu stron, a w Opolu aż bolały uszy. Kto co ma w ustach, co ma w dupie, cała anatomia. Widocznie w Polsce inaczej się nie da.

Tutaj debiutował Wilimowski

Stadion przy ul. Kościuszki w Katowicach-Brynowie wybudowano w 1920 roku. Grali tutaj: 1. FC Katowice, Diana Katowice, okazyjnie Ruch Hajduki Wielkie, a po wojnie Gwardia Katowice. Po gruntownej modernizacji w latach 70., upadł pomysł sprowadzenia tu GKS-u Katowice, który wolał zostać przy Bukowej.

1 lipca 1928 roku reprezentacja Polski pokonała tutaj Szwecję 1:0. Szacowana frekwencja – 20 tys. osób. Był to pierwszy mecz reprezentacji na Górnym Śląsku. Od 1930 roku, gdy odmówiono gry 1. FC Katowice, do wybuchu wojny z obiektu korzystali tylko zawodnicy Diany. Przy Kościuszki w barwach 1. FC Katowice debiutował w rozgrywkach ligowych Ernest Wilimowski.

Nie tylko Kościuszki

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Oto najciekawsze.

„Górka” stadionu Arki przy ul. Ejsmonda

Empire Stadium, Malta

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Bośniacka Stalówka, czyli pocztówka z Zenicy

Rzeka Bośnia, po prawej Stadion wybudowany w 1972 roku „Bilino polje”.

Jeszcze w latach 60. wśród mieszkańców kantonu po 25 proc. stanowili Serbowie i Chorwaci. Dziś ponad 90 proc. to Bośniacy. Z ciekawostek to prawie wszystko, bo szczególnych atrakcji w rodzinnym mieście Jasmina Buricia nie odnotowałem.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Zenica to stutysięczne miasto, czwarte pod względem wielkości w Bośni i Hercegowinie. Autobusowa podróż z Sarajewa zajęła mi godzinę. Od razu widać, że turyści zaglądają tu rzadko. Tuż po II wojnie światowej miasto liczyło 10 tys. mieszkańców. Szybki rozwój był możliwy dzięki przemysłowi, także stalowemu. Tak powstał Nogometni klub Čelik Zenica, czyli „Stalówka”.

Prostokątny, a nie owalny kształt stadionu, to w Bośni raczej rzadki przypadek. Na piętnastotysięczniku w Zenicy w ostatnich latach zazwyczaj gra reprezentacja. Nieopodal, po drugiej stronie rzeki, w 2013 roku Bośniacy wybudowali boisko treningowe, z którego korzysta reprezentacja. W sumie niewielki kompleks to dwie naturalne murawy, jedna sztuczna, hala do futsalu i nieduży hotel.

Celik Zenica

Dwumetrowy Puchar Mitropa upamiętnia największy sukces w historii klubu. Čelik wygrywał go w 1971 i 1972 roku.

Čelik – Olimpik.

    

Čelik – Olimpik.

Mecz bośniackiej ekstraklasy całkiem ciekawy. Čelik Zenica łatwo pokonał FK Olimpic. Drużyna ze stolicy (Fudbalski Klub Olimpik Sarajevo) to stosunkowo młody klub, założony w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie. Nazwa nawiązuje do igrzysk w 1984. Piłkarze to „Wilki”, na pamiątkę olimpijskiej maskotki, Vučko. Tego dnia piłkarze wilkami na pewno nie byli.

Pięć minut spaceru dzieli stadion Zenicy od ośrodka reprezentacji.

Boisko reprezentacji Bośni i Hercegowiny

Kółko szachowe w parku koło boiska reprezentacji.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Lwów i pomnik Putina

Karpaty na Stadionie Ukraina

– Jest mały problem, ale jesteśmy na dobrej drodze. Dogadamy się – odpowiedział na moje pytanie zastępca mera Lwowa Andrij Moskalenko. Mały problem polega na tym, że ekstraklasowe Karpaty grają na starym stadionie, zamiast na Arenie Lwów, wybudowanej na EURO 2012. Porównując oba stadiony w starym stylu, to tak jakby Lechia Gdańsk wróciła na Traugutta.

Osobiście sprawdziłem, jak ogląda się mecze na obu stadionach we Lwowie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Karpaty na Arenie Lwów

Pierwszy raz we Lwowie byłem rok temu. W drodze na mecz zahaczyłem o park Stryjski. Mniej zależało mi na podziwianiu ładnych alejek. Poszedłem dla wydarzenia z 14 lipca 1894. Program dnia zakładał m.in ćwiczenia maczugami, gry (foot-ball), rzucanie ciężarów budowanie piramid i wyścig druhów kolarzy. Pierwszy udokumentowany mecz piłkarski na ziemiach polskich trwał 6 minut. Cały wpis o 16-latku, który kopnięciem piłki zapisał się do historii, tutaj.

Arena Lwów

Arena Lwów znajduje się kilka przystanków za Parkiem, na wylotówce z miasta. Kwadrans trzeba jeszcze dojść na piechotę. Z zeszłorocznego meczu Karpat z Szachtarem Donieck zapamiętałem puste trybuny i małe ganianki między sektorami. Miejscowi postraszyli malutką grupkę gości. Policja zdążyła się zerwać z miejsc.

Za drugim razem do Lwowa wyruszyłem służbowo. Bydgoszcz stała się piątym miastem, z którego można dolecieć do portu im. Daniela Halickiego (książę Rusi z XIII wieku, jako patron pokonał m.in. Stepana Banderę). Ukraińcom zależało, żeby pokazać, że turyści z Polski są mile widziani, więc zaprosili dziennikarzy.

O meczowym wypadzie w innym ukraińskim mieście, Kijowie, tutaj.

Kasy na Stadionie Ukraina

Przed meczem ze Stalą Kamieniec odegrano hymn. Ostry mecz, sporo fauli, poziom nie zachwycił. Stadion dość typowy dla tej części Europy, ale warunki bez zarzutu. Cena za bilet na trybunę VIP – 7,5 zł.

Stadion Ukraina

Polski turysta we Lwowie nie jest już emerytem, który razem z autokarową wycieczką chce zobaczyć rodzinne strony. Polacy latają na lwowskie lotnisko (więcej o nim tutaj) już z pięciu miast, od tygodnia także z Bydgoszczy. Śpią w dobrych hotelach i bawią się. Często wracają do domu nie z tanim alkoholem, ale z nowymi zębami. Zabiegi stomatologiczne są pięć-osiem razy tańsze.

To, że miasto przeżywa boom, nie tylko turystyczny, widać gołym okiem. Wystarczy wdrapać się na szczyt ratuszowej wieży. Poza Starym Miastem z każdej strony widać dźwigi. Sytuacja Lwowa poprawiła się po częściowej decentralizacji – podatki w większej części zostają na miejscu, zamiast płynąć do Kijowa. – Pomógł też Putin. Powtarza, że Ukraińcy to część sztucznie podzielonego narodu rosyjskiego. Jak ogłosił, że Galicja go nie interesuje, od razu wzrosły u nas ceny mieszkań. W dodatku wojna na wschodzie zjednoczyła naród. Ukraińcy zbudują Putinowi pomnik. Pewnie z gówna, ale zawsze – mówi dr Igor Lylo, historyk z Uniwersytetu Lwowskiego.

Stadion Ukraina

Stadion Ukraina

Ruch turystyczny rośnie, ale goście potrzebują coraz więcej atrakcji. – Nie musi przyjeżdżać do nas więcej turystów, ale chcemy, żeby zostawali dłużej i wydawali więcej. Więc kombinujemy – mówi Lina Ostapczuk z lwowskiego ratusza. Najlepiej widać to w knajpach. Nie wystarczy dobra kuchnia. Wszyscy się ścigają, żeby mieć bardziej oryginalny wystrój, gości zaskoczyć, czymś dodatkowo zabawić. Kawiarnię Cafe-Masoch (niedaleko Rynku, przy ul. Serbskiej) reklamuje posąg Leopolda Rittera von Sacher-Masocha. To od nazwiska syna dyrektora policji we Lwowie i autora skandalizującej książki ukuto termin „masochizm”. Wiele lokali przypomina czasy wspominanego tu z rozrzewnieniem cesarza Franciszka Józefa. W żydowskie knajpie „Pod Złotą Różą” posiłek poprzedza rytualne mycie rąk. Na początku wszyscy mężczyźni, potem kobiety. Dania w karcie nie mają cen, można się targować. Po drugiej stronie ulicy, w „Domu legend” na tarasie widokowym można zrobić sobie zdjęcie w trabancie. Po fasadzie budynku jeździ niej model tramwaju, smok zieje ogniem.

W „Gazowej Lampie”, gdzie dowiemy się wszystkiego o tym wynalazku, są nawet związane z naftą trunki. Antoni Łukasiewicz, lwowski aptekarz, byłby dumny. Klientów obsługuje lampowy, wódki napijemy się z probówki, w toalecie stoją kanistry. – Nie chcemy być miejscem tanich wieczorów kawalerskich. Musimy pokazać coś wyjątkowe. Przekonać turystę, by został na dłużej i wydał więcej. Mamy więc już 20 projektów, które konkretnymi szlakami łączą restauracje i lwowskie atrakcje – mówi Lina Ostapczuk z lwowskiego ratusza. Wyrafinowanego turystę mają ściągnąć festiwal jazzowy, mozartowski (Franz Xaver Wolfgang Mozart mieszkał we Lwowie 30 lat) i PEN International Congress. We wrześniu o prawdzie w czasach propagandy opowiedzą noblistki – Swiatłana Aleksijewicz i Herta Müller.

Więcej o tym, jak zmienia się turystyczny Lwów tutaj.

W ramach prasowego wyjazdu zadałem kilka pytań merowi. Andrij Sadowy rządzi miastem od 11 lat, jest liderem partii Samopomoc, która w wyborach do parlamentu zdobyła 10 proc. głosów. – W zeszłym roku do Lwowa przyjechało 2,5 mln turystów. Teraz będzie więcej. Wielu z nich przyjeżdża ze wschodniej Ukrainy. Dla nich to inny świat. Przyjeżdżają, chcą wymieniać hrywnę na euro, zanim zorientują się, że wciąż są na Ukrainie – mówił. Dziennikarze pytali, czy Ukraina ma problem z nacjonalizmem. – O wiele mniej, niż w Polsce. To, co dziś obserwuję w Polsce, to ucieczka od realności. Chce się schować, ale to się źle kończy. Znacie tę bajkę z tym ptakiem, strusiem, co głowę chowa w piasek. Myśli, że wszystko będzie OK. A jaki będzie jego los? Oby Polsce nic podobnego się nie przydarzyło. Mamy wiele problemów. Jesteśmy niepodległym krajem od 27 lat. Ukraina to młoda demokracja. Polska ma większe doświadczenie i to widać. Różnica polega też na tym, że nie macie oligarchów, ale macie wolne media – mówił Sadowy.

Cała rozmowa z merem Lwowa tutaj.

A jakie są ceny we Lwowie? Po wylądowaniu, do portfela zaczniemy sięgać z uśmiechem. Bilety z lotniska do centrum – na autobus 48 lub trolejbus 9 kosztują odpowiednio 4 i 2 hrywny – 20 i 60 groszy. We Lwowie działa też Uber. W marszrutce pieniądze rzucamy do skrzynki koło kierowcy lub jeśli jest tłok, pieniądze podajemy do przodu pojazdu. Spokojnie, reszta wróci.

Ceny noclegów są zróżnicowane – 20 zł za łóżko w młodzieżowym hostelu, 50 zł za jedynkę w świetnie ocenianym pensjonacie, po 189 zł w czterogwiazdkowym hotelu ze śniadaniem. Za 15 zł zjemy pyszne śniadanie w słynnej kawiarni Baczewski. Można jeść do oporu. Na obiad, też przy Starym Rynku, wydamy 15 zł. W turystycznym centrum piwo i kawa kosztują po ok. 4. 0,7 l wódki Nemiroff 27 zł, w sklepie 9. W nocy oficjalnie alkoholu nie kupimy, ale w prywatnym mieszkaniu na Podzamczu za kieliszek alkoholu zapłacimy 3 zł.

Co jeść? Szyncel w „Lampie gazowej” kosztuje 16 zł, grillowany kurczak w „El Greko” 12 zł, naleśniki z owocami w „Nostalgii” (250 g) 7 zł, barszcz 6 zł, BigMac 6 zł, latte w „Atlasie” 5 zł, pierogi w barze mlecznym 3 zł. Ceny rozrywek też przystępne. Bilet do opery – 40 zł (dżinsy i koszula będą OK), wejście na ratuszową wieżę 3 zł, a na Cmentarz Łyczakowski 4.

Więcej o cenach we Lwowie tutaj.

Karpaty-Szachtar na Arenie Lwów

Karpaty-Szachtar na Arenie Lwów

Arena Lwów

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jedyny stadion na wyspie

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Gozo to druga co do wielkości wyspa najmniejszego kraju Unii Europejskiej, Malty. 15 km długości, 7 km szerokości. Piękne widoki, błękitna woda i dość leniwe tempo życia. Największy problem na wyspie to ostatnio utrata Lazurowego Okna (Azure Window). W tym roku jedna z najbardziej znanych atrakcji turystycznych Malty – formacja skalna nad samym brzegiem morza – zawaliła się.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Gozo football stadium

Żeby dotrzeć na Gozo z większej wyspy, czyli Malty, trzeba wsiąść na prom (most miałby kosztować miliard euro). Płaci się w drodze powrotnej, niecałe 5 euro. Drużyny z Gozo grają we własnych rozgrywkach. W użyciu są tylko dwa stadiony. Osiem drużyn z Gozo Football League First Division gra na Gozo Stadium (na zdjęciu) a sześć z Gozo Football League Second Division na Sannat Ground.

To kolejny wpis o Malcie. Na blogu jest już dłuższy tekst o weekendowym meczingu na wyspie i krótko o nieistniejącym stadionie narodowym, na którym nie było murawy.

Futbol na wyspę sprowadzili brytyjscy żołnierze. Stadion Gozo powstał w 1936 roku, ale w ostatnich latach został całkowicie zmodernizowany. Wartość historyczną ma tylko zewnętrzna elewacja. To jedyna naturalna murawa na całej wyspie. Na trybunach mieści się ponoć blisko 4 tys. osób.

Dziś żadna z drużyn z Gozo nie gra na szczeblu centralnych, czyli z drużynami z większej wyspy. Żeby podnieść poziom w 1987 roku powołano Gozo F.C.. Po kilku latach drużyna awansowała do maltańskiej Premier League. Szybko zaczęła powrót w dół piramidy, wylądowała ostatecznie w trzeciej lidze. Eksperyment zakończył się w 2011 roku, gdy klub rozwiązano.

Wśród klubów z Gozo jest mnóstwo nawiązań do brytyjskich nazw. W tabeli widnieją m.in. F.C. Gharb Rangers, Qala Saints F.C., Sannat Lions F.C., S.K. Victoria Wanderers i St. Lawrence Spurs F.C..

Za gustownym płotem Gozo Stadium znajduje się jedyna naturalna murawa piłkarska na wyspie.

 

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Xlendi

Xlendi

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Nad Niemnem

– Myślałem, że cztery wolno.
– Nie wolno. A jak nie pasuje, to możemy busa do ostatniej śrubki rozebrać – mówił celnik pokazując miejsce, w którym wypatroszył już setki pojazdów. Karcony Białorusin spuścił głowę. Wiezione z Polski koszule, o które trwała awantura, pokornie schował do torby. Limit wynosi trzy. Szlaban poszedł w górę, a po kilkuset metrach jazdy podziwiałem widok ze wzgórza na oddalone o 20 km Grodno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Ze stadionu Niemenu widać m.in. katedrę oraz Kościół Znalezienia Krzyża Świętego. Świątynie fundowali Stefan Batory i Zygmunt III Waza. Niedaleko, po drugiej stronie obecnego Placu Sowieckiego, stała fara Witoldowa. Kościół z XIV wieku został wysadzony przez miejscowe władze w 1961 roku. Wszystkie świątynie są bezpośrednio związane z Polską i jej monarchami. Najbardziej dla miasta zasłużył się Batory, który mieszkał w Grodnie wiele lat i tutaj zmarł.

Polską historię Grodna w centrum widać na każdym rogu. Turystom pomóc może lista polskich nazw ulic.

Bazylika katedralna św. Franciszka Ksawerego w Grodnie

Kupno biletu na mecz Niemenu przypomina wybór miejsca w kinie. Oczywiście w wersji sprzed kilku dekad. Podaje się numer sektora, a pani w okienku skreśla sprzedane miejsca na planie stadionu. Bilet, w całości jest wypisywany ręcznie, kosztuje 4 ruble (8 zł).

Sam mecz z BATE mało interesujący. Ciekawe są za to konsumpcyjne zwyczaje. Spore kolejki po piwo, kwas chlebowy, smażone na głębokim tłuszczu ciastka i inne przekąski. Główny powód to ceny, prawie takie jak w sklepach.

Niemen Grodno – BATE

Niemen powstał w 1964 roku. W czasach ZSRR drużyna grała w 3. lidze. Od kiedy Białoruś uzyskała niepodległość, piłkarze z Grodna występują w ekstraklasie. Sukcesy? Niewielkie – jedno wicemistrzostwo, jeden puchar. Wszystkie występy w europejskich pucharach kończyły się na pierwszym dwumeczu. Trochę lepiej idzie sekcji hokejowej.

Stadion uniwersytecki w Grodnie

Przed Niemenem o sile grodzieńskiej piłki stanowiły polskie kluby. W 1934 roku WKS 76 pp, czyli drużyna reprezentująca 76 Lidzki pułk piechoty im. Ludwika Narbutta połączyła się z Cresovią. Powstał WKS Grodno. Z oczywistych względów historia klubu zakończyła się pięć lat później. W 1929 Cresovia grała w grupach eliminacyjnych dla mistrzów okręgówek, walczących w barażach o awans do I ligi, ale zajęła ostatnie miejsce w grupie. W białostockiej A klasie nieźle radziły sobie żydowskie kluby – Makkabi i Kraft Grodno.

Przed wojną mecze odbywały się na boisku Okręgowego Stowarzyszenia Wychowania Fizycznego przy ulicy Sobieskiego. To okolice dzisiejszego stadionu uniwersyteckiego (na zdjęciu).

” O tym, że emocje tamtej pory niczym nie różniły się od emocji panujących dzisiaj na boiskach piłkarskich świadczy incydent, który miał miejsce podczas meczu między „Makkabi” z Suwałk i grodzieńską „Cresovią”. Mimo to, że piłkarze z Grodna wygrali, za nie przestrzeganie porządku otrzymali grzywnę w wysokości 50 zł., a niektórzy piłkarze ponieśli kary indywidualne. Tak na przykład piłkarz Szoda został zdyskwalifikowany na 1 rok za kopnięcie w stylu Zinedina Zidane’a piłkarza „Makkabi”, a Rościsław Kozłowski dożywotnio został pozbawiony możliwości pełnić funkcje kapitana drużyny i zdyskwalifikowany na 6 miesięcy za obrażanie sędziego.”
Źródło.

Pomnik Lenina na placu przed siedzibą władz

Jak wygląda Grodno? Szerokie, czyste ulice i brak wieloformatowych reklam. Na tych największych prężą się żołnierz lub nauczycielka. Niewiele budek z jedzeniem, żadnych kebabów, a uniformizacja dotyczy nawet sprzedawczyń w kioskach, rzecz jasna państwowych. Zamiast wielkopowierzchniowych sklepów (największe to te przypominające Społem) tradycyjny targ. Do kupienia, prosto z ulicy, m.in. żywe kurczaki.

Nikt nie przechodzi na czerwonym świetne. Nawet wieczorem, gdy ostatni samochód przejechał kwadrans wcześniej, pojedynczy przechodnie pokornie czekają na zielone. Najbrzydsze są bloki w sowieckim stylu.

Muzeum Elizy Orzeszkowej w Grodnie. Pisarka mieszkała w nim od 1894 aż do swojej śmierci w 1910.

Najtańsza, jednokrotna wiza turystyczna kosztuje 25 euro. Ale Polacy, których interesuje tylko Grodzieńszczyzna, mogą skorzystać z ruchu bezwizowego. Jest wiele obostrzeń – pobyt może trwać maksymalnie pięć dni, nie wolno opuszczać wyznaczonego okręgu, ułatwienie nie dotyczy przy pokonywaniu granicy pociągiem itd. Ale sam proces jest prosty – kwit wypełnia się przez internet, płaci 50 zł, do tego ubezpieczenie za 8 zł. Ostatnia formalność do wypełnienie na granicy karty migracyjnej. Jej drugą część oddaje się wracając do Polski.

W obie strony, jadąc busem z Białegostoku, byłem jedynym Polakiem w pojeździe. Przejazd przez granicę, oprócz incydentu z koszulami, w obie strony spokojny.

Hala targowa

Cmentarz Farny w Grodnie. Groby obrońców Grodna.

Cmentarz Farny w Grodnie

Centrum Grodna. Radziecki czołg na postumencie, jak wymaga tego miejscowa estetyka.

Widok na Niemen z Nowego Zamku. Pałac pełnił funkcję rezydencji królewskiej, tutaj odbywały się Sejmy generalne I Rzeczypospolitej.

Boisko ze sztuczną murawą w kompleksie Niemenu Grodno

Niemen Grodno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jak Wolverhampton Wanderers zostali mistrzami świata

Pomnik Stana Cullisa

Kiedy Gabriel Hanot wziął do ręki wtorkowy „Daily Mail”, tytuł tekstu na pierwszej stronie musiał przeczytać kilka razy. Angielscy dziennikarze poszli na całość i ogłosili: „Wolves mistrzami świata”. W „Daily Express” podobnie: „Wolverhampton Wanderers stali się Wolverhampton Wondermen, klubowymi mistrzami Europy”. Hanot nie chciał już przeglądać kolejnych tytułów. Sam zasiadł przy maszynie do pisania.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dzień wcześniej, 13 grudnia 1954 roku, w towarzyskim meczu w Wolverhampton, Honved Budapeszt przegrał 2:3. Hanot był na meczu i widział, w jaki sposób Anglicy wygrali ten mecz. Wiedział, że choć Wolves mają na koncie kilka zwycięstw z zagranicznymi drużynami, to na żaden tytuł poza Anglią nie zasłużyli. Kolejnego dnia we francuskim „L’Equipe” po oczach bił nagłówek „Nie, Wolverhampton nie są jeszcze mistrzami świata klubów”. Francuzi zaproponowali rozgrywki klubowe, „bardziej spektakularne, niż mistrzostwa Europy reprezentacji”. Hanot pisał, że jeśli Wolves nie pojadą do Budapesztu i nie zagrają z Milanem lub Realem Madryt, to nie mogą twierdzić, że są najlepsi na kontynencie. W czwartkowym wydaniu „L’Equipe” padły już konkretne propozycje. Jeden klub z każdego kraju, system mecz i rewanż, mecze rozgrywane w środku tygodnia. Rok później ruszyły pierwsze rozgrywki o Puchar Europy. Mecz w Wolverhempton, gdzie umazani w błocie Anglicy pokonali Węgrów, dał początek dzisiejszej Lidze Mistrzów.

Pomnik Stana Cullisa

Staję przed pomnikiem Stana Cullisa koło stadionu Molineux w Wolverhampton. Były gracz i trener „Wilków” ubrany jest w klubową marynarkę i krawat, z kapeluszem w ręku. Lekko pochylony, tłumaczy coś swoim piłkarzom. Na cokole cytat „Na tym świecie ma się tylko jedno życie. Ja swoje oddałem Wolves”.

Cullis doprowadził Wanderers do trzech mistrzostw Anglii i dwóch Pucharów. Był wizjonerem, który wiedział, w jaki sposób drużynę z niewielkiego i biednego Wolverhampton wprowadzić do Europy. Na każdym z czterech masztów, które wokół boiska postawiła firma Revo Electric Company z Lipton, założono 60 lamp. Montaż instalacji, która wymagała blisko 5 km kabli i kosztowała 25 tys. funtów, Stan Cullis doglądał osobiście. Sztuczne oświetlenie na Molineux to był jego pomysł.

W latach 50. mecze po zmroku to wciąż była rzadkość. Takie spotkania pobudzały wyobraźnię. George Best miał wtedy 8 lat, kibicował lokalnemu Glentoranowi Belfast. Do czasu, aż w domu sąsiada, na małym, czarno-białym telewizorze, obejrzał mecz Wanderers ze Spartakiem Moskwa. – Wolves byli pierwszym zespołem spoza Irlandii Północnej, który mogłem zobaczyć w telewizji. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Mecze przy światłach bardziej kojarzyły się ze spektaklami w teatrze, a nie z meczami – pisał w autobiografii.

Stadion Wolverhampton Wanderers

W grudniowy poniedziałek Stan Cullis przyszedł na Molineux z samego rana. Plan na wygranie mecz miał gotowy, ale nie chodziło o taktykę. Trzem nastolatkom kazał nawodnić boisko. Z wiadrem biegał m.in. 16-letni Ron Atkinson. – Myśleliśmy, że zwariował. To był grudzień, w dodatku od czterech dni cały czas padało – opowiadał potem były manager m.in. Manchesteru United.

Wieczorem, gdy reflektory świeciły pełnym blaskiem, piłkarze Wolves wybiegli na boisko w złotych koszulkach. Naprzeciwko nich stanęli piłkarze Honvedu, z których sześciu grało rok wcześniej na Wembley. Ośmieszyli wtedy Anglików, którym wciąż wydawało się, że mają monopol na futbol na najwyższym poziomie. Węgrzy wygrali 6:3. W maju doszło do rewanżu, znów klęska. W Budapeszcie gospodarze strzelili 7 goli, stracili jednego. Do dziś to najwyższa porażka w angielskiej historii.

Na Molineux Węgrzy prowadzili po szybkich bramkach Sandora Kocsisa i Ferenca Machosa. Po przerwie boisko nie nadawało się już do gry. Cullis kazał swoim piłkarzom grać długimi podaniami. Mistrzowie Anglii bazowali na sile i wybieganiu. Główna metoda treningowa Cullisa, czyli nieustanne bieganie po schodach trybun, dała efekty. Marzenie każdego producenta telewizyjnego stało się faktem. Widzowie zobaczyli comeback, jedno z najlepszych sportowych show tamtych czasów. Z karnego trafił Johnny Hancocks, potem dwa gole zdobył Roy Swinbourne. Anglicy odzyskali dumę, którą Węgrzy odebrali im na Wembley.Stadion Wolverhampton Wanderers

Tak jak Gabriel Hanot odwiedzając Wolverhampton, wziąłem do ręki aktualny „Daily Mail”. Na czołówce też temat piłkarski, tylko zdecydowanie mniej chwalebny. Kolejny odcinek seksafery z Adam Johnsonem, który uprawiał seks z nieletnią.

60 lat temu, w relacji, która poirytowała francuskiego dziennikarza, Anglicy pisali: „Od razu po meczu, jak tylko Billy Wright wprowadził do szatni umazanych błotem bohaterów, Stanley Cullis powiedział: „Jesteście mistrzami świata”.

Już dzień gazeta musiała się z tego wycofać. Cytowała Cullisa, który mówił: „Nigdy nie twierdziłem, że jesteśmy mistrzami świata. Spartak i Honved to dobre kluby, ale naszą wygraną trzeba widzieć w odpowiednim kontekście”. Być może, gdyby angielscy dziennikarze trzymali się faktów, europejskie puchary powstałyby kilka lat później. Dziś Wolves nieśmiało walczą o awans do Premier League (jeszcze w poprzednim sezonie grali w League One), Honved próbuje uniknąć spadku z ekstraklasy, a nakład L’Equipe stale spada. Świetnie ma się tylko Liga Mistrzów. Stadion Wolverhampton Wanderers   Pomnik Billy Wright

Patronem jednej z czterech trybun stadionu w Wolverhampton, jest gracz z naszych czasów. Na zwycięstwa z europejskimi potęgami się nie załapał. Mało tego, w swoim życiu zagrał tylko jeden mecz w najwyższej lidze i było to zanim trafił do Wolverhampton.

Steve Bull przyszedł do klubu, gdy ten był na skraju upadku. W 1986 roku Wolves grali w czwartej lidze i nawet w niej mieli problemy. Bull ciągnął drużynę za uszy, strzelał po 50 goli w sezonie. Kiedy Wolves awansowali do trzeciej ligi, Bobby Robson powołał go do reprezentacji Anglii. Prasa z tego pomysłu kpiła, ale Bull strzelił w debiucie przeciwko Szkocji, potem na Wembley wbił dwa gole Czechosłowacji. Robson zabrał go na mundial. W pierwszych czterech meczach na turnieju we Włoszech Bull do siatki nie trafił. W półfinale z Niemcami trzecioligowiec miał wejść na boisko, ale Gary Lineker strzelił wyrównującą bramkę. – Zakładaj z powrotem dres Bully – usłyszał od Robsona. Kiedy wykonywano karne, nie było go na placu. Niemcy trafili wszystkie, Anglicy tylko 3 z 5.

U kolejnego selekcjonera, Bull nie miał już szans. Graham Taylor nie chciał powoływać trzecioligowca, a Bullowi dobrze było w Wolverhampton. Nieliczne oferty z Premier League odrzucał. Chciał tam zagrać z Wolves. Było blisko, bo w 1995 i 1997 roku drużyna odpadała w play-off. W ciągu 13 lat Bull strzelił dla Wanderers 306 bramek. Do najwyższej ligi zespół wrócił w 2003 roku, gdy legendarny napastnik był już na piłkarskiej emeryturze. Kibice Wolves oglądali już wtedy mecze z trybuny Steve’a Bulla, honorowego wiceprezydenta.Pomnik Billy Wright Stadion Wolverhampton Wanderers Stadion Wolverhampton Wanderers

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Pocztówka z Hamburga

Che Guevara spogląda z okna mieszkania w Hamburgu

W Hamburgu obejrzałem wielką stopę Uwe Seelera i mecz HSV. W międzyczasie wypatrywałem Che Guevary i tęczowej garderoby. Kilka kadrów z Hamburga.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sternschanze, w tle Heinrich-Hertz-Turm – wieża radiowo-telekomunikacyjna, najwyższa budowla w Hamburgu.

I znów wieża, ale z drugiej strony. Z widokiem na stadion St. Pauli.

O St. Pauli pisałem już na blogu. Polecam długi tekst.

Altona 96

Klub, który powstał w 1893 roku, zgodnie z najlepszymi niemieckimi standardami jest wielosekcyjny. Altona była jednym założycieli DFB, niemieckiej federacji. Dziś piłkarze grają w hamburskiej Oberlidze, na piątym poziomie rozgrywek.

Altona 96 długo nie była sporo mniejsza od HSV, ale przespała swoją szansę.

Kibice trzeciego klubu Hamburga mają podobne zapatrywania, jak fani St. Pauli. Altona utrzymuje kontakty z innym hipsterskim klubem, który odwiedziłem niedawno – londyńskim Dulwich Hamlet. Altona 93 przyciąga kibiców hasłem „uczciwego futbolu”.

Adolf-Jäger-Kampfbahn (patronem jest zmarły w czasie bombardowania Hamburga piłkarz).

Tęczowa czapka St. Pauli to na polskiej ulicy byłby hit.

Elbphilharmonie, najnowszy symbol Hamburga. Kosztowała 866 mln euro. Mieszkańcy Hamburga mówią, że było warto.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Piaskowe imperium na Malcie

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dziś, żeby zajrzeć, co znajduje się za kamiennym murem w Gzirze, trzeba się trochę natrudzić. Przez dekady było to jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc na Malcie. Obiekt wybudowano w 1922 roku. Wcześniej, podczas I wojny światowej, RAF miał tutaj bazę balonową. W pierwszym meczu zagrały drużyny MFA XI i HMS Ajax. MFA to Malta Football Association a rywalem byli Brytyjczycy. HMS to skrótowiec używany przed nazwą jednostek pływających – His/Her Majesty’s Ship – Okręt Jego/Jej Królewskiej Mości. Z miejscowymi w piłkę grali marynarze z Floty Śródziemnomorskiej.

W tym miejscu Malta zagrała pierwszy międzypaństwowy mecz. W 1957 roku rywalem była Austria. Przez kilka dekad 30-tysięczny obiekt słynął z nawierzchni, gdzie trawy po prostu nie było. Na Empire Stadium odbywały się m.in. walki bokserskie, pokazy cyrkowe i tradycyjne, gwiazdkowe turnieje piłkarskie. Przez lata na tym obiekcie swoje mecze w europejskich pucharach rozgrywały maltańskie kluby. Od razu odpadały, ale do Gziry przyjeżdżały takie firmy, jak Leeds, Manchester United (remis!), Juventus, Inter, Celtic, Real i Barcelona.

Nawierzchnię z lat 70. i meczu z mistrzami świata z RFN można zobaczyć tutaj.

Stadion, pomimo, że miał status narodowego, zawsze znajdował się na prywatnym terenie. Został wydzierżawiony, a po okresie umowy zwiększyło się grono spadkobierców, bo w międzyczasie na Malcie zrezygnowano z primogenitury. Bramy stadionu na dobre zamknięto 29 listopada 1981 roku. W ostatnim meczu maltańskiej Premier League zagrały Sliema Wanderers i Senglea Athletics. Nowy stadion narodowy zbudowano w innej części kraju. Spod Empire Stadium do Ta’ Qali, gdzie rozgrywane są mecze ligowe i reprezentacji, jedzie się autobusem 40 minut.

20-minutowy film o historii Empire Stadium.

Inne opuszczone stadiony na blogu

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Trzy najciekawsze.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pomnik masażysty

Pomnik Hermanna Riegera

Dwa pomniki przed stadionem, oba intrygujące. W Hamburgu nie postawili standardowej figury strzelca sprzed kilku dekad. Zafundowali sobie pomnik masażysty i gigantyczną stopę.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wokół stopy, przed meczem Hamburgeru SV, można napić się piwa. Właściciel jej żywej, dużo mniejszej wersji, czyli Uwe Seeler strzelił dla HSV ponad 400 goli. Połowę kariery spędził w Oberlidze, a od 1963 roku, straszył bramkarzy w całych Niemczech, już w Bundeslidze.

Stopa Uwe Seelera

W 2015 roku przed stadionem odsłonięto pomnik zmarłego rok wcześniej Hermanna Riegera. Przez 26 lat był klubowym fizjoterapeutą. Z czasem stał się ikoną HSV, jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci. Kiedy jakiś piłkarz doznawał kontuzji, kibice na Volksparkstadion krzyczeli: „Hermann, Hermann!”. Takim samym imieniem ochrzczono klubową maskotkę.

HSV-Freiburg

Hamburg odwiedziłem po raz drugi. Poprzednim razem zaliczyłem mecz St. Pauli i wizytę w muzeum HSV. Zobaczyłem m.in. jeden z Pucharów Europy.

Sam mecz z Freiburgiem miał ciekawy przebieg, ale nic mnie nie zaskoczyło.

W rogu stadionu widnieje zegar odliczający czas, jaki HSV spędziło w Bundeslidze. Klub gra w niej od pierwszego sezonu i nigdy nie spadł. Biorąc pod uwagę występy w ostatnich latach, zegar wygląda jak niepotrzebne kuszenie losu.

Volksparkstadion, Stadion Ludowy, zbudowano w latach 20. Kiedy w latach 50. był przebudowany, używano gruzu z pobliskiej dzielnicy Eimsbüttel, która mocno ucierpiała podczas alianckich nalotów. HSV przeniosło się tutaj dopiero po utworzeniu Bundesligi, w 1963 roku. W 1998 roku obiekt właściwie wybudowano od początku, a boisko obrócono o 90 stopni.

Kevin Keegan i zwycięstwo Puchar Europy na stadionowym korytarzu.

       

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Estadio Vicente Calderon odchodzi z godnością

Trybuna Vicente Calderon nad autostradą

Pod jedyną zadaszoną trybuną biegnie autostrada M-30. Nie brzmi to jak dobra reklama stadionu drużyny, która dociera do finałów Ligi Mistrzów. Ale Estadio Vicente Calderón ma swój klimat. Szkoda, że za chwilę zniknie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Powód przeprowadzki na nowy stadion ten sam, co wszędzie – nie chodzi nawet o te 12 tys. więcej krzesełek, ale o loże, które można sprzedać za miliony. Przestrzeń dla VIP-ów ma być najlepsza na świecie. O tym, czy najlepsze warunki będą mieli zwykli kibice, klub nie informuje.

Estadio Manzanares, tuż nad brzegiem rzeki o tej samej nazwie, powstał w latach 60. dzięki obligacjom, które wykupili kibice. Inaczej, niż w większości krajów, wszystkie miejsca, przewidziano jako siedzące. – Oni stoją, my siedzimy – głosiły napisy na transparentach. Poprzednie cztery dekady Atletico spędziło na Estadio Metropolitano, gdzie dziś stoją budynki mieszkalne. Po wojnie domowej, w której stadion poważnie ucierpiał, Atletico przez trzy lata grało na Campo de Vallecas, obiekcie Rayo.

Kolejny obiekt Atletico ma nosić nazwę Wanda (chiński koncern) Metropolitano.

wnętrza Stadionu Vicente Calderon

Piłka przy głównym wejściu na stadion. „Nie kopać!”

Piłkarze klubu, który założyło trzech baskijskich studentów na podobieństwo Athletiku Bilbao, nosili koszulki w biało-czerwone pasy. W Hiszpanii tych samych kolorów wykorzystywano przy produkcji materaców.

Na Vicente Calderon (były prezydent został patronem w 1971 roku) rozegrano trzy mecze mistrzostw świata. Stadion został wtedy poważnie przebudowany.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Klubowe muzeum.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Wnętrze stadionu Vicente Calderon

W związku z tym, że stadion wkrótce zostanie rozebrany, jest dość zaniedbany. Tak wygląda tunel, którym piłkarze wychodzą na boisko.

Wnętrze stadionu Vicente Calderon

Tunel stadionu Vicente Calderon
Atletico miało się przenieść na nowy stadion w 2010 roku a miasto liczyło, że na tym obiekcie w 2012 roku zostaną rozegrane igrzyska olimpijskie. Po kolejnych klęskach ratusz porzucił marzenia o imprezie, a klub zmienił koncepcję obiektu. Pomimo różnych problemów formalno-prawnych, wydaje się, że tym razem się uda i w sezonie 2017-18 Atletico będzie grało na nowym stadionie.

La Peineta (zgodnie z trendem zbudowany pośrodku niczego), jako najnowocześniejszy duży stadion w Hiszpanii ma stać się areną finałów Copa del Rey. Do tej pory gospodarza finału ustalano niemal w ostatniej chwili, a przepychanki między Realem i Barceloną w tej sprawie stały się elementem tradycji hiszpańskiej piłki.

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii, a o podróżach do Hiszpanii tutaj.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.