Miesięczne archiwum: Marzec 2017

Braterstwo liny

Tytuł: Spod zamarzniętych powiek
Autor: Adam Bielecki, Dominik Szczepański
Wydawnictwo: Agora, 2017

Himalaizm nie ma w sobie niczego wyjątkowego. Nie ma też większego sensu. – Tak samo nie ma go żeglarstwo czy chodzenie po parku – pisze Adam Bielecki. Przez resztę książki tezie o braku wyjątkowości stara się zaprzeczyć.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Chłopak z Tychów budził się patrząc na wiszący nad łóżkiem plakat Krzysztofa Wielickiego. Zaczytywał się w przygodach Tomka Wilmowskiego. Choć rodzinie Adama Bieleckiego nikt się nie wspinał, to on sam zaczął w podstawówce. W książce zdaje relacje z kolejnych wypraw, przedstawia siebie jako outsidera. Zanim zaczął się wspinać na ośmiotysięczniki, żył z organizowania wypraw komercyjnych, co w środowisku było źle odbierane.

O Bieleckim zrobiło się głośno po wyprawie na Broad Peak. To, kto jest winien śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, stało się tematem ogólnonarodowej debaty. Mówiono o „braku braterstwa liny” i kryzysie wartości. Bieleckiego skrytykowali nawet autorzy raportu Polskiego Związku Alpinizmu. Wersja samego himalaisty jest przekonująca. Milcząco poparł ją Artur Małek, który czytał ten rozdział przed publikacją. Broad Peak to najmocniejsza część książki. Szczegółowy opis wyprawy, dużo emocji, odpieranie zarzutów. Bielecki przypomina, że gdy Jerzy Kukuczka z czterech wypraw wrócił bez partnera, nie rozpętała się medialna histeria. – Broad Peak pokazał mi, jaka może być cena ambicji. Wszyscy chcieliśmy wejść na szczyt i każdy z nas za to zapłacił – opowiada Bielecki. Czwórka himalaistów balansowała na krawędzi własnych możliwości. Ignorowali wyraźne znaki, że nie powinni atakować szczytu, bo nie zdążą z niego zejść.

Książkę czyta się dobrze. Dominik Szczepański o górach pisał już wcześniej. Brakuje mi tylko przypisów. „Kukuczkę”, o której blogowałem, pisali dziennikarze niezwiązani ze środowiskiem. Trudnych słów unikali. Bielecki, wspierany przez Adama Bieleckiego, fachowych pojęć nie wyjaśnia. Do fragmentów o wyblince na poręczy po stronie haka wspinającego, niedaleko seraka, przydałyby się objaśnienia. Poza tym, samo wydanie książki jest bez zarzutu. Dzięki dobrej jakości zdjęciom, wygląda jeszcze estetyczniej, niż „Kukuczka”.

U Bieleckiego podoba mi się równowaga między świadomością własnych osiągnięć a pokorą. Pisze, że himalaizm składa się z setek małych rzeczy. – Jeśli zaniedbasz jedną, to może nic się nie stanie, ale jeśli trzy, to nie wejdziesz na szczyt. Jeżeli zaniedbasz sześć, to się odmrozisz. Zapomnisz o dziesięciu – zginiesz – mówi. Wszystko w namiocie musi być ułożone tak, żeby nie zamokło i było pod ręką. Ubrania, w którym wychodzi się na szczyt, nie da się zmienić. Ten, kto się ubierze zbyt ciepło, spoci się i odwodni. Litr śniegu topi się na tej wysokości godzinę, więc po wysiłku należałoby przez pół dnia topić śnieg, co jest niewykonalne. Wspinając się na Broad Peak, zakładając przeploty, Bielecki miał na sobie cztery pary rękawiczek. Ciutkie lineary, na nich polarowe pięciopalczastem, potem łapawica puchowa, na to wszystko łapawica gorateksowa. Zawiązanie węzła jest wyjątkowo trudne, a ściągnięcie jednej warstwy grozi odmrożeniami. Te szczegóły są ważne, bo jak można oceniać zachowanie człowieka na ośmiu tysiącach metrów, skoro krew w jego mózgu jest tak rzadka, że traci się zdolność racjonalnego myślenia?

Dla nieprzekonanych fragment książkirozmowa wideo z Adamem Bieleckim i rozmowa dla „Dużego Formatu”.

Tytuł: Football’s Strangest Matches: Extraordinary but True Stories from Over a Century of Football
Autor: Andrew Ward
Wydawnictwo:  Robson Books 2002

Od meczów kawalerów na żonatych, spotkań rozgrywanych w maskach gazowych, po najdziwniejsze pucharowe serie. W książce o najdziwniejszych piłkarskich spotkaniach odnajdziemy nazwisko sędziego, który strzelił gola i piłkarzy, których zabił piorun.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Każda historia mieści się na jednej lub dwóch stronach. Niektóre są warte przypomnienia. W kwietniu 1948 roku w Aldershot odbył się mecz, w czasie którego zginęło dwóch zawodników. Spotkanie rozgrywano w czasie burzy. Piorun poraził sędziego i ośmiu piłkarzy. Dwóch nie przeżyło.

W sezonie 1955-56, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1956-57, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1957-58, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City. Prawdopodobieństwo oszacowano na 1 do dwóch milionów. Wyniki powtórek? 2:1, 2:1 i 2:1.

Powtarzanie remisowych meczów w FA Cup dawało szanse na ciekawe historyczne serie. Na przykład:
6.11.1971 Alvechurch; Alvechurch – Oxford City 2:2,
9.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 1:1,
15.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:1,
17.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
20.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
17.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:0. Historyczną bramkę, rozstrzygającą trwającą w sumie 660 minut walkę, strzelił Bobby Hope.

W 1961 Denis Law strzelił sześć prawidłowych goli, które odebrano mu z powodu pogody. W 1961 pucharowy mecz Manchesteru United z Luton Town przerwano w 69. minucie przy wyniku 6:2. Błoto na boisku nie pozwalało na grę. Zgodnie z ówczesnymi regułami, wynik anulowano, a mecz powtórzono. Luton wygrało 2:1.

Decydującego gola w meczu Barrow – Plymouth Argyle w Division Three w 1968 roku strzelił sędzia. Po strzale z 15 metrów piłka odbiła się od sędziego, zupełnie zmieniła lot piłki i wpadła do bramki. Sędzia, który wpisał się do historii, Ivan Robinson, wysłał do Plymouth przeprosiny.

Książka do kupienia w charity shopach. Do przewertowania.

Spacer po Amsterdamie Johana Cruyffa

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

To tutaj wszystko się zaczęło. Najsłynniejszy Holender naszych czasów wyruszył w świat z domu przy Akkerstraat 32 w amsterdamskim Betondorp. Z tego miejsca wyrastają nie tylko sukcesy Wielkiego Ajaksu z lat 70., ale cały sposób myślenia o futbolu. Sztafetę pokoleń zapoczątkowali Vic Buckingham i Rinus Michels, ale to Johan Cruyff jest jej twarzą. Z jego filozofii czerpały kolejne wielkie drużyny, duchowi następcy wygrywali Ligę Mistrzów i mistrzostwa świata.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Betondorp, czyli „Betonowa wioska” to styl art deco. Osiedle, wtedy na wschodnich obrzeżach miasta, powstało w latach 20, konstrukcja była eksperymentalna. Inaczej, niż w starych dzielnicach Amsterdamu, ogrody są niewielkie. Modernistyczni architekci chcieli, żeby życie toczyło się na ulicy i w parku na środku osiedla. Chudy chłopak, na którego wołano Jopie, kopał piłkę na brukowanej Tuinbouwstraat.

W narożnym domu przy Akkerstraat ojciec Johana, Manus Cruijff, handlował warzywami. Dostarczał je też Ajaksowi, wtedy dużemu, ale amatorskiemu klubowi, który mieścił się nieopodal. Manus Cruijff zmarł, kiedy jego syn miał 12 lat. Matka juniora Ajaksu zaczęła wtedy pracę w klubowej pralni, pomagała też przy sprzątaniu szatni.

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Stoję na drewnianym mostku, tuż obok miejsca, w którym kiedyś stał stadion De Meer. Mniej więcej tędy szedł ze swojego domu na ówczesny stadion Ajaksu nastoletni Cruyff. Obiekt wybudowano w 1934 roku. Szybko okazał się za mały, mecze w europejskich pucharach oraz pojedynki z Feyenoordem i PSV Ajax często rozgrywał na Stadionie Olimpijskim.

Pożegnalny mecz Ajax rozegrał w tym miejscu w 1996 roku. Zwycięstwo z Willem II dało 26. mistrzostwo Holandii. Klub przeprowadził się do miejsca z zupełnie innym duchem. Amsterdam ArenA była w momencie inauguracji najnowocześniejszym stadionem na świecie, od początku pomyślanym o organizacji koncertów i innych wielkich imprez. Dla wielu De Meer pozostało ostatnim miejscem, gdzie liczyła się tylko piłka. Żadnych sklepów, ciągnących się przez setki metrów barów i miejsc parkingowych w podziemiach.

W miejscu po De Meer powstały domy. Koło mostu Cruyffa krzyżują się Anfieldroad i Wembleylaan. Na nowych budynkach umieszczono nazwy historycznych stadionów – Delle Alpi, Wembley, czy Prateru. Do futbolu nawiązują nawet osiedlowe ławeczki.

Niedaleko stadionu De Meer wychowywał się Louis van Gaal. 4 lata starszy od Cruyffa, do Ajaksu trafił w wieku 16 lat. Wcześniej grał w piłkę tuż obok, ale w innym klubie. Jego rodzice byli zadeklarowanymi katolikami, występował w Rooms Katholieke Sportvereniging De Meer (RKSV, Rzymskokatolicka Federacja Sportowa). Spacer z otoczonych kanałami boisk amatorskiego klubu na były stadion Ajaksu zajmował kwadrans.

Murawą De Meer opiekował się Henk, którego Cruyff nazywał drugim ojcem. – W wieku 17 lat, kiedy zadebiutowałem na De Meer, mijała dekada, od kiedy zacząłem tam przychodzić. Stawiałem chorągiewki w rogu, czyściłem buty i stroje, malowałem korytarze i wysypywałem piasek. Zawieszałem siatki i zgarniałem śnieg. Przyszedłem tam, gdy miałem 6 lat, w wieku 10 zostałem członkiem klubu. Kiedy odchodziłem miałem 26. De Meer to 26 lat mojego życia. Kiedy patrzę na stare zdjęcia, odkryte trybuny, wspaniałe uczucie… – opowiadał w książce „Ajax, Barcelona, Cruyff”.

Oprócz Cruyffa i Johana Neeskensa swoje mosty nad kanałami mają w tej okolicy Sjaak Swart, Gerrie Mühren, Ruud Krol, Barry Hulshoff, Dick van Dijk, Arie Haan, Wim Suurbier, Piet Keizer, Horst Blankenburg, Velibor Vasović, Heinz Stuy i trener Rinus Michels. Holendrzy chcieli upamiętnić wyjątkowe pokolenie ludzi, dzięki którym w latach 70. o niewielkim kraju mówiono z podziwem na całym świecie. Wielu byłych piłkarzy wciąż żyje, przez co nie mogą zostać patronami amsterdamskich ulic. Z mostami takiego problemu nie było.

Amsterdam Arena

Idę na mecz Ajaksu na Arenie. Przed stadionem powiewa flaga Izraela. Kwestia żydowskiej tożsamości klubu jest skomplikowana. Ajax miał żydowskich kibiców już przed wojną. W niedziele z Dzielnicy Żydowskiej jechało się tramwajem na Weesperplein. Ale Ajax wcale nie miał więcej żydowskich członków, niż inne kluby w mieście. Ich kultura nie była obecna w klubie.

Po wojnie Holendrzy żyli mitem ruchu oporu, choć zdecydowana większość albo kolaborowała z Niemcami albo przyzwalała m.in. na Holocaust. Amsterdamska policja wyłapywała Żydów sprawniej, niż naziści. Kiedy jeden z policjantów odmówił wysyłania Żydów na śmierć, spotkał się z ostracyzmem. Po wojnie Holendrzy wmawiali sobie, że zachowywali się lepiej, niż obywatele innych krajów. O odcieniach szarości zaczęto mówić dopiero w latach 80. Podobnie wygląda historia Ajaksu. Dobro miesza się ze złem. Postawa klubu w czasie wojny była dwuznaczna.

Mecz na Amsterdam Arena

Do rozwoju Wielkiego Ajaxu przyczynili się bogaci bracia. Freeka i Wima van der Meijdów nazywano „Budowniczymi bunkrów”. W czasie wojny ich firma pracowała dla niemieckiej armii. Starszy z braci został potem uznany za kolaboranta, skazano go na trzy lata więzienia.

Johan Cruyff na Amsterdam Arena

Johan Cruyff na Amsterdam Arena

Ściana klatki schodowej na Amsterdam ArenA.

Van Meijdenowie wnieśli do klubu pieniądze i pomogli Żydowi w zostaniu prezesem Ajaksu. Jaap van Praag w czasie wojny przez dwa lata ukrywał się na piętrze sklepu fotograficznego. Robił to bez wiedzy właściciela, godzinami siedział bez ruchu na krześle. Oprócz niego Żydami było jeszcze kilku członków zarządu Ajaksu. O planie na życie ocalałych z zagłady Simon Kuper pisał w „Ajax, Holendrzy, Wojna”. Żydzi zaczęli płodzić dzieci, nadawali im imiona zamordowanych krewniaków i skupiali się na biznesie. Dochodzili do wielkich pieniędzy, wielu wspierało Ajax. Żydowskie korzenie miał też masażysta i kilku zawodników.

Mecz Ajaksu Amsterdam

Mecz Ajaksu AmsterdamNiedaleko stadionu znajduje się kompleks treningowy i akademia De Toekomst. Cała filozofia zgodna z filozofią Johana Cruyffa.

De Toekomst, Amsterdam

David Winner twierdzi, że piłkarskie zarządzanie przestrzenią wzięło się u Holendrów z nietypowego krajobrazu. Często zalewane, wydarte morzu tereny, zmuszały do kooperacji i wspólnego zarządzanie dostępnym terenem. Kanałami otoczone są nawet boiska De Toekomst, czyli Przyszłości, akademii Ajaksu. Dzięki temu nie trzeba ich ogradzać, wystarczy postawić bramę przy jedynej drodze dojazdowej.

AFC Amsterdam

Ajax nie jest najstarszym klubem w mieście. Na mecz AFC Amsterdam docieram idąc na piechotę ze Stadionu Olimpijskiego. Wieżowce za bramką należą do ABN-AMRO, pierwszego zagranicznego banku, o którym usłyszałem jako dziecko. Firma, której pionowa reklama przez lata była częścią stroju Ajaksu, ma swoją siedzibę niedaleko kompleksu AFC.

Jesienne popołudnie. Siadam na urzekającej, kameralnej krytej trybunie. Dłuższą chwilę przyglądam się wieżowcom, bo w takim otoczeniu meczu jeszcze nie oglądałem. Naprzeciwko mnie jest napis „Keep smiling”. Z drugiej strony tablicy można przeczytać „Be friends”.

AFC po 30 minutach prowadzi 2:0 z JVC CUIJK, ale siedzący koło mnie kibic gospodarzy strasznie pomstuje na swój zespół. – Z dobrymi drużynami to sobie radzą, ale w innych meczach, to im się chyba nie chce – mówi. AFC jest w dole tabeli, JVC walczy o awans. – Napis „Keep smiling”? To tylko sport. Grasz, cieszysz się, szanujesz sędziego i tak dalej. Żadna filozofia – tłumaczy mi. AFC traci trzy bramki i przegrywa mecz. Mój sąsiad znosi to z godnością.     Amsterdam Arena Rinus Michels Johan Cruyff mural Stadion Olimpijski. Tutaj zaczęła się historia Wielkiego Ajaksu. W grudniu 1966 roku Holendrzy rozbili Liverpool Billa Shankly’ego 5:1. Mgła była tak gęsta, że Sjaak Swart po usłyszeniu gwizdka w końcówce pierwszej połowy był przekonany, że sędzia zarządził przerwę. W drodze do tunelu dowiedział się, że spotkanie wciąż trwa. Shankly zapowiadał, że na Anfield Liverpool wygra 7:0. Po dwóch golach Cruyffa The Reds byli w stanie tylko zremisować 2:2. Shankly po meczu przyszedł do szatni amatorskiego zespołu z kraju, który na arenie piłkarskiej nic nie znaczył i uścisnął dłoń każdego zawodnika.
Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Holandia początku lat 60. była biedna i nudna. W połowie dekady do głosu doszli młodzi. W Amsterdamie pojawili się Provosi, protoplaści europejskich hippisów. Protestowali przeciwko broni jądrowej i konsumpcjonizmowi. Żądali uwolnienia miejskich rowerów i zakazu reklam papierosów. Posługiwali się absurdem – ubrani na biało maszerowali z białym transparentem. Policja rozpędzała ich za blokowanie ruchu, podobnie jak podczas rozdawania winogron.

Kulminacją był ślub księżnej Beatrix i niemieckiego arystokraty Clausa von Amsberga, w młodości żołnierza Wehrmachtu. Provosi grozili, że do ujęcia wody wrzucą LSD, a z kościelnych organów puszczą gaz rozweselający. Skończyło się na świecach dymnych na trasie orszaku. Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Provosi poszli w politykę, zdobyli mandat w amsterdamskiej radzie miasta. Powstała też Partia Krasnoludków, późniejsze natchnienie dla wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywy. Holandia się zmieniała, do głosu doszło pokolenie baby boomers. Nową Holandię reprezentował Cruyff. Został drugim zawodowym piłkarzem w kraju. Przed nim kontrakt podpisał Piet Keizer.

Drużyna wyjątkowej generacji piłkarzy z niewielkiego kraju grała pięknie i wygrywała. Cruyff opuścił Amsterdam w 1973 roku. W tamtym roku Ajax po raz trzeci z rzędu wygrał Puchar Europy. Przed nowym sezonem trener Ajaksu George Knobel zarządził wybory kapitana. Piłkarze wrzucali swoje głosy do stojącej na środku stołu doniczki. Cruyff, który do tamtego dnia nosił opaskę, dostał tylko kilka głosów. Na Pieta Keizera zagłosowało 12 piłkarzy. Jan Mulder patrząc na twarz Cruyffa wiedział, że to początek końca tamtego zespołu. Ówczesny zdobywca Złotej Piłki jeszcze tego samego dnia zadzwonił do teścia, który był jego agentem. – Od razu dzwoń do Barcelony. Odchodzę.

Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Holendrzy zrewolucjonizowali futbol podejściem do przestrzeni. W czasie meczu w zorganizowany sposób zarządzali odległościami. Poszerzali pole gry będąc przy piłce, skracali chcąc ją odzyskać. Barry Hulshoff, członek Wielkiego Ajaksu, mówił: – Cały czas rozmawialiśmy o przestrzeni na boisku. Cruyff mówił gdzie kto ma biec, gdzie trzeba stać, a gdzie się nie zapędzać. Mówiliśmy o prędkości piłki, czasie i przestrzeni. Każdy piłkarz musiał rozumieć geometrię boiska i zasady działania systemu.

Cruyff, nazywany „Pitagorasem w korkach”, podkreśla, że w piłce nie chodzi o bieganie. – W futbol gra się głową. Trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Nie za wcześnie i nie za późno.

Stadion Olimpijski w AmsterdamiePomnik Johana Cruyffa

Finał mundialu w 1974 roku. W 45. sekundzie meczu piłka po raz trzeci trafiła do Johana Cruyffa. Przyjął ją w kole środkowym i ruszył. Próbował go zatrzymać Berti Vogts, ale Holender łatwo go zwiódł. Na linii pola karnego Cruyffa powalił Uli Hoeneß. To był dopiero drugi gwizdek w tym meczu. Jack Taylor, rzeźnik z Wolverhampton, podyktował rzut karny. Johan Neeskens trafił do siatki, Holenderzy prowadzili od drugiej minuty. Przed Stadionem Olimpijskim w Amsterdamie od 37 lat stoi rzeźba przedstawiająca moment tuż przed faulem. Cruyff wyprzedza Vogtsa, który nie daje rady go dogonić. Holendrzy upamiętnili jedyną dobrą chwilę z meczu, który jest ich największą porażką. David Winner uważa, że mecz w Monachium zostawił taki sam ślad w psychice Holendrów, jak zabójstwo prezydenta Kennedy’ego u Amerykanów. To największa trauma po II wojnie światowej.

Po pierwszym goli Holendrzy jakby zapomnieli, że powinni strzelać kolejne bramki. Piłka krążyła od nogi do nogi, ale okazji brakowało. Kiedy do głosu doszli Niemcy, Taylor dał się oszukać Berndowi Hölzenbeinowi. Niemcy wykorzystali rzut karny, jeszcze przed przerwą trafił Gerd Müller. Holandia zagrała dobrą drugą połowę. Kilka razy brakowało szczęścia, świetnie bronił Maier. Niemcy wybijali piłkę z linii bramkowej, raz pomógł słupek. Cruyff grał zbyt głęboko, był niewidoczny. Puchar Świata wzniósł Franz Beckenbauer.

Cruyff twierdził, że nie ma z tym meczem problemu. – Ludzie do dziś, po tylu latach, podchodzą do mnie i gratulują mi gry na tamtym mundialu. Czy może być piękniejsza nagroda dla piłkarza?

Pomnik Johana Cruyffa

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Więcej o Johanie Cruyffie na blogu Numer 14, tutaj

Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Zachwycająca opowieść milczka

Tytuł: Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo: SQN, 2017

Heinz Höher. Milczek i dziwak, którego nazwisko nic nie mówi kibicom. Oto bohater najlepszej książki o historii piłkarskiej ligi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To trzecia książka Ronalda Renga, o której bloguję. Wszystkie mnie zachwyciły. „Życie wypuszczone z rąk”, opowieść o Robercie Enke, była w wielu krajach sportową książką roku. Wcześniejsza, mniej znana historia Larsa Leesego, to też majstersztyk. Reng napisał wtedy o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał. Teraz wydawnictwo chciało zamówić u Niemca książkę na 50-lecie Bundesligi. Ten odmówił. O futbolu w danym kraju można napisać bardzo dobrą książkę, taką jest choćby „Tor!”, ale Renga to nie interesowało. On pisze o ludziach. Heinz Höher zadzwonił do niego, by zapytać, czy jego podopieczny Juri Judt, może być w depresji. Reng nagłośnił temat choroby publikując książkę o Enke. Przy okazji Höher opowiedział mu historię swojego życia. Dla Renga temat idealny.

Gdy rodziła się Bundesliga, Höher grał w Meidericher SV. Był jednym z trzech zawodników, którzy do pierwszoligowej drużyny przyszedł z zewnątrz. Z Leverkusen do Duisburga jest 70 km. Reszta zawodników wychowała się w najbliższej okolicy. W Bayerze Höher też był wyjątkiem – utrzymywał się z piłki. Reng opisuje powojenną biedę RFN, kulturowy pesymizm i przemiany obyczajowe.

Przez pryzmat historii jednego człowieka, Reng opowiada o rozwoju telewizji, profesjonalizacji Bundesligi, bogaceniu się Niemiec i skandalach korupcyjnych. Czytamy o ewolucji taktyki oraz wzlotach i upadkach niemieckiej reprezentacji. Ale w środku jest zawsze Höher. Jako trener awansował z Norymbergą do Bundesligi, a potem do pucharów. Uchodził za gbura. Z powodu stylu bycia popadał w konflikty. Z biegiem lat przestał mu wystarczać standardowy zestaw – dwa piwa i lufa. Pił coraz więcej. Czekał na szansę powrotu na ławkę trenerską, po drodze zbankrutował.

Książką zachwycam się nieustannie, bo jak dobrym trzeba być autorem, by uchwycić sens 50 lat Bundesligi, a jednocześnie Puchary Europy niemieckich klubów skwitować paroma zdaniami?

Heinz Höher nie miał oporów, by opowiadać o swoich kłopotach, o tym, co w życiu zrobił źle. Był niezłym piłkarzem i obiecującym trenerem. Na obu polach potencjał zmarnował. Reng, jak w poprzednich książkach, bohatera pośrednio broni. Po lekturze książki Höher chwycił za telefon. – O nie, panie Reng, nie wolno panu przedstawiać mnie w tak pozytywnym świetle! Nie jestem pozytywną postacią! – powiedział.

Tytuł: Cristiano Ronaldo. Biografia
Autor: Guillem Balagué, tłum. Bartusz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2016

To zaskakująco ciekawa książka. Nie powinna się udać, bo głównym bohaterem jest aktywny piłkarz a autor znany jest głównie z telewizyjnego studia, gdzie zdarza mu się powtarzać plotki. Ronaldo dał piłce nie tylko setki bramek, ale niestrawny film i megalomanię na nieznanym dotąd poziomie. Najlepszą rekomendacją książki jest więc opisany na wstępie konflikt autora z Jorgem Mendesem. Balagué wiedział, że prawdziwy obraz Ronaldo może przedstawić tylko zdrapując złotą farbę z pomnika Portugalczyka.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dość łatwo przewidzieć, że im bliżej współczesności, tym tempo opowieści o piłkarzu będzie coraz słabsze. O meczach, które widzieliśmy kilka lat temu czyta się ciężko. Ale opowieść o dzieciństwie Ronaldo te mielizny wynagradza. O chłopak z Madery, zapadłej portugalskiej prowincji, mówią nie tylko osoby, które Balagué wytropił w Funchal, ale też wielkie gwiazdy. Autor namówił na wspominki mnóstwo piłkarzy, w tym gwiazdy Manchesteru United.

O Guillemie Balagué pisałem przy okazji recenzji książki o Pepie Guardioli. W międzyczasie mieszkający w Anglii Katalończyk wydał kolejną, o Leo Messim. Wciąż pisze dla gazet brytyjskich i hiszpańskich a rozpoznawalność dała mu praca w Sky Sports. W programie Revista de la Liga zawsze wygląda na dobrze poinformowanego w sprawach hiszpańskiego futbolu. Największy uśmiech na jego twarzy pojawia się, gdy mówi o Espanyolu. Papużkom kibicuje cała jego rodzina. Lubię go słuchać, choć jego sporych rozmiarów ego daje o sobie znać. Z tym, że w wielu fragmentach Balagué zbyt często pisze o sobie, należy się pogodzić.

Balagué przytacza słynną umowę przedwstępną, którą w 2008 roku zawarł z Ronaldo Ramon Calderon, ówczesny prezes Realu. Gdyby transfer nie doszedł do skutku, strona wycofująca się z transakcji miała zapłacić 30 mln euro. Katalończyk dość zabawnie opisuje, że zapoznał się z dokumentem osobiście. Jego posiadacz wyjął go z „szuflady masywnego biurka wykonanego z drewna orzecha włoskiego, wykończonego skórą w kolorze butelkowej zieleni. Osoba, która mi go pokazała, wydobyła kluczyk do szuflady z kieszeni spodni. W tym czasie siedziałem na sofie, twarzą do jedynego okna w gabinecie”.

Ballague wie, że to, co mówi Ronaldo, jak i jego otoczenie, to dokładnie wyreżyserowany spektakl. Dość powiedzieć, że w domu piłkarza w Madrycie, logo CR7 widnieje na szkle kuchennym, meblach, stole w jadalni i talerzach. Ballague uporczywie stara się dotrzeć do prawdziwego obrazu bohatera książki. Jaki wpływ na życie Ronaldo miał alkoholizm ojca? Skąd bierze motywację do utrzymywania się na szczycie przez tyle lat? Dlaczego nie cieszy się z bramek kolegów? Autor stawia hipotezy, ale o konkretne odpowiedzi trudno. Tych pilnuje Jorge Mendes.

Z Wisłoki Dębica do Feyenoordu

De Kuip wyjście z tunelu

W 1937 roku dwupoziomowy stadion na 64 tys. kibiców był inżynierskim majstersztykiem. Zużyto tyle stali, że podczas wojny Niemcy zastanawiali się, czy nie wykorzystać jej na użytek machiny wojennej.  Feyenoord z Wanny (De Kuip) przeniósł się wtedy na stadion Sparty, czyli słynny Zamek.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Holandii tutaj.

Feyenoord, De Kuip

Na stadionie w IJsselmonde (technicznie nie jest to dzielnica Feijenoord) rozegrano 10 finałów UEFA. Kiedy zainstalowano oświetlenie, na pierwszy mecz, w 1957 roku, z Bolton Wanderers, piłkarze wyszli w ciemnościach, które rozświetlały zapalniczki i zapałki kibiców. Kiedy włączono światła, efekt był piorunujący. Dziś pojemność De Kuip, czyli oficjalnie Stadionu Feijenoord, wynosi 50 tys.

Feyenoord, De Kuip

Puchar Europy z 1970 roku.

Feyenoord, De Kuip

Antoni Brzeżańczyk (urodzony w Brzeżanach, dziś na Ukrainie) na ścianie ze zdjęciami trenerów Feyenoordu figuruje jako Brzanzczyk. Na początku kariery zahaczył o dwa bydgoskie kluby – Polonię i Zawiszę. W latach 70. krótko prowadził Górnika Zabrze, potem Zagłębie Sosnowiec, Polonię Bytom i Wisłokę Dębica. Przeskok, jaki zaliczył później, należy do największych w europejskiej piłce. W 1975, prosto z Wisłoki Dębica, trafił do Feyenoordu. Objął klub, który pięć lat wcześniej zdobył Puchar Europy, a zaledwie sezon wcześniej wygrał Puchar UEFA.

Po krótkiej przygodzie w Rotterdamie, gdzie do mistrzostwa zabrakło mu 1 punktu, pracował m.in. W Rapidzie Wiedeń, Admirze Wiedeń oraz Iraklísie. Nigdzie nie prowadził zespołu dłużej, niż sezon. Zmarł w 1987 roku w Wiedniu.

Feyenoord, De Kuip, Antoni Brzeżańczyk

Feyenoord, De Kuip Feyenoord, De Kuip  Feyenoord, De Kuip Feyenoord, De Kuip

Feyenoord, De Kuip

Johan Cruyff, Ruud Gullit

Johan Cruyff, w objęciach Ruuda Gullita. Największa legenda Ajaksu Amsterdam, ma swoje miejsce w muzeum Feyenoordu. W Rotterdamie grał w ostatnim sezonie swojej kariery – 1983-84. Kiedy w Ajaksie z jego usług zrezygnowano, Cruyff zwrócił się do największego rywala. Podpisał umowę, zgodnie z którą do jego kieszeni trafiała duża część dodatkowych przychodów z biletów. Efekt? W sezonie z Cruyffem na trybuny przychodziło więcej osób, niż wcześniej, a drużyna zdobyła dublet.

Ale z De Kuip klub chce się wyprowadzić. W skrócie, było tak:

Feyenoord, De Kuip przed wojną
Fot. public domain.

A ma być tak:

Feyenoord, nowe De Kuip projekt
Fot. oficjalne materiały Feyenoordu.

Klub ma zaawansowane plany budowy nowego stadionu. Koncepcja jest wyjątkowa. Nowy stadion powstanie niedaleko, nad brzegami Nowej Mozy. Sam w sobie nie będzie drogi, koszty oszacowano na 400 mln. Ale cały projekt Feyenoord City, to już kwota 1,4 mld euro. Przy stadionie staną m.in. hotel oraz aż 1500 nowych mieszkań. Najciekawszy jest los De Kuip. – Górny poziom trybun zostanie zachowany, ale przekształcony w 160 mieszkań. Znajdzie się w nim też punkt widokowy Na dole powstaną pomieszczenia usługowe (ma być browar i miejsce spotkań kibiców), a boisko otoczy bieżnia – informuje stadiony.net.

Feyenoord, murawa De Kuip

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Holandii tutaj.

Coraz mniej polskiego Wilna

Stary stadion Żalgirisu Wilno

Znikają polskie ślady na piłkarskiej mapie Wilna. Stary stadion Žalgirisu jest już niemal rozebrany a obiekt Śmigłego już zniknął. Pierwszy z nich otwierał prezydent Ignacy Mościcki, drugi córki Józefa Piłsudskiego. Polonia Wilno, jedyny polski klub w stolicy Litwy, swój ostatni mecz rozegrał ponad dwa lata temu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Przedwojenny stadion na Pióromoncie jest w trakcie rozbiórki. Zdążyłem odwiedzić Wilno, zanim się rozpoczęła. W 2014 roku za 8-hektarową działkę blisko ścisłego centrum Wilna, Grupa Hanner zapłaciła 40 mln euro. W miejscu Žalgirio stadionas staną biurowce, hotele i bloki mieszkalne. Koszt planowanej na 10 lat budowy to 200 mln euro.

W 1929 roku otwarcie odnowionego stadionu Pogoni Wilno uświetnił prezydent Ignacy Mościcki. Po wojnie przebudowano go według radzieckiej modły, zgodnie z kanonami socrealizmu. Grał tu Spartak, przemianowany w latach 60. na Žalgiris, czyli Grunwald. Po upadku ZSRR tłumy ściągała odradzająca się litewska reprezentacja.

Stary stadion Żalgirisu Wilno Stary stadion Żalgirisu Wilno

Jeszcze niedawno grała tutaj Polonia. Niedawno polski klub obchodził 25-lecie. Przez krótki czas trenerem drużyny był Józef Jurgielewicz, litewski piłkarz roku 1969 i 1980. W barwach Žalgirisu zagrał ponad 400 razy. W zeszłym roku sekcja piłkarska Polonii zawiesiła działalność. Zabrakło pieniędzy. W okręgu wileńskim Polacy stanowią 23% mieszkańców, w samym mieście 16. Ale zainteresowania drużyną nie było. Mimo wielu apeli i przesuwania terminów opłat za rejestrację, zbiórka zakończyła się niepowodzeniem.
Stary stadion Żalgirisu Wilno

Nie ma już śladu po obiekcie, na którym w 1933 roku wstęgę przecinały Wanda i Jadwiga Piłsudskie. W jego miejscu od kilkunastu lat stoją bloki. W międzywojniu na położonym tuż obok koszar stadionie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie grali piłkarze Śmigłego. Był to jedyny klub z Wilna, który grał w polskiej ekstraklasie. W 1938 Śmigły wygrał rozgrywki na Wileńszczyźnie i po fazie finałowej awansował do ligi razem z Polonią Warszawa. W przeciwieństwie do Lwowa, Wilno nigdy nie doczekało się wielkiej drużyny. Śmigły z hukiem spadł z ekstraklasy zajmując ostatnie miejsce. Wcześniej, zanim stworzono ligę państwową, o mistrzostwo Polski grały też Strzelec, Lauda, Pogoń i WKS 1. pułku piechoty Legionów Wilno. Cmentarz na Rossie

W weekendy w Wilnie widać polskich turystów. Wśród obowiązkowych punktów zwiedzania są Ostra Brama i Cmentarz na Rossie. Przy wejściu na nekropolię starsza kobieta pyta mnie po polsku: – Może świeczkę dla marszałka?

Na czarnym monolicie wykuto duży krzyż i słynny napis „Matka i serce syna”. Na dole cytat z Beniowskiego Słowackiego, wokół kilka biało-czerwonych bukietów.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Po 10-minutowym spacerze z cmentarza docieram na stadion, LFF Stadion, gdzie od czterech lat gra Žalgiris. Piwo i gira, czyli kwas chlebowy kosztują po 2 euro. Miejscowa przekąska to kepta duona, czyli smażone na głębokim tłuszczu kawałki chleba. W słoneczną sobotę na trybunach usiadło kilkaset osób. Głośno kibicuje trzydziestka.

Pół godziny po pierwszym golu dla Žalgirisu Darvydas Šernas znów łatwo ogrywa obrońców FK Szawle i ponownie pakuje piłkę do bramki. – Numer 21! – emocjonuje się spiker. Sernas macha w kierunku trybuny i na początku na palcach, potem na spodenkach pokazuje numer 23. – Liczę, że spiker się przyzwyczai – uśmiecha się po meczu były piłkarz Widzewa.

W Łodzi zaliczył swój najlepszy sezon. W pierwszym sezonie w ekstraklasie strzelił 10 goli. Choć trafiał tylko w 7 meczach a dwa gole były z karnych, to tamten rok pozwolił mu rozpocząć wygodny i dobrze płatny zjazd w dół. Trafił do Lubina, gdzie zarabiał więcej, niż prezes KGHM. Dwa bezproduktywne lata w Zagłębiu, potem Turcja, Australia, Szkocja. Na antypodach zaczął świetnie, strzelił gola po trzech minutach na boisku. Gazety w Perth zaczęły pisać o snajperze z małego kraju w Europie. Więcej goli w Australii już nie strzelił. W I-ligowych Wigrach Suwałki trafił do siatki dwa razy w 14 meczach. Bilans ostatnich czterech lat ma dramatyczny – 5 zaliczonych lig, 14 goli. Na Litwie te statystyki nikomu nie przeszkadzają. Šernas z miejsca stał się największą gwiazdą Žalgirisu. W 2015 roku, gdy odwiedziłem Wilno, jego twarz była widoczna na plakatach i biletach.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Po meczu, z synem na rękach, Šernas pozdrawia znajomych. 31-latek to 35-krotny reprezentant, a Žalgiris największy klub w stolicy Litwy. Na pomeczowej konferencji prasowej oprócz mnie są jeszcze dwie osoby – fotoreporter i operator klubowej telewizji. – Poziom? Na razie ciężko powiedzieć. Wróciłem na Litwę po 7 latach. To mój dom, tu grałem, zanim wyjechałem za granicę. Wydaje mi się, że Žalgiris zrobił krok do przodu. Poziom podnoszą obcokrajowcy – mówi. W wygranym 5:0 meczu zagrało ich czterech.

Darvydas Sernas

Šernas po udanym roku 2015, gdy trafiał w każdym meczu, spróbował swoich sił w Turcji. W Alanyasporze przepadł i wrócił do Žalgirisu.

O stanie litewskiej piłki wiele mówi stadion byłej Vetry Wilno. To rzut kamieniem od wileńskiego dworca, w czasach ZSRR grał tu Lokomotyvas. Obecnie LFF Stadion to jedyny porządny obiekt w kraju. Spadek po klubie, który już nie istnieje. Polscy kibice usłyszeli o nim w 2007 roku, gdy kibole Legii Warszawa przerwali na nim mecz Pucharu Intertoto, co zakończyło się walkowerem. Trzy lata później Vetra, wicemistrz Litwy, w połowie sezonu została wykluczona z ligi za długi i z dnia na dzień przestała istnieć.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Obok stadionu stoi niewielki, zielony budynek litewskiej federacji. Został zbudowany z pieniędzy od FIFA dla krajów piłkarsko rozwijających się. Na frontowej tablicy wygrawerowano nazwisko Seppa Blattera. Wokół boiska wiszą brawurowo zrealizowane plakaty promujące reprezentację. Na stole operacyjnym leży ubrany w meczowy strój mężczyzna. Chirurg ze skalpelem w ręku nacina klatkę piersiową, będzie robił przeszczep. Hasło na plakacie: „Przynieś swoje serce”.

Stadion przebudowano tak, by mogła tu grać litewska drużyna narodowa. Położono sztuczną murawę. Dla piłkarzy Žalgirisu to jedyne boisko do treningów. – Każdy piłkarz woli grać na trawie, ale nie zamierzam narzekać – mówił Darvydas Šernas. – Od wielu lat mówi się o Stadionie Narodowym, na razie słabo to wygląda – dodał. Słabo, czyli tak.

Wilno, stadion narodowy w Wilnie

Budowa ruszyła jeszcze w czasach sowieckich, w 1987 roku. 23 lata później Litwini stwierdzili, że stolica zasłużyła na coś więcej, niż pięciotysięcznik po Vetrze. Z hucznych zapowiedzi nic nie wyszło. Na poradzieckim molochu hula wiatr. – Może nowy stadion wcale nie jest potrzebny? – pytam Šernasa. – Na meczu reprezentacji mamy komplet. Jeśli kiedyś będziemy mieć ładny stadion, może nie taki jak Narodowy w Warszawie, ale większy niż teraz, to na niektóre mecze reprezentacji przyjdzie 20 tysięcy osób.

koszulka Edgarasa Jankauskasa

Sportem numer jeden jest koszykówka. Kilka lat temu na euroligowych meczach Żaligirisu Kowno nowa 20-tysięczna hala wypełniała się w 3/4. Lietuvos Rytas zapełniał nowy, 10-tysięczny obiekt w Wilnie. W ostatnich latach frekwencje spadły, ale wciąż są to liczby, o których fani futbolu na trzymilionowej Litwie mogą tylko pomarzyć.

Wracam na stadion na Pióromoncie. Obok zapuszczonego boiska treningowego stoi hotel Šarūnas. Wszyscy wokół wiedzą, skąd ta nazwa. Właścicielem jest Šarūnas Marčiulionis, dla niektórych Litwinów sportowiec wszech czasów. Po upadku ZSRR grający w NBA koszykarz sam sklecił drużynę, która poleciała do Barcelony. W igrzyskach zapamiętanych z powodu występu Dream Teamu, Litwini zdobyli brązowe medale. W meczu o 3. miejsce pokonali Rosjan grających pod flagą Wspólnoty Niepodległych Państw. Cztery lata później Litwini znów sięgnęli po brąz.

W barze na parterze hotelu Šarūnas w gablotach wiszą medale olimpijskie Marčiulionisa oraz koszulki i buty koszykarskich legend – m.in. Charlesa Barkleya i Kobego Bryanta.

Osobną gablotę ma tylko jeden piłkarz, Edgaras Jankauskas. Grał w 16 klubach w 9 krajach. Zaczepił się m.in. w Porto, Benfice, czy Realu Sociedad. O Jankauskasa pytam pracującego w hotelu Nojusa. – To chłopak stąd, zaczynał w Žalgirisie, więc ma swoje miejsce. Ale piłka nikogo tu nie interesuje. Do nas ludzie do oglądać NBA, to ich kręci. Piłkę lepiej rzucać, a nie kopać. Słyszałeś o naszych meczach w Barcelonie?

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.