Miesięczne archiwum: Grudzień 2015

Messi w Belfaście

Mural w Belfaście

Celtic Belfast był jednym z dwóch najważniejszych klubów w mieście. Nazwę i barwy zaczerpnięto od o 4 lata starszego Celtiku z Glasgow. Kibice, głównie irlandzcy nacjonaliści, domagali się niepodległości kraju. W 1948 roku, w rozgrywanym tradycyjnie w Boxing Day meczu z Linfield, wybuchły zamieszki. Celtic Belfast został wycofany z ligi a w 1960 roku rozwiązany. Głównym rywalem Linfield stał się Glentoran.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jeszcze w latach 80. XX wieku na stadion Celtic Park w Belfaście chodziły tłumy, ale nie po to, by oglądać piłkarzy, ale popularne na Wyspach Brytyjskich wyścigi psów. Kilka lat temu w miejscu stadionu powstało centrum handlowe. Znajduje się w nim muzeum klubu, który zakończył działalność pół wieku temu. Chciałem je zobaczyć, ale nie dostałem odpowiedzi na maile, a gdy pojawiłem się w centrum handlowym, muzeum było zamknięte.

Mural w Belfaście

Mural w Belfaście

Z położonego kilka ulic dalej muralu, na rogu Whiterock Road i Falls Road, spogląda Leo Messi. W pubie obok mecze oglądają kibice Celtiku Glasgow. W środku, na ścianach wiszą zielone koszulki The Bhoys. To oni postanowili uhonorować Irlandczyka, który prowadził Barcelonę. Tak na ścianie znalazł się też Argentyńczyk.

Patrick O’Connel prowadził m.in. Racing Santander, Betis (mistrzostwo Hiszpanii 1934/35) i FC Sevillę. W latach 1935-40 był trenerem Barcelony. Prowadził zespół m.in. podczas słynnego tournee w czasie wojny domowej. W 1937 drużyna wyjechała do USA i Meksyku. Zarobione pieniądze pozwoliły klubowi zarobić pieniądze i przetrwać. Większość drużyny nie chciała wracać do ogarmniętego wojną kraju i została na emigracji.

Mural w Belfaście

O’Connel pochodził z Dublina, jako piłkarz grał m.in. w Belfast Celtic, Sheffield Wednesday, Hull City i Manchesterze United. Zmarł w biedzie i zapomnieniu w 1959 roku.

W tej części Belfastu większość stanowią katolicy. Kilkadziesiąt metrów dalej można przeczytać, że patrioci muszą zerwać z Wielką Brytanią. Na ścianie po drugiej stronie ulicy widnieje hasło „Co ty robiłeś, gdy trwał strajk głodowy? Możesz powiedzieć, że byłeś z nami?”. W 1981 roku wielu przebywających w brytyjskich więzieniach członków IRA podjęło strajk głodowy, żądając uznania ich więźniami politycznymi (byli więzieni jako kryminaliści). W wyniku protestu zmarło 10 głodujących.

Patrick O’Connell Memorial zbiera pieniądze na pomnik Irlandczyka oraz odnowienie jego grobu.

Mural w Belfaście

Messi, O’Connell i widok na Windsor Park, stadion Linfield FC i reprezentacji Irlandii Północnej.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jak Tyson znokautował Michalczewskiego

Tytuł: Mike Tyson. Moja prawda
Autor: Mike Tyson, Larry Sloman, tłum. Jakub Małecki
Wydawnictwo: SQN, 2015

Jeszcze jako mistrz świata, Mike Tyson nie wierzył, że dożyje 30. urodzin. Większości jego znajomych z Brownsville ta sztuka się nie udała. Czytając jego autobiografię, trzeba przyznać, że zrobił niemal wszystko, by pójść ich śladem.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Z ojcem, który jak mówił, znał się na Biblii i byciu alfonsem, miał kontakt sporadyczny. Matka głównie piła. Kiedy w wieku 13 lat Mike Tyson trafił do poprawczaka, miał za sobą kilka lat przestępczej kariery. Nieustanne kradzieże, napady z bronią i oczywiście narkotyki. Życie uratował mu Cus D’Amato. Słynny trener na taki diament czekał całe życie. Tyson został najmłodszym mistrzem świata wagi ciężkiej. Od tamtego czasu boks interesował go coraz mniej.

2005 rok, Tyson przerywa walkę z Kevinem McBride i nie wychodzi do 7. rundy. To 3 porażka w ostatnich 4 walkach. Wszyscy wiedzą, że jeden z najbardziej ekscytujących pięściarzy w historii, więcej już nie wystąpi. Rozmówki na ringu, tuż po werdykcie, są zwykle szarpane i dotyczą samej walki. Tyson był spokojny i żegnał się z ringiem. – Od początku walki czułem, że tego nie chcę. Nie mam już do tego serca. Walczę w zasadzie już tylko, by opłacić rachunki. Nie jestem już tym zwierzęciem. Prawdopodobnie więcej już nie będę boksował. Nie chcę odzierać boksu z szacunku. Od 1990 roku nie kocham tego sportu – mówił.

Wydaje się, że w swoim najlepszym okresie był nie do pokonania. Jego najsłynniejsze porażki kojarzy nawet niedzielny kibic boksu. Przed walką z Busterem Douglasem niemal nie trenował, był wykończony, uganianiem się za japońskimi pokojówkami. Evanderowi Holyfieldowi odgryzł kawałek ucha a przed starciem z Lennoksem Lewisem nie przestał brać narkotyków aż do samego dnia walki.

Larry Sloman, który spisał wspomnienia „Żelaznego Mike’a” napisał jedną z najciekawszych sportowych biografii. To historia dzieciaka wyrwanego z getta, który jeszcze jako nastolatek był multimilionerem. Potem stał się seksoholikiem, skazanym za gwałt przestępcą, narkomanem, stałym gościem gabinetów psychiatrów i bankrutem. Przepuścił ponad 300 mln dolarów, które zarobił na ringu. Historie, które opowiada, to najbardziej pokręcone sportowe anegdoty, jakie czytałem. Jeśli porównamy poziom samozniszczenia, który przez lata uprawiał Tyson, do innych sportowców, to George Best w ogóle nie powinien się brać za pisanie książki. Szkoda papieru. Historie Tysona niszczą swoją brutalnością inne sportowe wspomnienia, jak „Bestia” swoich rywali za najlepszych lat.

Mike Tyson przeżył więcej, niż stu zwykłych śmiertelników. O swoim życiu opowiedział szczerze i obszernie. To autobiografia, przy której czytelnik nie raz pokręci głową z mieszanką niedowierzania i przerażenia.

– Przed każdą walką musisz patrzeć rywalowi w oczy, ale to tylko stwarzanie pozorów. Tak naprawdę czujesz energię przeciwnika, która bije z jego wnętrza, a potem wracasz do swojego narożnika i myślisz: „O kurwa” albo „Co za cipa” – pisze.

Czytając jego autobiografię, dużo bliżej jest się tego pierwszego stwierdzenia.

Tytuł: Tiger. Bez cenzury
Autor: Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki
Wydawnictwo: Agora 2015

Na księgarnianych półkach pojawia się mnóstwo wywiadów rzek, ale stosunkowo rzadko ich bohaterami są sportowcy. Z Dariuszem Michalczewskim rozmawiali Maciej Drzewicki i Grzegorz Kubicki, dziennikarze trójmiejskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Co ciekawe, rok temu wydano wspomnienia Michalczewskiego „Tiger to ja”.

W podróż wyruszamy z bloku na gdańskim Przymorzu. Z domu, w którym zmagający się z rakiem ojciec, trzymał wojskową dyscyplinę. Na ścianie pokoju, który bokser dzielił z siostrą, wisiał plakat Scorpionsów. Tych samych, z którymi już jako uznany pięściarz, kumplował się w Hamburgu.

Niemcy i zachodnie życie, śniły mu się po nocach. W 1988 roku utalentowany zawodnik Czarnych Słupsk urwał się podczas zgrupowania w Karlsruhe. Dość szybko zaczął boksować dla Niemiec i przeszedł na zawodowstwo. Przez 9 lat był mistrzem świata wagi półciężkiej WBO. Królował w Europie, na świecie najlepszy był wtedy Roy Jones Junior. – To tylko gdybanie, ale myślę, że bym go lewą ręką wyrolował, zmógłbym go tą moją podwójną gardą, krótkim dystansem. (…) Nie mówię, że by mi pasował, co to to nie, to był przecież mistrz świata, przechuj. Ale walka byłaby świetna. No dobra – myślę, że bym go rozjechał – mówi Tiger.

Wtedy był królem Hamburga. Kiedy w 2000 roku spowodował wypadek, „Bild” pisał o tym na okładce przez trzy dni z rzędu. Ciekawie opowiada o relacjach z trenerem, promotorem oraz znajomościach z restauratorami, sportowcami i artystami, hamburskiej elicie. Sporo mówi też o kobietach, w tym kolejnych żonach. Jak sam przyznaje, to jeden z jego ulubionych tematów. – Mam fajne życie, trudno byłoby wymyślić lepsze – mówi. To zadowolenie i optymizm, przebijają z niemal każdej strony. Michalczewski patrzy na wszystko pozytywnym okiem, przeciwności się nie boi. Zawsze dawał sobie radę. O tym, że prawdziwe interesy robi się po zakończeniu kariery, mówił mu już Max Schmeling. Teraz rozkręca kolejne firmy i fundacje.

Wywiad rzeka z Michalczewskim to niezła pozycja. Jej największy problem polega na tym, że nie może konkurować z książkami, które w kategoriach pozycji sportowych są wybitne. A tak oceniam inne głośne książki o boksie – autobiografię Tysona i wydaną niewiele wcześniej biografię Muhammada Alego Thomasa Hausera. W tym starciu Michalczewskiemu nie pomógł nawet jego lewy prosty.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Gol, który musiał być przewidzeniem

Wieszak we flagowym sklepie Johana Cruyffa

Wieszak we flagowym sklepie Johana Cruyffa w barcelońskiej dzielnicy El Born.

W moje ręce trafiła autobiografia Pepe Reiny. Sporo miejsca poświęca swojemu ojcu. Najwięcej zajmuje opis gola, który w 1974 roku pozbawił Atletico Madryt Pucharu Europy. Bramki mistrzów Hiszpanii bronił Miguel Reina. Ta interwencja zdefiniowała jego karierę. W finale, w ostatniej minucie dogrywki, Hans-Georg Schwarzenbeck strzelił z 25 metrów. Bayern wyrównał a w dodatkowym meczu gładko wygrał 4:0. – Nazwisko Niemca niewielu w Madrycie pamięta. Ale wszyscy wiedzą, że tego strzału z dystansu nie zatrzymał mój ojciec – pisze bramkarz Napoli.

42 lata temu Miguel Reina wpuścił swoją najsłynniejszą bramkę na krajowym podwórku. 22 grudnia 1973, ligowy mecz na Camp Nou, Barcelona – Atletico. Barcelona rozgrywała swój pierwszy i najlepszy sezon z Johanem Cruyffem w składzie. Od debiutu Holendra do zdobycia mistrzostwa, Blaugrana nie przegrała żadnego meczu. – To najlepsze wspomnienie mojego dzieciństwa – opowiada dziś Joan Laporta.

Krótko przed przerwą wciąż nie padła żadna bramka. Na prawym skrzydle nieźle dośrodkował Chary Rexach. Nieźle, ale trochę za głęboko. Johan Cruyff wyskoczył i trafił piłkę wyciągniętą do przodu stopą. Uderzył piętą. W czasach, gdy piłkarze nie strzelali akrobatycznych bramek, do których przyzwyczaił nas choćby Zlatan Ibrahimović, gol stał się sensacją. Pisano o „fantomowym golu”, bramce, która musiała być przewidzeniem i „Niemożliwym golu Cruyffa”. – W tej bramce było wszystko – gracja, technika, tupet, siła, wyobraźnia – to był gol wbrew logice. Coś jak z Matrixa – pisze Pepe Reina. To bramka, którą wspomina się nawet po kilku dekadach. W rewelacyjnym dokumencie „En Un Momento Dado” (tu z angielskimi napisami) bramką z Atletico ekscytuje się stojący w kuchni zawodowy kucharz. – Mam gęsią skórkę – mówi do kamery.

W „El Mundo Deportivo” opis zajął cztery szpalty.

Strona Mundo Deportivo

Strona Mundo Deportivo

Strona Mundo Deportivo Strona Mundo Deportivo

Dziś Johan Cruyff przeżywa ciężki okres. – Myślenie i mówienie o futbolu daje mi wiele radości i odciąga moje myśli od choroby – napisał niedawno.

Mucha fuerza Johan!

P. S.

O najsłynniejszym numerze 14, patronie bloga, pisałem tu m.in. w kontekście wydanych w książce wywiadów oraz moście jego imienia. Polecam.