Archiwa tagu: St Pauli

Pocztówka z Hamburga

Che Guevara spogląda z okna mieszkania w Hamburgu

W Hamburgu obejrzałem wielką stopę Uwe Seelera i mecz HSV. W międzyczasie wypatrywałem Che Guevary i tęczowej garderoby. Kilka kadrów z Hamburga.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sternschanze, w tle Heinrich-Hertz-Turm – wieża radiowo-telekomunikacyjna, najwyższa budowla w Hamburgu.

I znów wieża, ale z drugiej strony. Z widokiem na stadion St. Pauli.

O St. Pauli pisałem już na blogu. Polecam długi tekst.

Altona 96

Klub, który powstał w 1893 roku, zgodnie z najlepszymi niemieckimi standardami jest wielosekcyjny. Altona była jednym założycieli DFB, niemieckiej federacji. Dziś piłkarze grają w hamburskiej Oberlidze, na piątym poziomie rozgrywek.

Altona 96 długo nie była sporo mniejsza od HSV, ale przespała swoją szansę.

Kibice trzeciego klubu Hamburga mają podobne zapatrywania, jak fani St. Pauli. Altona utrzymuje kontakty z innym hipsterskim klubem, który odwiedziłem niedawno – londyńskim Dulwich Hamlet. Altona 93 przyciąga kibiców hasłem „uczciwego futbolu”.

Adolf-Jäger-Kampfbahn (patronem jest zmarły w czasie bombardowania Hamburga piłkarz).

Tęczowa czapka St. Pauli to na polskiej ulicy byłby hit.

Elbphilharmonie, najnowszy symbol Hamburga. Kosztowała 866 mln euro. Mieszkańcy Hamburga mówią, że było warto.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Piłka nie dla faszystów

Tytuł: Więcej niż piłka nożna? St. Pauli jest tą możliwością
Autor: Fabian Balicki
Wydawca: Poligraf, 2015

Świetny temat, autorem człowiek z dużą wiedzą. Czy taka książka może być nieudana? Tak, i to jest właśnie taki przypadek.

Ucieszyłem się, gdy usłyszałem, że mieszkający w Hamburgu Polak napisał książkę o St. Pauli. Klimat klubu z dzielnicy Hamburga urzekł mnie, gdy byłem tam rok temu. Fabian Balicki wydał ją samodzielnie w wydawnictwie Poligraf. Sam za nią zapłacił. Jak to działa?

Przykładowo, wydrukowanie 1000 egzemplarzy książki w formacie A5, która ma 200 stron, kosztuje autora 10 tys. zł. Drugi tysiąc egzemplarzy jest tańszy – 5,7 tys. zł, bo odpadają koszty składu, korekty, projektu okładki, czy matryc drukarskich. Jeśli cena okładkowa książki to 35 zł, z każdego sprzedanego egzemplarza to kieszeni autora trafia 13. Poligraf podaje, że taka książka będzie do kupienia nie tylko w niezależnych księgarniach, ale też w sieciówkach i Empikach.

„Więcej niż piłka nożna? St. Pauli jest tą możliwością” to osobista książka człowieka, który nie pasjonował się piłką, zanim nie zamieszkał w Hamburgu. St. Pauli go pochłonęło. Balicki pisze o tym, jak stopniowo poznawał klub i miasto. Opisuje stadion Millentor, którego przebudowę w dużej mierze sfinansowali kibice, zagląda w uliczki St. Pauli, opowiada o miejscowych zwyczajach. Mamy też opowieść o piłkarzu – policjancie, który był jedynym amatorem w Bundeslidze, i opis historii, gdy na stadionie St. Pauli trenowała niemiecka reprezentacja. W namalowanym na trybunie napisie „Piłka nie dla faszystów” zamalowano ostatnie słowo, co naraziło kadrę na śmieszność.

Autor dobrze oddaje unikalność klubu. Na odwrocie biletu na mecz znajduje się wyciąg z regulaminu – „zabronione jest wykrzykiwanie haseł, które zniesławiają inne osoby z powodu koloru skóry, religii, płci lub orientacji seksualnej”. Tak chcieli kibice. Książka to opowieść o miejscu, gdzie na swoich piłkarzy nigdy się nie gwiżdże, a przy wyborze sponsora na koszulce oferta finansowa schodzi na dalszy plan. Klub, w którym wyniki nie są najważniejsze, nierzadko sprzedaje bilety do ostatniego miejsca. Balicki pisze o okolicznych barach, jak i akcjach charytatywnych. St. Pauli stało się klubem kultowym, nieźle zarabia na merchandisingu. Radykalnym kibicom nawet taka komercjalizacja nie odpowiada. Chodzą na VI-ligową Altonę 93.

Pomimo plusów, ciężko tę książkę polecić. Styl jest fatalny. Mniej więcej tak niezgrabny, jak tytuł. Szyk wielu zdań sprawia, że książkę chce się ją odłożyć na półkę. Gdyby przed drukiem miał ją w rękach redaktor, wywróciłby ją do góry nogami. Większość zdań trzeba kompletnie przebudować. Wątki są rwane, rozdziały niespójne. Rozważania na takie tematy, jak sprzedaż browaru w Grudziądzu są niepotrzebne, podobnie jak wiele powtórzeń. Książka jest bardzo krótka, o wiele tematów tylko zahacza, niektóre związane z St. Pauli, które mnie ciekawią, zupełnie pomija. Szkoda, że nikt z osób zaangażowanych w powstawanie książki nie podpowiedział autorowi, że ingerencja kogoś z zewnątrz w treść książki jest niezbędna.

Tytuł: Biblioteka 90-lecia Polonii Bytom. Tom 1. Kazimierz Trampisz
Autor: Dariusz Leśnikowski
Wydawnictwo: ?, 2010

Kazimierz Trampisz zagrał w 10 meczach reprezentacji Polski. Nie jest to wynik imponujący (w książce jest mowa o 11). Ale tak naprawdę było ich ok. 50. „Taż kadra PZPN to my byli. I kadra Centralnej Rady Związków Zawodowych – to też my byli. Reprezentacja kolejarzy – też. Grało się jeszcze stolica na stolicę: Budapeszt na Warszawę albo Tirana na Warszawę – to naturalnie też my byli”. Dosłowne spisywanie słów Trampisza, w tym częste frazy typu „Kiedy my wygrali”, to jeden z najmocniejszych punktów książki.

I tom „Biblioteki 90-lecia Polonii Bytom” napisał Dariusz Leśnikowski, dziennikarz Sportu, autor wielu publikacji o futbolu na Górnym Śląsku. Styl jest trochę ciężki, bohater wspomnień przedstawiany jest jako „pan Kazio”, co w ogóle do mnie nie trafia. Już na wstępie autor pisze, żeby nie traktować książki jako encyklopedii, ale „raczej jako dobrą przygodę”. Leśnikowski przyznaje, że nierzadko do wspomnień „bohater dorzuca coś od siebie”. Pomimo dość zaskakującego zastrzeżenia co do faktów przedstawionych w książce, historie nie wyglądają na podkoloryzowane.

Książeczka o legendzie Polonii Bytom ma tylko 80 stron. Opowiada o meczach klubowych, reprezentacyjnych i trudnej rzeczywistości PRL-u. Zanim tak naprawdę dostał szansę gry w Polonii, przez półtora roku grał na lewych papierach w Hejnale Kęty. Przez lata ten okres nie był ujmowany w biogramie piłkarza.

Zmarły w 2014 roku Kazimierz Trampisz pochodził ze Stanisławowa. W 85-tysięcznym mieście działało 7 piłkarskich klubów. Choć Trampisz nigdy nie grał w Pogoni Lwów, a w samym mieście był tylko kilka razy, postrzegano go potem w Bytomiu jako kontynuatora lwowskich tradycji. Piłkarz ciekawie opisuje swoje dzieciństwo. Stanisławów zajęły wojska radzieckie, potem hitlerowskie, potem czerwona władza wróciła na dłużej. W 1945 16-letni Trampisz razem z rodziną ruszył pociągiem do Polski. Do transportu dotarła wieść, że zawodnicy lwowskiej Pogoni osiedli w Bytomiu. To zdecydowało. W sumie podróż wagonem towarowym ze Stanisławowa na Śląsk trwała półtora miesiąca. Na miejscu matka piłkarza ogłosiła, że nie zamierza się rozpakowywać. W Radiu Londyn mówiono, że za chwilę będzie można wrócić do domów zostawionych za Bugiem.

Najbardziej rozpolitykowany klub świata

Walczą o prawa uchodźców z Afryki, popierają azyl dla Edwarda Snowdena, na ich stadionie powiewa tęczowa flaga – to St. Pauli z Hamburga, najbardziej lewicowy klub w Europie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W drużynie z Hamburga nie grają gwiazdy i nikt z kibiców za nimi nie tęskni. Od komercji chcą być jak najdalej. – Jesteśmy wyspą w świecie, który zainteresowany jest tylko tym, jak finansowo wykorzystać wszystko i wszystkich – mówią kibice FC St. Pauli.

Jest sobota, kilka godzin przed meczem w 2. Bundeslidze z VfL Bochum. Nad trybuną główną Millerntor-Stadion w Hamburgu powiewają trzy flagi – dwie klubowe, brązowe, z herbem klubu, oraz tęczowa. Idę kilkadziesiąt metrów dalej, do Fanladen, pomieszczeń na stadionie, które należą do kibiców. Tuż za progiem drzwi na parterze trybuny Gegengerade wisi zielony plakat „Lampedusa w Hamburgu. Walczymy o nasze prawa”. Demonstracja ma się odbyć 1 marca. – To wielki temat w Hamburgu. Wszystko, co mają niektórzy z tych ludzi, to ubranie na sobie i szczoteczka do zębów. Śpią na podłodze w kościele. Tak nie może być. Trzeba im pomóc i każdy, kto kibicuje St. Pauli, powie ci to samo – tłumaczy mi Thomas, popijając wszechobecne w okolicy piwo Astra.

300 imigrantów z włoskiej wyspy Lampedusa przebywa w Hamburgu od blisko roku. Większość z nich to ofiary wojny domowej w Libii. Niektórym Włosi odmówili azylu. Inni dostali do ręki 500 euro z sugestią, by poszukali szczęścia w innym europejskim kraju.

Przesilenie nastąpiło w październiku. Koło Lampedusy zatonął statek z imigrantami. Uratowano 155 osób, zginęło 360. W Hamburgu ruszyła fala protestów. Co kilka dni mieszkańcy miasta wyrażali solidarność z imigrantami bez prawa pobytu w Niemczech. W demonstracji po październikowym meczu St. Pauli z SV Sandhausen wzięło udział 8 tys. osób. Na transparentach hasło „Żaden człowiek nie jest nielegalny”. Oświadczenie wydał też klub. „Apelujemy o znalezienie rozwiązania, które będzie sprawiedliwe dla ludzi, którzy uciekli przed wojną i osiedli w Hamburgu. FC St. Pauli dalej będzie niósł im humanitarną pomoc”.

Disneyland nie przejdzie

Jeszcze na początku lat 80. St. Pauli było zwykłym trzecioligowym klubem. Na mecze chodziło średnio 2 tys. osób. W tym samym czasie zaczęła zmieniać się cała dzielnica – znana teraz z prostytutek, domów publicznych i sex-shopów. Coraz bardziej widoczni byli squattersi, którzy zajmowali pustostany, a także anarchiści, punki i alternatywni artyści. Wielkie triumfy w europejskiej piłce święcił wtedy Hamburger SV. Drużyna Ernsta Happela wygrywała nie tylko Bundesligę, ale też Puchar UEFA i Puchar Europy. Część kibiców najlepszej niemieckiej drużyny sympatyzowała ze skrajną prawicą.

Sześćdziesięcioletniego na oko Maxa spotykam w słynnym barze Jolly Roger, niedaleko Millerntor-Stadion. Stoi przy wejściu, obok wlepki z Edwardem Snowdenem. Amerykanin wystylizowany jest na Baracka Obamę z plakatu „Change”. Podpis jest krótki: „Azyl dla Snowdena!”. Max piłką zaczął się interesować dopiero jako dorosły mężczyzna. – Wcześniej odrzucało mnie to, co pojawiało się na trybunach niemieckich stadionów. Nie każdy chce być kojarzony z ludźmi, którzy są rasistami – opowiada, zerkając na lecący w telewizji mecz Bayer – Schalke. – Widziałeś nasz stadion? Nie ma tylu reklam, co w innych miejscach. Zagwarantowaliśmy sobie, że stadion nie zmieni nazwy. Wszystko pomyślane jest tutaj o ludziach, nie o pieniądzach – tłumaczy. W tym sezonie średnia frekwencja na meczach 2. Bundesligi na Millerntor to 97 proc.

W Jolly Roger panuje punkowy klimat. Nad barem wisi szalik „Working class”. Na ścianach są symbole Standardu Liege, Bohemians 1905, Partyzanta Mińsk i Livorno. Wszystkie kojarzone są z lewicą. – Mamy przyjaciół w całej Europie. Wszyscy mówią o ruchu Against Modern Football. U nas to się udało. Kibice nie są maszynkami do zarabiania pieniędzy – słyszę od kobiety w średnim wieku.

Kibice mieli główny głos przy przebudowie stadionu, doprowadzili do wycofania z obiektu reklam magazynu Maxim. Uznali, że reklama czasopisma sprzedającego się dzięki zdjęciom nagich kobiet u nich nie przejdzie. Trzy lata temu nie podobał im się pomysł zwiększenia ilości reklam wokół stadionu. – Jesteśmy wyspą w świecie, który zainteresowany jest tylko tym, jak finansowo wykorzystać wszystko i wszystkich – pisali. Prezydent klubu zapewnił kibiców, że Millerntor nigdy nie zmieni się w Disneyland.

Najwięcej kobiet wśród kibiców

Fanladen przypomina klub dyskusyjny – kanapy, stół do gry w piłkarzyki. Nad kuchnią wisi szalik Polonii Warszawa z hasłem o faszystowskim sku***. Kupić można m.in. używane książki, wydawane przez kibiców ziny oraz naklejki. W rogu sali jest samoobsługa – pieniądze za wystawione wlepki wrzuca się do puszki. Pod drugą ścianą, przy stoliku z całym arsenałem naklejek, siedzi Deborah. – Najpopularniejszy towar? Od lat to ta sama wlepka – opowiada. Naklejka nie jest wyrafinowana. Widać na niej trzech chłopców. Uśmiechnięty jest tylko ten z herbem St. Pauli. Płaczą mniejsi od niego kibice HSV i Hansy Rostock. Część kibiców obu klubów utożsamia się ze skrajną prawicą. Ich starcia z lewicowymi fanami St. Pauli nieraz kończyły się burdami.

W dni meczowe Fanladen przeżywa oblężenie. W tygodniu przychodzi tu codziennie kilkadziesiąt osób. – Możesz znaleźć kogoś, kto nauczy cię hiszpańskiego, albo zapisać się na warsztaty. Mamy też koncerty – opowiada Birgit, wolontariuszka. – To działalność społeczna, więc wspomaga nas klub oraz samorząd, ale jesteśmy niezależni – dodaje. Kobiety odgrywają w życiu klubu ważną rolę. Thomasa, z którym rozmawiałem o imigrantach, do kibicowania wciągnęła starsza siostra, Katherine. Klub chwali się najwyższym odsetkiem żeńskich kibiców w Niemczech. – Dziewczyny czują się u nas bezpiecznie, nie spotkają się na trybunach z seksizmem czy homofobią – tłumaczy Thomas. Do niedawna prezydentem klubu był zadeklarowany gej. Corny Littmann, właściciel położonego nieopodal teatru, kierował klubem w latach 2002-10.

Kibice powtarzają, że nie jest możliwe, żeby być kibicem St. Pauli i nie popierać wartości, z których wyrasta klub. – To nie są jakieś odległe hasła. Historie związane z polityką dzieją się tutaj co tydzień. Jeśli ktoś ma zdecydowanie inne poglądy, to będzie się tutaj źle czuł – mówią.

Tosty z trupią czaszką

W klubowym sklepie wybór równie duży jak na stadionach dużo większych klubów. Od stóp do głów można ubrać siebie, dziecko i psa. Jest też pełna rozmiarówka kaloszy z symbolem piratów – trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami. Kupić można też klubowy toster. Wyskakują z niego grzanki z wypieczoną trupią czaszką.

Danny Paulsen dopytuje ekspedientkę, co oznacza przekreślony krzyż celtycki. Kiedy słyszy odpowiedź, jest zaintrygowany, ale nie zaskoczony. Na mecz przyjechał z Danii wraz ojcem, braćmi i szwagrem. – Jeździmy na Bundesligę i Premier League. W St. Pauli klimat jest absolutnie wyjątkowy. Otoczka robi wrażenie – opowiada.

Cała ściana w sklepie na stadionie jest oblepiona wlepkami. W oczy rzuca się często pojawiający się wizerunek Che Guevary. Przez kilka minut można czytać hasła o niepodległości Katalonii, Kraju Basków czy walce z neonazistami. Tak samo wygląda położony kilkaset metrów dalej sklep na Reeperbahn, centralnej ulicy hamburskiej dzielnicy czerwonych latarni. Wokół głównie sex-shopy, bary i dyskoteki.

AC/DC na początek, potem Blur

Godzinę przed meczem wszystkie miejsca stojące są już zajęte. Kiedy przy dźwiękach „Hells Bells” AC/DC piłkarze St. Pauli i Vfl Bochum wkraczają na murawę, duża część publiczności wita ich jak bohaterów. W ciągu ostatnich dwóch lat oglądałem mecze w kilkunastu europejskich krajach. Równie wielki entuzjazm podczas wyjścia z tunelu dostrzegłem tylko na El Clasico i w meczu Crveny Zvezdy. Kibice z Belgradu radość wyrazili ogłuszającą kanonadą petard. Fani z Hamburga zareagowali spokojniej – skończyło się na śpiewach i okrzykach. Na trybunach pojawiły się flagi Tybetu i Izraela. Dalecy od kibicowskiego konserwatyzmu byli też fani z Bochum – przywieźli ze sobą flagę w barwach Jamajki z liściem marihuany.

Na boisku gospodarze przegrywali już od 13. minuty. Zajmujący przed meczem 6. miejsce w tabeli piłkarze St. Pauli atakowali do końca meczu. Stosowali proste środki, nie bawiąc się zbytnio w futbolową wirtuozerię. W poprzeczkę huknął w doliczonym czasie gry Marc Rzatkowski. Sekundę później sędzia zakończył mecz. Bramki dla gospodarzy zabrakło, więc z głośników nie popłynęło tradycyjne „Song 2” Blur.

Na ile ważny był wynik meczu dla kibiców z pirackimi flagami? – Dla mnie piłka to 70 procent całości. Pamiętam, jak byliśmy w trzeciej lidze. To nic przyjemnego, więc o sporcie nie można zapominać – mówi Thomas. – Dla mnie piłka to maksymalnie połowa. Więcej dobrego może dać promocja naszych ideałów niż promocja naszych piłkarzy. Ale gdy jesteśmy w Bundeslidze, jest o nas głośniej – wyjaśnia Thies. Jedno z haseł kibiców St. Pauli głosi: „Nigdy więcej wojny, nigdy więcej faszyzmu, nigdy więcej trzeciej ligi”. Kolejność najwyraźniej nie jest bez znaczenia.

St. Pauli – Bochum.

Najwyraźniej ktoś walczy o wolność Katalonii w sklepie klubowym St. Pauli.

Imtech Arena.

W drodze na lotnisko zajrzałem jeszcze na stadion trzecioligowej drużyny z Lubeki.