Jak Król przegrał królestwo

Tytuł: Przegrany. Grzegorz KrólPrzegrany. Grzegorz Król
Autor: Paweł Marszałkowski, Maciej Słomiński
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne, 2016

Fala przyszła z Anglii, wśród polskich piłkarzy to trzecia taka autobiografia. Andrzej Iwan, Igor Sypniewski, teraz Grzegorz Król. Piłkarz z tej trójki najsłabszy, ale z historią godną opowiedzenia.

Zaczęło się od 50 zł. Tyle postawił podczas pierwszej wizyty w kasynie. Miesiąc później nie potrafił myśleć o niczym innym, niż ruletce. W wieku 21 lat był hazardzistą. Po wyjazdowym meczu działacze Amiki potrafili wypłacić premie jeszcze pod stadionem rywali. Zanim autokar dojechał do Wronek, Król przegrał w karty 15 tysięcy premii i drugie tyle, pożyczone od kolegów.

– To, że wszystko przegrasz i przepijesz, to wiem. Ale kup sobie jedną działkę rocznie – mówił mu trener Jacek Grembocki. Chodziło o 15 tysięcy rocznie.

Nie udało się, Król przegrał wszystko, ok. 3 miliony zł. Kiedy we Wronkach co miesiąc na konto wpływało 50 tys. zł, jeszcze się jakoś trzymał. Potem już tylko się staczał. Alkohol, rozwód, nadwaga, oszukiwanie wszystkich wokół. Ostatniego gola w ekstraklasie Grzegorz Król strzelił w wieku 24 lat. W 2013 roku został trenerem piątoligowego klubu. Zawalił tę szansę, jak wszystkie inne. To, że jest zwolniony, dotarło do niego po stu godzinach alkoholowego ciągu.

Treść i forma książki nie są odkrywcze, ale czyta się ją dobrze. Paweł Marszałkowski i Maciej Słomiński spisali opowieść Króla bez zbędnych udziwnień. Konstrukcja jest dość jednostajna, ale książka jest krótka, czytelnik nie zdąży się znudzić. Co ciekawe, wspomnienia przeplatane są tekstami napisanymi na użytek terapii w ośrodku terapii uzależnień.

Wiele z tych historii jest naprawdę wstrząsających. Kiedy Król miał zawieźć pieniądze, które znajomy potrzebował do kupna samochodu, dojechał tylko do kasyna. Przegrał wszystko. Tak samo, jak 10 tys., którymi miał zapłacić za wykupienie swojej karty zawodniczej. Zamiast na spotkanie na spotkanie w PZPN-ie dojechał tylko do kasyna w Mariocie. Potem były pożyczki od lichwiarzy i ludzi z miasta.

Skoro to wspomnienia piłkarza, to muszą być anegdoty. Mamy więc tradycyjne u byłych piłkarzy Amiki rozjeżdżanie Stefana Majewskiego. Okazuje się też, że klęczący przed wejściem na Vicente Calderon Czesław Michniewicz, jednak się nie modlił, jak powiedział komentator. Przerażony awaryjną zmianą, sikał na ławce rezerwowych.

W wywiadach Król opowiada, że wielu bardziej znanych piłkarzy mogłoby się podzielić jeszcze bardziej wstrząsającymi historiami. – Są reprezentanci, którzy przegrali o wiele więcej, niż ja – opowiada. Po „Spalonym”, „Zasypanym” i „Przegranym”, nikt temu nie zaprzeczy.

PS.
Grzegorz Król nie wygląda tak źle, jak na okładce książki. Za tę kreację, plus dla wydawcy. Króla można zobaczyć i posłuchać m.in. tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Sport w Zakopanem w okresie dwudziestolecia międzywojennegoSport w Zakopanem w okresie dwudziestolecia międzywojennego
Autor: Maciej Baraniak „Kubów”
Wydawnictwo: Novae Res, 2015

Pierwsze sportowe skojarzenie z Zakopanem jest oczywiste – narciarstwo. Pierwsze zawody w skokach, na Kalatówkach, rozegrano w 1910 roku. Ustanowiony cztery lata później rekord skoczni, wyniósł 15 metrów. Na jednej z kolejnych konstrukcji, w Jaworzycach, zawodnicy nie chcieli startować. Większość skoków kończyła się upadkiem. Rozbieg był tak zbudowany, że wystrzeliwał zawodnika w górę. Lądowało się niemal pionowo. Ważne dla historii Zakopanego zawody, Narciarskie Mistrzostwa Świata FIS w 1929 roku, rozegrano już na Wielkiej Krokwi.

Słabo w mieście przyjęła się piłka nożna. Pierwszy kłopot – boisko. Z powodu dużego rozdrobnienia działek i faktu, że większość mieszkańców utrzymywała się z rolnictwa na lichej ziemi, piłkarze nie mieli gdzie grać. W 1930 zespół RKS-u Giewont zaprosił dwa zespoły z Krakowa. Wyniki towarzyskich meczów z Cracovią i Wisłą mówią wszystko – 0:21 i 2:16. Rok później Giewont zbankrutował. Mniejsze problemy niż z boiskiem piłkarskim, były ze stworzeniem toru dla saneczkarzy. Z niego, za opłatą, mogli korzystać także amatorzy.

W 1933 roku w Zakopanem odbyła się I Zimowa Makkabiada. Wystartowało 8 reprezentacji, w tym drużyna z Wolnego Miasta Gdańska. W Polsce istniało 20 żydowskich klubów, w których uprawiano sporty zimowe. Na zakończenie wzorowanej na igrzyskach imprezy, odegrano hymny Polski i Hatikwę, dziś hymn Izraela.

Autor, Marciej Baraniak „Kubów”, jest naukowcem. Książka jest bardzo dobrze wydana, ma świetne ilustracje (polecam m.in. zdjęcia bobslejów z międzywojnia), ale ciężko przez nią przebrnąć. Wszystko o formie mówi pierwsze zdanie: „Po raz pierwszy nazwa „Zakopane” pojawiła się w dokumencie Zygmunta II Wazy z 20 kwietnia 1630 roku”. Dla badacza tematu to pewnie dobre powitanie czytelnika. Kibic sportu raczej skrzywi. O ile duża ilość przypisów i bogata bibliografia, działają na korzyść, to styl mógłby być mniej formalny. Jeśli rozpatrywać tę pozycję, jako książkę na półkę w księgarni, a nie do uniwersyteckiej biblioteki, to brakuje wspomnień, wypowiedzi. Niektóre z tych, które są w książce, pokazują niewykorzystany potencjał. Franciszek Bujak tak opowiadał o starcie na igrzyskach olimpijskich w Chamonix w 1924 roku:

„Na jednej z wystaw sklepowych zobaczyliśmy przy nartach smarowidła. Nigdy dotąd o nich nie słyszeliśmy. (…) Zobaczyliśmy też po raz pierwszy, że do biegów narciarskich, są specjalne narty, buty i wiązania. (…) W Chamonix sami szukaliśmy tras, skoczni, błąkając się po obiektach. Przed skokami do kombinacji, chcieliśmy potrenować na skoczni. Nie mogliśmy jej znaleźć. Wreszcie jest! (…) Po namyśle zdecydowałem się na trening. Przy drugim skoku, już na samym dole, upadłem. Ledwo dowlokłem się na kwaterę. O skokach w konkursie otwartym nie było już mowy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.