W manchesterskiej szatni Guardioli [RECENZJA]

Tytuł: Manchester City Pepa Guardioli. Budowa superdrużyny
Autor: Pol Ballús, Lu Martín, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:  SQN 2020

To siódma na mojej półce książka o pracy Pepa Guardioli, pierwsza z okresu pracy w Manchesterze City. Trochę przesłodzona i mało zaskakująca.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Długo zastanawiałem się, jak blisko drużyny Guardioli znajdowali się przez trzy sezony Lu Martin i Pol Ballús. Trudno mi uwierzyć w deklarację, że drużyna stanowiła istotę ich pracy przez trzy lata. Jeśli tak było, to albo są słabymi dziennikarzami albo dział PR City Football Group wykreślił im połowę książki. Bliżej mi do hipotezy, że dostęp do zespołu mieli dość ograniczony.

Autorzy położyli nacisk w opowiadaniu o całej drużynie, a nie tytułowym trenerze. Konstrukcja jest poprawna – w kolejnych oddziałach przedstawiane są postacie kluczowe dla projektu Pepa. Najciekawiej Katalończycy portretują tych, którzy nie wchodzą na boisko. Aitor Beguiristáin i Manuel Estiarte opowiadają o swoich codziennych obowiązkach. Autorzy minimalnie odsłaniają kulisy przyjścia Guardioli do Manchesteru. Poznajemy też kilka jego codziennych rytuałów. Daję plusa za wymienianie nazw restauracji i pubów. Kibic jadący na mecz do Manchesteru, o ile portfel mu pozwoli, może teraz zajrzeć do kilku miejsc, gdzie wpadają ludzie związani z City.

Zobacz także: Recenzja książki „Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania”

Największym minusem książki jest absolutny brak informacji, które mogłyby zaszkodzić komukolwiek związanemu z klubem. Jako mocno zakręcony został przedstawiony Benjamin Mendy. Żadna to przecież nowość. Więcej nieprofesjonalnych, czy godnych krytyki zachowań ciężko przywołać. Przygody Yayi Toure zostały w książce pominięte. Co się działo z Toure? Jakie wnioski klub wyciągał z porażek w Europie? Dlaczego niektórzy zawodnicy musieli odejść? Tego się nie dowiadujemy. Wiemy natomiast, że Khaldoon Al Mubarak wielkim prezesem jest.

Zobacz także: Recenzja książki ” Che Pep”

Pep Guardiola
Pep Guardiola na City of Manchester Stadium podczas meczu ze Swansea City.

Zobacz także: Bieda i patologia, czyli Manchester City [Z PODRÓŻY]

Tytuł: 50 Teams That Mattered
Autor: David Hartrick
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

David Hartrick przyznaje, że książka o drużynach, które miały znaczenie, mogłaby równie dobrze mieć 75 albo 250 rozdziałów. Ich wybór był subiektywny. Chronologicznie zaczynamy od Sheffield z 1957 i Queens Park FC, dalej mamy wszystkie wielkie drużyny, aż do współczesności. O ile o Realu z lat 50., Brazylii z 1970 roku, Nottingham Forest Briana Clougha, czy Barcelonie Guardioli, nie dowiemy się nic nowego, to kilka rozdziałów otwiera oczy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Kto wiedział, że Pro Vercelli, drużyna, która zdominowała kilka pierwszych edycji mistrzostw Włoch, została pozbawiona szans na tytuł przez decyzję federacji? Piłkarze z Piemontu świętowali zdobycie tytułu dzięki lepszej różnicy bramek, gdy federacja zarządziła dodatkowy mecz z Interem. Jego termin pokrywał się z ćwiczeniami wojskowymi, w których brali udział niemal wszyscy zawodnicy z Vercelli. Tytuł powędrował do Mediolanu. Dziś siedmiokrotny mistrz Italii gra w Serie C.

Hartrick wyróżnił m.in. amerykańskie piłkarki. Zanim zagłębimy się w historię piłki za Atlantykiem i przyjrzymy się rekordowi, który pozostawiła po sobie Mia Hamm (158 goli i 144 asysty w 275 meczach reprezentacji), Hartrick opowiada o Anglii. W 1921 roku kobiecy mecz na Goodison Park oglądało 53 tys. osób. Krótko później FA zabroniła rozgrywania żeńskich meczów na ligowych stadionach. Zakaz obowiązywał do 1971 roku.

Na swój rozdział, między „Invincibles” Arsene’a Wengera i Barceloną, która zdobyła swój pierwszy tryplet, zasłużyło Los Angeles Galaxy. Jeszcze ciekawszy jest przypadek Enfield Town. Drużyna powstała w 2001 roku. Stworzyli ją kibice Enfield FC, którzy chcieli mieć zespół w swoim miasteczku. Właściciel klubu, któremu kibicowali, wyprowadził drużynę poza granice gminy Wielkiego Londynu. Podobna, ale o wiele bardziej znana historia Wimbledonu miała miejsce krótko później. Kibice z Enfield i ich drużyna z Essex Senior League, zasłużenie znaleźli się wśród 50 drużyn, których historię warto odnotować.

Książkę czyta się dość lekko. Na opowieść przypada średnio 7 stron, więc na każdy zespół mamy kilkanaście minut. Powierzchownie, ale dość zgrabnie. W sam raz, żeby powtórzyć podstawowe fakty lub dowiedzieć się, jaki temat warto zgłębić.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.