Archiwa tagu: recenzje książek

Mistrzowie bez tytułu [RECENZJA]

Tytuł: Mistrzowie bez tytułu. Legenda Złotej jedenastki
Autorzy: Norbert Tkacz, Daniel Karaś, David Zeisky
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Arena, 2018

Po przegranym finale mundialu na ulicach Budapesztu wybuchły zamieszki. Piłkarze niepokonanej przez poprzednie cztery lata drużyny wrócili do domu w hańbie. Niektórym wynik meczu złamał nie tylko kariery, ale też życie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Główną osią opowieści jest drużyna, która od czerwca 1950 do lutego 1956 roku przegrała jedno spotkanie. Dla Węgrów, którzy do maja 1945 roku byli sojusznikami Hitlera, piłka była lekarstwem. W czasach stalinizmu, nad Dunajem panował największy terror w tej części Europy. Kiedy największa drużyna tamtych czasów przegrała z Niemcami finał mundialu, frustracja przerodziła się w czterodniowe zamieszki w Budapeszcie. Skandowano m.in. „Śmierć Sebesowi”. Syn trenera został pobity na ulicy. Kilka tysięcy ludzi wyszło na ulice. Wszyscy byli przekonani, że zwycięstwo nad RFN jest pewne. Znaczki pocztowe z napisem „Na pamiątkę zwycięskiej reprezentacji Węgier” leżały gotowe w urzędach. Szybko skonfiskowała je bezpieka. Węgierski dziennikarz György Szöllősi opowiada, że efekty komunistycznej propagandy są widoczne do dziś. – Kiedy publikujemy artykuł o Puskasu, to połowa komentujących pisze, że to był największy piłkarz, a połowa, że to był zdrajca i wrócił, ponieważ była tutaj tańsza służba zdrowia – opowiada. Kiedy Puskas jako trener doprowadził Panathinaikos do finału Pucharu Europy, w węgierskiej transmisji jego nazwisko nie padło ani razu.

Czytaj także o pomniku, popiersiu, tablicy, muralu, ulicy i stadionie Ferenca Puskasa. 

Za temat Złotej Jedenastki zabrało się trzech młodych Polaków. Rozmawiali z ostatnimi żyjącymi uczestnikami finału w Bernie – Jeno Buzanszkym i Gyulą Grosicsem. Obaj już nie żyją. Grosics przedstawia swoją wersję wydarzeń. Autorzy zostawiają czytelnika z otwartymi pytaniami. Skoro, jak twierdzi Grosics, był prześladowany przez władze, dlaczego mógł wyjeżdżać za granicę? Jak to się stało, że sprawował wysokie funkcje w państwowych spółkach? Bramkarz zmarł przed wydaniem książki.

Zobacz także: Tutaj kopali wielcy Węgrzy [Z PODRÓŻY]

Dlaczego w Bernie doszło do cudu? Do dziś debatuje się o dopingu. Niektórzy do dziś nie są przekonani, że Niemcy byli wtedy czyści. Na pewno pomogły im buty z wkrętami, które dostarczył kierownik drużyny Adolf Dassler, twórca Adidasa. Niemcy zamieszkali w hotelu w środku lasu, a kibiców usunięto z okolicy. U Węgrów panowała radosna partyzantka. Lekarz drużyny był dentystą, ale liczył się fakt, że był pewny politycznie. Po półfinale Węgrzy nie zdążyli na pociąg i nie mieli pieniędzy na taksówki. Do hotelu dotarli nad ranem. Nie przespali też ostatniej nocy przed finałem, bo mieszkali w centrum, gdzie odbywał się uliczny bal.

Zobacz także: Złota Jedenastka w Barcelonie [Z PODRÓŻY]

„Mistrzowie bez tytułu” to opowieść o wpływie polityki na sport i sportu na społeczeństwo oraz historię. Mamy też obrazek z Felcsútu, z Akademii Puskasa, która powstała dzięki Viktora Orbana. W Polsce autorzy porozmawiali z Hubertem Kostką, Krzysztofem Vargą i Tadeuszem Olszańskim. Mimo redaktorskich niedostatków, nierównego poziomu i kilku mielizn, widać w tej książce pasję. Szerokie tło, sporo anegdot, książka pisana z terenu, a nie zza biurka. Porażka w piłkarskim meczu, którego uczestnicy zdążyli umrzeć, to wciąż żywy temat.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Argentyna i Pep, czyli sama słodycz [RECENZJA]

Tytuł: Che Pep – związki Guardioli z futbolem argentyńskim
Autor: Vicente Muglia, tłum. Marek Cichy (współpraca Bartłomiej Rabij)
Wydawnictwo:  Mandioca, 2018

Zadanie trochę karkołomne, bo jak opisać wpływ 10-letniej kariery trenera na kraj, w którym bywa sporadycznie? Jak połączyć Pepa Guardiolę z Argentyną? Vicente Muglia wątków znalazł dość, ale ewidentnie opowieść przesłodził.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Najciekawsza, bo najmniej znana, znajomość opisana w książce to relacja Pepa Guardioli z Julio Velasco. Argentyński trener siatkówki ma na koncie m.in. dwa mistrzostwa świata i olimpijskie srebro. Z reprezentacjami zgarniał mistrzostwa Europy i Ligę Światową, a prowadząc włoskie kluby wygrywał europejskie puchary. Guardiola w czasie gry w Romie wypatrzył Argentyńczyka w telewizji. Velasco opowiadał, że świat nie dzieli się na zwycięzców i przegranych. – Fundamentalną różnicą jest fakt życia pośród dobrych i złych ludzi – zarówno pośród jednych jak i drugich są zwycięzcy i przegrani. Trzeba umieć odróżnić puchar, firmę i życie codzienne. Czasem kładziemy zbytni nacisk na jeden model we wszystkich dziedzinach życia. Niesłusznie – mówił Velasco. Guardiola zaprosił trenera na obiad. Przez trzy godziny pytał i notował. Ciekawiło go jak dotrzeć do zawodników, jak trener powinien radzić sobie z osobowościami gwiazd. Velasco tłumaczył, jak wcisnąć właściwy guzik i docierać do głów sportowców. Mimo fali bezprecedensowych sukcesów Guardioli nie zawsze to się udawało. Kiedy przed półfinałem Ligi Mistrzów chciał zmotywować stopera, przed meczem zażartował, że nie jest pewny, czy na niego postawi. Tamten mecz Barcelona przegrała. Piłkarz wyznał potem, że poczuł się zgnojony. – Świat leżał u moich stóp, a ty podszedłeś i powiedziałeś coś takiego – powiedział trenerowi.

Zobacz recenzję biografii Guardioli Guillem’a Balague.

Vicente Muglia sporo napisał o taktyce – wyprowadzeniu piłki od bramkarza, pressingu, trójkątach w 4-3-3. Czasem ciężko przebrnąć przez opisy wprowadzania pomysłów Guardioli w argentyńskich klubach. Interesujące są porównania do Simeone (jego drużyny grają „pim i pum”, Guardioli „pim-pim-pim-pim-pum”), wypowiedzi Menottiego i powszechnie znane związki Guardioli z Bielsą. Research jest imponujący. O Pepie mówi choćby Sebastián Abreu. Urugwajski napastnik część kariery spędził w Argentynie. Guardiolę poznał podczas gry w Meksyku. Kiedy na początku trenerskiej kariery Guardiola miał zmierzyć się z Wisłą Kraków, zadzwonił do Abreu. Ten chwilę wcześniej walczył z Białą Gwiazdą jako piłkarz Beitaru Jerozolima. Trener Barcelony pytał jak zachowują się napastnicy Wisły i jaki pressing stosuje drużyna.

Jedno z najciekawszych zdań wypowiada Paco Seirulo, kataloński guru przygotowania fizycznego. Dyrygowane przez niektórych trenerów rozgrzewkowe show nie ma wcale służyć lepszemu przygotowaniu fizycznemu. Piłkarz nie potrzebuje tylu ćwiczeń, żeby się rozgrzać. – Rozgrzewka przed meczem to tak naprawdę wydarzenie społeczne – między graczem i kibicami – mówi Seirulo.

Całość „Che Pep” jest jednak dość nużąca. Niektóre wątki wydają się dodane na siłę, a opowieść trzeba nazwać przesłodzoną. Książka napisana dla Argentyńczyków, dla innych zbyt ciężka. Do Polski trafiła dzięki pasjonatom z Wydawnictwa Mandioca. Do końca dotrą tylko maniacy argentyńskiej piłki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Mistrzowie mówią, co poszło nie tak [RECENZJA]

Tytuł: Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści
Autor: Nikodem Chinowski
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Magnus, 2018

Co poszło nie tak? Polscy uczestnicy piłkarskich mundiali wspominają mecze sprzed paru lat oraz kilku dekad. Winę widzą w trenerze, kolegach oraz samych sobie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W serii wywiadów o mundialu w 1938 roku opowiada młody dziennikarz, ale wybór kolejnych bohaterów jest interesujący. Andrzej Strejlau tłumaczy, że w piłce nie ma miejsca na intuicję, a Jerzy Gorgoń zdradza, że z czasem doszedł do wniosku, że w „Meczu na wodzie” Polacy nie grali z pełnym zaangażowaniem. Pojawiło się samozadowolenie. – Wtedy wydawało mi się, że grałem na maksa. Ale tak nie było… Dopiero potem, gdy z perspektywy czasu spojrzałem na siebie i ten mecz, to już wiedziałem, że w głowie nie grałem na takiego maksa jak we wcześniejszych meczach – ocenia. Z kolei Henryk Kasperczak opowiadając o kolejnym mundialu broni Jacka Gmocha. Andrzej Pałasz przyznaje, że nie poradził sobie z presją. Marcin Żewłakow żałuje, że po strzeleniu bramki w meczu z USA nie odsłonił koszulki ze zdjęciem syna.

Nie wszyscy rozmówcy to strzały w dziesiątkę, ale kilka razy unosiłem brwi czytając wypowiedzi Bohdana Masztalera. Do drużyny na mundial w 1978 roku wskoczył w ostatniej chwili. Na boisku nigdy nie ulegał emocjom. Od kiedy w wieku 16 lat zauważył, że pobudzenie przed meczem tylko mu szkodzi, zmienił nastawienie. – Pomyślałem: „Skoro ktoś mnie powołał, to znaczy, że umiem grać. Nie muszę o tym myśleć, poradzę sobie bez nastrajania się”. I przestałem myśleć o meczach – opowiada. Do piłki podchodził lekko. W końcu stwierdził, że zmarnował już wystarczająco dużo czasu i wziął się za sport na poważnie.

Według Masztalera jednym z głównych problemów Gmocha byli jego współpracownicy – Blaut i Obrębski. – Podchodzili do niego lekceważąco, docinali mu, podkreślali, że byli lepszymi piłkarzami. (…) Źle wpływali na zespół – mówi pomocnik. Trener z najgorszym warsztatem to według niego Kazimierz Górski. – Nie umiał treningu opracować. Ciągle to samo. Najpierw berek: kto klepnięty, robi przewrót. Potem zajęcia z piłką – centrowanie i strzały z woleja. I tak u niego wyglądał każdy trening – opowiada. Pod koniec rozmowy stwierdza, że ze względu na sytuację polityczną w Argentynie, Polska na mundial w ogóle nie powinna była jechać. – Jak można fundować rozrywkę w kraju, w którym panował terror?

Paweł Sibik wskoczył do drużyny z Korei w miejsce Tomasza Iwana, jednej z głównych postaci szatni. Zagrał jeden mecz na mundialu oraz zaledwie dwa poza mistrzostwami. Dla wielu zawodników z kadry Jerzego Engela, Sibik był intruzem. Na treningu sfaulował go Marek Koźmiński. – Ewidentnie na kontuzję. To było cholernie przykre – trening reprezentacji kraju, tuż przed wyjazdem na mistrzostwa i takie wejście w kolegę z zespołu… – relacjonuje Sibik. Jego zdaniem Koźmiński chciał mu zrobić krzywdę, a cała drużyna to zaakceptowała.

Rozmówcy Nikodema Chinowskiego tłumaczą kolejne porażki. Powody się powtarzają – złe przygotowania, błędy przy ustalaniu składu, brak odpowiedniego nastawienia psychicznego, dzielenie się drużyny na grupki, czasem otwarte konflikty. Pytani o mistrzostwa piłkarze mają już odpowiedni dystans. Ten, którego zabrakło Adamowi Nawałce, gdy opowiadał o niskim pressingu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Boniek i zmarnowana szansa [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Mój Boniek
Autor: Jacek Sarzało
Wydawnictwo:  Fabuła Fraza, 2018

„Nie jest to biografia w ścisłym znaczeniu, ale raczej próba dotarcia do bohatera” – czytam na obwolucie. Niestety, próba zakończona niepowodzeniem.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Ta książka przeszła niemal bez echa. W internecie znalazłem tylko dwie recenzje oraz rozmowę z autorem. Jacek Sarzało w łódzkich gazetach zaczął pisać w latach 80. W 2011 roku, przy kolejnej fali zwolnień w mediach, odszedł z zawodu. Zapamiętałem go jako sprawnego autora piszącego o ligowej piłce. W ostatnich latach redagował m.in. książki dla dzieci Yvette Żółtowskiej-Darskiej, a niedawno, jak mówi, dojrzał do napisania własnej.

Książka miała być szczera i prawdziwa. Autora pytano, czy nie boi się ewentualnego procesu. Zapowiedzi szumne, ale niewiele z tego wyszło. W „Moim Bońku” nie ma nic, czego kibic by wcześniej nie przeczytał. Autor podkreśla, że nie chciał rozmawiać z ludźmi albo szperać w źródłach, by wydobyć nowe historie. Chciał pokazać swoją relację z Bońkiem – na początku idolem, potem znajomym z pracy. Pomysł dobry, ale ciekawych wątków jest tutaj zaledwie kilka. Większość to ciągnąca się opowieść o piłkarzu, który podbił Łódź, stał się filarem kadry, a potem święcił triumfy we Włoszech. Wszystko było i to nie raz.

Interesujące fragmenty? Pierwszy bezpośredni kontakt z idolem 13-letni wówczas Sarzało zaliczył w 1975 roku. Stadion ŁKS-u, Widzew prowadził ze Stalą Mielec. Sarzało podawał piłki.

W pewnej chwili piłka po niecelnym strzale mielczan poleciała hen za bramkę Widzewa. Mieliśmy ze Sławkiem najbliżej więc w te pędy po nią pobiegliśmy i jeszcze szybciej wracaliśmy. Ale, niestety, nie zdołaliśmy dostarczyć piłki pilnującemu łódzkiej bramki Stanisławowi Burzyńskiemu. Byliśmy już naprawdę blisko, kiedy zatrzymał nas Boniek, który na tę okazję specjalnie pofatygował się ze środka boiska. I kłusował niemal tak szybko, jak my z nieszczęsną piłką. „Co wy odpierdalacie?! Po chuj się, kurwa, śpieszycie?!” – zapytał zwięźle. I nie czekając na odpowiedź, zabrał nam piłkę, po czym odkopnął dokładnie tam, skąd przed chwilą ją ze Sławkiem przytargaliśmy.

Ciekawa jest też historia z 1979 roku, gdy autor wybrał się na wyjazdowy mecz do Poznania. Skutecznie wtopił się w tłum kibiców gospodarzy na stadionie, nie drgnął nawet przy bramce dla Widzewa. Zgodnie ze stadionowymi konwenansami w przerwie wstał, żeby rozprostować kości. Uwagę miejscowych przykuły gazety, na których siedzieli goście z Łodzi. Z ostatniej strony „Dziennika Łódzkiego” zerkał Boniek, a obok niego tytuł „Pokonać Lecha”. Dekonspiracja.

Jedni byli za udzieleniem nam, mówiąc oględnie, solidnej lekcji wychowawczej, ale inni wręcz stanęli w naszej obronie. Argument „a mi kiedyś brata w Łodzi pobili” zderzał się z argumentem „a ja byłem w Łodzi w wojsku, zostawcie ich.

Sarzało zapowiadał książkę jako prywatną, ale subiektywnego spojrzenia zbyt dużo tutaj nie ma. Przez swój filtr polską rzeczywistość przepuścił choćby Piotr Jagielski, autor „Legii mistrzów”. U Sarzały nie było chęci zgłębienia tematu. Jeśli nie pamięta na którym stadionie obejrzał mecz, to po prostu przeprasza czytelnika. O samym Bońku nie ma tu nic nowego, a ocen autora oraz jego wspomnień jest zbyt mało, by pociągnęły książkę. Na dobrą opowieść o Bońku trzeba pewnie będzie poczekać, aż efekty swojej pracy pokaże Marek Wawrzynowski.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Messi przegrywa z mitem [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Aniołowie o brudnych twarzach. Piłkarska historia Argentyny
Autor: Jonathan Wilson, tłum. Michał Okoński
Wydawnictwo:  Wydawnictwo SQN, 2018

Maradonę opisano kilkadziesiąt lat przed jego narodzinami. Argentyna uformowała go według mitu, który jest starszy od rodziców Diego.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Figura „pibe” w 1919 roku trafiła na okładkę tygodnika dla dzieci „Billiken”. Rozczochrany chłopak ma wesoły wyraz twarzy, choć zęby stępił mu czerstwy chleb. Ma na sobie skromne, połatane i za duże ubranie. Zawadiaka, inteligenty urwis biega za szmacianką, jakby się z nią urodził. Drybluje, strzela, nie boi się ostrych starć. Jest cwany i żeby wygrać nie waha się posunąć do oszustwa. Co ważne, nigdy nie dorasta. Otoczenie tego od niego nie wymaga. Diego Maradona swoją pierwszą piłkę kopnął cztery dekady później w biednym Villa Fiorito, dzielnicy Buenos Aires.

Nieprzepracowana trauma po Maradonie, który narodowi czynił kolejne zawody, dziś odbija się na Leo Messim. Ten jest za grzeczny, pochodzi ze zbyt bogatej rodziny, w dorosłej piłce nie grał zresztą w argentyńskim klubie. Dla wielu Maradonie nigdy nie dorówna, zawsze będzie tym drugim. Kiedy na meczu reprezentacji przedstawiano go jako najlepszego zawodnika świata, większą owację zbierał zapowiadany przez spikera jako „ulubieniec ludu” Carlos Tevez.

Jonathan Wilson, twórca kwartalnika „Blizzard”, autor „Odwróconej piramdy”, która poprzedzała modę na dyskusje o taktyce, książki „Bramkarz, czyli outsider”, a także m.in. 600-stronicowej biografii Briana Clougha (ze względu na recenzje wciąż leży na mojej półce nieprzeczytana), swoje tematy studiuje latami. „Aniołów” też nie pisał z doskoku. Przez dekadę, z krótszymi i dłuższymi przerwami mieszkał w Argentynie. Nie jest to na szczęście książka o tylko o futbolu. Każda zmiana w sporcie jest rzucana na historyczne tło. Niewiele mniej ważny od różnicy spojrzeń na piłkę między Menottim i Bilardo jest konflikt peronistów i ich przeciwników. Historie kolejnych zamachów stanu i opisy nastrojów społecznych, które rzutują na piłkę, zajmują po kilka stron. W kolejnych epokach Wilson przedstawia najważniejsze postacie, zmiany w taktyce, mecze, które zmieniły bieg historii. Niemało od siebie dodaje Michał Okoński, który dorzucił przypisy.

W Argentynie prestiż i tożsamość narodowa zawsze były współzależne z wynikami reprezentacji. Wilson opisuje jak piłka ponad sto lat temu integrowała w nowym kraju przybyszów z Europy oraz jak duch „gaucho”, miejscowego kowboja, został przeniesiony z pastwisk na boiska. Argentyna ma trzech piłkarzy wśród 10 najlepszych zawodników w historii. Dwa razy wygrywała mundial, ale piłkarsko jest głęboko nieszczęśliwa. Skoro tango jest opowieścią pełną melancholii i rozwianych marzeń, argentyńscy kibice też patrzą wstecz. Gol, który w derbach Rosario strzelił Aldo Pedro Poy do dziś jest odgrywany na ulicach. Radiowy komentarz Victora Hugo Moralesa rekonstruują w Rosji kibice Albicelestes. Żyją mitem.

 

Ahí la tiene Maradona, lo marcan dos, pisa la pelota Maradona, arranca por la derecha el genio del fútbol mundial, deja el tendal y va a tocar para Burruchaga… ¡Siempre Maradona! ¡Genio! ¡Genio! ¡Genio! Ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta… Gooooool… Gooooool… ¡Quiero llorar! ¡Dios Santo, viva el fútbol! ¡Golaaazooo! ¡Diegoooool! ¡Maradona! Es para llorar, perdónenme… Maradona, en una corrida memorable, en la jugada de todos los tiempos… Barrilete cósmico… ¿De qué planeta viniste para dejar en el camino a tanto inglés, para que el país sea un puño apretado gritando por Argentina? Argentina 2 – Inglaterra 0. Diegol, Diegol, Diego Armando Maradona… Gracias Dios, por el fútbol, por Maradona, por estas lágrimas, por este Argentina 2 – Inglaterra 0.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W Kazaniu patrząc w oczy Ronaldo [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Najważniejszy mecz Kremla
Autor: Roman Imielski, Radosław Leniarski
Wydawnictwo: Agora 2018

Jak na polską książkę o mundialu pomysł jest wywrotowy. Robert Lewandowski tu nie istnieje. Zamiast polecieć do Monachium, Roman Imielski i Radosław Leniarski pojechali pociągiem do Sarańska. Zamiast krążyć wokół Alianz Areny, spacerowali wokół Kurhanu Mamaja w Wołgogradzie. Trening Bayernu zamienili na oglądanie łagru. Nie ma w tej książce Adama Nawałki, jest za to syn Stalina.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Plan był prosty – pojechać do Moskwy, Kalinigradu, Petersburga, a przede wszystkim Kazania, Sarańska i Wołgogradu. W grudniu zebrać materiały, już zza biurka opisać tło (rozdziały o staraniach o organizację mundialu czy zorganizowany doping), a książkę wypuścić krótko przed mundialem. Dwójka doświadczonych dziennikarzy „Wyborczej” może zameldować wykonanie zadania. Efekt: reporterski styl, żywy język i mocne uderzenie w Rosję Putina.

Najlepiej wypadają rozdziały pisane na prowincji. Fragment o Sarańsku to perełka. Tam na konferencję prasową komitetu organizacyjnego miejscowi dziennikarze pojawili się minutę przed czasem. Niektórzy przyszli w kapciach, inni w podkoszulkach. Wszystkie redakcje mieszczą się w tym samym budynku, co lokalne władze. Mordowiński wicepremier nie usłyszał żadnego pytania. Dziennikarzy nie ciekawiło, czy stadion, na którym dwa tysiące robotników uwija się jak w ukropie, zostanie wybudowany na czas. Autorzy książki mieli większe problemy. W Republice Mordowii trafili na komisariat.

Fanaci, czyli rosyjscy kibole, do niedawna byli pupilkami władzy. Teraz ich były lider, który jeszcze na EURO 2012 był twarzą rosyjskich kibiców, popadł w niełaskę. Reporterom z Polski opowiedział, że zamiast uciekać przed OMON-em czerwiec i lipiec spędzi poza krajem. Warunek – musi mieć stempel w paszporcie. Celem przymusowych wakacji będzie łotweska Jurmała.

Kilka pomysłów jest łatwych do przewidzenia – w Petersburgu kręcimy się wokół Zenit Areny, a w Kaliningradzie bohaterem jest Dom Sowietów. W Moskwie  skupiamy się na historii Spartaka i Starostinów, inaczej opowiedzianej, niż w „Królach strzelców” Zbigniewa Rokity. Tutaj bracia, mimo trwającej wojny, za łapówki przekupywali rywali. Za to mieli dostać wyrok. Rosja w „Najważniejszym meczu Kremla” to kraj niezbadany, państwo łamania prawa, bezhołowia, ludzkiej niesprawiedliwości i miejsce, gdzie władza potrafi zdeptać człowieka jak robaka. Leniarski w jednym z wywiadów mówił wprost: przyznawanie organizacji wielkich imprez dyktaturom, krajom autorytarnym, które nie dbają o prawa człowieka jest skandalem. Mamy tu więc człowieka, który dba o miejsce śmierci Borysa Niemcowa, historie oligarchów i szczegółowy opis olimpijskiego oszustwa w Soczi. Tam Władimir Putin, przynajmniej krótkoterminowo, odniósł pełen sukces.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Piłkarska matematyka i dziennik turysty [RECENZJE KSIĄŻEK]

Tytuł: Piłkomatyka. Matematyczne piękno futbolu
Autor: David Sumpter
Wydawnictwo: Copernicus Center Press, 2018

David Sumpter jako naukowiec liczył mrówki i budował tor dla szarańczy. Poszło mu na tyle dobrze, że modele matematyczne zastosował nie tylko sprawdzając zachowanie zwierząt w laboratorium, ale także piłkarzy w Lidze Mistrzów. Dość trudny egzamin zdał.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Profesor matematyki stosowanej z uniwersytetu w Uppsali ma pokaźny wynik cytowań w Google Scholar. Wcześniej pisał m.in. o tym, jak ludzie i zwierzęta działają w grupach, a po książce o piłce wziął się za stosowanie algorytmów w życiu. Przyznaje, że uwielbia abstrakcyjne piękno równań, ale wzory nie mają znaczenia dopóki nie mówią nic o rzeczywistości. Chodzi mu matematykę, która pokazuje analogie.

W „Piłkomatyce” Sumpter dowodzi, że wprowadzenie trzech punktów za zwycięstwo zgodnie z przewidywaniami sprzyja futbolowi ofensywnemu. Analizuje liczbę połączeń, a właściwie możliwości podania w schematach taktycznych węgierskiej Złotej Jedenastki, Interu z lat 60., Liverpoolu z lat 70. oraz Barcelony ery Pepa Guardioli. Analizuje, jak „tkał sieć” Nandor Hidegkuti i jak podania wymieniali Xavi oraz Iniesta. Wykorzystuje przy tym sieć śluzowca, organizmu grzybopodobnego. Porównuje ją do schematu sieci tokijskiego metra, a przy liczeniu wykorzystuje pierwiastek. Robi to nawet przekonująco, choć o trójkątach w sportach zespołowych wiele powiedzieli już Johan Cruyff i Tex Winter. Wniosek Sumptera – to, co poruszające się w ławicach ryby robią instynktownie, wychowankowie La Masii nauczyli się na boisku treningowym. Każdy uczestnik musi mieć poczucie przestrzeni i wiedzieć, co robią pozostali.

Na dłużej zatrzymałem się na wykresie z dynamiką klaskania. Chodzi o podziękowania np. na koniec wykładu. – Wniosek, w którym dana osoba przestaje klaskać, daje się 10 razy łatwiej przewidzieć na podstawie liczby innych osób, które przestały klaskać, niż na podstawie liczby wykonanych klaśnięć – pisze Sumpter. Oklaski porównuje do rozprzestrzeniania się meksykańskiej fali oraz przyśpiewek na trybunach.

Anglik pokazuje, że dorobki strzeleckie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego na wykresach wyglądają jak anomalie, pokazuje wpływ kąta wystrzelenia na trajektorię lobu z przewrotki. Na czynniki pierwsze rozbiera przy tym bramkę Zlatana Ibrahimovicia w meczu z Anglią. Kilka razy przykładów zabrało. Opisując Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego Sumpter posiłkuje się cytatami z „Odwróconej piramidy”. Już czytając książkę Jonathana Wilsona zastanawiałem się, ile meczów obejrzał autor, by rozpływać się nad matematycznymi podstawami współdziałania piłkarzy. Sumpter tym razem nie analizuje starych meczów. Zamiast tego prowadzi wywód o feromonowym śladzie mrówek. Wniosek – małe mrowiska nigdy nie odnoszą sukcesu, duże odnoszą go zawsze, ale sukces zależy od pracy wykonanej na samym początku. Porównanie dość karkołomne, ale pasujące do intelektualnej gimnastyki, jaką jest „Soccermatics”.

Tytuł: The Football Tourist
Autor: Stuart Fuller
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

„Współczesna piłka to gówno”, pisze w pierwszym zdaniu książki Stuart Fuller. Prawdziwy futbol znalazł w Spakenburgu, Libercu, Gandawie, Rzymie i na wyspie Wight. Czytelnika zabrał ze sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współczesną piłkę Fuller tak naprawdę kocha miłością ślepą. Nienawidzi za to angielskiej Premier League. Uważa, że komercjalizacja zabrała mu ligę, którą żył przez dekady. Z pomocą przyszły tanie linie lotnicze i internet, gdzie można znaleźć terminarze wszystkich lig oraz wskazówki, jak dojechać na każdy stadion na świecie. Skoro derby Londynu straciły swój urok, to dlaczego nie pojechać do Spakenburga? Niczym Manchester czy Mediolan, przez 50 tygodni w roku miasteczko żyje swoim rytmem. Kiedy przychodzą derby, napięcie rośnie. Rzecz w tym, że w Spakenburgu meczem żyją niemal wszyscy mieszkańcy, a wielkich aglomeracjach zdecydowana mniejszość.

W książce znalazła się też Wooge, jak Anglicy zapisali fonetycznie miasto, w którym obejrzeli mecz Widzewa. Choć pomysł grudniowej wyprawy nad Wisłę Fuller ocenił jako „kuriozalny” i „autorstwa szaleńca”, to piłkarska Polska zebrała pochwały. „Jeśli zależy ci na tanich biletach, dobrej atmosferze i starych stadionach, Polska jest dla ciebie. Jeden weekend, dwa mecze, trzy bramki, cztery pyzy, pięciogwiazdkowe hotele, sześć taksówek, siedem autobusów o tramwajów oraz ok. miliona piw za mniej, niż 150 funtów”.

Lepiej Fuller ocenił tylko Niemcy, groundhopperski raj. W Zagłębiu Ruhry meczów jest mnóstwo, tanie bilety dostępne dla każdego chętnego umożliwiają bezpłatny transport w całym landzie, a mecz jest zarówno wielkim rodzinnym wydarzeniem, jak i okazją, żeby napić się piwa i wykrzyczeć na trybunie. Fuller nie jest wybitnym reporterem, ale zainteresowani grodndhoppingiem książkę przeczytają z zainteresowaniem. Razem z autorem wstajemy o 4. rano, lecimy samolotem Ryanaira, tłuczemy serbskim pociągiem i ciasną taksówką. Trochę za dużo tu opowieści o kolejnych barach i przygodach znajomych. Na blogu, który już tu wychwalałem, Fuller potrafi rzucić świetne historyczne tło, dogłębnie wytłumaczyć zawiłe czasem zaszłości. W książce więcej o cenach piw i smaku kurczaka w lokalnych fast foodach.

Wyszła już druga część „Piłkarskiego turysty”. Fuller opowiada, jak wszyscy na stadionie czekali na sędziego, który utknął na granicy Gibraltaru z Hiszpanią i dlaczego zgubił się w Hongkongu. Nic nie wskazuje na to, żeby podczas pisania opuściła go groundhoppingowa pasja. Namówił mnie na kupno drugiej części, podobnie jak na derby Spakenburga.

Wpisy o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Boisko w cieniu polityki [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium
Autor: Zbigniew Rokita
Wydawnictwo: Czarne, 2018

Od pierwszego meczu w Petersburgu do upadającego na ziemię Mikołaja II. Dalej Ławrientij Beria i syn Stalina w pojedynku, którego ofiarą jest trener. Przeplatając sport i historię, Zbigniew Rokita wybrał osiem momentów, pokazujących, co się stało z Europą Środkową przez ostatnie 100 lat.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W czasach wielkiej czystki Spartak braci Starostinów rzucił wyzwanie Dynamu. Za o wiele mniejsze przewinienia Ławrientij Beria jednym podpisem likwidował całe rodziny. Nikołaj, Andriej, Piotr, a potem Aleksandr trafili do więzienia. Za grupową agitację antysowiecką, bracia dostali 10 lat łagru. Mieli szczęście. Zostali rozdzieleni, ale do dyrektorów obozów dotarła ich piłkarska sława. Trzech z braci w czasie wyroku trenowało miejscowe drużyny Dynama.

Po Nikołaja Starostina zgłosił się Wasil Józefowicz Stalin, syn najważniejszej osoby w państwie. Chciał, żeby poprowadził jego moskiewski klub. Starostin znów podpadł Berii, bo jako były więzień miał zakaz osiedlania się w stolicy. Dla politycznych graczy był tylko pionkiem i znów zapłacił za to cenę. Ostatecznie najsłynniejszy z braci Starostinów przeżył nie tylko Berię i syna Stalina, ale też ZSRR.

To najlepszy rozdział książki. Nie wszystkie są tak świeże. Zbigniew Rokita nie napisał nic nowego ani o Erneście Wilimowskim, ani o słynnym meczu piłki wodnej między Węgrami a ZSRR na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne w 1956 roku. Dobrze czyta się inny niepiłkarski fragment – opowiastkę o koszykarskiej Litwie.

Zbigniew Rokita (ur. 1989), zawodowo zajmuje się światem poradzieckim. Jest redaktorem dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”, pisał w „Polityce”, czy „Tygodniku Powszechnym”. Dość łatwo można rozpoznać, w jakich tematach autor czuje się pewnie. O Górskim Karabachu wychodzi mu płynna opowieść. Kiedy wspomina o współczesnej piłce, wkracza na nieznany sobie teren i tempo spada.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Górnik Zabrze: Opowieść o złotych latach
Autor: Paweł Czado
Wydawnictwo: Agora, 2017

Wbrew tytułowi to nie jest fragment historii klubu. Paweł Czado przejechał tysiące kilometrów, spędził setki godzin w archiwach i spotkał się z kilkudziesięcioma byłymi piłkarzami oraz ich rodzinami, by napisać o ludziach.

Zobacz także: Z wizytą przy Roosevelta. Koguty pana Leona

Piłkarze Górnika występowali w pierwszych telewizyjnych show, śpiewały o nich gwiazdy estrady. Czado opisuje boje w Rzymie, Pradze, Manchesterze, czy Wiedniu. W książce są barwne anegdoty, klimat epoki, mecze, które zmieniły historie. Wszystko na swoim miejscu. Ale najciekawsze są tu historie zapomnianych piłkarzy. Niepowiedziane wcześniej zdarzenia, w które dziś trudno uwierzyć.

O poprzedniej książce Pawła Czado „Piechniczek. Tego nie wie nikt”, czytaj tutaj.

Do najlepszych rozdziałów w książce należy ten, który ją otwiera. Żeby napisać o Józefie Kaczmarczyku, autor wybrał się na zabrzańskie Zaborze. Wiedział jedynie, że wdowa po bramkarzu prawdopodobnie mieszka niedaleko. Wypytywał na ulicy, poszedł też do spółdzielni mieszkaniowej. Tam odmówiono mu informacji zasłaniając się ochroną danych. Ktoś usłyszał jego rozmowę i przekazał numer telefonu nie będąc nawet pewnym, czy chodzi o tę samą osobę.

Józef Kaczmarczyk debiutuje w Górniku w 1949 roku. Po kilku latach, jako mistrz Polski, zaczyna się upominać o pożyczkę. Taką samą, jaką dostali koledzy. Po odmowie psioczy na działaczy i Miejską Radę Narodową. Klub skreśla go z listy członków. Zostaje uznany za „renegata i prowokatora”. Dalej to już lawina. Sprawą zajmuje się milicja – rewizja, pytania o niemieckie mapy i listy z RFN.

– Mąż wróci za godzinę – usłyszała od milicjantów Zuzanna Kaczmarczyk, gdy funkcjonariusze zabierali męża. Wrócił po dwóch latach. W aktach zarzutów jest sporo. Mówienie po niemiecku, porównywanie ofert w sklepach w PRL i RFN, pisanie gotykiem. Podobno mówił nawet, że w Niemczech są lepsze zapałki. Po wyjściu na wolność pracował jako górnik dołowy. Zmarł w 1991 roku. Pawłowi Czado historię męża, Zuzanna Kaczmarczyk, opowiedziała 25 lat później.

Od górniczej wioski do piłkarskiej hegemonii [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol
Autor: Jimmy Burns, tłum. Antoni Bohdanowicz, Bartosz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2017

Nie da się wytłumaczyć rywalizacji FC Barcelony i Realu Madryt bez politycznego tła. Jimmy Burns poszedł dalej – całą historię hiszpańskiej piłki opisał przez historię Hiszpanii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jimmy Burns nie jest dziennikarzem sportowym. Na kilku uczelniach kończył studia związane z ekonomią, naukami politycznymi oraz Ameryką Łacińską. Pracował jako korespondent Financial Times w Portugalii, potem trafił do Argentyny. Pierwszą książkę napisał o wojnie o Falklandy. Zdobył uznanie, ale prawdziwym hitem była „Ręka Boga”, biografia Diego Maradony. W Polsce wydano również jego książkę o FC Barcelonie. Patrząc na tematy jego ostatnich artykułów, sport w jego zawodowym życiu to tylko dodatek. Ostatnia książka Burnsa to portret papieża Franciszka.

Czytelnik, który ma za sobą choćby książkę Burnsa o Barcelonie, czy Alfredo Relaño (te dwie wydano w Polsce), historie Pepa Samitiera, czy Di Stefano, już zna.  Burns napisał dobrą książkę, ale lepiej przemiany w Hiszpanii przez pryzmat futbolu wyjaśnił Sid Lowe. W „Fear and Loathing in La Liga” Brytyjczyk, skupiając się na dwóch klubach wykorzystał ciekawsze opowieści. U Burnsa czuć chwilami niewykorzystany potencjał. Dobrze zaczął, szukając korzeni hiszpańskiej piłki wśród nieistniejących osad górniczych. Wciągają też fragmenty o Kraju Basków. Potem można natrafić na mielizny.

Dla tych, którzy temat La Liga dopiero napoczynają, interesujący może być sposób, w jaki Burns przedstawił postać Francisco Franco. Dyktator, który rządził Hiszpanią przez cztery dekady, patrzył na futbol jak na narzędzie. Biedny i izolowany politycznie kraj, zaczął być szanowany dzięki europejskim triumfom Realu Madryt. Ile w tym zasług generalissmusa, to obiekt sporów.

Promując polskie wydanie „Piłkarskiej furii”, Anglik przyjechał do Warszawy. Swoje wrażenia zebrał w ciekawym wpisie na blogu. Polskę chwali, ale dostrzega fatalną architekturę mieszkańców i zaciekły nacjonalizm jej mieszkańców. Opowieść o dwudniowej wizycie spuentował porównaniem Okęcia do lotniska w Funchal na Maderze. Jego patronem ma zostać Cristiano Ronaldo. – Z tego co wiem, nikt nie zaproponował, żeby warszawskie lotnisko było portem imienia Roberta Lewandowskiego. – Dzięku Bogu, polska kultura jest poważniejsza. – W porównaniu do nokturnów Chopina, nawet najlepszy występ Ronaldo jest efemerydą.

Tytuł: Rozmowy nieoczywiste
Autor: Tomasz Malinowski
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Adam Marszałek, 2016

23 rozmowy w książce Tomasza Malinowskiego są bardzo nierówne. Można się poczuć jak na huśtawce, bo na zmianę mamy wywiady Tomasza Jachimka i Gustawa Holoubka, a po rozmowie z Jerzym Pilchem przeskakujemy do cytatów Maryli Rodowicz.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zahaczające o futbol rozmowy przez ostatnią dekadę pojawiały się na łamach „Gazety Pomorskiej”, w której Malinowski pisze od blisko 30 lat. Na rozmowę z Normanem Daviesem czekał dwa lata. Stryj brytyjskiego historyka zginął na pokładzie samolotu, który rozbił się w Monachium w 1958 roku. Donny Davies, dziennikarz „Manchester Guardian” poleciał razem z Manchesterem United na mecz do Belgradu. Był najstarszą ofiarą katastrofy. – Potrafił napisać relację z meczu takim samym językiem, co recenzję ze spektaklu teatralnego czy opery – opowiada Norman Davies.

Dużo w tej książek wspominek i narzekań, że kiedyś piłka była sportem o wiele ciekawszym. Niektórzy rozmówcy Tomasza Malinowskiego meczów już nie oglądają, ich oceny są płytkie i nieciekawe. Książkę czyta się krócej, niż świąteczne wydanie tygodnika. Rozmowy, które nie wyleciały mi od razu z głowy to zdecydowana mniejszość.

Nie wiedziałem o piłkarskich fascynacjach Jerzego Hausnera, kibica Odry Opole. Sam grał w juniorach aż do rozpoczęcia studiów. Potem zorganizował drużynę AZS-u, w której grał mając już ponad 35 lat.

Dla Gustawa Holoubka mówienie o teatralnym zachowaniu piłkarza to pogarda dla zawodu aktora. Zenon Laskowik wspomina mecz, w którym poczuł, że jest oszukiwany. Do Poznania przyjechał bydgoski Zawisza. Do przerwy prowadził 0:2. – Wtedy usłyszeliśmy komunikat spikera. „Prezes Zawiszy proszony jest pilnie do szatni”. W drugiej połowie goście nie istnieli na boisku. „Kolejorz” wygrał 4:2. Cudownie, moja drużyna wygrała, ale czułem się w tym momencie wykiwany – opowiada Laskowik.

Braterstwo liny [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Spod zamarzniętych powiek
Autor: Adam Bielecki, Dominik Szczepański
Wydawnictwo: Agora, 2017

Himalaizm nie ma w sobie niczego wyjątkowego. Nie ma też większego sensu. – Tak samo nie ma go żeglarstwo czy chodzenie po parku – pisze Adam Bielecki. Przez resztę książki tezie o braku wyjątkowości stara się zaprzeczyć.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Chłopak z Tychów budził się patrząc na wiszący nad łóżkiem plakat Krzysztofa Wielickiego. Zaczytywał się w przygodach Tomka Wilmowskiego. Choć rodzinie Adama Bieleckiego nikt się nie wspinał, to on sam zaczął w podstawówce. W książce zdaje relacje z kolejnych wypraw, przedstawia siebie jako outsidera. Zanim zaczął się wspinać na ośmiotysięczniki, żył z organizowania wypraw komercyjnych, co w środowisku było źle odbierane.

O Bieleckim zrobiło się głośno po wyprawie na Broad Peak. To, kto jest winien śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, stało się tematem ogólnonarodowej debaty. Mówiono o „braku braterstwa liny” i kryzysie wartości. Bieleckiego skrytykowali nawet autorzy raportu Polskiego Związku Alpinizmu. Wersja samego himalaisty jest przekonująca. Milcząco poparł ją Artur Małek, który czytał ten rozdział przed publikacją. Broad Peak to najmocniejsza część książki. Szczegółowy opis wyprawy, dużo emocji, odpieranie zarzutów. Bielecki przypomina, że gdy Jerzy Kukuczka z czterech wypraw wrócił bez partnera, nie rozpętała się medialna histeria. – Broad Peak pokazał mi, jaka może być cena ambicji. Wszyscy chcieliśmy wejść na szczyt i każdy z nas za to zapłacił – opowiada Bielecki. Czwórka himalaistów balansowała na krawędzi własnych możliwości. Ignorowali wyraźne znaki, że nie powinni atakować szczytu, bo nie zdążą z niego zejść.

Książkę czyta się dobrze. Dominik Szczepański o górach pisał już wcześniej. Brakuje mi tylko przypisów. „Kukuczkę”, o której blogowałem, pisali dziennikarze niezwiązani ze środowiskiem. Trudnych słów unikali. Bielecki, wspierany przez Adama Bieleckiego, fachowych pojęć nie wyjaśnia. Do fragmentów o wyblince na poręczy po stronie haka wspinającego, niedaleko seraka, przydałyby się objaśnienia. Poza tym, samo wydanie książki jest bez zarzutu. Dzięki dobrej jakości zdjęciom, wygląda jeszcze estetyczniej, niż „Kukuczka”.

U Bieleckiego podoba mi się równowaga między świadomością własnych osiągnięć a pokorą. Pisze, że himalaizm składa się z setek małych rzeczy. – Jeśli zaniedbasz jedną, to może nic się nie stanie, ale jeśli trzy, to nie wejdziesz na szczyt. Jeżeli zaniedbasz sześć, to się odmrozisz. Zapomnisz o dziesięciu – zginiesz – mówi. Wszystko w namiocie musi być ułożone tak, żeby nie zamokło i było pod ręką. Ubrania, w którym wychodzi się na szczyt, nie da się zmienić. Ten, kto się ubierze zbyt ciepło, spoci się i odwodni. Litr śniegu topi się na tej wysokości godzinę, więc po wysiłku należałoby przez pół dnia topić śnieg, co jest niewykonalne. Wspinając się na Broad Peak, zakładając przeploty, Bielecki miał na sobie cztery pary rękawiczek. Ciutkie lineary, na nich polarowe pięciopalczastem, potem łapawica puchowa, na to wszystko łapawica gorateksowa. Zawiązanie węzła jest wyjątkowo trudne, a ściągnięcie jednej warstwy grozi odmrożeniami. Te szczegóły są ważne, bo jak można oceniać zachowanie człowieka na ośmiu tysiącach metrów, skoro krew w jego mózgu jest tak rzadka, że traci się zdolność racjonalnego myślenia?

Dla nieprzekonanych fragment książkirozmowa wideo z Adamem Bieleckim i rozmowa dla „Dużego Formatu”.

Tytuł: Football’s Strangest Matches: Extraordinary but True Stories from Over a Century of Football
Autor: Andrew Ward
Wydawnictwo:  Robson Books 2002

Od meczów kawalerów na żonatych, spotkań rozgrywanych w maskach gazowych, po najdziwniejsze pucharowe serie. W książce o najdziwniejszych piłkarskich spotkaniach odnajdziemy nazwisko sędziego, który strzelił gola i piłkarzy, których zabił piorun.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Każda historia mieści się na jednej lub dwóch stronach. Niektóre są warte przypomnienia. W kwietniu 1948 roku w Aldershot odbył się mecz, w czasie którego zginęło dwóch zawodników. Spotkanie rozgrywano w czasie burzy. Piorun poraził sędziego i ośmiu piłkarzy. Dwóch nie przeżyło.

W sezonie 1955-56, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1956-57, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1957-58, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City. Prawdopodobieństwo oszacowano na 1 do dwóch milionów. Wyniki powtórek? 2:1, 2:1 i 2:1.

Powtarzanie remisowych meczów w FA Cup dawało szanse na ciekawe historyczne serie. Na przykład:
6.11.1971 Alvechurch; Alvechurch – Oxford City 2:2,
9.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 1:1,
15.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:1,
17.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
20.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
17.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:0. Historyczną bramkę, rozstrzygającą trwającą w sumie 660 minut walkę, strzelił Bobby Hope.

W 1961 Denis Law strzelił sześć prawidłowych goli, które odebrano mu z powodu pogody. W 1961 pucharowy mecz Manchesteru United z Luton Town przerwano w 69. minucie przy wyniku 6:2. Błoto na boisku nie pozwalało na grę. Zgodnie z ówczesnymi regułami, wynik anulowano, a mecz powtórzono. Luton wygrało 2:1.

Decydującego gola w meczu Barrow – Plymouth Argyle w Division Three w 1968 roku strzelił sędzia. Po strzale z 15 metrów piłka odbiła się od sędziego, zupełnie zmieniła lot piłki i wpadła do bramki. Sędzia, który wpisał się do historii, Ivan Robinson, wysłał do Plymouth przeprosiny.

Książka do kupienia w charity shopach. Do przewertowania.

Zachwycająca opowieść milczka

Tytuł: Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo: SQN, 2017

Heinz Höher. Milczek i dziwak, którego nazwisko nic nie mówi kibicom. Oto bohater najlepszej książki o historii piłkarskiej ligi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To trzecia książka Ronalda Renga, o której bloguję. Wszystkie mnie zachwyciły. „Życie wypuszczone z rąk”, opowieść o Robercie Enke, była w wielu krajach sportową książką roku. Wcześniejsza, mniej znana historia Larsa Leesego, to też majstersztyk. Reng napisał wtedy o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał. Teraz wydawnictwo chciało zamówić u Niemca książkę na 50-lecie Bundesligi. Ten odmówił. O futbolu w danym kraju można napisać bardzo dobrą książkę, taką jest choćby „Tor!”, ale Renga to nie interesowało. On pisze o ludziach. Heinz Höher zadzwonił do niego, by zapytać, czy jego podopieczny Juri Judt, może być w depresji. Reng nagłośnił temat choroby publikując książkę o Enke. Przy okazji Höher opowiedział mu historię swojego życia. Dla Renga temat idealny.

Gdy rodziła się Bundesliga, Höher grał w Meidericher SV. Był jednym z trzech zawodników, którzy do pierwszoligowej drużyny przyszedł z zewnątrz. Z Leverkusen do Duisburga jest 70 km. Reszta zawodników wychowała się w najbliższej okolicy. W Bayerze Höher też był wyjątkiem – utrzymywał się z piłki. Reng opisuje powojenną biedę RFN, kulturowy pesymizm i przemiany obyczajowe.

Przez pryzmat historii jednego człowieka, Reng opowiada o rozwoju telewizji, profesjonalizacji Bundesligi, bogaceniu się Niemiec i skandalach korupcyjnych. Czytamy o ewolucji taktyki oraz wzlotach i upadkach niemieckiej reprezentacji. Ale w środku jest zawsze Höher. Jako trener awansował z Norymbergą do Bundesligi, a potem do pucharów. Uchodził za gbura. Z powodu stylu bycia popadał w konflikty. Z biegiem lat przestał mu wystarczać standardowy zestaw – dwa piwa i lufa. Pił coraz więcej. Czekał na szansę powrotu na ławkę trenerską, po drodze zbankrutował.

Książką zachwycam się nieustannie, bo jak dobrym trzeba być autorem, by uchwycić sens 50 lat Bundesligi, a jednocześnie Puchary Europy niemieckich klubów skwitować paroma zdaniami?

Heinz Höher nie miał oporów, by opowiadać o swoich kłopotach, o tym, co w życiu zrobił źle. Był niezłym piłkarzem i obiecującym trenerem. Na obu polach potencjał zmarnował. Reng, jak w poprzednich książkach, bohatera pośrednio broni. Po lekturze książki Höher chwycił za telefon. – O nie, panie Reng, nie wolno panu przedstawiać mnie w tak pozytywnym świetle! Nie jestem pozytywną postacią! – powiedział.

Tytuł: Cristiano Ronaldo. Biografia
Autor: Guillem Balagué, tłum. Bartusz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2016

To zaskakująco ciekawa książka. Nie powinna się udać, bo głównym bohaterem jest aktywny piłkarz a autor znany jest głównie z telewizyjnego studia, gdzie zdarza mu się powtarzać plotki. Ronaldo dał piłce nie tylko setki bramek, ale niestrawny film i megalomanię na nieznanym dotąd poziomie. Najlepszą rekomendacją książki jest więc opisany na wstępie konflikt autora z Jorgem Mendesem. Balagué wiedział, że prawdziwy obraz Ronaldo może przedstawić tylko zdrapując złotą farbę z pomnika Portugalczyka.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dość łatwo przewidzieć, że im bliżej współczesności, tym tempo opowieści o piłkarzu będzie coraz słabsze. O meczach, które widzieliśmy kilka lat temu czyta się ciężko. Ale opowieść o dzieciństwie Ronaldo te mielizny wynagradza. O chłopak z Madery, zapadłej portugalskiej prowincji, mówią nie tylko osoby, które Balagué wytropił w Funchal, ale też wielkie gwiazdy. Autor namówił na wspominki mnóstwo piłkarzy, w tym gwiazdy Manchesteru United.

O Guillemie Balagué pisałem przy okazji recenzji książki o Pepie Guardioli. W międzyczasie mieszkający w Anglii Katalończyk wydał kolejną, o Leo Messim. Wciąż pisze dla gazet brytyjskich i hiszpańskich a rozpoznawalność dała mu praca w Sky Sports. W programie Revista de la Liga zawsze wygląda na dobrze poinformowanego w sprawach hiszpańskiego futbolu. Największy uśmiech na jego twarzy pojawia się, gdy mówi o Espanyolu. Papużkom kibicuje cała jego rodzina. Lubię go słuchać, choć jego sporych rozmiarów ego daje o sobie znać. Z tym, że w wielu fragmentach Balagué zbyt często pisze o sobie, należy się pogodzić.

Balagué przytacza słynną umowę przedwstępną, którą w 2008 roku zawarł z Ronaldo Ramon Calderon, ówczesny prezes Realu. Gdyby transfer nie doszedł do skutku, strona wycofująca się z transakcji miała zapłacić 30 mln euro. Katalończyk dość zabawnie opisuje, że zapoznał się z dokumentem osobiście. Jego posiadacz wyjął go z „szuflady masywnego biurka wykonanego z drewna orzecha włoskiego, wykończonego skórą w kolorze butelkowej zieleni. Osoba, która mi go pokazała, wydobyła kluczyk do szuflady z kieszeni spodni. W tym czasie siedziałem na sofie, twarzą do jedynego okna w gabinecie”.

Ballague wie, że to, co mówi Ronaldo, jak i jego otoczenie, to dokładnie wyreżyserowany spektakl. Dość powiedzieć, że w domu piłkarza w Madrycie, logo CR7 widnieje na szkle kuchennym, meblach, stole w jadalni i talerzach. Ballague uporczywie stara się dotrzeć do prawdziwego obrazu bohatera książki. Jaki wpływ na życie Ronaldo miał alkoholizm ojca? Skąd bierze motywację do utrzymywania się na szczycie przez tyle lat? Dlaczego nie cieszy się z bramek kolegów? Autor stawia hipotezy, ale o konkretne odpowiedzi trudno. Tych pilnuje Jorge Mendes.

Miał być dekalog, wyszła kronika [RECENZJA]

Tytuł: Dekalog Nawałki
Autor: Marcin Feddek
Wydawnictwo:  SQN 2016

Marcin Feddek jako jedyny polski dziennikarz miał prawo oglądać zamknięte treningi reprezentacji Adama Nawałki. To wyjątkowy przywilej, ale miał swoją cenę. W „Dekalogu Nawałki” w reprezentacji istnieją wyłącznie postacie bez skazy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jako dziecko Feddek biegał za piłką, naśladując swojego ojca, obrońcę Polonii Bydgoszcz. Piłkarzem nie został, jak sam uważa, przez kontuzje. Koledzy żartowali, że bardziej połamany w Bydgoszczy był tylko żużlowiec Waldemar Cieślewicz. Feddek wybrał dziennikarstwo. Pisał w „Expressie Bydgoskim”, szybko trafił do TVP, potem Polsatu. Drzwi do kadry otworzyło przed nim wspólne komentowanie meczu z Adamem Nawałką. Dekadę temu dzisiejszy selekcjoner lizał rany po zwolnieniu z Jagiellonii Białystok. Pracował jako ekspert Polsatu. Taktyczne analizy Feddka przypadły mu do gustu. Kiedy objął reprezentację Polski, reporter mógł liczyć na wyjątkowe względy. Jako jedyny oglądał zamknięte treningi kadry przed spotkaniami eliminacji Euro. Był jeden warunek – o tym, co zobaczył, mógł poinformować dopiero po meczu. Swoje obserwacje wykorzystywał w materiałach o taktyce w polsatowskim „Cafe Futbol”. Za dogłębne analizy i wyłapywanie schematów rywali zbierał zasłużone pochwały. Z napisaniem książki Feddkowi poszło jednak gorzej.

Ciężko przebrnąć przez 400 stron opisów, kto do kogo podał. Drażni drewniany język. Feddek świadomy schematyzmu kolejnych rozdziałów próbował ratować się anegdotami. Niestety, znów musiał zmierzyć się z autocenzurą. Wszystkie opowieści są wygładzone. Zawodnicy mówią między sobą o „zwyżkującej dyspozycji”, na zgrupowaniach żyją jak w klasztorze, a nad wszystkim panuje trener, który przez dwa lata nie popełnił żadnego błędu. Z książki wynika, że w prywatnych rozmowach Adam Nawałka posługuje się taką samą mową-trawą jak na konferencjach prasowych. Nie wierzę.

Autor przez trzy strony potrafi opisywać treningową gierkę. Doceniam to, że z kroniki mogę dowiedzieć się, kto dwa lata temu skręcił nogę, ale brakuje szerszego spojrzenia. Dziennikarze z bliskim dostępem do zawodników, mają szansę stworzyć dzieło epokowe. O Katalończyku Martim Perarnau, który opisał pierwszy rok pracy Pepa Guardioli w Bayernie Monachium, usłyszała cała Europa. Książkę, która jest klasyką gatunku, na początku lat 70. napisał Hunter Davies. Przez rok żył jak członek drużyny Tottenhamu Hotspur. Czasem ćwiczył z zespołem, na każdy mecz jechał z drużyną, do pierwszego gwizdka siedział w szatni, a spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Po spotkaniu piłkarze opowiadali mu o swoich problemach. Jego książkę, „The Glory Game”, po ponad 40 latach od pierwszego wydania, przeczytałem z zachwytem. Spurs zdobyli w tamtym sezonie Puchar UEFA, ale Davies wygrał jeszcze więcej. Marcin Feddek odwrotnie, niż Adam Nawałka, swoje eliminacje do EURO, przegrał.

Piłkarski album bez piłki [RECENZJA]

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Tytuł: Going to the MatchGoing to the Match
Autor: Przemek Niciejewski, wstęp Jonathan Wilson (tłum. Michał Okoński)
Wydawnictwo: Magnus 2016

Wszystko jest w tym albumie na odwrót. Inaczej, niż w produkcjach, które mają się sprzedać. Nie ma zdjęć gwiazd, brakuje choćby jednego piłkarza fetującego zdobytą bramkę. Boisko zazwyczaj w ogóle nie mieści się w kadrze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Rynek książek sportowych w ostatnich latach powiększył się kilkakrotnie. W księgarniach pojawiają się nie tylko biografie (Neymar ma ich w Polsce już kilka), ale książki ambitne, także takie, które mają zachwycać nie tylko formą, ale i treścią. Jednak podobnego albumu dotąd nie było. Dwieście starannie przygotowanych stron z urzekającymi zdjęciami z Niemiec, Anglii, Szkocji, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Czech, Węgier i Norwegii.

Kiedy Przemek Niciejewski podczas finału Ligi Mistrzów stoi za bramką, jest jedynym fotografem, który obiektyw kieruje na trybuny. Mecz nie jest dla niego najważniejszy. Większości bramek nie widzi. Z wyjazdu do Barcelony w albumie zmieścił dwa kadry – widok z Camp Nou na miasto i scenę z metra. Sam mówi, że robiąc zdjęcia szuka odpowiedzi, dlaczego kibic poszedł na stadion.

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Zdjęcia do albumu zbierał latami. Pamiętam jego wpisy na twitterze po powrocie z meczu Uranii Ruda Śląska. Obaj bylismy zachwyceni. Takich stadionów jest coraz mniej. Na nowych, bardziej przypominających centra handlowe, brakuje duszy. Według Niciejewskiego od pełnej komercjalizacji futbolu nie ma odwrotu. Piłka już nie wróci do swoich korzeni i będzie się stawała coraz bardzie skomercjalizowaną rozrywką dla coraz bogatszych. Chyba, że coraz więcej zacznie patrzeć na futbol tak, jak autor „Going to the Match”

Przemek Niciejewski. Oldham
Fot. Przemek Niciejewski.

Więcej zdjęć na twitterze i Facebooku Przemka Niciejewskiego.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście

Tytuł: Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście
Autor: Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski
Wydawnictwo:
Agora 2016

Autorzy, dziennikarze śląskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, wcześniej nie pisali o górach. Cała ich wiedza sprowadzała się do dwóch zdań o Koronie Himalajów i wyścigu z Messnerem. Osiągnięcia himalaistów śledziła wtedy cała Polska. Włoch pierwszy zdobył 14 ośmiotysięczników, ale Polakowi zajęło to mniej czasy, szczyty atakował nowymi drogami, bez tlenu i zimą.

Czyta się dobrze, bo nie jest to sztywna biografia. Wszystko zgodnie ze sztuką – nie brakuje anegdot i szczegółów. Autorzy nie gloryfikują bohatera, który myślał głównie o swoim sukcesie. Tło jest szerokie. Do myślenia dają opisy, jak Polacy zdobywali sprzęt. Przydawały się zarówno gogle spawalnicze, jak i sprzęt, który podczas wspinaczki wyrzuciły ekipy z Zachodu. Żeby zarobić na wyprawę, himalaiści malowali kominy, przemycali zegarki w puszkach po zupie, wywozili z kraju kryształy.

Wśród indywidualistów, którzy by odnieść sukces, ryzykują życie, mnożą się napięcia. Sporo w książce analiz, co wydarzyło się między uczestnikami ekstremalnych wypraw, już na „strefie śmierci”, powyżej 8000 m n.p.m. Czy ten, który przeżył, zrobił wszystko co mógł, by uratować partnera? Ale jak to ocenić, skoro na tej wysokości ludzki mózg nie pracuje racjonalnie? Dylematów tu sporo, bo wyprawy mierzącego w najtrudniejsze wyzwania Kukuczki usłane były tragediami.

W wieku 23 lat Kukuczka po raz pierwszy stracił w górach swego przyjaciela. 17 lat później odpadł od południowej ściany Lhotse.

SAF jako Wujek Dobra Rada [RECENZJA]

Okładka książki Alex Ferguson być liderem

Tytuł: Alex Ferguson. Być liderem
Autor:
Alex Ferguson, Michael Moritz, tłum. Krzysztof Cieślik
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Alex Ferguson na emeryturze wziął się za udzielanie lekcji. Bardziej, niż jak wygrać mecz, doradza, jak być liderem i pociągnąć za sobą zespół. Piłkarski albo dział sprzedaży w korporacji.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współautorem książki jest Michael Moritz, biznesmen związany z Sequoia Capital, gigantem wśród firm venture capital (inwestujących w przedsięwzięcia wysokiego ryzyka). Ma ciekawy życiorys – pisał w magazynie „Time”, był członkiem zarządu Google’a. Z jego pomocą Ferguson opowiada o organizacji, dyscyplinie, doborze współpracowników, czy motywacji. Manager tłumaczy, jak sam przekazywał złe wiadomości podwładnym i jak radził sobie z krytyką. Każdą, zazwyczaj dość ogólną poradę, podaje podpierając się historiami z pełnych sukcesów rządów w Manchesterze United. Ferguson odnosił sukces w kilku piłkarskich epokach, bo potrafił się dostosować. Ciekawie opowiada, jak ewoluował sam futbol, jego otoczka i jak zmieniał narzędzia, by dotrzeć do coraz młodszych od niego zawodników.

„Być liderem” musi być bestsellerem, bo jest jednocześnie poradnikiem, książką sportową, wspomnieniami celebryty i pozycją z kategorii biznesu i zarządzania. Większość książki to opis, co Ferguson zrobił dobrze a co świetnie, bo był wierny swoim zasadom. Niewielka, pozostała część, to historie, w których miał już wszystko pod kontrolą, ale spóźnił się. Pojedyncze przypadki, gdy popełnił błąd, pokazują, że tak naprawdę miał rację, tylko inne okoliczności, na które nie miał wpływu, ułożyły się nieodpowiednio. Trochę się wyzłośliwiam, ale pomimo sympatii i wielkiego szacunku dla autora, niektóre fragmenty są nieznośne. Mniej ciekawy od historii skaperowania Davida Beckhama wydawał mi się konflikt Fergusona w jedynym klubie, z którego został zwolniony, czyli St Mirren. W swojej czwartej książce Ferguson poświęcił temu tematowi stronę. W wydanej w Polsce „Autobiografii” oraz w „A Will to Win”, którą mam na półce, 4-letnią pracę w Paisley, pominął. Ferguson przegrał wtedy sprawę w sądzie o bezpodstawne zwolnienie. Dziennikarze opisywali, że Szkotowi przypisano wielokrotne naruszenie kontraktu. Sterroryzował sekretarkę, która nie chciała rozliczać podatku tak, jak tego żądał szef. Chcąc ukarać współpracowniczkę, Ferguson miał się kontaktować wyłącznie z jej 17-letnią asystentką. To, jak jeden z najlepszych managerów w historii, wpakował się w taką sytuację i co z tego wyciągnął, byłoby ciekawsze, od wymieniania książek, jakie przeczytał na emeryturze.

Tytuł: A History of Football in 100 ObjectsOkładka książki "A History of Football in 100 Objects"
Autor: Gavin Mortimer
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Zaczynamy od szkolnej ławki, kończymy na Złotej Piłce. Wśród stu przedmiotów, dzięki którym poznajemy historię piłki, są m.in. stara gąbka, kanapka z krewetkami i logo NASA.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Około jednej trzeciej przedmiotów, to jazda obowiązkowa. Ale niektóre kilkustronicowe opowieści są brawurowe. To choćby numer 68, szczotka. – Daft as brush – tak Bobby Robson opisał Paula Gascoigne’a. Książka Gavina Mortimera jako całość nie jest może porywającą lektura, ale warto poznać kilka ciekawych historii. Czasem przyciągają same tytuły podrozdziałów. Pretekstem do opisania historii Erica Cantony na Wyspach jest puszka sardynek. Jak wiadomo, „Kiedy mewy lecą za trawlerem, to dlatego, że wiedzą, iż do morza zostaną wrzucone sardynki”. Kilka stron wcześniej Mortimer opisuje, jak „Futbolowa gorączka” zmieniła postrzeganie piłki. – W latach 80. piłka według Sunday Times’a piłka to był bieda-sport dla biednych ludzi. Kiedy znajomym – prawnikom, nauczycielom, mówiłem, że jestem kibicem, patrzyli na mnie, jakbym interesował się wrestlingiem – opowiadał Nick Hornby. Mortimer cytuje artykuł z BBC, w którym Horby’ego wymieniono wśród osób, które doprowadziły do tego, że futbol przestał być rozrywką wyłącznie dla robotników

Jednym z rozdziałów o tym, jak następowała komercjalizacja futbolu, jest historia koszulek Kettering Town. 24 stycznia 1976 roku na mecz z Bath City w Southern League piłkarze wyszli na boisko z napisem „Kettering Tyres”. Football Association od razu zakazała podobnych praktyk. Napis skrócono do „Kettering T.” a jego rozwinięcie każdy mógł sobie dowolnie dopowiedzieć. Federacja dość szybko zniosła zakaz a trzy lata później najlepsza drużyna w kraju, Liverpool, w meczach, które nie były transmitowane, grała z napisem „Hitachi”. Umowa była warta 150 tys. funtów. Lawina ruszyła. Dwa lata później JVC zapłaciło Arsenalowi już pół miliona funtów.

Życie wewnętrzne artysty [RECENZJA]

Andres Iniesta. Artysta futbolu

Tytuł: Andres Iniesta. Artysta futbolu
Autor: Andres Iniesta, Marcos Lopez, Ramon Besa, tłum. Krzysztof Cieślik, Piotr Królak
Wydawnictwo: SQN, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Latem 2009 Andres Iniesta był już szanowaną w całym piłkarskim świecie gwiazdą najlepszej drużyny świata. Jego bramka na Stamford Bridge otworzyła drogę do sześciu pucharów Barcelony a w samej Katalonii miała efekt demograficzny. 9 miesięcy po bramce przeciwko Chelsea, odnotowano wzrost urodzeń. W tym czasie Iniesta, multimilioner, członek szczęśliwej rodziny, przechodził kryzys. Czuł się, jakby spadał w otchłań. Zapalnikiem była śmierć przyjaciela, Daniego Jarque, piętno odcisnęła też kontuzja. Klubowemu lekarzowi zgłosił, że nie jest w stanie tak dłużej funkcjonować. Cierpiał i miał dość.

„Artysta futbolu” to głównie książka o życiu wewnętrznym Andresa Iniesty. Od przepłakanych nocy w La Masii, gdzie jako 12-latek przeżywał wyjazd z rodzinnej Fuentealbilli, po relacje z rodziną. Osią książki jest futbol, ale najwięcej czytamy o tym, co czuł i jakim człowiekiem jest Andres Iniesta. Ławka w finale Ligi Mistrzów w Paryżu, gol w Londynie, finał w Rzymie, finał mundialu. Wszystkie ważne momenty widzimy oczami Iniesty, który opowiada, co czuł na szczytach i zakrętach kariery.

Mamy tutaj kilka znanych schematów – ojca, który sam chciał zostać piłkarzem, tysiące godzin na boisku i wielką tęsknotę za domem. – Kanał przepływający przez naszą wioskę nie jest dostatecznie głęboki, by utrzymać łzy, które wypłakał mój wnuk – opowiada dziadek piłkarza, Andres Lujan. Pierwszy dzień w La Masii był dla Iniesty najgorszym w życiu. Odliczał dni do przyjazdu rodziny, która wysłużonym fordem orionem odwiedzała go kiedy mogła. Rodzice i siostra w trójkę spali w jednym hotelowym łóżku. Kiedy auto się zepsuło, wydatek przekroczył domowy budżet i za lawetę musiał zapłacić klub.

Za rozmowy z Iniestą i jego otoczeniem zabrali się znani w Hiszpanii dziennikarze – Marcos Lopez i Ramon Besa. Brakuje tu skandali, koszarowych żartów, nawet alkohol przewija się tylko w kontekście rodzinnej winiarni. Jak przystało na autoryzowaną biografię, Iniesta pływa w rzece komplementów, ale w jego przypadku nie jest to rażące. Zniechęconych pierwszą książką Iniesty oraz tych, którzy natknęli się na wspomnienia Xaviego czy książkę Victoria Valdesa, uspokajam, że tym razem nie powinni czuć się zawiedzeni.

Tytuł: The Unstoppable KeeperThe Unstoppable Keeper
Autor: Lutz Pfannenstiel
Wydawnictwo:
Vision Sports Publishing 2014

Książka Lutza Pfannenstiela wygląda jak efekt dwudziestoletniego projektu pt. „Jak pokierować swoją karierą, by mieć jak najciekawsze wspomnienia”. Pełen sukces. Sześć kontynentów, 25 klubów i mnóstwo świetnych historii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To jedna z najciekawszych karier w świecie piłki nożnej. Lutz Pfannenstiel zazwyczaj przedstawiany jest jako niemiecki bramkarz, pierwszy piłkarz, który na zawodowym poziomie zagrał na sześciu kontynentach. Wszystko się zgadza, ale sama statystyka nie mówi tego, co najciekawsze. Tylko w Ameryce Południowej Pfannenstiel był na chwilę. Do kilku krajów wielokrotnie wracał. Nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca. Ostatnie lata, to po kolei Nowa Zelandia, Kanada, Brazylia, Kuba, Norwegia i Nanibia. Żadnych punktów wspólnych oprócz klubu, który chciał u siebie niemieckiego obieżyświata. Nie zawsze równało się to z chęcią zapłaty za grę. Wtedy znów trzeba było ruszyć w drogę, często na drugi koniec świata.

Już pierwszy świadomy wybór Pfannenstiela był oryginalny. Jako 19-latek odrzucił ofertę amatorskiego kontraktu w Bayernie Monachium. Wybrał przygodę w Malezji. Co ciekawe, w większości z 25 zespołów, Niemiec grał w pierwszym składzie. W sumie zagrał wystąpił w 500 meczach. Zakładał pierwszoligową drużynę w Armenii, w Norwegii uciekał do szatni przed chmurą komarów, w Chinach nie wytrzymał wojskowego drylu, a w Nowej Zelandii chciał udomowić zabranego z plaży pingwina. Akcja pędzi, na chwilę zatrzymujemy się przy opowieściach z meczów rezerw angielskiej ekstraklasy, by po chwili być już w bankrutującym klubie w Kanadzie. Mecze w afrykańskim upale przeplatają się z tymi rozgrywanymi przy -20 stopniach. Dłuższy przystanek zaliczamy, gdy bohater trafił do celu zakładu karnego.

Media interesowały się Pfannenstielem kilka razy – gdy trafił singapurskiego więzienia skazany za ustawianie meczu, kiedy podczas meczu w Anglii jego serce trzykrotnie przestało bić i w Nowej Zelandii, gdy złapał na ulicy złodzieja, który był ubrany w jedną z jego meczowych koszulek. Pod koniec kolorowej kariery media dostrzegły jego potencjał. Od kilku lat współpracuje z telewizjami z całego świata. Często opowiada o piłce w egzotycznych zakątkach świata. Nie podróżuje już tyle, co kiedyś. Od 5 lat pracuje w Hoffenheim, gdzie zajmuje się m.in. scoutingiem. Szkoda, bo o pracy na niemieckiej prowincji tak ciekawej książki już nie napisze.