Archiwa tagu: Johan Cruyff

Spacer po Amsterdamie Johana Cruyffa

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

To tutaj wszystko się zaczęło. Najsłynniejszy Holender naszych czasów wyruszył w świat z domu przy Akkerstraat 32 w amsterdamskim Betondorp. Z tego miejsca wyrastają nie tylko sukcesy Wielkiego Ajaksu z lat 70., ale cały sposób myślenia o futbolu. Sztafetę pokoleń zapoczątkowali Vic Buckingham i Rinus Michels, ale to Johan Cruyff jest jej twarzą. Z jego filozofii czerpały kolejne wielkie drużyny, duchowi następcy wygrywali Ligę Mistrzów i mistrzostwa świata.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Betondorp, czyli „Betonowa wioska” to styl art deco. Osiedle, wtedy na wschodnich obrzeżach miasta, powstało w latach 20, konstrukcja była eksperymentalna. Inaczej, niż w starych dzielnicach Amsterdamu, ogrody są niewielkie. Modernistyczni architekci chcieli, żeby życie toczyło się na ulicy i w parku na środku osiedla. Chudy chłopak, na którego wołano Jopie, kopał piłkę na brukowanej Tuinbouwstraat.

W narożnym domu przy Akkerstraat ojciec Johana, Manus Cruijff, handlował warzywami. Dostarczał je też Ajaksowi, wtedy dużemu, ale amatorskiemu klubowi, który mieścił się nieopodal. Manus Cruijff zmarł, kiedy jego syn miał 12 lat. Matka juniora Ajaksu zaczęła wtedy pracę w klubowej pralni, pomagała też przy sprzątaniu szatni.

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Stoję na drewnianym mostku, tuż obok miejsca, w którym kiedyś stał stadion De Meer. Mniej więcej tędy szedł ze swojego domu na ówczesny stadion Ajaksu nastoletni Cruyff. Obiekt wybudowano w 1934 roku. Szybko okazał się za mały, mecze w europejskich pucharach oraz pojedynki z Feyenoordem i PSV Ajax często rozgrywał na Stadionie Olimpijskim.

Pożegnalny mecz Ajax rozegrał w tym miejscu w 1996 roku. Zwycięstwo z Willem II dało 26. mistrzostwo Holandii. Klub przeprowadził się do miejsca z zupełnie innym duchem. Amsterdam ArenA była w momencie inauguracji najnowocześniejszym stadionem na świecie, od początku pomyślanym o organizacji koncertów i innych wielkich imprez. Dla wielu De Meer pozostało ostatnim miejscem, gdzie liczyła się tylko piłka. Żadnych sklepów, ciągnących się przez setki metrów barów i miejsc parkingowych w podziemiach.

W miejscu po De Meer powstały domy. Koło mostu Cruyffa krzyżują się Anfieldroad i Wembleylaan. Na nowych budynkach umieszczono nazwy historycznych stadionów – Delle Alpi, Wembley, czy Prateru. Do futbolu nawiązują nawet osiedlowe ławeczki.

Niedaleko stadionu De Meer wychowywał się Louis van Gaal. 4 lata starszy od Cruyffa, do Ajaksu trafił w wieku 16 lat. Wcześniej grał w piłkę tuż obok, ale w innym klubie. Jego rodzice byli zadeklarowanymi katolikami, występował w Rooms Katholieke Sportvereniging De Meer (RKSV, Rzymskokatolicka Federacja Sportowa). Spacer z otoczonych kanałami boisk amatorskiego klubu na były stadion Ajaksu zajmował kwadrans.

Murawą De Meer opiekował się Henk, którego Cruyff nazywał drugim ojcem. – W wieku 17 lat, kiedy zadebiutowałem na De Meer, mijała dekada, od kiedy zacząłem tam przychodzić. Stawiałem chorągiewki w rogu, czyściłem buty i stroje, malowałem korytarze i wysypywałem piasek. Zawieszałem siatki i zgarniałem śnieg. Przyszedłem tam, gdy miałem 6 lat, w wieku 10 zostałem członkiem klubu. Kiedy odchodziłem miałem 26. De Meer to 26 lat mojego życia. Kiedy patrzę na stare zdjęcia, odkryte trybuny, wspaniałe uczucie… – opowiadał w książce „Ajax, Barcelona, Cruyff”.

Oprócz Cruyffa i Johana Neeskensa swoje mosty nad kanałami mają w tej okolicy Sjaak Swart, Gerrie Mühren, Ruud Krol, Barry Hulshoff, Dick van Dijk, Arie Haan, Wim Suurbier, Piet Keizer, Horst Blankenburg, Velibor Vasović, Heinz Stuy i trener Rinus Michels. Holendrzy chcieli upamiętnić wyjątkowe pokolenie ludzi, dzięki którym w latach 70. o niewielkim kraju mówiono z podziwem na całym świecie. Wielu byłych piłkarzy wciąż żyje, przez co nie mogą zostać patronami amsterdamskich ulic. Z mostami takiego problemu nie było.

Amsterdam Arena

Idę na mecz Ajaksu na Arenie. Przed stadionem powiewa flaga Izraela. Kwestia żydowskiej tożsamości klubu jest skomplikowana. Ajax miał żydowskich kibiców już przed wojną. W niedziele z Dzielnicy Żydowskiej jechało się tramwajem na Weesperplein. Ale Ajax wcale nie miał więcej żydowskich członków, niż inne kluby w mieście. Ich kultura nie była obecna w klubie.

Po wojnie Holendrzy żyli mitem ruchu oporu, choć zdecydowana większość albo kolaborowała z Niemcami albo przyzwalała m.in. na Holocaust. Amsterdamska policja wyłapywała Żydów sprawniej, niż naziści. Kiedy jeden z policjantów odmówił wysyłania Żydów na śmierć, spotkał się z ostracyzmem. Po wojnie Holendrzy wmawiali sobie, że zachowywali się lepiej, niż obywatele innych krajów. O odcieniach szarości zaczęto mówić dopiero w latach 80. Podobnie wygląda historia Ajaksu. Dobro miesza się ze złem. Postawa klubu w czasie wojny była dwuznaczna.

Mecz na Amsterdam Arena

Do rozwoju Wielkiego Ajaxu przyczynili się bogaci bracia. Freeka i Wima van der Meijdów nazywano „Budowniczymi bunkrów”. W czasie wojny ich firma pracowała dla niemieckiej armii. Starszy z braci został potem uznany za kolaboranta, skazano go na trzy lata więzienia.

Johan Cruyff na Amsterdam Arena

Johan Cruyff na Amsterdam Arena

Ściana klatki schodowej na Amsterdam ArenA.

Van Meijdenowie wnieśli do klubu pieniądze i pomogli Żydowi w zostaniu prezesem Ajaksu. Jaap van Praag w czasie wojny przez dwa lata ukrywał się na piętrze sklepu fotograficznego. Robił to bez wiedzy właściciela, godzinami siedział bez ruchu na krześle. Oprócz niego Żydami było jeszcze kilku członków zarządu Ajaksu. O planie na życie ocalałych z zagłady Simon Kuper pisał w „Ajax, Holendrzy, Wojna”. Żydzi zaczęli płodzić dzieci, nadawali im imiona zamordowanych krewniaków i skupiali się na biznesie. Dochodzili do wielkich pieniędzy, wielu wspierało Ajax. Żydowskie korzenie miał też masażysta i kilku zawodników.

Mecz Ajaksu Amsterdam

Mecz Ajaksu AmsterdamNiedaleko stadionu znajduje się kompleks treningowy i akademia De Toekomst. Cała filozofia zgodna z filozofią Johana Cruyffa.

De Toekomst, Amsterdam

David Winner twierdzi, że piłkarskie zarządzanie przestrzenią wzięło się u Holendrów z nietypowego krajobrazu. Często zalewane, wydarte morzu tereny, zmuszały do kooperacji i wspólnego zarządzanie dostępnym terenem. Kanałami otoczone są nawet boiska De Toekomst, czyli Przyszłości, akademii Ajaksu. Dzięki temu nie trzeba ich ogradzać, wystarczy postawić bramę przy jedynej drodze dojazdowej.

AFC Amsterdam

Ajax nie jest najstarszym klubem w mieście. Na mecz AFC Amsterdam docieram idąc na piechotę ze Stadionu Olimpijskiego. Wieżowce za bramką należą do ABN-AMRO, pierwszego zagranicznego banku, o którym usłyszałem jako dziecko. Firma, której pionowa reklama przez lata była częścią stroju Ajaksu, ma swoją siedzibę niedaleko kompleksu AFC.

Jesienne popołudnie. Siadam na urzekającej, kameralnej krytej trybunie. Dłuższą chwilę przyglądam się wieżowcom, bo w takim otoczeniu meczu jeszcze nie oglądałem. Naprzeciwko mnie jest napis „Keep smiling”. Z drugiej strony tablicy można przeczytać „Be friends”.

AFC po 30 minutach prowadzi 2:0 z JVC CUIJK, ale siedzący koło mnie kibic gospodarzy strasznie pomstuje na swój zespół. – Z dobrymi drużynami to sobie radzą, ale w innych meczach, to im się chyba nie chce – mówi. AFC jest w dole tabeli, JVC walczy o awans. – Napis „Keep smiling”? To tylko sport. Grasz, cieszysz się, szanujesz sędziego i tak dalej. Żadna filozofia – tłumaczy mi. AFC traci trzy bramki i przegrywa mecz. Mój sąsiad znosi to z godnością.     Amsterdam Arena Rinus Michels Johan Cruyff mural Stadion Olimpijski. Tutaj zaczęła się historia Wielkiego Ajaksu. W grudniu 1966 roku Holendrzy rozbili Liverpool Billa Shankly’ego 5:1. Mgła była tak gęsta, że Sjaak Swart po usłyszeniu gwizdka w końcówce pierwszej połowy był przekonany, że sędzia zarządził przerwę. W drodze do tunelu dowiedział się, że spotkanie wciąż trwa. Shankly zapowiadał, że na Anfield Liverpool wygra 7:0. Po dwóch golach Cruyffa The Reds byli w stanie tylko zremisować 2:2. Shankly po meczu przyszedł do szatni amatorskiego zespołu z kraju, który na arenie piłkarskiej nic nie znaczył i uścisnął dłoń każdego zawodnika.
Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Holandia początku lat 60. była biedna i nudna. W połowie dekady do głosu doszli młodzi. W Amsterdamie pojawili się Provosi, protoplaści europejskich hippisów. Protestowali przeciwko broni jądrowej i konsumpcjonizmowi. Żądali uwolnienia miejskich rowerów i zakazu reklam papierosów. Posługiwali się absurdem – ubrani na biało maszerowali z białym transparentem. Policja rozpędzała ich za blokowanie ruchu, podobnie jak podczas rozdawania winogron.

Kulminacją był ślub księżnej Beatrix i niemieckiego arystokraty Clausa von Amsberga, w młodości żołnierza Wehrmachtu. Provosi grozili, że do ujęcia wody wrzucą LSD, a z kościelnych organów puszczą gaz rozweselający. Skończyło się na świecach dymnych na trasie orszaku. Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Provosi poszli w politykę, zdobyli mandat w amsterdamskiej radzie miasta. Powstała też Partia Krasnoludków, późniejsze natchnienie dla wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywy. Holandia się zmieniała, do głosu doszło pokolenie baby boomers. Nową Holandię reprezentował Cruyff. Został drugim zawodowym piłkarzem w kraju. Przed nim kontrakt podpisał Piet Keizer.

Drużyna wyjątkowej generacji piłkarzy z niewielkiego kraju grała pięknie i wygrywała. Cruyff opuścił Amsterdam w 1973 roku. W tamtym roku Ajax po raz trzeci z rzędu wygrał Puchar Europy. Przed nowym sezonem trener Ajaksu George Knobel zarządził wybory kapitana. Piłkarze wrzucali swoje głosy do stojącej na środku stołu doniczki. Cruyff, który do tamtego dnia nosił opaskę, dostał tylko kilka głosów. Na Pieta Keizera zagłosowało 12 piłkarzy. Jan Mulder patrząc na twarz Cruyffa wiedział, że to początek końca tamtego zespołu. Ówczesny zdobywca Złotej Piłki jeszcze tego samego dnia zadzwonił do teścia, który był jego agentem. – Od razu dzwoń do Barcelony. Odchodzę.

Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Holendrzy zrewolucjonizowali futbol podejściem do przestrzeni. W czasie meczu w zorganizowany sposób zarządzali odległościami. Poszerzali pole gry będąc przy piłce, skracali chcąc ją odzyskać. Barry Hulshoff, członek Wielkiego Ajaksu, mówił: – Cały czas rozmawialiśmy o przestrzeni na boisku. Cruyff mówił gdzie kto ma biec, gdzie trzeba stać, a gdzie się nie zapędzać. Mówiliśmy o prędkości piłki, czasie i przestrzeni. Każdy piłkarz musiał rozumieć geometrię boiska i zasady działania systemu.

Cruyff, nazywany „Pitagorasem w korkach”, podkreśla, że w piłce nie chodzi o bieganie. – W futbol gra się głową. Trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Nie za wcześnie i nie za późno.

Stadion Olimpijski w AmsterdamiePomnik Johana Cruyffa

Finał mundialu w 1974 roku. W 45. sekundzie meczu piłka po raz trzeci trafiła do Johana Cruyffa. Przyjął ją w kole środkowym i ruszył. Próbował go zatrzymać Berti Vogts, ale Holender łatwo go zwiódł. Na linii pola karnego Cruyffa powalił Uli Hoeneß. To był dopiero drugi gwizdek w tym meczu. Jack Taylor, rzeźnik z Wolverhampton, podyktował rzut karny. Johan Neeskens trafił do siatki, Holenderzy prowadzili od drugiej minuty. Przed Stadionem Olimpijskim w Amsterdamie od 37 lat stoi rzeźba przedstawiająca moment tuż przed faulem. Cruyff wyprzedza Vogtsa, który nie daje rady go dogonić. Holendrzy upamiętnili jedyną dobrą chwilę z meczu, który jest ich największą porażką. David Winner uważa, że mecz w Monachium zostawił taki sam ślad w psychice Holendrów, jak zabójstwo prezydenta Kennedy’ego u Amerykanów. To największa trauma po II wojnie światowej.

Po pierwszym goli Holendrzy jakby zapomnieli, że powinni strzelać kolejne bramki. Piłka krążyła od nogi do nogi, ale okazji brakowało. Kiedy do głosu doszli Niemcy, Taylor dał się oszukać Berndowi Hölzenbeinowi. Niemcy wykorzystali rzut karny, jeszcze przed przerwą trafił Gerd Müller. Holandia zagrała dobrą drugą połowę. Kilka razy brakowało szczęścia, świetnie bronił Maier. Niemcy wybijali piłkę z linii bramkowej, raz pomógł słupek. Cruyff grał zbyt głęboko, był niewidoczny. Puchar Świata wzniósł Franz Beckenbauer.

Cruyff twierdził, że nie ma z tym meczem problemu. – Ludzie do dziś, po tylu latach, podchodzą do mnie i gratulują mi gry na tamtym mundialu. Czy może być piękniejsza nagroda dla piłkarza?

Pomnik Johana Cruyffa

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Więcej o Johanie Cruyffie na blogu Numer 14, tutaj

Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Z Wisłoki Dębica do Feyenoordu

De Kuip wyjście z tunelu

W 1937 roku dwupoziomowy stadion na 64 tys. kibiców był inżynierskim majstersztykiem. Zużyto tyle stali, że podczas wojny Niemcy zastanawiali się, czy nie wykorzystać jej na użytek machiny wojennej.  Feyenoord z Wanny (De Kuip) przeniósł się wtedy na stadion Sparty, czyli słynny Zamek.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Holandii tutaj.

Feyenoord, De Kuip

Na stadionie w IJsselmonde (technicznie nie jest to dzielnica Feijenoord) rozegrano 10 finałów UEFA. Kiedy zainstalowano oświetlenie, na pierwszy mecz, w 1957 roku, z Bolton Wanderers, piłkarze wyszli w ciemnościach, które rozświetlały zapalniczki i zapałki kibiców. Kiedy włączono światła, efekt był piorunujący. Dziś pojemność De Kuip, czyli oficjalnie Stadionu Feijenoord, wynosi 50 tys.

Feyenoord, De Kuip

Puchar Europy z 1970 roku.

Feyenoord, De Kuip

Antoni Brzeżańczyk (urodzony w Brzeżanach, dziś na Ukrainie) na ścianie ze zdjęciami trenerów Feyenoordu figuruje jako Brzanzczyk. Na początku kariery zahaczył o dwa bydgoskie kluby – Polonię i Zawiszę. W latach 70. krótko prowadził Górnika Zabrze, potem Zagłębie Sosnowiec, Polonię Bytom i Wisłokę Dębica. Przeskok, jaki zaliczył później, należy do największych w europejskiej piłce. W 1975, prosto z Wisłoki Dębica, trafił do Feyenoordu. Objął klub, który pięć lat wcześniej zdobył Puchar Europy, a zaledwie sezon wcześniej wygrał Puchar UEFA.

Po krótkiej przygodzie w Rotterdamie, gdzie do mistrzostwa zabrakło mu 1 punktu, pracował m.in. W Rapidzie Wiedeń, Admirze Wiedeń oraz Iraklísie. Nigdzie nie prowadził zespołu dłużej, niż sezon. Zmarł w 1987 roku w Wiedniu.

Feyenoord, De Kuip, Antoni Brzeżańczyk

Feyenoord, De Kuip Feyenoord, De Kuip  Feyenoord, De Kuip Feyenoord, De Kuip

Feyenoord, De Kuip

Johan Cruyff, Ruud Gullit

Johan Cruyff, w objęciach Ruuda Gullita. Największa legenda Ajaksu Amsterdam, ma swoje miejsce w muzeum Feyenoordu. W Rotterdamie grał w ostatnim sezonie swojej kariery – 1983-84. Kiedy w Ajaksie z jego usług zrezygnowano, Cruyff zwrócił się do największego rywala. Podpisał umowę, zgodnie z którą do jego kieszeni trafiała duża część dodatkowych przychodów z biletów. Efekt? W sezonie z Cruyffem na trybuny przychodziło więcej osób, niż wcześniej, a drużyna zdobyła dublet.

Ale z De Kuip klub chce się wyprowadzić. W skrócie, było tak:

Feyenoord, De Kuip przed wojną
Fot. public domain.

A ma być tak:

Feyenoord, nowe De Kuip projekt
Fot. oficjalne materiały Feyenoordu.

Klub ma zaawansowane plany budowy nowego stadionu. Koncepcja jest wyjątkowa. Nowy stadion powstanie niedaleko, nad brzegami Nowej Mozy. Sam w sobie nie będzie drogi, koszty oszacowano na 400 mln. Ale cały projekt Feyenoord City, to już kwota 1,4 mld euro. Przy stadionie staną m.in. hotel oraz aż 1500 nowych mieszkań. Najciekawszy jest los De Kuip. – Górny poziom trybun zostanie zachowany, ale przekształcony w 160 mieszkań. Znajdzie się w nim też punkt widokowy Na dole powstaną pomieszczenia usługowe (ma być browar i miejsce spotkań kibiców), a boisko otoczy bieżnia – informuje stadiony.net.

Feyenoord, murawa De Kuip

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Holandii tutaj.

Kiedy zbawca odchodzi

Pomnik Johana Cruyffa

Przed Stadionem Olimpijskim w Amsterdamie stoi pomnik Johana Cruyffa i Bertiego Vogtsa ujętych w scenie z finału mundialu. Twarzami skierowani są ku jednemu z boisk Fundacji Cruyffa.

Podążając śladami Johana Cruyffa byłem przed jego rodzinnym domem, w sklepie, ulubionej knajpie i na moście jego imienia. Na blogu pisałem o książce i bramce, która nie mogła się wydarzyć. Nawet nazwa tej strony do hołd dla człowieka, który najbardziej zmienił współczesny futbol.

Na kilka osobistych zdań jest dla mnie za wcześnie. Dziś zbiorę tylko kilka linków. W powodzi tekstów publikowanych po śmierci Cruyffa, najlepsze są te, które powstały wcześniej. Po polsku to esej z drugiej „Kopalni” Pawła Wilkowicza (o którym pisałem tutaj) a po angielsku David Winner, autor najlepszej moim zdaniem książki o piłce, „Brilliant Orange”. Nie zawodzą najlepsze europejskie pióra – Jonathan Kuper, Graham Hunter i Simon Kuper (tutaj, tutaj i do posłuchania tutaj). Nowych treści jest niewiele. Rozbawił mnie Boniek, który spotykał Cruyffa podczas turniejów golfowych. Trudno jest współpracować z geniuszem, a jeszcze gorzej, gdy ten doskonale wie, że nim jest.

– Jedna rzecz była wspaniała. I pokazuje charakter i siłę Johana. On nie był żadnym wielkim golfistą, ale mimo to każdemu podpowiadał: „Stary, nie tak! Musisz to zrobić inaczej!”.

– Na wszystkie tematy miał swoje zdanie, był człowiekiem o niesamowitej charyzmie. Jak gdzieś wchodził, czuło się, że wchodzi ktoś ważny. Po prostu wielka osobowość.

Co zrozumiałe, więcej wczoraj napisano o wpływie Cruyffa na sport, mniej o tym, jak odmienił Katalonię, nie tylko tę piłkarską. W filmie „En Un Momento Dado” Cruyff pojawia się na chwilę. Ludzie, którzy go nie poznali osobiście, opowiadają, jak zmienił ich życie. Świetna jest też fcbarcelońska seria „Recorda Mister”. Zanurzyć się w starych kadrach można tutaj – sto starych zdjęć.

Wiele z piątkowych okładek to wyżyny sztuki edytorskiej. Niestety, Polska kolejny raz okazała się być krajem zapatrzonym w siebie. Na okładce „Przeglądu Sportowego” Cruyff przegrał z Piotrem Zielińskim.

Dziękuję Johan. Byłeś wielki. Największy.

Gol, który musiał być przewidzeniem

Wieszak we flagowym sklepie Johana Cruyffa

Wieszak we flagowym sklepie Johana Cruyffa w barcelońskiej dzielnicy El Born.

W moje ręce trafiła autobiografia Pepe Reiny. Sporo miejsca poświęca swojemu ojcu. Najwięcej zajmuje opis gola, który w 1974 roku pozbawił Atletico Madryt Pucharu Europy. Bramki mistrzów Hiszpanii bronił Miguel Reina. Ta interwencja zdefiniowała jego karierę. W finale, w ostatniej minucie dogrywki, Hans-Georg Schwarzenbeck strzelił z 25 metrów. Bayern wyrównał a w dodatkowym meczu gładko wygrał 4:0. – Nazwisko Niemca niewielu w Madrycie pamięta. Ale wszyscy wiedzą, że tego strzału z dystansu nie zatrzymał mój ojciec – pisze bramkarz Napoli.

42 lata temu Miguel Reina wpuścił swoją najsłynniejszą bramkę na krajowym podwórku. 22 grudnia 1973, ligowy mecz na Camp Nou, Barcelona – Atletico. Barcelona rozgrywała swój pierwszy i najlepszy sezon z Johanem Cruyffem w składzie. Od debiutu Holendra do zdobycia mistrzostwa, Blaugrana nie przegrała żadnego meczu. – To najlepsze wspomnienie mojego dzieciństwa – opowiada dziś Joan Laporta.

Krótko przed przerwą wciąż nie padła żadna bramka. Na prawym skrzydle nieźle dośrodkował Chary Rexach. Nieźle, ale trochę za głęboko. Johan Cruyff wyskoczył i trafił piłkę wyciągniętą do przodu stopą. Uderzył piętą. W czasach, gdy piłkarze nie strzelali akrobatycznych bramek, do których przyzwyczaił nas choćby Zlatan Ibrahimović, gol stał się sensacją. Pisano o „fantomowym golu”, bramce, która musiała być przewidzeniem i „Niemożliwym golu Cruyffa”. – W tej bramce było wszystko – gracja, technika, tupet, siła, wyobraźnia – to był gol wbrew logice. Coś jak z Matrixa – pisze Pepe Reina. To bramka, którą wspomina się nawet po kilku dekadach. W rewelacyjnym dokumencie „En Un Momento Dado” (tu z angielskimi napisami) bramką z Atletico ekscytuje się stojący w kuchni zawodowy kucharz. – Mam gęsią skórkę – mówi do kamery.

W „El Mundo Deportivo” opis zajął cztery szpalty.

Strona Mundo Deportivo

Strona Mundo Deportivo

Strona Mundo Deportivo Strona Mundo Deportivo

Dziś Johan Cruyff przeżywa ciężki okres. – Myślenie i mówienie o futbolu daje mi wiele radości i odciąga moje myśli od choroby – napisał niedawno.

Mucha fuerza Johan!

P. S.

O najsłynniejszym numerze 14, patronie bloga, pisałem tu m.in. w kontekście wydanych w książce wywiadów oraz moście jego imienia. Polecam.

Madrycka wizja historii i cruyffizmy

Tytuł: Barça vs. Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć
Autor: Alfredo Relaño, tłumaczenie Barbara Barbadyn
Wydawnictwo: SQN, 2015

Czytając, momentami szeroko otwierałem oczy. Wiecie, jaka jest prawda o transferze Alfredo Di Stefano, który zmienił piłkarską historię Hiszpanii? Otóż Barcelona wcale go nie chciała. Alfredo Relaño dowodzi, że gdy gruźlicę wyleczył Ladislao Kubala, wtedy największa wówczas gwiazda ligi, Barça porzuciła zainteresowanie Argentyńczykiem. Natomiast przy okazji innego ważnego wyboru, w 2008 roku, Barcelona wzięła Guardiolę, bo musiała. Klub rozmawiał z Mourinho, ale według autora ten wystawił Barçę do wiatru i nie chciał spotkać się z Johanem Cruyffem. Czyli też inaczej, niż we wszystkich innych źródłach.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

A jakie są przyczyny trwającej dominacji w Hiszpanii? „Barça jest teraz na szczycie, wydaje się, że ma wszystko po swojej stronie: szkolenie młodzieży, popularność, międzynarodowy prestiż, przychylność tych, którzy pociągają za sznurki”. Ostatni element to konik autora. Nie bez powodu zasłynął jako twórca terminu Villarato. Alfredo Relaño tłumaczy, że ukuwając go, myślał bardziej o patologiach, które firmuje Ángel María Villar, wieloletni szef RFEF, ale powszechnie termin rozumiany jest jako przychylność sędziów wobec Barcelony.

Dla Relano Villarato to choćby niewszczęcie postępowania w sprawie Pique, który wymusił żółtą kartkę, by wyczyścić się na klasyk. Co prawda sędzia nie opisał tego w protokole, ale komitet sam mógł zająć się sprawą. Tak przecież było, gdy Mourinho włożył palec w oko Tito Vilanovy. Dla Relano te sprawy to podobny ciężar gatunkowy. Inna reakcja to czyste Villarato.

W swojej książce, Relaño na przestrzeni kilku dekad śledzi sędziowskie skandale, których nie brakowało. Barwnie opisuje mecze, którymi żyła Hiszpania, tłumaczy dlaczego niektóre nazwiska arbitrów pamiętane są po 50 latach. Ale mam z tymi opowieściami kłopot. Opisom daleko od obiektywizmu. Relaño w dwóch osobnych rozdziałach narzeka, że podczas ostatniej manity, Realowi należał się rzut karny. Przy stanie 2:0 Valdes starł się z Ronaldo. Owa „jedenastka” do obejrzenia tutaj. Autor tłumaczy, że to nie tylko karny, ale też druga żółta kartka dla Valdesa. I tak lepiej, niż z Chelsea. Madrycka klasyka, cztery karne.

Relaño to wieloletni naczelny „Asa”, gazety promadryckiej, która nie sili się na obiektywizm. W Hiszpanii to normalne. Autor zarzeka się, że choć sam jest socio Realu od pół wieku, podobnie jak ojciec i brat, to jego matka jest Katalonką. Twierdzi, że jest w stanie zachować obiektywizm. To mu się nie udaje, ale po książkę i tak warto sięgnąć. Historie wciągają, nie brakuje anegdot. Ile zajęło przekonanie agenta Luisa Figo do pomysłu podpisania kontraktu z Florentino Perezem? Dosłownie chwilę. Kiedy usłyszał kwotę prowizji, sprawa była przesądzona. Smakowite są choćby opowieści Joana Gasparta i opisy sposobu funkcjonowania Santiago Bernabeu. To nie jest lektura dla początkujących. Relano nie wyjaśnia podstaw. Niektóre terminy, jak na przykład Real Yé-yé, wyjaśnia tłumaczka Barbara Bardadyn. Inne czytelnik musi po prostu znać.

Historię rywalizacji dwóch klubów La Liga, które nie mogłyby bez siebie istnieć, lepiej opowiedział Sid Lowe. Książka Relaño przedstawia historię klasyków widzianą z Madrytu, opowiedzianą przez jedną z głównych postaci tamtejszej prasy. Nie jest to spojrzenie obiektywne, ale jest ciekawe. Przedstawia perspektywę, którą warto znać.

Tytuł: Ajax, Barcelona, Cruyff. The ABC of an Obstinate Maestro
Autorzy: Frits Barend, Henk van Dorp
Wydawnictwo: Bloomsbury, 1998

Kiedy Johan Cruyff obchodził 50. urodziny, w Holandii wydano pięć książek na jego temat. Swojego błogosławieństwa udzielił tylko tej. Bo kosztowało go to najmniej wysiłku.

Frits Barend i Henk van Dorp przynieśli Cruyffowi wywiady, których udzielił im w ciągu ostatnich 25 lat. Wystarczyło wybrać te najciekawsze. To cały pomysł na świetną książkę. „Znamy się od początku mojej gry w Ajaksie. Wolałem, jak Barend i Van Dorp przychodzili do mnie, gdy sprawy szły źle, bo wtedy miałem coś do wyjaśnienia” pisze Cruyff w przedmowie. I wyjaśnia już od pierwszej rozmowy, przeprowadzonej po przegranym finale mundialu.

Z każdą porażką, a w czasie Dream Teamu nawet ze zbyt niską wygraną, przychodzą kolejne pytania. O taktykę, nastawienie, nazwiska. Zazwyczaj teorie Cruyffa wytrzymują próbę czasu. Wiele razy wraca do przestrzeni na boisku, ustawienia piłkarzy i ofensywnego futbolu. O 17-latkach – Franku Rijkaardzie i Aaronie Winterze mówi, że zrobią kariery. Przy Witchge miał wątpliwości. Uśmiechnąć można się z kolei, gdy Cruyff tłumaczy, że Meho Kodro i Oleg Korniejew zastąpią Romario.

Sposób prowadzenia rozmowy na przestrzeni dekad zmienia się niewiele. Książki nie czyta się łatwo, Cruyff często odpowiada półsłówkami. Jest przekonany o swojej nieomylności. Odpowiada wprost, choć czasem nie mówi wszystkiego. Pytany o zaangażowanie żyjącego jeszcze Franco w futbol odpowiada: „Nic o tym nie wiem. Nie mieszam się do polityki. Dlatego nie wygłaszam na tej temat opinii, bo wiem, że choć rozumiem co się dzieje, to byłoby to trudne. Mogę grać wszędzie na świecie, ale to nie znaczy, że odpowiada mi system polityczny”.

Europejski gracz stulecia opowiada choćby o swoim podejściu do prasy. Za wywiady dla tytułów, które zazwyczaj nie pisały o piłce, żądał pieniędzy. Ale pomimo starć na konferencjach prasowych, dziennikarze nie mieli wielu powodów do narzekań. Od 2008 roku, pierwszego sezonu za kadencji Pepa Guardioli, Barcelona trenuje w miasteczku sportowym w Sant Joan Despi, kilka kilometrów od Camp Nou. Otwarty jest tylko jeden trening w roku, na Mini Estadi. Cała praca wykonywana jest za zamkniętymi drzwiami. Dream Team ćwiczył tuż obok Camp Nou, koło starego budynku La Masii. „Ja nie mam sekretów. Rozumiem to, że gazeta musi być codziennie pełna newsów. Ale mówię dziennikarzom, że opisywali wszystko uczciwie. Jeśli zobaczę sensacyjny nagłówek albo tekst, gdzie jeden gracz krytykuje drugiego, zapytam go o to. Jeśli trzeba będzie, przesłucham taśmę, a nie chcę tego robić.”

Dzień meczu wcale nie był wtedy jego ulubionym. Lubił trenować z drużyną. „Kiedy sam ćwiczysz, widzisz więcej. Poza tym mogę niektóre rzeczy pokazać lepiej, niż piłkarze. Wtedy piłkarze bardziej mnie szanują. Może to brzmi trochę arogancko, ale tak jest. Jestem szefem, ale jestem też zawodnikiem. Czekam na każdy poniedziałek, wtorek, sobotę, dni, w których gramy sześciu na sześciu.”

Niemal cała książka, to rozmowy z Cruyffem, ale kilka razy Barend i Van Dorp opowiadają, co zobaczyli przy okazji. Choćby podróż z Warszawy do Barcelony. Wrzesień 1989, rodzący się Dream Team jedną bramką wygrywa z Legią w Pucharze Zdobywców Pucharów. Holendrzy opisują szare miasto oraz taksówkarzy, przewodników i kelnerów, którzy sprzedawali złotówki po kursie pięciokrotnie korzystniejszym, niż oficjalny. Na lotnisku jedną z kobiet zatrzymali polscy celnicy. Twierdzili, że futro kupiła w Polsce, a nie przedstawiła rachunku. Nie pomogły tłumaczenia, że kupiła je rok wcześniej, przy okazji meczu Barcelony w Poznaniu. Celnicy, w przeciwieństwie do piłkarzy Legii, byli górą. Futro zostało w kraju.

W barze u Manolo

Przez miłość do piłki najsłynniejszy hiszpański kibic stracił rodzinę i sporo pieniędzy. Ale jak twierdzi, niczego nie żałuje.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Manolo z uśmiechem nalewa piwo. Ma na sobie koszulkę z numerem 12 i baskijski beret. Płacę 2 euro i rozglądam się po „Twoim sportowym muzeum”. Tak nazywa się bar. Liczba piłkarskich pamiątek przytłacza, na ścianach wisi kilkadziesiąt bębnów. To z nimi od trzech dekad podróżuje po świecie Manuel Cáceres Artesero. Świat zna go jako Manolo el del bombo. Kiedy w 1979 roku zaczynał jeździć za „La Roją” o modzie na kadrę nie było mowy. Na niektórych meczach wyjazdowych Manolo był jedynym Hiszpanem na trybunach. Na inne jeździło po 20 osób. Manolo stał się znany poza ojczyzną, gdy Hiszpania zaczęła wygrywać.

Zza szyby baru widać Estadio Mestalla, stadion Valencii. W rogu wiszą koszulki piłkarzy, których śmierć wstrząsnęła Hiszpanią – Daniego Jarque i Antonio Puerty. Do sufitu jeden przy drugim przyczepione są szaliki. Znajduję nawet biało-czerwony. Szalik reprezentacji Polski wisi między pamiątkami Bayeru Leverkusen i reprezentacji Wenezueli. – Turyści? Miałem tutaj ludzi z całego świata, ale większość klientów to zawsze ludzie stąd, kibice Valencii – mówi Manolo.

Podczas mundialu w Hiszpanii w 1982 roku podróżował autostopem. Przejechał 16 tys. kilometrów. Kilka lat później żona miała już tego dość. Po jednym z wyjazdów opuściła go razem z czwórką dzieci. Manolo wybrał reprezentację. – Tak się ułożyło, że moją rodziną stali się kibice reprezentacji Hiszpanii – mówił w jednym z wywiadów. Kiedy stał się naprawdę znany, mógł przestać martwić się o pieniądze wydawane na wyjazdy. Teraz podróżuje jako członek oficjalnej delegacji.

Za barem, między szklankami i butelkami Coca-Coli, stoi replika Pucharu Świata. Podczas mistrzostw świata w 2010 roku Manolo zachorował na zapalenie płuc. Musiał wrócić do Hiszpanii, leżał w szpitalu. Do RPA poleciał na półfinał i finał. Kiedy Hiszpania wygrała mundial, pozwolono mu wziąć puchar w dłonie. Reprezentował kibiców, których przez lata reprezentacja zawodziła.

Na ścianach wiszą zdjęcia Manolo, w tym z parą królewską. Właściciel baru jest też na okładkach gazet, w wycinkach dzienników z całego świata. Twarz Manolo widać na kafelkach, niezliczonych fotografiach, nawet na etykietach butelek wina, które leżą koło kasy. Nad barem bębny z każdego z ostatnich 10 mundiali. „Bęben Hiszpanii” ma bić jeszcze przez 11 lat. Manolo chce przejść na kibicowską emeryturę po 12 mistrzostwach świata. EURO w Polsce i na Ukrainie były jego siódmymi mistrzostwami Europy. – Polska na zawsze będzie w moim sercu. Wygrany turniej, tego się nie zapomina – uśmiecha się.

Od stadionu Valencii bar-muzeum dzieli tylko mały plac. Wśród trzech przylegających do siebie lokali, ruch jest tylko u Manolo. – Kryzys ekonomiczny? Było fatalnie, ale interes znów się kręci. Choć cały czas nie jest tak dobrze, jak wcześniej – tłumaczy.

Dziś na brak klientów nie może narzekać. Za dwie godziny na Mestalla zacznie się mecz grających w Segunda B rezerw. Jeszcze kilka lat temu Manolo musiał oswajać się z myślą o przeprowadzce. Gdyby Los Che nie grali sto metrów od jego baru, interes trzeba byłoby zwinąć. Bębnów nie trzeba przenosić, bo jego ukochanemu klubowi powinęła się noga.

W 2004 roku Valencia była na fali. W ciągu 5 lat wygrała dwa mistrzostwa Hiszpanii, Puchar UEFA, Puchar Króla, krajowy i europejski superpuchar. Do klubu płynęła rzeka euro. Kiedy dwa razy z rzędu awansujesz do finału Ligi Mistrzów, gdzie za drugim razem przegrywasz dopiero w rzutach karnych, możesz uwierzyć w swoją wielkość. Ludzie z biur przy Avenida Suecia stwierdzili, że są w stanie rzucić wyzwanie Realowi i Barcelonie. Na boisku drużyna z miasta pomarańczy dawała sobie z gigantami radę, więc nadszedł czas na kolejny krok. Ogłoszono, że 55-tysięczny stadion Mestalla jest za mały jak na ambicje klubu. Nowy miał być prawie o połowę większy. Nou Mestalla zaprojektowano dla 75 tysięcy kibiców.

Pierwszą łopatę wbito w ziemię w 2007 roku. Niektórzy już wiedzieli, w którą stronę zmierza cały projekt. Kiedy drużyna nie zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów, a klubowy budżet się rozsypał, prace wstrzymano. Dług przekroczył w 500 mln euro.

Jednym z elementów biznesplanu była sprzedaż terenów po starym Mestalla pod budynki mieszkalne. W Hiszpanii wybuchł kryzys, rynek nieruchomości się zawalił. Bezrobocie wynosi 24% (wśród młodych 51%), w całym kraju są tysiące niedokończonych budów. Trzy miliony mieszkań stoją pustych.

Klub wielokrotnie siadał do rozmów z bankami i szukał możliwości sfinansowania dokończenia budowy. Proponowano zmniejszenie pojemności, redukcję kosztów drogiego, aluminiowego dachu. Przejęcie klubu przez Petera Lima rozbudziło nadzieje, że drużyna w końcu przeprowadzi się kilka kilometrów na zachód. W Valencii liczą, że stanie się do w 2019 roku, na stulecie klubu. Dekadę później, niż zakładano. Na razie na placu budowy Nou Mestalla nie pracują żadni robotnicy. Betonowy szkielet, na który wydano 150 mln euro, straszy niedaleko centrum miasta.

Dwa stadiony Valencii dzieli 10 minut jazdy. Na czarno-pomarańczowej elewacji Estadio Mestalla wiszą plakaty legend klubu. Na przechodniów spoglądają m.in. David Albelda, Gaizka Mendieta i Mario Kempes. Król strzelców mundialu w 1978 roku jest wirtualnym przewodnikiem po stadionie. Z ekranu opowiada zaprasza do pokoju z trofeami. Pucharów jest ponad 20. Zajmują dwie gabloty i wyglądają bardzo skromnie.

Na stadionie, który reklamowany jest jako najstarszy w Hiszpanii, zaskakuje tunel. Zanim stąpając po pomarańczowej wykładzinie wyjdzie się na murawę, można wejść do dwóch pomieszczeń. Koło siebie położone są kaplica oraz pokój dla sędziów. W pierwszym pomieszczeniu patronka Walencji – Mare de Déu dels Desamparats. W drugim, za drzwiami, portrety 20 sędziów. Na ścianie wiszą zdjęcia arbitrów, którzy przez lata prowadzili mecze La Liga – są Carlos Velasco Carballo, Alfonso Javier Álvarez Izquierdo i José Antonio Teixeira Vitienes. Zapewne do obu pomieszczeń przed meczami ustawia się kolejka.

Playa de Levante to zwykła miejska plaża. Miejscowi nazywają Las Arenas. W miarę ciepło jest tu przez cały rok, ale Walencja nie jest typowo morskim miastem. Mówi się, rozwijała się plecami do morza. Na Las Arenas zaczęła grać drużyna, która z czasem przekształciła się w Levante U.D. Jej korzenie sięgają 1909 roku. To klub o 10 lat starszy, niż Valencia.

Uwaga piłkarskiej Hiszpanii na Les Granotes, czyli Żabach, skupiona była kilka razy. 1 marca 1981 swój pierwszy mecz w Levante zagrał Johan Cruyff. Trzykrotny zdobywca Złotej Piłki miał 34 lata. Levante grało w Segunda Divsion, a Cruyff przerwy między leczeniem kontuzji wypełniał sobie kłótniami z zarządem klubu. Wystąpił w 10 meczach, strzelił dwa gole. Levante nie wywalczyło awansu, a genialnemu Holendrowi nie płaciło na czas. Cruyff wrócił do ojczyzny. Okazało się, że w Hiszpanii skreślono go przedwcześnie. Odzyskał wielką formę, doprowadził do mistrzostwa Ajax, a potem Feyenoord.

Levante w La Liga to sytuacja tymczasowa. W całej swojej historii piłkarze z małego klubu w Walencji tylko przez 10 lat występowali w najwyższej lidze. Więcej sezonów spędzili w Segunda B, czyli na trzecim poziomie hiszpańskiej piłki. W sezonie 11/12 Levante po raz pierwszy w historii zasiadło na fotelu lidera La Liga. Drużyna weteranów i zawodników ściągniętych za darmo ostatecznie zajęła 6. miejsce w lidze. Rok później nie przynieśli wstydu w Lidze Europy. Odpadli dopiero wiosną, w 1/16 finału.

Sobotni wieczór, zajmuję swoje miejsce Estadio Ciudad de Valencia. Z głośników leci Metallica, Guns N’ Roses, a nawet w całości „Bohemian Rhapsody”. Na krzesełkach w barwach blaugrana usiadło 11 tysięcy kibiców Levante. Zestaw obowiązkowy każdego kibica obejmuje bocadillo, czyli podłużną kanapkę oraz pestki słonecznika, którymi plują pod nogi nawet dziennikarze. Kiedy w 80. minucie Celta wychodzi na prowadzenie, na trybunach została już tylko garstka kibiców. Leje deszcz, najwyraźniej dla Levante nie warto moknąć.

Co roku z drużyny odchodzą najlepsi piłkarze. Levante ściąga piłkarzy za darmo lub ich wypożycza. W ostatnich pięciu latach na zakupy wydano 700 tys. euro, z czego blisko połowę kosztował Pepe Diopa. Co roku z zespołu odchodzą najlepsi piłkarze. Najwięcej udało się zarobić na grzejącym ławkę w Realu Madryt Keylorze Navasie. Kostarykańczyk kosztował 10 mln euro. Udane transakcje to także odejścia Caicedo (7,5 mln), Iborry (6), Koné (5) i Martinsa (3).

Udało się spłacić większość długów, które jeszcze niedawno ciągnęły klub w dół. W najgorszym momencie zobowiązania Levante przekroczyły 90 mln euro. W tamtych czasach wykupienie licencji programu Prozone to był zbyt duży wydatek. Dziś długi to ok. 30 mln. Jak na warunki hiszpańskie, nie najgorzej. Większy sąsiad z Mestalla mógłby tego umiaru pozazdrościć.

Najładniejsza książka

Tytuł: Kopalnia. Sztuka futbolu nr 2
Autorzy: Paweł Wilkowicz, Łukasz Kwiatek i Bartek Kucharczyk, Michał Okoński, Michał Szadkowski, Iza Koprowiak, Kuba Polkowski, Michał Zachodny, Rafał Lebiedziński, Leszek Jarosz, Marek Wawrzynowski, Wojciech Kuczok, Grzegorz Rodynek, Rafał Stec, Olgierd Kwiatkowski, Sebastian Staszewski, Krzysztof Wolański, Piotr Żelazny.
Wydawca: Kopalnia

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

utbol może być sposobem na opowiadanie o świecie. Piotr Żelazny, współzałożyciel „Kopalni”, pokazuje jak to robić. Pierwszym numerem, który wyszedł w ubiegłym roku, byłem zachwycony. Drugi, dostępny w księgarniach od niemal dwóch miesięcy, nie zawodzi.

Rzuciłem się na tekst o Johanie Cruyffie. Jako cruyffista niczego nowego się nie dowiedziałem (a flagowy sklep Cruyffa jest w dzielnicy Born, do Bonanovy jest stamtąd daleko), ale portret Pawła Wilkowicza napisany z wielkim polotem. To obraz geniusza, który kilka razy wyznaczał kierunek światowej piłki i wciąż pociąga za sznurki, choć od odpowiedzialności ucieka. Niektóre figury retoryczne są brawurowe – Cruyff bohaterem katalońskiej wolności niczym Forest Gump, nie zawsze świadomy biegu wydarzeń – ale autor prowadzi opowieść bardzo sprawnie. Całość jest niezwykle smakowita.

Wciąga też m.in. tekst Leszka Jarosza o pirackiej lidze kolumbijskiej w latach 50. Historia nieuznawanych przez FIFA rozgrywek, gdzie płacono bajońskie pensje, przeplatana jest cytatami zakochanego w futbolu Gabriela Garcii Marqueza. Piotr Żelazny w Wiśle usiadł, przy jak mówi, najsłynniejszym kominku w kraju i rozmawiał z Antonim Piechniczkiem o polskiej myśli szkoleniowej. Chwilami bezradność wywiadowanego jest rozbrajająca. Wydaje mu się, że daje pytającemu odpór, broni swoich idei. Opowiada więc, że bieganie po górach to wciąż niezbędny element piłkarskich przygotowań. Nie czuje obciachu. Tekst pobudzający do refleksji.

Motywem przewodnik drugiego numeru „Kopalni” są piłkarskie umysły. 17 tekstów napisali różni autorzy, poziom jest więc zróżnicowany. Niektóre bardziej nadają się do czasopisma naukowego. Inne są za krótkie, bo jak opisać Erica Cantonę na sześciu stronach?

„Kopalnię” nie tylko dobrze się czyta, ale też ogląda. Przy pierwszej części rysunki na podstawie zdjęć ewoluowały w kierunku ilustracji. To jedna z najładniej wydanych książek sportowych, jakie widziałem. Grafiki od niedawna można kupić w większym formacie. Do błyskotliwego rysunku, na którym wielcy trenerzy ustawieni są niczym zawodnicy na boisku, zaglądałem kilkanaście razy.

W powodzi plastikowych biografii piłkarzy, z kilkoma książkami o 23-letnim Neymarze na czele, „Kopalnia” to przypadek osobny, najwyższa krajowa półka. Polski odpowiednik „Blizzarda” Jonathana Wilsona wychodzi nieregularnie. Wydawcy chcieliby, żeby pojawiały się przynajmniej dwa numery rocznie. Jeszcze w tym roku Kopalnia wyda biografię Vinniego Jonesa „It’s been emotional”.

Tytuł: The Knowledge. Your Football Questions Answered
Autor: James Dart
Wydawca: Guardianbooks

Przejrzenie tej książeczki zajmuje dwie godziny. To zbiór pytań i odpowiedzi, które pojawiali się w The Guardianie. W 2000 roku jeszcze nikt nie twierdził, że jeśli czegoś nie ma w Google, to znaczy, że to nie istnieje. Do redakcji nadeszło wtedy pierwsze pytanie. Kto był managerem Norwich, kiedy zwolniono z kontraktu Dionowi Dublinowi? Odpowiedzi udzielono, pytania wciąż napływają.

Ciekawostek jest sporo. Od najdziwniejszych pozwów (wygrywają chyba Zico i Zagallo, którzy sądownie doprowadzili do zamalowania swoich twarzy na drzwiach toalet lokalu Romario), przez historię grającego managera, który sam sprzedał się do innego klubu. Dowiedziałem się choćby, że wśród kibiców Fulham funkcjonowała anegdota, że kibicem klubu był Jan Paweł II. Miał oglądać drużynę z trybun Craven Cottege podczas studiów w latach 30. w niedalekim Roehampton. Londyńska wersja Radia Erewań.

Jeden z pytających był ciekaw, czy sam zapisał się w piłkarskich annałów. „Moja żona i ja wystąpiliśmy w reprezentacjach Wysp Dziewiczych. Czy istnieją inne pary z oficjalnymi meczami międzynarodowymi na koncie?” Czytelnika spotkał zawód. Podobne osiągnięcia mają m.in. Islandczycy Hermann Hreidarsson i Ragna Loa Stefandottir, czy Amerykanie Claudio Reyna i Danielle Egan.

Na moście Johana Cruyffa

Staję na drewnianym mostku, tuż obok miejsca, w którym kiedyś stał stadion De Meer. Porównuję do bydgoskiej Trasy Uniwersyteckiej za 200 mln zł. W Amsterdamie most można przejść i przejechać rowerem. W Bydgoszczy w grę wchodzi tylko samochód. 2:1 dla Johan Cruijffbrug.

Mniej więcej tędy szedł ze swojego domu na De Meer nastoletni Cruyff. Stadion wybudowano w 1934 roku. Szybko okazał się za mały, mecze w europejskich pucharach i pojedynki z Feyenoordem i PSV Ajax często rozgrywał na Stadionie Olimpijskim.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pożegnalny mecz Ajax rozegrał w tym miejscu w 1996 roku. Zwycięstwo z Willem II dało 26. mistrzostwo Holandii. Klub przeprowadził się do miejsca z zupełnie innym duchem. Amsterdam ArenA była w momencie inauguracji najnowocześniejszym stadionem na świecie, od początku pomyślanym o organizacji koncertów i innych wielkich imprez. Dla wielu De Meer pozostało ostatnim miejscem, gdzie liczyła się tylko piłka. Żadnych sklepów, ciągnących się przez setki metrów barów i miejsc parkingowych w podziemiach.

W miejscu po De Meer powstały domy. Koło mostu Cruyffa krzyżują się Anfieldroad i Wembleylaan. Na nowych budynkach umieszczono nazwy historycznych stadionów – Delle Alpi, Wembley, czy Prateru. Do futbolu nawiązują nawet osiedlowe ławeczki.

To drugi stadion, który „odwiedziłem”, choć nic po nim nie zostało. Ze zdjęciem lotniczym w ręku szukałem Les Corts w Barcelonie.

Oprócz Cruyffa i Johana Neeskensa (powyżej) swoje mosty nad kanałami mają w tej okolicy Sjaak Swart, Gerrie Mühren, Ruud Krol, Barry Hulshoff, Dick van Dijk, Arie Haan, Wim Suurbier, Piet Keizer, Horst Blankenburg, Velibor Vasović, Heinz Stuy i trener Rinus Michels. Holendrzy chcieli upamiętnić wyjątkowe pokolenie ludzi, dzięki którym w latach 70. o niewielkim kraju mówiono z podziwem na całym świecie. Wielu z byłych piłkarzy żyje, przez co nie mogą zostać patronami amsterdamskich ulic. Z mostami takiego problemu nie było.