Miesięczne archiwum: Grudzień 2016

Byłem na najstarszej trybunie świata

Craven Cottage

Wybrałem się na mecz o nic, tylko po to, by usiąść na najstarszej trybunie w zawodowym futbolu. Było warto.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Anglii tutaj.

Szczerze mówiąc, jak na Londyn wybór był niewielki. W poniedziałkowy wieczór Haringey Borough grało co prawda przy White Hart Lane, ale w tym przypadku oznacza to ulicę, a nie stadion. Coles Park w północnym Londynie wygląda na tyle smutno, że wybrałem mecz o nic, czyli Fulham kontra West Ham w Professional U23 Development League. Widzów garstka, ale za to jakie widoki.

Craven Cottage

Craven Cottage, kiedyś królewski pawilon myśliwski, ma ponad trzystuletnią historię. W piłkę gra się tu stosunkowo niedawno, od 1894 roku. Pospiesznie wybudowana trybuna została uznana za niebezpieczną, więc projekt stadionu zamówiono u Archibalda Leitcha. Szkot jest najbardziej uznanym sportowym architektem w historii Wielkiej Brytanii i ma na koncie m.in. Anfield, Goodison Park, Ibrox (co za widoki), Selhurst Park czy Villa Park. Wszystko co najpiękniejsze w angielskich stadionach, wyszło spod jego ręki. Podobnie jak na innych obiektach Leitcha, nad brzegiem Tamizy użyto czerwonej cegły. Po blisko stu latach istnienia trybuny głównej, jej patronem został Johnny Haynes.

Do Londynu poleciałem na mecz Dulwich Hamlet i żeby zobaczyć takie miejsca, jak Plough Lane i White City.

Craven Cottage

Johnny Haynes Stand (wcześniej Stevenage Road Stand) to najstarsza trybuna w Football League i w zawodowym futbolu w ogóle. Miała zniknąć w latach 30., gdy niewielki stadion planowano zburzyć i wybudować taki, który pomieściłby 80 tys. kibiców. Przeszkodził Wielki kryzys.

Craven Cottage

Craven Cottage

Craven Cottage

Craven Cottage

Byłem już na Craven Cottage, na meczu Premier League, ale dopiero teraz mogłem usiąść na jednej z najsłynniejszych trybun w Anglii. Trybuna główna jest zabytkiem i jedyną możliwością powiększenia jednego z najmniejszych stadionów w Premier League jest rozbudowa Riverside Stand. Nowa pojemność trybuny od strony Tamizy ma wynieść 30 tys. miejsc.

Craven Cottage

Pawilon, podobnie jak pobliska trybuna, z 1905 roku. Obok Pawilonu znajduje się „Mała Szwajcaria”. Jedyny fragment trybuny w Anglii, który na prośbę klubu FA uznała za neutralny.

Crystal Palace

Crystal Palace

Kryształowy Pałac zbudowany na Wielką Wystawę (1851) stanął w Hyde Parku. Miał 500 metrów długości i stanowił jedno z największych osiągnięć ówczesnej techniki budowlanej. Budynek przeniesiono do Sydenham. W miejscu, które widać na zdjęciu, stał do pożaru w 1936 roku. Okolica była już wtedy znana jako Crystal Palace.

Schodząc ze wzgórza jak na dłoni widać obecny obiekt o nazwie Crystal Palace National Sports Centre. Ciekawsze od jego obecnego stanu są jego historia i przyszłość. W tym miejscu stał stadion Crystal Palace, na którym od 1895 do 1914 roku rozgrywano finały Pucharu Anglii. Właściciele stadionu chcieli, żeby grał tutaj też zespół ligowy. Tak powstał Crystal Palace FC. W 1913 roku finał FA Cup, gdy Aston Villa pokonała Sunderland, na trybunach zasiadło 120 tys. kibiców.

Crystal Palace National Sports Centre

Crystal Palace National Sports Centre

Crystal Palace National Sports Centre

Crystal Palace FC od lat planuje przejęcie National Sports Centre i zbudowanie tu stadionu piłkarskiego na 40 tys. osób.

Selhurst Park

Z miejsca, w którym stał Kryształowy Pałac, do obecnego stadionu Crystal Palace, jest kilka przystanków.

Selhurst Park

Selhurst Park, podobnie jak Craven Cottage, zaprojektował Archibald Leitch. Od 1924 roku grało tu Crystal Palace, ale potem doszło do kilu roszad. Klub ratował się przed długami sprzedając część obiektu pod market Sainsbury’s. W latach 1985-91 grał tutaj Charlton, potem FC Wimbledon (po opuszczeniu Plough Lane).

Selhurst Park

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Najgorszy stadion w lidze. Chcą tam wrócić

Stadion Plough Lane

Piłkarze Wimbledonu spędzili tu 80 lat. W czasach „Szalonego gangu” Plough Lane nazywano najgorszym kurnikiem w Premier League. Zaniedbane trybuny, fatalna murawa, kibice tuż przy linii lżący rywali. Wimbledon chce tu wrócić.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

FC Wimbledon pierwszy raz zagrał tu w 1912 roku. Po raz ostatni jako gospodarz w 1991 roku. Od tego momentu występowały tu rezerwy Crystal Palace. Ostatecznie, w 1998 roku właściciel obiektu, Sam Hammam, sprzedał go pod supermarket. Na tę inwestycję nie zgodzili się mieszkańcy i ostatecznie stanęło na mieszkaniach, które powstały w 2008 roku. Sześć budynków dostało nazwy po zawodnikach i prezesach Wimbledonu: Bassett House, Batsford House, Cork House, Lawrie House, Reed House i Stannard House.

Z utratą Plough Lane kibice Wimbledonu nigdy się nie pogodzili. Dla nich to duchowy dom, symbol „Szalonego gangu”. Utrata stadionu była jednym z powodów, że klub został przeniesiony do Milton Keyns i przestał istnieć. Wimbledon, już jako AFC, zamierza wrócić na Plough Lane. Kilkaset metrów od miejsca, w którym znajdował się stary stadion, położony jest Wimbledon Greyhound Stadium, miejsce wyścigów psów i tor żużlowy. Klub chce przebudować stadion na piłkarski (początkowo na 11 tys. osób, docelowo na 20 tys.) i wybudować 600 mieszkań.

Na Plough Lane wybrałem się podczas wypadu, którego główną atrakcją był mecz Dulwich Hamlet, jednego z najbardziej hipsterskich klubów w Anglii.

Stadion Plough Lane

Pomnik upamiętniający nieistniejący stadion.

Stadion Plough Lane

Stadion Plough Lane

Stadion Plough Lane

White City

Stadion White City

Wielu słyszało, że długość dystansu maratońskiego to efekt jej wyznaczenia na Igrzyskach Olimpijskich w 1908 roku. Niewielu zastanawia się, na jakim stadionie była meta.

Stadion White City

Bieg zaczął się przed Zamkiem Windsor, a kończył na White City Stadium. Po 1908 roku rozgrywano tu m.in. wyścigi psów i zawody motocyklowe. Spośród wielkich imprez, stadion gościł m.in. mecz mundialu w 1966 roku. Spotkanie Urugwaju z Francją trafiło tutaj przypadkowo. Właściciel Wembley nie zgodził się na odwołanie tradycyjnych wyścigów psów. Stadion rozebrano w 1985 roku. Teraz to część gigantycznego kompleksu BBC White City.

Stadion White City

Stadion White City

Stadion QPR

Loftus Road. Stadion Queens Park Rangers znajduje się 5 minut drogi od Whity City.

Sutton

Stadion Sutton

Stadion Sutton

W drodze z Selhurst Park na Plough Lane zajrzałem na niewielki stradion Sutton United (5. poziom piramidy). Gospodarze grają tu nieprzerwanie od 1919 roku. Kameralny stadion ze sztuczną murawą, która ma najwyższy certyfikat FIFA.

Stadion Sutton

Stadion Sutton

Chelsea

stadion Chelsea

Uwielbiam stadiony przy samych torach. Kilka lat temu byłem na Stamford Bridge na tourze. Nie zapamiętałem, że tory kolejowe są tak blisko, a niemal na pewno tak dużych oznaczeć nie miał Shed Wall.

Stojąca trybuna The Shed była tą najgłośniejszą. Zburzono ją w 1994 roku, wcielając w życie zalecenia z Raportu Taylora. Został tylko oryginalny mur.

stadion Chelsea

Peter Osgood pomnik

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

SAF jako Wujek Dobra Rada

Okładka książki Alex Ferguson być liderem

Tytuł: Alex Ferguson. Być liderem
Autor:
Alex Ferguson, Michael Moritz, tłum. Krzysztof Cieślik
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Alex Ferguson na emeryturze wziął się za udzielanie lekcji. Bardziej, niż jak wygrać mecz, doradza, jak być liderem i pociągnąć za sobą zespół. Piłkarski albo dział sprzedaży w korporacji.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współautorem książki jest Michael Moritz, biznesmen związany z Sequoia Capital, gigantem wśród firm venture capital (inwestujących w przedsięwzięcia wysokiego ryzyka). Ma ciekawy życiorys – pisał w magazynie „Time”, był członkiem zarządu Google’a. Z jego pomocą Ferguson opowiada o organizacji, dyscyplinie, doborze współpracowników, czy motywacji. Manager tłumaczy, jak sam przekazywał złe wiadomości podwładnym i jak radził sobie z krytyką. Każdą, zazwyczaj dość ogólną poradę, podaje podpierając się historiami z pełnych sukcesów rządów w Manchesterze United. Ferguson odnosił sukces w kilku piłkarskich epokach, bo potrafił się dostosować. Ciekawie opowiada, jak ewoluował sam futbol, jego otoczka i jak zmieniał narzędzia, by dotrzeć do coraz młodszych od niego zawodników.

„Być liderem” musi być bestsellerem, bo jest jednocześnie poradnikiem, książką sportową, wspomnieniami celebryty i pozycją z kategorii biznesu i zarządzania. Większość książki to opis, co Ferguson zrobił dobrze a co świetnie, bo był wierny swoim zasadom. Niewielka, pozostała część, to historie, w których miał już wszystko pod kontrolą, ale spóźnił się. Pojedyncze przypadki, gdy popełnił błąd, pokazują, że tak naprawdę miał rację, tylko inne okoliczności, na które nie miał wpływu, ułożyły się nieodpowiednio. Trochę się wyzłośliwiam, ale pomimo sympatii i wielkiego szacunku dla autora, niektóre fragmenty są nieznośne. Mniej ciekawy od historii skaperowania Davida Beckhama wydawał mi się konflikt Fergusona w jedynym klubie, z którego został zwolniony, czyli St Mirren. W swojej czwartej książce Ferguson poświęcił temu tematowi stronę. W wydanej w Polsce „Autobiografii” oraz w „A Will to Win”, którą mam na półce, 4-letnią pracę w Paisley, pominął. Ferguson przegrał wtedy sprawę w sądzie o bezpodstawne zwolnienie. Dziennikarze opisywali, że Szkotowi przypisano wielokrotne naruszenie kontraktu. Sterroryzował sekretarkę, która nie chciała rozliczać podatku tak, jak tego żądał szef. Chcąc ukarać współpracowniczkę, Ferguson miał się kontaktować wyłącznie z jej 17-letnią asystentką. To, jak jeden z najlepszych managerów w historii, wpakował się w taką sytuację i co z tego wyciągnął, byłoby ciekawsze, od wymieniania książek, jakie przeczytał na emeryturze.

Tytuł: A History of Football in 100 ObjectsOkładka książki "A History of Football in 100 Objects"
Autor: Gavin Mortimer
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Zaczynamy od szkolnej ławki, kończymy na Złotej Piłce. Wśród stu przedmiotów, dzięki którym poznajemy historię piłki, są m.in. stara gąbka, kanapka z krewetkami i logo NASA.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Około jednej trzeciej przedmiotów, to jazda obowiązkowa. Ale niektóre kilkustronicowe opowieści są brawurowe. To choćby numer 68, szczotka. – Daft as brush – tak Bobby Robson opisał Paula Gascoigne’a. Książka Gavina Mortimera jako całość nie jest może porywającą lektura, ale warto poznać kilka ciekawych historii. Czasem przyciągają same tytuły podrozdziałów. Pretekstem do opisania historii Erica Cantony na Wyspach jest puszka sardynek. Jak wiadomo, „Kiedy mewy lecą za trawlerem, to dlatego, że wiedzą, iż do morza zostaną wrzucone sardynki”. Kilka stron wcześniej Mortimer opisuje, jak „Futbolowa gorączka” zmieniła postrzeganie piłki. – W latach 80. piłka według Sunday Times’a piłka to był bieda-sport dla biednych ludzi. Kiedy znajomym – prawnikom, nauczycielom, mówiłem, że jestem kibicem, patrzyli na mnie, jakbym interesował się wrestlingiem – opowiadał Nick Hornby. Mortimer cytuje artykuł z BBC, w którym Horby’ego wymieniono wśród osób, które doprowadziły do tego, że futbol przestał być rozrywką wyłącznie dla robotników

Jednym z rozdziałów o tym, jak następowała komercjalizacja futbolu, jest historia koszulek Kettering Town. 24 stycznia 1976 roku na mecz z Bath City w Southern League piłkarze wyszli na boisko z napisem „Kettering Tyres”. Football Association od razu zakazała podobnych praktyk. Napis skrócono do „Kettering T.” a jego rozwinięcie każdy mógł sobie dowolnie dopowiedzieć. Federacja dość szybko zniosła zakaz a trzy lata później najlepsza drużyna w kraju, Liverpool, w meczach, które nie były transmitowane, grała z napisem „Hitachi”. Umowa była warta 150 tys. funtów. Lawina ruszyła. Dwa lata później JVC zapłaciło Arsenalowi już pół miliona funtów.

Przyhispterzyłem

Dulwich Hamlet

Wokół murawy w południowym Londynie mnożą się różowe szaliki i tęczowe flagi. W ciągu 5 lat frekwencja na stadionie Dulwich Hamlet wzrosła 10-krotnie. Jedno wynika z drugiego.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

O ile miesiąc temu, złamałem się i zamiast Dagenham & Redbridge, kupiłem bilety na Arsenal, teraz w postanowieniu odpuszczenia „dużej piłki” wytrwałem do końca. Na Emirates narzekałem na krewetkowców. Na drugim końcu Londynu dostałem, to czego chciałem.

– Wszystko idzie dobrze, ale chcielibyśmy, żeby klub należał do kibiców. Brakuje nam jeszcze trochę pieniędzy, żeby go wykupić – tłumaczył mi Lucas, członek Dulwich Hamlet Supporters’ Trust. Premier League nigdy nigdy go nie kręciła, ale na Dulwich Hamlet chodzą też tacy, którzy z wielką piłką zerwali na dobre. Powody te same, które nakręcają cały rozwój tzw. nieligowego futbolu – drożyzna, oderwanie dyscypliny od jej historii i społecznej roli, skrajna komercjalizacja. – Tutaj przychodzisz na stadion i znasz każdego. Każdy się uśmiecha, jest wręcz przytulnie – mówi mi Oliver. – Jak ci się podoba, to przyjdź na Christmas Party. Dobra impreza.

Różowo-niebiescy przez wiele dekad byli klubem, jakich wiele. Od paru lat otwarty w 1912 roku stadion o jakże mistrzowskiej nazwie, Champion Hill, zawsze wypełnia się przynajmniej w połowie. To najwyższa frekwencja w lidze, dwa razy lepsza od kolejnego zespołu. Nagle klub stał się modny. Dulwich Hamplet znalazł się m.in. na liście sześciu najbardziej hipsterskich klubów na świecie. „The Guardian” dodaje też, że piłkarski hipster to człowiek, dla którego „The Blizzard” jest zbyt mainstreamowy. Jak widać, poprzeczka jest zawieszona naprawdę wysoko.

Dulwich Hamlet

– “We are professional! Semi-professional!” – głosi jedna z przyśpiewek. Klub powstał w 1893 roku w dzielnicy Dulwich East. Największe sukcesy? 4 FA Amateur Cup (wszystkie przed II wojną światową) i 5 zwycięstw w Isthmian League (ostatnie w 1978), w której klub gra do dziś. Rozgrywki, ze względów sponsorskich, nazywane Ryman League ma trzy poziomy i liczą 72 drużyny. Dulwich Hamlet gra obecnie w Premier Division, czyli na 7. poziomie ligowej piramidy. Krok wyżej jest Conference South.

Dulwich Hamlet

Herbów klubów z całego świata jest tu więcej, niż w niejednym muzeum. Klubowymi vlepkami oblepione są płoty i słupy, kolejne loga widać na czapkach kibiców. Najczęściej widzę symbol Altony 93, hamburskiego klubu o charakterze zbliżonym do FC St Pauli. W oczy rzuca się też logo tak kochanej w Polsce organizacji FARE. W zeszłym roku Dulwich Hamlet było pierwszym klubem, który oficjalnie wsparł antyhomofobiczną kampanię. Piłkarze wystąpili w tęczowych sznurówkach. Głośno było też o towarzyskim meczu z Stonewall FC, pierwszym klubem nazywającym siebie homoseksualnym (mistrz rozgrywek o nazwie Gay Football World Champions) i akcji „Czarny miesiąc”. O „Refugees welcome” nawet nie będę się rozwodził, bo jakiś czytelnik mi się rozchoruje.

Jednym z celów kibiców jest odtworzenie atmosfery sprzed Hillsborough, czytaj sprzed przebudowy angielskich stadionów. Z trzech stron boiska dozwolone jest kibicowanie na stojąco. W przerwie ponad dwieście osób przemieszcza się na drugą stronę. Przez drugie 45 minut też chcą stać za bramką, na którą atakują gospodarze. Co zrozumiałe, do zjedzenia jest bratwurst i hamburger zrobiony z krowy, która całe życie jadła naturalną trawę. Gorzej, że wśród piw jest Estrella Damm, ale być może kataloński koncerniak jest dla londyńczyków piwem egzotycznym. Przestałem dopytwać, gdy usłyszałem, że niedawno można było się napić Tyskiego. W kegach czeka też kilka craftów.

Stadion Dulwich Hamlet

Edgar Kail (tu jako skrzydłowy na miarę Che Guevary) był ostatnim zawodnikiem spoza czterech czołowych lig, który zagrał w reprezentacji Anglii. Grał dla Dulwich Hamlet przez 18 lat (1915–1933) odrzucając oferty silniejszych klubów. Mieszkał tuż za rogiem, ożenił się z córką opiekuna boiska. Dziś droga prowadząca na Champion Hill nazywa się Edgar Kail Way.

„Nie dbamy o to, w której drużynie grasz” z tęczową flagą. Z polskiego punktu widzenia cała ta otoczka jest tak odległa, jakby klub był na Marsie. Ważne jest jednak to, że na 7. poziomie rozgrywkowym, w soboty 3 tysiące osób płaci 10 funtów, by w miłej atmosferze obejrzeć mecz. A przecież Londyn to najbardziej piłkarskie miasto na świecie. Nigdzie nie ma tylu zawodowych drużyn, nigdzie nie jest rozgrywanych tyle meczów, co nad Tamizą w sobotnie popołudnia.

W zimny, wtorkowy wieczór, kibicom gospodarzy musiała wystarczyć dobra atmosfera, bo piłkarze nie spełnili nadziei. Karny w 90. min. dał Metropolitan Police remis 3:3. Awansu chyba nie będzie.

Stadion Dulwich Hamlet

Stadion Dulwich Hamlet

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Życie wewnętrzne artysty

Andres Iniesta. Artysta futbolu

Tytuł: Andres Iniesta. Artysta futbolu
Autor: Andres Iniesta, Marcos Lopez, Ramon Besa, tłum. Krzysztof Cieślik, Piotr Królak
Wydawnictwo: SQN, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Latem 2009 Andres Iniesta był już szanowaną w całym piłkarskim świecie gwiazdą najlepszej drużyny świata. Jego bramka na Stamford Bridge otworzyła drogę do sześciu pucharów Barcelony a w samej Katalonii miała efekt demograficzny. 9 miesięcy po bramce przeciwko Chelsea, odnotowano wzrost urodzeń. W tym czasie Iniesta, multimilioner, członek szczęśliwej rodziny, przechodził kryzys. Czuł się, jakby spadał w otchłań. Zapalnikiem była śmierć przyjaciela, Daniego Jarque, piętno odcisnęła też kontuzja. Klubowemu lekarzowi zgłosił, że nie jest w stanie tak dłużej funkcjonować. Cierpiał i miał dość.

„Artysta futbolu” to głównie książka o życiu wewnętrznym Andresa Iniesty. Od przepłakanych nocy w La Masii, gdzie jako 12-latek przeżywał wyjazd z rodzinnej Fuentealbilli, po relacje z rodziną. Osią książki jest futbol, ale najwięcej czytamy o tym, co czuł i jakim człowiekiem jest Andres Iniesta. Ławka w finale Ligi Mistrzów w Paryżu, gol w Londynie, finał w Rzymie, finał mundialu. Wszystkie ważne momenty widzimy oczami Iniesty, który opowiada, co czuł na szczytach i zakrętach kariery.

Mamy tutaj kilka znanych schematów – ojca, który sam chciał zostać piłkarzem, tysiące godzin na boisku i wielką tęsknotę za domem. – Kanał przepływający przez naszą wioskę nie jest dostatecznie głęboki, by utrzymać łzy, które wypłakał mój wnuk – opowiada dziadek piłkarza, Andres Lujan. Pierwszy dzień w La Masii był dla Iniesty najgorszym w życiu. Odliczał dni do przyjazdu rodziny, która wysłużonym fordem orionem odwiedzała go kiedy mogła. Rodzice i siostra w trójkę spali w jednym hotelowym łóżku. Kiedy auto się zepsuło, wydatek przekroczył domowy budżet i za lawetę musiał zapłacić klub.

Za rozmowy z Iniestą i jego otoczeniem zabrali się znani w Hiszpanii dziennikarze – Marcos Lopez i Ramon Besa. Brakuje tu skandali, koszarowych żartów, nawet alkohol przewija się tylko w kontekście rodzinnej winiarni. Jak przystało na autoryzowaną biografię, Iniesta pływa w rzece komplementów, ale w jego przypadku nie jest to rażące. Zniechęconych pierwszą książką Iniesty oraz tych, którzy natknęli się na wspomnienia Xaviego czy książkę Victoria Valdesa, uspokajam, że tym razem nie powinni czuć się zawiedzeni.

Tytuł: The Unstoppable KeeperThe Unstoppable Keeper
Autor: Lutz Pfannenstiel
Wydawnictwo:
Vision Sports Publishing 2014

Książka Lutza Pfannenstiela wygląda jak efekt dwudziestoletniego projektu pt. „Jak pokierować swoją karierą, by mieć jak najciekawsze wspomnienia”. Pełen sukces. Sześć kontynentów, 25 klubów i mnóstwo świetnych historii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To jedna z najciekawszych karier w świecie piłki nożnej. Lutz Pfannenstiel zazwyczaj przedstawiany jest jako niemiecki bramkarz, pierwszy piłkarz, który na zawodowym poziomie zagrał na sześciu kontynentach. Wszystko się zgadza, ale sama statystyka nie mówi tego, co najciekawsze. Tylko w Ameryce Południowej Pfannenstiel był na chwilę. Do kilku krajów wielokrotnie wracał. Nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca. Ostatnie lata, to po kolei Nowa Zelandia, Kanada, Brazylia, Kuba, Norwegia i Nanibia. Żadnych punktów wspólnych oprócz klubu, który chciał u siebie niemieckiego obieżyświata. Nie zawsze równało się to z chęcią zapłaty za grę. Wtedy znów trzeba było ruszyć w drogę, często na drugi koniec świata.

Już pierwszy świadomy wybór Pfannenstiela był oryginalny. Jako 19-latek odrzucił ofertę amatorskiego kontraktu w Bayernie Monachium. Wybrał przygodę w Malezji. Co ciekawe, w większości z 25 zespołów, Niemiec grał w pierwszym składzie. W sumie zagrał wystąpił w 500 meczach. Zakładał pierwszoligową drużynę w Armenii, w Norwegii uciekał do szatni przed chmurą komarów, w Chinach nie wytrzymał wojskowego drylu, a w Nowej Zelandii chciał udomowić zabranego z plaży pingwina. Akcja pędzi, na chwilę zatrzymujemy się przy opowieściach z meczów rezerw angielskiej ekstraklasy, by po chwili być już w bankrutującym klubie w Kanadzie. Mecze w afrykańskim upale przeplatają się z tymi rozgrywanymi przy -20 stopniach. Dłuższy przystanek zaliczamy, gdy bohater trafił do celu zakładu karnego.

Media interesowały się Pfannenstielem kilka razy – gdy trafił singapurskiego więzienia skazany za ustawianie meczu, kiedy podczas meczu w Anglii jego serce trzykrotnie przestało bić i w Nowej Zelandii, gdy złapał na ulicy złodzieja, który był ubrany w jedną z jego meczowych koszulek. Pod koniec kolorowej kariery media dostrzegły jego potencjał. Od kilku lat współpracuje z telewizjami z całego świata. Często opowiada o piłce w egzotycznych zakątkach świata. Nie podróżuje już tyle, co kiedyś. Od 5 lat pracuje w Hoffenheim, gdzie zajmuje się m.in. scoutingiem. Szkoda, bo o pracy na niemieckiej prowincji tak ciekawej książki już nie napisze.