Miesięczne archiwum: Maj 2018

W Kazaniu patrząc w oczy Ronaldo

Tytuł: Najważniejszy mecz Kremla
Autor: Roman Imielski, Radosław Leniarski
Wydawnictwo: Agora 2018

Jak na polską książkę o mundialu pomysł jest wywrotowy. Robert Lewandowski tu nie istnieje. Zamiast polecieć do Monachium, Roman Imielski i Radosław Leniarski pojechali pociągiem do Sarańska. Zamiast krążyć wokół Alianz Areny, spacerowali wokół Kurhanu Mamaja w Wołgogradzie. Trening Bayernu zamienili na oglądanie łagru. Nie ma w tej książce Adama Nawałki, jest za to syn Stalina.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Plan był prosty – pojechać do Moskwy, Kalinigradu, Petersburga, a przede wszystkim Kazania, Sarańska i Wołgogradu. W grudniu zebrać materiały, już zza biurka opisać tło (rozdziały o staraniach o organizację mundialu czy zorganizowany doping), a książkę wypuścić krótko przed mundialem. Dwójka doświadczonych dziennikarzy „Wyborczej” może zameldować wykonanie zadania. Efekt: reporterski styl, żywy język i mocne uderzenie w Rosję Putina.

Najlepiej wypadają rozdziały pisane na prowincji. Fragment o Sarańsku to perełka. Tam na konferencję prasową komitetu organizacyjnego miejscowi dziennikarze pojawili się minutę przed czasem. Niektórzy przyszli w kapciach, inni w podkoszulkach. Wszystkie redakcje mieszczą się w tym samym budynku, co lokalne władze. Mordowiński wicepremier nie usłyszał żadnego pytania. Dziennikarzy nie ciekawiło, czy stadion, na którym dwa tysiące robotników uwija się jak w ukropie, zostanie wybudowany na czas. Autorzy książki mieli większe problemy. W Republice Mordowii trafili na komisariat.

Fanaci, czyli rosyjscy kibole, do niedawna byli pupilkami władzy. Teraz ich były lider, który jeszcze na EURO 2012 był twarzą rosyjskich kibiców, popadł w niełaskę. Reporterom z Polski opowiedział, że zamiast uciekać przed OMON-em czerwiec i lipiec spędzi poza krajem. Warunek – musi mieć stempel w paszporcie. Celem przymusowych wakacji będzie łotweska Jurmała.

Kilka pomysłów jest łatwych do przewidzenia – w Petersburgu kręcimy się wokół Zenit Areny, a w Kaliningradzie bohaterem jest Dom Sowietów. W Moskwie  skupiamy się na historii Spartaka i Starostinów, inaczej opowiedzianej, niż w „Królach strzelców” Zbigniewa Rokity. Tutaj bracia, mimo trwającej wojny, za łapówki przekupywali rywali. Za to mieli dostać wyrok. Rosja w „Najważniejszym meczu Kremla” to kraj niezbadany, państwo łamania prawa, bezhołowia, ludzkiej niesprawiedliwości i miejsce, gdzie władza potrafi zdeptać człowieka jak robaka. Leniarski w jednym z wywiadów mówił wprost: przyznawanie organizacji wielkich imprez dyktaturom, krajom autorytarnym, które nie dbają o prawa człowieka jest skandalem. Mamy tu więc człowieka, który dba o miejsce śmierci Borysa Niemcowa, historie oligarchów i szczegółowy opis olimpijskiego oszustwa w Soczi. Tam Władimir Putin, przynajmniej krótkoterminowo, odniósł pełen sukces.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Piłkarska matematyka i dziennik turysty

Tytuł: Piłkomatyka. Matematyczne piękno futbolu
Autor: David Sumpter
Wydawnictwo: Copernicus Center Press, 2018

David Sumpter jako naukowiec liczył mrówki i budował tor dla szarańczy. Poszło mu na tyle dobrze, że modele matematyczne zastosował nie tylko sprawdzając zachowanie zwierząt w laboratorium, ale także piłkarzy w Lidze Mistrzów. Dość trudny egzamin zdał.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Profesor matematyki stosowanej z uniwersytetu w Uppsali ma pokaźny wynik cytowań w Google Scholar. Wcześniej pisał m.in. o tym, jak ludzie i zwierzęta działają w grupach, a po książce o piłce wziął się za stosowanie algorytmów w życiu. Przyznaje, że uwielbia abstrakcyjne piękno równań, ale wzory nie mają znaczenia dopóki nie mówią nic o rzeczywistości. Chodzi mu matematykę, która pokazuje analogie.

W „Piłkomatyce” Sumpter dowodzi, że wprowadzenie trzech punktów za zwycięstwo zgodnie z przewidywaniami sprzyja futbolowi ofensywnemu. Analizuje liczbę połączeń, a właściwie możliwości podania w schematach taktycznych węgierskiej Złotej Jedenastki, Interu z lat 60., Liverpoolu z lat 70. oraz Barcelony ery Pepa Guardioli. Analizuje, jak „tkał sieć” Nandor Hidegkuti i jak podania wymieniali Xavi oraz Iniesta. Wykorzystuje przy tym sieć śluzowca, organizmu grzybopodobnego. Porównuje ją do schematu sieci tokijskiego metra, a przy liczeniu wykorzystuje pierwiastek. Robi to nawet przekonująco, choć o trójkątach w sportach zespołowych wiele powiedzieli już Johan Cruyff i Tex Winter. Wniosek Sumptera – to, co poruszające się w ławicach ryby robią instynktownie, wychowankowie La Masii nauczyli się na boisku treningowym. Każdy uczestnik musi mieć poczucie przestrzeni i wiedzieć, co robią pozostali.

Na dłużej zatrzymałem się na wykresie z dynamiką klaskania. Chodzi o podziękowania np. na koniec wykładu. – Wniosek, w którym dana osoba przestaje klaskać, daje się 10 razy łatwiej przewidzieć na podstawie liczby innych osób, które przestały klaskać, niż na podstawie liczby wykonanych klaśnięć – pisze Sumpter. Oklaski porównuje do rozprzestrzeniania się meksykańskiej fali oraz przyśpiewek na trybunach.

Anglik pokazuje, że dorobki strzeleckie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego na wykresach wyglądają jak anomalie, pokazuje wpływ kąta wystrzelenia na trajektorię lobu z przewrotki. Na czynniki pierwsze rozbiera przy tym bramkę Zlatana Ibrahimovicia w meczu z Anglią. Kilka razy przykładów zabrało. Opisując Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego Sumpter posiłkuje się cytatami z „Odwróconej piramidy”. Już czytając książkę Jonathana Wilsona zastanawiałem się, ile meczów obejrzał autor, by rozpływać się nad matematycznymi podstawami współdziałania piłkarzy. Sumpter tym razem nie analizuje starych meczów. Zamiast tego prowadzi wywód o feromonowym śladzie mrówek. Wniosek – małe mrowiska nigdy nie odnoszą sukcesu, duże odnoszą go zawsze, ale sukces zależy od pracy wykonanej na samym początku. Porównanie dość karkołomne, ale pasujące do intelektualnej gimnastyki, jaką jest „Soccermatics”.

Tytuł: The Football Tourist
Autor: Stuart Fuller
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

„Współczesna piłka to gówno”, pisze w pierwszym zdaniu książki Stuart Fuller. Prawdziwy futbol znalazł w Spakenburgu, Libercu, Gandawie, Rzymie i na wyspie Wight. Czytelnika zabrał ze sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współczesną piłkę Fuller tak naprawdę kocha miłością ślepą. Nienawidzi za to angielskiej Premier League. Uważa, że komercjalizacja zabrała mu ligę, którą żył przez dekady. Z pomocą przyszły tanie linie lotnicze i internet, gdzie można znaleźć terminarze wszystkich lig oraz wskazówki, jak dojechać na każdy stadion na świecie. Skoro derby Londynu straciły swój urok, to dlaczego nie pojechać do Spakenburga? Niczym Manchester czy Mediolan, przez 50 tygodni w roku miasteczko żyje swoim rytmem. Kiedy przychodzą derby, napięcie rośnie. Rzecz w tym, że w Spakenburgu meczem żyją niemal wszyscy mieszkańcy, a wielkich aglomeracjach zdecydowana mniejszość.

W książce znalazła się też Wooge, jak Anglicy zapisali fonetycznie miasto, w którym obejrzeli mecz Widzewa. Choć pomysł grudniowej wyprawy nad Wisłę Fuller ocenił jako „kuriozalny” i „autorstwa szaleńca”, to piłkarska Polska zebrała pochwały. „Jeśli zależy ci na tanich biletach, dobrej atmosferze i starych stadionach, Polska jest dla ciebie. Jeden weekend, dwa mecze, trzy bramki, cztery pyzy, pięciogwiazdkowe hotele, sześć taksówek, siedem autobusów o tramwajów oraz ok. miliona piw za mniej, niż 150 funtów”.

Lepiej Fuller ocenił tylko Niemcy, groundhopperski raj. W Zagłębiu Ruhry meczów jest mnóstwo, tanie bilety dostępne dla każdego chętnego umożliwiają bezpłatny transport w całym landzie, a mecz jest zarówno wielkim rodzinnym wydarzeniem, jak i okazją, żeby napić się piwa i wykrzyczeć na trybunie. Fuller nie jest wybitnym reporterem, ale zainteresowani grodndhoppingiem książkę przeczytają z zainteresowaniem. Razem z autorem wstajemy o 4. rano, lecimy samolotem Ryanaira, tłuczemy serbskim pociągiem i ciasną taksówką. Trochę za dużo tu opowieści o kolejnych barach i przygodach znajomych. Na blogu, który już tu wychwalałem, Fuller potrafi rzucić świetne historyczne tło, dogłębnie wytłumaczyć zawiłe czasem zaszłości. W książce więcej o cenach piw i smaku kurczaka w lokalnych fast foodach.

Wyszła już druga część „Piłkarskiego turysty”. Fuller opowiada, jak wszyscy na stadionie czekali na sędziego, który utknął na granicy Gibraltaru z Hiszpanią i dlaczego zgubił się w Hongkongu. Nic nie wskazuje na to, żeby podczas pisania opuściła go groundhoppingowa pasja. Namówił mnie na kupno drugiej części, podobnie jak na derby Spakenburga.

Wpisy o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Boisko w cieniu polityki

Tytuł: Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium
Autor: Zbigniew Rokita
Wydawnictwo: Czarne, 2018

Od pierwszego meczu w Petersburgu do upadającego na ziemię Mikołaja II. Dalej Ławrientij Beria i syn Stalina w pojedynku, którego ofiarą jest trener. Przeplatając sport i historię, Zbigniew Rokita wybrał osiem momentów, pokazujących, co się stało z Europą Środkową przez ostatnie 100 lat.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W czasach wielkiej czystki Spartak braci Starostinów rzucił wyzwanie Dynamu. Za o wiele mniejsze przewinienia Ławrientij Beria jednym podpisem likwidował całe rodziny. Nikołaj, Andriej, Piotr, a potem Aleksandr trafili do więzienia. Za grupową agitację antysowiecką, bracia dostali 10 lat łagru. Mieli szczęście. Zostali rozdzieleni, ale do dyrektorów obozów dotarła ich piłkarska sława. Trzech z braci w czasie wyroku trenowało miejscowe drużyny Dynama.

Po Nikołaja Starostina zgłosił się Wasil Józefowicz Stalin, syn najważniejszej osoby w państwie. Chciał, żeby poprowadził jego moskiewski klub. Starostin znów podpadł Berii, bo jako były więzień miał zakaz osiedlania się w stolicy. Dla politycznych graczy był tylko pionkiem i znów zapłacił za to cenę. Ostatecznie najsłynniejszy z braci Starostinów przeżył nie tylko Berię i syna Stalina, ale też ZSRR.

To najlepszy rozdział książki. Nie wszystkie są tak świeże. Zbigniew Rokita nie napisał nic nowego ani o Erneście Wilimowskim, ani o słynnym meczu piłki wodnej między Węgrami a ZSRR na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne w 1956 roku. Dobrze czyta się inny niepiłkarski fragment – opowiastkę o koszykarskiej Litwie.

Zbigniew Rokita (ur. 1989), zawodowo zajmuje się światem poradzieckim. Jest redaktorem dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”, pisał w „Polityce”, czy „Tygodniku Powszechnym”. Dość łatwo można rozpoznać, w jakich tematach autor czuje się pewnie. O Górskim Karabachu wychodzi mu płynna opowieść. Kiedy wspomina o współczesnej piłce, wkracza na nieznany sobie teren i tempo spada.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Górnik Zabrze: Opowieść o złotych latach
Autor: Paweł Czado
Wydawnictwo: Agora, 2017

Wbrew tytułowi to nie jest fragment historii klubu. Paweł Czado przejechał tysiące kilometrów, spędził setki godzin w archiwach i spotkał się z kilkudziesięcioma byłymi piłkarzami oraz ich rodzinami, by napisać o ludziach.

Zobacz także: Z wizytą przy Roosevelta. Koguty pana Leona

Piłkarze Górnika występowali w pierwszych telewizyjnych show, śpiewały o nich gwiazdy estrady. Czado opisuje boje w Rzymie, Pradze, Manchesterze, czy Wiedniu. W książce są barwne anegdoty, klimat epoki, mecze, które zmieniły historie. Wszystko na swoim miejscu. Ale najciekawsze są tu historie zapomnianych piłkarzy. Niepowiedziane wcześniej zdarzenia, w które dziś trudno uwierzyć.

O poprzedniej książce Pawła Czado „Piechniczek. Tego nie wie nikt”, czytaj tutaj.

Do najlepszych rozdziałów w książce należy ten, który ją otwiera. Żeby napisać o Józefie Kaczmarczyku, autor wybrał się na zabrzańskie Zaborze. Wiedział jedynie, że wdowa po bramkarzu prawdopodobnie mieszka niedaleko. Wypytywał na ulicy, poszedł też do spółdzielni mieszkaniowej. Tam odmówiono mu informacji zasłaniając się ochroną danych. Ktoś usłyszał jego rozmowę i przekazał numer telefonu nie będąc nawet pewnym, czy chodzi o tę samą osobę.

Józef Kaczmarczyk debiutuje w Górniku w 1949 roku. Po kilku latach, jako mistrz Polski, zaczyna się upominać o pożyczkę. Taką samą, jaką dostali koledzy. Po odmowie psioczy na działaczy i Miejską Radę Narodową. Klub skreśla go z listy członków. Zostaje uznany za „renegata i prowokatora”. Dalej to już lawina. Sprawą zajmuje się milicja – rewizja, pytania o niemieckie mapy i listy z RFN.

– Mąż wróci za godzinę – usłyszała od milicjantów Zuzanna Kaczmarczyk, gdy funkcjonariusze zabierali męża. Wrócił po dwóch latach. W aktach zarzutów jest sporo. Mówienie po niemiecku, porównywanie ofert w sklepach w PRL i RFN, pisanie gotykiem. Podobno mówił nawet, że w Niemczech są lepsze zapałki. Po wyjściu na wolność pracował jako górnik dołowy. Zmarł w 1991 roku. Pawłowi Czado historię męża, Zuzanna Kaczmarczyk, opowiedziała 25 lat później.