Awantura o kangura

Niemal identyczne nazwy, herby i barwy. Oba kluby ze stolicy Czech twierdzą, że to oni są prawdziwymi „Klokani”, czyli Kangurami. Wątpliwości jednak być nie powinno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sobota, godzina 10.15. Jestem na stadionie na praskim Strižkovie, zaczyna się mecz Bohemians. Zacina deszcz, kibiców jeszcze mniej niż zwykle. Na pomalowanych na zielono trybunach zasiada sto osób. Teoretycznie wszystko się zgadza. Wszędzie widzę barwy Bohemians, wraz z piłkarzami na prezentację wychodzi maskotka klubu – człowiek przebrany za kangura. Zamiast dopingu czterech trębaczy gra stadionowe melodie. Spoglądam jeszcze na plakat zapowiadający mecz. Fotbalová národni liga, grają Bohemians Praga i FK Pardubice.

Dzień później jestem w Dolicku, stadionie w praskich Vršovicach – i tu znowu gra Bohemians, ale z dodatkiem 1905. Na mecz Bohemians Praga 1905 w ekstraklasie przyszło ponad 4 tysiące kibiców. Wszędzie zielono-biało-zielone barwy. Tutaj też zawodników na murawę wyprowadza maskotka w postaci kangura. – A co z Bohemians ze Strižkova? – pytam.

– Przebierańcy – tłumaczy mi Coen, kibic z Holandii. Do Czech przyjechał za dziewczyną. Związek się rozpadł, ale on został w Pradze. – Strižkov to żaden Bohemians i oni sami o tym wiedzą. Nawet ci trębacze, których widziałeś, chodzą tam tylko dlatego, że im za to płacą – dodaje. Całą historię chce mi opowiedzieć Andriej, ale zastrzega: – To zajmie tydzień, ale zapraszam na 7 dni do mnie. Akurat będę miał 50. urodziny, zapraszam – mówi. – Tak naprawdę cały ten bajzel jest przez politykę – dodaje.

Kangur stoi w muzeum

Poszło m.in. o zielonego kangura. Kto nie chciałby tak wyjątkowego herbu? W 1927 roku Australijczycy szukali w Czechach drużyny, która zgodziłaby się zagrać serię meczów na Antypodach. Najlepsze zespoły odmówiły, a na drugą półkulę pojechał AFK Vršovice. Przez 23 dni piłkarze trenowali na statku, a gdy dobili do Australii, grali jeden mecz za drugim. Czesi w ciągu dwóch miesięcy zagrali 20 spotkań w 11 miastach. Wygrali 15 razy, przegrali tylko dwukrotnie.

W nagrodę za świetne występy goście z Czech wrócili do Europy z dwoma kangurami. Jeden z nich stoi jako eksponat w klubowym muzeum. Dlatego drużyna, która w Australii była traktowana jak reprezentacja kraju, po powrocie z tournee zmieniła nazwę na Bohemians. Zielony kangur stał się herbem klubu.

Bohemians nigdy nie odnosili takich sukcesów jak dwaj wielcy rywale ze stolicy – Slavia i Sparta. Byli trzecią, a długo nawet czwartą, drużyną w mieście. Mistrzostwo Czechosłowacji zdobyli raz, w 1983 roku. Dwa lata po odejściu swojej największej legendy, Antonina Panenki.

W 2005 roku Bohemians zbankrutowali. Prawa do nazwy wynajął dzielnicowy klub FC Strižkov. Kibice Bohemians szybko się zorganizowali, ale na odzyskanie nazwy było już za późno. Zaczęły się zbiórki pieniędzy, koncerty, pomogli nawet kibice innych klubów. Akcja przebiegła sprawnie, w odbudowę włączyli się nawet czescy celebryci. Nowa drużyna, pod nazwą Bohemians 1905, zaczęła rozgrywki od 3. ligi. Kibice chwalili się, że na boisku występowali „sercarze”, czyli zawodnicy, którzy oddają serce za klub. Opowiadają, że niektórzy piłkarze tamtej drużyny kibicami Bohemki są od trzech pokoleń.

Piłkarski czechofil

O historii klubu opowiada mi w knajpie na Žižkovie Krzysztof Gawron. W Polsce ukończył filologię czeską i dziennikarstwo. W kraju Hrabala jest od prawie 8 lat. Na Twitterze prowadzi profil @CzeskiFutbol. Chciał nawet przetłumaczyć biografię Pavla Horvatha. – To książka w stylu wydanego w Polsce „Szamo”, ciekawe historie. Piłkarz ze sporą nadwagą, a z 60 metrów dogrywa piłki precyzyjnie co do centymetra – opowiada. W wydawnictwie ocenili, że to się w Polsce nie sprzeda i pewnie mieli rację. Na Twitterze odnotowuje każdy wynik, transfer czy przedłużenie kontraktu. – Staram się być na każdym ważnym meczu. Ludzie wiedzą, że jest taki jeden gość z Polski. Ale z akredytacji nie korzystam, to by było „przejście na drugą stronę”. Jestem kibicem, a nie dziennikarzem, więc zawsze kupuję bilet.

Gawron pochodzi z Kłodzka. Czeską telewizję ogląda odkąd pamięta. W latach 90. hitem były poniedziałkowe mecze czeskiej ligi. W tamtym czasie tego dnia grali jeszcze tylko Anglicy. – Kiedy tu przyjechałem, panowała euforia związana z odradzaniem się Bohemki. A ja wiedziałem, że bez piłki długo nie wytrzymam – opowiada.

Na drewnianej trybunie stadionu w Dolicku, gdzie gra Bohemians 1905, zasiadł we wrześniu 2006 roku. – Tak słabej piłki dawno nie widziałem. Ale był klimat starego klubu i zawodnicy, którzy na przerwę schodzili cali ubłoceni, walczyli o każdą piłkę. W dachu była jedna dziura, woda leciała prosto na moją głowę. Wtedy stwierdziłem, że to znak, że to moje miejsce – opowiada. W kolejnym sezonie zaliczył wszystkie 30 meczów. Widział każde spotkanie u siebie i na wyjeździe. Stara się jednak być obiektywny. – Odrodzenie Bohemki to piękna historia, ale ma jedną rysę. Jeden z awansów załatwiono dzięki przejęciu licencji od innego klubu. To był błąd – tłumaczy.

W sezonie 2009/10 oba kluby z „Bohemians” w nazwie spotkały się w II lidze. „FK” odmówiło gry z „1905”. Skończyło się na 20 punktach kary i w konsekwencji spadku do trzeciej ligi drużyny ze Strižkova. Kolejne sądy uznawały, że prawa do nazwy Bohemians ma klub reaktywowany przez kibiców. Wyroki nie są jednak egzekwowane. Sprawę rozstrzygnie ostatecznie czeski Sąd Najwyższy.

Bohemians numer 3

Właściciele klubu ze Strižkova szukali nowych rozwiązań. Założyli nawet trzeci klub o nazwie Bohemians, wystartował w 7. lidze. Z tego pomysłu szybko jednak sami zrezygnowali. Do podobnej sytuacji, walki o nazwę, doszło w stołecznej Dukli. Nieradzący sobie w nowej rzeczywistości klub połączył się w latach 90. z FC Pribram. Powstał 1. FK Pribram, który rozgrywał mecze w mieście położonym 60 km od Pragi. Utrzymywał jednak, że jest następcą Dukli. – Josef Masopust nigdy nie miał na sobie koszulki Pribramu, a oni twierdzili, że zagrał dla nich 350 meczów – tłumaczy Krzysztof Gawron. Dukla w końcu wróciła na piłkarską mapę, a Masopust ma swój pomnik obok stadionu w Pradze.

W 2007 roku „1905” awansowali do czeskiej ekstraklasy. Po spadku w 2012 roku po roku znów do niej wrócili. – Przez te 7 lat dobrej piłki w wykonaniu Bohemians widziałem łącznie 90, no może 120 minut. Dla wielu kibiców mecze to bardziej wydarzenie towarzyskie, okazja do wypicia piwa ze znajomymi. Jeśli ktoś chce zobaczyć dobry futbol, to zostaje w domu i w telewizji ogląda mecze z ligi angielskiej lub niemieckiej – mówi Gawron.

9 meczów w 3 dni

Praga to jedno z ulubionych miast europejskich groundhopperów, czyli stadionowych turystów. Mnóstwo drużyn, stare stadiony i tanie piwo. Na niektóre mecze przygotowuje się więcej kiełbas niż przychodzi kibiców. Wszystkie zostają sprzedane. W niedzielę o 10.15 punkt obowiązkowy to mecz Viktorii Žižkov na charakterystycznym, wciśniętym między budynki stadionie. – Godzina meczów Viktorii jest stała. Zmienia się tylko na ewentualny wniosek telewizji. Niektórzy kibice wytaczają się prosto z knajpy – opowiada Krzysztof Gawron. Godziny spotkań w kolejnych klubach są tak ułożone, że w weekend można bez problemu zobaczyć 9 meczów. Gawron ostatnio się ogranicza, ogląda po 4.

W Czechach piłka konkuruje z hokejem. Sportowym wydarzeniem ostatniego weekendu była tysięczna asysta w karierze 42-letniego Jaromira Jagra. W piątek kibice Slavii Praga musieli wybierać – mecz piłkarzy czy hokeistów. Ci drudzy zebrali publiczność większą o ponad 1000 osób. – Jest jeszcze floorball, czyli unihokej. Finałowe mecze ogląda 8 tys. osób – opowiada Gawron. Wszystkie dyscypliny mają jedną wspólną cechę. – Może to być mecz lacrosse czy całkiem popularnej piłki rowerowej. Pewne jest, że kibic będzie mógł się napić piwa i zjeść kiełbasę – mówi.

W drugiej połowie meczu Bohemians ze Slovanem gospodarze wywieszają sektorówkę „Verni ale nasrani” (Wierni, ale wkurzeni). Tego dnia „Kangury” grają jednak naprawdę dobrze. Nie ustępują czwartej w tabeli drużynie z Liberca i wygrywają czwarty mecz w tym sezonie. Po końcowym gwizdku wielka feta. Bohemka awansuje z ostatniego na przedostatnie miejsce w tabeli.

Kibice powoli zbierają się do wyjścia. Większość musi jeszcze oddać plastikowy kufel. Zerka z niego Panenka, kiedyś gwiazda, teraz prezes klubu. Za kufel można odebrać w barze 30 koron. Można go też wrzucić do specjalnego pojemnika. Wtedy kaucja trafia na konto klubu. Do pojemnika wpada jeden kufel za drugim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.