Miesięczne archiwum: Maj 2014

Piłka, wysiedlenie, piłka, więzienie i znów piłka

Wisła Fordon

Wisła Fordon w 1973 roku. Trzeci z lewej Czesław Rzadkosz.

Życiorys Czesława Rzadkosza jest niesamowity [cała rozmowa TUTAJ]. W 1949 roku, w wieku 18 lat, został skazany za uczestnictwo w nielegalnej organizacji. Działalność sprowadzała się do drukowania i kolportażu ulotek, ale wyroki dla nastolatków były drakońskie – od 6 do 10 lat więzienia. Techniki nocnych przesłuchań UB-eków były tak skuteczne, że przyznawali się nawet ci, którzy do organizacji nie należeli. Przez półtora roku Rzadkosz przymusowo pracował w kamieniołomach. Piorunujące wrażenie robią jego opowieści, jak po 60 latach dotarł do dzieci jednego z żołnierzy wyklętych. Wypełnił wolę skazanego na śmierć i opowiedział dzieciom o ich ojcu.

Rzadkosz odsiedział cztery lata. Po dwóch miesiącach na wolności dostał powołanie do wojska, ale jako element politycznie wrogi nie pojechał na poligon, ale do kopalni. Przymusowo pracował w batalionach górniczych. Ten okres w jego życiu skończył się w 1956 roku.

Czesław Rzadkosz ma 83 lata. Całe swoje życie, związał z Fordonem, nadwiślańskim miasteczkiem, które w 1973 roku stało się częścią Bydgoszczy. Fordon dziś kojarzy się z blokowiskiem, sypialnią, a nie malutkim miasteczkiem, jakim był przed laty. W latach 60. mieszkało w nim kilka tysięcy osób. Wtedy Rzadkosz żył jeszcze z piętnem przestępcy, ale szybko wrócił do ukochanej piłki. Stanął na czele Wisły Fordon, klubu założonego w 1923 roku. Wcześniej sam grał w nim w piłkę. Jako prezes wybudował stadion oraz klubowy budynek. Charakterystyczny betonowy płot stoi do dziś. Każda płyta przeszła przez jego ręce trzy razy – przy załadunku na stacji kolejowej Bydgoszcz – Wschód, przy wyładunku w Fordonie i już na samej budowie.

Szukając materiałów w Archiwum Państwowym znalazłem wycinek z 1973 roku. „Gazeta Pomorska” o stadionie w Fordonie pisała jako jednym z najlepszych w województwie bydgoskim. Drużyna amatorów w 1973 roku awansowała do ligi okręgowej, na trzeci poziom rozgrywek. To był szczyt marzeń mieszkańców miasteczka. – W niedziele o 15.00, po mszy i po obiedzie, na spotkania chodziło wielu fordoniaków. Pamiętam jeszcze, jak nie było żadnych trybun. Mnie i inne dziewczyny na mecze zabierał ojciec. Nie interesowałyśmy się piłką, ale szłyśmy na stadion i rozkładałyśmy koce na trawie. Rozstawiały się kioski z lizakami i lemoniadą – wspomina Danuta Rzadkosz, żona Czesława.

Klub zaczął się sypać, gdy odszedł z niego Rzadkosz. Zrobił awanturę, gdy pierś po ordery wypinali ci, którzy nie pojawili się na boisku. Nie wszystkim odpowiadało też, że „w socjalistycznej ojczyźnie dziećmi zajmuje się kryminalista”. Od momentu jego odejścia klub zaczął się sypać. Dziś nawet trudno dotrzeć do informacji, kiedy został rozwiązany. Być może w latach 80.

Znaleźli się jednak ludzie, którzy jak mówią, chcą wziąć udział w sztafecie pokoleń [o reaktywacji klubu czytaj TUTAJ]. Wisła Fordon znów zagra. Młodzi ludzie założyli stowarzyszenie, zgłosili drużynę i od nowego sezonu wystąpią w bydgoskiej B-klasie. – Oprócz meczów chcemy, żeby coś się działo, bo Fordon jest sypialnią. Myślimy o kilkugodzinnym festynie z meczem w tle – mówił mi Bartosz Traczykowski.

Problem jest ze stadionem. Tym, który fordoniacy wybudowali przy ul. Sielskiej (przed przyłączeniem do Bydgoszczy była to ul. Wiejska) zarządza CWZS Zawisza. Lista drużyn, które korzystają z obiektu jest długa. W Zawiszy tłumaczą, że wszyscy się nie zmieszczą i Wiśle trzeba będzie odmówić. Zapaleńcy z Wisły odpowiadają, że stadion wybudowali fordoniacy i to właśnie dla ich klubu.

To, że Wisła wystartuje w nowym sezonie jest już pewne. Mecze będzie pewnie rozgrywać na innym stadionie w Fordonie. Stawką pierwszego spotkania „nowej” Wisły ma być puchar. Najstarszy i zarazem najmłodszy klub w Fordonie, zagra o Puchar im. Czesława Rzadkosza.

Wisła Fordon

Na największym stadionie świata

220 tysięcy – tyle osób powinno się zmieścić na praskim Strahovie. Nikt tego już jednak nie sprawdzi, bo stadion sypie się w oczach. Trybuny są wyłączone z użytku.

Na powyższym zdjęciu widać, że w miejscu, gdzie kiedyś urządzano pokazy gimnastyczne, zmieściło się 8 boisk i klubowy budynek Sparty Praga.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W 2008 roku Praga rywalizowała o organizację Igrzysk Olimpijskich w 2016 roku. Zgodnie z ówczesną koncepcją, w miejscu Strahova miała powstać wioska olimpijska.

Z lewej Strahov. A po drugiej stronie ul. Zatopka stadion Evžena Rošickiego (lekkoatleta zamordowany przez hitlerowców), obiekt na 20 tys. miejsc, na którym rozgrywano m.in. lekkoatletyczne mistrzostwa Europy (1978).

Mecz u bram fiordów

Większość turystów przyjeżdża do Bergen, by zobaczyć okoliczne fiordy. Są jednak tacy, którzy do Norwegii jadą na mecz Tippeligaen, czyli tamtejszej piłkarskiej ekstraklasy.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

– Bergen jest gotowe na imprezę – ogłosili kibice gospodarzy przed pierwszym gwizdkiem meczu Brann – FK Bodø/Glimt. Tuż przed rozpoczęciem spotkania odpalono kilkanaście rac. Podobnie zakaz pirotechniki w czasie meczu omijają Czesi, którzy race odpalają tuż po ostatnim gwizdku.

Pierwszy raz na meczu w Norwegii byłem w zeszłym roku, gdy Barcelona towarzysko grała z Valerengą. Wtedy wiele biletów zostało w kasach. W Bergen na frekwencję nie mogą narzekać. W 2007 roku, kiedy Brann zdobyło trzecie w historii i pierwsze od 44 lat mistrzostwo, prawie wszystkie mecze u siebie oglądał komplet kibiców. Wypełnienie 17-tysięcznego stadionu wyniosło 98%. W piątek wolne miejsca były tylko na sektorze gości. Bilety od 70 do blisko 200 zł, to jak na ceny w sklepach suma niewielka (butelka najtańszej wody 10 zł, najpopularniejszy tabloid 10 zł, butelka Carlsberga 15 zł).

Brann nie ma na koncie wielu sukcesów, ale jako najważniejsza drużyna drugiego po Oslo miasta w Norwegii, cieszy się dużą popularnością. Kiedy klub powstawał, SK Brann było skrótem od Ski and Football Club Brann. Kolejność, czyli narciarstwo przed futbolem, zapewne nie wynikała z przypadku. Teraz SK to Sportsklubben.

Gwiazdą zespołu jest bramkarz Piotr Leciejewski. W Polsce był piłkarzem m.in. w Górnika Zabrze, Korony Kielce i ŁKS-u. Furory nie zrobił i w 2008 roku wyjechał do Norwegii. Przez pierwsze trzy lata grał w drugoligowym Sogndal IL. Od czterech sezonów jest podstawowym bramkarzem Brann. W mediach pojawił się nawet temat powołania Leciejewskiego do norweskiej reprezentacji. W 2012 i 2013 roku bramkarz był wybierany najlepszym zawodnikiem zespołu. W piątek Leciejewski opuścił pierwszy mecz w sezonie. – Z powodów osobistych jest w Polsce – piszą norweskie media. W bramce gospodarzy zadebiutował 18-latek.
Mecz stał na wyższym poziomie niż średnia polskiej ekstraklasy – dużo składnych akcji, świetne centry w pełnym biegu. Gospodarze byli faworytami i w pierwszej połowie to głównie oni atakowali. Dwa gole strzeliło jednak Bodø/Glimt. Brann zdołało odpowiedzieć jedną bramką w samej końcówce.

Bergen.

Taki widok mają w Bergen najbardziej zagorzali kibice. Brann Stadion to najpiękniej położony stadion, na którym byłem.

Awantura o kangura

Niemal identyczne nazwy, herby i barwy. Oba kluby ze stolicy Czech twierdzą, że to oni są prawdziwymi „Klokani”, czyli Kangurami. Wątpliwości jednak być nie powinno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sobota, godzina 10.15. Jestem na stadionie na praskim Strižkovie, zaczyna się mecz Bohemians. Zacina deszcz, kibiców jeszcze mniej niż zwykle. Na pomalowanych na zielono trybunach zasiada sto osób. Teoretycznie wszystko się zgadza. Wszędzie widzę barwy Bohemians, wraz z piłkarzami na prezentację wychodzi maskotka klubu – człowiek przebrany za kangura. Zamiast dopingu czterech trębaczy gra stadionowe melodie. Spoglądam jeszcze na plakat zapowiadający mecz. Fotbalová národni liga, grają Bohemians Praga i FK Pardubice.

Dzień później jestem w Dolicku, stadionie w praskich Vršovicach – i tu znowu gra Bohemians, ale z dodatkiem 1905. Na mecz Bohemians Praga 1905 w ekstraklasie przyszło ponad 4 tysiące kibiców. Wszędzie zielono-biało-zielone barwy. Tutaj też zawodników na murawę wyprowadza maskotka w postaci kangura. – A co z Bohemians ze Strižkova? – pytam.

– Przebierańcy – tłumaczy mi Coen, kibic z Holandii. Do Czech przyjechał za dziewczyną. Związek się rozpadł, ale on został w Pradze. – Strižkov to żaden Bohemians i oni sami o tym wiedzą. Nawet ci trębacze, których widziałeś, chodzą tam tylko dlatego, że im za to płacą – dodaje. Całą historię chce mi opowiedzieć Andriej, ale zastrzega: – To zajmie tydzień, ale zapraszam na 7 dni do mnie. Akurat będę miał 50. urodziny, zapraszam – mówi. – Tak naprawdę cały ten bajzel jest przez politykę – dodaje.

Kangur stoi w muzeum

Poszło m.in. o zielonego kangura. Kto nie chciałby tak wyjątkowego herbu? W 1927 roku Australijczycy szukali w Czechach drużyny, która zgodziłaby się zagrać serię meczów na Antypodach. Najlepsze zespoły odmówiły, a na drugą półkulę pojechał AFK Vršovice. Przez 23 dni piłkarze trenowali na statku, a gdy dobili do Australii, grali jeden mecz za drugim. Czesi w ciągu dwóch miesięcy zagrali 20 spotkań w 11 miastach. Wygrali 15 razy, przegrali tylko dwukrotnie.

W nagrodę za świetne występy goście z Czech wrócili do Europy z dwoma kangurami. Jeden z nich stoi jako eksponat w klubowym muzeum. Dlatego drużyna, która w Australii była traktowana jak reprezentacja kraju, po powrocie z tournee zmieniła nazwę na Bohemians. Zielony kangur stał się herbem klubu.

Bohemians nigdy nie odnosili takich sukcesów jak dwaj wielcy rywale ze stolicy – Slavia i Sparta. Byli trzecią, a długo nawet czwartą, drużyną w mieście. Mistrzostwo Czechosłowacji zdobyli raz, w 1983 roku. Dwa lata po odejściu swojej największej legendy, Antonina Panenki.

W 2005 roku Bohemians zbankrutowali. Prawa do nazwy wynajął dzielnicowy klub FC Strižkov. Kibice Bohemians szybko się zorganizowali, ale na odzyskanie nazwy było już za późno. Zaczęły się zbiórki pieniędzy, koncerty, pomogli nawet kibice innych klubów. Akcja przebiegła sprawnie, w odbudowę włączyli się nawet czescy celebryci. Nowa drużyna, pod nazwą Bohemians 1905, zaczęła rozgrywki od 3. ligi. Kibice chwalili się, że na boisku występowali „sercarze”, czyli zawodnicy, którzy oddają serce za klub. Opowiadają, że niektórzy piłkarze tamtej drużyny kibicami Bohemki są od trzech pokoleń.

Piłkarski czechofil

O historii klubu opowiada mi w knajpie na Žižkovie Krzysztof Gawron. W Polsce ukończył filologię czeską i dziennikarstwo. W kraju Hrabala jest od prawie 8 lat. Na Twitterze prowadzi profil @CzeskiFutbol. Chciał nawet przetłumaczyć biografię Pavla Horvatha. – To książka w stylu wydanego w Polsce „Szamo”, ciekawe historie. Piłkarz ze sporą nadwagą, a z 60 metrów dogrywa piłki precyzyjnie co do centymetra – opowiada. W wydawnictwie ocenili, że to się w Polsce nie sprzeda i pewnie mieli rację. Na Twitterze odnotowuje każdy wynik, transfer czy przedłużenie kontraktu. – Staram się być na każdym ważnym meczu. Ludzie wiedzą, że jest taki jeden gość z Polski. Ale z akredytacji nie korzystam, to by było „przejście na drugą stronę”. Jestem kibicem, a nie dziennikarzem, więc zawsze kupuję bilet.

Gawron pochodzi z Kłodzka. Czeską telewizję ogląda odkąd pamięta. W latach 90. hitem były poniedziałkowe mecze czeskiej ligi. W tamtym czasie tego dnia grali jeszcze tylko Anglicy. – Kiedy tu przyjechałem, panowała euforia związana z odradzaniem się Bohemki. A ja wiedziałem, że bez piłki długo nie wytrzymam – opowiada.

Na drewnianej trybunie stadionu w Dolicku, gdzie gra Bohemians 1905, zasiadł we wrześniu 2006 roku. – Tak słabej piłki dawno nie widziałem. Ale był klimat starego klubu i zawodnicy, którzy na przerwę schodzili cali ubłoceni, walczyli o każdą piłkę. W dachu była jedna dziura, woda leciała prosto na moją głowę. Wtedy stwierdziłem, że to znak, że to moje miejsce – opowiada. W kolejnym sezonie zaliczył wszystkie 30 meczów. Widział każde spotkanie u siebie i na wyjeździe. Stara się jednak być obiektywny. – Odrodzenie Bohemki to piękna historia, ale ma jedną rysę. Jeden z awansów załatwiono dzięki przejęciu licencji od innego klubu. To był błąd – tłumaczy.

W sezonie 2009/10 oba kluby z „Bohemians” w nazwie spotkały się w II lidze. „FK” odmówiło gry z „1905”. Skończyło się na 20 punktach kary i w konsekwencji spadku do trzeciej ligi drużyny ze Strižkova. Kolejne sądy uznawały, że prawa do nazwy Bohemians ma klub reaktywowany przez kibiców. Wyroki nie są jednak egzekwowane. Sprawę rozstrzygnie ostatecznie czeski Sąd Najwyższy.

Bohemians numer 3

Właściciele klubu ze Strižkova szukali nowych rozwiązań. Założyli nawet trzeci klub o nazwie Bohemians, wystartował w 7. lidze. Z tego pomysłu szybko jednak sami zrezygnowali. Do podobnej sytuacji, walki o nazwę, doszło w stołecznej Dukli. Nieradzący sobie w nowej rzeczywistości klub połączył się w latach 90. z FC Pribram. Powstał 1. FK Pribram, który rozgrywał mecze w mieście położonym 60 km od Pragi. Utrzymywał jednak, że jest następcą Dukli. – Josef Masopust nigdy nie miał na sobie koszulki Pribramu, a oni twierdzili, że zagrał dla nich 350 meczów – tłumaczy Krzysztof Gawron. Dukla w końcu wróciła na piłkarską mapę, a Masopust ma swój pomnik obok stadionu w Pradze.

W 2007 roku „1905” awansowali do czeskiej ekstraklasy. Po spadku w 2012 roku po roku znów do niej wrócili. – Przez te 7 lat dobrej piłki w wykonaniu Bohemians widziałem łącznie 90, no może 120 minut. Dla wielu kibiców mecze to bardziej wydarzenie towarzyskie, okazja do wypicia piwa ze znajomymi. Jeśli ktoś chce zobaczyć dobry futbol, to zostaje w domu i w telewizji ogląda mecze z ligi angielskiej lub niemieckiej – mówi Gawron.

9 meczów w 3 dni

Praga to jedno z ulubionych miast europejskich groundhopperów, czyli stadionowych turystów. Mnóstwo drużyn, stare stadiony i tanie piwo. Na niektóre mecze przygotowuje się więcej kiełbas niż przychodzi kibiców. Wszystkie zostają sprzedane. W niedzielę o 10.15 punkt obowiązkowy to mecz Viktorii Žižkov na charakterystycznym, wciśniętym między budynki stadionie. – Godzina meczów Viktorii jest stała. Zmienia się tylko na ewentualny wniosek telewizji. Niektórzy kibice wytaczają się prosto z knajpy – opowiada Krzysztof Gawron. Godziny spotkań w kolejnych klubach są tak ułożone, że w weekend można bez problemu zobaczyć 9 meczów. Gawron ostatnio się ogranicza, ogląda po 4.

W Czechach piłka konkuruje z hokejem. Sportowym wydarzeniem ostatniego weekendu była tysięczna asysta w karierze 42-letniego Jaromira Jagra. W piątek kibice Slavii Praga musieli wybierać – mecz piłkarzy czy hokeistów. Ci drudzy zebrali publiczność większą o ponad 1000 osób. – Jest jeszcze floorball, czyli unihokej. Finałowe mecze ogląda 8 tys. osób – opowiada Gawron. Wszystkie dyscypliny mają jedną wspólną cechę. – Może to być mecz lacrosse czy całkiem popularnej piłki rowerowej. Pewne jest, że kibic będzie mógł się napić piwa i zjeść kiełbasę – mówi.

W drugiej połowie meczu Bohemians ze Slovanem gospodarze wywieszają sektorówkę „Verni ale nasrani” (Wierni, ale wkurzeni). Tego dnia „Kangury” grają jednak naprawdę dobrze. Nie ustępują czwartej w tabeli drużynie z Liberca i wygrywają czwarty mecz w tym sezonie. Po końcowym gwizdku wielka feta. Bohemka awansuje z ostatniego na przedostatnie miejsce w tabeli.

Kibice powoli zbierają się do wyjścia. Większość musi jeszcze oddać plastikowy kufel. Zerka z niego Panenka, kiedyś gwiazda, teraz prezes klubu. Za kufel można odebrać w barze 30 koron. Można go też wrzucić do specjalnego pojemnika. Wtedy kaucja trafia na konto klubu. Do pojemnika wpada jeden kufel za drugim.

Ibrox, styl brytyjski w najlepszym wydaniu

Do Szkocji wybrałem się głównie z myślą o meczu Celtiku Glasgow, ale przy okazji udało się obejrzeć kilka stadionów. Byłem na dwóch tourach – na Ibrox Park oraz Hampden. Pierwszy z nich był o niebo lepszy. Oprócz mnie stadion zwiedzali Islandczycy i Holendrzy. Miejscowy był tylko ponad 60-letni przewodnik. – Byłem z Rangersami w Katowicach. Całkiem ładnie – mówił, a ja nie oponowałem. Z Islandczykami i Holendrami rozmawiał o zawodnikach z ich kraju, którzy grali na Ibrox. Ze mną z oczywistych względów musiał poszukać innego tematu do rozmowy.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sam stadion uważam za jeden z najładniejszych w Wielkiej Brytanii. Wrażenie robi przede wszystkim trybuna główna. Bill Struth Main Stand zachowała oryginalny kształt, kiedy stadiony budowano na wzór XIX-wiecznych budynków przemysłowych.

W środku, w pokoju dyrektorów, uwagę przykuwają portrety trenerów.

Uwieczniono nawet Francuza Paula Le Guena. Na stanowisku wytrwał 240 dni. Szkoci twierdzą, że faktycznie krótko, ale skoro był trenerem, to na obraz zasłużył.

Na ścianie bez problemu zmieszczono wszystkich managerów, bo od 1899 roku do 1967 klub prowadziły tylko trzy osoby. Spośród ostatnich 10 managerów, połowa wytrwała na stanowisku przez co najmniej trzy lata.

Na cokole John Greig – piłkarz (16 lat w Rangers), trener i dyrektor. W głosowaniu „The Greatest Ever Ranger” w 1999 zajął 1. miejsce.

Rangersi przedstawiają historię klubu jako serię triumfów przerywaną wielkimi tragediami. W 1902 roku, po ulewie, zawaliła się jedna z drewnianych trybun. Zmarło 25 osób, pół tysiąca zostało rannych.
Do największej katastrofy w historii Ibrox doszło w 1971 roku, podczas meczu Rangersów z Celtikiem. Poślizgnięcie się jednej osoby na schodach prowadzących w kierunku wyjścia z obiektu, spowodowało reakcję łańcuchową. Zginęło 66 osób, 200 zostało rannych. To druga największa tragedia na brytyjskich stadionach, po Hillsborough.

Boazeria w szatni jest z lat 20., zamówiona w stoczni. Duży hak nad koszulkami pomyślany, by powiesić na nim obowiązkowy w tamtych latach kapelusz.

Portret Elżbiety II w szatni Rangersów zawiesił Graeme Souness (znany obecnie z występów w telewizji Sky), gdy w 1986 roku został managerem zespołu.

Dwie ciekawe historie związane z jednym zdjęciem z pomieszczenia z pucharami. Z portetu zerka Bill Struth, manager Rangersów w latach 1920-1954. Jego bilans to 18 mistrzostw kraju, 10 pucharów i 2 puchary ligi. Dodając mniejsze puchary (Glasgow Cups i Glasgow Merchant Charity Cup i rozgrywki z czasów wojny) Struth ma na koncie łącznie 73 trofea.Rower to prezent od prezesów AS Saint-Étienne z lat 50. Na takim samym jeździł ponoć zwycięzca Tour de France. Francuzi rozdali klubom piłkarskim 8 takich rowerów, 7 się rozpłynęło. Kiedy do w 1995 do Glasgow trafił Paul Gascoigne, wysłano go do ‚Trophy room’. Do gustu przypadł mu właśnie rower, który zniósł po schodach i pojechał nim na położone tuż obok boisko treningowe. Skończyło się na burze od trenera Waltera Smitha.

Z widokiem na hałdy i kominy

Stadion Uranii Ruda Śląska polecało mi kilka osób. I faktycznie, warto. Piękny widok, w tle hałdy, kominy i padok z kilkoma końmi. Na trybunach śląska godka. Była też kiełbasa i dużo słonecznika.

Żeby podziwiać takie widoki, trzeba dotrzeć do Sanktuarium Matki Bożej z Lourdes w Rudzie Śląskiej-Kochłowicach. Stamtąd kilkuminutowy spacer ulicą, której patronem jest były proboszcz, Ludwik Tunkel.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Na stadion innego klubu z Rudy Śląskiej, Grunwaldu, jest stąd 7 km. Ruda Śląska powstała dopiero z 1959 roku z połączenia dwóch miast – Rudy i Nowego Bytomia. Urania przez większość swojego istnienia była klubem z Kochłowic, Grunwald miał w nazwie Halembę i Kłodnicę.

Oba kluby powstały w tym samym czasie (1920-21) i z tych samych powodów. Z inicjatywy Polskiego Komisariatu Plebiscytowego w Bytomiu masowo tworzono polskie kluby sportowe, które miały być przeciwwagą dla istniejących już zespołów niemieckich.

Stadion godny polecenia wszystkich groundhopperom, którzy zawitają na Górny Śląsk.
GKS Urania Ruda Ślaska 1:3 Zuch Orzepowice, klasa okręgowa. A dzień wcześniej byłem na meczu Ruchu Chorzów.

Na Narodowy przez Jarocin i Niecieczę

Finał Pucharu Polski Zawisza Zagłębie

Trzy lata temu za bydgoskim Zawiszą jechałem do Jarocina. – Cwaniaki. Przyjechali z miasta i myśleli, że się położymy plackiem – komentowali kibice Jaroty nieudolne momentami ataki bydgoszczan. Tydzień później Zawisza awansował do I ligi po meczu z Czarnymi Żagań. Choć sezon życia rozgrywał Cezary Stefańczyk, to najlepszym zawodnikiem tamtych kolejek był wyciągnięty z ligi szóstek Benjamin Imeh, potem zawodnik Czarnych, UKP Zielona Góra i ŁKS Łęknica.

Rok później Zawisza walczył o awans do ekstraklasy do ostatniej kolejki. Podobnie jak inne redakcje, byliśmy w Poznaniu, Płocku, Gliwicach (0:3 w ostatnim, decydującym meczu). Ostatni czerwiec to Nieciecza i Bytom, gdzie szalał cały oblany szampanem Radosław Osuch. Widziałem kibiców, którzy płakali ze szczęścia. Teraz Zawisza wystąpił na Stadionie Narodowym, a Łukasz Skrzyński wzniósł pierwsze ważne trofeum w historii klubu.

Drogi, którą przebył Zawisza, osobom z Bydgoszczy przypominać nie trzeba. Jeszcze w 2008 Zawisza kończył sezon w Leśnicy. Tam odbył się baraż o awans do grupy zachodniej II ligi. Tempo, w jakim Zawisza trafił na salony to może nie przypadek Nottinghamu Forest Briana Clougha (w 4,5 roku z drugiej połowy tabeli II ligi do Pucharu Europy), ale jak na polskie warunki, z pewnością jest to ekspres. Od Zdzieszowic i Turku w 3 lata na Łazienkowską i Narodowy. Z tamtej drużyny zostało dwóch piłkarzy – Andrzej Witan i Jakub Wójcicki. Ekwiwalent dla GLKS Nadarzyn za wyszkolenie tego drugiego, to był jeden z problemów, z jakim borykał się w 2010 roku Zawisza Macieja Murawskiego. Pomóc musiał Zbigniew Boniek.

Co zapamiętam z samego finału Pucharu Polski? Słabego na prawej stronie Piotra Petasza, groźnego Abwo, walczącego i czującego na sobie odpowiedzialność Geworgiana (sam poprosił o wykonanie 5 karnego), drobiącego kroki i niepatrzącego na piłkę przy karnym Luisa Carlosa (- Nie strzeli – mówili wszyscy naokoło) i pozę Igora Lewczuka po ostatniej jedenastce. Gdyby nie absolutnie tragicznie wykonany karny przez Dorde Cotrę, najpewniej najmocniej w pamięć wbiłby mi się Jorge Kadu. Pierwszy Kabowerdyjczyk w polskiej lidze, przemiły człowiek, miał na nodze piłkę meczową w 120 minucie meczu. Po tym jak fatalnie spudłował, sędzia zakończył dogrywkę, a sam piłkarz padł na murawę. Wiedział jak to się może skończyć. Ale miał szczęście, podobnie jak cały Zawisza. O załamanym piłkarzu z Wysp Zielonego Przylądka nikt pamiętał nie będzie.

W sobotę na Wyspie Młyńskiej bydgoszczanie spotkali się z piłkarzami. Przyszło ok. 2 tysięcy osób. Tak wyglądało to wydarzenie z powietrza.

Najbardziej rozpolitykowany klub świata

Walczą o prawa uchodźców z Afryki, popierają azyl dla Edwarda Snowdena, na ich stadionie powiewa tęczowa flaga – to St. Pauli z Hamburga, najbardziej lewicowy klub w Europie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W drużynie z Hamburga nie grają gwiazdy i nikt z kibiców za nimi nie tęskni. Od komercji chcą być jak najdalej. – Jesteśmy wyspą w świecie, który zainteresowany jest tylko tym, jak finansowo wykorzystać wszystko i wszystkich – mówią kibice FC St. Pauli.

Jest sobota, kilka godzin przed meczem w 2. Bundeslidze z VfL Bochum. Nad trybuną główną Millerntor-Stadion w Hamburgu powiewają trzy flagi – dwie klubowe, brązowe, z herbem klubu, oraz tęczowa. Idę kilkadziesiąt metrów dalej, do Fanladen, pomieszczeń na stadionie, które należą do kibiców. Tuż za progiem drzwi na parterze trybuny Gegengerade wisi zielony plakat „Lampedusa w Hamburgu. Walczymy o nasze prawa”. Demonstracja ma się odbyć 1 marca. – To wielki temat w Hamburgu. Wszystko, co mają niektórzy z tych ludzi, to ubranie na sobie i szczoteczka do zębów. Śpią na podłodze w kościele. Tak nie może być. Trzeba im pomóc i każdy, kto kibicuje St. Pauli, powie ci to samo – tłumaczy mi Thomas, popijając wszechobecne w okolicy piwo Astra.

300 imigrantów z włoskiej wyspy Lampedusa przebywa w Hamburgu od blisko roku. Większość z nich to ofiary wojny domowej w Libii. Niektórym Włosi odmówili azylu. Inni dostali do ręki 500 euro z sugestią, by poszukali szczęścia w innym europejskim kraju.

Przesilenie nastąpiło w październiku. Koło Lampedusy zatonął statek z imigrantami. Uratowano 155 osób, zginęło 360. W Hamburgu ruszyła fala protestów. Co kilka dni mieszkańcy miasta wyrażali solidarność z imigrantami bez prawa pobytu w Niemczech. W demonstracji po październikowym meczu St. Pauli z SV Sandhausen wzięło udział 8 tys. osób. Na transparentach hasło „Żaden człowiek nie jest nielegalny”. Oświadczenie wydał też klub. „Apelujemy o znalezienie rozwiązania, które będzie sprawiedliwe dla ludzi, którzy uciekli przed wojną i osiedli w Hamburgu. FC St. Pauli dalej będzie niósł im humanitarną pomoc”.

Disneyland nie przejdzie

Jeszcze na początku lat 80. St. Pauli było zwykłym trzecioligowym klubem. Na mecze chodziło średnio 2 tys. osób. W tym samym czasie zaczęła zmieniać się cała dzielnica – znana teraz z prostytutek, domów publicznych i sex-shopów. Coraz bardziej widoczni byli squattersi, którzy zajmowali pustostany, a także anarchiści, punki i alternatywni artyści. Wielkie triumfy w europejskiej piłce święcił wtedy Hamburger SV. Drużyna Ernsta Happela wygrywała nie tylko Bundesligę, ale też Puchar UEFA i Puchar Europy. Część kibiców najlepszej niemieckiej drużyny sympatyzowała ze skrajną prawicą.

Sześćdziesięcioletniego na oko Maxa spotykam w słynnym barze Jolly Roger, niedaleko Millerntor-Stadion. Stoi przy wejściu, obok wlepki z Edwardem Snowdenem. Amerykanin wystylizowany jest na Baracka Obamę z plakatu „Change”. Podpis jest krótki: „Azyl dla Snowdena!”. Max piłką zaczął się interesować dopiero jako dorosły mężczyzna. – Wcześniej odrzucało mnie to, co pojawiało się na trybunach niemieckich stadionów. Nie każdy chce być kojarzony z ludźmi, którzy są rasistami – opowiada, zerkając na lecący w telewizji mecz Bayer – Schalke. – Widziałeś nasz stadion? Nie ma tylu reklam, co w innych miejscach. Zagwarantowaliśmy sobie, że stadion nie zmieni nazwy. Wszystko pomyślane jest tutaj o ludziach, nie o pieniądzach – tłumaczy. W tym sezonie średnia frekwencja na meczach 2. Bundesligi na Millerntor to 97 proc.

W Jolly Roger panuje punkowy klimat. Nad barem wisi szalik „Working class”. Na ścianach są symbole Standardu Liege, Bohemians 1905, Partyzanta Mińsk i Livorno. Wszystkie kojarzone są z lewicą. – Mamy przyjaciół w całej Europie. Wszyscy mówią o ruchu Against Modern Football. U nas to się udało. Kibice nie są maszynkami do zarabiania pieniędzy – słyszę od kobiety w średnim wieku.

Kibice mieli główny głos przy przebudowie stadionu, doprowadzili do wycofania z obiektu reklam magazynu Maxim. Uznali, że reklama czasopisma sprzedającego się dzięki zdjęciom nagich kobiet u nich nie przejdzie. Trzy lata temu nie podobał im się pomysł zwiększenia ilości reklam wokół stadionu. – Jesteśmy wyspą w świecie, który zainteresowany jest tylko tym, jak finansowo wykorzystać wszystko i wszystkich – pisali. Prezydent klubu zapewnił kibiców, że Millerntor nigdy nie zmieni się w Disneyland.

Najwięcej kobiet wśród kibiców

Fanladen przypomina klub dyskusyjny – kanapy, stół do gry w piłkarzyki. Nad kuchnią wisi szalik Polonii Warszawa z hasłem o faszystowskim sku***. Kupić można m.in. używane książki, wydawane przez kibiców ziny oraz naklejki. W rogu sali jest samoobsługa – pieniądze za wystawione wlepki wrzuca się do puszki. Pod drugą ścianą, przy stoliku z całym arsenałem naklejek, siedzi Deborah. – Najpopularniejszy towar? Od lat to ta sama wlepka – opowiada. Naklejka nie jest wyrafinowana. Widać na niej trzech chłopców. Uśmiechnięty jest tylko ten z herbem St. Pauli. Płaczą mniejsi od niego kibice HSV i Hansy Rostock. Część kibiców obu klubów utożsamia się ze skrajną prawicą. Ich starcia z lewicowymi fanami St. Pauli nieraz kończyły się burdami.

W dni meczowe Fanladen przeżywa oblężenie. W tygodniu przychodzi tu codziennie kilkadziesiąt osób. – Możesz znaleźć kogoś, kto nauczy cię hiszpańskiego, albo zapisać się na warsztaty. Mamy też koncerty – opowiada Birgit, wolontariuszka. – To działalność społeczna, więc wspomaga nas klub oraz samorząd, ale jesteśmy niezależni – dodaje. Kobiety odgrywają w życiu klubu ważną rolę. Thomasa, z którym rozmawiałem o imigrantach, do kibicowania wciągnęła starsza siostra, Katherine. Klub chwali się najwyższym odsetkiem żeńskich kibiców w Niemczech. – Dziewczyny czują się u nas bezpiecznie, nie spotkają się na trybunach z seksizmem czy homofobią – tłumaczy Thomas. Do niedawna prezydentem klubu był zadeklarowany gej. Corny Littmann, właściciel położonego nieopodal teatru, kierował klubem w latach 2002-10.

Kibice powtarzają, że nie jest możliwe, żeby być kibicem St. Pauli i nie popierać wartości, z których wyrasta klub. – To nie są jakieś odległe hasła. Historie związane z polityką dzieją się tutaj co tydzień. Jeśli ktoś ma zdecydowanie inne poglądy, to będzie się tutaj źle czuł – mówią.

Tosty z trupią czaszką

W klubowym sklepie wybór równie duży jak na stadionach dużo większych klubów. Od stóp do głów można ubrać siebie, dziecko i psa. Jest też pełna rozmiarówka kaloszy z symbolem piratów – trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami. Kupić można też klubowy toster. Wyskakują z niego grzanki z wypieczoną trupią czaszką.

Danny Paulsen dopytuje ekspedientkę, co oznacza przekreślony krzyż celtycki. Kiedy słyszy odpowiedź, jest zaintrygowany, ale nie zaskoczony. Na mecz przyjechał z Danii wraz ojcem, braćmi i szwagrem. – Jeździmy na Bundesligę i Premier League. W St. Pauli klimat jest absolutnie wyjątkowy. Otoczka robi wrażenie – opowiada.

Cała ściana w sklepie na stadionie jest oblepiona wlepkami. W oczy rzuca się często pojawiający się wizerunek Che Guevary. Przez kilka minut można czytać hasła o niepodległości Katalonii, Kraju Basków czy walce z neonazistami. Tak samo wygląda położony kilkaset metrów dalej sklep na Reeperbahn, centralnej ulicy hamburskiej dzielnicy czerwonych latarni. Wokół głównie sex-shopy, bary i dyskoteki.

AC/DC na początek, potem Blur

Godzinę przed meczem wszystkie miejsca stojące są już zajęte. Kiedy przy dźwiękach „Hells Bells” AC/DC piłkarze St. Pauli i Vfl Bochum wkraczają na murawę, duża część publiczności wita ich jak bohaterów. W ciągu ostatnich dwóch lat oglądałem mecze w kilkunastu europejskich krajach. Równie wielki entuzjazm podczas wyjścia z tunelu dostrzegłem tylko na El Clasico i w meczu Crveny Zvezdy. Kibice z Belgradu radość wyrazili ogłuszającą kanonadą petard. Fani z Hamburga zareagowali spokojniej – skończyło się na śpiewach i okrzykach. Na trybunach pojawiły się flagi Tybetu i Izraela. Dalecy od kibicowskiego konserwatyzmu byli też fani z Bochum – przywieźli ze sobą flagę w barwach Jamajki z liściem marihuany.

Na boisku gospodarze przegrywali już od 13. minuty. Zajmujący przed meczem 6. miejsce w tabeli piłkarze St. Pauli atakowali do końca meczu. Stosowali proste środki, nie bawiąc się zbytnio w futbolową wirtuozerię. W poprzeczkę huknął w doliczonym czasie gry Marc Rzatkowski. Sekundę później sędzia zakończył mecz. Bramki dla gospodarzy zabrakło, więc z głośników nie popłynęło tradycyjne „Song 2” Blur.

Na ile ważny był wynik meczu dla kibiców z pirackimi flagami? – Dla mnie piłka to 70 procent całości. Pamiętam, jak byliśmy w trzeciej lidze. To nic przyjemnego, więc o sporcie nie można zapominać – mówi Thomas. – Dla mnie piłka to maksymalnie połowa. Więcej dobrego może dać promocja naszych ideałów niż promocja naszych piłkarzy. Ale gdy jesteśmy w Bundeslidze, jest o nas głośniej – wyjaśnia Thies. Jedno z haseł kibiców St. Pauli głosi: „Nigdy więcej wojny, nigdy więcej faszyzmu, nigdy więcej trzeciej ligi”. Kolejność najwyraźniej nie jest bez znaczenia.

St. Pauli – Bochum.

Najwyraźniej ktoś walczy o wolność Katalonii w sklepie klubowym St. Pauli.

Imtech Arena.

W drodze na lotnisko zajrzałem jeszcze na stadion trzecioligowej drużyny z Lubeki.