Miesięczne archiwum: Styczeń 2017

Miał być dekalog, wyszła kronika

Tytuł: Dekalog Nawałki
Autor: Marcin Feddek
Wydawnictwo:  SQN 2016

Marcin Feddek jako jedyny polski dziennikarz miał prawo oglądać zamknięte treningi reprezentacji Adama Nawałki. To wyjątkowy przywilej, ale miał swoją cenę. W „Dekalogu Nawałki” w reprezentacji istnieją wyłącznie postacie bez skazy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jako dziecko Feddek biegał za piłką, naśladując swojego ojca, obrońcę Polonii Bydgoszcz. Piłkarzem nie został, jak sam uważa, przez kontuzje. Koledzy żartowali, że bardziej połamany w Bydgoszczy był tylko żużlowiec Waldemar Cieślewicz. Feddek wybrał dziennikarstwo. Pisał w „Expressie Bydgoskim”, szybko trafił do TVP, potem Polsatu. Drzwi do kadry otworzyło przed nim wspólne komentowanie meczu z Adamem Nawałką. Dekadę temu dzisiejszy selekcjoner lizał rany po zwolnieniu z Jagiellonii Białystok. Pracował jako ekspert Polsatu. Taktyczne analizy Feddka przypadły mu do gustu. Kiedy objął reprezentację Polski, reporter mógł liczyć na wyjątkowe względy. Jako jedyny oglądał zamknięte treningi kadry przed spotkaniami eliminacji Euro. Był jeden warunek – o tym, co zobaczył, mógł poinformować dopiero po meczu. Swoje obserwacje wykorzystywał w materiałach o taktyce w polsatowskim „Cafe Futbol”. Za dogłębne analizy i wyłapywanie schematów rywali zbierał zasłużone pochwały. Z napisaniem książki Feddkowi poszło jednak gorzej.

Ciężko przebrnąć przez 400 stron opisów, kto do kogo podał. Drażni drewniany język. Feddek świadomy schematyzmu kolejnych rozdziałów próbował ratować się anegdotami. Niestety, znów musiał zmierzyć się z autocenzurą. Wszystkie opowieści są wygładzone. Zawodnicy mówią między sobą o „zwyżkującej dyspozycji”, na zgrupowaniach żyją jak w klasztorze, a nad wszystkim panuje trener, który przez dwa lata nie popełnił żadnego błędu. Z książki wynika, że w prywatnych rozmowach Adam Nawałka posługuje się taką samą mową-trawą jak na konferencjach prasowych. Nie wierzę.

Autor przez trzy strony potrafi opisywać treningową gierkę. Doceniam to, że z kroniki mogę dowiedzieć się, kto dwa lata temu skręcił nogę, ale brakuje szerszego spojrzenia. Dziennikarze z bliskim dostępem do zawodników, mają szansę stworzyć dzieło epokowe. O Katalończyku Martim Perarnau, który opisał pierwszy rok pracy Pepa Guardioli w Bayernie Monachium, usłyszała cała Europa. Książkę, która jest klasyką gatunku, na początku lat 70. napisał Hunter Davies. Przez rok żył jak członek drużyny Tottenhamu Hotspur. Czasem ćwiczył z zespołem, na każdy mecz jechał z drużyną, do pierwszego gwizdka siedział w szatni, a spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Po spotkaniu piłkarze opowiadali mu o swoich problemach. Jego książkę, „The Glory Game”, po ponad 40 latach od pierwszego wydania, przeczytałem z zachwytem. Spurs zdobyli w tamtym sezonie Puchar UEFA, ale Davies wygrał jeszcze więcej. Marcin Feddek odwrotnie, niż Adam Nawałka, swoje eliminacje do EURO, przegrał.

Groundhopperskie blogi, czyli kogo czytać

Plaża w Porto

Plaża w Porto

Nie wszyscy znają Stuarta Fullera, a pytanie o groundhoppingowe blogi pozostało na twitterze bez odpowiedzi. W „Czytelni” więc pierwszy raz nie o książkach sportowych, ale o blogach właśnie. Potok linków.

W Polsce turystyka stadionowa to hobby niszowe i nic nie zapowiada, żebyśmy poszli w ślady Brytyjczyków lub Niemców. W ostatnich latach najwięcej dla polskiego groundhoppingu zrobił Radosław Rzeźnikiewicz. Stronę kartofliska.pl porzucił, ale dzięki jego filmom na YouTube i aktywności na Weszło, tysiące ludzi usłyszało o jeżdżeniu na mecze – od wiosek, po inne kontynenty. A kto jeszcze po meczingu produkuje się tekstowo?

Kogo czytać w Polsce

Sprawdzam, co wpada na grupę „Turystyka stadionowa” na FB. Zaglądam też na soccertrip365.com i „Stadionowego turystę”. Na tym drugim głównie stadiony, ale gdzie można zobaczyć zdjęcia z opuszczonego stadionu Fabloku Chrzanów? Wypada czekać na blogową reaktywację Rafała z „Na piłkarskim szlaku”, który głównie facebookuje. Bez bloga, ale ze świetnym kanałem na YouTube, radzi sobie Tour de Sport. Film z meczu w Nepalu? Proszę bardzo. Tylko na YouTube działa też „Polak na stadionach”.

Europa

  • Stuart Fuller z „The Ball is Round” to mój nr 1. – Rety, jakie to dobre – wzdycham czytając wpisy prezesa Lewes FC. Podobnie jak ojciec, przez kilka dekad kibicował West Hamowi, stąd rewelacyjny wpis o prawdziwym pożegnaniu Boleyn Ground. Rzucił skomercjalizowaną piłkę i pięknie o tym opowiada. Jego opowieść, jak wygląda dzień meczowy prezesa Lewes, polecam każdemu, kto chce napocząć temat non-league football.
  • Petyer Miles z „The Itinerant Football Watcher”. Moim zdaniem europejska czołówka. Dobre teksty i zdjęcia, ciekawe kierunki.
  • Daniel i Tom z północnego Londynu, „Beautiful Game”. Jeden z autorów kibicuje Arsenalowi, drugi Tottenhamowi. Ostatnie dwie relacje to pojedynki Bridon Ropes FC – Crowborough Athletic FC oraz Tooting & Mitcham United FC – Whyteleafe FC. Chwilę wcześniej byli w portugalskim Belem.
  • „The Blansko Klobása”, w poszukiwaniu piłki, piwa i idealnej kiełbasy. Oby szybko nie znalazł, bo wciąż ma o czym pisać. Głównie Czechy. Trzyma poziom.
  • „Lost Boyos”. Walijscy bracia potrafią zachować równowagę między opowieścią, jak dojechać do North Turton w dystrykcie Blackburn with Darwen, jak smakowało piwo, co wywinął sędzia a na koniec dokładają dobre foty.
  • „The Onion Bag”. Angielska prowincja, ale jakie widoki! Są porady, jak się zachować na meczu. Standardowa rozmowa groundhopperów wygląda tak:
    – Byłeś już na Bloxwich Rangers?
    – Zrobiłem wszystkie stadiony w lidze oprócz nowego stadionu Dudley Amateurs.
    Wskazane jest noszenie koszulki amatorskiego klubu z Wysp, a jeśli z kontynentu, to tylko takiego, o którym nikt nie słyszał.
  • „Modus Hopper Random”. Polecam tabelkę przy każdym meczu. Jest rubryka „mecz w jednym zdaniu” i statystyka zwycięstw bramkarskich bluz. W liczącej blisko sto meczów bazie, autor liczy, jak często mecze wygrywają golkiperzy w bluzach w różnych kolorach (ostatnia rubryka).
  • „The 94th Minute”. Walia na dobrym poziomie.
  • „Up for the Cup!”. „Oglądanie pierwszych rund pucharów, jest jak docieranie do źródeł rzeki” pisze Paul. Woli te fazy Pucharu Anglii, których nie zawłaszczyła telewizja i milionerzy.
  • „Pie and Mushy Peas”, nie tylko za cytat z Cruyffa na tytułowej belce. Podoba mi się ten miks, który sam staram się uprawiać. Po meczu Monaco w młodzieżowej Lidze Mistrzów jedziemy na Hadley – Hertford Town w Spartan South Midlands League.
  • The Groundhopper. Północna Anglia, „w poszukiwaniu piłkarskiej duszy”.
Stadion Dynama Kiszyniów

Stadion Dynama Kiszyniów

Relacje z moich groundhopperskich wypadów do 30 krajów w tej kategorii na blogu.

Mecz w luksemburskim lesie

Mecz Progrèsu Niederkorn

– Ludzie  w Luksemburgu lubią sport, ale sukcesów nigdy nie będzie. Sama wiem, jak to wygląda w Portugalii. Jeśli wygrywasz albo wygrywa twoja drużyna, jesteś kimś. A moi synowie mówią, że może dziś pójdą na trening, może nie. Są leniwi – usłyszałem na stadionie w Hamm od Rity.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sport amatorski faktycznie jest tu masowy, ale trudno mówić o sukcesach na wielkich arenach. Na letnich igrzyskach olimpijskich Luksemburczycy zdobyli tylko dwa medale, ostatni w 1952 roku w Helsinkach. Wybiegał go Josy Barthel, dziś patron stadionu, na którym gra piłkarska reprezentacja. W ostatnich latach sukcesy odnosili kolarze – bracia Andy i Fränk Schleckowie. Ale w piłce nazwisk brakuje. Najsłynniejsi piłkarze? Dziś Mario Mutsch (Sankt Gallen, wcześniej Metz i Sion), do niedawna Jeff Strasser (Kaiserslautern i Borussia Mönchengladbach), wcześniej Louis Pilot (Standard Liège i Royal Antwerp).

Mecz Progrèsu Niederkorn

Tylko raz kwalifikacja na mundial lub EURO była dla Wielkiego Księstwa na wyciągnięcie ręki. W 1964 roku Luksemburczycy pokonali w dwumeczu Holandię. W kolejnej fazie, dopiero po trzecim spotkaniu, ulegli Danii. W 2006 roku Luksemburg w rankingu FIFA zajmował 186. miejsce. W ciągu dekady zrobił skok o blisko 50 miejsc. W ostatnich eliminacjach do mundialu zdobył 6 punktów, do EURO we Francji 4. Po towarzyskim remisie z Włochami z Pirlo, Buffonem i Verattim w składzie, Luksemburczycy podzielili się punktami z Białorusią i pokonali Macedonię. – W ciągu kilku lat liczba zawodowych piłkarzy z Luksemburga znacząco wzrośnie – zapowiadał niedawno selekcjoner Luc Holtz. – Do wszystkiego podchodzimy profesjonalnie – organizacja, treningi, wszystko robimy porządnie.

W ostatnich latach liga poszła w górę. Kluby nałapały tyle punktów w pucharach, że liga luksemburska przeskoczyła w rankingu UEFA rozgrywki w Czarnogórze, Armenii i na Litwie.Mecz Progrèsu Niederkorn

Podróż ze stolicy do Niederkorn, niedaleko granicy z Francją, zajmuje autobusem 45 minut. Na derby w najwyższej lidze przyszło 1500 osób. Progres gra z Differdange, stadiony obu klubów dzieli 5 km.

W europejskich pucharach goście radzą sobie lepiej, niż niejeden polski klub. W tej dekadzie już pięciokrotnie wygrywali choć jeden dwumecz. W tym sezonie, po wygranej z walijskim Bala Town, przegrali z Trabzonsporem, ale bez wstydu – 0:1 i 1:2. Dwa lata temu pokonali holenderski Utrecht i dopiero po karnych odpadli z Tromsø. W 2012 roku, na drodze do fazy grupowej, zatrzymało ich Paris Saint-Germain. – Nie szalejemy na punkcie piłki, ale w czasie tych meczów piłkarze byli bohaterami – opowiada mi Tomas, wzdychając po nieudanych akcjach Differdange. – Musieliśmy grać w Luksemburgu, zresztą stadion Progresu też nie nadaje się na puchary – dodaje. Oglądamy mecz z jedynej trybuny. Z trzech stron boisko otaczają wysokie drzewa, na które spływa światło reflektorów. Drugą połowę oglądam z kibicami gospodarzy. Łatwo wybrać chwilę największej chwały w historii pięciotysięcznego dziś miasteczka. W 1978 roku Progres zdobył mistrzostwo Luksemburga i w pierwszej rundzie Pucharu Europy zagrał z Realem Madryt. – Czy jest szansa na powtórkę? Od kiedy trzeba się przebijać przez kwalifikację, to pewnie nie. Ale na początku zacznijmy od siebie. Do drużyn walczących o mistrzostwo wciąż nam daleko – opowiada Marc. Ma na sobie czarno-żółtą czapkę w barwach Progresu. Kiedy jego zespół traci gola, nawet się nie denerwuje. Potrząsa tylko głową pogodzony z losem. Differdange wygrywa derby 1:0.

Mecz był słaby. Marc powoli podnosi się ze swojego krzesełka. – Czy w kraju, w którym młodzi marzą o karierze bankowca, a nie piłkarza, może być dobry futbol? – rzuca na pożegnanie.Mecz Progrèsu Niederkorn Mecz Progrèsu Niederkorn Bar Progrèsu Niederkorn  Bar Progrèsu Niederkorn Mecz Progrèsu Niederkorn Mecz Progrèsu Niederkorn

Stadion w Charleroi szybko się kurczy

Stadion Sportingu Chaleroi

W zamglonym o poranku Charleroi byłem przy okazji wizyty w Luksemburgu. Z lotniska o dość zabawnej nazwie Brussels South Charleroi, korzystałem m.in. wracając z Rumunii i jadąc do Brugii i Brukseli. Z lotniska odjeżdżają tanie autobusy Flibco. O ile korzystne ceny dotyczą przejazdu do stolicy Belgii, czy Lille, to podróż do centrum miasta nie jest tania. Z lotniska legalnie można się wydostać tylko samochodem lub autobusem. Podróż na pieszo jest niedozwolona i dość niewygodna. Bilet do centrum kosztuje 5 euro.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Lucky Luke w Charleroi

Z głównego dworca do stadionu Sportingu Charleroi można dotrzeć pieszo. Lucky Luke, którego spotkałem po drodze, to postać wymyślona przez belgijskiego rysownika Maurice’a De Bevere, lepiej znanego jako Morris.

Royal Charleroi Sporting Club (RCSC) powstał w 1904 roku. Sukcesy nie są imponujące – wicemistrzostwo, dwa finały pucharu.

Stadion Sportingu Chaleroi

Stadion wybudowano w 1939. Nazwa – Mambourg – nawiązywała do pobliskiej kopalni. Przy ostatniej przebudowie, na EURO 2000, nazwę zmieniono. Stade du Pays de Charleroi mógł pomieścić wtedy 30 tys. kibiców. Część trybun rozebrano już po EURO. Kolejne sektory demontowano w ostatnich latach. Dziś pojemność wynosi tylko 17 tys.
Stadion Sportingu Chaleroi

Piłkarze Sportingu, którzy grają w strojach w biało-czarne pasy, są znani, jako Zebry.

Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi  Stadion Sportingu Chaleroi

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Mała Portugalia w Luksemburgu

Mecz Hamm Benfica

Siadam na trybunie stadionu Benfiki. Obok hałasują bębny i powiewają flagi. Na czerwonych koszulkach piłkarzy widnieje charakterystyczny herb ze złotym orłem. – Força Benfica! – krzyczą po portugalsku kibice. O tym, że od Lizbony dzielą nas dwa tysiące kilometrów, przypomina przenikliwe zimno i zapach smażonych frytek, które je się tutaj z majonezem.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Mecz Hamm Benfica

Samoloty do Portugalii odlatują codziennie. Startujące maszyny widać za jedną z bramek. Do jedynego w Luksemburgu lotniska jest stąd 7 kilometrów. – Lecąc do domu widzisz boisko naszej Benfiki. Z lotniska w Lizbonie na Estádio da Luz też jest blisko – uśmiecha się Daniel. Rozmawiamy w Hamm, dzielnicy miasta Luksemburg.

W całym Wielkim Księstwie Portugalczycy stanowią 16% mieszkańców. Na początku lat 60. było ich tu niewielu. Stopniowo zaczęli zajmować miejsce Włochów, którzy wracali do swojego kraju. Z pracą nie było problemów. Rodowici Luksemburczycy znajdowali zatrudnienie w rosnącym sektorze bankowym. Kraj potrzebował robotników. Część Portugalczyków wybrała emigrację po przykręceniu śruby przez rządzącego krajem Antonio Salazara, twórcy tzw. „Nowego Państwa”. – W kraju panowała militarna gorączka, wybuchały studenckie protesty. Ludzie zaczęli emigrować – tłumaczy mi Daniel. Napływ emigrantów z Portugalii zmalał w latach 90. Dziś 82 tys. osób mieszkających w Luksemburgu mają portugalski paszport. Niemal tyle samo, co w 150 razy większych Niemczech. Portugalczycy pozakładali tu rodziny i małe biznesy. Potem przyszedł czas na kluby piłkarskie.

Mecz Hamm Benfica

W Benfice gra tylko trzech Portugalczyków. Drużyna to mieszanka – Luksemburczycy, Niemcy, Amerykanin, Kabowerdyjczyk i Grek. Dowodzi grający trener, Niemiec Dino Toppmöller. Dekadę temu grał w Eintrachcie Frankfurt i Erzgebirge Aue. Bohaterem meczu z Mondorfem zostaje jego rodak Patrick Stumpf. W ostatnim kwadransie strzela trzy gole, ostatniego w 93. minucie. Przegrywająca do 78. minuty Benfica, wygrywa mecz 3:1. Następnego dnia szukam relacji z meczu w prasie. W kiosku można kupić gazety sportowe z Portugalii – „Record” i „A Bolę”. Suchy wynik znajduję w lokalnym dzienniku. Główny temat na stronie dotyczy problemów Jose Mourinho.

Hamm Benfica powstała w 2004 roku, gdy połączono istniejący od 1937 roku FC Hamm i FC RM 86 Luxembourg. Po dwóch latach nowy klub awansował do luksemburskiej ekstraklasy. Trzy lata po Benfice, także dzięki fuzji, powstał SC Steinfort. Gra na drugim poziomie ligowym. Wszystko o klubie mówi pełna nazwa – Sporting Steinfort and Sporting Club Lissabon Luxemburg. Barwy zielono-białe, herb niemal identyczny, jak klubu z Lizbony. Różni się tylko napisem, resztę zostawiono nietkniętą. W niższych ligach gra jeszcze ASL Porto. Barwy i herb równie mało oryginalne, jak u Benfiki i Sportingu. – Czy przez to czujemy się bliżej domu? Tak, choć wszyscy wiedzą, że jeśli chce się zobaczyć dobry mecz, to trzeba wsiąść w samolot – śmieje się Paolo. Głównym sponsorem Benfiki klubu jest Casa de Benfica, czyli portugalska restauracja. – W końcu mamy swoje miejsce spotkań. Jest sporo telewizorów, razem oglądamy mecze Benfiki, tej z Portugalii. Owoce morza i mięsa z grilla mamy tak dobre, jak w domu – opowiada.

Mecz Hamm Benfica

Choć mieszkańcy mówią w kilku językach, to witają się zazwyczaj słowem „Moien”, po luksembursku. – Nie mówię tego dlatego, że tu mieszkam, ale szkoły w księstwie należą do najlepszych na świecie. Dzieci imigrantów, jak moje, znają pięć języków. Luksemburskiego, francuskiego i niemieckiego używa się w szkole na co dzień. Do tego dochodzi angielski i język rodziców, czyli w naszym przypadku portugalski – tłumaczy mi Rita, którą poznałem na stadionie. Czy w takim razie jej dzieci łatwo znajdą pracę? – Poza Luksemburgiem pewnie tak. Ale tutaj trzy języki zna większość, pięć to też nic niezwykłego – tłumaczy.

Kolejne wpisy z Luksemburga wkrótce.

Mecz Hamm Benfica   Mecz Hamm Benfica  Mecz Hamm Benfica Mecz Hamm Benfica Mecz Hamm Benfica Mecz Hamm Benfica   Herb Hamm Benfica

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Największy stadion świata. Dla Hitlera

Deutsches Stadion Norymberga

Kamień węgielny osobiście wmurował Adolf Hitler. Stadion w Norymberdze miał być największym obiektem sportowym w historii. Planowana pojemność – 400 tysięcy osób.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Norymbergę odwiedziłem w drodze do Monachium (na blogu pisałem o Stadionie Olimpijskim oraz kompleksach treningowych Bayernu i TSV 1860). Deutsches Stadion budowano jako element ogromnego terenu zjazdów NSDAP. To rzut kamieniem od stadionu 2. Bundesligi. Frankenstadion wybudowano w 1928 roku. Szybko zaczął służyć Hitlerjugend. Piłkarze 1. FC Nürnberg grają na nim od 1963 roku.

Plac Maxa Morlocka

Plac Maxa Morlocka, mistrza świata z 1954 roku (472 mecze dla Norymbergi, 294 gole) i wejście do klubowego sklepu przyklejonego do stadionu. Wystarczy się obrócić, żeby zobaczyć Zeppelinfeld, gdzie na monumentalnej trybunie Hitler miał odbierać parady. Po wojnie zniszczono górującą nad terenem swastykę. Plac i trybuny wykorzystywano do meczów różnych dyscyplin oraz jako część toru wyścigowego. Odbywały się tu także koncerty.

Zeppelinfeld od strony stadionu Norymbergi.

Do miejsca, gdzie miał powstać największy stadion na świecie, idzie się stąd 20 minut. Projekt wyszedł spod ołówka Alberta Speera. Był inspirowany był antycznym Stadionem Panateńskim, który mnie też zachwycił. Pod Norymbergą miały być rozgrywane wszystkie igrzyska olimpijskie, już w formacie zawodów pangermańskich, tylko dla Aryjczyków. Ich skala miała przyćmić wszystko, co do tej pory widziano w świecie sportu.

Deutsches Stadion Norymberga

Projekt Deutches Stadion, źródło.

Zewnętrzna fasada miała mieć 90 metrów wysokości. Na górne kondygnacje widzowie wjeżdżaliby ogromnymi windami. Żeby sprawdzić, czy architektoniczne założenia dadzą dobry efekt, 40 km od Norymbergi, niedaleko wioski Achtel, zbudowano testową trybunę na 40 tys. osób. Po akceptacji Hitlera prace nad Deutsches Stadion kontynuowano. Koszty budowy były gigantyczne, ale Hitler uznał, że przy planowanym wysiłku wojennym III Rzeszy kwota wcale nie robi wrażenia, a stadion na 400 tysięcy osób będzie wieczny.

Albert Speer uznał, że owalny kształt nowego obiektu to zły pomysł. Uważał, że powoduje psychiczny dyskomfort u widzów. Zdecydował się na kształt podkowy. W centralnym miejscu miał stanąć hellenistyczny ołtarz pangermański. Badano pole magnetyczne, stadion z 12 kolumnami miał być połączony z norymberską starówką 12 drogami. Ostatecznie wojna przerwała budowę krótko po jej rozpoczęciu. Z fundamentów właściwie nic nie zostało. Pozostało mi uwiecznić pełen biegaczy urokliwy park oraz jezioro.

Deutsches Stadion Norymberga

Teren, gdzie miał stanąć Deutches Stadion.

Deutsches Stadion Norymberga

Kongresshalle, największy zachowany budynek z okresu narodowego socjalizmu.

Zaplanowany przez nazistów kompleks składał m.in. się z pola, na którym odbywały się zjazdy NDSAP, hali kongresowej, placu dla parad Wehrmachtu i dwóch stadionów (giganta na 400 tys. osób i tego, na którym dziś grają piłkarze drużyny 2. Bundesligi). Całość zajmowała powierzchnię 11 km kw.

Deutsches Stadion Norymberga

Teren, gdzie miał stanąć Deutches Stadion.

Innym pomysłem Alberta Speera była Volskshalle. Gigantyczna hala na 180 tysięcy osób, miała być jednym z głównym punktów Planu Germania, monumentalnej przebudowy Berlina. W procesie norymberskim Speer został skazany na 20 lat więzienia. Przyznał się do organizacji deportacji robotników przymusowych do Niemiec. Próbował się wybielić tłumacząc, że nic nie wiedział o hitlerowskich obozach śmierci. Historycy nie dają mu wiary. Wyszedł z więzienia w 1966 roku, zmarł 15 lat później.

Największy dziś europejski stadion, Camp Nou, w światowym rankingu pojemności jest w drugiej dziesiątce. Najwięcej osób może wejść na Stadion im. 1 Maja w Pjongjangu. Za nim znajduje się osiem amerykańskich stutysięczników, na których grają futboliści. Camp Nou wyprzedza jeszcze obiekt w Melbourn (krykiet i futbol australijski). 220 tysięcy osób mogło się zmieścić na praskim Strahovie, który też odwiedziłem.

Frankenstadion, dziś Grundig-Stadion

Frankenstadion, dziś Grundig-Stadion, obiekt 1. FC Nürnberg.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Piłkarski album bez piłki

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Tytuł: Going to the MatchGoing to the Match
Autor: Przemek Niciejewski, wstęp Jonathan Wilson (tłum. Michał Okoński)
Wydawnictwo: Magnus 2016

Wszystko jest w tym albumie na odwrót. Inaczej, niż w produkcjach, które mają się sprzedać. Nie ma zdjęć gwiazd, brakuje choćby jednego piłkarza fetującego zdobytą bramkę. Boisko zazwyczaj w ogóle nie mieści się w kadrze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Rynek książek sportowych w ostatnich latach powiększył się kilkakrotnie. W księgarniach pojawiają się nie tylko biografie (Neymar ma ich w Polsce już kilka), ale książki ambitne, także takie, które mają zachwycać nie tylko formą, ale i treścią. Jednak podobnego albumu dotąd nie było. Dwieście starannie przygotowanych stron z urzekającymi zdjęciami z Niemiec, Anglii, Szkocji, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Czech, Węgier i Norwegii.

Kiedy Przemek Niciejewski podczas finału Ligi Mistrzów stoi za bramką, jest jedynym fotografem, który obiektyw kieruje na trybuny. Mecz nie jest dla niego najważniejszy. Większości bramek nie widzi. Z wyjazdu do Barcelony w albumie zmieścił dwa kadry – widok z Camp Nou na miasto i scenę z metra. Sam mówi, że robiąc zdjęcia szuka odpowiedzi, dlaczego kibic poszedł na stadion.

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Zdjęcia do albumu zbierał latami. Pamiętam jego wpisy na twitterze po powrocie z meczu Uranii Ruda Śląska. Obaj bylismy zachwyceni. Takich stadionów jest coraz mniej. Na nowych, bardziej przypominających centra handlowe, brakuje duszy. Według Niciejewskiego od pełnej komercjalizacji futbolu nie ma odwrotu. Piłka już nie wróci do swoich korzeni i będzie się stawała coraz bardzie skomercjalizowaną rozrywką dla coraz bogatszych. Chyba, że coraz więcej zacznie patrzeć na futbol tak, jak autor „Going to the Match”

Przemek Niciejewski. Oldham
Fot. Przemek Niciejewski.

Więcej zdjęć na twitterze i Facebooku Przemka Niciejewskiego.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście

Tytuł: Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście
Autor: Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski
Wydawnictwo:
Agora 2016

Autorzy, dziennikarze śląskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, wcześniej nie pisali o górach. Cała ich wiedza sprowadzała się do dwóch zdań o Koronie Himalajów i wyścigu z Messnerem. Osiągnięcia himalaistów śledziła wtedy cała Polska. Włoch pierwszy zdobył 14 ośmiotysięczników, ale Polakowi zajęło to mniej czasy, szczyty atakował nowymi drogami, bez tlenu i zimą.

Czyta się dobrze, bo nie jest to sztywna biografia. Wszystko zgodnie ze sztuką – nie brakuje anegdot i szczegółów. Autorzy nie gloryfikują bohatera, który myślał głównie o swoim sukcesie. Tło jest szerokie. Do myślenia dają opisy, jak Polacy zdobywali sprzęt. Przydawały się zarówno gogle spawalnicze, jak i sprzęt, który podczas wspinaczki wyrzuciły ekipy z Zachodu. Żeby zarobić na wyprawę, himalaiści malowali kominy, przemycali zegarki w puszkach po zupie, wywozili z kraju kryształy.

Wśród indywidualistów, którzy by odnieść sukces, ryzykują życie, mnożą się napięcia. Sporo w książce analiz, co wydarzyło się między uczestnikami ekstremalnych wypraw, już na „strefie śmierci”, powyżej 8000 m n.p.m. Czy ten, który przeżył, zrobił wszystko co mógł, by uratować partnera? Ale jak to ocenić, skoro na tej wysokości ludzki mózg nie pracuje racjonalnie? Dylematów tu sporo, bo wyprawy mierzącego w najtrudniejsze wyzwania Kukuczki usłane były tragediami.

W wieku 23 lat Kukuczka po raz pierwszy stracił w górach swego przyjaciela. 17 lat później odpadł od południowej ściany Lhotse.