Miesięczne archiwum: Kwiecień 2017

Ten człowiek wymyślił ligowy futbol

Pomnik William McGregor

Tesco zrobiło tego dnia większy obrót, niż zwykle. To ostatni duży sklep przed wejściem na stadion. Kibice w bordowych szalikach z piwem w ręku wylewają się na ulicę. W drodze na Villa Park mijam billboardy ze słynnymi zawodnikami. Chris Nicholl wspomina swój pierwszy kontrakt z klubem, któremu kibicował jego ojciec a Dennis Mortimer opowiada co czuł, gdy wznosił Puchar Europy w 1982 roku.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Z kolejnego plakatu uśmiecha się Tom Hanks z szalikiem Aston Villi w dłoniach. Ta historia zaczęła się od żartu. Amerykański gwiazdor kilkanaście lat temu powiedział w jednym z wywiadów, że chciałby, by Aston Villi wiodło się jak najlepiej. O futbolu nie ma pojęcia.- To ze względu na tę wyjątkową nazwę. Brzmi jak nazwa jakiegoś spa – śmiał się. Przy okazji kolejnych wywiadów pytano go o to wielokrotnie. – Aston Villa brzmiało jak miejsce, gdzie chciałbyś pojechać na wakacje. Choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to w Birmingham – żartował. Kiedy pojawił się na jednym z meczów podczas sparingu w USA, budził większe zainteresowanie, niż piłkarze. – Moje życie nie będzie pełne, dopóki nie zobaczę Villa Park – mówi cytat na plakacie. Najwyraźniej Tom Hanks jeszcze nie znalazł czasu, żeby spełnić swoje marzenie i nie usiadł na trybunach Villa Park. Ja to przeżycie mam już za sobą.

Droga na mecz Aston Villi

Przed brytyjskimi stadionami stoi w sumie ponad 50 piłkarskich pomników. Zazwyczaj na monument z brązu zasługują najwięksi strzelcy, kapitanowie lub trenerzy. Przed Villa Park stoi pomnik człowieka, który nigdy nie kopnął piłki. Dla piłkarzy swojego klubu organizował spotkania o życiu w trzeźwości. Szkocki biznesmen William McGregor do historii futbolu przeszedł wysyłając list.

Do Birmingham ściągnął go brat. W niedalekim Aston razem sprzedawali tekstylia. W latach 70. XIX wieku to był dochodowy interes. Interes szedł dobrze, można było zająć się hobby. W soboty jego sklep był zamknięty. William McGregor włączył się w życie Aston Villi, pomagał w organizacji meczów. Klub miał dopiero trzy lata, ale szedł w górę. Krótko później, już z McGregorem na czele klubu, Aston Villa zdobyła Puchar Anglii.

W tym lokalu w Londynie ustalono zasady piłki nożnej.

W 1885 McGregor przeforsował w FA zgodę na profesjonalizację futbolu. Zawodnikom w końcu wolno było oficjalnie płacić. Ale tylko tym, którzy urodzili się lub przez dwa lata mieszkali w promieniu sześciu mil od stadionu. Piłkarze pensje dostawali regularnie, ale z organizacją meczów był kłopot. Wszystkie drużyny grały o niezliczone puchary, walczyły o charytatywne trofea i zapełniały kalendarze meczami towarzyskimi. Meczów ciągle było za dużo lub za mało. Doborem przeciwników rządził przypadek – w Pucharze Anglii Preston North End zmiażdżyło rywala 26:0. Ciągłym problemem było odwoływanie meczów. W lutym 1888 roku rywale Aston Villi odwołali pięć sobotnich meczów z rzędu. Większość kibiców, zamiast na mecz, szła do pubu. McGregor wolał zostać w klubowych biurach. Alkoholu nie brał do ust, był członkiem ruchu abstynenckiego. Zamiast przy barze, usiadł przy biurku. I napisał list.

Pomnik William McGregor

„Uprzejmie proszę o rozważenie następującego pomysłu, który pozwoli przezwyciężyć obecne trudności: 10-12 najlepszych angielskich drużyn stworzy rozgrywki systemem mecz i rewanż. (…) Byłbym wdzięczny, gdyście przemyśleli ten pomysł i przesłali mi swoje sugestie. Zwracam się do Blackburn Rovers, Bolton Wanderers, Preston North End, West Bromwich Albion i Aston Villi oraz wszystkich zainteresowanych.

P.S. Czy odpowiada wam spotkanie w piątek, 23 marca 1888 roku w hotelu Anderton w Londynie?”

Do stolicy przyjechali przedstawiciele 10 klubów. Te z południa odmówiły.

Na kolejnym spotkaniu ustalono nazwę: Football League. Inna propozycja, English League, wykluczałaby kluby ze Szkocji, a organizatorzy liczyli, że zespoły z północy z czasem dadzą się przekonać. Odrzucono zgłoszenie z Sunderlandu, bo dla klubów ze środkowej Anglii podróż do miasta nad Morzem Północnym wydawała się zbyt kosztowna.

McGregor wcześniej podpatrywał bejsbolową ligę w USA i angielskie rozgrywki krykieta. Szybko ustalono zasady – dwa punkty za wygraną, jeden za remis. Liga ruszyła we wrześniu i okazała się sukcesem. Po roku powstały konkurencyjne rozgrywki – Football Alliance. Wygrywały je Sheffield Wednesday, Stoke i Nottingham Forest. Po trzech sezonach najlepsze zespoły Football Alliance trafiły do Football League, teraz pod nazwą Football League First Division. Pozostałe dołączyły do drugiej ligi.

Dzięki pomysłowi Szkota piłka stała się biznesem. W ciągu trzech lat dochody Aston Villi wzrosły sześciokrotnie. On sam też wykorzystał sukces. Stał na czele rozgrywek oraz angielskiej federacji. Stał się znany, na łamach Birmingham Gazette pisał, które piłki i buty najlepiej nadają się do gry. Nie robił tego za darmo.

– Gdyby nie Aston Villa, nie wiadomo, jak teraz wyglądałaby piłka – mówili podczas odsłonięcia pomnika kibice. Pokryli połowę kosztów pomnika, resztę dołożył klub.

Dla Anglików McGregor to postać wybitna. – Jest w trójce najważniejszych osób dla rozwoju futbolu. Pozostali to Ebenezer Cob Morley, ojciec piłki nożnej oraz Charles Alcock, który stworzył FA Cup i mecze międzynarodowe – przekonywał historyk Peter Lupson. – Ludzie zapomnieli o McGregorze, tak jak zapomnieli o innych pionierach. Wszyscy są tak zajęci teraźniejszością, że brakuje odpowiedniej perspektywy.

Droga na stadion Aston Villi  Droga na stadion Aston Villi

Mecz Aston Villi

Tylko o tym, co tu i teraz na pewno myślą fani Aston Villi i West Bromwich Albion. Wyzwiska zaczęły się na długo przed meczem. Główna rywalizacja w mieście to Second City derby – Aston Villa przeciwko Birmingham City. Ale mecz Villi i WBA to też derby, oba stadiony dzieli 12 mil.

Siadam na North Stand Upper. Na przeciwległej trybunie dużych rozmiarów napis „Football league została założona przez Villę i wygrana przez Villę. 1874 był dla futbolu wspaniały”. Siedzący rząd wyżej Philip, cieszy się, że na mecz jego klubu przyjechałem specjalnie z Polski. Tłumaczę, że oglądam stadiony finalistów Pucharu Europy i Ligi Mistrzów. – Mój znajomy „zrobił 92” – mówi jakby z dumą. Angielscy groundhopperzy za cel często stawiają sobie zobaczenie meczów na stadionach Football League i Premier League. Razem to 92, ale zazwyczaj wychodzi więcej, bo w trakcie zaliczania meczów zmieniają się zespoły na najniższym poziomie, czyli w League Two. Klub może też zmienić stadion, ale w Anglii to się rzadko zdarza. Villa gra w tym samym miejscu od 118 lat.

Mecz Aston VilliStadion Aston Villi

W 1981 roku Aston Villa wygrała pierwsze mistrzostwo od 71 lat. Drużyna zdobyła tytuł grając 14 piłkarzami. Kilka miesięcy później, w lutym 1982 zespół zajmował 19. miejsce w tabeli. Przechodził przez kolejne rundy Pucharu Europy Europy i w maju podczas finału na De Kuip pokonał Bayern. Stadion Aston Villi Trybuna stadionu Aston Villi Villa Park    Mecz Aston Villi  Mecz Aston Villi

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Od górniczej wioski do piłkarskiej hegemonii

Tytuł: Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol
Autor: Jimmy Burns, tłum. Antoni Bohdanowicz, Bartosz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2017

Nie da się wytłumaczyć rywalizacji FC Barcelony i Realu Madryt bez politycznego tła. Jimmy Burns poszedł dalej – całą historię hiszpańskiej piłki opisał przez historię Hiszpanii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jimmy Burns nie jest dziennikarzem sportowym. Na kilku uczelniach kończył studia związane z ekonomią, naukami politycznymi oraz Ameryką Łacińską. Pracował jako korespondent Financial Times w Portugalii, potem trafił do Argentyny. Pierwszą książkę napisał o wojnie o Falklandy. Zdobył uznanie, ale prawdziwym hitem była „Ręka Boga”, biografia Diego Maradony. W Polsce wydano również jego książkę o FC Barcelonie. Patrząc na tematy jego ostatnich artykułów, sport w jego zawodowym życiu to tylko dodatek. Ostatnia książka Burnsa to portret papieża Franciszka.

Czytelnik, który ma za sobą choćby książkę Burnsa o Barcelonie, czy Alfredo Relaño (te dwie wydano w Polsce), historie Pepa Samitiera, czy Di Stefano, już zna.  Burns napisał dobrą książkę, ale lepiej przemiany w Hiszpanii przez pryzmat futbolu wyjaśnił Sid Lowe. W „Fear and Loathing in La Liga” Brytyjczyk, skupiając się na dwóch klubach wykorzystał ciekawsze opowieści. U Burnsa czuć chwilami niewykorzystany potencjał. Dobrze zaczął, szukając korzeni hiszpańskiej piłki wśród nieistniejących osad górniczych. Wciągają też fragmenty o Kraju Basków. Potem można natrafić na mielizny.

Dla tych, którzy temat La Liga dopiero napoczynają, interesujący może być sposób, w jaki Burns przedstawił postać Francisco Franco. Dyktator, który rządził Hiszpanią przez cztery dekady, patrzył na futbol jak na narzędzie. Biedny i izolowany politycznie kraj, zaczął być szanowany dzięki europejskim triumfom Realu Madryt. Ile w tym zasług generalissmusa, to obiekt sporów.

Promując polskie wydanie „Piłkarskiej furii”, Anglik przyjechał do Warszawy. Swoje wrażenia zebrał w ciekawym wpisie na blogu. Polskę chwali, ale dostrzega fatalną architekturę mieszkańców i zaciekły nacjonalizm jej mieszkańców. Opowieść o dwudniowej wizycie spuentował porównaniem Okęcia do lotniska w Funchal na Maderze. Jego patronem ma zostać Cristiano Ronaldo. – Z tego co wiem, nikt nie zaproponował, żeby warszawskie lotnisko było portem imienia Roberta Lewandowskiego. – Dzięku Bogu, polska kultura jest poważniejsza. – W porównaniu do nokturnów Chopina, nawet najlepszy występ Ronaldo jest efemerydą.

Tytuł: Rozmowy nieoczywiste
Autor: Tomasz Malinowski
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Adam Marszałek, 2016

23 rozmowy w książce Tomasza Malinowskiego są bardzo nierówne. Można się poczuć jak na huśtawce, bo na zmianę mamy wywiady Tomasza Jachimka i Gustawa Holoubka, a po rozmowie z Jerzym Pilchem przeskakujemy do cytatów Maryli Rodowicz.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zahaczające o futbol rozmowy przez ostatnią dekadę pojawiały się na łamach „Gazety Pomorskiej”, w której Malinowski pisze od blisko 30 lat. Na rozmowę z Normanem Daviesem czekał dwa lata. Stryj brytyjskiego historyka zginął na pokładzie samolotu, który rozbił się w Monachium w 1958 roku. Donny Davies, dziennikarz „Manchester Guardian” poleciał razem z Manchesterem United na mecz do Belgradu. Był najstarszą ofiarą katastrofy. – Potrafił napisać relację z meczu takim samym językiem, co recenzję ze spektaklu teatralnego czy opery – opowiada Norman Davies.

Dużo w tej książek wspominek i narzekań, że kiedyś piłka była sportem o wiele ciekawszym. Niektórzy rozmówcy Tomasza Malinowskiego meczów już nie oglądają, ich oceny są płytkie i nieciekawe. Książkę czyta się krócej, niż świąteczne wydanie tygodnika. Rozmowy, które nie wyleciały mi od razu z głowy to zdecydowana mniejszość.

Nie wiedziałem o piłkarskich fascynacjach Jerzego Hausnera, kibica Odry Opole. Sam grał w juniorach aż do rozpoczęcia studiów. Potem zorganizował drużynę AZS-u, w której grał mając już ponad 35 lat.

Dla Gustawa Holoubka mówienie o teatralnym zachowaniu piłkarza to pogarda dla zawodu aktora. Zenon Laskowik wspomina mecz, w którym poczuł, że jest oszukiwany. Do Poznania przyjechał bydgoski Zawisza. Do przerwy prowadził 0:2. – Wtedy usłyszeliśmy komunikat spikera. „Prezes Zawiszy proszony jest pilnie do szatni”. W drugiej połowie goście nie istnieli na boisku. „Kolejorz” wygrał 4:2. Cudownie, moja drużyna wygrała, ale czułem się w tym momencie wykiwany – opowiada Laskowik.

W 1000 dni od Pucharu Polski do ósmej ligi

W Potulicach mieszka 1400 osób. W niedzielę byli w swojej wsi mniejszością. Większość stanowili kibice Zawiszy, którzy przyjechali na domowy mecz swojego zespołu. Z dwóch drużyn – Zawiszy i Wisły Fordon, tylko ta druga gra w Bydgoszczy.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wszystko, co ważne, w Potulicach jest skupione na kilkuset metrach. Przy skrzyżowaniu ul. Leśnej z Bydgoską, stoi więzienie. Po drugiej stronie szosy znajduje się boisko Dębu. Tuż obok centrum wiejskiego życia. W jednym budynku Dom Strażaka, Wiejski Dom Kultury i poczta. Kawałek dalej rośnie drzewo, od którego swoją nazwę ma B-klasowy klub. Ogromny, rozłożysty dąb im. Władysława Szafera ma ok. 900 lat.

Potulice, oddalone o 25 km Bydgoszczy, słyną głównie z więzienia. Ale w niedzielę atrakcją był mecz na szczycie B-klasy. Kibice jechali samochodami, busami, na motocyklach i rowerach. W sumie 1500 osób. Po drodze mijali patrole policji, stadninę koni, święte figurki, zjazd na Niedolę i kolejnych funkcjonariuszy. Oprócz filmowania racowiska policjanci nie mieli wiele do roboty. Atmosfera była pozytywna. Pojedyncze wulgaryzmy z trybun były odbierane z niezadowoleniem.

Samochody na bydgoskich rejestracjach zajęły wszystkie wolne miejsca przy głównej szosie obok zakładu karnego oraz na polu pod lasem. Kolejek w miejscowym sklepie nie dało się rozładować inaczej, niż wpuszczając do środka po kilka osób. Dla wygody skrzynki z Harnasiem ustawiono tuż przy kasie. Przy wejściu na stadion Dębu sprzedawano koszulki i bluzy Zawiszy (zeszły prawie wszystkie) i zbierano podpisy pod petycją ws. budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych (300 autografów), kawałek dalej ustawiła się kolejka po kiełbasę z grilla (poszło ponad 200). – Jak na B-klasę to jest odlot. Wydarzenie na całą Polskę – ekscytowali się niektórzy. Większość była zadowolona, że choć mecz jest w Potulicach, to „w końcu czujemy się jak u siebie”. Inni narzekali, że ósma liga to upadek i na to, co się dzieje na boisku, nie idzie patrzeć.

Od pucharu do B-klasy

Od momentu, gdy Zawisza świętował największe triumfy w swojej historii i zdobywał Puchar i Superpuchar Polski (2014 rok), minęło ok. 1000 dni. W tym czasie klub zdążył spaść z ekstraklasy (2015) i zaliczyć nieudaną walkę o awans (2016). Rok temu Radosław Osuch sprzedał klub i zniknął. Znajomy, który kupił od niego spółkę, nie był zainteresowany prowadzeniem jej działalności. WKS Zawisza Bydgoszcz S.A. nie wystawił drużyny w żadnej klasie rozgrywkowej. Drużyna prowadzona przez Stowarzyszenie Piłkarskie zaczęła rozgrywki w B-klasie, na najniższym możliwym poziomie.

„Marsz, marsz, marsz, do boju marsz” – ryknęli od pierwszej minuty kibice. Potem był już repertuar znany z meczów przy Gdańskiej – „Nie ma, że boli, Zawisza to klub kiboli” i „To my, kibole Zawiszy!”. Drużyna gra w Potulicach, bo żaden z zarządców bydgoskich obiektów nie zgodził się na przyjęcie zespołu. Wszyscy tłumaczą się brakiem miejsca i remontami a CWZS Zawisza, który zarządza bazą przy ul. Gdańskiej, sporami sądowymi. Chodzi o prawa do herbu i nazwy. Po serii konfliktów SP zostało wykluczone z CWZS.

Sprawą boiska dla Zawiszy zajęli się nawet bydgoscy radni. Nic nie wskórali. – Nie chodzi o dzieci w tej sprawie, tylko powrót kiboli na stadion. A kibole na stadionie to jawne łamanie prawa, zasłanianie twarzy, wandalizm, groźby i zastraszanie – mówił na konferencji prasowej prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski. A przed sobą na stole położył duży kamień. Jeden z czterech, którymi obrzucono okna w jego domu. Zastraszeni czują się też szefowie CWZS.

„Zawisza nigdy nie zginie”

W niedzielę, przy płocie obok linii bocznej stanęli działacze, którzy prowadzili Stowarzyszenie Piłkarskie kilka lat temu – Bogdan Pultyn, Marcin Jałocha i Tomasz Rega. Obecny prezes SP, Krzysztof Bess, z nerwami w pierwszym wiosennym meczu radził sobie wspomagając się papierosem i kawą. Kawałek dalej stanął Marcin Łukaszewski, kapitan Zawiszy z ostatniego sezonu w II lidze. – Tylko bez trzody, żeby nie było żadnej patologii, pamiętajcie – przypominali kibice w młynie. W tłumie siedzieli mężczyźni, kobiety i dzieci. Większość w koszulkach z napisami typu „Zawisza nigdy nie zginie”. W pierwszej połowie, po zapaleniu rac i rzuceniu serpentyn, mecz na dwie minuty przerwano.

Mimo, że Zawisza jest w B-klasie krezusem i może sobie pozwolić nawet na obóz przygotowawczy, piłkarze grali słabo. W pierwszej połowie gola strzelił Wojciech Ruczyński. Zawisza nie dominował nawet, gdy po czerwonej kartce dla Kacpra Sapy grał w przewadze. Dwie kolejne bramki bydgoszczanie strzelili w doliczonym czasie gry. Trafiali – Patryk Bereza z karnego i Tomasz Widomski – lobując bramkarza Wisły, najmniejszego piłkarza na boisku.

Po wygranym 3:0 meczu z głównym kandydatem do awansu, piłkarze stanęli za banerem „Zawisza nigdy nie zginie” i świętowali z kibicami.