Archiwum kategorii: Czytelnia

Recenzje książek sportowych

Kto gwiżdże na hiszpańskiego króla? [RECENZJA]

Filip Kubiaczyk okładka

Tytuł: Historia, nacjonalizm i tożsamość. Rzecz o piłce nożnej w Hiszpanii
Autor: Filip Kubiaczyk
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Naukowe UAM, 2020

Stadion bywa uproszczonym laboratorium nacjonalizmów. Zdarza się, że kibice czujący się częścią dwóch odrębnych narodów gwiżdżą słysząc hymn państwowy. W Hiszpanii tak wygląda finał krajowego pucharu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dr hab. Filip Kubiaczyk, profesor poznańskiego UAM-u, to historyk kultury. Pisał artykuły m.in. o XV-wiecznym systemie wojskowym w Hiszpanii oraz kolonializmie w perspektywie latynoamerykańskiej. Na konferencjach naukowych opowiadał o bullach papieskich i wygłaszał referaty o ideach XV-wiecznych władców. Futbol fascynuje go od dawna, choć stosunkowo rzadko badał go naukowo. Podczas studiów w Saragossie regularnie chodził na La Romaredę. Trafił na świetny czas i z bliska oglądał drużynę, w której brylowali Gabriel Milito, Pablo Aimar, Andres D’Alessandro czy Ewerthon. Na trybuny wchodził krótko po otwarciu bram stadionu. Interesowało go wszystko, od butików z szalikami i kas po przyśpiewki kibiców.

Francisco Franco nie żyje od 45 lat. W Hiszpanii cały czas trwa dyskusja o rozliczeniach okresu, w którym dysponował dyktatorską władzą. Jak pisał cytowany przez Kubiaczyka Ernst Bloch, „przeszłość staje się interesująca dopiero wtedy, gdy padnie na nią teraźniejszość”. Nie da się zrozumieć hiszpańskiego futbolu bez świadomości, jak na piłkę wpłynął okres rządów generalissimusa.

Na trybunach w Hiszpanii nieustannie wraca przeszłość, a nowe pokolenia kibiców rosną karmione opowieściami o ciemnym okresie frankizmu. Nacjonalizm hiszpański nieustannie jest konfrontowany z tzw. peryferyjnymi – zwłaszcza katalońskim i baskijskim. Historyczne podziały żyją w okołoboiskowych dyskusjach, odradzają się na trybunach i w barowych dyskusjach.

Zobacz także: Powyborcza kupa w Katalonii

Kubiaczyk analizując tożsamość kibiców Barcelony tłumaczy, czym różnią takie pojęcia, jak Katalończyk, obywatel Katalonii, katalonista, barcelonista i culé. Te kategorie mogą być rozdzielne – wśród Katalończyków są barceloniści, którzy nie są zwolennikami ruchu kulturowo-społecznego, jakim jest katalonizm. Z kolei wielu zagranicznych kibiców popiera prawo Katalończyków do odrębnej państwowości, choć sami nie mówią po katalońsku.

Książka jest napisana zgodnie z rygorami pozycji naukowych. Ma kilka trudniejszych momentów, ale nie język, a redakcja była dla mnie większym problemem. Nie uniknięto powielenia treści. Kilkukrotnie zauważyłem, że dany aspekt autor opisywał już wcześniej i niepotrzebnie powtarzał informacje.

Fakty i oceny z rozdziałów o Barcelonie i Realu dla wielu czytelników nie będą zaskoczeniem. Najciekawsze są fragmenty o reprezentacji, specyfice Kraju Basków oraz o tożsamości Espanyolu. Kubiaczyk analizuje, czy kibice Pericos cierpią na „efekt Asterixa” (i czują się oblężeni, niczym Galowie), czy bliżej im do „syndromu Kalimero”, czyli sprowadzania się do roli ofiary. Ostatecznie nowa, chińska droga, która miała pozwolić podkreślić własną tożsamość, zaprowadziła RCDE do drugiej ligi.

Zobacz także: Piłkarskie podróże po Hiszpanii

Klose trafił na równego sobie [RECENZJA]

Tytuł: Miro. Oficjalna biografia Miroslava Klose
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo:  Zysk i S-ka, Poznań 2019

Futbol widział wielu napastników lepszych od Miroslava Klose. Żaden z nich nie strzelił więcej goli na mistrzostwach świata. Na absolutne wyżyny wspiął się też autor jego biografii, Ronald Reng.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Porównywanie piłkarza, którego zapisał się w historii piłki i znają go setki milionów osób, z autorem książek sportowych może się wydawać szalone. Jeśli sukces mierzymy kwotą na koncie lub sławą, zestawienie musi wygrać 137-krotny reprezentant Niemiec. Śmiem twierdzić, że w swojej dziedzinie dokonania Renga są niewiele gorsze. W dodatku, w przeciwieństwie do napastnika, nie miał jeszcze słabszego sezonu.

Książki sportowe to nisza, w której siedzę od ponad dwóch dekad. Wiem, że nie zmarnuję czasu na czytanie zdań, które wypłynęły spod rąk Jonathana Wilsona, czy Davida Goldblatta. Obaj opowiadają historie w szerokim planie. Reng skupia się na jednej osobie i stapia z bohaterem. Na blogu zachwycałem się wydanymi w Polsce książkami o Robercie Enke i Heinzu Höherze. Równie wybitna jest spowiedź Larsa Leese. W swoim debiucie Reng napisał o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał.

Książka o zdobywcy 16 goli na mundialach rozpoczyna się od fenomenalnego rozdziału o 20-letnim czeladniku ciesielskim, który mundial we Francji oglądał jako piłkarski amator. Tamtego lata trafił właśnie do rezerw FC 08 Homburg, czyli awansował z 7. ligi do 5.

„Z rusztowania przeskakuje na płatew kalenicową, jak w fachowym języku nazywa się najwyżej położoną belkę więźby dachowej. Stoi bez trzymania na drewnianej belce, osiem metrów nad ziemią, i przez tę krótką chwilę, dopóki operator dźwigu nie dostarczy mu w powietrzu następnej krokwi, Miroslav Klose ma czas, by popatrzeć z wysokości na świat”.

Kiedy Ronaldo zdobywał zdobywał gole w drodze do finału, Klose mieszkał z siostrą w jednym pokoju, marzył o BMW M3 i zasuwał na budowie. Jego planem na życie był własny zakład ciesielski. Cztery lata później Klose i Ronaldo stanęli naprzeciw siebie w finale mundialu. Brazylijczyk miał wtedy na koncie 6 goli, Niemiec 5.

Zobacz także: W Monachium trenują po sąsiedzku [Z PODRÓŻY]

W Niemczech, gdzie system szkolenia wyławia każdego, kto ma szansę zostać zawodowcem, Klose był jedynym reprezentantem z amatorskiego klubu. Przebił się do Bundesligi, bo miał świetny start do piłki i fenomenalnie grał głową. Choć na najwyższym poziomie jego ograniczenia techniczne rzucały się w oczy, nadrabiał analizą gry. Szybko się dostosowywał, czytał przeciwników i reagował. Kojarzony z pobicia mundialowego rekordu Ronaldo, zawsze był graczem zespołowym. Reng portretuje cichego, skromnego chłopaka z Kusel. Urodzony w Opolu, kilka pierwszych lat życia spędził we Francji. Kiedy jako 8-latek trafił do RFN, nie mówił po niemiecku.

Dziś napastnik urodzony w Opolu jest trenerem. W Bayernie dalej zaskakuje pokorą. Kiedy w drużynie U-17 szło mu tak dobrze, że zaproponowano mu drużynę wyższej kategorii wiekowej, odmówił. Tłumaczył, że ma czas. W 2020 roku został asystentem trenera pierwszego zespołu. Pomału w górę, jak na boisku. Ale dopiero gdy uznał, że jest gotowy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zobacz także: Olimpijski dach demokracji [Z PODRÓŻY]
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Dwóch zgryźliwych tetryków [RECENZJA]

Tytuł: Najlepszy trener na świecie
Autor: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
Wydawnictwo:  W.A.B. 2018

Tytuł: On, Strejlau
Autor: Jerzy Chromik, Andrzej Strejlau
Wydawnictwo:  Sine Qua Non, 2018

Dwa wywiady-rzeki. Pojedynek żwawych 80-latków, którzy nie powiedzieli ostatniego słowa. Ciekawe życiorysy, wzajemne przytyki, stare spory, a w tle największe sukcesy polskiej piłki. Gmoch – Strejlau 1:0.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Werdykt korespondencyjnego pojedynku dwóch zgryźliwych tetryków wydałem na podstawie subiektywnych kryteriów. Książkę Gmocha polecam, a rozmowa ze Strejlauem fragmentami rozstraja, niczym zbyt długa rozmowa dwóch mężczyzn, którzy znają się ponad pół wieku. Specyficzna forma męczy. Ze Strejlauem do wspominkowej pogawędki, zasiadł jego druh, Jerzy Chromik. Autor słynnej rozmowy z Dariuszem Dziekanowskim w „Sportowcu” oraz konsultant „Piłkarskiego Pokera” dziś publikuje m.in. na sport.tvp.pl. Ma rozpoznawalny styl.

Masz sporo fotografii z najważniejszymi ze świata polityki. Są takie do spalenia w piecu od ręki.
– Nie ma już pieców kaflowych.
Można to zrobić w dużej popielniczce.
– Od kiedy nie palę, trudno w domu o popielniczkę.
Polska-Ukraina podczas EURO 2016 oglądałeś w ogrodzie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
– Michał Pol mnie namówił.
Miło było?
– Był chyba Sebek Mila.
(…)
A w golfa kiedyś grałeś?
– Nie, ale lubię golfy.
Wiem, półgolfy też. Masz znajomego sprzedawcę, który ma je zawsze w dobrych cenach jesienią.
– Potrzebujesz na zimę?
Dwa wełniane wziąłbym od ręki.
– Dam ci telefon do pana Waldka. Zadzwoń i powołaj się na mnie.
A spłuczka w ubikacji działa?
– Znów chcesz mi dokuczyć.
Dwie lewe ręce.
– Mam też prawą, ale nie biorę do niej śrubokręta. Bo śruba i okręt to razem śrubokręt.

Mnie ten ping-pong, gdzie liczy się „kojarka” i lingwistyczne zabawy, trochę zmęczył. Przyjmuję jednak, że styl Chromika może trafić do starszego czytelnika. Z tego miszmaszu w pamięć zapadają opowieści Strejlaua u budowaniu życia w Warszawie Gomułki i Gierka.

Pierwsze wspomnienia to wojna. Matka trafiła do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Kiedy wychudzona, z tobołkiem na ramieniu, po 5 latach wróciła do domu, zastała w nim męża, dzieci oraz obcą kobietę. Ta ostatnia musiała się od razu wynieść. Andrzej Strejlau, syn trenera boksu, grał w piłkę nożną i szczypiorniaka. Po studiach został na AWF-ie. Rzeczywistość tamtych czasów – przechodni pokój w domu bez bieżącej wody, gazu i z piecem opalanym węglem.

Strejlau poznał Jacka Gmocha w 1965 roku. W książce tłumaczy, że kolega po fachu niczego nie wymyślił, był tylko kontynuatorem badawczego podejścia do piłki. Słynny bank informacji zbudowali naukowcy z AWF-u, a plan przygotowań do Igrzysk w Monachium stworzył Jerzy Talaga, a nie Gmoch. A u Górskiego był przez pewien czas na doczepkę.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Były trener Panathinaikosu, Olympiakosu i AEK-u swoją książkę wydał rok wcześniej, niż kolega ze sztabu „Orłów Górskiego”, w 2018 roku. Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke, czyli wywiadowcy z „Playboya” to najwyższa krajowa półka. Gmoch wszystko przewidział, wymyślił jako pierwszy, a jeśli przegrał, to przez błędy innych. Albo tak naprawdę wygrał. Ta przesada ma jednak swój urok, poczynając od tytułu książki.

Wiele tu refleksji nad sobą, światem oraz bardzo często, przemijaniem. Gmoch odmalowuje dziecięce czasy w Pruszkowie, Legię lat 60. i grę w reprezentacji. Kiedy zderzył się z Marianem Szeją i Joachimem Marxem w towarzyskim meczu, kość nogi roztrzaskała się na siedem fragmentów. Gmoch z werwą opowiada o latach 70., partyjnych grach, życiu w Grecji. Dla niego książka to rozliczenie z samym sobą.

Po premierze przepytywanego punktowano za rozmijanie się z faktami. Możliwe, że nie bez udziału świadomości. Zrobił to jednak z wielkim wdziękiem.

Zobacz także: Stadion w Atenach. Marmurowe piękno [Z PODRÓŻY]
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

W manchesterskiej szatni Guardioli [RECENZJA]

Tytuł: Manchester City Pepa Guardioli. Budowa superdrużyny
Autor: Pol Ballús, Lu Martín, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:  SQN 2020

To siódma na mojej półce książka o pracy Pepa Guardioli, pierwsza z okresu pracy w Manchesterze City. Trochę przesłodzona i mało zaskakująca.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Długo zastanawiałem się, jak blisko drużyny Guardioli znajdowali się przez trzy sezony Lu Martin i Pol Ballús. Trudno mi uwierzyć w deklarację, że drużyna stanowiła istotę ich pracy przez trzy lata. Jeśli tak było, to albo są słabymi dziennikarzami albo dział PR City Football Group wykreślił im połowę książki. Bliżej mi do hipotezy, że dostęp do zespołu mieli dość ograniczony.

Autorzy położyli nacisk w opowiadaniu o całej drużynie, a nie tytułowym trenerze. Konstrukcja jest poprawna – w kolejnych oddziałach przedstawiane są postacie kluczowe dla projektu Pepa. Najciekawiej Katalończycy portretują tych, którzy nie wchodzą na boisko. Aitor Beguiristáin i Manuel Estiarte opowiadają o swoich codziennych obowiązkach. Autorzy minimalnie odsłaniają kulisy przyjścia Guardioli do Manchesteru. Poznajemy też kilka jego codziennych rytuałów. Daję plusa za wymienianie nazw restauracji i pubów. Kibic jadący na mecz do Manchesteru, o ile portfel mu pozwoli, może teraz zajrzeć do kilku miejsc, gdzie wpadają ludzie związani z City.

Zobacz także: Recenzja książki „Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania”

Największym minusem książki jest absolutny brak informacji, które mogłyby zaszkodzić komukolwiek związanemu z klubem. Jako mocno zakręcony został przedstawiony Benjamin Mendy. Żadna to przecież nowość. Więcej nieprofesjonalnych, czy godnych krytyki zachowań ciężko przywołać. Przygody Yayi Toure zostały w książce pominięte. Co się działo z Toure? Jakie wnioski klub wyciągał z porażek w Europie? Dlaczego niektórzy zawodnicy musieli odejść? Tego się nie dowiadujemy. Wiemy natomiast, że Khaldoon Al Mubarak wielkim prezesem jest.

Zobacz także: Recenzja książki ” Che Pep”

Pep Guardiola
Pep Guardiola na City of Manchester Stadium podczas meczu ze Swansea City.

Zobacz także: Bieda i patologia, czyli Manchester City [Z PODRÓŻY]

Tytuł: 50 Teams That Mattered
Autor: David Hartrick
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

David Hartrick przyznaje, że książka o drużynach, które miały znaczenie, mogłaby równie dobrze mieć 75 albo 250 rozdziałów. Ich wybór był subiektywny. Chronologicznie zaczynamy od Sheffield z 1957 i Queens Park FC, dalej mamy wszystkie wielkie drużyny, aż do współczesności. O ile o Realu z lat 50., Brazylii z 1970 roku, Nottingham Forest Briana Clougha, czy Barcelonie Guardioli, nie dowiemy się nic nowego, to kilka rozdziałów otwiera oczy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Kto wiedział, że Pro Vercelli, drużyna, która zdominowała kilka pierwszych edycji mistrzostw Włoch, została pozbawiona szans na tytuł przez decyzję federacji? Piłkarze z Piemontu świętowali zdobycie tytułu dzięki lepszej różnicy bramek, gdy federacja zarządziła dodatkowy mecz z Interem. Jego termin pokrywał się z ćwiczeniami wojskowymi, w których brali udział niemal wszyscy zawodnicy z Vercelli. Tytuł powędrował do Mediolanu. Dziś siedmiokrotny mistrz Italii gra w Serie C.

Hartrick wyróżnił m.in. amerykańskie piłkarki. Zanim zagłębimy się w historię piłki za Atlantykiem i przyjrzymy się rekordowi, który pozostawiła po sobie Mia Hamm (158 goli i 144 asysty w 275 meczach reprezentacji), Hartrick opowiada o Anglii. W 1921 roku kobiecy mecz na Goodison Park oglądało 53 tys. osób. Krótko później FA zabroniła rozgrywania żeńskich meczów na ligowych stadionach. Zakaz obowiązywał do 1971 roku.

Na swój rozdział, między „Invincibles” Arsene’a Wengera i Barceloną, która zdobyła swój pierwszy tryplet, zasłużyło Los Angeles Galaxy. Jeszcze ciekawszy jest przypadek Enfield Town. Drużyna powstała w 2001 roku. Stworzyli ją kibice Enfield FC, którzy chcieli mieć zespół w swoim miasteczku. Właściciel klubu, któremu kibicowali, wyprowadził drużynę poza granice gminy Wielkiego Londynu. Podobna, ale o wiele bardziej znana historia Wimbledonu miała miejsce krótko później. Kibice z Enfield i ich drużyna z Essex Senior League, zasłużenie znaleźli się wśród 50 drużyn, których historię warto odnotować.

Książkę czyta się dość lekko. Na opowieść przypada średnio 7 stron, więc na każdy zespół mamy kilkanaście minut. Powierzchownie, ale dość zgrabnie. W sam raz, żeby powtórzyć podstawowe fakty lub dowiedzieć się, jaki temat warto zgłębić.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Demitologizacja Zidane’a [RECENZJA]

Tytuł: Gegenpressing i tiki-taka. Jak rodził się nowoczesny europejski futbol
Autor: Michael Cox, tłum. Krzysztof Cieślik, Grzegorz Krzymianowski
Wydawnictwo:  SQN, 2020

Wyposażony w szkiełko i oko Michael Cox rozrysował ostatnie 30 lat europejskiej piłki. Przy okazji zajął się dekonstrukcją mitu Zinedine’a Zidane’a.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Cox jako początek obecnej ery w futbolu wyznacza rok 1992 – moment powstania Ligi Mistrzów, Premier League i przepisów dotyczących łapania piłki przez bramkarza po podaniu od partnera. Zgrabnie podzielił obecną epokę na czasy wpływów i dominacji piłki holenderskiej (1992-96), włoskiej (1996-2000), francuskiej (2000-04), portugalskiej (2004-08), hiszpańskiej (2008-12), niemieckiej (2012-16) i angielskiej. Ramy wyznaczył zgrabnie i operował między nimi konsekwentnie. Manchester United z 1999 roku, czyli najlepsza drużyna Alexa Fergusona, dostała w książce mniej miejsca, niż najciekawsza wersja Parmy. Cox uznał, że włoski zespół wpisywał się w trendy taktyczne, które wyznaczała wtedy Serie A. Z kolei potrójna korona Fergusona nie miała tak mocnego wpływu na przyszłą pracę trenerów w całej Europie.

Zobacz także: Paryż w cieniu Neymara [Z PODRÓŻY]

Sporo tu błyskotliwych wywodów, jak choćby ten o grze bez napastników. Cox opisując Barcelonę Guardioli i Hiszpanię Del Bosque dochodzi do paradoksalnego wniosku. To, że po mistrzostwo świata sięgnęła drużyna mogąca grać bez napastnika to bezpośredni efekt sposobu, w jaki gra najbardziej bramkostrzelny napastnik naszych czasów, czyli Leo Messi.

Zobacz także: Stadion finału mundialu, dziś piąta liga [Z PODRÓŻY]

Angielski autor, który stał się znany dzięki blogowi „Zonal Marking”, rzadko stawia stawia ryzykowne tezy. W obszernych fragmentach o Holandii (a właściwie Ajaksie) i Hiszpanii (de facto Barcelonie) powiela raczej znane historie. Nie jestem fanem calcio, więc zaintrygowały mnie taktyczne niuanse gry Roberto Baggio oraz różnice w coraz nowocześniejszych odsłonach catenaccio. Ale Cox w jednym rozdziale poszedł pod prąd. Rozebrał na czynniki pierwsze karierę Zinedine’a Zidane’a i podpiłował fundamenty pomnika. Zdecydowanie słusznie.

Zobacz także: Pep Guardiola i mity El Clasico [RECENZJE]

Podstawą, na której potem budowano mit wielkiego Zidane’a jest słaby dla niego mundial we Francji. Tak, strzelił dwie bramki w finale. Ale grał nieprzekonująco, jeszcze w grupie w swoim stylu stracił nerwy i został słusznie wykluczony z meczu z Arabią Saudyjską i dwóch kolejnych. W 2000 roku, w przeciwieństwie do rozczarowującego EURO ’96, Zidane był prawdziwym liderem, a relacja popisów Zidane’a na stadionach w Belgii i Holandii zajęły Coxowi kilka stron. Podkreślam to, bo Brytyjczykowi nie umykają wielkie mecze francuskiej dziesiątki. Porównując go do Michela Platiniego, przypomina różnicy w liczbie strzelanych bramek (0,52 na mecz byłego szefa UEFA przy 0,19 trenera Realu). Na 10 lat gry we Francji i Hiszpanii, zdaniem Coxa, Zidane wybitne miał zaledwie dwa sezony. Co więcej, przez dekadę wygrał tylko trzy mistrzostwa i raz sięgnął po Ligę Mistrzów. Dramatycznie szło mu m.in. w teoretycznie najlepszym momencie, czyli między reprezentacyjnymi triumfami. W sezonie 1998/99 dokładając dwa gole i trzy asysty poprowadził Juventus do 7. miejsca w Serie A. Wahaniami formy Cox tłumaczy tylko dwie nagrody dla najlepszego piłkarza Francji przy pięciu dla Thierry’ego Henry’ego. W reprezentacji obaj piłkarze dogadywali się coraz gorzej. Napastnik Arsenalu słusznie uważał, że rozgrywający niepotrzebnie zwalnia grę. Na ostatnim turnieju, mundialu w Niemczech, znów szło mu średnio. W drugiej fazie turnieju zagrał wybitny mecz z Brazylią, a w finale kolejny raz osłabił zespół.

Michael Cox słusznie upatruje w Zidanie jednego ze świetnych rozgrywających swoich czasów. Zgadzam się. Dla mnie, umieszczanie Francuza wśród najlepszych piłkarzy w historii jest niezrozumiałe. Zapewne powodem są bramki strzelane w finałach (dwa gole przeciwko Brazylii oraz rozstrzygające trafienie w finale LM mają swoją wymowę), uosobienie francuskiej wielokulturowości, efekty maszyny marketingowej ‚Galaktycznych’ oraz przyjemny dla oka styl gry. Ale nawet ten ostatni element jest moim zdaniem przeceniany. Z większą gracją po boisku poruszali się choćby Andres Iniesta, czy Michael Laudrup.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Hity Wielkiej Pętli zawsze na czasie [RECENZJA]

Tytuł: Tour de France. Etapy, które przeszły do historii
Autor: Richard Moore, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:  SQN 2018

Pomysł, lata pogłębiania wiedzy, cierpliwość i ogrom pracy. Z powszechnie znanego przepisu na dobrą książkę sportową skorzystał Richard Moore, który opowiedział o Tour de France opisując 20 etapów z nowożytnej historii wyścigu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zaczynam od pochwał, bo to książka lepsza, niż zakładałem. Pomysł jest prosty – opisać historię największej kolarskiej imprezy przez pryzmat jego najciekawszych momentów. Znaleźliby się autorzy, którzy takie zamówienie zrealizowaliby w trzy miesiące bez wychodzenia z domu. Inni, jak Colin O’Brien, do tematu podeszliby kronikarsko. Jego chronologiczna i sztywna książka o historii Giro (promowana w Polsce razem z historią TdF) jest w mojej ocenie nieudana.

Richard Moore sam chciał pojechać w Tourze, ale talentu wystarczyło mu, aby ścigać się na poziomie krajowym. W latach 90. wystąpił m.in. w Tour of Britain i jako członek szkockiej reprezentacji na Igrzyskach Wspólnoty Narodów. Dekadę później odbierał nagrody za biografię Roberta Millara. W kolejnych książkach opisywał rywalizację Grega LeMonda i Bernarda Hinault, świetnie sprzedała się jego publikacja o drodze na szczyt brytyjskiego kolarstwa. To była jego podbudowa.

Tak jak kolarz musi wyjeździć swoje kilometry, tak autor powinien zdzierać zelówki dobijając się do kolejnych bohaterów. Żeby porozmawiać z Claudio Chiappuccim, Moore jedzie do jego domu w Como. Pretekst – etap z 1992, gdy Włoch zaatakował na 14. kilometrze górskiego etapu. 7 godzin później jako pierwszy przekroczył linię mety. Zdjęcie z tego momentu wygrzebał w trakcie rozmowy z autorem z jednej z szuflad. Wcześniej długo opowiadał o emocjach na trasie. Z kolei Urs Zimmermann został zdyskwalifikowany za to, że w dniu przerwy podróżował samochodem, a nie jak pozostali, drogą lotniczą. W tej opowieści obserwujemy nieznanego zawodnika, który zmaga się z depresją. O życiu na rowerze i w cywilu opowiada m.in. Joël Pelier. Francuz wygrał etap po 4,5 godziny samotnej ucieczki. Nie zrobił wielkiej kariery, nigdy nie był gwiazdą, a dziś nie ma nic wspólnego ze sportem.

W książce mamy też elementy jazdy obowiązkowej – ikoniczne etapy Eddy’ego Merckxa, pojedynki Lance’a Armstronga z Janem Ulrichem czy Ibanem Mayo. Ale sporo tu także zawodników nieznanych, często zapomnianych. Do tego dużo cytatów i nade wszystko, przemyśleń samych zawodników. Jak pisze Moore, dla wybitnego sprintera etapy górskie są stronami B hitowych singlów, których nikt nie słucha. Kiedy podczas jednej z aplejskich wspinaczek widzowie przed telewizorami emocjonowali się walką o zwycięstwo w Tourze, dla Davida Millara bohaterem dnia był policjant, który wspierał go przez pięć godzin. Tak długo kolarz jechał sam, za grupetto. Policjant informował kibiców o ostatnim zawodniku na trasie, podawał wodę, wspierał Brytyjczyka. Dla kolarza to on był bohaterem. Aby pomóc czytelnikowi zrozumieć zasady peletonu, autor opisał etap, w którym jadącym w czołówce zawodnikom dwóch holenderskich ekip dyrektorzy sportowi kazali przestać pracować. Najważniejsze dla nich było to, by etapu nie wygrał bezpośredni rywal. Woleli zrezygnować z walki, niż ryzykować wygraną przeciwnika.

Wiele tu o kolarskiej codzienności, taktyce w peletonie, kraksach i dopingu. Przede wszystkim o EPO, które zmieniło wszystko. Rozdział o Davidzie Millarze to historia o odkupieniu. Mimo wielu osiągnięć, jednym z największych triumfów pozostanie etapowe zwycięstwo w 2012 roku. Na mecie Brytyjczyk opowiadał o długiej drodze, utraconej czci i powrocie. Został pierwszym zawodnikiem w 99-letniej historii imprezy, który wygrał etap przyznając się do stosowania w swoim życiu dopingu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Wszystko już było [RECENZJA]

Tytuł: Niezwykły świat przedwojennego futbolu
Autor: Remigiusz Piotrowski
Wydawnictwo:  PWN, 2019

Narzekania na poziom rodzimej piłki, skandale korupcyjne, kłótnie z PZPN-em i budżety klubów dociskane kolanem. Brzmi znajomo? Tak wyglądał polski futbol sto lat temu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Wszystko już było. Przed wojną borykano się nawet z tak współczesnymi, mogłoby się wydawać, problemami, jak odpowiedzialność związku za kontuzję piłkarza na zgrupowaniu reprezentacji. Dziennikarze zastanawiali się, czy klub, do którego wraca kontuzjowany reprezentant może domagać się zwrotu kosztów jego leczenia. Nawet skargi na przepełniony kalendarz rozgrywek mają już w Polsce stuletnią tradycję.

Dłużej, niż w innych krajach trwała w Polsce dyskusja o tym, czy dżentelmen może brać pieniądze za kopanie piłki. Przepisy utrzymujące fikcję amatorstwa rzecz jasna obchodzono. Kiedy wydało się, że łącznik Garbarni Kraków ma grać w piłkę we Lwowie, bo tam pracę szofera zaoferował mu członek zarządu Pogoni, prasa biła na alarm. „Kapering” był zakazany. Piłkarz Pazurek klubu nie zmienił, ale zawodnicy i tak byli transferowani, mimo idiotycznego przepisu o karencji.

Zobacz, gdzie padł pierwszy gol w historii polskiej piłki.

Przedwojenne piłkarstwo klepało biedę. Ruchowi zdarzyło się, że nie był w stanie pokryć kosztów przyjazdu oraz noclegu 12 piłkarzy Warszawianki oraz trenera. Sprawa ciągnęła się tygodniami, bo zanim klub z Hajduk Wielkich patronatem objęła huta Batory, pieniędzy w nim zawsze brakowało. Na trybunach dochodziło do regularnych bitew, szczególnie na tle narodowościowym i politycznym. Zdarzało się, że tzw. „maniacy” pobili sędziego.

Kiedy spojrzałem na dorobek Remigiusza Piotrowskiego, na chwilę stałem się nieufny. W stosunkowo młodym wieku autor zdążył już napisać książki o zamachach w II RP, międzywojennych zwyczajach, artystach czasu okupacji, przedwojennych literatach oraz akcjach zbrojnych Armii Krajowej. Na szczęście nie przeskoczył bezpośrednio z portretowania aktorów do opowiadania o piłkarzach. Wcześniej pisał o ŁKS-ie na fanowskich stronach, a na 110. urodziny klubu nakreślił jego historię. Na trybunę stadionu przy al. Unii trafił w wieku 8 lat, a sam próbował kopać piłkę w łódzkim Orle. Książkę czyta się dobrze.

Czytaj o najstarszych boiskach piłkarskich w Polsce.

Piotrowski sprawnie opisuje korupcję („bujda mecze”), przesądy piłkarzy, dietę (odradzano przyjmowanie dużej ilości płynów, a jeśli już, to lepsze mleko, niż woda), frekwencję (średnio 3-5 tys. w najwyższej lidze), ceny biletów w poszczególnych miastach (przeciętnie 10% tygodniówki robotnika), sposób gry (nie poważano zagrywania piłki z powietrza), treningi (aby zmusić do ćwiczenia słabszej nogi, kazano grać w jednym bucie) i wygląd zawodników (zarówno na bramce, jak i w obronie z powodzeniem grali zawodnicy poniżej 170 cm wzrostu). Już przed wojną narzekano na słabą technikę rodzimych gwiazdek. Kiedy polskie drużyny mierzyły się z zagranicznymi, brak obycia z piłką był widoczny gołym okiem. Rozprawiano więc o systemie szkolenia i słabości mentalnej graczy znad Wisły. Debata trwa do dziś.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zobacz także: Byłem na najstarszym stadionie świata [Z PODRÓŻY]

Gent i Genk [Z PODRÓŻY]

Rowerowy parking przed stadionem w Gandawie. W mieście jest 400 km ścieżek rowerowych.

Gent i Genk. Oba belgijskie kluby występują w europejskich pucharach. Miasta, w których rozgrywają swoje mecze dzieli wszystko. Starówka pierwszego z nich należy do najpiękniejszych w Europie. W drugim najbardziej podobała mi się pogórnicza hałda.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Gandawa.

Zacznijmy od podstaw. Gent to flamandzka nazwa Gandawy (po angielsku Ghent), pięknego miasta na zachód od Brukseli. 150 km na wschód, blisko granicy z Holandią, leży niewielkie Genk. W tym sezonie oba kluby awansowały do pucharów, co u niektórych powoduje nazewniczą konfuzję.

Gandawa.

250-tysięczna Gandawa w średniowieczu należała do najbogatszych miast tej części Europy. I to na ulicach widać.

Gandawa.

Koninklijke Atletiek Associatie Gent początkowo był klubem lekkoatletycznym i hokejowym. Dopiero po blisko 40 latach działalności, w 1900 roku, zawiązała się sekcja piłkarska. W 2014 roku Gandawa świętowała pierwsze i jak do tej pory jedyne mistrzostwo.

Ghelamco Arena, Gandawa.

20-tysięcy stadion znajduje się na przedmieściach. Pierwszy mecz rozegrano tu w 2013 roku. Jak prawie każdy nowy stadion – ładny, ale dla mnie nic ciekawego.

Ghelamco Arena, Gandawa.
Vadis Odjidja-Ofoe – wychowanek, który dziś jest reżyserem gry zespołu.
Gandawa.
Gandawa.
Gandawa.
Mecz KAA Gent.
Mecz KAA Gent.
Mecz KAA Gent. Trolling w kierunku kibiców Mechelen.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.   

Genk

Kerkplein, przykościelne boisko niedaleko stadionu w Genk.

Genk, niedaleko granicy z Holandią. Dzisiejszy klub piłkarski, KRC, powstał dopiero w 1988 roku z połączenia Waterschei Thor z KFC Winterslag.

Genk
Plakat na stadionie Racingu Genk.

Na początku XX wieku w okolicach 2-tysięcznej osady odkryto pokłady węgla. Miasteczko szybko się rozrosło, ale już w latach 60. kopalnie zaczęto zamykać. Pod koniec lat 80. w okolicy nie było już żadnej. W Genku udało się zrealizować nowy pomysł na miasto, które teraz trafia do rankingów najprzyjemniejszych miejsc do życia. Choć nie jest to ekscytujące miejsce, to w Genku rozwinęło się jako multikulturowy ośrodek nowych technologii, przemysłu i życia naukowego.

Pogórnicza hałda niedaleko stadionu w Genk.
Luminus Arena (do niedawna Cristal Arena), stadion z 1999 roku, 23 tys. miejsc.
Luminus Arena, Genk.

Racing Club Genk ma na koncie 4 mistrzostwa, wszystkie zdobyte w ciągu ostatnich 20 lat. Przez drużyny młodzieżowe przewinęli się tacy piłkarze, jak Yannick Carrasco, Christian Benteke, Thibaut Courtois oraz Kevin De Bruyne.

Luminus Arena, Genk.
Luminus Arena, Genk.
Luminus Arena, Genk. W środku górnik, maskotka drużyny.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Szanse Sebastiana Mili [RECENZJA]

Tytuł: Sebastian Mila. Autobiografia
Autor: Sebastian Mila, Leszek Milewski
Wydawnictwo:  Sine Qua Non, 2019

Po serii książek o piłkarzach, których pochłonęły nałogi, swoją historię opowiedział zawodnik, który zdobył historyczną bramkę dla reprezentacji Polski. Niestety, trudno się oprzeć wrażeniu, że także u Sebastiana Mili zabrakło odpowiedniego nastawienia do zawodowego sportu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Wybór najjaśniejszych boiskowych momentów pomocnika jest prosty. Rzut wolny z Manchesterem City w barwach Groclinu oraz zwycięski gol z Niemcami. Od szczegółowego opisu bramki na Narodowym, Leszek Milewski, rozpoczyna książkę. Mila precyzyjnie opowiada, jakie myśli przelatywały przez jego głowę przez kolejne sekundy akcji. To jeden z najlepszych fragmentów autobiografii.

Piłkarz z Koszalina ma kilka niezaprzeczalnych osiągnięć. Dobrze zapowiadał się w Grodzisku, odbił się od Zachodu, a potem był liderem mistrzowskiego Śląska. Powrót do Gdańska to podobnie jak zagraniczne wojaże, okres jednoznacznie nieudany.

Były kapitan Śląska i Lechii jest wobec siebie krytyczny. Zawsze był świadomy swoich ograniczeń. Brak szybkości sprawiał, że marzenia o naprawdę dużej karierze były nierealne. Osiągnął więcej, niż wielu lepiej zapowiadających się zawodników. Ale czytając książkę okazuje się, że zabrakło mu charakteru.

Kiedy spadł na niego deszcz pochwał od trenera rywali, posłanie go na boisko było bezcelowe. Nie wytrzymał obciążenia. Do Austrii trafił nieprzygotowany mentalnie, a wyzwanie go przerosło. Nie udźwignął oczekiwań także w Norwegii. Kiedy we Wrocławiu w końcu spełnił pokładane w nim nadzieje, szybko odpuścił. Jego wagę z tamtego czasu można nazwać efektem ciężkiego naruszenia obowiązków pracowniczych. Gdy przed meczem reprezentacji w tunelu spojrzał w oczy pewnego siebie Michela Ballacka, w głowie Polaka pojawiły się znaki zapytania, czy znalazł się we właściwym miejscu.

Należę do wąskiej zapewne grupy czytelników, która sięgnęła po książkę nie dla Sebastiana Mili, ale dla Leszka Milewskiego. Kojarzony z „Weszło” autor wykazał się sprawnością, ale oczekiwałem więcej. Konstrukcja jest dość oczywista, akcenty rozłożone poprawnie. Całość czyta się przyjemnie, ale książka nie jest porywająca. Przypomina średni mecz Sebastiana Mili. Niby fajnie, ale lepiej skierować uwagę gdzie indziej.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Odwaga Jadczaka i cierpliwość TVN24

Tytuł: Wisła w ogniu. Jak bandyci ukradli Wisłę Kraków
Autor: Szymon Jadczak
Wydawnictwo:  Sine Qua Non, 2019

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy żaden dziennikarz nie zmienił w polskim sporcie tyle, co Szymon Jadczak. To, że w „Wiśle w ogniu” samej piłki jest niewiele, nie zmienia faktu, że to najważniejsza polska książka sportowa ostatnich kilkunastu miesięcy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Organizatorzy plebiscytu „Sportowa książka roku” niedawno zastanawiali się, czy pozycja dziennikarza TVN24 powinna uczestniczyć w konkursie. Ja nie mam żadnych wątpliwości. Nie wiem, czy wygra, bo pozycji, które powinny wytrzymać próbę czasu, pojawiło się na półkach przynajmniej kilka. Jednak z pewnością praca żadnego dziennikarza nie wpłynęła na rzeczywistość równie mocno.

Pamiętam moją reakcję na telewizyjny reportaż „Piłka nożna i gangsterzy”. Zastanawiało mnie, dlaczego wiceprezes spółki, której drużyna gra w ekstraklasie, przedstawiany jest jako Damian D. Nie był wtedy oskarżony, normalnie funkcjonował w ligowej piłce. Dopiero z książki dowiedziałem się, jak bardzo gangsterzy podporządkowali sobie środowisko Wisły. Wstawienie całkowicie zależnego człowieka do zarządu spółki wcale nie było ich największym osiągnięciem.

Sporo tutaj brutalnych opisów, okołowięziennych anegdot. Do tego niewiargodne przygody Jakuba Meresińskiego, „Misiek” terroryzujący wielosekcyjny klub, zasłużeni działacze udający, że niczego nie widzą. Moje ulubione fragmenty obnażają głupotę tysięcy kibiców, którzy na trybunach dają się manipulować grupie bandytów. Jadczak był masowo lżony w internecie, wielu zwykłych kibiców uznawało Sharksów, dziś już oficjalnie zorganizowaną grupę przestępczą, za element polskiej normy. Z książki dowiadujemy się, że o ile na trybunach oficjalnie najważniejszymi wartościami są klub i lojalność, to kibolscy liderzy mają inne zasady. Jeśli szef bojówki wrogiego klubu ma dobre dojście do narkotyków, decyzja jest oczywista – trzeba zrobić wspólny biznes. Kibice latami wieszają na trybunach prześcieradła z więziennymi hasłami. Potem okazuje się, że czołowe postacie gangu idą na współpracę z organami ścigania. 

Wisła Kraków wyrwała się bandytom i liże rany. Marzena M. jest w areszcie, „Misiek” opowiada prokuratorom szczegółową historię swojego życia. Szymon Jadczak też dochodzi do siebie. Przyznaje, że książka „przeorała mu głowę”. Za sukces, jakimi są reportaż, książka oraz wszystkie efekty jego pracy, zapłacił w życiu prywatnym. Mówi, że nie wie, czy ponownie poświęciłby na ten temat dwa lata. Oby kolejni autorzy byli równie odważni, a ich pracodawcy tak cierpliwi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Od Neymara do Franza Kafki [RECENZJA]

Tytuł: Lekcje futbolu
Autorzy: Paweł Mościcki
Wydawnictwo:  Wydawnictwo w podwórku, 2019

Odgwizdany spalony, jako utracona szansa, to zaprzepaszczona droga do spełnienia. Proste gesty pomocnika i napastnika po machnięciu chorągiewka są jak gesty dawnych kochanków, rozpoznawalne tylko dla nich. Paweł Mościcki z takich porównań utkał ciekawą książkę.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Chwalenie „Lekcji futbolu” przychodzi mi o tyle łatwo, że znalazłem w nich wiele moich osobistych opinii. Autor, kibic FC Barcelony, śmieje się ze statystyk o zerowej wartości, boleje nad infantylnością słowa „cieszynka”, podkreśla fałszywą stronę futbolu. Dziś możni piłkarskiego świata mówią o szacunku i lojalności na boisku oraz sporcie, jako miejscu spotkań. W istocie, profesjonalną piłkę napędzają brudne często pieniądze, za którymi gonią występujący na boisku milionerzy. Na ich oglądanie dużej części społeczeństwa nie stać.

Światopogląd autora poznajemy na pierwszej stronie. Kocha futbol, choć to dziś rozrywka „sponsorowana przez ponurych satrapów i globalnych monopolistów”. Wielu konfliktom zbrojnym media poświęcają mniej miejsca, niż linii pomocy Realu Madryt. Ale to wciąż futbol mówi wielkie prawdy. Mościcki w swojej książce zamiast jak wielu przepuścić piłkę przez filtr literatury i sztuki, poszedł w odwrotnym kierunku.

Paweł Mościcki urzekł mnie swoim spojrzeniem na remontadę Barcelony z PSG w 2017 roku. W ostatniej akcji, tuż przed golem Sergiego Roberto, Neymar dogrywał w drugie tempo. Wcześniej zamarkował dośrodkowanie i nawinął Marco Verattiego. Według Mościckiego ten moment pokazuje prawdziwy kunszt Brazylijczyka. Zatrzymał się, wykonał proste zagranie nie spiesząc się w ostatniej minucie meczu. W książce to punkt wyjścia do rozważań o niecierpliwości. Autor głowi się nad sensem znanego z innych języków sformułowania „brania czasu” oraz polskim „dawaniem sobie czasu”. I cytuje Franza Kafkę:

„Wszystkie błędy ludzkie są niecierpliwością, przedwczesnym porzuceniem metodyczności, pozornym okalaniem pozornej sprawy”.

Pod koniec atrakcyjność porównań spada, wyszukane analogie zaczynają nużyć a cytaty z filozoficznych dzieł przytłaczają. Książkę ratują niebanalne zestawienia. Esej o współczesnej lewicy sąsiaduje z przemyśleniami o grze u siebie i na wyjeździe. Piłkarski format ligowego sezonu Mościcki przekłada na stosunki międzyludzkie. Podrzuca myśl, co by było, gdyby para na początku znajomości ustaliła symetryczność spotkań, nie tylko w świecie realnym, jak w piłkarskim sezonie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Mistrzowie bez tytułu [RECENZJA]

Tytuł: Mistrzowie bez tytułu. Legenda Złotej jedenastki
Autorzy: Norbert Tkacz, Daniel Karaś, David Zeisky
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Arena, 2018

Po przegranym finale mundialu na ulicach Budapesztu wybuchły zamieszki. Piłkarze niepokonanej przez poprzednie cztery lata drużyny wrócili do domu w hańbie. Niektórym wynik meczu złamał nie tylko kariery, ale też życie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Główną osią opowieści jest drużyna, która od czerwca 1950 do lutego 1956 roku przegrała jedno spotkanie. Dla Węgrów, którzy do maja 1945 roku byli sojusznikami Hitlera, piłka była lekarstwem. W czasach stalinizmu, nad Dunajem panował największy terror w tej części Europy. Kiedy największa drużyna tamtych czasów przegrała z Niemcami finał mundialu, frustracja przerodziła się w czterodniowe zamieszki w Budapeszcie. Skandowano m.in. „Śmierć Sebesowi”. Syn trenera został pobity na ulicy. Kilka tysięcy ludzi wyszło na ulice. Wszyscy byli przekonani, że zwycięstwo nad RFN jest pewne. Znaczki pocztowe z napisem „Na pamiątkę zwycięskiej reprezentacji Węgier” leżały gotowe w urzędach. Szybko skonfiskowała je bezpieka. Węgierski dziennikarz György Szöllősi opowiada, że efekty komunistycznej propagandy są widoczne do dziś. – Kiedy publikujemy artykuł o Puskasu, to połowa komentujących pisze, że to był największy piłkarz, a połowa, że to był zdrajca i wrócił, ponieważ była tutaj tańsza służba zdrowia – opowiada. Kiedy Puskas jako trener doprowadził Panathinaikos do finału Pucharu Europy, w węgierskiej transmisji jego nazwisko nie padło ani razu.

Czytaj także o pomniku, popiersiu, tablicy, muralu, ulicy i stadionie Ferenca Puskasa. 

Za temat Złotej Jedenastki zabrało się trzech młodych Polaków. Rozmawiali z ostatnimi żyjącymi uczestnikami finału w Bernie – Jeno Buzanszkym i Gyulą Grosicsem. Obaj już nie żyją. Grosics przedstawia swoją wersję wydarzeń. Autorzy zostawiają czytelnika z otwartymi pytaniami. Skoro, jak twierdzi Grosics, był prześladowany przez władze, dlaczego mógł wyjeżdżać za granicę? Jak to się stało, że sprawował wysokie funkcje w państwowych spółkach? Bramkarz zmarł przed wydaniem książki.

Zobacz także: Tutaj kopali wielcy Węgrzy [Z PODRÓŻY]

Dlaczego w Bernie doszło do cudu? Do dziś debatuje się o dopingu. Niektórzy do dziś nie są przekonani, że Niemcy byli wtedy czyści. Na pewno pomogły im buty z wkrętami, które dostarczył kierownik drużyny Adolf Dassler, twórca Adidasa. Niemcy zamieszkali w hotelu w środku lasu, a kibiców usunięto z okolicy. U Węgrów panowała radosna partyzantka. Lekarz drużyny był dentystą, ale liczył się fakt, że był pewny politycznie. Po półfinale Węgrzy nie zdążyli na pociąg i nie mieli pieniędzy na taksówki. Do hotelu dotarli nad ranem. Nie przespali też ostatniej nocy przed finałem, bo mieszkali w centrum, gdzie odbywał się uliczny bal.

Zobacz także: Złota Jedenastka w Barcelonie [Z PODRÓŻY]

„Mistrzowie bez tytułu” to opowieść o wpływie polityki na sport i sportu na społeczeństwo oraz historię. Mamy też obrazek z Felcsútu, z Akademii Puskasa, która powstała dzięki Viktora Orbana. W Polsce autorzy porozmawiali z Hubertem Kostką, Krzysztofem Vargą i Tadeuszem Olszańskim. Mimo redaktorskich niedostatków, nierównego poziomu i kilku mielizn, widać w tej książce pasję. Szerokie tło, sporo anegdot, książka pisana z terenu, a nie zza biurka. Porażka w piłkarskim meczu, którego uczestnicy zdążyli umrzeć, to wciąż żywy temat.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Argentyna i Pep, czyli sama słodycz [RECENZJA]

Tytuł: Che Pep – związki Guardioli z futbolem argentyńskim
Autor: Vicente Muglia, tłum. Marek Cichy (współpraca Bartłomiej Rabij)
Wydawnictwo:  Mandioca, 2018

Zadanie trochę karkołomne, bo jak opisać wpływ 10-letniej kariery trenera na kraj, w którym bywa sporadycznie? Jak połączyć Pepa Guardiolę z Argentyną? Vicente Muglia wątków znalazł dość, ale ewidentnie opowieść przesłodził.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Najciekawsza, bo najmniej znana, znajomość opisana w książce to relacja Pepa Guardioli z Julio Velasco. Argentyński trener siatkówki ma na koncie m.in. dwa mistrzostwa świata i olimpijskie srebro. Z reprezentacjami zgarniał mistrzostwa Europy i Ligę Światową, a prowadząc włoskie kluby wygrywał europejskie puchary. Guardiola w czasie gry w Romie wypatrzył Argentyńczyka w telewizji. Velasco opowiadał, że świat nie dzieli się na zwycięzców i przegranych. – Fundamentalną różnicą jest fakt życia pośród dobrych i złych ludzi – zarówno pośród jednych jak i drugich są zwycięzcy i przegrani. Trzeba umieć odróżnić puchar, firmę i życie codzienne. Czasem kładziemy zbytni nacisk na jeden model we wszystkich dziedzinach życia. Niesłusznie – mówił Velasco. Guardiola zaprosił trenera na obiad. Przez trzy godziny pytał i notował. Ciekawiło go jak dotrzeć do zawodników, jak trener powinien radzić sobie z osobowościami gwiazd. Velasco tłumaczył, jak wcisnąć właściwy guzik i docierać do głów sportowców. Mimo fali bezprecedensowych sukcesów Guardioli nie zawsze to się udawało. Kiedy przed półfinałem Ligi Mistrzów chciał zmotywować stopera, przed meczem zażartował, że nie jest pewny, czy na niego postawi. Tamten mecz Barcelona przegrała. Piłkarz wyznał potem, że poczuł się zgnojony. – Świat leżał u moich stóp, a ty podszedłeś i powiedziałeś coś takiego – powiedział trenerowi.

Zobacz recenzję biografii Guardioli Guillem’a Balague.

Vicente Muglia sporo napisał o taktyce – wyprowadzeniu piłki od bramkarza, pressingu, trójkątach w 4-3-3. Czasem ciężko przebrnąć przez opisy wprowadzania pomysłów Guardioli w argentyńskich klubach. Interesujące są porównania do Simeone (jego drużyny grają „pim i pum”, Guardioli „pim-pim-pim-pim-pum”), wypowiedzi Menottiego i powszechnie znane związki Guardioli z Bielsą. Research jest imponujący. O Pepie mówi choćby Sebastián Abreu. Urugwajski napastnik część kariery spędził w Argentynie. Guardiolę poznał podczas gry w Meksyku. Kiedy na początku trenerskiej kariery Guardiola miał zmierzyć się z Wisłą Kraków, zadzwonił do Abreu. Ten chwilę wcześniej walczył z Białą Gwiazdą jako piłkarz Beitaru Jerozolima. Trener Barcelony pytał jak zachowują się napastnicy Wisły i jaki pressing stosuje drużyna.

Jedno z najciekawszych zdań wypowiada Paco Seirulo, kataloński guru przygotowania fizycznego. Dyrygowane przez niektórych trenerów rozgrzewkowe show nie ma wcale służyć lepszemu przygotowaniu fizycznemu. Piłkarz nie potrzebuje tylu ćwiczeń, żeby się rozgrzać. – Rozgrzewka przed meczem to tak naprawdę wydarzenie społeczne – między graczem i kibicami – mówi Seirulo.

Całość „Che Pep” jest jednak dość nużąca. Niektóre wątki wydają się dodane na siłę, a opowieść trzeba nazwać przesłodzoną. Książka napisana dla Argentyńczyków, dla innych zbyt ciężka. Do Polski trafiła dzięki pasjonatom z Wydawnictwa Mandioca. Do końca dotrą tylko maniacy argentyńskiej piłki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Mistrzowie mówią, co poszło nie tak [RECENZJA]

Tytuł: Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści
Autor: Nikodem Chinowski
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Magnus, 2018

Co poszło nie tak? Polscy uczestnicy piłkarskich mundiali wspominają mecze sprzed paru lat oraz kilku dekad. Winę widzą w trenerze, kolegach oraz samych sobie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W serii wywiadów o mundialu w 1938 roku opowiada młody dziennikarz, ale wybór kolejnych bohaterów jest interesujący. Andrzej Strejlau tłumaczy, że w piłce nie ma miejsca na intuicję, a Jerzy Gorgoń zdradza, że z czasem doszedł do wniosku, że w „Meczu na wodzie” Polacy nie grali z pełnym zaangażowaniem. Pojawiło się samozadowolenie. – Wtedy wydawało mi się, że grałem na maksa. Ale tak nie było… Dopiero potem, gdy z perspektywy czasu spojrzałem na siebie i ten mecz, to już wiedziałem, że w głowie nie grałem na takiego maksa jak we wcześniejszych meczach – ocenia. Z kolei Henryk Kasperczak opowiadając o kolejnym mundialu broni Jacka Gmocha. Andrzej Pałasz przyznaje, że nie poradził sobie z presją. Marcin Żewłakow żałuje, że po strzeleniu bramki w meczu z USA nie odsłonił koszulki ze zdjęciem syna.

Nie wszyscy rozmówcy to strzały w dziesiątkę, ale kilka razy unosiłem brwi czytając wypowiedzi Bohdana Masztalera. Do drużyny na mundial w 1978 roku wskoczył w ostatniej chwili. Na boisku nigdy nie ulegał emocjom. Od kiedy w wieku 16 lat zauważył, że pobudzenie przed meczem tylko mu szkodzi, zmienił nastawienie. – Pomyślałem: „Skoro ktoś mnie powołał, to znaczy, że umiem grać. Nie muszę o tym myśleć, poradzę sobie bez nastrajania się”. I przestałem myśleć o meczach – opowiada. Do piłki podchodził lekko. W końcu stwierdził, że zmarnował już wystarczająco dużo czasu i wziął się za sport na poważnie.

Według Masztalera jednym z głównych problemów Gmocha byli jego współpracownicy – Blaut i Obrębski. – Podchodzili do niego lekceważąco, docinali mu, podkreślali, że byli lepszymi piłkarzami. (…) Źle wpływali na zespół – mówi pomocnik. Trener z najgorszym warsztatem to według niego Kazimierz Górski. – Nie umiał treningu opracować. Ciągle to samo. Najpierw berek: kto klepnięty, robi przewrót. Potem zajęcia z piłką – centrowanie i strzały z woleja. I tak u niego wyglądał każdy trening – opowiada. Pod koniec rozmowy stwierdza, że ze względu na sytuację polityczną w Argentynie, Polska na mundial w ogóle nie powinna była jechać. – Jak można fundować rozrywkę w kraju, w którym panował terror?

Paweł Sibik wskoczył do drużyny z Korei w miejsce Tomasza Iwana, jednej z głównych postaci szatni. Zagrał jeden mecz na mundialu oraz zaledwie dwa poza mistrzostwami. Dla wielu zawodników z kadry Jerzego Engela, Sibik był intruzem. Na treningu sfaulował go Marek Koźmiński. – Ewidentnie na kontuzję. To było cholernie przykre – trening reprezentacji kraju, tuż przed wyjazdem na mistrzostwa i takie wejście w kolegę z zespołu… – relacjonuje Sibik. Jego zdaniem Koźmiński chciał mu zrobić krzywdę, a cała drużyna to zaakceptowała.

Rozmówcy Nikodema Chinowskiego tłumaczą kolejne porażki. Powody się powtarzają – złe przygotowania, błędy przy ustalaniu składu, brak odpowiedniego nastawienia psychicznego, dzielenie się drużyny na grupki, czasem otwarte konflikty. Pytani o mistrzostwa piłkarze mają już odpowiedni dystans. Ten, którego zabrakło Adamowi Nawałce, gdy opowiadał o niskim pressingu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Boniek i zmarnowana szansa [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Mój Boniek
Autor: Jacek Sarzało
Wydawnictwo:  Fabuła Fraza, 2018

„Nie jest to biografia w ścisłym znaczeniu, ale raczej próba dotarcia do bohatera” – czytam na obwolucie. Niestety, próba zakończona niepowodzeniem.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Ta książka przeszła niemal bez echa. W internecie znalazłem tylko dwie recenzje oraz rozmowę z autorem. Jacek Sarzało w łódzkich gazetach zaczął pisać w latach 80. W 2011 roku, przy kolejnej fali zwolnień w mediach, odszedł z zawodu. Zapamiętałem go jako sprawnego autora piszącego o ligowej piłce. W ostatnich latach redagował m.in. książki dla dzieci Yvette Żółtowskiej-Darskiej, a niedawno, jak mówi, dojrzał do napisania własnej.

Książka miała być szczera i prawdziwa. Autora pytano, czy nie boi się ewentualnego procesu. Zapowiedzi szumne, ale niewiele z tego wyszło. W „Moim Bońku” nie ma nic, czego kibic by wcześniej nie przeczytał. Autor podkreśla, że nie chciał rozmawiać z ludźmi albo szperać w źródłach, by wydobyć nowe historie. Chciał pokazać swoją relację z Bońkiem – na początku idolem, potem znajomym z pracy. Pomysł dobry, ale ciekawych wątków jest tutaj zaledwie kilka. Większość to ciągnąca się opowieść o piłkarzu, który podbił Łódź, stał się filarem kadry, a potem święcił triumfy we Włoszech. Wszystko było i to nie raz.

Interesujące fragmenty? Pierwszy bezpośredni kontakt z idolem 13-letni wówczas Sarzało zaliczył w 1975 roku. Stadion ŁKS-u, Widzew prowadził ze Stalą Mielec. Sarzało podawał piłki.

W pewnej chwili piłka po niecelnym strzale mielczan poleciała hen za bramkę Widzewa. Mieliśmy ze Sławkiem najbliżej więc w te pędy po nią pobiegliśmy i jeszcze szybciej wracaliśmy. Ale, niestety, nie zdołaliśmy dostarczyć piłki pilnującemu łódzkiej bramki Stanisławowi Burzyńskiemu. Byliśmy już naprawdę blisko, kiedy zatrzymał nas Boniek, który na tę okazję specjalnie pofatygował się ze środka boiska. I kłusował niemal tak szybko, jak my z nieszczęsną piłką. „Co wy odpierdalacie?! Po chuj się, kurwa, śpieszycie?!” – zapytał zwięźle. I nie czekając na odpowiedź, zabrał nam piłkę, po czym odkopnął dokładnie tam, skąd przed chwilą ją ze Sławkiem przytargaliśmy.

Ciekawa jest też historia z 1979 roku, gdy autor wybrał się na wyjazdowy mecz do Poznania. Skutecznie wtopił się w tłum kibiców gospodarzy na stadionie, nie drgnął nawet przy bramce dla Widzewa. Zgodnie ze stadionowymi konwenansami w przerwie wstał, żeby rozprostować kości. Uwagę miejscowych przykuły gazety, na których siedzieli goście z Łodzi. Z ostatniej strony „Dziennika Łódzkiego” zerkał Boniek, a obok niego tytuł „Pokonać Lecha”. Dekonspiracja.

Jedni byli za udzieleniem nam, mówiąc oględnie, solidnej lekcji wychowawczej, ale inni wręcz stanęli w naszej obronie. Argument „a mi kiedyś brata w Łodzi pobili” zderzał się z argumentem „a ja byłem w Łodzi w wojsku, zostawcie ich.

Sarzało zapowiadał książkę jako prywatną, ale subiektywnego spojrzenia zbyt dużo tutaj nie ma. Przez swój filtr polską rzeczywistość przepuścił choćby Piotr Jagielski, autor „Legii mistrzów”. U Sarzały nie było chęci zgłębienia tematu. Jeśli nie pamięta na którym stadionie obejrzał mecz, to po prostu przeprasza czytelnika. O samym Bońku nie ma tu nic nowego, a ocen autora oraz jego wspomnień jest zbyt mało, by pociągnęły książkę. Na dobrą opowieść o Bońku trzeba pewnie będzie poczekać, aż efekty swojej pracy pokaże Marek Wawrzynowski.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.