Miesięczne archiwum: Styczeń 2015

Przegrali w ćwierćfinale i zajęli drugie miejsce

   

Bruksela, Stade Joseph Marien. Fasada jedynej murowanej trybuny zachwyca. Siadam na drewnianej ławce i nie mam problemu z wyobrażeniem sobie, że tutaj rozgrywano turniej piłkarski Igrzysk Olimpijskich w Antwerpii. Turniej był tak dawno, że dziś przed nazwiskami takich piłkarzy, jak Ricardo Zamora, Josep Samitier i Pichichi, stawia się przymiotnik „mityczny”. Wymieniam Hiszpanów, bo srebrny medal z 1920 roku był pierwszym sukcesem reprezentacji tego kraju.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Na Stade Joseph Marien Hiszpanie wygrali swój pierwszy mecz z Danią, tutaj również Holendrzy pokonali Luksemburg. W fazie pucharowej na małym stadionie w Brukseli Czechosłowacja rozbiła Norwegię 4:0. Mecze oglądało od 3 do 4 tys. kibiców.

Hiszpanie odpadli w ćwierćfinale, ale turnieju wcale nie skończyli. Zdecydował o tym przebieg finału. W 40. minucie przegrywający 0:2 piłkarze Czechosłowacji zeszli z boiska. Ich zdaniem, angielscy sędziowie, tak samo jak w półfinale, robili wszystko, żeby turniej wygrali Belgowie. Czechosłowację zdyskwalifikowano. Jak pisze David Goldblatt, w mającej blisko 1000 stron książce „The Ball is Round”, pospiesznie zorganizowano dodatkowe mecze.

Drabinka całego turnieju przypominała wiec system gry w zawodach dla dzieci. Hiszpanie przegrali w fazie pucharowej, ale kolejne trzy wygrane – ze Szwecją, Włochami i Holandią, dały im srebrny medal. Dla większości Hiszpanów był to pierwszy zagraniczny wyjazd. Poprzedziła go debata, czy Baskowie mogą grać w reprezentacji.

Dziennik „ABC” świętował: „Jakie wrażenie zostawiliśmy po sobie w oczach innych państw? Ogromnie pozytywne. Nikt wcześniej nie wierzył, że Hiszpanie mogą być tak dobrzy w sporcie. Wszyscy myśleli, że zajmujemy się tylko walkami z bykami”.

Grający na tym stadionie Royale Union Saint-Gilloise to trzecioligowy dziś klub, który należy do najbardziej utytułowanych w Belgii. Od 1903 do 1935 roku zdobył 11 mistrzostw kraju (więcej mają tylko Anderlecht i Club Bruges), 8 razy skończył sezon na drugim miejscu.

W krajowym spisie klubów Royale Union Saint-Gilloise widnieje pod numerem 10 (najstarszy jest Royal Antwerp, nr 3 to Club Brugge). W latach 30. drużyna nie przegrała 60 spotkań z rzędu. Ostatni sukces to półfinał Pucharu Miast Targowych z 1960 roku.

Anderlecht

Kameralny obiekt pod lasem mnie zachwycił. Inny obiekt w Brukseli – Constant Vanden Stock Stadium, czyli stadion Anderlechtu, raczej zawiódł. Mały, niezbyt wyróżniający się między budynkami mieszkalnymi. Rozgrywano na nim m.in. EURO 1972. Na turniej w 2000 obiekt był za mały. W Anderlechcie przez lata zastanawiano się, czy wybudować nowy stadion, czy remontować ten w miejscu, którym Fiołki grają od 1918. Stanęło na modernizacji za 50 mln euro.

Tak zwany polski akcent. Jako były, ale wieloletni widz TVP, wiem, że to nieodłączny element relacji z wielkiego świata. Wypatrzony w drodze na Stade Joseph Marien.

Głównym punktem wypadu do Belgii był mecz Club Brugge.

 

Na moście Johana Cruyffa

Staję na drewnianym mostku, tuż obok miejsca, w którym kiedyś stał stadion De Meer. Porównuję do bydgoskiej Trasy Uniwersyteckiej za 200 mln zł. W Amsterdamie most można przejść i przejechać rowerem. W Bydgoszczy w grę wchodzi tylko samochód. 2:1 dla Johan Cruijffbrug.

Mniej więcej tędy szedł ze swojego domu na De Meer nastoletni Cruyff. Stadion wybudowano w 1934 roku. Szybko okazał się za mały, mecze w europejskich pucharach i pojedynki z Feyenoordem i PSV Ajax często rozgrywał na Stadionie Olimpijskim.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pożegnalny mecz Ajax rozegrał w tym miejscu w 1996 roku. Zwycięstwo z Willem II dało 26. mistrzostwo Holandii. Klub przeprowadził się do miejsca z zupełnie innym duchem. Amsterdam ArenA była w momencie inauguracji najnowocześniejszym stadionem na świecie, od początku pomyślanym o organizacji koncertów i innych wielkich imprez. Dla wielu De Meer pozostało ostatnim miejscem, gdzie liczyła się tylko piłka. Żadnych sklepów, ciągnących się przez setki metrów barów i miejsc parkingowych w podziemiach.

W miejscu po De Meer powstały domy. Koło mostu Cruyffa krzyżują się Anfieldroad i Wembleylaan. Na nowych budynkach umieszczono nazwy historycznych stadionów – Delle Alpi, Wembley, czy Prateru. Do futbolu nawiązują nawet osiedlowe ławeczki.

To drugi stadion, który „odwiedziłem”, choć nic po nim nie zostało. Ze zdjęciem lotniczym w ręku szukałem Les Corts w Barcelonie.

Oprócz Cruyffa i Johana Neeskensa (powyżej) swoje mosty nad kanałami mają w tej okolicy Sjaak Swart, Gerrie Mühren, Ruud Krol, Barry Hulshoff, Dick van Dijk, Arie Haan, Wim Suurbier, Piet Keizer, Horst Blankenburg, Velibor Vasović, Heinz Stuy i trener Rinus Michels. Holendrzy chcieli upamiętnić wyjątkowe pokolenie ludzi, dzięki którym w latach 70. o niewielkim kraju mówiono z podziwem na całym świecie. Wielu z byłych piłkarzy żyje, przez co nie mogą zostać patronami amsterdamskich ulic. Z mostami takiego problemu nie było.

Heysel o wschodzie słońca

Zorganizowano tu trzy finały Pucharu Zdobywców Pucharów (1964, 1976 i 1980) i cztery finały Pucharu Europy (1958, 1966, 1974 i 1985). Ostatni z nich to czarna karta europejskiej piłki.

O tej historii słyszał każdy kibic. Przed meczem, na rozsypującym się Heysel zginęło 39 osób. 32 Włochów, 4 Belgów, 2 Francuzów i kibic z Irlandii Północnej zostało zadeptanych i uduszonych. Obrazy, które kibice oglądali w telewizji, były wstrząsające. Finał, do którego dotarły Juventus i Liverpool, jednak rozegrano. Drużyna Platiniego i Bońka puchar odebrała w szatni.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Po prawej bramki na stadion, po lewej Atomium, jeden z symboli Brukseli. Model kryształu żelaza, powiększony 165 miliardów razy, wybudowano z okazji Wystawy Światowej w Brukseli w 1958. W rurach łączących „atomy” umieszczono schody.

W 1985 stadion był w tak złym stanie, że na mecz można było wejść krusząc nogą mur stadionu. Obiekt zmodernizowano dekadę po tragedii. Wybudowano go niemalże od nowa. Patronem został zmarły dwa lata wcześniej król Baldwin I Koburg. Zorganizowano tu finał PZP w 1996 roku i otwarcie EURO 2000.

Pierwszy stadion w tym miejscu wybudowano w 1930 roku. Wtedy nazywano go Stadionem Stulecia, bo taki jubileusz obchodziła Belgia. Nazwy Heysel, taka jak okolicznego parku, zaczęto używać po drugiej wojnie światowej.

„Małe Heysel”, położony tuż obok stadion treningowy.

Symbol Belgii o poranku. Manneken pis regularnie zajmuje wysokie miejsce w internetowych zestawieniach dla turystów pt. „Czego nie warto oglądać”. Zasłużenie.

Polscy bohaterowie sprzed 57 lat wrócili na Camp Nou

13 września 2014 roku. Słoneczny dzień, z głośników leci hymn FC Barcelony. Tuż przed pierwszym gwizdkiem na trybunie Lateral rozwieszono sektorówkę z okazji Dnia Niepodległości Katalonii. Wiesław Jańczyk, Henryk Szczepański, Helmut Nowak i Roman Korynt usiedli w palco, czyli loży prezydenckiej. Mecz z Athletikiem Bilbao rozpoczęło dotknięcie piłki przez Leo Messiego. Ponad pół wieku wcześniej, podczas meczu otwarcia Camp Nou, pierwsze kopnięcie należało do Lucjana Brychczego. Czterech polskich piłkarzy, którzy po 57 latach zasiedli na trybunach, było wtedy na boisku.

24 września 1957 roku. Polaków na murawę wyprowadził Edmund Ziętara. Całej przedmeczowej celebry miał już trochę dość. Polacy wylecieli z Okęcia dzień wcześniej, w poniedziałek. Do dalekich podróży nikt w zespole nie był przyzwyczajony. – Dla wielu z nas był to pierwszy kontakt z zachodnią piłką – opowiada dziś Wiesław Jańczyk. Część zawodników podróż zniosła źle. Polacy byli przekonani, że mecz na inaugurację nowego stadionu w Barcelonie zagrają we wtorek wieczorem. Ale już w okolicach południa stali w pełnym słońcu z boku boiska.

Światła jeszcze nie działały, więc mecz zaplanowano na 16.30. Nowy stadion był wielkim wydarzeniem dla miasta i wielu oficjeli nie mogło sobie odpuścić okazji do przemowy przed blisko stutysięczną widownią. Odprawiono też mszę, na tronie umieszczono Matkę Boską z Montserrat. Polscy piłkarze z bliska oglądali przemarsz orkiestr wojskowych i defiladę ze sztandarami, w tym pocztów z klubów kibica z całej Katalonii. Na murawie 1,5 tys. osób zatańczyło sardanę, narodowy kataloński taniec, symbol jedności.

Upał męczył Polaków, a rozpoczęcie meczu się opóźniało. W końcu zostało już tylko symboliczne kopnięcie piłki przez prezydenta Francesca Miró-Sansa i można było zacząć. Na środku boiska ubrani w biało-czerwone stroje Polacy przyglądali się gigantycznym trybunom nowoczesnego stadionu. Na ich koszulkach, w miejscu polskiego godła, przyszyta była warszawska syrenka.

Do zdjęcia ustawili się Lucjan Brychczy, Helmut Nowak, Stefan Florenski, Henryk Szczepański, Henryk Szymborski, Krzysztof Baszkiewicz, Władyslaw Jańczyk i Edmund Ziętara, a w dolnym rzędzie Edward Jankowski, Edward Szymkowiak i Jerzy Woźniak. Tylko trzech z nich – Brychczy, Woźniak i Ziętara, grało wtedy w Legii Warszawa. A to właśnie Legia pojawiła się na plakatach reklamujących mecz. Rywala gospodarzy przedstawiano też jako reprezentację Polski i reprezentację Warszawy.

To była zupełnie inna Katalonia, niż dziś. Franco twardą ręką rządził całą Hiszpanią. Reżim kontrolował także futbol. Nazwę FC Barcelona zmieniono na hiszpańską – Club del Futbol Barcelona. Problematyczna była też nazwa budowanego od 1954 roku stadionu. W klubowych dokumentach widniała nazwa Estadi Joan Gamper. Szwajcarski założyciel Barcy urodził się jako Hans. Z czasem stał się Katalończykiem, Joanem. Był zbyt mało hiszpański i patronem obiektu zostać jednak nie mógł.

Największą owację dostał wracający po kontuzji Ladislao Kubala. To on sprawił, że położony kilometr dalej stadion Les Corts stał się za mały. O 17.16 na Camp Nou padła pierwsza bramka, piłkę do siatki wbił Eulogio Martínez. Po blisko 15 minutach Antonio Ramalletsa, słynnego „Kota z Maracany” pokonał Henryk Szymborski. – Pomimo upału graliśmy z Barceloną do przerwy jak równy z równym. Potem, przy stanie 2:2, gospodarze wprowadzili pięciu nowych zawodników – wspominał Ziętara. Polacy przylecieli do Hiszpanii w trzynastkę. Więcej, niż dwóch zmian zrobić się nie dało. Na boisko weszli Władysław Soporek i Roman Korynt. – Ciężka podróż, dwie prawie nieprzespane noce i ta defilada przed meczem odbiły się mocno na tle drużyny polskiej, która mocno opadła z sił – pisał potem Henryk Reyman, selekcjoner, oficjalnie kapitan związkowy PZPN. Barca zaczęła się z Polakami bawić. Pod bramką Szymkowiaka groźnie było co chwilę. – Po przerwie już był klops – przyznaje Henryk Szczepański. Ostatecznie Polacy przegrali 2:4.

 

57 lat temu Polacy nie mieli czasu, żeby zobaczyć miasto. Musiał im wystarczyć hotel i stadion. Teraz był czas na wszystko, nawet kolację w chińskiej restauracji w Badalonie. Ponowny wyjazd na Camp Nou to pomysł największej polskiej penyi FC Barcelony, czyli oficjalnego klubu kibica. – Otwarcie Camp Nou to wspaniałe wydarzenie, które łączy Polskę z klubem. Nie chcieliśmy zwlekać z upamiętnieniem piłkarzy. Camp Nou ma być przebudowane, prawdopodobnie niedługo to będzie już inny stadion. W dodatku nie ukrywajmy, bohaterów tamtego meczu, jest z nami coraz mniej – opowiada Adam Marszał prezes Fan Club Barça Polska. Kibice dotarli do wszystkich sześciu żyjących uczestników meczu. Lucjanowi Brychczemu i Stefanowi Florenskiemu na wyjazd nie pozwoliło zdrowie.

W Barcelonie o byłych piłkarzach się nie zapomina. Gracze sprzed kilku dekad są aktywni w życiu klubu. Mają swoje stowarzyszenie, wielkie rocznice są upamiętniane. Z czwórką polskich zawodników spotkali się prezydent FC Barcelony, Josep Maria Bartomeu, jego zastępcy oraz Justo Tejada. Ten drugi grał w meczu otwarcia, strzelił nawet bramkę.

Rozmowy dla BarçaTV tłumaczył Filip Mitra, Polak, który od 3 lat mieszka w stolicy Katalonii. – Gościom pokazano muzeum, gdzie są pamiątki z inauguracji Camp Nou. Wszyscy byli w świetnych humorach. Podczas meczu piłkarze zachwycali się Messim i Neymarem. Powtarzali, że nie spodziewali się propozycji powrotu na Camp Nou – mówi.

Helmut Nowak był najmłodszym piłkarzem tzw. Reprezentacji Warszawy. Dziś ma 76 lat, a Henryk Szczepański 81. – Byłem mile zaskoczony, że pomimo mojego wieku, ktoś jeszcze pamięta o tym, jak grałem w piłkę – mówi 83-letni Wiesław Jańczyk. O dwa lata starszy Roman Korynt przed powrotem do Gdańska nie krył wzruszenia. – Nie chcę, żeby komuś się wydawało, że według nas zbawiamy świat. Zresztą my też wiele od byłych piłkarzy czerpaliśmy. Mieliśmy okazję sprawić im radość i to nam się udało – mówi Adam Marszał.

O ubiegłorocznym wydarzeniu przypomniał krótki klip, który opublikowano kilka dni temu. Akcję „57-lecie Camp Nou” koordynowali w FCBP Paweł Kołodziejski i Łukasz Ślesicki. Korzystałem z książek Zbigniewa Pawłowskiego „55 lat Camp Nou” i „Polacy w grach przeciwko FC Barcelonie” (wraz ze Zbigniewem Kumidorem).

Rzeźnik patronem

Pierwszy raz zobaczyłem mecz w Belgii, drugi raz w tym sezonie widziałem Zulte Waregem (w lipcu byli w Bydgoszczy, pokonali Zawiszę w kwalifikacjach Ligi Europy) a trzeci raz usłyszałem na żywo „You Will Never Walk Alone”. Po Celtic Park i Westfalenstadion przyszedł czas na Jan Breydelstadion w Brugii.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Piłkarzy Club Brugge i Zulte Waregem wyprowadziły na boisko trzy klubowe maskotki – niedźwiadki Belle, Bene i przedstawiany jako ich dziecko, Bibi. Nawiązują do historii, bo niedźwiedzia właśnie pokonał w młodości pierwszy hrabia Flandrii, Baldwin I Żelazne Ramię.

Mecz rozstrzygnął strzał Victora Vazqueza, wychowanka Barcelony. Piłkarz słynnego rocznika błyszczał w roczniku ’87 razem z Gerardem Pique i Ceskiem Fabregasem. Poza zasięgiem tej trójki był tylko Leo Messi. Vazquezowi przeszkodziły kontuzje, w Brugii gra czwarty sezon. Przeciwko Zulte momentami błyszczał. W 90. minucie strzelił fantastycznego gola z dystansu. – Mocno mnie kopali, ale strzeliłem najważniejszą bramkę dla Brugge – mówił po meczu. Gospodarze wygrali 2:1.

Na mecze Club Brugge przychodzi średnio 25 tys. kibiców. Przeciwko Zulte, pomimo deszczowej pogody na stadionie było tylko 1500 wolnych miejsc. Klub planuje budowę nowego obiektu, na 45 tys. miejsc.

Waldemar Sobota tym razem poderwał się z ławki. Wszedł na chwilę, ale Michel Preud’homme już na Polaka nie liczy. Sobota gra tylko ogony albo jest w ogóle poza kadrą.

Dwa kluby z Brugii korzystają z jednego stadionu. Biura obu mieszczą się w trybunie za jedną z bramek. Club Brugge po lewej, Cercle po prawej. Derby Brugii (pierwsze w 1899 roku) to jedyny w belgijskiej lidze pojedynek dwóch drużyn z tego samego miasta. Cercle ma na koncie trzy mistrzostwa, ostatnie z 1930 roku. Club Brugge ligę wygrywało 13 razy a puchar 20-krotnie.

Klubowe muzeum. Club Brugge ma na koncie nietypowy rekord – 16 występów w Pucharze UEFA z rzędu.

W moich piłkarskich podróżach podążam za finalistami Pucharu Europy. Club Brugge grało w finale PE w 1978 roku, przegrało z Liverpoolem. The Reds pokonali też Belgów w finale Pucharu UEFA dwa lata wcześniej. Drużynę prowadził wtedy Ernst Happel.

A o co chodzi z tytułowym rzeźnikiem?

Wybudowany w 1975 roku stadion należy do miasta. Do EURO 2000 znany był jako Olympiastadion. Stadion rozbudowano do blisko 30 tys. miejsc i zmieniono nazwę, która miała być bardziej lokalna, flamandzka. Patronem został ludowy bohater z przełomu XIII i XIV wieku, Jan Breydel, z zawodu rzeźnik. To przywódca powstania flamandzkiego przeciwko wojskom francuskim króla Filipa IV Pięknego. Na EURO rozegrano tu cztery mecze, w tym spotkanie Hiszpanii z Jugosławią, słynne 4:3.