Miesięczne archiwum: Kwiecień 2014

Mistrz wrzutek pokazuje, jak uderzyć piłkę

Piotr Petasz

Fot. Paweł Malinowski.

W zeszłym tygodniu byłem na krótkim szkoleniu z kopania piłki. Jak uderzać tak, żeby każda wrzutka była zagrożeniem, pokazywał mi Piotr Petasz, który jest wśród najlepiej wykonujących stałe fragmenty gry w Ekstraklasie. Teoretycznie przygotowany jestem więc znakomicie, zostało już tylko kilka tysięcy godzin treningów.

Tym razem to także produkcja filmowa.

Tekst na bydgoszcz.sport.pl – Sekret zagrań piłkarza Zawiszy: wentylem do dołu [WIDEO]

Radosław Osuch: Piotrek Petasz ma najlepszą lewą nogę w Europie. Obrońca Zawiszy pokazuje, jak kopnąć piłkę, żeby dośrodkowanie lub strzał były prawdziwą bombą siejącą postrach w szeregach rywala.

Firmowe zagranie Petasza wygląda z trybun dość łatwo. Rozbieg to zazwyczaj trzy kroki. A potem kopnięcie i piłka leci prosto do celu: na głowę kolegi z zespołu lub prosto do siatki. W 7 meczach obecnej edycji Pucharu Polski Petasz ma na koncie 3 bramki i 3 asysty. Jak na obrońcę, wynik rewelacyjny.

Trenera podglądają na YouTubie

W Zawiszy mają się na kim wzorować, jeśli chodzi o wykonywanie tzw. stałych fragmentów gry. Specjalistą od rzutów wolnych był trener zespołu Ryszard Tarasiewicz. Piłkarze Zawiszy nie ukrywają, że jego bramki nie raz oglądali na YouTubie np. te strzelone Szwecji.

– Przy stałych fragmentach chodzi o powtarzalność. Jeśli trafisz do bramki, to zamiast się cieszyć, powinieneś od razu zakodować sobie, jak ułożyłeś stopę. Jeśli trochę zabrakło, to trzeba coś skorygować. Decydują szczegóły – opowiada Tarasiewicz.
Wentylem do dołu

Petasz, podobnie jak Tarasiewicz, uderza piłkę lewą nogą. Opowiada o swoim sekrecie. – Istotne jest, w którą część piłki uderzymy. Niektórzy ustawiają ją tak, żeby wentyl był skierowany w kierunku bramki, a inni do siebie. Ja stawiam piłkę wentylem do dołu – mówi obrońca bydgoskiej drużyny. – Ten wentyl to raczej zabobon każdego zawodnika – dodaje. Noga postawna, w przypadku zawodnika Zawiszy prawa, znajduje się na wysokości piłki.

Futbolówkę trzeba tak kopnąć, żeby podczas uderzenia ocierała się przez niemal całą wewnętrzną część lewej stopy – od dużego palca, przez staw skokowy, aż do pięty. – Noga potem do góry, za piłką, która ma mieć silną rotację i lecieć w światło bramki – tłumaczy Petasz. Co ważne, centry w jego wykonaniu są mocne, piłka nie zawisa w powietrzu. Jeśli zatrzyma się na pierwszym rywalu, to jest oczywiste, że został popełniony błąd. – Wariantów, gdzie dokładnie piłka ma spaść przy dośrodkowaniu, jest kilka – na pierwszy słupek, na 7. metr od bramki, na długi słupek. To zależy m.in. od tego, ilu zawodników wbiega na dośrodkowanie – wyjaśnia.

Piotr Petasz pokazuje, jak uderzyć piłkę

Strzały z rzutów wolnych obrońca Zawiszy zazwyczaj wykonuje siłowo – uderza centralnie, z prostego podbicia w środek piłki. Wtedy rozbieg jest dłuższy, strzał wykonywany jest na wprost bramki. – No i siła razy ramię. Uderzamy, ile damy radę – śmieje się. Metoda się sprawdza, w ligowym meczu z Piastem zdobył bramkę z 30 metrów. Wydawało się, że bramkarz popełnił błąd, ale na powtórkach widać wyraźnie, że piłka była tak podkręcona, że dwukrotnie zmieniała kierunek lotu. Petasz zdobywał już gole z prawie 40 metrów od bramki.

Trzeci rodzaj strzału jest najtrudniejszy, przeznaczony raczej dla artystów futbolu. – Uderzenie zewnętrzną częścią stopy mocno i celnie jest trudne – opowiada. Wchodzi w grę tylko w przypadku, gdy piłka jest w grze. Przy stałym fragmencie gry mało kto pozwala sobie na takie zagrania.

Nauki pobierał u brata

Techniki strzału Petasz nauczył się od brata. Teraz stałe fragmenty ćwiczy dwa razy w tygodniu. Zajęcia trwają 40-60 minut. Mniej, jeśli mecze rozgrywane są co trzy dni. – Nie można sobie odpuszczać. Czasem uderza się po kilkadziesiąt razy i nie wychodzi, ale trzeba próbować dalej. Trzeba też pracować nad mięśniami: czworogłowym oraz brzucha. Są jeszcze mięśnie piszczelowe, o których niektórzy zapominają. To, jak nad nimi pracować, pokazał mi doktor Jerzy Wielkoszyński – opowiada.

Pomóc może też trener, który widząc piłkarza z boku, może skorygować jego sylwetkę. – Uderzenie to przecież nie tylko noga. A gdy zawodnik się odchyli, to prawie na pewno przeniesie piłkę nad poprzeczkę. Podobnie jest, gdy zejdzie się za nisko pod piłkę – mówi Petasz.

Nie wyszedł mu ostatni mecz, z Jagiellonią Białystok. Większość dośrodkowań zepsuł. Dziennikarzom po meczu mówił o nowych butach, które trzeba będzie wyrzucić do kosza. – To był żart. Po prostu czasem tak bywa, że nie wychodzi – mówi Petasz.

„Najlepsza lewa noga w Europie”

Pytany o „najlepszą lewą nogę w Europie” – tak go zachwalał Radosław Osuch, obrońca delikatnie się uśmiecha. – To duże słowa. Wiem, że właściciel klubu mnie docenia, ale jak oglądamy mecze na przykład Ligi Mistrzów, to tam widzimy prawdziwych mistrzów. Ci zawodnicy dogrywają na centymetry – mówi Petasz.

Cztery lata temu Petasz mógł wystąpić w finale Pucharu Polski w barwach Jagiellonii. Ale w 90. minucie drugiego półfinału dostał żółtą kartkę, która go wykluczyła z gry. – Piłka wyszła na aut, chciałem ją podać rywalom, ale na zmęczeniu noga uciekła. Sędzia przebiegł pół boiska, żeby dać mi kartkę. Załamałem się. To największy zawód, który doznałem w piłce nożnej – mówi Petasz. Rehabilitacja w piątek na Stadionie Narodowym w meczu z Zagłębiem Lubin.

Meczing w Macedonii, frekwencja 0,5%

FK Shkupi (Korzo Prilep) – Tiveria 3:0, 29.03.2014, Stadion Čair, 2. MFL (II liga), mecz bez udziału publiczności.

Do Macedonii prowadzi kilka popularnych dróg – przez Eindhoven, Malmö, Dortmund i Sztokholm. Mowa oczywiście o drogach lotniczych, składanych lotach tanich linii. Z Gdańska przez Szwecję Wizzairem można polecieć do Macedonii za 200 zł. W moim samolocie takiej kombinacji wypróbowało przynajmniej 30 osób.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Macedonia była 15. krajem, w którym obejrzałem mecz piłkarski, ale przygotowania do wyjazdu szły dość opornie. Większość klubów nie posiada działających stron internetowych. Terminarz meczów pojawił się na dwa dni przed kolejką i to ukryty, na podstronie z obsadą sędziowską. Wszystko tylko cyrylicą, co też nie pomagało.

Nie znalazłem nawet dobrego schematu komunikacji miejskiej, a o interaktywnej mapie w rodzaju jakdojade.pl nie ma mowy. W google maps nie ma autobusów, ani Street View. Na miejscu okazało się, że poza centrum miasta brakuje też tabliczek z nazwami ulic, a na przystankach autobusowych nie ma żadnych informacji, nawet jaka linia się przy nich zatrzymuje. Reasumując wiec, Macedonia więc to świetny kierunek. Można poznać coś nowego. Z piłką tam jednak słabo.

Zainteresowanie futbolem w Macedonii jest marne, ale bez problemu można obstawić mecz Zawiszy Bydgoszcz a nawet hit w Stróżach.

Vardar – Napredok 6:0, 30.03.2014, Philip II Arena, 1. MFL (I liga)

Na mecz Vardaru przyszło 200 osób. Nie było to żaden bojkot. Właśnie tylu kibiców pojawia się na meczu najlepszego macedońskiego klubu, gdy ten gra ze słabym rywalem. Vardar, podobnie jak stołeczny Rabotnicki, swoje mecze gra na stadionie narodowym, Arenie Filipa II. Obiekt ma 36 tys. miejsc. Na mecz z Napredokiem przyszło mniej niż 200 osób, więc wypełnienie stadionu wyniosło 0,5%. To chyba mój osobisty rekord.

Tunel na stadionie Filipa II.

Treningowe boisko Melalurga. W tle góra Wodno, na jej szczycie (1066 m n.p.m., 300 metrów powyżej miasta) Krzyż Milenijny, wybudowany w 2002 roku. Krzyż ma 60 metrów wysokości i nocą jest bardzo mocno podświetlony. Szczyt góry widoczny jest z niemal całego miasta, więc krzyż pomaga w orientacji w terenie.

FK Skopje – Rufeja 3:0, 29.03.2014, Železarnica, 2. MFL (II liga)

FK Skopje to mały klub, który przed pod inną nazwą przed II wojną światową należał do najlepszych w Macedonii (wtedy części Królestwa Jugosławii). Mecze gra na stadionie Metalurga.

Shkupi to albańska nazwa stolicy Macedonii, a FC Shkupi to klub albańskiej mniejszości. Jak zrozumiałem z dość zagmatwanej historii, klub powstał w 2012 roku z połączenia FC Albarsa i FK Sloga Jugomagnat. Potem była jeszcze jedna fuzja, z Korzo Prilep i pod taką nazwą drużyna widnieje w tabeli macedońskiej II ligi.

– No tickets, no fans. Stadium closed – usłyszałem próbując kupić bilet na mecz Shkupi. Ostatecznie pomogła legitymacja prasowa. Stadion został zamknięty po burdzie na jednym z ostatnich meczów. Kibicom to chyba nie przeszkadzało, bo prowadzili doping z dachu pobliskiego budynku.

Na ten mecz trafiłem zupełnie przypadkiem (co przydarzyło mi się już kiedyś np. w Belgradzie). Niedaleko hali Borisa Trajkowskiego grali kadeci Vardaru i Shkendiji.

Chciałem w Skopje zobaczyć mecz piłki ręcznej, ale oba zespoły grały wyjazdowe mecze fazy pucharowej Ligi Mistrzów. Udało mi się natomiast wybrać na mecz koszykówki. W lidze adriatyckiej MZT Skopje Aerodrom grał z Radničkim. Mecz w narodowej hali Borisa Trajkowskiego (nie mylić ze stadionem imienia tego polityka oraz ulicą) obejrzało ponad 5 tys. kibiców. Najlepszy doping na meczu koszykówki, na jakim byłem.

Edynburg i mecz o mistrzostwo świata sprzed 119 lat

Tynecastle Stadium w Edynburgu, od 1886 roku obiekt Heart of Midlothian F.C. Rok wcześniej, w 1895, rozegrano tutaj turniej nazwany World Championship. Zwycięzcy angielskiej First Division, Sunderland, grali z mistrzami Szkocji. Był to trzeci taki mecz, pierwszy raz wygrali Anglicy.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Podczas marcowego wyjazdu do Szkocji zobaczyłem stadiony Celtiku Glasgow, Glasgow Rangers i Hampden Park. Byłem też w Edynburgu.

Od tej strony stadion Hearts wygląda wręcz odpychająco. Okolica mało ciekawa, sporo fabryk i to takich, przy których wręcz trudno oddychać.

Kwadrans piechotą od Tynecastle Stadium jest Murrayfield Stadium. Narodowy stadion rugby na 68 tys. kibiców. To tutaj Szkoci rozgrywają mecze Pucharu Sześciu Narodów. Na okolicznych boiskach treningowych (na murawach zarówno sztucznych, jak i naturalnych) ćwiczą dzieci.

Na Murrayfield Hearts grali domowe mecze w europejskich pucharach.

Easter Road, stadion Hiberniana. Wygląda mało ciekawie, ale trudno to powiedzieć o jego historii.
Pierwszy mecz w tym miejscu Hibs zagrali w 1983 roku. Lokalizacja była dogodna, bo pasowała dwóm największym skupiskom Irlandczyków w Edynburgu, a to oni byli Hiberniana.

The Famous Five to atak Hiberniana, w którym grali Gordon Smith, Bobby Johnstone, Lawrie Reilly, Eddie Turnbull i Willie Ormond. W latach 40. i 50. zdobywali mistrzostwo Szkocji.

Diada de Sant Jordi

Nie ma lepszego dnia na pierwszą książkową recenzję na blogu, niż Diada de Sant Jordi. W Katalonii tego dnia kobietom prezentuje się róże a mężczyznom książki. Na świecie właśnie 23 kwietnia, czyli na Świętego Jerzego oraz dniu śmierci Miguela Cervantesa, obchodzi się Międzynarodowy Dzień Książki. W każdym razie Katalończycy byli pierwsi, więc na pierwszy ogień idą dwie książki z Katalonią w tle.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Liczy się zespół. Louis van Gaal
Autor: Maarten Maijer
Wydawca: Galaktyka

Świetna postać, ale duży zawód. Książka o Louisie van Gaalu zaczyna się od słabego wstępu, potem jest niewiele lepiej. Rozdział wprowadzający jest nieciekawy, irytująco przypomina początek wypracowania. Można przeczytać m.in. o idei sportu starożytnych Greków, na kilkanaście linijek cytowany jest też statut FIFA. Potem narracja jest chronologiczna, nie ma żadnych zaskoczeń.

Mnie najbardziej zawiodło zdawkowe potraktowanie drugiego okresu pracy van Gaala w Barcelonie. Zostawienie tego klubu na 12 miejscu w tabeli to jednak duża sprawa. Opis tamtego sezonu zajmuje w książce półtorej strony. Pod koniec książki jest jeszcze kilkudaniowy fragment, że przygoda z 2002 roku to największa porażka w karierze Holendra. I właśnie dlatego chciałbym dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej. Co więcej, okresowi pracy w Bayernie Monachium poświęcono więcej miejsca, niż niesamowitej kadencji w Ajaksie.

Sporo jest też zwykłych błędów – Manchester United powstał w 1978 roku, przeczytałem też o EURO 2006. Jedna z pomyłek jest zupełnie kuriozalna. Następcą Johana Cruyffa w Barcelonie jest zdaniem autora Bobby Moore. Po takim błędzie książkę aż chce się odłożyć na półkę.

Kolejny problem to kalki z języka angielskiego – trener wyznaczał zasady w zespole, żeby zawodnicy „nie przekraczali linii”, „słaby remis”, poważne zmiany są „dramatycznymi”. Przede wszystkim książka jest płaska, sprawia wrażenie pisanej zza biurka. Autor we wstępie pisze, że podróżował do miast, w których van Gaal mieszkał, rozmawiał z jego zawodnikami, współpracownikami i sąsiadami. Z tekstu nic takiego nie wynika. Wszystkie cytaty wyglądają na zaczerpnięte z ogólnodostępnych źródeł. Ani razu nie miałem wrażenia, że autor gdzieś pojechał i zdobył jakąś wypowiedź osobiście. Obstawiam, że naprawdę tak nie było.

Nie oczekiwałem niczego na poziomie „Brilliant Orange” Davida Winnera, bo taka książka jest tylko jedna. „Liczy się zespół” jest jednak książką słabą, niepogłębioną. Sprawia wrażenie napisanej na szybko, by wypełnić lukę na brytyjskim rynku. Kibice Manchesteru United, którzy chcieli poznać nową postać w Premier League na pewno ją kupili.
Na plus cena – w Biedronce 25 zł.

Tytuł: A Life too Short: The Tragedy of Robert Enke / Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk
Autor: Ronald Reng
Wydawca: Yellow Jersey Press / SQN

Pamiętam ten mecz z Noveldą. W 2002 roku ze spotkań Copa del Rey można było obejrzeć tylko bramki, ale w tym wypadku to wystarczyło. Robert Enke był tego dnia niepewny, wpuścił trzy gole a cała drużyna Barcelony skompromitowała się odpadając z pucharu w meczu z trzecioligowcem. Frank de Boer zamiast spojrzeć na błędy swoje i kolegów z obrony, ogłosił, że winnym porażki był debiutujący bramkarz.

Dla Enke to był moment przełomowy. Już wcześniej zżerała go presja, nieustannie podważał własne umiejętności, tuż po podpisaniu kontraktu z Benficą chciał go rozwiązać. Ale mecz z Noveldą prawdopodobnie zapoczątkował jego depresję. Siedem lat później zginął pod kołami pociągu.

„Spalony” Krzysztofa Stanowskiego, która też zaczyna się od próby samobójczej, jest książką świetną i naprawdę mocną. Ale „Życie wypuszczone z rąk” stawiam wyżej. To jedna z najlepszych książek sportowych, naprawdę poruszająca. Ronald Reng metodycznie, dzień po dniu, opisuje kluczowe dni z życia Enke. Stara się wejść w jego głowę i robi to z wielkim taktem. Książka nie udałaby się, gdyby najbliżsi bramkarza – żona, agent, rodzina i przyjaciele, nie opowiedzieli tej historii ze wszystkimi szczegółami. Enke od lat chciał, żeby Reng napisał o jego depresji. Stało się to dopiero po śmierci bramkarza.

Książka, tak jak świat Enkego, kręci się wokół futbolu, ale wykracza dalej. Bez niej pewnie nie byłoby rozmowy Pawła Wilkowicza z Justyną Kowalczyk. U Renga depresja jest czarną siłą, która zżera człowieka od środka. Robert Enke nie widział dla siebie wyjścia – leczenie w szpitalu zrujnowałoby jego pozycję i uniemożliwiło wyjazd na mundial. Dalsze funkcjonowanie też było nie do zniesienia.

Ronald Reng nie ocenia. Relacjonuje kolejne dni życia Enke, aż do tych ostatnich, gdy łatwiej wstawało mu się z łóżka, gdy częściej się uśmiechał. Bo wiedział, co wydarzy się 10 listopada 2009.

Na mecz w Kosowie ulicą Bila Klintona

Z dworca autobusowego w Prisztinie droga na miejski stadion jest dość prosta. Idziemy Bulevar Bila Klintona i przy budowanej Katedrze Matki Teresy skręcamy w ulicę o nazwie Xhorch Bush. Stamtąd widać już maszty z reflektorami. Bill Clinton ma w stolicy Kosowa nawet swój pomnik.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Do Prisztiny jechałem ze Skopje. Kierowca busa dwa razy zatrzymał się na zakupy, co wszyscy przyjęli ze zrozumieniem. Na granicy pasażerowie pokazywali paszporty, ja pogranicznikowi wręczyłem mój dowód osobisty, któremu kilka osób się przyglądało. – Pracujesz w Kosowie? – zapytał pogranicznik, bo w Prisztinie jest wielu zagranicznych pracowników organizacji międzynarodowych. – Nie, przyjechałem na mecz piłkarski. – Mam nadzieję, że twój zespół wygra.

Trudną historię przynależności terytorialnej Kosowa widać nawet w historii klubu z Prisztiny. Jeszcze na początku II wojny światowej Klubi Futbollistik Prishtina rywalizował w jednej z albańskich lig. Później klub wrócił do rozgrywek jugosłowiańskich. W najwyższej lidze występował w latach 1993-88.

W 1999 roku Kosowo stworzyło własną ligę, odłączając się od serbskich rozgrywek. To właśnie klub ze stolicy wygrywał pierwsze rozgrywki w nowej formie. W 2008 roku Kosowo ogłosiło niepodległość, ale wciąż nie jest członkiem FIFA ani UEFA. Obecne stanowisko piłkarskiej centrali jest takie, że męski zespół Kosowa nie może grać nawet oficjalnych meczów towarzyskich. Dozwolone mają być natomiast mecze zespołów amatorów, kobiet i juniorów. Wszystko z zastrzeżeniem, że mieszkańcy Kosowa zgodzą się na rozegranie takich spotkań bez swojej flagi i hymnu.

Wiele sportowych federacji uznało Kosowo za osobne państwo, a jednym z pierwszych była Międzynarodowa Federacja Tenisa Stołowego.

31 marca 2014, FC Prisztina – Fushe Kosova 0:0. Kosowo było 17. krajem, w którym zobaczyłem mecz piłkarski.

A na trybunach całkiem przyjemnie. Obowiązkowy atrybut każdego kibica to garść prażonych pestek dyni za 20 eurocentów. Pestki podaje się w zwiniętej w rożek kartce.

A jak wygląda samo Kosowo? Widać dużą różnicę między Prisztiną, której centrum wygląda wygląda deptak zwykłego europejskiego miasta, a biedną prowincją. Powiewa wiele sporo amerykańskich i unijnych flag. Pomimo, że zdecydowaną większość mieszkańców stanowią muzułmanie, to oprócz minaretów ciężko to dostrzec. Dziewczyny na ulicach ubrane są tak samo jak w Polsce.

Pomnik NEWBORN, jeden z symboli Kosowa. Został odsłonięty 17 lutego 2008 roku, w dniu, w którym Kosowo ogłosiło niepodległość.

Na Hampden szczęśliwa szatnia nie pomaga każdemu

Będąc w Szkocji byłem na stadionach Celticu Glasgow, Glasgow Rangers oraz mniejszych stadionach największego miasta w tym kraju. Odwiedziłem też stadion narodowy, czyli Hampden Park.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Tak stadion wyglądał na początku marca. Trwają przygotowania do Igrzysk Wspólnoty Narodów.

Najciekawsza anegdota przewodnika to historia o szczęśliwej i pechowej szatni. Ta pierwsza to tzw. wschodnia, dla reprezentacji Szkocji domowa (na zdjęciu, choć obie wyglądają identycznie). Korzystał z niej Real Madryt przy okazji finału Ligi Mistrzów z Bayerem Leverkusen oraz Sevilla podczas finału Pucharu UEFA z Espanyolem.

W 2012 roku Hibernian miał szansę na zdobycie pierwszego od 1902 roku Pucharu Szkocji. Potem Hibs zaliczyli w finale 8 porażek. Kiedy więc w 2012 dostali pechową szatnię, to zadowoleni nie byli. Mecz przegrali, ale okazję do rewanżu mieli rok później. Korzystali wtedy z szatni uznawanej za szczęśliwą. Znów przegrali i mają teraz serię 10 porażek w finale Pucharu Szkocji.

Tradycyjne reguły przyznawania szatni w meczach pucharowych nie obowiązują Celtiku i Rangersów. Kibice tych dwóch drużyn od ponad stu lat zajmują trybuny od strony swoich stadionów. W czasach, gdy na mecz szło się na piechotę, bo komunikacja miejska jeszcze nie istniała, fani Rangersów przychodzili od strony zachodniej, z Ibrox, a Celtic od wschodu. Według tego samego klucza szatnie zajmowali piłkarze.

Na Hampden jest jedno z największych piłkarskich muzeów, jakie widziałem. Oprócz standardowych eksponatów, jak koszulki, puchary, piłki, buty, kilka tematów przedstawiono nieszablonowo.

Lesser Hampden i Hampden Park.

Cathkin Park w Glasgow, kwadrans piechotą od Hampden. Teraz to boisko w miejskim parku, w przeszłości stadion na 50 tys. osób. Pierwsze boisko w Cathkin Park powstało w 1884 roku. Był tutaj także tzw. drugi Hampden Park. Trzecie (i obecne) Hampden znajduje się kilkaset metrów obok.

Cathkin Park było stadionem Third Lanark A.C. W 1967 roku, po 95 latach istnienia klub zbankrutował. Stadion przestał być wtedy używany. Teraz korzystają z niego dwie drużyny, w tym reaktywowane jako klub amatorski Third Lanark A.C.

Miasto pomników, gdzie piłki nie kochają

Nummer 14 to blog jest sportowy, ale stolica Macedonii, która była 16. krajem, w którym zobaczyłem mecz piłkarski (Kosowo było 17.), trochę mnie zaskoczyła. Najwyraźniej Macedończycy mają problem z tożsamością narodową. Nie wiem, jak inaczej wyjaśnić realizację projektu „Skopje 2014”. Pojawiające się gdzieniegdzie określenie „nacjonalistyczny kicz”, jest bardzo delikatne.

Na Placu Macedonii (na zdjęciu powyżej), głównym placu stolicy kraju, stoi pomnik Aleksandra Macedońskiego na Bucefale, swoim słynnym ogierze. Pomnik, a w zasadzie fontanna, ma 10-metrowy cokół, wokół lwy i żołnierze.

Na tym samym placu jest jeszcze 8 (!) wybudowanych w ostatnich latach pomników. Postacie na tronie, ze sztandarem, stojące z zamyśloną miną. Są m.in. rewolucjoniści Dame Gruew i Goce Dełczew, cesarz Justynian Wielki i car Bułgarii Samuel Komitopul.

Turyści robią zdjęcia kamiennego mostu na Wardarze. Za mostem rzecz jasna pomniki. Tym razem pięć. Można też obrócić się w drugą stronę, w kierunku wybudowanej niedawno Bramy Macedońskiej, czyli łuku triumfalnego. Wystarczy dobrze się przyjrzeć, żeby będąc na głównym placu (przypominam, 9 pomników) zobaczyć trzy następne pomniki przy Bramie i bodajże 5 za mostem. Niemal wszystkie mają po kilka lat.

„Skopje 2014” to też nowe budynki nawiązujące do historii Macedonii. Cały projekt niektórzy szacują na 500 mln euro. Ze znalezieniem miejsca na nowe budynki w samym centrum nie było problemu. W 1963 roku trzęsienie ziemi zniszczyło 80% powierzchni Skopje. Niektóre historyczne budynki są odtwarzane.

Miejski krajobraz wygląda dość dziwacznie. Na jednym rondzie jest pomnik postaci na koniu, który stoi na tylnych nogach, a na kolejnym rondzie inny wojownik na rumaku. Różni się głównie tym, że koń stoi na przednich kończynach. Macedońska opozycja twierdzi, że cały projekt „Skopje 2014” można było wybudować za 10 razy mniej niż zapłacił rząd. Inny polityczny problem to, przynajmniej zdaniem Greków, zawłaszczanie postaci związanych z ich kulturą.

Przemieszczanie się po Macedonii nie było łatwe. Przystanki autobusowe nie mają żadnych informacji, nawet jakie linie się przy nim zatrzymują. Mieszkańcom najwyraźniej wystarcza sama wiata. Tak wygląda zdecydowana większość przystanków w Skopje.

Miesiąc wcześniej byłem w Glasgow. Tam kierowca autobusu nie ma fizycznego dostępu do gotówki, nie ma nawet jak wydać reszty. Pieniądze wrzuca się do pudełka z przezroczystą szybką. Kiedy klient wrzuci wystarczającą kwotę, kierowca zwalnia blokadę i pieniądze wpadają do pojemnika. Bilet drukuje osobna maszyna.

W Skopje po tych samych trasach poruszają się autobusy miejskiej spółki (double-deckery chińskiej produkcji) oraz autobusy prywatne. W tych drugich kierowca całą gotówkę trzyma pod ręką. – To taki bardziej „african style” – tłumaczyła mi dziewczyna, od której wynajmowałem mieszkanie. Wchodzić można wszystkimi drzwiami, ale kierowca pilnuje, czy wszyscy kupili bilety. – Nie ruszy, zanim wszyscy nie zapłacą. O paragonach nie ma mowy.

Na piwo chodziłem tylko do tego baru. Skoro jest wyraźna informacja, że nie wolno wnosić broni, to musi być bezpiecznie, prawda?

Łotwa. 30 osób na meczu ekstraklasy

Na zdjęciu mecz łotweskiej ekstraklasy, FK Daugava Riga – Ilukstes NSS, który rozegrano w Jurmale. Pod koniec sezonu gospodarze znowu będą mieli więcej punktów w tabeli niż kibiców na meczu. Na zdjęciu udało mi się ująć prawie wszystkich widzów.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Łotwa, Pirma liga (II poziom): FK Rīgas Futbola skola – SK Liepajas metalurgs-2. Na trybunach 30 osób, chyba żadnego dziennikarza, tylko jedna osoba do obsługi livescore’a. W tle pomnik wojny 1941-45.

Daugava Stadium, Ryga. Na meczu piłki nie zapełni się już chyba nigdy.

Skonto Stadium. Ostatni komplet w 2003 roku – baraże Łotwy z Turcją do Euro 2004. Trafił Verpakovskis, remis w Stambule i Łotwa jedyny raz awansowała na dużą imprezę.Nad czwartą trybuną chyba cały czas myślą. Na ligowe mecze Skonto przychodzi po sto osób.

Będąc na Łotwie (promocja LOT-u, 130 zł RT, na powtórkę się nie zanosi), na jeden dzień pojechałem do Estonii.

Byłem na stadionie Ajaksu, ale Johan Cruyff nigdy na nim nie grał. Witają po estońsku. Ajax Tallin.

Tallin, Esiliiga (II poziom w Estonii), Tallinna FC Levadia II – Tallinna FC Flora II. Zapewne na boisku przebywali zawodnicy, którzy już za kilka lat wyrzucą polską drużynę z europejskich pucharów.

Między drzewami widać Zatokę Fińską.

Tallin, Esiliiga B (III poziom w Estonii), Tallinna FC Ararat TTÜ – Tallinna FC Flora III. W tle największy stadion w kraju – A. Le Coq Arena.

Jedna tercja

Gdy w marcu wybrałem się do Pragi, hokeiści Slavii walczyli w play-offach z Pardubicami. Można było zobaczyć tego samego dnia mecze hokeistów, jak i piłkarzy, więc wybrałem się na O2 Arenę. Na początku myślałem, że źle trafiłem, bo mecz miał się rozpocząć 17.30, a 20 minut wcześniej wokół hali było niemal pusto. Odbieram bilet, wchodzę na trybuny i obserwuję jak Zamboni przygotowuje taflę. Tylko hokeistów nie ma. Patrzę jeszcze na bilet, wszystko się zgadza – 17.30. Patrzę w górę, a tam odliczanie do początku meczu, najwyraźniej ma się zacząć o 18.20. Jak tłumaczył mi potem Krzysztof Gawron (@CzeskiFutbol), w ostatniej chwili godzinę meczu zmieniła telewizja. Było już na tyle późno, że nie zdążono wydrukować nowych biletów i plakatów.

Udało mi się zobaczyć tylko jedną tercję, bo musiałem przemieścić się na piłkarski stadion Slavii. Dużo w tym hokejowym show było wzorców z NHL.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wydarzenie weekendu w czeskim sporcie – 1000 asyst w karierze 42-letniego Jaromira Jagra.

Czeska ekstraklasa, Slavia Praga – Znojmo.

Pirotechnika dopiero po zakończeniu meczu.

Eden Arena, czyli skromny jak na nowy, ale funkcjonalny stadion Slavii.

Podobno stadion Viktorii Żiżkov jest wśród najczęściej odwiedzanych przez groundhopperów w całej Europie. Pomaga tradycyjna godzina rozgrywania meczów na wciśniętym między budynki stadionie – 10.15 w niedzielę.

Podobno Żiżkov żyje futbolem.

Piłkarska Praga pozytywnie mnie zaskoczyła. Fajne, stare stadiony, przyjemny klimat dla futbolu, tanie piwo. Trzeba będzie jeszcze tam wrócić.

Bayern, Barcelona i Centrum Techniki Białej

Taki proporzec wisi w sali z trofeami na Ibrox Park, (więcej o udanym wypadzie na stadion Glasgow Rangers tutaj). Obok, na ścianach i pod sufitem, symbole Bayernu, Barcelony i Olympique Marsylia. Glasgow Rangers grało z Amicą Wronki w fazie grupowej Pucharu Europy w sezonie 2004/05. Polacy dotarli tam pokonując Honved Budapszet i FK Ventspils. W meczu z Rangersami Arkadiusz Malarz pięć razy wyciągał piłkę z siatki. Bramki we Wronkach strzelali wtedy Lovenkrands, Novom, Ricksen, Arweładze (z karnego) i Thompson.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Polacy zagrali jeszcze trzy mecze w grupie – z AZ Alkmaar, AJ Auxerre, Grazer AK. Skończyło się na komplecie porażek i bilansie bramkowym 3:16.

Amica rzecz jasna chwaliła się na proporcu Pucharami Polski. Gdyby Szkoci wiedzieli jak, jak te trofea zostały zdobyte, to chyba na poważnie rozważaliby przesunięcie tej pamiątki w bardziej dyskretne miejsce. Na Ibrox trafił dowód na jedno z większych osiągnięć Fryzjera, którego dom w Zielonejgórze w wsi pod Obrzyckiem w Wielkopolsce, nazywano biurem spadków i awansów.

Po fuzji z WKP Lech Poznań, Amica Wronki drużynę seniorów prowadziła jeszcze tylko przez rok, w III lidze. Teraz we Wronkach już tylko szkolą młodzież.

Na stadionie we Wronkach byłem latem 2013 roku. Teraz grają tam tylko rezerwy Lecha. W 2006 i 2008 roku, przeciwko Wyspom Owczym i Estonii, we Wronkach występowała reprezentacja Polski.

Z piłkarskiej prowincji na Narodowy

Stadion Narodowy

Fot. Spens03, (CC BY-SA 3.0)

Zawisza Bydgoszcz jest o krok od finału Pucharu Polski. Przeglądając historyczne tabele, można dojść do wniosku, że awans będzie największym sukcesem w piłkarskiej historii klubów z obecnego województwa kujawsko-pomorskiego.

W tabeli wszech czasów polskiej ekstraklasy (1927-2013) Zawisza plasuje się na 33. miejscu. W najwyższej klasie rozgrywkowej klub spędził 12 sezonów. Najlepsze miejsce, czwarte w sezonie to sezon 1989/90, klub raz wystąpił też w Pucharze Intertoto. Drugi zespół z Bydgoszczy, Polonia, jest na miejscu 48. (7 sezonów). W 1960 roku królem strzelców ówczesnej I ligi został Marian Norkowski, napastnik Polonii. Na stadionie przy ul. Sportowej zachwycał się jego grą m.in. Zbigniew Boniek. – Wydawało mi się, że z piłką potrafi zrobić wszystko – opowiadał obecny szef PZPN.

Dwa lata w ekstraklasie spędził trzeci z klubów z regionu – Toruński Klub Sportowy (68. miejsce w tabeli). Polonia spadła z ligi w 1961 roku, a TKS w 1927 (na pożegnanie 0:15 z Wisłą Kraków). Bydgoski klub obecnie gra w IV lidze, toruński rozwiązano 83 lata temu.

W spisach finałów 60 edycji Pucharu Polski nawet nie ma co szukać. Żadna drużyna z województwa kujawsko-pomorskiego w decydującym meczu o puchar nie wystąpiła. Maksimum to półfinał.

Region jest więc piłkarską prowincją. Jeszcze trzy lata temu nie miał żadnego zespołu na szczeblu centralnym (nie liczę drużyn kobiecych). Zawisza i Olimpia Grudziądz grały wtedy w grupie zachodniej II ligi. W wielu statystykach województwo kujawsko-pomorskie można znaleźć pod koniec stawki, ale tabele piłkarskie należą do najbardziej przygnębiających. Bydgoszcz wychowała kilku świetnych zawodników, region nie musi się też wstydzić olimpijczyków. Z występami piłkarskich zespołów nie było jednak najlepiej.

Mecz o finał we wtorek o 17.45. „Przegląd Sportowy” czołówki z tego nie zrobi, kolejki pod kasami się nie pojawią, transmisja telewizyjna nie okaże się hitem, ale pokonanie w dwumeczu Jagiellonii Białystok to będzie rzecz historyczna.

Stadiony w Malmö

Stadiony w Malmö obejrzałem mając pół wolnego dnia przed powrotem do Polski. O miasto w Szwecji zahaczyłem podróżując do Kopenhagi, gdzie zobaczyłem dwa mecze. Przy okazji podążyłem śladami Zlatana.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Malmö Stadion, arena mundialu w 1958 roku i EURO 92. Drużyna Malmö FF w 2009 roku przeniosła się tuż obok, na nowoczesny i mniejszy Swedbank Stadion.

Swedbank Stadion, nowy stadion Malmö FF. Tuż obok historycznego Malmö Stadion.

Malmö Idrottsplats trenują dziewczyny z LdB FC Malmö. W pierwszej połowie XX wieku grały tu Malmö FF i IFK Malmö. Obiekt otwarto w 1896 roku.

W Zawiszy nie ma już gwiazd

Droga mleczna

Fot. Ken Crawford (CC BY 3.0)

Oba silniki bydgoskiego Zawiszy już nie działają. Od kiedy wiadomo, że do kontuzjowanego Herolda Goulona dołączył Michał Masłowski, Ryszard Tarasiewicz ma niezłą łamigłówkę. I wydaje się, że może mu zabraknąć elementów, by sprawny mechanizm, jakim była pomoc Zawiszy, znów działał bez zarzutu.

Z Goulonem spotkałem się niedawno. O piłce rozmawialiśmy niewiele, bo Francuz opowiadał, że jego życie to nie tylko futbol. Teraz, gdy musi odpoczywać po operacji, zajmuje się głównie zarządzaniem swoją restauracją, która znajduje się w Chinach. Goulon ostatni mecz zagrał w grudniu, z Lechem Poznań. Był przekonany, że ból pleców przejdzie dzięki zabiegom fizjoterapeutów. Takie rozwiązanie rekomendowali lekarze. Czas mijał, Goulon w styczniu nie trenował razem z drużyną. Po powrocie z kliniki w Paryżu mówiło się, że Goulon będzie grał. On sam myślał, że operację będzie mógł zrobić po tym, jak Zawisza awansuje do grupy mistrzowskiej. – Nie walczymy przecież o mistrzostwo. Awans do ósemki był najważniejszy. Poświęcałem się dla drużyny – opowiada. Skończyło się na wszczepieniu implantu i sporej przerwie. Po dwuletniej przerwie w grze Goulon zagrał dla Zawiszy w 19 meczach. Kiedy walczył w defensywie rywale dosłownie odbijali się od niego. Kiedy Francuz odzyskiwał piłkę, to głównie podawał do przodu. Jego rajdy podrywały kibiców z miejsc. Zwalisty Goulon potrafił minąć trzech przeciwników na raz.

Lepszy drybling w drużynie ma od niego tylko Michał Masłowski. Taki gracz to marzenie każdego trenera Ekstraklasy. Szybki, ze zmysłem do gry kombinacyjnej. Z obu nóg potrafi zdobyć bramkę zza pola karnego. Po meczu ze Szkocją chwalił go nawet Zbigniew Boniek. – W 5 minut zrobił więcej niż niektórzy w 90 – mówił prezes PZPN. Masłowski zbierał kolejne pozytywne recenzje. W ostatnim Cafe Futbol to właśnie rozgrywającego Zawiszy chwalił trener Lecha Poznań Mariusz Rumak. Kontuzja Masłowskiego nastąpiła w momencie, gdy coraz częściej mówiło się, że rosnąć ma rola Masłowskiego w reprezentacji Adama Nawałki. Piłkarz miał dostać szansę w meczu z Niemcami, rozgrywanym poza terminem FIFA.

Co dalej ze środkiem pola Zawiszy? Odpowiedzialność za odbiór spada na barki Kamila Drygasa i Hermesa. Za rozgrywanie prawdopodobnie częściej będzie odpowiadał Sebastian Dudek. Ten gracz nadrabia braki boiskowym cwaniactwem, ale ubytek w jakości budowania akcji będzie bardzo zauważalny. Za plecami napastników próbowany też będzie Paweł Wojciechowski. Problemy z konstruowaniem akcji, szczególnie przeciwko silnym rywalom z grupy mistrzowskiej, będą zauważalne. Gwiazd na miarę ekstraklasy już w drużynie nie ma, choć Igor Lewczuk na pewno znajdzie się w niektórych jedenastkach sezonu.

Obie kontuzje mogą mieć dość niespodziewany skutek. W przerwie zimowej byłem przekonany, że Goulona i Masłowskiego w Zawiszy już nie zobaczymy. Teraz sprawa wygląda już trochę inaczej.

Groundspotting w Pradze

W połowie marca byłem w Pradze. Udało się obejrzeć kilka meczów i stadionów. Na zdjęciu Letna. Sparta Praga to 35-krotny mistrz Czech i Czechosłowacji, 7 razy w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W 1930 roku na tym stadionie rozgrywano żeńską odpowiedź na igrzyska w 1928, gdzie pozwolono na start niewielkiej liczby kobiet. Zawody w Pradze nazywały się Women’s World Games. Wygrywały m.in. Halina Konopacka i Stanisława Walasiewiczówna.

Dukla Praga.

O fragmencie historii Dukli pisałem w tekście o Bohemians.

Nieradzący sobie w nowej rzeczywistości klub połączył się w latach 90. z FC Příbram. Powstał 1. FK Příbram, który rozgrywał mecze w mieście położonym 60 km od Pragi. Utrzymywał jednak, że jest następcą Dukli. – Josef Masopust nigdy nie miał na sobie koszulki Pribramu, a oni twierdzili, że zagrał dla nich 350 meczów – tłumaczy Krzysztof Gawron. Dukla w końcu wróciła na piłkarską mapę a Masopust ma swój pomnik obok stadionu w Pradze.

Polski ślad. Fragment kariery trenerskiej Jaroslava Vejvody: 1960–1965 Dukla Praga, 1966–1969 Legia Warszawa, 1969–1973 Dukla, 1973–1975 Legia, 1975–1980 Dukla. Metody czechosłowackiego trenera były wtedy w Polsce postrzegane jako bardzo nowoczesne.

Na zdjęciu nie udało się tego pokazać, ale największa trybuna położona jest na stoku, jak skocznia narciarska.

Meteor Praga ze świetną, drewnianą trybuną. Z powodu modernizacji stadionu, piłkarze 4. ligowego klubu grają teraz na innym stadionie, więc tym razem mecz Meteora odpuściłem.

I cóż, że ze Szwecji

W czerwcu 2013 na dwa dni pojechałem do Goteborga. O tym, że mieszkańcy żyją piłką, przekonałem się już na lotnisku. „Nie!” nowoczesnemu futbolowi powiedziano głośno nawet w toalecie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Rambergsvallen, Goteborg. Stadion BK Häcken (ekstraklasa).

Heden. Kompleks boisk w centrum Goteborga. Rozgrywany jest tutaj Gothia Cup, największy na świecie turniej dla dzieci. W 2012 roku w turnieju zagrało 36 tys. chłopców i dziewczynek, odbyło się prawie 5 tys. meczów.

Przed Gamla Ullevi stoi pomnik Gunnara Grena, członka słynnego ataku Milanu Gre-No-Li.

IFK Goteborg – Djurgardens IF. Na Gamla Ullevi oprócz IFK grają też GAIS i Örgryte IS. Wszystkie trzy kluby grają w ekstraklasie.

Na pamiątkę pierwszego meczu piłkarskiego w Szwecji – Örgryte IS-Lyckans, 22 maj 1892.

Valhalla IP, Goteborg. Na tym stadionie grają Örgryte IS, Qviding FIF i żeński zespół Kopparbergs/Göteborg FC. W tle Ullevi.

Ullevi. Zbudowany na mundial 1958, lifting na EURO 1992. Widać, że ma swoje lata. Stadion najbardziej ucierpiał w 1985 roku. Skakanie publiczności na koncercie Bruce’a Sprintsteena spowodowało straty w wysokości 3 mln funtów.

Każda okazja jest dobra, żeby pochwalić się dwoma pucharami UEFA.