Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Cementarnica, gdzie pogrzebano GKS

Ten wpis zagubił się gdzieś w blogowych zakamarkach. Miał być opublikowany po dłuższym tekście o meczowym wypadzie do Macedonii.

Na pierwszym zdjęciu stadion Cementarnicy Skopje. Obiekt przyzakładowego klubu, jak widać, położony jest właściwie na terenie cementowni. To przedmieścia Skopje. Ale to nie tutaj mieli przyjemność wystąpić w europejskich pucharach piłkarze GKS-u Katowice. Polski zespół wystąpił na stadionie miejskim, dziś zupełnie przebudowanym obiekcie imienia Filipa II.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion Filipa II, gdzie gra m.in. Vardar.

W 2003 roku będąca dziś w II lidze Cementarnica zdobyła Puchar Macedonii. W rundzie kwalifikacyjnej Pucharu UEFA drużyna ze Skopje wylosowała GKS Katowice. W Macedonii nie padła żadna bramka. Trener Edward Lorens wystawił następujący skład: Tkocz – Fonfara (60. Owczarek), Sadzawicki, Kowalczyk, Adżem (68. Kroczek), Muszalik, Widuch, Bojarski, Adamczyk, Bała (79. da Silva), Wróbel.

Przy Bukowej było 1:1 i Cementarnica stała się jednym z najlepszych przykładów, jak nisko upadła polska piłka. W kolejnej rundzie Lens rozbiło Cementarnicę 6:0.

Jeszcze jeden polski ślad w Macedonii. Ściana w barze przy stadionie Metalurga Skopje. W dolnym rzędzie proporce Górnika Zabrze i Ruchu Chorzów.

Najlepsze wejście w Europie

Typowa angielska ulica, z obu stron szeregowce. Idę dalej, w kierunku kopiących piłkę dzieciaków.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Oak Stand, wejście na jedną z trybun stadionu Kenilworth Road w Luton, 50 km od Londynu. Dziś w okolicy wokół stadionu mieszkają głównie emigranci. Większość sklepów i barów chwali się na szyldach, że sprzedaje mięso halal. Klient ma pewność, że kiedy zwierzę miało przecinaną tętnicę, na pewno było zwrócone w kierunku Mekki.

Setne urodziny, w 1985 roku, klub świętował w ekstraklasie. Trzy lata później Luton w finale Pucharu Ligi pokonało Arsenal George’a Grahama. Jeszcze w 1991 roku na Kenilworth Road przyjeżdżały drużyny First Division. Dekadę później Luton grało trzy poziomy niżej.

Pierwszy raz w tym miejscu piłkarze z Luton zagrali w 1905 roku. Od 1953 roku boisko było oświetlone. Dwa lata później Luton awansowało do First Division. O nowym stadionie myślano już w latach 50., ale wszystkie plany upadły. W połowie lat 80., Luton znane było ze sztucznej murawy, na którą na Wyspach zawsze patrzono nieufnie. Po 6 latach „plastikowe boiska”, jak nazywali je krytycy, zostały w Anglii zakazane.

Oak Stand.

Na stadionie w Luton byłem w sobotę. Siedziałem bliżej boiska, niż trener Mariusz Rumak na stadionie Zawiszy. Mecz League Two, czyli na czwartym poziomie w Anglii, oglądało ponad 9 tys. osób. The Hatters (Kapelusznicy) walczyli o punkty z Tranmere Rovers. Gospodarze mają awansować League One, a piłkarze z Merseyside chcą uniknąć spadku.

W meczu było trochę emocji, ale w stanie pogotowia wszyscy kibice za bramkami byli już przed pierwszym gwizdkiem. Podczas rozgrzewki kolejne strzały lądowały wśród popijających piwo kibiców. Klimat jak na najniższym poziomie Football League – stuletni stadion, kapitan z nadwagą, mżawka, kilka przyśpiewek i szarpanina w polu karnym przy każdej wrzutce.
Na niektórych krzesełkach przykręcone tabliczki z imieniem lub nazwiskiem lub „Najlepszy dziadek i syn na świecie”.

Stadion ma pięć trybun, z czego przynajmniej trzy są wyjątkowe. Oak Road Stand to najciekawsza trybuna jaką widziałem, loże biznes (na powyższym zdjęciu po prawej) mieszczą tylko 200 osób, bo na więcej nie ma miejsca, a Preece Stand jest narożną doklejką.

W latach 80. pojawiły się plany przeniesienia drużyny do Milton Keynes, jedynego dużego miasta w kraju bez poważnego klubu. Kibice zdołali obronić klub, a kilkanaście lat później na północ powędrował Wimbledon FC, który pomimo fali protestów, zaczął grać jako MK Dons.

Chodnik tuż za lożą biznes, a na nim puszki po Kasztelanach i Tatrach. W takie piwa można zaopatrzyć się m.in. w polskim sklepie w centrum miasta. Z kraju opłaca się nawet ściągać wodę Żywiec Zdrój (w sklepie po 80 p).

Jak i za ile

Do Luton z kilku polskich miast można polecieć WizzAirem za mniej, niż 100 zł w obie strony. Za dwa funty autobus Arrivy dowiezie nas do centrum lub położony o milę dalej stadion. Za piwo zarówno na stadionie, jak i w pubie, zapłacimy 3 funty. Bilet na mecz kosztuje 20 funtów. W Luton był też autor bloga Groundhopping Polska, dzięki temu mecz z gradobiciem ma już zaliczony.

Niepodległość los polacos

Fot. Kippelboy, Wikimedia Commons.

Dziennikarze od niedzielnego poranka czekali przed Institució Cultural del CIC w barcelońskiej dzielnicy Bonanova. Wiedzieli, że tutaj zagłosuje Pep Guardiola, który specjalnie na referendum przyleciał z Monachium. Pep, podobnie jak 2,2 mln Katalończyków, ustawił się w kolejce do głosowania, które formalnie nie miało żadnego znaczenia. Kolejki były tak długie, że w wielu punktach głosowano jeszcze po 20.00. – To nie jest historyczny moment, lecz mały krok, pierwszy z wielu. Wierzę, że potem nastąpią dobre czasy – powiedział dziennikarzom Guardiola.

Trener najlepszej Barcelony w historii od lat popiera ideę niepodległości. Wystąpił nawet w referendalnej reklamówce.

 

Datę głosowania wyznaczono niemal rok temu. W ostatnich miesiącach katalońsko-madrycki konflikt na tym tle przybrał na sile. Po tym, jak stało się jasne, że 9 listopada nie odbędzie się prawdziwe referendum, Generalitat proponował oficjalne głosowanie konsultacyjne. To też się nie udało. Po decyzji trybunału konstytucyjnego, „proces partycypacyjny” oparto na 40 tys. wolontariuszy. Nie było spisu wyborców, głosowali nawet 16-latkowie oraz osoby, które mieszkają w Katalonii, ale nie są obywatelami Hiszpanii.

To kolejna decyzja trybunału, którą w Katalonii odebrano jako policzek. – Państwo hiszpańskie to potężny i realny przeciwnik, bo odmawia nam prawa do głosowania i wypowiadania się o naszej przyszłości – grzmiał premier Katalonii Artur Mas.

80% głosowało za

Swoje głosy do urn wrzucili m.in. Xavi i Carles Puyol, a także Joan Laporta, Josep Maria Bartomeu i Sandro Rosell. Na karcie, którą wrzucano do plastikowej urny (tańsza niż tradycyjna, tylko 3 euro), umieszczono dwa pytania.

Czy chcesz, żeby Katalonia była Państwem?

Jeśli tak, czy chcesz, żeby to państwo było niepodległe?

Twierdząco na oba pytania odpowiedziało 80%, prawie 5% głosujących nie chce, żeby Katalonia została państwem. 10% jest za państwem, ale nie niepodległym. Kluczowa była frekwencja, którą można tylko oszacować. Zagłosowało 36-41% uprawnionych. Ci, którzy są przeciwko niepodległości, zostali w domach. Dla nich głosowanie było nielegalną hucpą. Pytają o udostępnienie publicznych budynków i 13 mln euro, które Generalitat wydał na głosowanie.

Katalończycy chcą zacząć żyć na własny rachunek. Uważają, że Madryt traktuje ich niesprawiedliwie i zbyt głęboko sięga do ich kieszeni. Liczą każde euro, które z ich podatków trafia do innych części Hiszpanii. A choć kraj powoli podnosi się z kryzysu, to niektóre wskaźniki wciąż są dramatyczne. Bezrobocie wynosi prawie 25%, a wśród osób młodych, poniżej 25 lat, bez prac jest ponad połowa Hiszpanów. Efekt to m.in. 3 mln pustych mieszkań i domów w kraju wielkości Polski.

Kilkanaście lat temu niepodległości chciało ok. 15% Katalończyków. Teraz w każdym sondażu jest to ponad 50%. Więcej niż połowę głosów zebrały też w ostatnich wyborach partie, które dążą do niepodległości. Partie skrajne żądają, by Katalonia jak najszybciej jednostronnie ogłosiła niepodległość.

Strach przed nowym miał niemały wpływ na wynik szkockiego referendum. A przecież ten kraj, po ewentualnym wyjściu z Wielkiej Brytanii, od razu zostałby przyjęty do Unii Europejskiej. W przypadku Katalonii, zarówno akcesję do UE, jak i uznanie na arenie międzynarodowej, Hiszpania będzie chciała zablokować wszystkimi możliwymi metodami. A Katalończycy są euroentuzjastami, swoją przyszłość widzą tylko w UE. Mówią, że nie boją się oddawać kompetencji Brukseli, bo jej ufają. A Madrytowi nie.

Hasła kampanii przed referendum to „Nadszedł czas” i „Głosowanie 9 listopada nie czyni z ciebie nacjonalisty. Czyni z ciebie demokratę”. Głosowanie miało pokazać światu, że Katalonia nieustannie dąży do niepodległości. Podobnym sygnałem była wrześniowa manifestacja na ulicach Barcelony. W dniu narodowego święta 1,8 mln ludzi (zdaniem Guardia Urbana; zdaniem kilku źródeł z Madrytu 0,5 mln) wzięło udział w marszu dla niepodległości. Zgodnie z wcześniejszymi zapisami, Katalończycy ustawili się w wyznaczonych miejscach na Avinguda Diagonal i Gran Via, głównych ulicach Barcelony. Ludzki łańcuch w kolorach katalońskiej flagi miał 11 km. Uczestnicy uformowali się w wielkie „V” symbolizujące „Votar” oraz „Victòria”, czyli „głosować” i „zwycięstwo”. Symboli było mnóstwo. Demonstrację rozpoczęto o 17.14 (święto 11 września odnosi się do roku 1714) przez dziewczynę, która w dniu referendum skończyła 16 lat i mogła zagłosować.

Co z Barçą

Kilka tygodni temu do polskich mediów przebiła się wypowiedź Javiera Tebasa. Przykładowy nagłówek: „FC Barcelona i Espanyol wyrzucone z ligi hiszpańskiej?!”.
Tak naprawdę prezes LFP nie powiedział nic innego – gdyby jutro Katalonia ogłosiła niepodległość, FC Barcelona w kierowanej przez niego lidze grać by nie mogła. Zgodnie z prawem, w hiszpańskich rozgrywkach mogą grać wyłącznie zespoły z Hiszpanii oraz Andory. Trudno się przecież spodziewać, żeby w przepisach umieszczono państwo, które nie istnieje. Ale prawo można zmienić.

Główny argument za pozostaniem Barcy w La Liga po ewentualnej niepodległości Katalonii jest oczywisty – to się Hiszpanii będzie opłacać. Ilu sponsorów zdoła utrzymać Javier Tebas, gdy ci usłyszą, że wbrew temu, co myśleli podpisując umowy, El Clásico w lidze hiszpańskiej nie będzie? Wiadomo też, że Barça sondowała możliwość gry w lidze francuskiej. W lidze katalońskiej nikt jej widzieć nie chce. Trzecią siłą w regionie, po Barcy i Espanyolu jest Girona. Na mecze chodzi tam 5 tys. kibiców.

Co mówią Katalończycy

Wielu Polaków poglądów Katalończyków nie rozumie. W dyskusjach m.in. kibiców, podawane są przykłady regionów, które wcale niepodległości nie chcą, jak np. Śląska. Mój znajomy, który mieszka w Barcelonie, przepytał swoich katalońskich przyjaciół. Mówią o tym, czy czują się Hiszpanami i dlaczego chcą własnego państwa. Więcej w ciekawym wpisie na jego blogu, polecam.

Marta: – Tak, nigdy nie czułam się Hiszpanką. Moja tożsamość, oprócz wielu innych rzeczy, jest katalońska i to nie tylko ze względu na język. Kiedy mam styczność z Hiszpanami, dochodzę do wniosku, że jesteśmy odmienni. Ani lepsi ani gorsi, ale różni. Zwłaszcza ze względu na język, ale również zwyczaje, tradycję, kuchnię, poczucie humoru oraz wiele innych rzeczy, które to nas odróżniają w znacznym stopniu. A przede wszystkim nasze dążenie do tego, aby zostać niepodległym narodem.

Nie mam problemu z Hiszpanią tylko z hiszpańską władzą, która mocno uciska zamieszkujące ten kraj narody (Kraj Basków, Wyspy Kanaryjskie, Andaluzja, Galicja, Kastylia, itd.) posiadające własne ruchy niepodległościowe, co jest ukrywane przez władzę i przychylne jej media. Wobec tego ktoś, kto uważa się za Hiszpana, dał się oszukać, ponieważ Hiszpania to kraj, który ucisza głos swoich narodów i nie pozwala im na skonstruowanie swojej tożsamości, a więc w podsumowaniu: jest jednym wielkim kłamstwem.

Joan: – 10 lat temu separatystów było bardzo niewielu i nikt nie myślał o niepodległości jako możliwej alternatywie lub też rzeczywistości. Teraz wszystko się zmieniło ponieważ naród kataloński jest zmęczony płaceniem tak ciężkich pieniędzy Hiszpanii w zamian za nieżyczliwość i bycie traktowanym jak brzydkie kaczątko kraju. Rząd Mariano Rajoya mocno przyczynił się do wzrostu popularności separatyzmu. Również partie pro-niepodległościowe dobrze się zorganizowały, na przykład CiU, które nigdy nie było zwolennikiem separacji, opowiedziało się w końcu za nią, aby zdobyć więcej głosów. Zorganizowano wiele manifestacji i protestów, a przede wszystkim odpowiedź rządzącej Partido Popular dolała tylko oliwy do ognia.