Archiwa tagu: książki sportowe

Szanse Sebastiana Mili [RECENZJA]

Tytuł: Sebastian Mila. Autobiografia
Autor: Sebastian Mila, Leszek Milewski
Wydawnictwo:  Sine Qua Non, 2019

Po serii książek o piłkarzach, których pochłonęły nałogi, swoją historię opowiedział zawodnik, który zdobył historyczną bramkę dla reprezentacji Polski. Niestety, trudno się oprzeć wrażeniu, że także u Sebastiana Mili zabrakło odpowiedniego nastawienia do zawodowego sportu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Wybór najjaśniejszych boiskowych momentów pomocnika jest prosty. Rzut wolny z Manchesterem City w barwach Groclinu oraz zwycięski gol z Niemcami. Od szczegółowego opisu bramki na Narodowym, Leszek Milewski, rozpoczyna książkę. Mila precyzyjnie opowiada, jakie myśli przelatywały przez jego głowę przez kolejne sekundy akcji. To jeden z najlepszych fragmentów autobiografii.

Piłkarz z Koszalina ma kilka niezaprzeczalnych osiągnięć. Dobrze zapowiadał się w Grodzisku, odbił się od Zachodu, a potem był liderem mistrzowskiego Śląska. Powrót do Gdańska to podobnie jak zagraniczne wojaże, okres jednoznacznie nieudany.

Były kapitan Śląska i Lechii jest wobec siebie krytyczny. Zawsze był świadomy swoich ograniczeń. Brak szybkości sprawiał, że marzenia o naprawdę dużej karierze były nierealne. Osiągnął więcej, niż wielu lepiej zapowiadających się zawodników. Ale czytając książkę okazuje się, że zabrakło mu charakteru.

Kiedy spadł na niego deszcz pochwał od trenera rywali, posłanie go na boisko było bezcelowe. Nie wytrzymał obciążenia. Do Austrii trafił nieprzygotowany mentalnie, a wyzwanie go przerosło. Nie udźwignął oczekiwań także w Norwegii. Kiedy we Wrocławiu w końcu spełnił pokładane w nim nadzieje, szybko odpuścił. Jego wagę z tamtego czasu można nazwać efektem ciężkiego naruszenia obowiązków pracowniczych. Gdy przed meczem reprezentacji w tunelu spojrzał w oczy pewnego siebie Michela Ballacka, w głowie Polaka pojawiły się znaki zapytania, czy znalazł się we właściwym miejscu.

Należę do wąskiej zapewne grupy czytelników, która sięgnęła po książkę nie dla Sebastiana Mili, ale dla Leszka Milewskiego. Kojarzony z „Weszło” autor wykazał się sprawnością, ale oczekiwałem więcej. Konstrukcja jest dość oczywista, akcenty rozłożone poprawnie. Całość czyta się przyjemnie, ale książka nie jest porywająca. Przypomina średni mecz Sebastiana Mili. Niby fajnie, ale lepiej skierować uwagę gdzie indziej.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Odwaga Jadczaka i cierpliwość TVN24

Tytuł: Wisła w ogniu. Jak bandyci ukradli Wisłę Kraków
Autor: Szymon Jadczak
Wydawnictwo:  Sine Qua Non, 2019

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy żaden dziennikarz nie zmienił w polskim sporcie tyle, co Szymon Jadczak. To, że w „Wiśle w ogniu” samej piłki jest niewiele, nie zmienia faktu, że to najważniejsza polska książka sportowa ostatnich kilkunastu miesięcy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Organizatorzy plebiscytu „Sportowa książka roku” niedawno zastanawiali się, czy pozycja dziennikarza TVN24 powinna uczestniczyć w konkursie. Ja nie mam żadnych wątpliwości. Nie wiem, czy wygra, bo pozycji, które powinny wytrzymać próbę czasu, pojawiło się na półkach przynajmniej kilka. Jednak z pewnością praca żadnego dziennikarza nie wpłynęła na rzeczywistość równie mocno.

Pamiętam moją reakcję na telewizyjny reportaż „Piłka nożna i gangsterzy”. Zastanawiało mnie, dlaczego wiceprezes spółki, której drużyna gra w ekstraklasie, przedstawiany jest jako Damian D. Nie był wtedy oskarżony, normalnie funkcjonował w ligowej piłce. Dopiero z książki dowiedziałem się, jak bardzo gangsterzy podporządkowali sobie środowisko Wisły. Wstawienie całkowicie zależnego człowieka do zarządu spółki wcale nie było ich największym osiągnięciem.

Sporo tutaj brutalnych opisów, okołowięziennych anegdot. Do tego niewiargodne przygody Jakuba Meresińskiego, „Misiek” terroryzujący wielosekcyjny klub, zasłużeni działacze udający, że niczego nie widzą. Moje ulubione fragmenty obnażają głupotę tysięcy kibiców, którzy na trybunach dają się manipulować grupie bandytów. Jadczak był masowo lżony w internecie, wielu zwykłych kibiców uznawało Sharksów, dziś już oficjalnie zorganizowaną grupę przestępczą, za element polskiej normy. Z książki dowiadujemy się, że o ile na trybunach oficjalnie najważniejszymi wartościami są klub i lojalność, to kibolscy liderzy mają inne zasady. Jeśli szef bojówki wrogiego klubu ma dobre dojście do narkotyków, decyzja jest oczywista – trzeba zrobić wspólny biznes. Kibice latami wieszają na trybunach prześcieradła z więziennymi hasłami. Potem okazuje się, że czołowe postacie gangu idą na współpracę z organami ścigania. 

Wisła Kraków wyrwała się bandytom i liże rany. Marzena M. jest w areszcie, „Misiek” opowiada prokuratorom szczegółową historię swojego życia. Szymon Jadczak też dochodzi do siebie. Przyznaje, że książka „przeorała mu głowę”. Za sukces, jakimi są reportaż, książka oraz wszystkie efekty jego pracy, zapłacił w życiu prywatnym. Mówi, że nie wie, czy ponownie poświęciłby na ten temat dwa lata. Oby kolejni autorzy byli równie odważni, a ich pracodawcy tak cierpliwi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Od Neymara do Franza Kafki [RECENZJA]

Tytuł: Lekcje futbolu
Autorzy: Paweł Mościcki
Wydawnictwo:  Wydawnictwo w podwórku, 2019

Odgwizdany spalony, jako utracona szansa, to zaprzepaszczona droga do spełnienia. Proste gesty pomocnika i napastnika po machnięciu chorągiewka są jak gesty dawnych kochanków, rozpoznawalne tylko dla nich. Paweł Mościcki z takich porównań utkał ciekawą książkę.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Chwalenie „Lekcji futbolu” przychodzi mi o tyle łatwo, że znalazłem w nich wiele moich osobistych opinii. Autor, kibic FC Barcelony, śmieje się ze statystyk o zerowej wartości, boleje nad infantylnością słowa „cieszynka”, podkreśla fałszywą stronę futbolu. Dziś możni piłkarskiego świata mówią o szacunku i lojalności na boisku oraz sporcie, jako miejscu spotkań. W istocie, profesjonalną piłkę napędzają brudne często pieniądze, za którymi gonią występujący na boisku milionerzy. Na ich oglądanie dużej części społeczeństwa nie stać.

Światopogląd autora poznajemy na pierwszej stronie. Kocha futbol, choć to dziś rozrywka „sponsorowana przez ponurych satrapów i globalnych monopolistów”. Wielu konfliktom zbrojnym media poświęcają mniej miejsca, niż linii pomocy Realu Madryt. Ale to wciąż futbol mówi wielkie prawdy. Mościcki w swojej książce zamiast jak wielu przepuścić piłkę przez filtr literatury i sztuki, poszedł w odwrotnym kierunku.

Paweł Mościcki urzekł mnie swoim spojrzeniem na remontadę Barcelony z PSG w 2017 roku. W ostatniej akcji, tuż przed golem Sergiego Roberto, Neymar dogrywał w drugie tempo. Wcześniej zamarkował dośrodkowanie i nawinął Marco Verattiego. Według Mościckiego ten moment pokazuje prawdziwy kunszt Brazylijczyka. Zatrzymał się, wykonał proste zagranie nie spiesząc się w ostatniej minucie meczu. W książce to punkt wyjścia do rozważań o niecierpliwości. Autor głowi się nad sensem znanego z innych języków sformułowania „brania czasu” oraz polskim „dawaniem sobie czasu”. I cytuje Franza Kafkę:

„Wszystkie błędy ludzkie są niecierpliwością, przedwczesnym porzuceniem metodyczności, pozornym okalaniem pozornej sprawy”.

Pod koniec atrakcyjność porównań spada, wyszukane analogie zaczynają nużyć a cytaty z filozoficznych dzieł przytłaczają. Książkę ratują niebanalne zestawienia. Esej o współczesnej lewicy sąsiaduje z przemyśleniami o grze u siebie i na wyjeździe. Piłkarski format ligowego sezonu Mościcki przekłada na stosunki międzyludzkie. Podrzuca myśl, co by było, gdyby para na początku znajomości ustaliła symetryczność spotkań, nie tylko w świecie realnym, jak w piłkarskim sezonie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Mistrzowie bez tytułu [RECENZJA]

Tytuł: Mistrzowie bez tytułu. Legenda Złotej jedenastki
Autorzy: Norbert Tkacz, Daniel Karaś, David Zeisky
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Arena, 2018

Po przegranym finale mundialu na ulicach Budapesztu wybuchły zamieszki. Piłkarze niepokonanej przez poprzednie cztery lata drużyny wrócili do domu w hańbie. Niektórym wynik meczu złamał nie tylko kariery, ale też życie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Główną osią opowieści jest drużyna, która od czerwca 1950 do lutego 1956 roku przegrała jedno spotkanie. Dla Węgrów, którzy do maja 1945 roku byli sojusznikami Hitlera, piłka była lekarstwem. W czasach stalinizmu, nad Dunajem panował największy terror w tej części Europy. Kiedy największa drużyna tamtych czasów przegrała z Niemcami finał mundialu, frustracja przerodziła się w czterodniowe zamieszki w Budapeszcie. Skandowano m.in. „Śmierć Sebesowi”. Syn trenera został pobity na ulicy. Kilka tysięcy ludzi wyszło na ulice. Wszyscy byli przekonani, że zwycięstwo nad RFN jest pewne. Znaczki pocztowe z napisem „Na pamiątkę zwycięskiej reprezentacji Węgier” leżały gotowe w urzędach. Szybko skonfiskowała je bezpieka. Węgierski dziennikarz György Szöllősi opowiada, że efekty komunistycznej propagandy są widoczne do dziś. – Kiedy publikujemy artykuł o Puskasu, to połowa komentujących pisze, że to był największy piłkarz, a połowa, że to był zdrajca i wrócił, ponieważ była tutaj tańsza służba zdrowia – opowiada. Kiedy Puskas jako trener doprowadził Panathinaikos do finału Pucharu Europy, w węgierskiej transmisji jego nazwisko nie padło ani razu.

Czytaj także o pomniku, popiersiu, tablicy, muralu, ulicy i stadionie Ferenca Puskasa. 

Za temat Złotej Jedenastki zabrało się trzech młodych Polaków. Rozmawiali z ostatnimi żyjącymi uczestnikami finału w Bernie – Jeno Buzanszkym i Gyulą Grosicsem. Obaj już nie żyją. Grosics przedstawia swoją wersję wydarzeń. Autorzy zostawiają czytelnika z otwartymi pytaniami. Skoro, jak twierdzi Grosics, był prześladowany przez władze, dlaczego mógł wyjeżdżać za granicę? Jak to się stało, że sprawował wysokie funkcje w państwowych spółkach? Bramkarz zmarł przed wydaniem książki.

Zobacz także: Tutaj kopali wielcy Węgrzy [Z PODRÓŻY]

Dlaczego w Bernie doszło do cudu? Do dziś debatuje się o dopingu. Niektórzy do dziś nie są przekonani, że Niemcy byli wtedy czyści. Na pewno pomogły im buty z wkrętami, które dostarczył kierownik drużyny Adolf Dassler, twórca Adidasa. Niemcy zamieszkali w hotelu w środku lasu, a kibiców usunięto z okolicy. U Węgrów panowała radosna partyzantka. Lekarz drużyny był dentystą, ale liczył się fakt, że był pewny politycznie. Po półfinale Węgrzy nie zdążyli na pociąg i nie mieli pieniędzy na taksówki. Do hotelu dotarli nad ranem. Nie przespali też ostatniej nocy przed finałem, bo mieszkali w centrum, gdzie odbywał się uliczny bal.

Zobacz także: Złota Jedenastka w Barcelonie [Z PODRÓŻY]

„Mistrzowie bez tytułu” to opowieść o wpływie polityki na sport i sportu na społeczeństwo oraz historię. Mamy też obrazek z Felcsútu, z Akademii Puskasa, która powstała dzięki Viktora Orbana. W Polsce autorzy porozmawiali z Hubertem Kostką, Krzysztofem Vargą i Tadeuszem Olszańskim. Mimo redaktorskich niedostatków, nierównego poziomu i kilku mielizn, widać w tej książce pasję. Szerokie tło, sporo anegdot, książka pisana z terenu, a nie zza biurka. Porażka w piłkarskim meczu, którego uczestnicy zdążyli umrzeć, to wciąż żywy temat.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Argentyna i Pep, czyli sama słodycz [RECENZJA]

Tytuł: Che Pep – związki Guardioli z futbolem argentyńskim
Autor: Vicente Muglia, tłum. Marek Cichy (współpraca Bartłomiej Rabij)
Wydawnictwo:  Mandioca, 2018

Zadanie trochę karkołomne, bo jak opisać wpływ 10-letniej kariery trenera na kraj, w którym bywa sporadycznie? Jak połączyć Pepa Guardiolę z Argentyną? Vicente Muglia wątków znalazł dość, ale ewidentnie opowieść przesłodził.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Najciekawsza, bo najmniej znana, znajomość opisana w książce to relacja Pepa Guardioli z Julio Velasco. Argentyński trener siatkówki ma na koncie m.in. dwa mistrzostwa świata i olimpijskie srebro. Z reprezentacjami zgarniał mistrzostwa Europy i Ligę Światową, a prowadząc włoskie kluby wygrywał europejskie puchary. Guardiola w czasie gry w Romie wypatrzył Argentyńczyka w telewizji. Velasco opowiadał, że świat nie dzieli się na zwycięzców i przegranych. – Fundamentalną różnicą jest fakt życia pośród dobrych i złych ludzi – zarówno pośród jednych jak i drugich są zwycięzcy i przegrani. Trzeba umieć odróżnić puchar, firmę i życie codzienne. Czasem kładziemy zbytni nacisk na jeden model we wszystkich dziedzinach życia. Niesłusznie – mówił Velasco. Guardiola zaprosił trenera na obiad. Przez trzy godziny pytał i notował. Ciekawiło go jak dotrzeć do zawodników, jak trener powinien radzić sobie z osobowościami gwiazd. Velasco tłumaczył, jak wcisnąć właściwy guzik i docierać do głów sportowców. Mimo fali bezprecedensowych sukcesów Guardioli nie zawsze to się udawało. Kiedy przed półfinałem Ligi Mistrzów chciał zmotywować stopera, przed meczem zażartował, że nie jest pewny, czy na niego postawi. Tamten mecz Barcelona przegrała. Piłkarz wyznał potem, że poczuł się zgnojony. – Świat leżał u moich stóp, a ty podszedłeś i powiedziałeś coś takiego – powiedział trenerowi.

Zobacz recenzję biografii Guardioli Guillem’a Balague.

Vicente Muglia sporo napisał o taktyce – wyprowadzeniu piłki od bramkarza, pressingu, trójkątach w 4-3-3. Czasem ciężko przebrnąć przez opisy wprowadzania pomysłów Guardioli w argentyńskich klubach. Interesujące są porównania do Simeone (jego drużyny grają „pim i pum”, Guardioli „pim-pim-pim-pim-pum”), wypowiedzi Menottiego i powszechnie znane związki Guardioli z Bielsą. Research jest imponujący. O Pepie mówi choćby Sebastián Abreu. Urugwajski napastnik część kariery spędził w Argentynie. Guardiolę poznał podczas gry w Meksyku. Kiedy na początku trenerskiej kariery Guardiola miał zmierzyć się z Wisłą Kraków, zadzwonił do Abreu. Ten chwilę wcześniej walczył z Białą Gwiazdą jako piłkarz Beitaru Jerozolima. Trener Barcelony pytał jak zachowują się napastnicy Wisły i jaki pressing stosuje drużyna.

Jedno z najciekawszych zdań wypowiada Paco Seirulo, kataloński guru przygotowania fizycznego. Dyrygowane przez niektórych trenerów rozgrzewkowe show nie ma wcale służyć lepszemu przygotowaniu fizycznemu. Piłkarz nie potrzebuje tylu ćwiczeń, żeby się rozgrzać. – Rozgrzewka przed meczem to tak naprawdę wydarzenie społeczne – między graczem i kibicami – mówi Seirulo.

Całość „Che Pep” jest jednak dość nużąca. Niektóre wątki wydają się dodane na siłę, a opowieść trzeba nazwać przesłodzoną. Książka napisana dla Argentyńczyków, dla innych zbyt ciężka. Do Polski trafiła dzięki pasjonatom z Wydawnictwa Mandioca. Do końca dotrą tylko maniacy argentyńskiej piłki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Mistrzowie mówią, co poszło nie tak [RECENZJA]

Tytuł: Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści
Autor: Nikodem Chinowski
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Magnus, 2018

Co poszło nie tak? Polscy uczestnicy piłkarskich mundiali wspominają mecze sprzed paru lat oraz kilku dekad. Winę widzą w trenerze, kolegach oraz samych sobie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W serii wywiadów o mundialu w 1938 roku opowiada młody dziennikarz, ale wybór kolejnych bohaterów jest interesujący. Andrzej Strejlau tłumaczy, że w piłce nie ma miejsca na intuicję, a Jerzy Gorgoń zdradza, że z czasem doszedł do wniosku, że w „Meczu na wodzie” Polacy nie grali z pełnym zaangażowaniem. Pojawiło się samozadowolenie. – Wtedy wydawało mi się, że grałem na maksa. Ale tak nie było… Dopiero potem, gdy z perspektywy czasu spojrzałem na siebie i ten mecz, to już wiedziałem, że w głowie nie grałem na takiego maksa jak we wcześniejszych meczach – ocenia. Z kolei Henryk Kasperczak opowiadając o kolejnym mundialu broni Jacka Gmocha. Andrzej Pałasz przyznaje, że nie poradził sobie z presją. Marcin Żewłakow żałuje, że po strzeleniu bramki w meczu z USA nie odsłonił koszulki ze zdjęciem syna.

Nie wszyscy rozmówcy to strzały w dziesiątkę, ale kilka razy unosiłem brwi czytając wypowiedzi Bohdana Masztalera. Do drużyny na mundial w 1978 roku wskoczył w ostatniej chwili. Na boisku nigdy nie ulegał emocjom. Od kiedy w wieku 16 lat zauważył, że pobudzenie przed meczem tylko mu szkodzi, zmienił nastawienie. – Pomyślałem: „Skoro ktoś mnie powołał, to znaczy, że umiem grać. Nie muszę o tym myśleć, poradzę sobie bez nastrajania się”. I przestałem myśleć o meczach – opowiada. Do piłki podchodził lekko. W końcu stwierdził, że zmarnował już wystarczająco dużo czasu i wziął się za sport na poważnie.

Według Masztalera jednym z głównych problemów Gmocha byli jego współpracownicy – Blaut i Obrębski. – Podchodzili do niego lekceważąco, docinali mu, podkreślali, że byli lepszymi piłkarzami. (…) Źle wpływali na zespół – mówi pomocnik. Trener z najgorszym warsztatem to według niego Kazimierz Górski. – Nie umiał treningu opracować. Ciągle to samo. Najpierw berek: kto klepnięty, robi przewrót. Potem zajęcia z piłką – centrowanie i strzały z woleja. I tak u niego wyglądał każdy trening – opowiada. Pod koniec rozmowy stwierdza, że ze względu na sytuację polityczną w Argentynie, Polska na mundial w ogóle nie powinna była jechać. – Jak można fundować rozrywkę w kraju, w którym panował terror?

Paweł Sibik wskoczył do drużyny z Korei w miejsce Tomasza Iwana, jednej z głównych postaci szatni. Zagrał jeden mecz na mundialu oraz zaledwie dwa poza mistrzostwami. Dla wielu zawodników z kadry Jerzego Engela, Sibik był intruzem. Na treningu sfaulował go Marek Koźmiński. – Ewidentnie na kontuzję. To było cholernie przykre – trening reprezentacji kraju, tuż przed wyjazdem na mistrzostwa i takie wejście w kolegę z zespołu… – relacjonuje Sibik. Jego zdaniem Koźmiński chciał mu zrobić krzywdę, a cała drużyna to zaakceptowała.

Rozmówcy Nikodema Chinowskiego tłumaczą kolejne porażki. Powody się powtarzają – złe przygotowania, błędy przy ustalaniu składu, brak odpowiedniego nastawienia psychicznego, dzielenie się drużyny na grupki, czasem otwarte konflikty. Pytani o mistrzostwa piłkarze mają już odpowiedni dystans. Ten, którego zabrakło Adamowi Nawałce, gdy opowiadał o niskim pressingu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Boniek i zmarnowana szansa [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Mój Boniek
Autor: Jacek Sarzało
Wydawnictwo:  Fabuła Fraza, 2018

„Nie jest to biografia w ścisłym znaczeniu, ale raczej próba dotarcia do bohatera” – czytam na obwolucie. Niestety, próba zakończona niepowodzeniem.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Ta książka przeszła niemal bez echa. W internecie znalazłem tylko dwie recenzje oraz rozmowę z autorem. Jacek Sarzało w łódzkich gazetach zaczął pisać w latach 80. W 2011 roku, przy kolejnej fali zwolnień w mediach, odszedł z zawodu. Zapamiętałem go jako sprawnego autora piszącego o ligowej piłce. W ostatnich latach redagował m.in. książki dla dzieci Yvette Żółtowskiej-Darskiej, a niedawno, jak mówi, dojrzał do napisania własnej.

Książka miała być szczera i prawdziwa. Autora pytano, czy nie boi się ewentualnego procesu. Zapowiedzi szumne, ale niewiele z tego wyszło. W „Moim Bońku” nie ma nic, czego kibic by wcześniej nie przeczytał. Autor podkreśla, że nie chciał rozmawiać z ludźmi albo szperać w źródłach, by wydobyć nowe historie. Chciał pokazać swoją relację z Bońkiem – na początku idolem, potem znajomym z pracy. Pomysł dobry, ale ciekawych wątków jest tutaj zaledwie kilka. Większość to ciągnąca się opowieść o piłkarzu, który podbił Łódź, stał się filarem kadry, a potem święcił triumfy we Włoszech. Wszystko było i to nie raz.

Interesujące fragmenty? Pierwszy bezpośredni kontakt z idolem 13-letni wówczas Sarzało zaliczył w 1975 roku. Stadion ŁKS-u, Widzew prowadził ze Stalą Mielec. Sarzało podawał piłki.

W pewnej chwili piłka po niecelnym strzale mielczan poleciała hen za bramkę Widzewa. Mieliśmy ze Sławkiem najbliżej więc w te pędy po nią pobiegliśmy i jeszcze szybciej wracaliśmy. Ale, niestety, nie zdołaliśmy dostarczyć piłki pilnującemu łódzkiej bramki Stanisławowi Burzyńskiemu. Byliśmy już naprawdę blisko, kiedy zatrzymał nas Boniek, który na tę okazję specjalnie pofatygował się ze środka boiska. I kłusował niemal tak szybko, jak my z nieszczęsną piłką. „Co wy odpierdalacie?! Po chuj się, kurwa, śpieszycie?!” – zapytał zwięźle. I nie czekając na odpowiedź, zabrał nam piłkę, po czym odkopnął dokładnie tam, skąd przed chwilą ją ze Sławkiem przytargaliśmy.

Ciekawa jest też historia z 1979 roku, gdy autor wybrał się na wyjazdowy mecz do Poznania. Skutecznie wtopił się w tłum kibiców gospodarzy na stadionie, nie drgnął nawet przy bramce dla Widzewa. Zgodnie ze stadionowymi konwenansami w przerwie wstał, żeby rozprostować kości. Uwagę miejscowych przykuły gazety, na których siedzieli goście z Łodzi. Z ostatniej strony „Dziennika Łódzkiego” zerkał Boniek, a obok niego tytuł „Pokonać Lecha”. Dekonspiracja.

Jedni byli za udzieleniem nam, mówiąc oględnie, solidnej lekcji wychowawczej, ale inni wręcz stanęli w naszej obronie. Argument „a mi kiedyś brata w Łodzi pobili” zderzał się z argumentem „a ja byłem w Łodzi w wojsku, zostawcie ich.

Sarzało zapowiadał książkę jako prywatną, ale subiektywnego spojrzenia zbyt dużo tutaj nie ma. Przez swój filtr polską rzeczywistość przepuścił choćby Piotr Jagielski, autor „Legii mistrzów”. U Sarzały nie było chęci zgłębienia tematu. Jeśli nie pamięta na którym stadionie obejrzał mecz, to po prostu przeprasza czytelnika. O samym Bońku nie ma tu nic nowego, a ocen autora oraz jego wspomnień jest zbyt mało, by pociągnęły książkę. Na dobrą opowieść o Bońku trzeba pewnie będzie poczekać, aż efekty swojej pracy pokaże Marek Wawrzynowski.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Messi przegrywa z mitem [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Aniołowie o brudnych twarzach. Piłkarska historia Argentyny
Autor: Jonathan Wilson, tłum. Michał Okoński
Wydawnictwo:  Wydawnictwo SQN, 2018

Maradonę opisano kilkadziesiąt lat przed jego narodzinami. Argentyna uformowała go według mitu, który jest starszy od rodziców Diego.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Figura „pibe” w 1919 roku trafiła na okładkę tygodnika dla dzieci „Billiken”. Rozczochrany chłopak ma wesoły wyraz twarzy, choć zęby stępił mu czerstwy chleb. Ma na sobie skromne, połatane i za duże ubranie. Zawadiaka, inteligenty urwis biega za szmacianką, jakby się z nią urodził. Drybluje, strzela, nie boi się ostrych starć. Jest cwany i żeby wygrać nie waha się posunąć do oszustwa. Co ważne, nigdy nie dorasta. Otoczenie tego od niego nie wymaga. Diego Maradona swoją pierwszą piłkę kopnął cztery dekady później w biednym Villa Fiorito, dzielnicy Buenos Aires.

Nieprzepracowana trauma po Maradonie, który narodowi czynił kolejne zawody, dziś odbija się na Leo Messim. Ten jest za grzeczny, pochodzi ze zbyt bogatej rodziny, w dorosłej piłce nie grał zresztą w argentyńskim klubie. Dla wielu Maradonie nigdy nie dorówna, zawsze będzie tym drugim. Kiedy na meczu reprezentacji przedstawiano go jako najlepszego zawodnika świata, większą owację zbierał zapowiadany przez spikera jako „ulubieniec ludu” Carlos Tevez.

Jonathan Wilson, twórca kwartalnika „Blizzard”, autor „Odwróconej piramdy”, która poprzedzała modę na dyskusje o taktyce, książki „Bramkarz, czyli outsider”, a także m.in. 600-stronicowej biografii Briana Clougha (ze względu na recenzje wciąż leży na mojej półce nieprzeczytana), swoje tematy studiuje latami. „Aniołów” też nie pisał z doskoku. Przez dekadę, z krótszymi i dłuższymi przerwami mieszkał w Argentynie. Nie jest to na szczęście książka o tylko o futbolu. Każda zmiana w sporcie jest rzucana na historyczne tło. Niewiele mniej ważny od różnicy spojrzeń na piłkę między Menottim i Bilardo jest konflikt peronistów i ich przeciwników. Historie kolejnych zamachów stanu i opisy nastrojów społecznych, które rzutują na piłkę, zajmują po kilka stron. W kolejnych epokach Wilson przedstawia najważniejsze postacie, zmiany w taktyce, mecze, które zmieniły bieg historii. Niemało od siebie dodaje Michał Okoński, który dorzucił przypisy.

W Argentynie prestiż i tożsamość narodowa zawsze były współzależne z wynikami reprezentacji. Wilson opisuje jak piłka ponad sto lat temu integrowała w nowym kraju przybyszów z Europy oraz jak duch „gaucho”, miejscowego kowboja, został przeniesiony z pastwisk na boiska. Argentyna ma trzech piłkarzy wśród 10 najlepszych zawodników w historii. Dwa razy wygrywała mundial, ale piłkarsko jest głęboko nieszczęśliwa. Skoro tango jest opowieścią pełną melancholii i rozwianych marzeń, argentyńscy kibice też patrzą wstecz. Gol, który w derbach Rosario strzelił Aldo Pedro Poy do dziś jest odgrywany na ulicach. Radiowy komentarz Victora Hugo Moralesa rekonstruują w Rosji kibice Albicelestes. Żyją mitem.

 

Ahí la tiene Maradona, lo marcan dos, pisa la pelota Maradona, arranca por la derecha el genio del fútbol mundial, deja el tendal y va a tocar para Burruchaga… ¡Siempre Maradona! ¡Genio! ¡Genio! ¡Genio! Ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta… Gooooool… Gooooool… ¡Quiero llorar! ¡Dios Santo, viva el fútbol! ¡Golaaazooo! ¡Diegoooool! ¡Maradona! Es para llorar, perdónenme… Maradona, en una corrida memorable, en la jugada de todos los tiempos… Barrilete cósmico… ¿De qué planeta viniste para dejar en el camino a tanto inglés, para que el país sea un puño apretado gritando por Argentina? Argentina 2 – Inglaterra 0. Diegol, Diegol, Diego Armando Maradona… Gracias Dios, por el fútbol, por Maradona, por estas lágrimas, por este Argentina 2 – Inglaterra 0.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W Kazaniu patrząc w oczy Ronaldo [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Najważniejszy mecz Kremla
Autor: Roman Imielski, Radosław Leniarski
Wydawnictwo: Agora 2018

Jak na polską książkę o mundialu pomysł jest wywrotowy. Robert Lewandowski tu nie istnieje. Zamiast polecieć do Monachium, Roman Imielski i Radosław Leniarski pojechali pociągiem do Sarańska. Zamiast krążyć wokół Alianz Areny, spacerowali wokół Kurhanu Mamaja w Wołgogradzie. Trening Bayernu zamienili na oglądanie łagru. Nie ma w tej książce Adama Nawałki, jest za to syn Stalina.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Plan był prosty – pojechać do Moskwy, Kalinigradu, Petersburga, a przede wszystkim Kazania, Sarańska i Wołgogradu. W grudniu zebrać materiały, już zza biurka opisać tło (rozdziały o staraniach o organizację mundialu czy zorganizowany doping), a książkę wypuścić krótko przed mundialem. Dwójka doświadczonych dziennikarzy „Wyborczej” może zameldować wykonanie zadania. Efekt: reporterski styl, żywy język i mocne uderzenie w Rosję Putina.

Najlepiej wypadają rozdziały pisane na prowincji. Fragment o Sarańsku to perełka. Tam na konferencję prasową komitetu organizacyjnego miejscowi dziennikarze pojawili się minutę przed czasem. Niektórzy przyszli w kapciach, inni w podkoszulkach. Wszystkie redakcje mieszczą się w tym samym budynku, co lokalne władze. Mordowiński wicepremier nie usłyszał żadnego pytania. Dziennikarzy nie ciekawiło, czy stadion, na którym dwa tysiące robotników uwija się jak w ukropie, zostanie wybudowany na czas. Autorzy książki mieli większe problemy. W Republice Mordowii trafili na komisariat.

Fanaci, czyli rosyjscy kibole, do niedawna byli pupilkami władzy. Teraz ich były lider, który jeszcze na EURO 2012 był twarzą rosyjskich kibiców, popadł w niełaskę. Reporterom z Polski opowiedział, że zamiast uciekać przed OMON-em czerwiec i lipiec spędzi poza krajem. Warunek – musi mieć stempel w paszporcie. Celem przymusowych wakacji będzie łotweska Jurmała.

Kilka pomysłów jest łatwych do przewidzenia – w Petersburgu kręcimy się wokół Zenit Areny, a w Kaliningradzie bohaterem jest Dom Sowietów. W Moskwie  skupiamy się na historii Spartaka i Starostinów, inaczej opowiedzianej, niż w „Królach strzelców” Zbigniewa Rokity. Tutaj bracia, mimo trwającej wojny, za łapówki przekupywali rywali. Za to mieli dostać wyrok. Rosja w „Najważniejszym meczu Kremla” to kraj niezbadany, państwo łamania prawa, bezhołowia, ludzkiej niesprawiedliwości i miejsce, gdzie władza potrafi zdeptać człowieka jak robaka. Leniarski w jednym z wywiadów mówił wprost: przyznawanie organizacji wielkich imprez dyktaturom, krajom autorytarnym, które nie dbają o prawa człowieka jest skandalem. Mamy tu więc człowieka, który dba o miejsce śmierci Borysa Niemcowa, historie oligarchów i szczegółowy opis olimpijskiego oszustwa w Soczi. Tam Władimir Putin, przynajmniej krótkoterminowo, odniósł pełen sukces.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Piłkarska matematyka i dziennik turysty [RECENZJE KSIĄŻEK]

Tytuł: Piłkomatyka. Matematyczne piękno futbolu
Autor: David Sumpter
Wydawnictwo: Copernicus Center Press, 2018

David Sumpter jako naukowiec liczył mrówki i budował tor dla szarańczy. Poszło mu na tyle dobrze, że modele matematyczne zastosował nie tylko sprawdzając zachowanie zwierząt w laboratorium, ale także piłkarzy w Lidze Mistrzów. Dość trudny egzamin zdał.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Profesor matematyki stosowanej z uniwersytetu w Uppsali ma pokaźny wynik cytowań w Google Scholar. Wcześniej pisał m.in. o tym, jak ludzie i zwierzęta działają w grupach, a po książce o piłce wziął się za stosowanie algorytmów w życiu. Przyznaje, że uwielbia abstrakcyjne piękno równań, ale wzory nie mają znaczenia dopóki nie mówią nic o rzeczywistości. Chodzi mu matematykę, która pokazuje analogie.

W „Piłkomatyce” Sumpter dowodzi, że wprowadzenie trzech punktów za zwycięstwo zgodnie z przewidywaniami sprzyja futbolowi ofensywnemu. Analizuje liczbę połączeń, a właściwie możliwości podania w schematach taktycznych węgierskiej Złotej Jedenastki, Interu z lat 60., Liverpoolu z lat 70. oraz Barcelony ery Pepa Guardioli. Analizuje, jak „tkał sieć” Nandor Hidegkuti i jak podania wymieniali Xavi oraz Iniesta. Wykorzystuje przy tym sieć śluzowca, organizmu grzybopodobnego. Porównuje ją do schematu sieci tokijskiego metra, a przy liczeniu wykorzystuje pierwiastek. Robi to nawet przekonująco, choć o trójkątach w sportach zespołowych wiele powiedzieli już Johan Cruyff i Tex Winter. Wniosek Sumptera – to, co poruszające się w ławicach ryby robią instynktownie, wychowankowie La Masii nauczyli się na boisku treningowym. Każdy uczestnik musi mieć poczucie przestrzeni i wiedzieć, co robią pozostali.

Na dłużej zatrzymałem się na wykresie z dynamiką klaskania. Chodzi o podziękowania np. na koniec wykładu. – Wniosek, w którym dana osoba przestaje klaskać, daje się 10 razy łatwiej przewidzieć na podstawie liczby innych osób, które przestały klaskać, niż na podstawie liczby wykonanych klaśnięć – pisze Sumpter. Oklaski porównuje do rozprzestrzeniania się meksykańskiej fali oraz przyśpiewek na trybunach.

Anglik pokazuje, że dorobki strzeleckie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego na wykresach wyglądają jak anomalie, pokazuje wpływ kąta wystrzelenia na trajektorię lobu z przewrotki. Na czynniki pierwsze rozbiera przy tym bramkę Zlatana Ibrahimovicia w meczu z Anglią. Kilka razy przykładów zabrało. Opisując Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego Sumpter posiłkuje się cytatami z „Odwróconej piramidy”. Już czytając książkę Jonathana Wilsona zastanawiałem się, ile meczów obejrzał autor, by rozpływać się nad matematycznymi podstawami współdziałania piłkarzy. Sumpter tym razem nie analizuje starych meczów. Zamiast tego prowadzi wywód o feromonowym śladzie mrówek. Wniosek – małe mrowiska nigdy nie odnoszą sukcesu, duże odnoszą go zawsze, ale sukces zależy od pracy wykonanej na samym początku. Porównanie dość karkołomne, ale pasujące do intelektualnej gimnastyki, jaką jest „Soccermatics”.

Tytuł: The Football Tourist
Autor: Stuart Fuller
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

„Współczesna piłka to gówno”, pisze w pierwszym zdaniu książki Stuart Fuller. Prawdziwy futbol znalazł w Spakenburgu, Libercu, Gandawie, Rzymie i na wyspie Wight. Czytelnika zabrał ze sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współczesną piłkę Fuller tak naprawdę kocha miłością ślepą. Nienawidzi za to angielskiej Premier League. Uważa, że komercjalizacja zabrała mu ligę, którą żył przez dekady. Z pomocą przyszły tanie linie lotnicze i internet, gdzie można znaleźć terminarze wszystkich lig oraz wskazówki, jak dojechać na każdy stadion na świecie. Skoro derby Londynu straciły swój urok, to dlaczego nie pojechać do Spakenburga? Niczym Manchester czy Mediolan, przez 50 tygodni w roku miasteczko żyje swoim rytmem. Kiedy przychodzą derby, napięcie rośnie. Rzecz w tym, że w Spakenburgu meczem żyją niemal wszyscy mieszkańcy, a wielkich aglomeracjach zdecydowana mniejszość.

W książce znalazła się też Wooge, jak Anglicy zapisali fonetycznie miasto, w którym obejrzeli mecz Widzewa. Choć pomysł grudniowej wyprawy nad Wisłę Fuller ocenił jako „kuriozalny” i „autorstwa szaleńca”, to piłkarska Polska zebrała pochwały. „Jeśli zależy ci na tanich biletach, dobrej atmosferze i starych stadionach, Polska jest dla ciebie. Jeden weekend, dwa mecze, trzy bramki, cztery pyzy, pięciogwiazdkowe hotele, sześć taksówek, siedem autobusów o tramwajów oraz ok. miliona piw za mniej, niż 150 funtów”.

Lepiej Fuller ocenił tylko Niemcy, groundhopperski raj. W Zagłębiu Ruhry meczów jest mnóstwo, tanie bilety dostępne dla każdego chętnego umożliwiają bezpłatny transport w całym landzie, a mecz jest zarówno wielkim rodzinnym wydarzeniem, jak i okazją, żeby napić się piwa i wykrzyczeć na trybunie. Fuller nie jest wybitnym reporterem, ale zainteresowani grodndhoppingiem książkę przeczytają z zainteresowaniem. Razem z autorem wstajemy o 4. rano, lecimy samolotem Ryanaira, tłuczemy serbskim pociągiem i ciasną taksówką. Trochę za dużo tu opowieści o kolejnych barach i przygodach znajomych. Na blogu, który już tu wychwalałem, Fuller potrafi rzucić świetne historyczne tło, dogłębnie wytłumaczyć zawiłe czasem zaszłości. W książce więcej o cenach piw i smaku kurczaka w lokalnych fast foodach.

Wyszła już druga część „Piłkarskiego turysty”. Fuller opowiada, jak wszyscy na stadionie czekali na sędziego, który utknął na granicy Gibraltaru z Hiszpanią i dlaczego zgubił się w Hongkongu. Nic nie wskazuje na to, żeby podczas pisania opuściła go groundhoppingowa pasja. Namówił mnie na kupno drugiej części, podobnie jak na derby Spakenburga.

Wpisy o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Boisko w cieniu polityki [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium
Autor: Zbigniew Rokita
Wydawnictwo: Czarne, 2018

Od pierwszego meczu w Petersburgu do upadającego na ziemię Mikołaja II. Dalej Ławrientij Beria i syn Stalina w pojedynku, którego ofiarą jest trener. Przeplatając sport i historię, Zbigniew Rokita wybrał osiem momentów, pokazujących, co się stało z Europą Środkową przez ostatnie 100 lat.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W czasach wielkiej czystki Spartak braci Starostinów rzucił wyzwanie Dynamu. Za o wiele mniejsze przewinienia Ławrientij Beria jednym podpisem likwidował całe rodziny. Nikołaj, Andriej, Piotr, a potem Aleksandr trafili do więzienia. Za grupową agitację antysowiecką, bracia dostali 10 lat łagru. Mieli szczęście. Zostali rozdzieleni, ale do dyrektorów obozów dotarła ich piłkarska sława. Trzech z braci w czasie wyroku trenowało miejscowe drużyny Dynama.

Po Nikołaja Starostina zgłosił się Wasil Józefowicz Stalin, syn najważniejszej osoby w państwie. Chciał, żeby poprowadził jego moskiewski klub. Starostin znów podpadł Berii, bo jako były więzień miał zakaz osiedlania się w stolicy. Dla politycznych graczy był tylko pionkiem i znów zapłacił za to cenę. Ostatecznie najsłynniejszy z braci Starostinów przeżył nie tylko Berię i syna Stalina, ale też ZSRR.

To najlepszy rozdział książki. Nie wszystkie są tak świeże. Zbigniew Rokita nie napisał nic nowego ani o Erneście Wilimowskim, ani o słynnym meczu piłki wodnej między Węgrami a ZSRR na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne w 1956 roku. Dobrze czyta się inny niepiłkarski fragment – opowiastkę o koszykarskiej Litwie.

Zbigniew Rokita (ur. 1989), zawodowo zajmuje się światem poradzieckim. Jest redaktorem dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”, pisał w „Polityce”, czy „Tygodniku Powszechnym”. Dość łatwo można rozpoznać, w jakich tematach autor czuje się pewnie. O Górskim Karabachu wychodzi mu płynna opowieść. Kiedy wspomina o współczesnej piłce, wkracza na nieznany sobie teren i tempo spada.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Górnik Zabrze: Opowieść o złotych latach
Autor: Paweł Czado
Wydawnictwo: Agora, 2017

Wbrew tytułowi to nie jest fragment historii klubu. Paweł Czado przejechał tysiące kilometrów, spędził setki godzin w archiwach i spotkał się z kilkudziesięcioma byłymi piłkarzami oraz ich rodzinami, by napisać o ludziach.

Zobacz także: Z wizytą przy Roosevelta. Koguty pana Leona

Piłkarze Górnika występowali w pierwszych telewizyjnych show, śpiewały o nich gwiazdy estrady. Czado opisuje boje w Rzymie, Pradze, Manchesterze, czy Wiedniu. W książce są barwne anegdoty, klimat epoki, mecze, które zmieniły historie. Wszystko na swoim miejscu. Ale najciekawsze są tu historie zapomnianych piłkarzy. Niepowiedziane wcześniej zdarzenia, w które dziś trudno uwierzyć.

O poprzedniej książce Pawła Czado „Piechniczek. Tego nie wie nikt”, czytaj tutaj.

Do najlepszych rozdziałów w książce należy ten, który ją otwiera. Żeby napisać o Józefie Kaczmarczyku, autor wybrał się na zabrzańskie Zaborze. Wiedział jedynie, że wdowa po bramkarzu prawdopodobnie mieszka niedaleko. Wypytywał na ulicy, poszedł też do spółdzielni mieszkaniowej. Tam odmówiono mu informacji zasłaniając się ochroną danych. Ktoś usłyszał jego rozmowę i przekazał numer telefonu nie będąc nawet pewnym, czy chodzi o tę samą osobę.

Józef Kaczmarczyk debiutuje w Górniku w 1949 roku. Po kilku latach, jako mistrz Polski, zaczyna się upominać o pożyczkę. Taką samą, jaką dostali koledzy. Po odmowie psioczy na działaczy i Miejską Radę Narodową. Klub skreśla go z listy członków. Zostaje uznany za „renegata i prowokatora”. Dalej to już lawina. Sprawą zajmuje się milicja – rewizja, pytania o niemieckie mapy i listy z RFN.

– Mąż wróci za godzinę – usłyszała od milicjantów Zuzanna Kaczmarczyk, gdy funkcjonariusze zabierali męża. Wrócił po dwóch latach. W aktach zarzutów jest sporo. Mówienie po niemiecku, porównywanie ofert w sklepach w PRL i RFN, pisanie gotykiem. Podobno mówił nawet, że w Niemczech są lepsze zapałki. Po wyjściu na wolność pracował jako górnik dołowy. Zmarł w 1991 roku. Pawłowi Czado historię męża, Zuzanna Kaczmarczyk, opowiedziała 25 lat później.

Budapeszt śladami najsłynniejszego Węgra [Z PODRÓŻY]

Najsłynniejszy Węgier ma w Budapeszcie pomnik, popiersie, tablicę, mural, ulicę, stadion, a w sklepach osobne stoiska z pamiątkami. Został pochowany w najważniejszym kościele w kraju. Zajrzałem do wszystkich tych miejsc.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Trumna w bazylice

– Chciałbym zobaczyć podziemia i grób Puskása – zgłosiłem obsłudze Bazyliki św. Stefana w Budapeszcie.
– Puskás był największy, ale leżą tam też inni ze Złotej Jedenastki – słyszę w odpowiedzi, a za chwilę litanię nazwisk największych węgierskich sportowców. Trwała msza, więc musiałem zgłosić się za godzinę. W bazylice tłumy przyglądają się skrzyni ze zmumifikowaną prawą dłonią świętego Stefana, pierwszego króla Węgier. W podziemiach turystów jest niewielu.

– Prawdopodobnie najlepszy piłkarz wszech czasów – czytam na tablicy. Niedaleko znajdują się groby innych wielkich – Gyuli Grosicsa, Jenő Buzánszky’ego i Sándora Kocsisa. Ten ostatni, legenda Barcelony, ma osobną tablicę po węgiersku i hiszpańsku – napis „Cabeza de oro” – Złota główka – widać z daleka.

Nie znam drugiego kraju, w którym piłkarze spoczywają w najważniejszej świątyni. Pracownika, który mnie oprowadza nie dało się zatrzymać. Szybko wymienił Złotą Jedenastkę, skład Ferencvárosu z sezonu 1974/75 (finał Pucharu Zdobywców Pucharów). Zgubiłem się, gdy z piłkarzy Ujpestu przeszedł na zapaśnika tego klubu, Imre Polyáka. Czterokrotny medalista igrzysk też spoczywa w podziemiach bazyliki.

Ferenc Puskas

Bazylika św. Stefana w Budapeszcie

Puskás na ścianie

Historyczny mecz na Wembley, który wstrząsnął Anglią i potwierdził światową dominację Węgier, to największe zwycięstwo Złotej Jedenastki. W centrum Budapesztu spotkanie z 1953 roku upamiętnia mural. Jedna z dwóch bramek Puskása w tym meczu do dziś robi wrażenie.

Mural w Budapeszcie

Ulica i tablica Puskása

– Bywają geniusze, którzy szukają własnej drogi tak długo, aż ją odkryją, którzy walczą, by odnaleźć to, w czym są najlepsi by móc zająć się tym, do czego mają wrodzony talent. I bywa też, że układ gwiazd jest na tyle szczęśliwy, jak w przypadku Wolfganga Amadeusza Mozarta czy Ferenca Puskása: dobry Bóg zatroszczył się o takie okoliczności, by wszystko było gotowe na narodziny i rozkwit geniuszu – zaczyna niedawno wydaną w Polsce książkę György Szöllõsi. Autor ma już na koncie biografię Puskása, ale w Polsce, w ramach Roku Kultury Węgierskiej, wydano 50-stronicową książeczkę w nietypowym formacie. Ojciec najsłynniejszego Węgra – Ferenc Puskás senior grał w piłkę w Vasasie i Kispescie, potem został trenerem. Puskás junior, nazywany öcsi (młodszy brat), mieszkał niedaleko stadionu i kibicował Kispestowi. Po sąsiedzku mieszkał József Bozsik. W klubie z Kispestu spędził całą karierę. W reprezentacji wystąpił 110 razy. Dziś jest patronem stadionu Honvedu.

Ulica Puskása w Budapeszcie.

Optymistycznie nastawiony, prosto z ulicy Puskása, wkroczyłem na stadion. Moje pertraktacje z ochroną i pracownikiem klubu trwały kilkanaście minut. W końcu usłyszałem, że mogę wejść na stadion i zrobić kilka zdjęć. Wysłano jeszcze jedna osobę, która miała mnie pilnować. – Niedługo stadion zostanie zburzony. Będzie jak w Anglii – tłumaczył mi pracownik Honvedu oczekując mojego zachwytu. Wyjaśniłem, że gdyby ten stadion był już zburzony, a na jego miejscu stanąłby plastik z wizualizacji, to na pewno nie pchałbym się na peryferia Budapesztu, bo chciałem zobaczyć obiekt, na krórym grali Puskas, czy Bozsik. Nie doszliśmy do porozumienia.

Genialni nastolatkowie, Puskás i Bozsik, zadebiutowali w 1943 roku. Liga węgierska grała niemal przez całą wojnę. Drużyna prowadzona przez Puskása seniora i krótko przez Belę Guttmana, szybko rosła w siłę. Była już najlepszym zespołem w lidze, gdy polityczne decyzje zmieniły układ sił w całym węgierskim sporcie. Kispesti AC stał się klubem wojskowym i zmienił nazwę na Budapesti Honvéd SE. MTK Hungária FC został z kolei objęty opieką przez tajną policję. Z reformy zadowolony był Gusztáv Sebes, twórca Złotej Jedenastki. Na obiektach Honvedu kadra trenowała co tydzień.

W latach świetności w Honvedzie grali Ferenc Puskás, Sándor Kocsis, József Bozsik, Zoltán Czibor, László Budai, Gyula Lóránt i Gyula Grosics. Piłkarze, którzy są wymieniani w każdym tekście o najlepszych drużynach w historii piłki.  Dziś na mecze Honvedu chodzi 3 tys. osób.

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Niesamowitą siłę węgierskiej piłki pokazuje to zdjęcie. W Budapeszcie wychowywali się wtedy nie tylko najwięksi piłkarze najlepszej za kilka lat reprezentacji na świecie, ale także Ladislao Kubala, inna wielka gwiazda epoki.

Tablica przed stadionem Honvedu

Węgierski etap kariery Ferenca Puskása był imponujący. Uznawano go przecież za najlepszego zawodnika najlepszej drużyny świata. Ale to powrót do futbolu sprawił, że jest wymieniany wśród największych w historii. Gdy po dyskwalifikacji na przymusowej, porewolucyjnej emigracji podpisywał kontrakt z Realem Madryt, miał 30 lat i wielki brzuch.

Jego dorobek po trzydziestce trudno opisać. W Hiszpanii pięć mistrzostw i cztery tytuły króla strzelców. Do tego trzy Puchary Europy. W 1960 roku, w jednym z najlepszych finałów w historii, Real na oczach 127 tys. kibiców pokonał 7:3 Eintracht Frankfurt. Puskás zdobył cztery bramki, ale tego meczu na Węgrzech nie pokazywano. Na uciekiniera był zapis. Nie wolno było informować o jego sukcesach. W Realu Puskás grał do 39 roku życia. W Hiszpanii zdobył 242 gole w 262 meczach.

Puskás wrócił na Węgry dopiero w latach 80. Wcześniej prowadził drużyny na wszystkich kontynentach. Najlepiej poszło mu na początku trenerskiej – sensacyjnie doprowadził Panathinaikos do finału Pucharu Europy.

Mural z Puskásem koło stadionu Honvedu

Czytaj także: Jak pokonując Honved Wolverhampton Wanderers zostali mistrzami świata

Stadion Puskása

Dawny Népstadion (stadion ludowy) to od 2001 roku Stadion im. Ferenca Puskása (odwiedziłem go pięć lat temu). Ogromny obiekt niedaleko dworca Keleti został rozebrany w tym roku. W 1954 roku Węgrzy pokonali tu Anglię 7:1, a w 1985 z jednym z niewielu wielkich koncertów za żelazną kurtyną, wystąpił zespół Queen.

Stadion im. Ferenca Puskása

Na placu budowy zostały m.in. rzeźby i charakterystyczne wejście. W 2020 roku na nowym, 67-tysięcznym stadionie mają się odbyć mecze EURO.

Stadion im. Ferenca Puskása

Zobacz także: Amsterdam Johana Cruyfffa

Puskás w sklepie

Koszulka, książka, a może kieliszek? W węgierskich sklepach, nawet na lotnisku, można kupić pamiątki z Ferencem Puskásem. Wszystko na licencji, pod hasłem „Puskás. True legend”. Ceny wysokie.

Sklep przy Vaci utca, turystycznym trakcie Budapesztu. W drzwiach plakat z filmu o Złotej Jedenastce, której kapitanem był Puskas.

Puskás wśród dzieci

Pomniki piłkarzy, a w szczególności napastników, są niemal zawsze takie same. Zawodnik zawsze jest na boisku i albo za chwilę zdobędzie bramkę albo przed chwilą ją zdobył. Stąd podobne gesty – bieg z piłką przy nodze albo świętowanie gola.

Rzeźbiarz Gyula Pauer odtworzył stare zdjęcie, na którym Puskás zabawia się piłką na madryckiej ulicy. Przyglądają mu się zachwycone dzieci. Pomnik stoi z dala od centrum, przy cichej uliczce Starej Budy, Becsi utca.

 

Puskás w drodze na lotnisko

Ostatni przystanek. Większość turystów opuszcza Budapeszt jadąc autobusem E200 na lotnisko. Obowiązkowa przesiadka odbywa się na dworcu Kőbánya-Kispest. Na trawniku przed centrum handlowym stoi popiersie najsłynniejszego człowieka wychowanego w 19. dzielnicy stolicy Węgier.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Od górniczej wioski do piłkarskiej hegemonii [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol
Autor: Jimmy Burns, tłum. Antoni Bohdanowicz, Bartosz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2017

Nie da się wytłumaczyć rywalizacji FC Barcelony i Realu Madryt bez politycznego tła. Jimmy Burns poszedł dalej – całą historię hiszpańskiej piłki opisał przez historię Hiszpanii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jimmy Burns nie jest dziennikarzem sportowym. Na kilku uczelniach kończył studia związane z ekonomią, naukami politycznymi oraz Ameryką Łacińską. Pracował jako korespondent Financial Times w Portugalii, potem trafił do Argentyny. Pierwszą książkę napisał o wojnie o Falklandy. Zdobył uznanie, ale prawdziwym hitem była „Ręka Boga”, biografia Diego Maradony. W Polsce wydano również jego książkę o FC Barcelonie. Patrząc na tematy jego ostatnich artykułów, sport w jego zawodowym życiu to tylko dodatek. Ostatnia książka Burnsa to portret papieża Franciszka.

Czytelnik, który ma za sobą choćby książkę Burnsa o Barcelonie, czy Alfredo Relaño (te dwie wydano w Polsce), historie Pepa Samitiera, czy Di Stefano, już zna.  Burns napisał dobrą książkę, ale lepiej przemiany w Hiszpanii przez pryzmat futbolu wyjaśnił Sid Lowe. W „Fear and Loathing in La Liga” Brytyjczyk, skupiając się na dwóch klubach wykorzystał ciekawsze opowieści. U Burnsa czuć chwilami niewykorzystany potencjał. Dobrze zaczął, szukając korzeni hiszpańskiej piłki wśród nieistniejących osad górniczych. Wciągają też fragmenty o Kraju Basków. Potem można natrafić na mielizny.

Dla tych, którzy temat La Liga dopiero napoczynają, interesujący może być sposób, w jaki Burns przedstawił postać Francisco Franco. Dyktator, który rządził Hiszpanią przez cztery dekady, patrzył na futbol jak na narzędzie. Biedny i izolowany politycznie kraj, zaczął być szanowany dzięki europejskim triumfom Realu Madryt. Ile w tym zasług generalissmusa, to obiekt sporów.

Promując polskie wydanie „Piłkarskiej furii”, Anglik przyjechał do Warszawy. Swoje wrażenia zebrał w ciekawym wpisie na blogu. Polskę chwali, ale dostrzega fatalną architekturę mieszkańców i zaciekły nacjonalizm jej mieszkańców. Opowieść o dwudniowej wizycie spuentował porównaniem Okęcia do lotniska w Funchal na Maderze. Jego patronem ma zostać Cristiano Ronaldo. – Z tego co wiem, nikt nie zaproponował, żeby warszawskie lotnisko było portem imienia Roberta Lewandowskiego. – Dzięku Bogu, polska kultura jest poważniejsza. – W porównaniu do nokturnów Chopina, nawet najlepszy występ Ronaldo jest efemerydą.

Tytuł: Rozmowy nieoczywiste
Autor: Tomasz Malinowski
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Adam Marszałek, 2016

23 rozmowy w książce Tomasza Malinowskiego są bardzo nierówne. Można się poczuć jak na huśtawce, bo na zmianę mamy wywiady Tomasza Jachimka i Gustawa Holoubka, a po rozmowie z Jerzym Pilchem przeskakujemy do cytatów Maryli Rodowicz.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zahaczające o futbol rozmowy przez ostatnią dekadę pojawiały się na łamach „Gazety Pomorskiej”, w której Malinowski pisze od blisko 30 lat. Na rozmowę z Normanem Daviesem czekał dwa lata. Stryj brytyjskiego historyka zginął na pokładzie samolotu, który rozbił się w Monachium w 1958 roku. Donny Davies, dziennikarz „Manchester Guardian” poleciał razem z Manchesterem United na mecz do Belgradu. Był najstarszą ofiarą katastrofy. – Potrafił napisać relację z meczu takim samym językiem, co recenzję ze spektaklu teatralnego czy opery – opowiada Norman Davies.

Dużo w tej książek wspominek i narzekań, że kiedyś piłka była sportem o wiele ciekawszym. Niektórzy rozmówcy Tomasza Malinowskiego meczów już nie oglądają, ich oceny są płytkie i nieciekawe. Książkę czyta się krócej, niż świąteczne wydanie tygodnika. Rozmowy, które nie wyleciały mi od razu z głowy to zdecydowana mniejszość.

Nie wiedziałem o piłkarskich fascynacjach Jerzego Hausnera, kibica Odry Opole. Sam grał w juniorach aż do rozpoczęcia studiów. Potem zorganizował drużynę AZS-u, w której grał mając już ponad 35 lat.

Dla Gustawa Holoubka mówienie o teatralnym zachowaniu piłkarza to pogarda dla zawodu aktora. Zenon Laskowik wspomina mecz, w którym poczuł, że jest oszukiwany. Do Poznania przyjechał bydgoski Zawisza. Do przerwy prowadził 0:2. – Wtedy usłyszeliśmy komunikat spikera. „Prezes Zawiszy proszony jest pilnie do szatni”. W drugiej połowie goście nie istnieli na boisku. „Kolejorz” wygrał 4:2. Cudownie, moja drużyna wygrała, ale czułem się w tym momencie wykiwany – opowiada Laskowik.

Braterstwo liny [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Spod zamarzniętych powiek
Autor: Adam Bielecki, Dominik Szczepański
Wydawnictwo: Agora, 2017

Himalaizm nie ma w sobie niczego wyjątkowego. Nie ma też większego sensu. – Tak samo nie ma go żeglarstwo czy chodzenie po parku – pisze Adam Bielecki. Przez resztę książki tezie o braku wyjątkowości stara się zaprzeczyć.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Chłopak z Tychów budził się patrząc na wiszący nad łóżkiem plakat Krzysztofa Wielickiego. Zaczytywał się w przygodach Tomka Wilmowskiego. Choć rodzinie Adama Bieleckiego nikt się nie wspinał, to on sam zaczął w podstawówce. W książce zdaje relacje z kolejnych wypraw, przedstawia siebie jako outsidera. Zanim zaczął się wspinać na ośmiotysięczniki, żył z organizowania wypraw komercyjnych, co w środowisku było źle odbierane.

O Bieleckim zrobiło się głośno po wyprawie na Broad Peak. To, kto jest winien śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, stało się tematem ogólnonarodowej debaty. Mówiono o „braku braterstwa liny” i kryzysie wartości. Bieleckiego skrytykowali nawet autorzy raportu Polskiego Związku Alpinizmu. Wersja samego himalaisty jest przekonująca. Milcząco poparł ją Artur Małek, który czytał ten rozdział przed publikacją. Broad Peak to najmocniejsza część książki. Szczegółowy opis wyprawy, dużo emocji, odpieranie zarzutów. Bielecki przypomina, że gdy Jerzy Kukuczka z czterech wypraw wrócił bez partnera, nie rozpętała się medialna histeria. – Broad Peak pokazał mi, jaka może być cena ambicji. Wszyscy chcieliśmy wejść na szczyt i każdy z nas za to zapłacił – opowiada Bielecki. Czwórka himalaistów balansowała na krawędzi własnych możliwości. Ignorowali wyraźne znaki, że nie powinni atakować szczytu, bo nie zdążą z niego zejść.

Książkę czyta się dobrze. Dominik Szczepański o górach pisał już wcześniej. Brakuje mi tylko przypisów. „Kukuczkę”, o której blogowałem, pisali dziennikarze niezwiązani ze środowiskiem. Trudnych słów unikali. Bielecki, wspierany przez Adama Bieleckiego, fachowych pojęć nie wyjaśnia. Do fragmentów o wyblince na poręczy po stronie haka wspinającego, niedaleko seraka, przydałyby się objaśnienia. Poza tym, samo wydanie książki jest bez zarzutu. Dzięki dobrej jakości zdjęciom, wygląda jeszcze estetyczniej, niż „Kukuczka”.

U Bieleckiego podoba mi się równowaga między świadomością własnych osiągnięć a pokorą. Pisze, że himalaizm składa się z setek małych rzeczy. – Jeśli zaniedbasz jedną, to może nic się nie stanie, ale jeśli trzy, to nie wejdziesz na szczyt. Jeżeli zaniedbasz sześć, to się odmrozisz. Zapomnisz o dziesięciu – zginiesz – mówi. Wszystko w namiocie musi być ułożone tak, żeby nie zamokło i było pod ręką. Ubrania, w którym wychodzi się na szczyt, nie da się zmienić. Ten, kto się ubierze zbyt ciepło, spoci się i odwodni. Litr śniegu topi się na tej wysokości godzinę, więc po wysiłku należałoby przez pół dnia topić śnieg, co jest niewykonalne. Wspinając się na Broad Peak, zakładając przeploty, Bielecki miał na sobie cztery pary rękawiczek. Ciutkie lineary, na nich polarowe pięciopalczastem, potem łapawica puchowa, na to wszystko łapawica gorateksowa. Zawiązanie węzła jest wyjątkowo trudne, a ściągnięcie jednej warstwy grozi odmrożeniami. Te szczegóły są ważne, bo jak można oceniać zachowanie człowieka na ośmiu tysiącach metrów, skoro krew w jego mózgu jest tak rzadka, że traci się zdolność racjonalnego myślenia?

Dla nieprzekonanych fragment książkirozmowa wideo z Adamem Bieleckim i rozmowa dla „Dużego Formatu”.

Tytuł: Football’s Strangest Matches: Extraordinary but True Stories from Over a Century of Football
Autor: Andrew Ward
Wydawnictwo:  Robson Books 2002

Od meczów kawalerów na żonatych, spotkań rozgrywanych w maskach gazowych, po najdziwniejsze pucharowe serie. W książce o najdziwniejszych piłkarskich spotkaniach odnajdziemy nazwisko sędziego, który strzelił gola i piłkarzy, których zabił piorun.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Każda historia mieści się na jednej lub dwóch stronach. Niektóre są warte przypomnienia. W kwietniu 1948 roku w Aldershot odbył się mecz, w czasie którego zginęło dwóch zawodników. Spotkanie rozgrywano w czasie burzy. Piorun poraził sędziego i ośmiu piłkarzy. Dwóch nie przeżyło.

W sezonie 1955-56, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1956-57, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1957-58, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City. Prawdopodobieństwo oszacowano na 1 do dwóch milionów. Wyniki powtórek? 2:1, 2:1 i 2:1.

Powtarzanie remisowych meczów w FA Cup dawało szanse na ciekawe historyczne serie. Na przykład:
6.11.1971 Alvechurch; Alvechurch – Oxford City 2:2,
9.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 1:1,
15.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:1,
17.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
20.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
17.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:0. Historyczną bramkę, rozstrzygającą trwającą w sumie 660 minut walkę, strzelił Bobby Hope.

W 1961 Denis Law strzelił sześć prawidłowych goli, które odebrano mu z powodu pogody. W 1961 pucharowy mecz Manchesteru United z Luton Town przerwano w 69. minucie przy wyniku 6:2. Błoto na boisku nie pozwalało na grę. Zgodnie z ówczesnymi regułami, wynik anulowano, a mecz powtórzono. Luton wygrało 2:1.

Decydującego gola w meczu Barrow – Plymouth Argyle w Division Three w 1968 roku strzelił sędzia. Po strzale z 15 metrów piłka odbiła się od sędziego, zupełnie zmieniła lot piłki i wpadła do bramki. Sędzia, który wpisał się do historii, Ivan Robinson, wysłał do Plymouth przeprosiny.

Książka do kupienia w charity shopach. Do przewertowania.

Zachwycająca opowieść milczka

Tytuł: Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo: SQN, 2017

Heinz Höher. Milczek i dziwak, którego nazwisko nic nie mówi kibicom. Oto bohater najlepszej książki o historii piłkarskiej ligi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To trzecia książka Ronalda Renga, o której bloguję. Wszystkie mnie zachwyciły. „Życie wypuszczone z rąk”, opowieść o Robercie Enke, była w wielu krajach sportową książką roku. Wcześniejsza, mniej znana historia Larsa Leesego, to też majstersztyk. Reng napisał wtedy o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał. Teraz wydawnictwo chciało zamówić u Niemca książkę na 50-lecie Bundesligi. Ten odmówił. O futbolu w danym kraju można napisać bardzo dobrą książkę, taką jest choćby „Tor!”, ale Renga to nie interesowało. On pisze o ludziach. Heinz Höher zadzwonił do niego, by zapytać, czy jego podopieczny Juri Judt, może być w depresji. Reng nagłośnił temat choroby publikując książkę o Enke. Przy okazji Höher opowiedział mu historię swojego życia. Dla Renga temat idealny.

Gdy rodziła się Bundesliga, Höher grał w Meidericher SV. Był jednym z trzech zawodników, którzy do pierwszoligowej drużyny przyszedł z zewnątrz. Z Leverkusen do Duisburga jest 70 km. Reszta zawodników wychowała się w najbliższej okolicy. W Bayerze Höher też był wyjątkiem – utrzymywał się z piłki. Reng opisuje powojenną biedę RFN, kulturowy pesymizm i przemiany obyczajowe.

Przez pryzmat historii jednego człowieka, Reng opowiada o rozwoju telewizji, profesjonalizacji Bundesligi, bogaceniu się Niemiec i skandalach korupcyjnych. Czytamy o ewolucji taktyki oraz wzlotach i upadkach niemieckiej reprezentacji. Ale w środku jest zawsze Höher. Jako trener awansował z Norymbergą do Bundesligi, a potem do pucharów. Uchodził za gbura. Z powodu stylu bycia popadał w konflikty. Z biegiem lat przestał mu wystarczać standardowy zestaw – dwa piwa i lufa. Pił coraz więcej. Czekał na szansę powrotu na ławkę trenerską, po drodze zbankrutował.

Książką zachwycam się nieustannie, bo jak dobrym trzeba być autorem, by uchwycić sens 50 lat Bundesligi, a jednocześnie Puchary Europy niemieckich klubów skwitować paroma zdaniami?

Heinz Höher nie miał oporów, by opowiadać o swoich kłopotach, o tym, co w życiu zrobił źle. Był niezłym piłkarzem i obiecującym trenerem. Na obu polach potencjał zmarnował. Reng, jak w poprzednich książkach, bohatera pośrednio broni. Po lekturze książki Höher chwycił za telefon. – O nie, panie Reng, nie wolno panu przedstawiać mnie w tak pozytywnym świetle! Nie jestem pozytywną postacią! – powiedział.

Tytuł: Cristiano Ronaldo. Biografia
Autor: Guillem Balagué, tłum. Bartusz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2016

To zaskakująco ciekawa książka. Nie powinna się udać, bo głównym bohaterem jest aktywny piłkarz a autor znany jest głównie z telewizyjnego studia, gdzie zdarza mu się powtarzać plotki. Ronaldo dał piłce nie tylko setki bramek, ale niestrawny film i megalomanię na nieznanym dotąd poziomie. Najlepszą rekomendacją książki jest więc opisany na wstępie konflikt autora z Jorgem Mendesem. Balagué wiedział, że prawdziwy obraz Ronaldo może przedstawić tylko zdrapując złotą farbę z pomnika Portugalczyka.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dość łatwo przewidzieć, że im bliżej współczesności, tym tempo opowieści o piłkarzu będzie coraz słabsze. O meczach, które widzieliśmy kilka lat temu czyta się ciężko. Ale opowieść o dzieciństwie Ronaldo te mielizny wynagradza. O chłopak z Madery, zapadłej portugalskiej prowincji, mówią nie tylko osoby, które Balagué wytropił w Funchal, ale też wielkie gwiazdy. Autor namówił na wspominki mnóstwo piłkarzy, w tym gwiazdy Manchesteru United.

O Guillemie Balagué pisałem przy okazji recenzji książki o Pepie Guardioli. W międzyczasie mieszkający w Anglii Katalończyk wydał kolejną, o Leo Messim. Wciąż pisze dla gazet brytyjskich i hiszpańskich a rozpoznawalność dała mu praca w Sky Sports. W programie Revista de la Liga zawsze wygląda na dobrze poinformowanego w sprawach hiszpańskiego futbolu. Największy uśmiech na jego twarzy pojawia się, gdy mówi o Espanyolu. Papużkom kibicuje cała jego rodzina. Lubię go słuchać, choć jego sporych rozmiarów ego daje o sobie znać. Z tym, że w wielu fragmentach Balagué zbyt często pisze o sobie, należy się pogodzić.

Balagué przytacza słynną umowę przedwstępną, którą w 2008 roku zawarł z Ronaldo Ramon Calderon, ówczesny prezes Realu. Gdyby transfer nie doszedł do skutku, strona wycofująca się z transakcji miała zapłacić 30 mln euro. Katalończyk dość zabawnie opisuje, że zapoznał się z dokumentem osobiście. Jego posiadacz wyjął go z „szuflady masywnego biurka wykonanego z drewna orzecha włoskiego, wykończonego skórą w kolorze butelkowej zieleni. Osoba, która mi go pokazała, wydobyła kluczyk do szuflady z kieszeni spodni. W tym czasie siedziałem na sofie, twarzą do jedynego okna w gabinecie”.

Ballague wie, że to, co mówi Ronaldo, jak i jego otoczenie, to dokładnie wyreżyserowany spektakl. Dość powiedzieć, że w domu piłkarza w Madrycie, logo CR7 widnieje na szkle kuchennym, meblach, stole w jadalni i talerzach. Ballague uporczywie stara się dotrzeć do prawdziwego obrazu bohatera książki. Jaki wpływ na życie Ronaldo miał alkoholizm ojca? Skąd bierze motywację do utrzymywania się na szczycie przez tyle lat? Dlaczego nie cieszy się z bramek kolegów? Autor stawia hipotezy, ale o konkretne odpowiedzi trudno. Tych pilnuje Jorge Mendes.