Miesięczne archiwum: Lipiec 2016

Zobaczyłem gola Tsubasy

Stadion Stomilu Olsztyn

– Nieźle dziś kręci ten Japoniec – dało się usłyszeć przed drugą połową meczu Stomilu. Tsubasa zakręcił tak, że na przerwę zszedł z jedną bramką, a powinien z dwiema. Trafiłby, gdyby miał wsparcie braci Tachibana.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion Stomilu Olsztyn

Gdyby ktoś chciał zobaczyć mecz na zapleczu ekstraklasy na stadionie z poprzedniej epoki, to stolica Warmii i Mazur to słuszny kierunek. W Olsztynie o nowym obiekcie słychać od dawna, ale na razie przyjezdni mają okazję podziwiać wyjątkowe korytarze. O ile na co dzień trudno się nimi cieszyć, to groundhopperom muszą się podobać.

Stadion Stomilu Olsztyn

Tak, to ten sam widok.

Stadion Stomilu Olsztyn

Dawne zakłady Stomilu, widoczne za trybuną, to od 1995 roku Michelin.

OKS Olsztyn, największy klub w regionie, powstał latem 1945 roku. Kiedy został objęty patronatem przez Olsztyńskie Zakłady Opon Samochodowych, mocno poszedł w górę. Jak zwykle, najciekawsze jest to, co działo się wcześniej. A przed wojną, w Olsztynie, w piłkę grali rzecz jasna Niemcy. Cytat o historii:

„W czasach cesarskich Niemiec najważniejszym klubem piłkarskim był SV Allenstein, który był klubem wielosekcyjnym, była nawet sekcja hokeja na lodzie. Po I wojnie światowej życie sportowe wcale nie zamarło, mimo iż dzięki postanowieniom Traktatu Wersalskiego znacznie ograniczono liczebność wojska w Olsztynie. W okresie między wojennym palmę piłkarskiego pierwszeństwa przejął założony w 1921 r. klub Hindenburg Olsztyn. Drugim znaczącym klubem była założona w 1916 r. Viktoria Allenstein.”

O przedwojennej piłce w Olsztynie można przeczytać tutaj.

Stadion Stomilu Olsztyn

Stadion Stomilu Olsztyn

Wróćmy, do inauguracji I ligi, czyli meczu Stomil – Chrobry Głogów. Imię Tsubasa, które nosi bohater mangi „Kapitan Jastrząb”, oznacza skrzydło. W Japonii noszą je zarówno kobiety i mężczyźni. Piłkarzy o tym imieniu jest kilku. Tsubasa Yokotake gra w J1 League, czyli japońskiej ekstraklasie, a Tsubasa Oya poziom niżej. Tsubasa Ozora został rzecz jasna gwiazdą Barcelony, w serialu znanej jako FC Catalunya.

Stadion Stomilu Olsztyn

Tsubasa Nishi, pomocnik Stomilu, grał już w Polsce w Lechii i Widzewie. Strzelił pierwszego gola, powinien też drugiego. Stomil dostał owację w przerwie i na koniec meczu, po wygranej 3:0. Piłkarze świętowali zerowy dorobek w lidze, bo klub sezon zaczął sezon z trzema ujemnymi punktami za niespełnienie wymogów licencyjnych.

Stadion Stomilu Olsztyn

Stadion Stomilu Olsztyn

Atmosfera bez zarzutu. Krzyki, brawa, żadnych bluzgów. Do tego konkursy w przerwie, a na każdym krzesełku ulotka Socios Stomil. Stowarzyszenie kibiców szyje właśnie nową klubową maskotkę.

Stadion Stomilu Olsztyn

Rafał Kujawa, który strzelił gola po kilkudziesięciometrowym rajdzie, świętował zdejmując koszulkę. Sędzia nie miał wyboru.

Stadion Stomilu Olsztyn

Stadion Stomilu Olsztyn

Stadion Stomilu Olsztyn

A sam Olsztyn? W drodze na mecz można zobaczyć halę Urania.

Stadion Stomilu Olsztyn

Olsztyn

Kopernik, Olsztyn

Ławeczka niemieckojęzycznego kanonika, lekarza i prawnika. Autor słynnego przewrotu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

 

Oh my Bydgoszcz

MŚ LA U-20

Przez tydzień Bydgoszcz była stolicą światowej lekkoatletyki. Na mistrzostwa świata do lat 20 nad Brdę przyjechali sportowcy z blisko 160 krajów. Anguilla, Samoa, Wyspy Cooka, Mariany Północne? Wszyscy obecni. Jeszcze nigdy Bydgoszcz nie miała takiej promocji na Twitterze i Facebooku.

W czasie mistrzostw miałem okazję porozmawiać m.in. z Ato Boldonem oraz Sebastianem Coe. Brytyjczyk, legenda lat 80., dziś prezydent IAAF opowiadał m.in. o popularności lekkoatletyki. – Kiedy golfista amator chce trafić do dołka, wyobraża sobie, że jest Tigerem Woodsem. Kiedy idzie pobiegać, nie myśli o tym, że robi to, co Haile Gebrelassie albo Mo Farah. Musimy wykreować ten związek – mówił. A co usłyszałem od młodych sportowców i dziennikarzy?

Australijczykom, którzy spędzili w Bydgoszczy miesiąc, a przed przyjazdem do Bydgoszczy, aklimatyzowali się w Spale, podobało się wszędzie tam, gdzie woda. – Za nami sporo godzin jazdy po Polsce w autobusach. Ale dzięki temu dużo widzieliśmy. Bydgoszcz to niewielkie, miłe miasto. Wszystko co, jest nad wodą, wygląda świetnie – mówi Isaac Hockey, jeden z kapitanów reprezentacji Australii.

– Stadion i warunki są bez zarzutu – chwalił kierownik reprezentacji Australii, Jennifer Chan. Nie wszystkim się tak trafiło. Na warunki narzekają Hiszpanie. Mieli spać w hotelu Campanile, ale ostatecznie nocują w akademikach Collegium Medicum. – Stary budynek, ciasno, nieprzyjemnie, mikroskopijne łazienki. Trzeci świat – narzekali na twitterze. Z akademika Hiszpanie trafili potem do trzygwiazdkowego hotelu.

Dziesięcioosobowa grupa kibiców z Holandii wspierała w Bydgoszczy oszczepniczkę Emmę Oosterwegel. W pomarańczowej koszulce z napisem „Team Whazzaa!” na trybunie usiadł jej chłopak, Justin Kraaijenbrink. – Przyjechaliśmy samochodami z Deventer. Są wśród nas przyjaciele i rodzina Emmy. Nie jest faworytką. Modlimy się o finał – mówił. Modlitwa nie pomogła. Emma do finału się nie dostała. Dwa dni przed startem do Bydgoszczy dotarli lekkoatleci z Republiki Południowej Afryki. – Pierwszy raz jestem na tak dużej imprezie. Transmisje do 60 krajów, to robi wrażenie – mówi George Kusche. – Myślałem, że Bydgoszcz i Europa w ogóle, to miejsce bardziej przemysłowe. A Bydgoszcz jest bardzo spokojna – dodaje.

Szwedzi rozpoczęli zwiedzanie Bydgoszczy od wizyty w KFC. – Trener by się pewnie nie ucieszył, ale co zrobić – śmieją się. – Polska jest tanim krajem, a ludzie, wbrew pozorom, sporo się uśmiechają – mówi Marcus Tornee. – Stadion jest rewelacyjny. Ładna, świeża nawierzchnia, dobrze się biega. Tylko trochę mało ludzi na trybunach. Ale pogoda lepsza, niż w Szwecji – cieszył się sprinter na 200 metrów. Sportowcy opanowali bydgoskie centra handlowe. Zawodnicy z Bahamów spróbowali szczęścia w punkcie Lotto.

Sześć kanadyjskich biegaczek na brzuchach wymalowało kolejne litery nazwy swojego kraju. – Chyba pomogło, bo nasz zawodnik przed chwilą dobrze pobiegł. No i mocno się wydzieramy – mówiła Nicole Hutchinson, z literą A na brzuchu. Kanadyjczycy miastem byli zachwyceni. – U nas nie mamy czegoś takiego jak Stary Rynek, czy starówka, więc Bydgoszcz wygląda dla nas bardzo ciekawie – opowiada. Kanadyjczycy byli m.in. w Toruniu. – Torun. To run or not to run – żartowali.

Impreza OK. Ale gdzie ludzie?

Do Bydgoszczy przyjechało ponad 140 dziennikarzy. Także z takich krajów, jak Kenia, Uganda i Bahrajn. – Wszystko OK, ale gdzie są ludzie? – pytał mnie Raymond Graham, reporter z Jamajki. Kibice z Bydgoszczy na stadion niestety tłumnie się nie wybrali. Szczególnie w pierwszych dniach mistrzostw na trybunach więcej było uczestników, trenerów i fanów z zagranicy niż bydgoszczan. Atmosfera była świetna, bo ja zapewniały okrzyki Amerykanów, fryzury Jamajek i wspólne śmiechy Japończyków ze Szwedami. Ale frekwencja bolała.

Można tłumaczyć, że Bydgoszcz dostała mistrzostwa z półrocznym wyprzedzeniem, po wycofaniu się Kazania, ale frekwencja była jedynym dużym minusem imprezy. – Pamiętajmy jednak, że to rywalizowały dzieciaki, choć możemy podejrzewać, że choćby Candace Hill zdobędzie w przyszłości medal igrzysk. Trudno to porównywać do Diamentowej Ligi w Londynie z tego tygodnia, bo tam stadion olimpijski zapełnił Usain Bolt – mówił John Anderson, który relacjonował mistrzostwa dla oficjalnego radia IAAF. Organizacja imprezy kosztowała bydgoski ratusz milion złotych.

Trzeci raz do Bydgoszczy przyjechał doświadczony amerykański reporter Ed Gordon. – W Bydgoszczy restauracje zamykają się dość wcześnie, w dodatku nie ma ich w okolicy Zawiszy. Zamknięto tę na stadionie, to dziwne. A tramwaje z centrum nie jeżdżą przed północą, gdybym chciał wrócić z centrum – mówi. Do Bydgoszczy wróci za rok, na mistrzostwa Europy U-23.

Jeszcze nigdy o Bydgoszczy nie pisano tak wiele w social mediach. Z tagiem #Bydgoszcz2016 lądowały na Twitterze zdjęcia sportowców z całego świata i ich kibiców. – Reprezentujecie kraj i swoich bliskich. Odłóżcie telefon i cieszcie się tą niesamowitą imprezą – mówił przed mistrzostwami do swoich młodszych australijskich kolegów olimpijczyk Benn Harradine. Nie wszyscy posłuchali starszego sportowca, który występował w epoce, przed Facebookiem i Twitterem.

Lekkoatleci z australijskiego Brisbane dowiedzieli się, gdzie leży Bydgoszcz, organizując wspólne kibicowanie na drugiej półkuli swojemu koledze, Josephowi Dengowi. Uczennice katolickiej szkoły dla dziewcząt St. Clare’s College w Sydney zebrały się do wspólnego zdjęcia, żeby zaprezentować, jak ściskają kciuki za startującą w Bydgoszczy Amy Harding-Delooze. Trener dwóch Francuzek, medalistek w skoku w dal, pochwalił się, że zabiera z sobą na pamiątkę dwie garści piasku, ze szczęśliwej dla niego i zawodniczek skoczni na stadionie Zawiszy. Film, na którym Konrad Bukowiecki, bije juniorski rekord świata w pchnięciu kulą obejrzało w ciągu dwóch dni ćwierć miliona ludzi. Dwa razy więcej zobaczyło sprint Ewy Swobody i jej walkę z Amerykanką Candace Hill. Pełna energii Swoboda była zdecydowanie największą gwiazdą polskiej ekipy i magnesem dla kibiców.

O przygodach w Bydgoszczy tweetował Jon Mulkeen, Amerykanin z IAAF. Miał gotową listę słów, które uznał za niezbędne do poruszania się po mieście. „Ciasto”, „pączki”, „lody”, „piwo”, „więcej proszę”, „nawet więcej”, „jeszcze jeden, dzięki”. – W mojej głowie Bydgoszcz kojarzy się wyłącznie z lekkoatletyką. Nie słyszałem o waszym mieście w innym kontekście. Teraz poznałem je osobiście – opowiada.

Do Polski prawie najkrótszą drogą

Stadion Como

Widok na jezioro, wzgórza a przede wszystkim boisko, a wszystko w ciepłym, lombardzkim klimacie? Witam w Como.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wracając z meczu EURO we Francji (o Marsylii i Monaco pisałem tutaj) zahaczyłem o Como, Bazyleę i Frankfurt. Klucz jak zwykle ten sam – ciekawe piłkarsko miejsca i stadiony, gdzie działa się historia Pucharu Europy.

Stadion Como

Como. Stadion wybudowany pod koniec lat 20. zgodnie z kanonami włoskiego modernizmu, w hołdzie Benito Mussoliniemu.

Stadion Como

Stadion Como

Giuseppe Sinigaglia, patron stadionu, był wioślarzem. Jako ochotnik zgłosił się na front I wojny światowej. Zginął w szóstej bitwie nad Isonzo.

Stadion Como

Tuż obok stadionu znajduje się pomnik z lat 30. poświęcony ofiarom I wojny światowej. Za pomnikiem jest już zejście do jeziora Como.

Stadion Como

Stadion Como

Stadion oddziela od jeziora tylko droga. Parę metrów dalej jest już marina. W Como uczył się grać w piłkę Gianluca Zambrotta.

Stadion Como

Bazylea

Bazylea

Tramwaj w barwach blaugrana. Skojarzenie z FC Barceloną nieprzypadkowe. W XIX wieku kapitanem Basel był Hans Kamper. Kiedy zamieszkał w Barcelonie, gdzie początkowo przyjechał na chwilę, żeby odwiedzić wujka, wraz z grupą obcokrajowców założył Futbol Club. Jedna z najpopularniejszych teorii tłumaczących wybór klubowych barw, to życiorys człowieka, który z czasem zaczął się przedstawiać jako Joan Gamper.

Stadion FC Basel

Joggeli (Jakob w lokalnym dialekcie) wybudowano na nowo w 1998 roku. W tym miejscu grano na mundialu w 1954 roku (w tym Węgry-Niemcy 8:3) i aż cztery finały Pucharu Zdobywców Pucharów (1969, 1975, 1979 i 1984).

Stadion FC Basel

Stadion FC Basel

Stadion FC Basel

Klubowe muzeum to mała wystawa w klubowym sklepie.

Stadion FC Basel

Frankfurt

Stadion we Frankfurcie

Waldstadion, czyli Stadion Leśny, wybudowano w 1925 roku. Obecna budowla w tym miejscu powstała na mundial w 2006 roku.

Stadion we Frankfurcie

Widok ze stadionu.

Stadion we Frankfurcie

Stadion we Frankfurcie

Na wielkim ekranie Niemcy oglądali w czasie EURO mecze swojej reprezentacji.

Stadion we Frankfurcie

Rzeźba przed wejściem na stadion. Ma upamiętniać zwykłych, bezimiennych kibiców, którzy w latach 30. chodzili na mecze Eintrachtu. W ich życie zaczęła ingerować nazistowska dyktatura. Niektórzy stracili pracę, inni zostali aresztowani, wielu trafiło potem na front.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wilimowski

Wilimowski Jergović

Tytuł: Wilimowski
Autor: Milijenko Jergović, tłum. Magdalena Petryńska
Wydawnictwo:
Książkowe klimaty, 2016

Brazylia: Batatais, Machado, Hércules, Lopes, Leônidas, Martim, Perácio, Romeu, Zezé Procópio, Domingos Da Guia, Afonsinho.
Polska: Madejski, Piec, Scherfke, Wilimowski, Wodarz, Szczepaniak, Dytko, Piontek, Góra, Nyc, Gałecki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

 

Ernest Wilimowski w tej krótkiej powieści pojawia się tylko pośrednio. Jest dla bohaterów postacią, o której wyczynach usłyszeli dzięki wielkiej antenie, wywołującej trwogę u mieszkańców osady w Dalmacji. Wilimowski daje nadzieję, pozwala uciec do innego, być może bardziej realnego świata.

Lato 1938 roku. Przez jugosłowiańską, górską wioskę przechodzi osobliwy orszak – niesione, chore na gruźlicę kości dziecko (w którym miejscowi chcą widzieć szatana), jego ojciec – krakowski profesor, nauczyciel oraz opiekunka. Szukają hotelu, o którym nie mają pewności, że istnieje. 5 czerwca słuchają radiowej relacji z meczu mistrzostw świata. Ernest Wilimowski strzela 4 bramki, ale Polska i tak przegrywa z Brazylią.

Milijenko Jergović, kibic Željezničara Sarajewo, wielokrotnie podpadł chorwackiemu establishmentowi, więc pierwsze wydanie jego najnowszej książki miało miejsce w Polsce. Niektórzy ktytycy nazywają go najważniejszym współczesnym pisarzem bałkańskim. W „Wilimowskim” połączył klimat „Czarodziejskiej góry”, wiejskich legend i „The Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona. To historia bez wyraźnej puenty, opowiedziana przez narratora, który nie wie wszystkiego. Piłka jest tu zarówno obrzędem, jak i wstępem do wojny. Katastrofę już widać na horyzoncie.

Historię Wilimowskiego, który urodził się dokładnie sto lat temu, kibice znają. Ernst Otto Prandella został adoptowany przez drugiego męża swojej matki. Górnoślązak, piłkarz niemieckiego 1. FC Kattowitz i polskiego Ruchu Hajduki Wielkie. Grał w reprezentacji Polski a w latach 1941-42 osiem razy w kadrze III Rzeszy. Po wojnie do Polski nie wrócił, bał się, wielokrotnie prasa opisywała go jako zdrajcę. Zmarł w 1997 roku w Karlsruhe. Od dawna słychać o mającej powstać biografii opisującej życie być może najlepszego polskiego piłkarza.

Autora opowiadającego o książce można poczytać tutaj i posłuchać tutaj. Fragment książki tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Siła marzeń. Tajemnica sukcesu FC BarcelonaSiła marzeń. Tajemnica sukcesu FC Barcelona
Autor: Albert Puig, tłum. Tomasz Wiśniowski
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2012

Cieniutka książeczka napisana została głównie z myślą o rodzicach. Ci, którzy stają się fanatykami piłkarskiego talentu swoich dzieci, zazwyczaj im szkodzą.

W 2007 roku zespół Alevin B FC Barcelony celowo dał sobie strzelić bramkę. Chwilę wcześniej Blaugrana trafiła do siatki wskutek nieporozumienia. Jeden z zawodników nie domyślił się, że piłkę trzeba oddać, bo Espanyol wybił ją na aut w celu udzielenia pomocy medycznej kontuzjowanemu zawodnikowi. Za gest, który w piłce młodzieżowej powinien być normą, posypały się nagrody fair play. Padła też propozycja, by trener 11-latków napisał książkę.

W latach 2010-14 Albert Puig był jednym z koordynatorów w La Masii. Teraz łączy pracę w Cordobie i piłkarskiej federacji Gabonu. W 2009 roku, gdy pisał książkę, był jednym z trenerów w La Masii. Projekt firmował klub, więc autorowi nikt nie odmówił kilku zdań.

Tytułowych tajemnic sukcesu nie poznamy, większość książki jest wtórna. Ale niektórzy rodzice mogą do niej zajrzeć. Wygrywać czy wychowywać? Uczestniczyć czy rywalizować. O ile o samotności Andresa Iniesty w La Masii słyszał każdy, to kilka opinii zapada w pamięć. Swoje robią też nazwiska osób, które zdołał przepytać Puig. – Piłkarz musi ufać trenerowi, a ten nie może go oszukać. (…) Wraz z pierwszym kłamstwem, traci się zawodnika bezpowrotnie – mówi Pep Guardiola.

Luis Enrique opowiada, w czym pomógł mu futsal. Wspomina, jak w Sportingu Gijon podziękowano dwóm nastolatkom – jemu i Abelardo. Jedynym w całym regionie, którzy kilkanaście lat później mieli po 50 występów w reprezentacji. – Na czym ludziom w Sportingu wtedy zależało? Żeby wychowywać piłkarzy czy żeby wygrywać mecze? – pyta Lucho.

Nie wszyscy wychowankowie Barcelony mają podobne zdanie na każdy temat. – Bardziej cenię tego, który korzysta z talentu, niż takiego, który mocno się stara – mówi znany z niechęci do biegania Charly Rexach. Carlesowi Puyolowi z kolei nikt nigdy nie powiedział, że nie dał z siebie wszystkiego. Przeciwnie, kilku trenerów poprosiło go, żeby na treningach trochę przyhamował.

Thierry Henry porównuje sport w Europie i USA, gdzie częściej zajęcia sportowe są zintegrowane z lekcjami w szkole. – Za oceanem sport jest wszędzie. W Europie wielu wystarcza godzina w tygodniu – mówi Henry. Mazinho, ojciec Thiago i Rafy Alcantary, nie uważa, że dzieci powinny słyszeć, że w sporcie najważniejsze jest uczestnictwo. – Chodzi o rywalizację – mówi. Wymagania w Barcelonie są specyficzne. Kiedy drużyna młodzieżowa Xaviego zakończyła passę 24 zwycięstw z rzędu, rozgrywający płakał w poduszkę.

Śmieciowy futbol

Futbolowa rewolucja

Tytuł: Futbolowa rewolucja. Kibice wkraczają do gry
Autor: Jim Keoghan, tłum. Janusz Zołociński
Wydawnictwo:
Ciepło/Zimno, 2016

Na każdą porywającą serce historię o Wimbledonie, który odrodził się dzięki kibicom, przypada przynajmniej jedna, gdzie kibice nie dali rady przejąć klubu i kolejna, w której objęli władze i nie dali rady go podźwignąć.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To książka dla tych, którzy chcą iść na mecz bez uczucia, że kupują bilet jak na blockbuster w multipleksie. Siedząc na trybunach nie chcą być klientem i są gotowi na zawsze pożegnać się z marzeniami o pucharach. Jeszcze w 1960 roku maksymalna stawka dla piłkarza wynosiła 20 funtów i była o 5 wyższa, niż średnia pensja robotnika. Limit zniesiono a zabawa na całego zaczęła się od powstania Premier League i kontraktu z telewizją BSkyB. W latach 1992-2002 płace piłkarzy wzrosły o 1508 proc. Płaca robotnika o 186. Równie mocno jak pensje, poszły w górę ceny biletów. Stojącego za bramką robotnika wymieniono tam na zajadającego kanapkę z krewetkami pracownika biurowego. W 1990 roku najtańsze bilety na Arsenal, czy Liverpool, kosztowały 4-5 funtów. W roku 2011 45-51. Premier League oderwała się od reszty ligowej piramidy. W latach 60. czwartoligowy mecz kosztował tylko o 1/4 mniej, niż w First Division. Teraz Premier League jest droższa o ponad 250 proc.

W 1992 na skraju bankructwa stanęło Northampton Town. Jeszcze w latach 50. kibice klubu, za pomoc w sfinansowaniu oświetlania, dostali naszywkę a jeden z nich prawo do corocznego wypicia drinka z władzami klubu. Tym razem, gdy fani Northampton wykupili klub, postanowili nim zarządzać.

Za oddolnymi i spontanicznymi akcjami stoją ludzie, którzy toną w papierach i użerają się z biurokracją. Jim Keoghan tłumaczy jak zbierano kapitał, przekonywano syndyka i radzono sobie z zarządem komisarycznym. W 2011 roku, w ustawie o decentralizacji uprawnień decyzyjnych zapisano, że lokalna społeczność może wykupić „aktywa o wartości społecznej”. Pierwszeństwo w wykupieniu sklepiku wiejskiego, pubu, czy stadionu, które zostały wpisany na listę, mają mieszkańcy.

Autor Jim Keoghan to fan Evertonu, któremu rodzice powiedzieli, że do kibiców Liverpoolu Święty Mikołaj nie przychodzi. Nie ucieka od historii, z których nie warto brać przykładu. Mamy więc osobny rozdział o ikonie ruchu AFC Wimbedon, FC United of Manchester, czy Exeter City, ale wiemy też, gdzie sprawy poszły nie tak, jak planowano. W tym gronie są takie kluby jak Notts County, najstarszy zawodowy klub na świecie, York City, Brentford FC, czy Stockport County, które po przejęciu przez kibiców utknęło w niższych ligach. Wartość wielkich klubów jest tak ogromna, że kibicom trudno myśleć o ich przejęciu. Ale próbują. W Arsenalu, którego pojedyncza akcja jest wyjątkowo droga, dzięki organizacji kibicowskiej, dzięki stowarzyszeniu kibiców, można kupić jej część.

Punk football ostatnio święci triumfy w Wielkiej Brytanii, ale ten model jest wymagany prawem w Niemczech. Keoghan opisuje, jak wymóg „50%+1” obchodzi RB Lipsk. Europejska moda dotarła także nad Wisłę. Pierwszym polskim klubem, który przedstawia się jako demokratyczny, jest AKS Zły. W tym sezonie wystawi dwie drużyny – męską i żeńską, w B-klasie i III lidze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession

Tytuł: Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession
Autor: Iain Macintosh, Kenny Millar, Neil White
Wydawnictwo:
BackPage Press, 2012

„Miałem dziewczyny, których nie kochałem tak bardzo, jak Sothend United, z którymi wygrałem Puchar UEFA (CM97/98), przyjaciół, których znałem słabiej, niż rezerwy Nottingham Forest (CM01/02). Dlaczego nigdy siedziałem przed komputerem do 3 nad ranem, żeby pisać książkę, a robiłem to wielokrotnie, gdy wprowadzałem Welling do Conference South (FM07)?” – pisze Iain Macintosh, dziennikarz „The Guardiana”. Z pytaniami, czy uzależnienie od Football Managera niszczy jego życie, trafił na kozetkę psychoanalityka (to świetne i zabawne opowiadanie można przeczytać tutaj).

Młodych ludzi, którzy kładli się do łóżka myśląc o wyczynach geniuszy piłki z „finishing”, czy „dribbling” 20, można liczyć w milionach. Cherno Samba, w grze godny następca Pelego, opowiada, że z łatką gwiazdy CM-a, żyje od dekady. – Podaję kartę w sklepie, ktoś patrzy na moje nazwisko i zaczyna opowiadać, ile trofeów razem wygraliśmy – opowiada. Takich wypowiedzi zebrano w książce kilkadziesiąt. Gareth Jelleyman ciągle słyszy co się stało, skoro w grze był wielki, a kariery nie zrobił. Pedro Moutinho dostał kontrakt w Falkirk na podstawie statystyk z CM-a.

Opowiadania z cyklu footbal fiction porwą chyba tylko fanów, ale historie graczy są o wiele bardziej uniwersalne. O swoim życiu opowiadają ci, którzy dzięki grze znaleźli pracę oraz tacy, którzy szukając dobrego lewego obrońcy do Conference, zawalili studia. Simon Furnivall kopiąc ze złości w biurko cztery razy łamał sobie palce u stóp – najgorzej było, gdy Scunthorpe, walcząc o Premier League, przestrzeliło karnego w ostatniej minucie. Do wirtualnych bohaterów gracze piszą na Facebooku albo zatrzymują ich na ulicy. Inni lecą na drugi koniec Europy, do miejsca, gdzie odnieśli największe zwycięstwa w swoim życiu. Czytamy opowieści takich, którzy zakładali garnitury, gdy siadali przed komputerem, by zagrać w finale FA Cup.

Książka to kilkadziesiąt opowiadań, setki wypowiedzi. Głos zabierają autorzy gry, w tym pierwszej wersji z lat 80. (na 20 wydawców, 1 wyraził zainteresowanie). Kolejne odsłony Championship i Football Managera, zmieniły nie tylko życie niedoszłych gwiazd, ale też rzeczywistość niektórych klubów. W ramach rywalizacji na jednym z forów, należało osiągnąć jak najlepsze wyniki walijskim Bala Town. Klubowy twitter zaczął się zapychać od pytań o taktykę. Klub z czasem zaczął wchodzić w FM-owy świat, co spowodowało wzrost sprzedaży biletów i koszulek.

O godzinach spędzonych przed monitorem opowiada nawet Jonathan Wilson, taktyczny guru. W ramach eksperymentu, próbował odwracać taktyczną piramidę. Sunderland miał grać od 1-2-7, potem 2-3-5, W-M itd. – Dzięki tej grze każdy na świecie wie, kim jest AM R/L – opowiada.

– Przy biurku w redakcji Sunday Times, na pięć osób tylko jedna nie grała i to tylko dlatego, że bała się, że wpadnie w uzależnienie. Wcześniej myślałem, że jestem sam. Moje najlepsze chwile, League Cup z Stirling Albion i pomnik przed Forthbank, przeżywałem w samotności – pisze Neil White. Mam to samo. Grę rzuciłem dekadę temu, bo była zbyt czasochłonna. Ale Ligę Mistrzów wygraną z Milwall, z Juniorem Khanye, Fredym Guarinem i Lebohangiem Mokoeną, zdarza mi się wspominać do dziś.

EURO i piłka w mieście milionerów

Stade Velodrome

To była inwazja. Mecz Polska-Ukraina oglądało w Marsylii ponad 40 tys. Polaków. Atmosfera i organizacja w porządku, choć bez wątpienia w Polsce o wiele bardziej było czuć klimat wielkiej imprezy. Ale Francuzom wielkie imprezy spowszedniały. Każde pokolenie miało swoje EURO, mundial, czy igrzyska.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Polska - Ukraina, EURO 2016

Mimo, że słynny, półprocentowy Carlsberg serwowany na stadionie za 6,5 euro, zachęcał do konsumpcji na zapas, było dość spokojnie. Co prawda grupka Polaków pobiła się między sobą, a część polskich aut wróciła z powybijanymi szybami.

Polska - Ukraina, EURO 2016

Stadion z torem kolarskim wybudowano na piłkarski mundial w 1938 roku. Stade Velodrome wielokrotnie przebudowywano, tor usunięto dopiero w 1985, gdy Olympique rządził Bernard Tapie. W związku ze słabą architekturą, w tym beznadziejną akustyką i brakiem dachu, co przy silnych wiatrach było problemem, w 2014 roku stadion został kompletnie przebudowany. Kiedy Francja organizowała wielki turniej, to rozgrywany był w na tym stadionie – mundiale w 1938 i 1998, EURO 1960, 1984 i 2016.

Polska - Ukraina, EURO 2016

Mecz marny, ale wszystkie grupy społeczne („Grubasy Łódź”, „Bezrobotni Olsztyn”), miasteczka i wioski były reprezentowane na flagach.

Nicea

Stadion w Nicei

Jedziemy dalej. Nicea. Po Allianz Arenie (Monachium) i Allianz Stadionie (Wiedeń) przyszedł czas na Allianz Rivierę. Nie wykluczam wizyty na Allianz Park (Londyn), gorzej będzie z Allianz Parque (Sao Paulo).

Nowy obiekt w Nicei stanął w 2013 roku w miejscu Stade Municipal du Ray. Grają tu piłkarze OGC Nice i rugbyści z Toulonu.

Monaco

Stadion Monaco

Statystycznie nie ma właściwie żadnych szans na to, że któreś z dzieciaków biegających po stadionie miejskim Stade Plage Marquet, tuż obok stadionu AS Monaco, zostało zawodowym piłkarzem. Ale co trzecie będzie milionerem. Bogatych ludzi więcej niż w Monaco jest tylko w kilku szwajcarskich miastach.

Piłkarze z tego kraju, niezrzeszeni w FIFA, grali ostatnio z Watykanem i reprezentacją Wyspy Man. Oczywiście głośniej jest o klubie należącym dziś do Dmitrija Rybołowlewa i Domu Grimaldich. Co ciekawe, w 1933 roku francuska federacja sama zaprosiła klub do swoich rozgrywek, co wiązało się z wprowadzeniem w Monaco piłkarskiego zawodowstwa.

Oglądając trening dzieciaków wystarczy się obrócić, by zobaczyć charakterystyczne łuki stadionu Ludwika II.

Stadion Monaco

Jeśli po wyjeździe z jednego z podziemnych rond, turysta wciąż próbuje odnaleźć się wśród jednokierunkowych ulic i wjazdów do tuneli, stadionu może nie zauważyć. W Monaco, gdzie każdy metr kwadratowy gruntu jest na wagę złota, stadion wygląda jak biura.

Monaco chce się rozwijać, choć nie ma miejsca. W najbliższych latach kolejne sześć hektarów ma zostać wydarte morzu. Koszt całej operacji – miliard euro. W dystrykcie Larvotto powstaną budynki, parki sklepy, biura i kolejna marina.

Stadion Monaco

Widok na jedną z trybun. Widziałem już na stadionie uniwersytet (Wembley) i liceum (Malmö) a nawet centrum handlowe pod murawą (Belgrad). Salon samochodowy ze stacją benzynową to jednak nowość. W podziemiach jest też parking, przy jednej z trybun hala sportowa.

Stadion Monaco

Monaco nie jest w Unii Europejskiej, jest za to w strefie EURO i de facto w strefie Schengen. Spośród blisko 37 tys. mieszkańców jedynie jedną czwartą stanowią Monegaskowie (obywatele księstwa); pozostali to imigranci, głównie z Francji i Włoch. To jeden z dwóch ostatnich w Europie krajów, obok Liechtensteinu, gdzie monarcha ma poważne uprawnienia.

Stadion Monaco

Tutaj będzie trenował Kamil Glik. Monaco ma jeden z najpiękniejszych w Europie kompleksów treningowych. Niestety, odbiłem się od bramy ośrodka w La Turbie, po francuskiej stronie granicy. Żałuję, bo widoki są niesamowite.

W kolejnym wpisie o Como, Bazylei i Frankfurcie.

Książka, którą powinien przeczytać Nawałka

Soccernomics

Tytuł: Soccernomics
Autor: Simon Kuper, Stefan Szymanski
Wydawnictwo:
Nation Books

Gdyby tę książkę przeczytał Adam Nawałka, Polska miałaby większe szanse na wygranie konkursu rzutów karnych z Portugalią. Szanse zwiększyłyby się tylko teoretycznie, ale jak wszystko w „Soccernomics”, to twierdzenie ma poparcie w liczbach.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Ignacio Palacios-Huerta w 2008 roku przesłał Avramowi Grantowi swoje przemyślenia na temat rzutów karnych. Chelsea przygotowywała się do finału Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Bask zauważył, że Van der Sar częściej, niż inni bramkarze, rzuca się w naturalną stronę strzelca (w finale 4 razy na 6 pierwszych prób). Jeśli karnego wykonuje prawonożny – rzuca się w swoją prawą stronę. Jeśli Ronaldo zatrzyma się przed karnym, na 85 proc. strzeli w prawy róg bramkarza. I najprostszy do realizacji punkt z rozpiski Baska – zwycięzca losowania nie ma nad czym myśleć – powinien wybrać możliwość strzelania karnych jako pierwszy. Losowanie wygrali United, a Rio Ferdinand, pytająco zerknął na ławkę rezerwowych. John Terry, który znał statystyki, zaoferował, że jego zespół może strzelić jako pierwszy. Ostatecznie United zaczęli konkurs jako pierwsi.

Opublikowane w 2003 roku badania Ignacia Palacios-Huerty pokazują, że na 129 konkursów rzutów karnych aż 60 proc. wygrał zespół strzelający jako pierwszy. Dowody na przewagę pierwszego strzelca są przytłaczające. W badaniach Kochera, Lenza i Suttera oraz statystykach firmy Prozone, wyniki były rozbieżne (od 53 do 75 proc.), ale za każdym razem większą szansę na wygraną mieli ci, którzy konkurs zaczynali. Robert Lewandowski na EURO 2016 dwukrotnie wygrał losowanie i dwa razy wybrał strzelanie po rywalach.

Zdaniem Bena Lyttletona, autora „Twelve yards”, książki o rzutach karnych, dodatkowa presja mogła przyczynić się do tego, że Jakub Błaszczykowski ruszył do wykonania karnego tuż po gwizdku (jak Thomas Müller z Włochami). To jeden z błędów, które świadczą o zbyt dużych nerwach. Są mniejsze, gdy karnego wykonuje się jako pierwszy w serii.

Prawd o karnych jest sporo. Tak naprawdę strzelec zależy tylko od siebie, bo jeśli uderzy dobrze – mocno, przy słupku, strzał jest nie do obrony. W związku z tym wskazane jest, żeby strzelający dużo wcześniej wiedział, gdzie strzeli. Jeśli w dniu meczu wstaje rano i wie, że uderzy w lewy róg, a na treningach trafiał w boczną siatkę 95 razy na sto, jest spokojniejszy. Róg powinien wybrać patrząc na swoje wcześniejsze karne i to tak, żeby kolejne strzały nie układały się w żaden wzór.

O rzutach karnych Simon Kuper (ma na koncie m.in. „Futbol w czasach Holokaustu”, „Football Men” i wiele rewelacyjnych artykułów, obecnie w „Financial Times”) oraz ekonomista Stefan Szymanski, napisali w „Soccernomics” ponad 20 stron, jak zawsze, żonglując cyframi i przykładami. Zgodnie z podtytułem, książka tłumaczy, dlaczego transfery są nietrafione, Hiszpania została mistrzem świata, a Anglia ciągle przegrywa. Autorzy wyjaśniają, dlaczego blondyni są droższymi piłkarzami (to nie żart), jakie jest powiązanie wydatków transferowych i wyników (spore), budżetu płac i wyników (ogromne), dlaczego gwiazdy turniejów są przepłacone a nowy manager powinien mieć zakaz robienia transferów.

Nawet historię Pucharu Europy można podzielić naukowo. Od 1956 do końca lat 60. wygrywały głównie kluby z krajów faszystowskich. 7 z 16 przegranych finalistów to kluby z faszystowskich stolic (Madryt, Lizbona, Ateny). Dalej mamy sukcesy małych miast, klubów z demoludów i tych, które w XIX wieku przeżyły boom gospodarczy. W sumie, przez 42 lata nie wygrała żadna drużyna ze stolicy demokratycznego państwa. Autorzy badali też, jak na możliwości reprezentacji wpływa bogacenie się społeczeństwa lub jego demokratyzacja. Ponad 400 stron świetnej lektury, na o wiele wyższym poziomie, niż wydane w Polsce „Futbol i statystyki”.

Życie jak dobry mecz

Tytuł: Życie jak dobry mecz
Autor: Włodzimierz Lubański, Michał Olszański
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Na „kulawiku”, piasku wymieszanym z żużlem w Sośnicy, dziś dzielnicy Gliwic, regularnie grało ok. 10 chłopaków. Czterech trafiło potem do I ligi – Joachim Marx, Krystian Hanke, Zygmunt Dudys i największa gwiazda przełomu lat 60. i 70. – Włodzimierz Lubański.

„Życie jak dobry mecz” to kolejne wspomnienia Lubańskiego. W 2008 roku wydał książkę z Przemysławem Słowińskim, wcześniej z Krzysztofem Wyrzykowskim. W wywiadzie rzece wydanym przez „Wydawnictwo Literackie”, pytania zadaje Michał Olszański, znany dziennikarz radiowej „Trójki” i prowadzący „Magazyn Ekspresu Reporterów” w TVP2. Ta książka przeszła niemalże bez echa i patrząc na jej zawartość, trudno się dziwić. Krótka, wygładzona, bez nowych faktów.

Historię Włodzimierza Lubańskiego poznajemy chronologicznie. Od Gliwic lat 60., przez wielkiego Górnika, finał PZP, reprezentację Górskiego, kontuzję, belgijskie Lokeren po piłkarską emeryturę we Francji. Najwięcej dowiedziałem się o końcówce kariery Lubańskiego. W wieku 35 lat dostał od Erwina Wilczka ofertę gry w Valenciennes. Trzy razy w tygodniu dojeżdżał na treningi ponad sto kilometrów. Efekt – 28 goli i tytuł króla strzelców w drugiej lidze francuskiej. Klub wpadł w kłopoty finansowe a w drugiej połowie sezonu na kontrakt Lubańskiego złożyli się kibice. W 1983 roku Lubański na dwa lata trafił do Quimpe. Stade Quimperois utrzymało się na zapleczu francuskiej ekstraklasy.

W telewizyjnym studiu Włodzimierz Lubański unika kontrowersji i nie używa kolokwializmów, ale w książce jego wypowiedzi chyba jeszcze poprawiono. Opowiada o „piłkarstwie”, „karierze sportowej”, „cennych nabytkach”. 75-krotny reprezentant Polski, jak to ma w zwyczaju, o nikim nie mówi źle. Opowiada co prawda, że Ernest Pohl był alkoholikiem a do Jacka Gmocha do dziś ma żal za mundial w Argentynie, ale to wszyscy wiemy. Kontrowersji, częstych ostatnio we wspomnieniach sportowców, brak. O korupcji, grając w Polsce w latach 60. i 70., Lubański nigdy nie słyszał.

Dużo miejsca, co naturalne, poświęcono kontuzji Lubańskiego w meczu z Anglią. Przez 40 lat temat przerobiono już na wszystkie strony, ale ta historia wręcz zaprasza do pisania alternatywnych historii. Co wydarzyłoby się na mistrzostwach w Niemczech, gdyby najlepszy napastnik był zdrowy? Jak potoczyłaby się kariera Lubańskiego, skoro w Lokeren jego kolano było sprawne na 70 proc.?