Miesięczne archiwum: Wrzesień 2016

Braterstwo z jednorękim bramkarzem

Fratia Bukareszt

Rumuńska piąta liga. Boisko między polem a zrujnowaną fabryką. O tym, co tu się dzieje, pisał nawet New York Times.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Rumunia nie jest na wysoko groundhopperskich listach miejsc, które trzeba zobaczyć. O Fratii i boisku Vulcana można jednak znaleźć kilka informacji. Wiedziałem, że trudności z trafieniem mają nawet miejscowi taksówkarze. Wokół industrialne ruiny i typowe dla Rumunii watahy bezpańskich psów. Okazało się, że Google Maps nie pomogło. 20-minutowy spacer z końcowej stacji metra mocno się wydłużył i zdążyłem dopiero na przerwę.

Fratia Bukareszt

W Rumunii, jak w wielu demoludach, masowo tworzono drużyny przyzakładowe. Dlatego w dość dziwnej okolicy powstało boisko. Fabrykę maszyn Vulcan założyli w 1906 roku Austriacy. Lata świetności to końcowe dekady reżimu Nicolae Ceaușescu. Fabryka cały czas działa, ale ogromny obszar jest zdegenerowany.

Fratia Bukareszt Fratia Bukareszt

Fratia (na niebiesko) oznacza braterstwo. Progresul (żółci) to postęp. Nie wiem na ile postępowi są goście, ale Fratia swoim wartościom jest wierna. Jeszcze niedawno drużynę prowadziła kobieta, która do Rumunii przyjechała z Konga.

Fratia Bukareszt

Fratia Bukareszt

Tudorel Miihailescu, pierwszy z lewej, w drugiej połowie odpoczywał. Urodził się bez lewego przedramienia. Zawsze chciał grać w piłkę i to na bramce. Pozwolenie na grę w zwykłych rozgrywkach kosztowało go rok chodzenia po lekarzach. Miihailescu broni na poziomie rumuńskiej 4. ligi.

Fratia Bukareszt

Fratia Bukareszt

Fratia Bukareszt

Klub powstał w 2001 roku. Dwa lata później fabryka sprzedała grunt koło jednej z nieużywanych hal.

Fratia Bukareszt

Fratia Bukareszt

„Oferujemy szacunek i prosimy o szacunek”.

Fratia Bukareszt

W sobotę Postępowcy pokonali Braci 4:1. Wyruszyłem w drogę na kolejny mecz.

Fratia Bukareszt

Fratia Bukareszt

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Picie Adamsa i droga Löwa do mistrzostwa świata

Tony Adams Uzależniony

Tytuł: Uzależniony
Autor: Tony Adams, Ian Ridley, tłum. Anna Wajs-Magierska
Wydawnictwo:
SQN 2016

Pod koniec lat 90. spowiedź stopera Arsenalu była dużym wydarzeniem. Do Polski trafiła z kilkunastoletnim opóźnieniem i trochę na tym ucierpiała.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

„Uzależnionego” w oryginalnej wersji mam na półce od kilku lat. Zaglądałem do niego kilka razy, bo pojawia się w różnych zestawieniach ważnych piłkarskich pozycji, ale nigdy mnie nie wciągnął. Za dużo tu zwykłych relacji i to z meczów, które nie budzą we mnie emocji. Po polsku doczytałem do końca, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ta książka trafiła do nas za późno.

Kiedy Tony Adams, lider defensywy Arsenalu i reprezentacji Anglii, przyznał się do alkoholizmu, to było coś. Człowiek, który był od wielu lat na sportowym szczycie, opisał, jak znalazł się na dnie. Książka wyszła w 1998 roku, zebrała świetne recenzje i bardzo dobrze się sprzedała. Część wymienionych w niej zawodników znam tylko z książek, o wielu nawet nie słyszałem. Brakuje szerszego spojrzenia, ale to nie wina Adamsa. Kiedy napisał książkę, był czynnym, 32-letnim zawodnikiem. Miał przed sobą jeszcze 4 lata gry. Gorzej, że w tym roku Adams w tym roku będzie świętował 50. urodziny.

Książka jest natomiast ciekawym zapisem epoki. Poznajemy czasy, gdy rodziła się Premier League. Kiedy Adams zaczynał karierę, jego zadaniem, jak wszystkich młodych zawodników, było regularne sprzątanie szatni. Kiedy kończył z futbolem, wielu nastoletnich kolegów z szatni było już milionerami.

Adams napisał książkę razem z Ianem Ridleyem. W polskiej edycji dodano rozdział o lecie 1999 roku. Obrońca dużo pisze o swoim upodleniu. Wymienia momenty, w których alkohol zawładnął nim bez reszty. Będąc czynnym zawodnikiem na kilka tygodni trafił nawet do więzienia. Siedział w celi, gdzie za toaletę służyło wiadro. Tę część czyta się najlepiej. Nie brakuje anegdot, z kolejnych stron bije szczerość, ale jako czytelnicy to wszystko już znamy. Na przestrzeni lat książki o pozaboiskowych problemach napisało wielu piłkarzy. Opisywali walkę z alkoholem, hazardem, nawet próby samobójcze. Adams był jednym z pierwszych. Wykazał się odwagą w czasach, gdy taki ekshibicjonizm był dużo mniej popularny. Alkoholu nie pije od 20 lat.

Kibice Arsenalu polskim tłumaczeniem będą wniebowzięci, ale podejrzewam, że więcej radości da im książka, którą SQN wydało tego samego dnia, co autobiografię Tony’ego Adamsa – opowieść Johna Crossa o dwóch dekadach pracy Arsene’a Wengera.

Joachim Löw. Esteta, strateg, mistrz świata

Tytuł: Joachim Löw. Esteta, strateg, mistrz świata
Autor: Christoph Bausenwein, tłum. Agata Janiszewska
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016

Jako piłkarz był przeciętny, a jako klubowy trener więcej przegrał, niż wygrał. Ale znalazł swoje miejsce. Na mundialu w 2006 roku jako asystent, a potem na sześciu kolejnych imprezach jako selekcjoner, Joachim Löw dochodził przynajmniej do półfinału.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Schönau, Południowy Schwarzwald, 40 km od Fryburga. Stąd, by robić piłkarską karierę, w świat ruszył filigranowy napastnik. Każdorazowe zderzenie z wielką piłką było bolesne. Kontuzja i zaledwie 4 mecze w VfB Stuttgart, potem 5 goli w 24 meczach w Eintrachcie Frankfurt. Löw miał dryg do piłki, ale na jej elitę był za wolny i za miękki. Po dwóch obiecujących sezonach w 2. Bundeslidze, spróbował raz jeszcze. W Karlsruher S.C. znowu klapa. Pozostał powrót do domu, a potem gra w Szwajcarii. Dla Fryburga strzelił na drugim froncie 81 goli w 252 meczach. – Moja kariera była taka sobie, a najjaśniejszy punkt stanowiły występy w reprezentacji do lat 21 – wspominał.

Przełomowy moment w życiu nadszedł kilka lat później. Na kursie trenerskim dla byłych piłkarzy, Joachim Löw wypadł fantastycznie. Trenerskie papiery robili wtedy m.in. Matthias Sammer, Andreas Köpke i co najważniejsze dla tej historii, Jürgen Klinsman.

Na głęboką wodę Löw został rzucony w wieku 36 lat. VfB ze słynnym tercetem Bobić – Bałakow – Elber miało świetny sezon. W czasie drugiego Löw długo walczył o utrzymanie posady. Pożegnalnym spotkaniem był przegrany finał Pucharu Zdobywców Pucharów, błędnie w książce nazwanym Pucharem Europy.

W skrócie, kolejnym etapem był rok w Fenerbahce (ładna gra, ale tylko trzecie miejsce) i spuszczenie przejętego w 9. kolejce Karlsruher S.C. – Czy zna się pan na piłce nożnej? – pytali Löwa dziennikarze. W ciągu 177 dni jego zespół wygrał tylko raz. Było tak źle, że nawet nie wziął odprawy. Kolejny klub to znowu wpadka – Niemiec na pół roku przejął turecką Adanę. Efekt ten sam – spadek. Dalej dobry sezon w Tirolu Innsbruck, po którym klub wyłożył się finansowo, a po rocznej przerwie kolejna austriacka przygoda, z Austrią Wiedeń. W marcu otrzymał wypowiedzenie.

Wymieniam większość zawodowych wyzwań Joachima Löwa, bo droga, którą przeszedł jeden z najwybitniejszych selekcjonerów naszych czasów, jest fascynująca. Telefon z ofertą zadzwonił po roku na bezrobociu. Po drugiej stronie był Klinsmann. – Unia späcli dokonana – pisał „Bild”. Spätzle to mączne kluski, popularne w południowych Niemczech, skąd pochodzą obaj członkowie trenerskiego duetu z lat 2004-06. Niemiecka reprezentacja zyskała świeżość, zaczęła kojarzyć się z ofensywą, poprawiły się też wyniki. Szybko rosła też pozycja Löwa, który po dwóch latach przejął stery. W książce sporo jest analiz taktycznych pomysłów selekcjonera. rezygnacja z wielkich nazwisk

Sporo w książce o wpływach szkoły szwajcarskiej na niemieckiego selekcjonera. Löw pobierał nauki w Magglingen u Ursa Siegenthalera. Christoph Bausenwein tłumaczy też, jak wykluwała się szwabska myśl trenerska. Ragnick, Klopp i Tushel nie narodzili się na piłkarskiej pustyni. Bliżej im do miana absolwentów Harvarda, a przynajmniej ludzi, którzy wychowali się wokół profesorów.

W 2000 roku, gdy niemiecki futbol, przynajmniej jak na jego historię, stoczył się na dno, zaczęto myśleć nad planem. Głęboka reforma struktur DFB i szkolenia w klubach dała Niemcom piłkarzy, którzy grają efektownie i docierają do półfinałów wszystkich imprez. Twarzą dekady sukcesów jest selekcjoner. Największym sukcesem Löwa jest czwarta gwiazdka na koszulkach reprezentacji Niemiec. Ale nie mniej imponująca jest stabilność, jaką dał kadrze. Dziś jego nazwisko jest jedną z najlepszych niemieckich marek, synonimem człowieka godnego zaufania.

Od ławki Łobanowskiego po szafę Bułhakowa

Stadion Dynama Kijów

Centrum Kijowa, wejście na stadion Dynama. Na środku ulicy portret Michaiła Żyzniewskiego, który w tym miejscu stracił tu życie w czasie Euromajdanu. Z tyłu pomnik Walerego Łobanowskiego, najwybitniejszego ukraińskiego trenera.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Michaił Żyzniewski był Białorusinem. Miał 25 lat, gdy w styczniu 2014 roku, w czasie walk z siłami rządowymi, zginął od strzału w serce. Udekorowane kwiatami portrety ludzi, którzy tak jak on stracili życie na Majdanie i w jego okolicach, to stały element krajobrazu Kijowa.

Stadion Dynamo

Stadion Dynama Kijów

Kiedy sytuacja na Ukrainie się ustabilizowała, w ramach remontów zabrano się też za Łobanowskiego. Odnowiono pomnik i cały stadion. Trener siedzi na piłce i wita kibiców, którzy przychodzą na obiekt jego imienia.

Pressing, wymienność pozycji, skracanie pola gry w defensywie i rozszerzanie go do linii bocznych w ataku. To, co dziś jest oczywistością, Walery Łobanowski wprowadzał w latach 70. W szatni Dynama wisiały statystyki z poprzedniego meczu. Bez dostępu do zapisu wideo odnotowywano każde zagranie. Trener wyliczył, że drużyna, która myli się przy nie więcej, niż 15 proc. zagrań, jest nie do pokonania.

Mimo, że w ZSRR piłkarze mieli niewiele do powiedzenia, odnoszący sukcesy Łobanowski tak mocno przykręcał im śrubę, że z czasem się zbuntowali. Ogłosili, że człowiek nie jest w stanie tyle trenować. Z Dynamem Łobanowski wygrał dwa Puchary Zdobywców Pucharów, z ZSRR srebro EURO 1988.

Łobanowski fascynował także fanów taktyki, co jak na przedstawiciela tej części Europy jest wyjątkowo rzadkie. Osobny rozdział w „Odwróconej piramidzie” poświęcił mu Jonathan Wilson. Sposób gry Dynama lat 80. był szokiem dla Ralfa Ragnicka. Piłkarze poruszali się jak pociągani za niewidzialne sznurki.

Stadion Dynama Kijów

Przed stadionem stoi pomnik upamiętniający tzw. Mecz śmierci. Latem 1942 roku, gdy Kijów znajdował się pod hitlerowską okupacją, drużyna złożona głównie z zawodników Dynama i Lokomotiwu, zagrała z żołnierzami Luftwaffe. Jak powtarzała przez dekady sowiecka propaganda, wielu Ukraińców zwycięstwo przepłaciło życiem. Nakręcono kilka filmów o tym, jak mecz zdecydował o tym, że piłkarze byli aresztowani i skazywani na śmierć. Radziecka propaganda kilkakrotnie zmieniała historię „Meczu śmierci”, ale dziś przyjmuje się, że represje ze strony hitlerowców nie miały związku z tym, co wydarzyło się na boisku.

Stadion Dynama Kijów

Stadion Dynama to jedna z najlepiej położonych aren, na jakich byłem. Dziś nowe obiekty stawia się pod miastem, niedaleko autostrady. Potrzeba kilkadziesiąt hektarów wolnego terenu. Jeśli w okolicy nie ma żadnej cywilizacji, to tym lepiej. Będzie miejsce na parkingi i galerię handlową. Przykładem Allianz Arena.

Na stadion Dynama z Majdanu Nezałeżnosti, czyli Placu Niepodległości, centralnego placu stolicy Ukrainy, idzie się kwadrans. Stadion położony jest w parku, w nauralnym zagłębieniu terenu. Obiekt ma chyba najbardziej imponujących sąsiadów w piłkarskim świecie. Najbliższe budynki to Pałac Maryński, czyli siedziba prezydenta, gmach Rady Najwyższej Ukrainy i siedziba rządu. Od północnego wschodu nie postawiono żadnego budynku. Po dwustu metrach można dojść na brzeg Dniepru.

Stadion Dynama Kijów

Stadion Dynama Kijów

Na stadionie Dynama obejrzałem mecz 19-latków. Czernomorec Odessa wygrał 2:0. Za tablicą wyników budynek ukraińskiego rządu.

Stadion Olimpijski

Stadion Olimpijski

Piłkarskie płaskorzeźby na stacji metra Olimpijśka.

Stadion Olimpijski

Tuż obok portrety pamięciowe. Jest o czym myśleć podczas jazdy ruchomymi schodami. W kijowskim metrze pociągi jeżdżą wyjątkowo głęboko. Stacja Arsenalna jest najgłębiej położoną stacją metra na świecie, 105 metrów poniżej poziomu terenu.

Stadion Olimpijski

Po co w latach 20. w Kijowie zbudowano duży stadion? Rzecz jasna na spartakiadę. Wcześniej w tym miejscu był stadion miejski, ale po wejściu Armii Czerwonej, nadszedł czas na Czerwony Stadion, o odpowiedniej wielkości. Na początku stadion miał patrona, Lwa Trockiego, ale szybko okazało się, że ten nie zasługuje na taki honor. W piłkę grali tu wtedy piłkarze Lokomotiwu.

Budowany w pośpiechu stadion był takim bublem, że gdy siedziba sowieckiej republiki na dobre przeniosła się z Charkowa do Kijowa, zabrano się do przebudowy. W 1936 roku teren prac miał 80 hektarów. W ramach pięciolatki postawiono stadion na 70 tys. osób z imponującą kolumnadą. Na 21 lipca 1941 roku zaplanowano mecz Dynama Kijów z reprezentacją Armii Czerwonej. Zamiast piłki były jednak bomby. Nikita Chruszczow miał na głowie większe zmartwienia, niż otwieranie stadionu swojego imienia. ZSRR został zaatakowany przez III Rzeszę.

Stadion Olimpijski

Inauguracja się odbyła, ale wkrótce Niemcy zrobili swoją. Stadion nazwali Wszechukraińskim. Po wyzwoleniu został odbudowany po wojennych zniszczeniach i otwarty po raz kolejny. Dynamo zagrało z CDKA Moskwa. Wtedy był to Stadion Republikański.

W latach 60. Stadion Centralny, jak go nazwano, rozbudowano do 100 tys. miejsc. Obiekt wielokrotnie zmieniał swój wygląd. W 1996 roku stał się oficjalnie Olimpijskim. Na meczach Dynama frekwencja była tak słaba, że mecze ligowe drużyna Walerego Łobanowskiego rozgrywała na stadionie, który dziś nosi jego imię. Ostatni raz stadion przebudowano na EURO 2012. Obecnie może pomieścić 70 tys. osób. W tej części Europy większe są tylko moskiewskie Łużniki. Rozgrywano tu nawet kilka spotkań igrzysk olimpijskich w Moskwie.

Stadion Olimpijski

Stadion może i ładny, ale z powodu bieżni widoczność beznadziejna. Do tego mecz trafił mi się marny. Worskła Połtawa pokonało Dynamo 2:0. Przyszło 8 tys. osób. Najgorszy na boisku był Andrij Jarmołenko. Głównie machał rękoma a po symulowaniu faulu biegł z pretensjami do sędziego.

Stadion Olimpijski

Do Dynama, związku sportowego, który powstał z inicjatywy Feliksa Dzierżyńskiego, drużyna kijowskich proletariuszy weszła w 1927 roku. W ciągu kilku lat Dynamo stało się główną drużyna Ukrainy, w ramach ZSRR odpowiednikiem reprezentacji kraju. Od lat 60. zespół niemal co roku grał w europejskich pucharach. Po rozpadzie Związku, Dynamo długo było na Ukrainie hegemonem. Dziś jego największym rywalem jest Szachtar Donieck.

Stadion Olimpijski

Stadion Olimpijski

Klubowe muzeum na Stadionie Olimpijskim. Ścianka z ważnymi piłkarzami w historii Dynama. Trzeba podejść trochę bliżej…

Stadion Olimpijski

… by trafić na tzw. polski ślad. Łukasz Teodorczyk, dziś już w Anderlechcie.

Stadion Olimpijski

Widok na dach Stadionu Olimpijskiego. Tędy, przez parking i park, można przejść do siedziby Federaciji futbołu Ukrainy. W 2002 Hryhorij Surkis został wybrany przewodniczącym federacji i był zmuszony zrzeć się stanowiska prezesa Dynama. Prezesem klubu został jego brat Ihor, który pełni tę funkcję do dziś.

Dom futbolu, CSKA i Lokomotiw

Dom futbolu

Dom Gargamela? Blisko. Dom futbolu. Tak Ukraińcy nazwali architektoniczny koszmarek, który zbudował miejscowy związek piłki nożnej. Budynek 12 lat temu otwierali m.in. Lennart Johansson, Leonid Kuczma i Michel Platini.

Dom futbolu

Po drugiej stronie uliczki stoi Stadion im. Bannikowa, gdzie często grają reprezentacje młodzieżowe. Wyniósł się stąd Arsenal Kijów, który teraz jest gospodarzem meczów w Boryspolu, 40 km na wschód.

Lubię stadiony klubów kolejowych, bo zawsze są blisko dworca. Tej reguły nie łamie Lokomotiw Kijów. Wrażenia pozytywne, ale jeszcze ciekawszy jest położony 5 minut dalej stadion CSKA.

Stadion CSKA wciśnięty jest między potężny budynek ukraińskiego ministerstwa obrony i tory kolejowe. Od największej stacji na Ukrainie, Kijów-Pasażerski, dzieli nas kilkuminutowy spacer. Rozmach budowy, która mogła liczyć na wsparcie Armii Czerwonej był tak duży, że zbudowano nawet kino na świeżym powietrzu. Filmu już tu jednak nie obejrzymy, o mecz piłkarski też trudno. Cały stadion jest ruiną. Na murawie ćwiczą dzieci i oldboje. Największą atrakcją wewnątrz zniszczonej trybuny są bardzo długie, wyłożone boazerią korytarze.

Chrzeszczatyk, kijowski deptak. Kwitnie tu hazard. Wśród atrakcji strzały na bramkę na pieniądze.

Pozapiłkarsko

A sam Kijów? Polecam jedno przy głównym deptaku. Chmielnickiego 3 i kultowe, nie przesadzam, stoisko z perepiczkami. Parówka w cieście podobnym do racucha kosztuje 10 hrywien, czyli 1,5 zł. Do okienka potrafi podejść kilkadziesiąt osób na minutę. 10 hrywien ląduje na blacie, a w ręku klienta przygotowana już, zapakowana w woreczek gorąca parówka. Podchodzą młodzi, starzy, żołnierze i babcie.

Poza tym zapamiętałem szerokie ulice, przechodniów spychanych do podziemnych przejść, rozklekotane marszrutki wymijające ekskluzywne limuzyny, miłych ludzi, niskie ceny i mnóstwo kościołów. Ale o tym możecie przeczytać w standardowych relacjach z Ukrainy. Takich dla normalnych ludzi, a nie takich, którzy przelecieli blisko 1000 kilometrów, by zobaczyć mecz, na który przyszło 8 tys. osób.

Do Kijowa można dostać się Wizzairem m.in. z Gdańska i Katowic. Dla członków klubu WDC (30 zł rocznie) najniższa cena, którą widziałem, to 78 zł w dwie strony.

Kijów

Kijów

Czasami ważne jest to, czego nie widać. Cokół, na którym jeszcze niedawno stał pomnik Lenina.

Kijów

Łuk przyjaźni narodów.

Kijów

Kijów

Majdan.

Kijów

Kijów

Kijów to miasto kościołów i socrealistycznych budynków. Monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach i siedziba uczelni dla dyplomatów.

Salon w domu Michaiła Bułhakowa.

Przewodniczka otwiera drzwi i wchodzimy do gabinetu. Meble ponoć oryginalne.

Kijowskie mieszkanie Bułhakowa utożsamiane jest ze słynnym mieszkaniem nr 50 z „Mistrza i Małgorzaty”. Stało się też inspiracją wielu jego opowiadań.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dekada Barcelony i piłkarze w okopach

Barça. Złota dekada

Tytuł: Barça. Złota dekada
Autor: Leszek Orłowski
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Ostatnia dekada jest najlepszą w historii. Choć przez pierwsze sto lat istnienia, Barça zbudowała reputację jednego z największych klubów na świecie, to ostatnie 10 lat to sukcesy bez precedensu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Okołobarcelońskimi książkami kibic może już zapełnić całą półkę (na blogu pisałem o książce Alfredo Relaño i rozmowach z Cruyffem, biografii Pepa Guardioli, książce Sida Lowe’a, opowieściach o Louisie van Gaalu i Robercie Enke, autobiografii Luisa Suareza oraz książce o La Masii). SQN słusznie założyło, że dobrym kandydatem na autora opowieści o najnowszej historii jest zwinny w dziennikarskich opowieściach Leszek Orłowski. Wydawca ma pewność, że tego dziennikarza kibic zna.

Przygotowanie merytoryczne Orłowskiego jest jak zwykle bez zarzutu. Książkę napisał na podstawie skrupulatnych notatek, które wykorzystywał podczas transmisji. Z oceną niektórych wydarzeń, można polemizować, ale ogólna wymowa niczym nie zaskakuje.

Dość monotonny przedmiot rozprawy ożywiają ciekawe porównania. Orłowski ma dobry język, stara się co jakiś czas obudzić czytelnika. Ale przy takiej opowieści nie jest to łatwe. Ile historii z tych zawartych w książce przeciętny czytelnik pozna po raz pierwszy? Obawiam się, że niewiele. Zarzut to do autora być może niesprawiedliwy, bo trudno oczekiwać od dziennikarza i komentatora, który pracuje w Warszawie, żeby odkrył przed nami tajemnice Camp Nou i Ciutat Esportiva Joan Gamper, gdzie toczy się codzienne życie drużyny.

Książka przypomina trochę jazdę obowiązkową – Cruyff, Rijkaard, Paryż, degrengolada, pozbycie się balastu i nadejście Guardioli, które zaczyna nowy cykl. Kibice Barcelony wszystko to znają, ale powspominać miło. Drużyna wychowanków, koronacja Messiego, wojny z Mourinho, Rzym i Londyn. Potem sezony Tito i Taty, dalej Lucho wchodzący z drużyną na szczyt.

Każdy z nas narysowałby tę dekadę podobnie. Leszek Orłowski nie miał ambicji dokonania żadnego odkrycia. Ostatnią dekadę Barcelony opisuje bardzo sprawnie. Jasno opisuje barcelońskie mechanizmy – jakie były przyczyny kolejnych ruchów transferowych, jak zmieniała się taktyka, w jakich warunkach pracowali kolejni trenerzy. Orłowski zarzeka się, że książka nie jest kroniką, choć wcale nie jest do niej daleko. Nie jest to wada. W „Złotej dekadzie” wszystko jest na swoim miejscu.

The Final SeasonTytuł: The Final Season: The Footballers Who Fought and Died in the Great War
Autor: Nigel McCrery
Wydawnictwo:
Random House Books, 2014

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Boiska zamienili na okopy. Brytyjscy piłkarze, którzy w 1914 roku zaciągali się do wojska, nie wiedzieli, że mają niewielkie szanse na powrót do domu. W Wielkiej Wojnie, jak ją krótko potem nazwano, zginęło wielu bohaterów angielskich stadionów.

Jeden z bohaterów książki, Walter Tull, był trzecim w historii Football League piłkarzem innego koloru skóry, niż biały. Urodził się w 1888 roku. Po śmierci obojga rodziców trafił do sierocińca. Jego brata adoptował dentysta z Glasgow. Edward Tull poszedł w jego ślady i został pierwszym czarnym stomatologiem w Wielkiej Brytanii. Walter został w Londynie i dostał szansę gry w klubie Clapton. W latach 1909-11 grał w ataku Tottenhamu. Zarabiał maksymalną stawkę dla zawodowca – 4 funty tygodniowo, czyli równowartość dzisiejszych 400. Jako syna Barbadosana, potomka niewolników, regularnie lżono go z trybun. Tull trafił do rezerw Spurs, ale wyciągnął go stamtąd Herbert Chapman. Legendarny manager Arsenalu pracował wtedy w Northampton Town. Ściągnął go do drużyny, w której ten zagrał 111 meczów. Ostatni w 1914, krótko zanim zaciągnął się do wojska.

Piłkarze byli wtedy na cenzurowanym. Gdy wybuchła wojna, a wciąż rozgrywano mecze i to na pełnych stadionach, część opinii publicznej była oburzona. Pojawiły się opinie, że król Grzegorz V powinien zrezygnować z patronowania Football Association. Sir Arthur Conan Doyle apelował w prasie, by obudzić w piłkarzach patriotycznego ducha. Jeśli ktoś jest zdolny do gry w piłkę, to może też stanąć na polu bitwy.

Walter Tull jak wielu zawodników, sam zgłosił się do tzw. Batalionu Piłkarskiego (17th (Service) Battalion, Middlesex Regiment). Po szkoleniu trafił w okopy bitwy nad Sommą, największej w I wojnie światowej. Po trzech dniach nieustannego, największego wówczas ostrzału artyleryjskiego w historii, alianci zostali zaatakowani gazem. Tull, w stanie szoku wrócił do Anglii, trafił do szpitala. Kiedy znów trafił na pierwszą linię frontu, został podporucznikiem, choć oficjalnie przepisy na to nie pozwalały. Żołnierze, których przepisy kwalifikowały jako „aliens” i „negroes”, nie mogli mieć zostać oficerami.

Za zasługi na polu walki, już jako jeden z dowódców, Tull został odznaczony. Niemiecka kula dosięgła go 8 marca 1918 roku. Koledzy chcieli dotrzeć do jego ciała, próbował m.in. Tom Bilingham, w cywilu bramkarz Leicester Foose, ale okazało się to niemożliwe. – Dla swojej ojczyzny poniósł największą ofiarę – przeczytał w telegramie Edward Tull. Pomnik poświecony Walterowi Tullowi stoi dziś obok Sixfields Stadium w Northampton.

Trwająca od lipca do listopada 1916 roku bitwa nad Sommą pochłonęła życie 485 tys. brytyjskich i francuskich żołnierzy (inni autorzy podają jeszcze wyższe liczby). 72 tys. ciał nie odnaleziono. Tylko w czasie pierwszego dnia szturmu Brytyjczycy stracili blisko 60 tys. ludzi. Po stronie państw centralnych zginęło 630 tys. osób. Efekt gigantycznej ofensywy to przesunięcie linii frontu o 10 km na odcinku 25 km.

Stadion nad rzeką i ogródek im. Grenia

Tolka Park w Dublinie

Tolka Park w Dublinie leży nad samym brzegiem niewielkiej rzeki. Tolka płynie tuż przy trybunie stadionu, jak na słynnym Hillsborough.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Spóźniony wpis o wypadzie do Dublina. Pierwsza część tutaj.
Stadion na zdjęciu od lat 50. kojarzony jest z Shelbourne, ale swoje domowe grały tu też Drumcondra, Dolphin, Home Farm, Dublin City, Shamrock Rovers i St James Gate F.C.. Rozgrywano tu mecze eliminacji Ligi Mistrzów, Pucharu UEFA i Pucharu Zdobywców Pucharów. Wszystko wskazuje na to, że uroczy, kameralny stadion wkrótce zniknie.

Tolka Park w Dublinie

Niesymetrycznie postawiona zachodnia trybuna od razu rzuca się w oczy. Na Tolka Park rozegrano pierwszy mecz irlandzkiej ekstraklasy transmitowany na żywo w telewizji. Stało się to dopiero w 1996 roku.

Tolka Park w Dublinie

Powódź z 2000 roku spowodowała duże straty. Dokładając do tego zbyt wysokie wydatki na pensje zawodników Shelbourne, doszło do dziwnej transakcji. Stadion kupił deweloper, ale klub wciąż na nim gra. Możliwe, że Shelbourne przeniesie się na stadion Bohemians. Właścicielem Dalymount Park jest miasto, które przygotowuje się do jego gruntownej przebudowy.

Tolka Park w Dublinie

Tolka Park w Dublinie

Stadion położony jest nad samą rzeką.

Aviva Stadium, Dublin

Aviva Stadium, Dublin. W 2007 roku zburzono stojący tu stadion Lansdowne Road. Pod trybuną znajdowały się tory kolejki podmiejskiej. Rugbyści grali w tym miejscu od 1872 roku. Aviva Stadium należy do dwóch federacji – rugby union i piłkarskiej. Na mocy umowy po 60 latach stadion w całości przejmą rugbyści.

Aviva Stadium, Dublin

– Jedna trybuna jest niższa, z innego powodu, niż brak pieniędzy – mówił przewodnik. Chodziło o nieblokowanie naturalnego światła. Tour dość standardowy, ale dla zainteresowanych tematem raczej warto. Można zajrzeć do szatni i bardzo skromnego muzeum.

Aviva Stadium, Dublin

Koszulka Xaviego z meczu reprezentacji.

W 2020 odbędą się tutaj 4 mecze EURO. Na Aviva Stadium, jak na każdym dużym, nowym stadionie, występują też gwiazdy muzyki. Aviva Stadium nie jest największym stadionem w mieście. Z pojemnością 51,7 tys. osób (na mecze piłkarskie) znacząco ustępuje Croke Park. Na obiekcie, na którym odbywają się zawody sportów gaelickich, może zasiąść 82,3 tys. kibiców.

Aviva Stadium, Dublin

W jednym z ogródków po prawej stronie, przed meczem polskiej reprezentacji z biletami stał Kazimierz Greń. Kulminacją afery była konferencja prasowa, na której działacz PZPN pokazywał swoje spodnie.

„Arsene Who?” i piłka w czasie okupacji

Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy

Tytuł: Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy
Autor: John Cross, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:
SQN, 2016

O ile łatwiejsze życie miałby Arsène Wenger, gdyby robił to, czego oczekują od niego kibice. Czy leżące na koncie pieniądze nie byłoby lepiej wydać na środkowego napastnika? We wrześniowych meczach wystarczyłoby więcej, niż zwykle, szaleńczych podskoków przy linii bocznej. Eksperci to kochają, nazywają przekazywaniem pasji zawodnikom. Francuz mógłby robić to, na co ludzie czekają, ale wtedy nie byłby sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

O ile o źródła jego transferowej wstrzemięźliwości są dość dobrze rozpoznane, to powody zachowania managera na ławce zaskakują. W 2014 roku Wenger był w bardzo trudnej sytuacji. Oddech dało mu zwycięstwo w Pucharze Anglii. Ale kiedy sięgał po trofeum, starał się nie komenderować zawodnikami ze swojej strefy technicznej. – Czasami podejmuję świadomy wysiłek, by rzadziej wstawać z miejsce i podchodzić do linii bocznej. Tak to już jest, że człowiek przy linii bocznej jest cały spięty. Można w ten sposób wywrzeć negatywny wpływ na zawodników – tłumaczy Wenger. Ciekawe tym bardziej, że wielu trenerów uprawia przy linii bocznej show, które ma dodać energii zawodnikom albo chociaż przekazać widzom, że trenerowi zależy. Wenger wiele razy wściekał się na piłkarzy, ale stara się na nich nie krzyczeć. Boi się, że to mogłoby ich zablokować.

Wierność swoim zasadom to cecha Wengera, którą John Cross podkreśla co kilka stron. Dziennikarz, który pisze o Arsenalu w „Daily Mail”, książkę „Arsene Wenger: The Inside Story of Arsenal Under Wenger” wydał w zeszłym roku. Polska edycja została uaktualniona o ostatni sezon.

To droga od pytań „Arsene Who?”, gdy Wenger był odbierany jako krzyżówka francuskiego profesorka i inspektora Clouseau, do ikony Premier League. Kiedy dwie dekady temu Francuz trafił do Anglii, liga nie przypominała międzynarodowej maszynki do zarabiania pieniędzy, którą jest obecnie. Grający na zabytkowym Highbury Arsenal miał w drużynie kilku alkoholików, jedynego w lidze trenera spoza Wysp i sporo wewnętrznych problemów. Wtorkowe imprezy kończyły się w czwartek, o diecie nikt nie słyszał, a na boisku drużyna pozostawała synonimem nudnej gry. Na pierwszy trening Wenger przyjechał metrem. W dość krótkim czasie osiągnął spektakularne sukcesy. Klub przeszedł rewolucję na niemal wszystkich polach, ale Francuz postawił na odziedziczoną po poprzednikach defensywę, która przerastała wszystkie kolejne (David Seaman, Tony Adams, Steve Bould, Lee Dixon, Martin Keown i Nigel Winterburn).

Niemal jak Wenger w Arsenalu, po ciekawym początku, wpadamy na mielizny. Musimy przejść przez kolejne sezony i dylematy Wengera. Najlepiej wypada druga połowa książki. Wenger tłumaczy zasady, które doprowadziły go do tego, że jako utytułowany trener, w swoim 1000. meczu w Arsenalu przeżył koszmar pt. „0:6 z Chelsea”. Wiele osiągnął, ale na koncie ma też porażki. Często zżera go frustracja.

Nawet w chudych latach Arsenalu Wengera, wyniki były lepsze, niż w wielu klubach, które wcześniej budowały swoje stadiony. Klub zaciskał pasa, ale miało to sens. W swoim długofalowym planie, Francuz nie przewidział dwóch wydarzeń. Rzeka pieniędzy popłynęła do dwóch klubów, które w krótkim czasie przeskoczyły Arsenal finansowo i sportowo. Chelsea i Manchester City zaczęły operować kwotami, o których Wenger mógł tylko pomarzyć. Trofea znów się oddaliły. Celem Arsenalu była czołowa czwórka, czyli gra w Lidze Mistrzów. Wenger nie ukrywał, że to dla niego ważniejsze, niż wygranie Pucharu Anglii, czy Pucharu Ligi Angielskiej. Głównie chodziło o pieniądze, ale nie tylko. – Gdy chcę pozyskać najlepszych piłkarzy, to nie pytają, czy klub zdobył te puchary, ale czy gra w Lidze Mistrzów – mówi Wenger.

Portret dość kompleksowy, 400 stron dobrej roboty. Książka ciekawsza od wydanej także przez SQN autobiografii Tony’ego Adamsa. Ale o tym w kolejnym wpisie w ramach „Czytelni”.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Piłka nożna w okupowanym KrakowiePiłka nożna w okupowanym Krakowie
Autor: Stanisław Chemicz
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie, 1982

Zaplanowane na 3 września 1939 roku derby Cracovia – Wisła już się nie odbyły. Część piłkarzy była już na froncie, inni uciekali na wschód. Pierwszy mecz w warunkach okupacji rozegrano 22 października. W Bronowicach starcie Wisły z Krowodrzą oglądały ponoć 4 tys. kibiców. Wiosną 1940 roku zaczęto organizować mistrzostwa Krakowa.

Książka o warszawskich meczach w czasie okupacji tak mnie wciągnęła, że będąc w stolicy wybrałem się do Parku Żeromskiego. W piłkę grano tam nielegalnie, z narażeniem życia. Podobna książka, o piłce w Krakowie, powstała w latach 80. Autorem jest Stanisław Chemicz, piłkarska gwiazda Cracovii i trenerska Wisły Kraków. Były zawodnik wydał skróconą wersję swojej rozprawy doktorskiej.

W pierwszych meczach po kampanii wrześniowej, jak na podwórku, jedna drużyna grała w koszulkach, a druga bez. – Nawet był taki mecz między Cracovią i Wisłą, gdzie losowaliśmy, kto ma grać w koszulkach i tak się złożyło, że Wisła grała w koszulkach należących do Cracovii – wspominał Mieczysław Gracz.

Z czasem nasiliły się łapanki i represje. W drugiej połowie 1942 roku życie piłkarskie zamarło całkowicie. Po informacji o zasadzce gestapo, w sierpniu odwołano derby. Rok później władze rozgrywki znów stanęły pod znakiem zapytania, ale z innych powodów. W meczu Łagiewianka – Wisła gościom groziło pobicie. Zwołano delegatów zespołów „celem zastanowienia się, czy w tych warunkach możliwe jest kontynuowanie zawodów o mistrzostwo”. Napięcie wśród zespołów było tak duże, że ustalono, że pojawił się pomysł, by gospodarze boisk nie będą grali u siebie. W 1944 roku doszło do rozłamu. Powodem był m.in. spór o liczbę drużyn w rozgrywkach. Część klubów powołała swoje rozgrywki. – Zarząd Bocheńskiego KS w Bochni oświadcza, że nie przystępuje do jakiegokolwiek nowego tworu mającego na celu siać ferment i niezgodę (…), a zorganizowanego przez osobników chytrych i niepoczytalnych – brzmiało jedno z oświadczeń.

Niesamowitą historię ze swojego życia opowiada Władysław Giergiel. Latem 1943 roku piłki w Krakowie było niewiele i wiślacy planowali kolejny mecz w Warszawie. – Coś mi mówiło, żeby nie jechać – opowiadał Giergiel. O 3 nad ranem pociąg wypełniony niemieckimi żołnierzami ostrzelali partyzanci. – Kula, która mnie ugodziła, trafiła najpierw w szynę tworzącą obramienie drzwi i odbiła się rykoszetem już spłaszczona, a więc powodując rany szczególnie rozległe. Najpierw przebiła mięsień lewej nogi, a potem w prawej nodze strzaskała mi kość w aż dziewięciu miejscach.

Władysław Giergiel wrócił do piłki. Po wojnie zaliczył nawet występ w reprezentacji. Został trenerem, prowadził kilkanaście zespołów. Zmarł w 1991 roku.