Miesięczne archiwum: Czerwiec 2018

Boniek i zmarnowana szansa [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Mój Boniek
Autor: Jacek Sarzało
Wydawnictwo:  Fabuła Fraza, 2018

„Nie jest to biografia w ścisłym znaczeniu, ale raczej próba dotarcia do bohatera” – czytam na obwolucie. Niestety, próba zakończona niepowodzeniem.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Ta książka przeszła niemal bez echa. W internecie znalazłem tylko dwie recenzje oraz rozmowę z autorem. Jacek Sarzało w łódzkich gazetach zaczął pisać w latach 80. W 2011 roku, przy kolejnej fali zwolnień w mediach, odszedł z zawodu. Zapamiętałem go jako sprawnego autora piszącego o ligowej piłce. W ostatnich latach redagował m.in. książki dla dzieci Yvette Żółtowskiej-Darskiej, a niedawno, jak mówi, dojrzał do napisania własnej.

Książka miała być szczera i prawdziwa. Autora pytano, czy nie boi się ewentualnego procesu. Zapowiedzi szumne, ale niewiele z tego wyszło. W „Moim Bońku” nie ma nic, czego kibic by wcześniej nie przeczytał. Autor podkreśla, że nie chciał rozmawiać z ludźmi albo szperać w źródłach, by wydobyć nowe historie. Chciał pokazać swoją relację z Bońkiem – na początku idolem, potem znajomym z pracy. Pomysł dobry, ale ciekawych wątków jest tutaj zaledwie kilka. Większość to ciągnąca się opowieść o piłkarzu, który podbił Łódź, stał się filarem kadry, a potem święcił triumfy we Włoszech. Wszystko było i to nie raz.

Interesujące fragmenty? Pierwszy bezpośredni kontakt z idolem 13-letni wówczas Sarzało zaliczył w 1975 roku. Stadion ŁKS-u, Widzew prowadził ze Stalą Mielec. Sarzało podawał piłki.

W pewnej chwili piłka po niecelnym strzale mielczan poleciała hen za bramkę Widzewa. Mieliśmy ze Sławkiem najbliżej więc w te pędy po nią pobiegliśmy i jeszcze szybciej wracaliśmy. Ale, niestety, nie zdołaliśmy dostarczyć piłki pilnującemu łódzkiej bramki Stanisławowi Burzyńskiemu. Byliśmy już naprawdę blisko, kiedy zatrzymał nas Boniek, który na tę okazję specjalnie pofatygował się ze środka boiska. I kłusował niemal tak szybko, jak my z nieszczęsną piłką. „Co wy odpierdalacie?! Po chuj się, kurwa, śpieszycie?!” – zapytał zwięźle. I nie czekając na odpowiedź, zabrał nam piłkę, po czym odkopnął dokładnie tam, skąd przed chwilą ją ze Sławkiem przytargaliśmy.

Ciekawa jest też historia z 1979 roku, gdy autor wybrał się na wyjazdowy mecz do Poznania. Skutecznie wtopił się w tłum kibiców gospodarzy na stadionie, nie drgnął nawet przy bramce dla Widzewa. Zgodnie ze stadionowymi konwenansami w przerwie wstał, żeby rozprostować kości. Uwagę miejscowych przykuły gazety, na których siedzieli goście z Łodzi. Z ostatniej strony „Dziennika Łódzkiego” zerkał Boniek, a obok niego tytuł „Pokonać Lecha”. Dekonspiracja.

Jedni byli za udzieleniem nam, mówiąc oględnie, solidnej lekcji wychowawczej, ale inni wręcz stanęli w naszej obronie. Argument „a mi kiedyś brata w Łodzi pobili” zderzał się z argumentem „a ja byłem w Łodzi w wojsku, zostawcie ich.

Sarzało zapowiadał książkę jako prywatną, ale subiektywnego spojrzenia zbyt dużo tutaj nie ma. Przez swój filtr polską rzeczywistość przepuścił choćby Piotr Jagielski, autor „Legii mistrzów”. U Sarzały nie było chęci zgłębienia tematu. Jeśli nie pamięta na którym stadionie obejrzał mecz, to po prostu przeprasza czytelnika. O samym Bońku nie ma tu nic nowego, a ocen autora oraz jego wspomnień jest zbyt mało, by pociągnęły książkę. Na dobrą opowieść o Bońku trzeba pewnie będzie poczekać, aż efekty swojej pracy pokaże Marek Wawrzynowski.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Messi przegrywa z mitem [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Aniołowie o brudnych twarzach. Piłkarska historia Argentyny
Autor: Jonathan Wilson, tłum. Michał Okoński
Wydawnictwo:  Wydawnictwo SQN, 2018

Maradonę opisano kilkadziesiąt lat przed jego narodzinami. Argentyna uformowała go według mitu, który jest starszy od rodziców Diego.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Figura „pibe” w 1919 roku trafiła na okładkę tygodnika dla dzieci „Billiken”. Rozczochrany chłopak ma wesoły wyraz twarzy, choć zęby stępił mu czerstwy chleb. Ma na sobie skromne, połatane i za duże ubranie. Zawadiaka, inteligenty urwis biega za szmacianką, jakby się z nią urodził. Drybluje, strzela, nie boi się ostrych starć. Jest cwany i żeby wygrać nie waha się posunąć do oszustwa. Co ważne, nigdy nie dorasta. Otoczenie tego od niego nie wymaga. Diego Maradona swoją pierwszą piłkę kopnął cztery dekady później w biednym Villa Fiorito, dzielnicy Buenos Aires.

Nieprzepracowana trauma po Maradonie, który narodowi czynił kolejne zawody, dziś odbija się na Leo Messim. Ten jest za grzeczny, pochodzi ze zbyt bogatej rodziny, w dorosłej piłce nie grał zresztą w argentyńskim klubie. Dla wielu Maradonie nigdy nie dorówna, zawsze będzie tym drugim. Kiedy na meczu reprezentacji przedstawiano go jako najlepszego zawodnika świata, większą owację zbierał zapowiadany przez spikera jako „ulubieniec ludu” Carlos Tevez.

Jonathan Wilson, twórca kwartalnika „Blizzard”, autor „Odwróconej piramdy”, która poprzedzała modę na dyskusje o taktyce, książki „Bramkarz, czyli outsider”, a także m.in. 600-stronicowej biografii Briana Clougha (ze względu na recenzje wciąż leży na mojej półce nieprzeczytana), swoje tematy studiuje latami. „Aniołów” też nie pisał z doskoku. Przez dekadę, z krótszymi i dłuższymi przerwami mieszkał w Argentynie. Nie jest to na szczęście książka o tylko o futbolu. Każda zmiana w sporcie jest rzucana na historyczne tło. Niewiele mniej ważny od różnicy spojrzeń na piłkę między Menottim i Bilardo jest konflikt peronistów i ich przeciwników. Historie kolejnych zamachów stanu i opisy nastrojów społecznych, które rzutują na piłkę, zajmują po kilka stron. W kolejnych epokach Wilson przedstawia najważniejsze postacie, zmiany w taktyce, mecze, które zmieniły bieg historii. Niemało od siebie dodaje Michał Okoński, który dorzucił przypisy.

W Argentynie prestiż i tożsamość narodowa zawsze były współzależne z wynikami reprezentacji. Wilson opisuje jak piłka ponad sto lat temu integrowała w nowym kraju przybyszów z Europy oraz jak duch „gaucho”, miejscowego kowboja, został przeniesiony z pastwisk na boiska. Argentyna ma trzech piłkarzy wśród 10 najlepszych zawodników w historii. Dwa razy wygrywała mundial, ale piłkarsko jest głęboko nieszczęśliwa. Skoro tango jest opowieścią pełną melancholii i rozwianych marzeń, argentyńscy kibice też patrzą wstecz. Gol, który w derbach Rosario strzelił Aldo Pedro Poy do dziś jest odgrywany na ulicach. Radiowy komentarz Victora Hugo Moralesa rekonstruują w Rosji kibice Albicelestes. Żyją mitem.

 

Ahí la tiene Maradona, lo marcan dos, pisa la pelota Maradona, arranca por la derecha el genio del fútbol mundial, deja el tendal y va a tocar para Burruchaga… ¡Siempre Maradona! ¡Genio! ¡Genio! ¡Genio! Ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta-ta… Gooooool… Gooooool… ¡Quiero llorar! ¡Dios Santo, viva el fútbol! ¡Golaaazooo! ¡Diegoooool! ¡Maradona! Es para llorar, perdónenme… Maradona, en una corrida memorable, en la jugada de todos los tiempos… Barrilete cósmico… ¿De qué planeta viniste para dejar en el camino a tanto inglés, para que el país sea un puño apretado gritando por Argentina? Argentina 2 – Inglaterra 0. Diegol, Diegol, Diego Armando Maradona… Gracias Dios, por el fútbol, por Maradona, por estas lágrimas, por este Argentina 2 – Inglaterra 0.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Tor w parku centrum sportowego świata

W drodze z Luwru pod Wieżę Eiffla warto nadłożyć kilka kilometrów. W Paryżu areny finału mundialu, igrzysk olimpijskich oraz europejskich pucharów potrafią niemal wyskoczyć zza rogu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Vélodrome de Vincennes

Niewielki stadion w parku z betonowym torem kolarskim oraz bramkami do rugby. Tylko pamiątkowa tablica przypomina, że sto lat temu było to centrum sportowego świata.

Paryż, Bois de Vincennes, park na wschodzie miasta. Welodrom zbudowano tu w 1894. Sześć lat później, podczas igrzysk olimpijskich rozegrano tutaj m.in. konkurencje kolarskie, mecze krykieta, rugby i piłki nożnej. Pięciokrotnie na Vélodrome de Vincennes jako zwycięzca Tour de France kończył Eddy Merckx.

Stade de France

Stade de France

Stade de France

Stade de France, dziesiąty pod względem wielkości stadion na świecie (81 338). Odpychająca okolica.

UEFA EURO 2016

W drodze ze stacji metra na Stade de France

Stadion treningowy przy Stade de France

Stadion treningowy przy Stade de France

 Parc de Princes

Parc des Princes

Parc des Princes

Parc des Princes od najmniej romantycznej strony. To trzeci wybudowany w tym miejscu stadion. Pierwszy, z 1897, był torem kolarskim. Przez kilkadziesiąt lat na Parc de Prices kończył się kolarski Tour de France. W pierwszym piłkarskim meczu, w 1903 roku Anglicy zlali miejscowych 11:0. Do dziś rozegrano tu pięć finałów europejskich pucharów.

Neymary w klubowym sklepie PSG.

Neymary w klubowym sklepie PSG.

Merci pour votre attention.