Miesięczne archiwum: Wrzesień 2015

Największy

Tytuł: Muhammad Ali. Moje życie, moja walka
Autor: Thomas Hauser; tłumaczenie Iwona Szymaniak
Wydawca: Veni Vidi Vici, 2013

Kiedy w 1960 roku Cassius Clay wrócił do USA ze złotym medalem igrzysk olimpijskich w Rzymie, większość porządnych restauracji i hoteli była dla niego niedostępna. Jeść i spać mógł tylko w przybytkach dla czarnych. Żeby zrozumieć, dlaczego wielu uznaje Muhammada Alego za największego sportowca w dziejach, trzeba zrozumieć jego epokę. Ali był jedną z najważniejszych postaci lat 60. i 70.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

 

Nie przypominał innych bokserów. Wygadany, przystojny, walczący z opuszczonymi rękoma, rywali potrafił rozbić już przed walką. O przeciwnikach deklamował wiersze, przepowiadał, w której rundzie padną na deski. Nieoczekiwanie bokserski mistrz świata stał się członkiem Narodu Islamu. Kiedy w czasie wojny w Wietnamie odmówił złożenia przysięgi wojskowej, jeszcze tego samego dnia odebrano mu tytuł. Groziło mu więzienie, nie złamał się. Sprawiedliwość uzyskał dopiero w Sądzie Najwyższym.

Stanął w ringu po trzech latach przerwy, jednak nigdy nie wrócił do dawnej formy. Wciąż był szybki, ale nie był już najszybszym zawodnikiem w historii wagi ciężkiej. Stał się wojownikiem. Rywale zaczęli go trafiać. Kiedyś chełpił się tym, że żaden cios rywala nie może go dosięgnąć. Potem był dumny, że zwyciężał, choć na jego głowę spadała lawina uderzeń. Trzy razy zdobywał tytuł mistrza świata, zarobił na ringu więcej pieniędzy, niż wszyscy poprzedni wielcy mistrzowie razem wzięci. Jego najbliższą świtę tworzyło 50 osób. Wśród nich ci, którzy go kochali i cała zgraja pijawek, która myślała głównie o pieniądzach. Stoczył o kilka walk za dużo. Walczył nawet wtedy, gdy gołym okiem było widać, że jest chory.

Najciekawszy sportowy życiorys wszech czasów wydaje się być tematem idealnym. Ale wystarczy obejrzeć film „Ali” z Willem Smithem, żeby się przekonać, że nie każdy może tę historię udźwignąć. Thomas Hauser to autor nominowany do Pulitzera za powieść, którą zekranizowano pod tytułem „Zaginiony”. W książce o Alim Hauser na 600 stronach jest schowany głęboko za swoimi rozmówcami. Niemal cała książka to obszerne wypowiedzi blisko 200 osób z otoczenia Alego. Narrator prowadzi czytelnika tylko małymi fragmentami. Resztę obrazu malują ludzie, którzy przez pół wieku mieli kontakt z Alim. Hauser jest dokładny, ale opowieść nawet na chwilę nie zwalnia tempa. W jego opowieści Ali jest nie tylko wielkim sportowcem, ale też dobrym człowiekiem.

Książka w oryginale została wydana na początku lat 90. (w Polsce w 2013). Wtedy, w konkursie Williama Hilla, została wybrana książką roku. Dziś też miałaby wielkie szanse, by taki tytuł otrzymać. Od 1991 roku Ali był na ustach wszystkich tylko raz – gdy zapalił znicz olimpijski w Atlancie w 1996 roku. Przez chorobę Parkinsona rzadko pojawia się publicznie. Jak mówi, najważniejsze dla niego, to by być dobrym muzułmaninem.

Tytuł: Football Against the Enemy
Autor: Simon Kuper
Wydawnictwo: Orion Books

Napisana 20 lat temu książka należy dziś do sportowej klasyki. Na początku lat 90. urodzony w Ugandzie i wychowany w Holandii Brytyjczyk rozpoczął serię piłkarskich podróży. W ciągu 22 miesięcy odwiedził 9 krajów. Z Ukrainy przez Kamerun do Argentyny i Szkocji. Budżet studencki, tylko 5 tysięcy funtów. Spał w hostelach i walczył z tremą, gdy po raz pierwszy w życiu rozmawiał z zawodowymi piłkarzami. Pojechał tam, gdzie futbol łączy się z polityką. Wszystko w czasach, gdy o tanich liniach nikt nie słyszał a internet wciąż był siecią akademicką.

„Football Against the Enemy” to świetny początek kariery jednego z najciekawszych piłkarskich autorów. W 1994 roku Simon Kuper dostał nagrodę za najlepszą sportową książkę roku w konkursie Williama Hilla. Potem przez lata pracował w „The Guardianie”, dziś pisze dla „Financial Times’a”. W Polsce wyszła jedna jego książka – „Futbol w cieniu Holokaustu. Ajax, Holendrzy i wojna”. Ze Stefanem Szymanskim napisał też „Soccernomics: Why England Loses, Why Spain, Germany, and Brazil Win”, sylwetki piłkarzy zebrał w tomie „The Football Men”. Wszystkie jego książki to sportowa czołówka.

Niektóre historie sprzed dwóch dekad są już znane, momentami 23-letni wówczas autor zbytnio upraszcza fakty, ale mimo wszystko książkę czyta się dobrze. Kuper opisuje Ukrainę okresu pierestrojki i Barcelonę wciąż opanowaną przez olimpijską gorączkę. Nie miał problemów z umówieniem się na rozmowę z wiceprezydentem Barcelony, czy profesorem stojącym za myślą Walerego Łobanowskiego.

Kuper patrzy na futbol przez pryzmat religii (Irlandia, Szkocja), totalitaryzmu (Argentyna, NRD), czy nacjonalizmu (Katalonia, Bałkany). Kiedy pojechał do Holandii, tłumaczył, dlaczego Bobby Robson nie osiągnął tam sukcesu. Anglik miał typowo brytyjskie spojrzenie – manager ma zawsze rację, na treningach nie ma dyskusji, żelazna taktyka to 4-4-2, a od stopera wymagamy siły, odwagi i nieustępliwości. Do Eindhoven Robson zupełnie nie pasował. We Włoszech, przez znajomych, Kuper dotarł do Helenio Herrery. Il Mago poświęcił mu niemal cały dzień. – Catenaccio jest krytykowane, bo jest źle używane – tłumaczył Kuperowi rozrysowując na kartce taktykę. Opowiedział o sukcesach we Francji, Włoszech i Hiszpanii.

Kuper dotknął też Afryki. Rozmawiał z Rogerem Millą, w RPA spotkał jeszcze większą gwiazdę. „Miałem obawy nawet przed zadaniem pytania zawodnikowi a teraz stał przede mną Nelson Mandela, największa polityczna gwiazda swoich czasów. Zapytałem: Panie Mandela, podobno jest pan fanem Orlano Pirates. Czy to prawda? Odpowiedział: „Nie. Pytano mnie o to wiele razy, kiedy byłem w więzieniu. Wspieram wszystkie kluby jednakowo”. To był rok wyborczy”.

Uliczka w Barcelonie

Z Camp Nou można dojść nie tylko na ulicę Josepa Samitiera, czy grób Ladislao Kubali. Blisko też jest na plac Zamory, gdzie kiedyś stała arena mundialu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Barceloński Espanyol do dzielnicy Sarrià przeniósł się w 1923 roku. Z tego miejsca dotarcie na ówczesny stadion FC Barcelony, Les Corts, zajmowało pieszo kilkanaście minut. Trzy lata później na Sarrii padł pierwszy gol w historii hiszpańskiej ligi. “Pitus” Prats otworzył wynik wygranego 3:2 meczu z Realem Union.

Stadion wielokrotnie przebudowywano. W czasie mistrzostw świata w 1982 roku, kiedy rozegrano na nim trzy mecze, mógł pomieścić 44 tysiące kibiców. To tutaj Włosi pokonali 3:2 legendarną Brazylię Tele Santany. Dziesięć lat później na Sarrii odbyły się spotkania piłkarskiego turnieju igrzysk olimpijskich (m.in. Polska-Włochy).

To igrzyska sprawiły, że Estadio de Sarrià to już dziś historia. Kiedy sportowcy opuścili wioskę olimpijską, na wyremontowanym stadionie na wzgórzu Montjuïc hulał wiatr. Samorząd zaczął naciskać na Espanyol, żeby swoje mecze rozgrywał na arenie niedawnych igrzysk. Historycznego obiektu nie chcieli opuszczać zarówno piłkarze, jak i socios. Ale dług Espanyolu rósł a teren po Sarrii można było sprzedać deweloperom. Ostatni mecz Espanyol zagrał tutaj w czerwcu 1997 roku. Ostatniego gola strzelił obrońca Valencii Ivan Campo. Kilka tygodni później po stadionie zostały już tylko gruzy.

 

W 2009 roku Periquitos opuścili Estadi Olímpic Lluís Companys. W dzielnicy El Prat, daleko od serca miasta, powstał stadion typowo piłkarski. Byłem tam na tourze, jednym z gorszych na mojej liście. W poprzednim sezonie średnia frekwencja na 40-tysięcznym stadionie nie przekroczyła połowy pojemności obiektu.

To Sarrii swoje najlepsze ligowe mecze rozgrywał Ricardo Zamora (dla Katalończyków Ricard). W miejscu stadionu jest ulica i plac jego imienia.

O tym, jak wygląda dziś teren po stadionie Les Corts, pisałem tutaj.

I jeszcze zdjęcie wyszperane w sieci. Na dole Camp Nou, Les Corts, wyżej Sarria.

Dwie twarze Grzegorza Laty

Tytuł: Grzegorz Lato
Autor: Marek Bobakowski
Wydawca: Wydawnictwo Aha!

Trudno napisać książkę o Grzegorzu Lacie, bez zadania mu żadnego pytania. Bardzo trudno, jeśli z książki nie wynika, że autor rozmawiał z kimkolwiek z jego otoczenia.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Marek Bobakowski jest dziennikarzem Wirtualnej Polski. Kiedy Grzegorz Lato po raz drugi zdobywał z reprezentacją Polski trzecie miejsce na mundialu, autor jego nowej biografii miał trzy lata. Widziałem w tym szansę – za temat pokolenia piłkarzy z lat 70. i 80. wziął się ktoś, kto nie pamięta ich sukcesów. Liczyłem na nowe spojrzenie. Zawiodłem się, bo książka wygląda na pisaną zza biurka.

Dlaczego jedyne wypowiedzi Laty, to te zaczerpnięte z mediów, doskonale rozumiem. Książka wobec niego bardzo krytyczna, nie zgodziłby się na rozmowę. Pomysł Bobakowskiego dobrze pokazano na okładce – Grzegorz Lato jako doktor Jekyll i pan Hyde. Świetny piłkarz i fatalny prezes PZPN-u. Autor cytuje reakcje prasy na wszystkie wpadki Laty od momentu dojścia do władzy dzięki wydatnej pomocy Kazimierza Grenia, do odejścia w niesławie. Notowania Laty były tak złe, że nie uzbierał wymaganego poparcia, by ubiegać się o reelekcję. Gromy spadały na niego z każdej strony. Krytyka zasłużona, ale to wszystko znamy. Autor nie dociera do żadnych nowych faktów, nie pokazuje niczego nowego. Trudno porwać czytelnika cytatami z prasy sprzed zaledwie pięciu lat.

Podobnie jest z pierwszą częścią książki. Opowieść o Lacie – zawodniku prowadzona jest chronologicznie – od Malborka, gdzie się urodził, dalej przez Mielec, Lokeren, Meksyk i Kanadę. Konstrukcja jest nużąca. Rzadko zatrzymujemy się przy ciekawszym wątku. Niecałą stronę zajmuje opis nieznanej mi wcześniej historii o ofercie nielegalnego pozostania piłkarza w Niemczech w czasie mundialu w 1974 roku. Niezłe fragmenty to te o grze Laty poza Polską. Niewiele jednak wiemy o ośmiu latach Grzegorza Laty w Kanadzie. Jego interes nie wypalił, ale co robił poza tym? Pewne jest tylko, że pomimo otrzymania obywatelstwa, król strzelców mundialu nie opanował języka angielskiego nawet w stopniu minimalnym.

Od poprzedniej biografii Grzegorza Laty, pisanej za zgodą bohatera przez Macieja Polkowskiego, minęło 21 lat. Marek Bobakowski przekopał archiwa, rzetelnie przedstawił historię piłkarza i prezesa. Tę pracę widać. Ale nie ruszył w Polskę, nie obdzwonił kilkuset osób, by dotrzeć do czegoś nowego. Czegoś, co sprawiłoby, że książka zostałaby zapamiętana.

Tytuł: Provided You Don’t Kiss Me. 20 years with Brian Clough
Autor: Duncan Hamilton
Wydawnictwo: Fourth Estate, 2008

– Kim ty kurwa jesteś? – zapytał Brian Clough. Siedzący przed nim 18-latek, cały zlany potem, zaczął mamrotać, że zaczyna pracę w lokalnej gazecie. Trenerowi Nottingham Forest chciałby zadać kilka przygotowanych pytań. Miał je na kartkach, wszystkie wielkimi literami, bo nie wiedział, jak je wyłączyć na maszynie do pisania.

Ale jako pierwszy pytania zadawał Clough. Pytał młodzieńca skąd pochodzi, co robią jego rodzice i na kogo głosują. Robotnicze pochodzenie dziennikarza i popieranie Partii Pracy to odpowiedzi, których Clough oczekiwał. Duncan Hamilton mógł zadać kilka pytań ze swojej pomiętej kartki. I pytał Clougha przez następne 20 lat.

Jako jedyny dziennikarz korzystał z przywileju jeżdżenia klubowym autokarem. – Ale nie możesz wybierać meczów. Musisz być na każdym, tylko tak będzie fair – zapowiedział Clough. Hamilton jeździł z Forest na mecze Division Two, potem ekstraklasowe i Pucharu Europy. Prowincjonalny klub Clough doprowadził na europejski szczyt, a reporter Nottingham Evening Post był tuż obok. Hamilton spędzał z Cloughem setki godzin. W książce opisał drogę do sukcesu, chude lata, budowę drużyny z początku lat 90. i upadek trenera, w dużej mierze spowodowany przez zbyt częste zaglądanie do kieliszka.

Pod koniec kariery zaprosił do siebie dziennikarza i wyłożył mu zasady współpracy. – Na dziś mam dwie sprawy. Pierwszą do jutrzejszej gazety, drugą do twojej książki.
– Jakiej książki?
– Jesteś dziennikarzem i czytasz dużo książek. Pewnego dnia sam ją napiszesz. O tym klubie. Albo może nawet bardziej, o mnie. Więc pewnie chcesz wiedzieć co myślę o niektórych sprawach i zachować to na później, gdy nikogo to nie skrzywdzi.

Clough to temat samograj. Najbarwniejszy trener w historii brytyjskiej piłki. Jego relacja z Hamiltonem była wyjątkowa. Rozpatrywana w kategoriach książki sportowej, „Provided You Don’t Kiss Me”, to pozycja wybitna. Hamilton nie broni swojego bohatera, pokazuje słabości, choć pisze, że Clough był dla niego jak ojciec. To książka głęboka, zabawna, pod koniec wzruszająca. Pokazująca świat, którego nie ma i człowieka, który osiągnął sukcesy, których powtórzenie jest już niemożliwe.

Olimpijski Malinowski

Na stadion im. Bronisława Malinowskiego jedzie się mostem, a potem ulicą jego imienia. Przed wejściem prosty pomnik z wizerunkiem mistrza. Złoty medalista z 1980 roku to najsłynniejszy sportowiec w historii Grudziądza.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Malinowski najbardziej pamiętany jest z biegu w Moskwie. Tanzańczyk Filbert Bayi wyrwał do przodu i miał ogromną przewagę. Taktyka Malinowskiego była jasna – bez względu na sytuację biec tempem na 8:10,0. Rywal Polaka najlepiej czuł się na dystansie 1500 metrów i na ostatnim okrążeniu słabł w oczach. – Załamały się czarne nogi pod Bayiem – mówił Bohdan Tomaszewski, gdy Afrykanin po raz ostatni pokonywał rów z wodą. Malinowski wygrał z dużą przewagą. Tanzańczyk nie rozpaczał, zdobył dla swojego kraju pierwszy w historii medal olimpijski.

Czas Malinowskiego to 8:09,11 s, pół sekundy wolniej, niż w w 1976 roku Montrealu. Po nim, na ośmiu kolejnych igrzyskach, na tym dystansie wygrywali Kenijczycy. W Moskwie nie startowali, ale nic nie wskazuje na to, że nawiązaliby walkę z Polakiem. Mało tego, z takimi wynikami Malinowski nawet teraz walczyłby z najlepszymi. Zarówno w 2012 roku Londynie, jak i cztery lata wcześniej w Pekinie, czasy Malinowskiego dawałyby złoty medal.

Ojciec lekkoatlety, Anastazy, walczył pod Monte Casino. Po wojnie poznał w Edynburgu Irene Dovell. W 1948 roku para przyjechała do Polski i wzięła ślub. Trzy lata później w Nowem nad Wisłą urodził się Bronisław Malinowski. W wieku 17 lat zaczął biegać dla Olimpii Grudziądz. Najlepiej mu szło na dystansie 3 km z przeszkodami. Na igrzyskach w Monachium był 4., cztery lata później w Montrealu zdobył srebro. O sekundę przegrał wtedy ze Szwedem Andersem Gärderudem. Po igrzyskach w Moskwie był na szczycie.

Rok po igrzyskach planował ślub, zastanawiał się nad bieganiem maratonów. W słoneczną niedzielę 27 września 1981 na moście w Grudziądzu czynny był tylko jeden pas ruchu. W audi Bronisława Malinowskiego wbiła się w nadjeżdżająca z przeciwka ciężarówka. Mistrz olimpijski zginął na miejscu, miał 30 lat.

Na stadionie w Grudziądzu ławki rezerwowych znajdują się za bieżnią. A za nimi, umieszczono miejsca dla prasy.

Olimpia Grudziądz – Zawisza Bydgoszcz. O meczu tutaj, tutaj i tutaj.

Kontuzjowany Dariusz Kłus podczas meczu Olimpii z Zawiszą.

Istniejąca od 1923 roku sekcja piłkarska Olimpii największy sukces osiągnęła niedawno, w 2011 roku. Drużyna awansowała wtedy na zaplecze ekstraklasy. Później, na swoim stadionie, wyeliminowała z Pucharu Polski Lecha Poznań, a w Niecieczy, strzałem głową, bramkarz Michał Wróbel pozbawił Termalikę awansu do ekstraklasy.

– W imieniu prezydenta miasta i prezesa klubu Olimpia Grudziądz, witamy na meczu o mistrzostwo I ligi – mówi spiker tuż przed meczem Olimpii. Od trzech kadencji prezydentem Grudziądza jest Robert Malinowski, o dwa lata starszy brat Bronisława.