Piłkarska matematyka i dziennik turysty [RECENZJE KSIĄŻEK]

Tytuł: Piłkomatyka. Matematyczne piękno futbolu
Autor: David Sumpter
Wydawnictwo: Copernicus Center Press, 2018

David Sumpter jako naukowiec liczył mrówki i budował tor dla szarańczy. Poszło mu na tyle dobrze, że modele matematyczne zastosował nie tylko sprawdzając zachowanie zwierząt w laboratorium, ale także piłkarzy w Lidze Mistrzów. Dość trudny egzamin zdał.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Profesor matematyki stosowanej z uniwersytetu w Uppsali ma pokaźny wynik cytowań w Google Scholar. Wcześniej pisał m.in. o tym, jak ludzie i zwierzęta działają w grupach, a po książce o piłce wziął się za stosowanie algorytmów w życiu. Przyznaje, że uwielbia abstrakcyjne piękno równań, ale wzory nie mają znaczenia dopóki nie mówią nic o rzeczywistości. Chodzi mu matematykę, która pokazuje analogie.

W „Piłkomatyce” Sumpter dowodzi, że wprowadzenie trzech punktów za zwycięstwo zgodnie z przewidywaniami sprzyja futbolowi ofensywnemu. Analizuje liczbę połączeń, a właściwie możliwości podania w schematach taktycznych węgierskiej Złotej Jedenastki, Interu z lat 60., Liverpoolu z lat 70. oraz Barcelony ery Pepa Guardioli. Analizuje, jak „tkał sieć” Nandor Hidegkuti i jak podania wymieniali Xavi oraz Iniesta. Wykorzystuje przy tym sieć śluzowca, organizmu grzybopodobnego. Porównuje ją do schematu sieci tokijskiego metra, a przy liczeniu wykorzystuje pierwiastek. Robi to nawet przekonująco, choć o trójkątach w sportach zespołowych wiele powiedzieli już Johan Cruyff i Tex Winter. Wniosek Sumptera – to, co poruszające się w ławicach ryby robią instynktownie, wychowankowie La Masii nauczyli się na boisku treningowym. Każdy uczestnik musi mieć poczucie przestrzeni i wiedzieć, co robią pozostali.

Na dłużej zatrzymałem się na wykresie z dynamiką klaskania. Chodzi o podziękowania np. na koniec wykładu. – Wniosek, w którym dana osoba przestaje klaskać, daje się 10 razy łatwiej przewidzieć na podstawie liczby innych osób, które przestały klaskać, niż na podstawie liczby wykonanych klaśnięć – pisze Sumpter. Oklaski porównuje do rozprzestrzeniania się meksykańskiej fali oraz przyśpiewek na trybunach.

Anglik pokazuje, że dorobki strzeleckie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego na wykresach wyglądają jak anomalie, pokazuje wpływ kąta wystrzelenia na trajektorię lobu z przewrotki. Na czynniki pierwsze rozbiera przy tym bramkę Zlatana Ibrahimovicia w meczu z Anglią. Kilka razy przykładów zabrało. Opisując Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego Sumpter posiłkuje się cytatami z „Odwróconej piramidy”. Już czytając książkę Jonathana Wilsona zastanawiałem się, ile meczów obejrzał autor, by rozpływać się nad matematycznymi podstawami współdziałania piłkarzy. Sumpter tym razem nie analizuje starych meczów. Zamiast tego prowadzi wywód o feromonowym śladzie mrówek. Wniosek – małe mrowiska nigdy nie odnoszą sukcesu, duże odnoszą go zawsze, ale sukces zależy od pracy wykonanej na samym początku. Porównanie dość karkołomne, ale pasujące do intelektualnej gimnastyki, jaką jest „Soccermatics”.

Tytuł: The Football Tourist
Autor: Stuart Fuller
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

„Współczesna piłka to gówno”, pisze w pierwszym zdaniu książki Stuart Fuller. Prawdziwy futbol znalazł w Spakenburgu, Libercu, Gandawie, Rzymie i na wyspie Wight. Czytelnika zabrał ze sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współczesną piłkę Fuller tak naprawdę kocha miłością ślepą. Nienawidzi za to angielskiej Premier League. Uważa, że komercjalizacja zabrała mu ligę, którą żył przez dekady. Z pomocą przyszły tanie linie lotnicze i internet, gdzie można znaleźć terminarze wszystkich lig oraz wskazówki, jak dojechać na każdy stadion na świecie. Skoro derby Londynu straciły swój urok, to dlaczego nie pojechać do Spakenburga? Niczym Manchester czy Mediolan, przez 50 tygodni w roku miasteczko żyje swoim rytmem. Kiedy przychodzą derby, napięcie rośnie. Rzecz w tym, że w Spakenburgu meczem żyją niemal wszyscy mieszkańcy, a wielkich aglomeracjach zdecydowana mniejszość.

W książce znalazła się też Wooge, jak Anglicy zapisali fonetycznie miasto, w którym obejrzeli mecz Widzewa. Choć pomysł grudniowej wyprawy nad Wisłę Fuller ocenił jako „kuriozalny” i „autorstwa szaleńca”, to piłkarska Polska zebrała pochwały. „Jeśli zależy ci na tanich biletach, dobrej atmosferze i starych stadionach, Polska jest dla ciebie. Jeden weekend, dwa mecze, trzy bramki, cztery pyzy, pięciogwiazdkowe hotele, sześć taksówek, siedem autobusów o tramwajów oraz ok. miliona piw za mniej, niż 150 funtów”.

Lepiej Fuller ocenił tylko Niemcy, groundhopperski raj. W Zagłębiu Ruhry meczów jest mnóstwo, tanie bilety dostępne dla każdego chętnego umożliwiają bezpłatny transport w całym landzie, a mecz jest zarówno wielkim rodzinnym wydarzeniem, jak i okazją, żeby napić się piwa i wykrzyczeć na trybunie. Fuller nie jest wybitnym reporterem, ale zainteresowani grodndhoppingiem książkę przeczytają z zainteresowaniem. Razem z autorem wstajemy o 4. rano, lecimy samolotem Ryanaira, tłuczemy serbskim pociągiem i ciasną taksówką. Trochę za dużo tu opowieści o kolejnych barach i przygodach znajomych. Na blogu, który już tu wychwalałem, Fuller potrafi rzucić świetne historyczne tło, dogłębnie wytłumaczyć zawiłe czasem zaszłości. W książce więcej o cenach piw i smaku kurczaka w lokalnych fast foodach.

Wyszła już druga część „Piłkarskiego turysty”. Fuller opowiada, jak wszyscy na stadionie czekali na sędziego, który utknął na granicy Gibraltaru z Hiszpanią i dlaczego zgubił się w Hongkongu. Nic nie wskazuje na to, żeby podczas pisania opuściła go groundhoppingowa pasja. Namówił mnie na kupno drugiej części, podobnie jak na derby Spakenburga.

Wpisy o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.