Miesięczne archiwum: Czerwiec 2015

W barze u Manolo

Przez miłość do piłki najsłynniejszy hiszpański kibic stracił rodzinę i sporo pieniędzy. Ale jak twierdzi, niczego nie żałuje.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Manolo z uśmiechem nalewa piwo. Ma na sobie koszulkę z numerem 12 i baskijski beret. Płacę 2 euro i rozglądam się po „Twoim sportowym muzeum”. Tak nazywa się bar. Liczba piłkarskich pamiątek przytłacza, na ścianach wisi kilkadziesiąt bębnów. To z nimi od trzech dekad podróżuje po świecie Manuel Cáceres Artesero. Świat zna go jako Manolo el del bombo. Kiedy w 1979 roku zaczynał jeździć za „La Roją” o modzie na kadrę nie było mowy. Na niektórych meczach wyjazdowych Manolo był jedynym Hiszpanem na trybunach. Na inne jeździło po 20 osób. Manolo stał się znany poza ojczyzną, gdy Hiszpania zaczęła wygrywać.

Zza szyby baru widać Estadio Mestalla, stadion Valencii. W rogu wiszą koszulki piłkarzy, których śmierć wstrząsnęła Hiszpanią – Daniego Jarque i Antonio Puerty. Do sufitu jeden przy drugim przyczepione są szaliki. Znajduję nawet biało-czerwony. Szalik reprezentacji Polski wisi między pamiątkami Bayeru Leverkusen i reprezentacji Wenezueli. – Turyści? Miałem tutaj ludzi z całego świata, ale większość klientów to zawsze ludzie stąd, kibice Valencii – mówi Manolo.

Podczas mundialu w Hiszpanii w 1982 roku podróżował autostopem. Przejechał 16 tys. kilometrów. Kilka lat później żona miała już tego dość. Po jednym z wyjazdów opuściła go razem z czwórką dzieci. Manolo wybrał reprezentację. – Tak się ułożyło, że moją rodziną stali się kibice reprezentacji Hiszpanii – mówił w jednym z wywiadów. Kiedy stał się naprawdę znany, mógł przestać martwić się o pieniądze wydawane na wyjazdy. Teraz podróżuje jako członek oficjalnej delegacji.

Za barem, między szklankami i butelkami Coca-Coli, stoi replika Pucharu Świata. Podczas mistrzostw świata w 2010 roku Manolo zachorował na zapalenie płuc. Musiał wrócić do Hiszpanii, leżał w szpitalu. Do RPA poleciał na półfinał i finał. Kiedy Hiszpania wygrała mundial, pozwolono mu wziąć puchar w dłonie. Reprezentował kibiców, których przez lata reprezentacja zawodziła.

Na ścianach wiszą zdjęcia Manolo, w tym z parą królewską. Właściciel baru jest też na okładkach gazet, w wycinkach dzienników z całego świata. Twarz Manolo widać na kafelkach, niezliczonych fotografiach, nawet na etykietach butelek wina, które leżą koło kasy. Nad barem bębny z każdego z ostatnich 10 mundiali. „Bęben Hiszpanii” ma bić jeszcze przez 11 lat. Manolo chce przejść na kibicowską emeryturę po 12 mistrzostwach świata. EURO w Polsce i na Ukrainie były jego siódmymi mistrzostwami Europy. – Polska na zawsze będzie w moim sercu. Wygrany turniej, tego się nie zapomina – uśmiecha się.

Od stadionu Valencii bar-muzeum dzieli tylko mały plac. Wśród trzech przylegających do siebie lokali, ruch jest tylko u Manolo. – Kryzys ekonomiczny? Było fatalnie, ale interes znów się kręci. Choć cały czas nie jest tak dobrze, jak wcześniej – tłumaczy.

Dziś na brak klientów nie może narzekać. Za dwie godziny na Mestalla zacznie się mecz grających w Segunda B rezerw. Jeszcze kilka lat temu Manolo musiał oswajać się z myślą o przeprowadzce. Gdyby Los Che nie grali sto metrów od jego baru, interes trzeba byłoby zwinąć. Bębnów nie trzeba przenosić, bo jego ukochanemu klubowi powinęła się noga.

W 2004 roku Valencia była na fali. W ciągu 5 lat wygrała dwa mistrzostwa Hiszpanii, Puchar UEFA, Puchar Króla, krajowy i europejski superpuchar. Do klubu płynęła rzeka euro. Kiedy dwa razy z rzędu awansujesz do finału Ligi Mistrzów, gdzie za drugim razem przegrywasz dopiero w rzutach karnych, możesz uwierzyć w swoją wielkość. Ludzie z biur przy Avenida Suecia stwierdzili, że są w stanie rzucić wyzwanie Realowi i Barcelonie. Na boisku drużyna z miasta pomarańczy dawała sobie z gigantami radę, więc nadszedł czas na kolejny krok. Ogłoszono, że 55-tysięczny stadion Mestalla jest za mały jak na ambicje klubu. Nowy miał być prawie o połowę większy. Nou Mestalla zaprojektowano dla 75 tysięcy kibiców.

Pierwszą łopatę wbito w ziemię w 2007 roku. Niektórzy już wiedzieli, w którą stronę zmierza cały projekt. Kiedy drużyna nie zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów, a klubowy budżet się rozsypał, prace wstrzymano. Dług przekroczył w 500 mln euro.

Jednym z elementów biznesplanu była sprzedaż terenów po starym Mestalla pod budynki mieszkalne. W Hiszpanii wybuchł kryzys, rynek nieruchomości się zawalił. Bezrobocie wynosi 24% (wśród młodych 51%), w całym kraju są tysiące niedokończonych budów. Trzy miliony mieszkań stoją pustych.

Klub wielokrotnie siadał do rozmów z bankami i szukał możliwości sfinansowania dokończenia budowy. Proponowano zmniejszenie pojemności, redukcję kosztów drogiego, aluminiowego dachu. Przejęcie klubu przez Petera Lima rozbudziło nadzieje, że drużyna w końcu przeprowadzi się kilka kilometrów na zachód. W Valencii liczą, że stanie się do w 2019 roku, na stulecie klubu. Dekadę później, niż zakładano. Na razie na placu budowy Nou Mestalla nie pracują żadni robotnicy. Betonowy szkielet, na który wydano 150 mln euro, straszy niedaleko centrum miasta.

Dwa stadiony Valencii dzieli 10 minut jazdy. Na czarno-pomarańczowej elewacji Estadio Mestalla wiszą plakaty legend klubu. Na przechodniów spoglądają m.in. David Albelda, Gaizka Mendieta i Mario Kempes. Król strzelców mundialu w 1978 roku jest wirtualnym przewodnikiem po stadionie. Z ekranu opowiada zaprasza do pokoju z trofeami. Pucharów jest ponad 20. Zajmują dwie gabloty i wyglądają bardzo skromnie.

Na stadionie, który reklamowany jest jako najstarszy w Hiszpanii, zaskakuje tunel. Zanim stąpając po pomarańczowej wykładzinie wyjdzie się na murawę, można wejść do dwóch pomieszczeń. Koło siebie położone są kaplica oraz pokój dla sędziów. W pierwszym pomieszczeniu patronka Walencji – Mare de Déu dels Desamparats. W drugim, za drzwiami, portrety 20 sędziów. Na ścianie wiszą zdjęcia arbitrów, którzy przez lata prowadzili mecze La Liga – są Carlos Velasco Carballo, Alfonso Javier Álvarez Izquierdo i José Antonio Teixeira Vitienes. Zapewne do obu pomieszczeń przed meczami ustawia się kolejka.

Playa de Levante to zwykła miejska plaża. Miejscowi nazywają Las Arenas. W miarę ciepło jest tu przez cały rok, ale Walencja nie jest typowo morskim miastem. Mówi się, rozwijała się plecami do morza. Na Las Arenas zaczęła grać drużyna, która z czasem przekształciła się w Levante U.D. Jej korzenie sięgają 1909 roku. To klub o 10 lat starszy, niż Valencia.

Uwaga piłkarskiej Hiszpanii na Les Granotes, czyli Żabach, skupiona była kilka razy. 1 marca 1981 swój pierwszy mecz w Levante zagrał Johan Cruyff. Trzykrotny zdobywca Złotej Piłki miał 34 lata. Levante grało w Segunda Divsion, a Cruyff przerwy między leczeniem kontuzji wypełniał sobie kłótniami z zarządem klubu. Wystąpił w 10 meczach, strzelił dwa gole. Levante nie wywalczyło awansu, a genialnemu Holendrowi nie płaciło na czas. Cruyff wrócił do ojczyzny. Okazało się, że w Hiszpanii skreślono go przedwcześnie. Odzyskał wielką formę, doprowadził do mistrzostwa Ajax, a potem Feyenoord.

Levante w La Liga to sytuacja tymczasowa. W całej swojej historii piłkarze z małego klubu w Walencji tylko przez 10 lat występowali w najwyższej lidze. Więcej sezonów spędzili w Segunda B, czyli na trzecim poziomie hiszpańskiej piłki. W sezonie 11/12 Levante po raz pierwszy w historii zasiadło na fotelu lidera La Liga. Drużyna weteranów i zawodników ściągniętych za darmo ostatecznie zajęła 6. miejsce w lidze. Rok później nie przynieśli wstydu w Lidze Europy. Odpadli dopiero wiosną, w 1/16 finału.

Sobotni wieczór, zajmuję swoje miejsce Estadio Ciudad de Valencia. Z głośników leci Metallica, Guns N’ Roses, a nawet w całości „Bohemian Rhapsody”. Na krzesełkach w barwach blaugrana usiadło 11 tysięcy kibiców Levante. Zestaw obowiązkowy każdego kibica obejmuje bocadillo, czyli podłużną kanapkę oraz pestki słonecznika, którymi plują pod nogi nawet dziennikarze. Kiedy w 80. minucie Celta wychodzi na prowadzenie, na trybunach została już tylko garstka kibiców. Leje deszcz, najwyraźniej dla Levante nie warto moknąć.

Co roku z drużyny odchodzą najlepsi piłkarze. Levante ściąga piłkarzy za darmo lub ich wypożycza. W ostatnich pięciu latach na zakupy wydano 700 tys. euro, z czego blisko połowę kosztował Pepe Diopa. Co roku z zespołu odchodzą najlepsi piłkarze. Najwięcej udało się zarobić na grzejącym ławkę w Realu Madryt Keylorze Navasie. Kostarykańczyk kosztował 10 mln euro. Udane transakcje to także odejścia Caicedo (7,5 mln), Iborry (6), Koné (5) i Martinsa (3).

Udało się spłacić większość długów, które jeszcze niedawno ciągnęły klub w dół. W najgorszym momencie zobowiązania Levante przekroczyły 90 mln euro. W tamtych czasach wykupienie licencji programu Prozone to był zbyt duży wydatek. Dziś długi to ok. 30 mln. Jak na warunki hiszpańskie, nie najgorzej. Większy sąsiad z Mestalla mógłby tego umiaru pozazdrościć.

Cupiałówka i smakołyki Carletto

Tytuł: Wisła Kraków. Sen o potędze
Autor: Mateusz Miga
Wydawnictwo: SQN, 2015

Mimo ośmiu mistrzostw kraju, Wisła Kraków nigdy nie wypełniła celu, który postawił przed nią Bogusław Cupiał. Nie awansowała do Ligi Mistrzów. Mogła to zrobić? Powinna była?

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Na 400 stronach Mateusz Miga Miga (kiedyś wislakrakow.com, potem „Fakt” i „Przegląd Sportowy”) opisał blisko 20-letnią historię Wisły Tele-Foniki. Ostatnie lata najbardziej skrótowo. „Sen o potędze” to książka sprawnie napisana, czyta się szybko. Gazetowy styl, krótkie rozdziały po kilkanaście stron. Sporo anegdot, najzabawniejsze te o trenerskich prawdziwkach – Wojciechu Łazarku i Franciszku Smudzie, najsmutniejsze o podejściu Kamila Kosowskiego do zawodu i kardynalnych błędach właścicieli Wisły, które dziś są widoczne jak na dłoni. Z książki wyłania się obraz klubu, któremu bliżej do królewskiego dworu z koteriami i wewnętrznymi walkami, niż przedsiębiorstwa z długofalowym planem. Wisła zapisała się w historii polskiej piłki, na krótką chwilę podbiła przedsionek europejskiego futbolu, ale ostatecznie zawiodła, a jej obecna sytuacja jest nie pozazdroszczenia.

Centralną postacią książki jest Bogusław Cupiał. Do niego autorowi nie udało się dotrzeć. O swoich relacjach z właścicielem Wisły opowiedziało kilka osób, inne wolały się nie wychylać. Miga opisuje pojedyncze wydarzenia z życia Cupiała, ale wie, że nie jest w stanie skruszyć muru, który ten zbudował wokół siebie. Cupiał woli trzymać się w cieniu, na prośbę o spotkanie z autorem nie odpowiedział, nie wiadomo nawet, czy do niego dotarła. Bez głosu jego oraz kilku innych osób, które przez lata zza biurek decydowały o obliczu tamtej Wisły, ta opowieść nie jest pełna. Wypowiadają się piłkarze, trenerzy oraz wszyscy, którzy na powrót do Wisły nie mają już szans. Ci, którzy na Reymonta nie są jeszcze skreśleni, wolą trzymać język za zębami.

Biała Gwiazda na ponad dekadę zdominowała ligę. Ale karygodnych błędów popełniono mnóstwo. Można się tylko zastanawiać, jak potoczyłaby się piłkarska historia, gdyby w Wiśle ciągle nie zwalniano trenerów (kilku, gdy drużyna była liderem; Dana Petrescu, który nie przegrał) albo kilkanaście lat temu zbudowano ośrodek treningowy i postawiono na szkolenie młodzieży. Wielu chciało wskazać Cupiałowi co robi źle. Ten, nie bez racji, opowiadał krótko. „Ty mi tu nie pier… to są moje pieniądze”.

Tytuł: Nienasycony. Zwycięzca
Autor: Carlo Ancelotti, Alessandro Alciato
Wydawnictwo: SQN, 2015

Kiedy Carlo Ancelotti wypowiada słowo „coppa”, prawdopodobnie nie chodzi mu o puchar. Oczami wyobraźni widzi capicolę, podawaną na zimno peklowaną wędlinę z karkówki. Bo pięciokrotny zwycięzca Pucharu Europy (dwa razy jako zawodnik, trzy jako trener) wcale nie jest na punkcie wygrywania zafiksowany. W jego książce jest więcej opisów potraw, niż boiskowych akcji.

Na polski rynek wcześniej trafiła inna książka Alessandro Alciato. Włoch ubierał w słowa wspomnienia Andrei Pirlo „Myślę, więc gram”. Obie pozycje Są podobne w treści i formie. Krótkie, dość niebanalne, pisane na luzie, dalekie od streszczania kolejnych sezonów.

30 lat wielkiej kariery zmieszczono w kilkugodzinnej opowieści. Nie ma wymieniania wyników, relacji z ligowej młócki, ciągnących się opisów akcji. Alciato wybrał kilka mgnień z kariery Ancelottiego, Nie żałował niebanalnych metafor i nawiązań do wielkiego źródła przyjemności Ancelottiego – jedzenia. Poza kulinarnymi upodobaniami, Ancelotti nie mówi wiele o sobie. Liczy się piłka. Ale mniej tu samego futbolu, więcej spojrzenia Ancelottiego na futbolu i ludzi, z którymi pracował. Włoch nie wchodzi w detale. Nawet, gdy mówi o taktyce i swojej sztandarowej „choince”, rzuca tylko kilka haseł. Uchyla trochę kulisów, choćby związanych z relacjami z Adriano Gallianim w Milanie, czy triadą (Antonio Giraudo, Luciano Moggi i Roberto Bettega) w Juventusie.

„Nienasycony”, jako „Zwykły geniusz”, wyszedł w Wielkiej Brytanii w 2010 roku, zanim Ancelotti zaczął pracę w Paris Saint-Germain, skąd trafił do Realu Madryt. Wydawca dołączył więc 30-stronicowy dodatek. Większą część zajmuje esej Michała Okońskiego, resztę teksty szefów polskich stowarzyszeń – Realu Madryt i Milanu. O ile Okoński pisze na swoim stałym poziomie, to trzy pozostałe teksty nie wnoszą nic. Domyślam się, że zostały zamieszczone ze względów promocyjnych. Książka broni się sama i mimo, że została napisana cztery lata temu, a od tamtej pory Ancelotti wygrał Puchar Europy, nie trzeba do niej dopychać innych tekstów, w dodatku w osobnym grzbiecie.

Alciato zostawia czytelnika z obrazem Ancelottiego jako optymistycznego i prostolijninego człowieka. Jako trener nigdy nie szukał problemów, piłkarze na niego nie narzekali, pozwalał, by sprawy toczyły się swoim rytmem. Dochody z książki Ancelotti przekazał na finansowanie badań nad stawardnieniem zanikowym bocznym. Na ALS choruje Stefano Borgonovo, jego kolega z Milanu. Były napastnik, strzelec bramki w półfinale Pucharu Europy z Bayernem, zmarł po wydaniu książki, w 2013 roku.

Najładniejsza książka

Tytuł: Kopalnia. Sztuka futbolu nr 2
Autorzy: Paweł Wilkowicz, Łukasz Kwiatek i Bartek Kucharczyk, Michał Okoński, Michał Szadkowski, Iza Koprowiak, Kuba Polkowski, Michał Zachodny, Rafał Lebiedziński, Leszek Jarosz, Marek Wawrzynowski, Wojciech Kuczok, Grzegorz Rodynek, Rafał Stec, Olgierd Kwiatkowski, Sebastian Staszewski, Krzysztof Wolański, Piotr Żelazny.
Wydawca: Kopalnia

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

utbol może być sposobem na opowiadanie o świecie. Piotr Żelazny, współzałożyciel „Kopalni”, pokazuje jak to robić. Pierwszym numerem, który wyszedł w ubiegłym roku, byłem zachwycony. Drugi, dostępny w księgarniach od niemal dwóch miesięcy, nie zawodzi.

Rzuciłem się na tekst o Johanie Cruyffie. Jako cruyffista niczego nowego się nie dowiedziałem (a flagowy sklep Cruyffa jest w dzielnicy Born, do Bonanovy jest stamtąd daleko), ale portret Pawła Wilkowicza napisany z wielkim polotem. To obraz geniusza, który kilka razy wyznaczał kierunek światowej piłki i wciąż pociąga za sznurki, choć od odpowiedzialności ucieka. Niektóre figury retoryczne są brawurowe – Cruyff bohaterem katalońskiej wolności niczym Forest Gump, nie zawsze świadomy biegu wydarzeń – ale autor prowadzi opowieść bardzo sprawnie. Całość jest niezwykle smakowita.

Wciąga też m.in. tekst Leszka Jarosza o pirackiej lidze kolumbijskiej w latach 50. Historia nieuznawanych przez FIFA rozgrywek, gdzie płacono bajońskie pensje, przeplatana jest cytatami zakochanego w futbolu Gabriela Garcii Marqueza. Piotr Żelazny w Wiśle usiadł, przy jak mówi, najsłynniejszym kominku w kraju i rozmawiał z Antonim Piechniczkiem o polskiej myśli szkoleniowej. Chwilami bezradność wywiadowanego jest rozbrajająca. Wydaje mu się, że daje pytającemu odpór, broni swoich idei. Opowiada więc, że bieganie po górach to wciąż niezbędny element piłkarskich przygotowań. Nie czuje obciachu. Tekst pobudzający do refleksji.

Motywem przewodnik drugiego numeru „Kopalni” są piłkarskie umysły. 17 tekstów napisali różni autorzy, poziom jest więc zróżnicowany. Niektóre bardziej nadają się do czasopisma naukowego. Inne są za krótkie, bo jak opisać Erica Cantonę na sześciu stronach?

„Kopalnię” nie tylko dobrze się czyta, ale też ogląda. Przy pierwszej części rysunki na podstawie zdjęć ewoluowały w kierunku ilustracji. To jedna z najładniej wydanych książek sportowych, jakie widziałem. Grafiki od niedawna można kupić w większym formacie. Do błyskotliwego rysunku, na którym wielcy trenerzy ustawieni są niczym zawodnicy na boisku, zaglądałem kilkanaście razy.

W powodzi plastikowych biografii piłkarzy, z kilkoma książkami o 23-letnim Neymarze na czele, „Kopalnia” to przypadek osobny, najwyższa krajowa półka. Polski odpowiednik „Blizzarda” Jonathana Wilsona wychodzi nieregularnie. Wydawcy chcieliby, żeby pojawiały się przynajmniej dwa numery rocznie. Jeszcze w tym roku Kopalnia wyda biografię Vinniego Jonesa „It’s been emotional”.

Tytuł: The Knowledge. Your Football Questions Answered
Autor: James Dart
Wydawca: Guardianbooks

Przejrzenie tej książeczki zajmuje dwie godziny. To zbiór pytań i odpowiedzi, które pojawiali się w The Guardianie. W 2000 roku jeszcze nikt nie twierdził, że jeśli czegoś nie ma w Google, to znaczy, że to nie istnieje. Do redakcji nadeszło wtedy pierwsze pytanie. Kto był managerem Norwich, kiedy zwolniono z kontraktu Dionowi Dublinowi? Odpowiedzi udzielono, pytania wciąż napływają.

Ciekawostek jest sporo. Od najdziwniejszych pozwów (wygrywają chyba Zico i Zagallo, którzy sądownie doprowadzili do zamalowania swoich twarzy na drzwiach toalet lokalu Romario), przez historię grającego managera, który sam sprzedał się do innego klubu. Dowiedziałem się choćby, że wśród kibiców Fulham funkcjonowała anegdota, że kibicem klubu był Jan Paweł II. Miał oglądać drużynę z trybun Craven Cottege podczas studiów w latach 30. w niedalekim Roehampton. Londyńska wersja Radia Erewań.

Jeden z pytających był ciekaw, czy sam zapisał się w piłkarskich annałów. „Moja żona i ja wystąpiliśmy w reprezentacjach Wysp Dziewiczych. Czy istnieją inne pary z oficjalnymi meczami międzynarodowymi na koncie?” Czytelnika spotkał zawód. Podobne osiągnięcia mają m.in. Islandczycy Hermann Hreidarsson i Ragna Loa Stefandottir, czy Amerykanie Claudio Reyna i Danielle Egan.

Wiedeń w dużej formie

 

Co tydzień mecze przy 40-tysięcznej widowni, reprezentacja jadąca na mundial w roli faworyta i myśl taktyczna zaskakująca Europę. W Austrii dawno porzucono złudzenia, że te czasy powrócą. W futbolowych marzeniach wiedeńczyków nie ma europejskich triumfów, ani bogatych szejków. Wielu z nich ściganie się z wielkimi piłkarskiego biznesu już nie interesuje.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

– Z Polski? To miło, ale Ratajczyk to pajac – mówi mi Martin, gdy tylko się przedstawiam. Krzysztof Ratajczyk był pierwszym kapitanem Rapidu, który przeszedł do Austrii. W 2002 roku, po sześciu latach gry w zielono-białej koszulce, przeszedł do „Fiołków”. Wciąż gra w piłkę, choć już z amatorami. Do niedawna w FC Polska Wien. – Ratajczyk poszedł dla pieniędzy, historia jakich wiele. Taki niby z niego Rambo, a wybrał euro – irytuje się Martin. Będąc dokładnym, twardego, choć dość surowego obrońcę, skusiły wówczas szylingi. Prasa pisała o 7 milionach (wtedy 2 mln zł), których zażądał za przedłużenie kontraktu. „Rata”, jak nazywają go w Austrii, tłumaczył, że przeszedł do lepszego klubu. Z Austrią zdobył swoje pierwsze zagraniczne trofea – mistrzostwo i puchar Austrii.

Martin ma na sobie zieloną koszulkę Rapidu. Stoimy przed Ernst Happel Stadion, za półtorej godziny 313. derby Wiednia. Po chwili rozmowy znów wraca temat pogoni za pieniądzem. Rapid jest drugi w tabeli, Austria dopiero siódma. Dwa dni wcześniej obronę tytułu świętował Red Bull Salzburg. – Tytuł możesz dziś kupić. Zawłaszczasz klub, wprowadzasz swoje zasady i gnębisz tych, za którymi przemawia historia – tłumaczy zirytowany. Austriacki duopol drużyn ze stolicy, które 56 razy zdobyły mistrzostwo kraju, został przełamany 9 lat temu. Od tamtej pory Red Bull wygrywał ligę 6 razy. Wcześniej, jako Casino, tylko dwa. – Plastikowy klub – komentuje Hana. Rapid należy do kibiców, pieniędzmi Red Bulla gardzi.

Tutaj rozegrano pięć finałów Pucharu Europy i Ligi Mistrzów. W 1970 roku na Praterze, w położonym nad Dunajem ogromnym parku, swój jedyny europejski finał przegrał Górnik Zabrze. Andrzej Zydorowicz jest pewny, że Polacy wyszli na mecz zupełnie rozkojarzeni. W najważniejszym dniu swoich klubowych karier kilka godzin spędzili na zakupach na Mariahilferstrasse. W sklepowym maratonie główny powód porażki widział też ówczesny prezes Górnika Eryk Wyra. Mnie spośród sklepów interesują tylko te klubowe, do Wiednia przyjechałem, by poznać piłkarską historię miasta.

Obaj wiedeńscy giganci nigdy nie spadli z ekstraklasy. W Bundeslidze gra teraz 10 zespołów, połowa z małych miasteczek. Rapid i Austria biją się ze sobą od ponad stu lat, teraz po cztery razy w sezonie. Wiener Derby w ilości rozegranych spotkań ustępują tylko Old Firm. Mecz jest jednostronny, 128. wygrana Rapidu. Na cztery gole zielono-białych, Austria odpowiada jednym. Na Ernst Happel Stadion (taka nazwa obowiązuje od 1992 roku) gospodarzem jest Rapid. Gra tutaj tymczasowo. Swój dom ma na zachodnim krańcu miasta, pięć stacji kolejki od gigantycznego, mieszczącego blisko 1,5 tysiąca komnat, Pałacu Schönbrunn.

W dzielnicy Hütteldorf zniknął właśnie jedyny chyba w poważnym futbolu stadion, który zaprojektował były piłkarz. W ciągu 15 lat gry w środku pola Rapidu Wiedeń Gerhard Hannapi strzelił 115 goli. 93 razy wystąpił w reprezentacji. Kiedy zakończył karierę, został architektem. Jego najsłynniejszy projekt to Weststadion, dziś znany jako Gerhard Hanappi Stadion. W zeszłym roku obiekt rozebrano. Obejrzeć mogę tylko pierwszą, wyrastającą z ziemi trybunę nowego stadionu. Budowa ruszyła pod koniec ubiegłego roku. Stadion na 28 tys. miejsc (w tym 8,5 tys. stojących) ma być za rok gotowy. Nazwa została sprzedana, zanim pierwsza koparka wjechała na plac budowy. Będzie banalna i zmuszająca do smutnej refleksji – Allianz Stadion, dla odróżnienia od istniejących już Allianz Park w Londynie, Allianz Stadium w Sydney, Allianz Parque w Sao Paulo, Allianz Riviera w Nicei oraz monachijskiej Allianz Areny.

Annagasse 3B, niepozorna kamienica w centrum Wiednia. W 5 minut można stąd dojść do Domu Mozarta, Opery Wiedeńskiej i Musikverein, gdzie co roku, w Złotej Sali, odbywa się noworoczny koncert filharmoników wiedeńskich. Przyszedłem tu dla innego artysty. Po prawej stronie wejścia do kamienicy wisi tablica z nazwiskiem Matthiasa Sindelara. Jestem jedynym turystą, który przygląda się informacji, że w tym domu zmarł „Król wiedeńskiego futbolu”, „serce i mózg Wunderteamu”. Sindelar był najwybitniejszym piłkarzem w historii Austrii, a jego pośmiertna legenda tragicznego buntownika jest związana z domem przy Annagasse.

Sindelara znaleziono tu martwego 23 stycznia 1939 roku. Leżał na łóżku w swoim mieszkaniu wraz z Camillą Castagnolą, Włoszką żydowskiego pochodzenia. Kobieta zmarła następnego dnia. Wersja oficjalna kolportowana przez nazistów to zatrucie czadem z nieszczelnego piecyka. Ma sens, ale patrząc na postawę Sindelara wobec nowej władzy, można w nią powątpiewać. Szybko zaczęły się mnożyć rozmaite teorie. Ulica mówiła o zabójstwie z ręki prostytutki, jej alfonsa, a nawet samobójstwie. Najczęściej powtarzano wersję o służbach bezpieczeństwa, które miały dość zachowania popularnego w mieście Sindelara. Jego teczka w Gestapo pęczniała od donosów, wydłużała się lista poważnych grzechów, takich jak pomaganie Żydom. Na pogrzeb piłkarza przyszło 15 tysięcy ludzi. Sindelar leży na Cmentarzu Centralnym, jednej z największych nekropolii na świecie. Na Wiener Zentralfriedhof spoczywa w otoczeniu innych podziwianych przez publiczność mistrzów – Johanna Straussa syna i Ludwiga van Beethovena.

„Człowiek z papieru”, jak nazywano Sindelara ze względu na szczupłą budowę, przez półtorej dekady zdobywał gole dla Austrii Wiedeń. Urodził się jako Matěj Šindelář w Kozłowie w dzisiejszych Czechach. Jako nastolatek razem z rodziną przeprowadził się z Moraw do Wiednia, stolicy Austro-Więgier. W dzielnicy Favoriten imigrantów z Czech było mnóstwo. W Austrii Wiedeń Sindelar stał się bożyszczem. Prowadził klub do kolejnych tytułów, w 1934 roku był kapitanem reprezentacji na mundialu.

3 kwietnia 1938 roku, trzy tygodnie po Anschlusie, czyli wkroczeniu Wehrmachtu do Austrii. Mecz na Praterze miał być piłkarskim świętem podkreślającym jedność powiększonego państwa. Naprzeciw drużyny III Rzeszy stanął Wunderteam, tego dnia jako Ostmark, Marchia Wschodnia. W braterskim meczu miał paść remis, tak ustalono przed spotkaniem. Pierwszy zgrzyt, na życzenie Sindelara Austriacy zagrali w kolorach swojej flagi, na czerwono-biało-czerwono. Pojedynek długo przebiegał zgodnie przyjętym wcześniej scenariuszem.

Niespieszne tempo, kuriozalne pomyłki napastników. 20 minut przed końcem meczu kapitan Wunderteamu zdobył pierwszą bramkę i świętował przed trybuną honorową zajmowaną przez nazistowskich dygnitarzy. Chwilę później na 2:0 trafił Karl Sesta. Do szatni piłkarze schodzili przy okrzykach „Österreich!, Österreich” – „Austria! Austria!”. „Mozart Futbolu” zakończył reprezentacyjną karierę. Nie uległ namowom Seppa Herbergera, selekcjonera reprezentacji Niemiec. Tłumaczył się wiekiem i kontuzją kolana, z powodu której zawsze grał w ochraniaczu. Ale przyszły mistrz świata z 1954 roku wiedział, że Sindelarem kierują inne motywy. Z czasem przestał nalegać, Sindelar ze swastyką nie zagrał.

400 metrów od stadionu na Praterze, gdzie Sindelar wystąpił w kadrze ostatni raz, swoją siedzibę ma Hakoah. W 1925 roku mistrzostwo Austrii zdobyła drużyna napędzana ideą Muskeljudentum, muskularnego judaizmu. Żydzi na nowo stworzyli politykę ciała. Piłkarze Hakoah („Siła” w języku hebrajskim) wygrywali w Austrii, zarabiali krocie dzięki tournee w USA. Końcem epoki stał się Anschluss, w ciągu kilku lat żydowska społeczność niemal przestała istnieć. W 1949 sekcję piłkarską rozwiązano. Klub reaktywowano, gdy po świecie chodzili ostatni już piłkarze Hakoah. W 2000 roku grupa Żydów odkupiła teren na Praterze. Odbudowali klub, dziś w Hakoah działa kilkanaście sekcji.

Z Hakoah wyrósł m.in. Bela Gutman, węgierski trener Milanu, Porto i przede wszystkim Benfiki, z którą dwukrotnie w latach 60. wygrał Puchar Europy. Odchodząc miał rzucić, że bez niego Benfica nie powtórzy tego sukcesu przez sto lat. Po 29 latach, na grobie Guttmana na wiedeńskim Cmentarzu Centralnym, o ściągnięcie klątwy modlił się Eusebio. Klęczał i w imieniu klubu prosił o przebaczenie. Nic nie wskórał. Dzień później, w meczu z Milanem, Benfica znów zawiodła. Dziś od klątwy minęły 53 lata, Portugalczycy przegrali 8 finałów z rzędu, w tym pięć razy o Puchar Europy.

Bela Guttman prowadził 21 klubów, wygrywał cztery ligi. Ale to nie jedyny żydowski trener, który rozsławił austriacki futbol.

Malutki pokoik na stadionie Austrii. Prosty wystrój z początku XX wieku – krzesła, biurko, regał z książkami, obok pianino. Na ścianie, w skromnej ramce, zdjęcie drużyny, która rozbiła Niemcy 6:0. Obok dyplomy dla Hugo Meisla. W muzeum Austrii wydzielono pokój twórcy Wunderteamu, najlepszego okresu miejscowego futbolu. W latach 1931-32 z 14 kolejnych spotkań prowadzeni przez Meisla Austriacy wygrali 12 i 2 zremisowali. Pokonali największe drużyny tamtych czasów – Niemcy, Brazylię, Węgry i Włochy. Serię przerwała dopiero porażka na Wembley 3:4 w 1932 roku. Na mundial we Włoszech w 1934 drużyna jechała jako jeden z faworytów. W półfinale Wunderteam trafił na gospodarzy. Benito Mussolini nie po to wydał na organizację turnieju miliony lirów, żeby pozostawić wynik przypadkowi. Dzień przed półfinałem ugościł na kolacji sędziego meczu Ivana Eklinda. Jedyny gol meczu padł po wybiciu piłki z rąk bramkarza Petera Platzera. Piłkę do siatki wpakował Guiseppe Meazza, szwedzki arbiter bramkę uznał. Ten sam sędzia poprowadził też finał z Czechosłowacją. Europejska prasa lamentowała nad wypaczeniem wyniku trzech meczów w fazie pucharowej (zaczęło się od ćwierćfinału z Hiszpanią), pisano o „sportowym fiasku”, ale ten turniej Włosi musieli wygrać. Mussolini potraktował mundial jako okazję do pokazania światu potęgi faszystowskiego państwa i dopiął swego. Trud Duce opłacił się, bo po zwycięstwie Włochów jego popularność sięgnęła zenitu. Cenę za to zapłacili rywale, którzy polegli w nierównej walce, w tym Austriacy.

Skromny stadion, dziś na 13 tysięcy kibiców, Austria przejęła w 1973 od klubu czeskich emigrantów, Slovana. Kiedyś „Czeskie serce”, potem Franz Horr Stadium. Dziś to Generali Arena (znów mało oryginalna nazwa, identyczna jak stadionu Sparty Praga). Klubowe muzeum to duży pokój wypełniony pamiątkami. Żaden Polak nie zasłużył na szczególne wyróżnienie. Piłkarze znad Wisły pojawiają się tylko na zdjęciach grupowych. Z fotografii kadry na sezon 2001/02 uśmiechają się Krzysztof Ratajczyk, Adam Ledwoń i Tomasz Iwan. Po roku dwóch ostatnich nie było w klubie, a prowadzona przez Joachima Löwa Austria, z Radosławem Gilewiczem w składzie, zdobyła mistrzostwo. W „Die Veilchen” grali też Andrzej Kubica, Marek Świerczewski, Rafał Siadaczka, Paweł Sobczak, Sebastian Mila i Jacek Bąk. Polskie ślady są też w Rapidzie, gdzie oprócz Ratajczyka występowali Andrzej Lesiak, Maciej Śliwowski, Marcin Adamski i Kubica.

Derby Rapidu z Austrią nie były pierwszymi tego dnia. Mecz na Praterze oglądało 30 tysięcy kibiców, ale to przed południem, na prawym brzegu Dunaju, był komplet. Szczelnie wypełniono nie tylko trybunę stadionu SR Donaufeld. Pozajmowane są też miejsca przy stolikach tuż za bramką na nich piwo. Tuż obok piłkarze wychodzą z szatni na ostatniego przed pierwszym gwizdkiem papierosa. Kilka metrów dalej kantyna. W niewielkim pomieszczeniu piec, szafa grająca i dwa telewizory. Na ścianach zdjęcia drużyny na przestrzeni kilku dekad. Najstarsza fotografia z lat 20. Wśród tych nowszych na zdjęciu prężą się zawodnicy z lat 1991-92. Donaufeld osiągnęło wtedy historyczny sukces, grało w 2. Bundeslidze. Przy barze coraz dłuższa kolejka. Zestaw obowiązkowy to piwo i bułka z dużym kotletem. Z jednego stolików przy oknie widać rozgrzewających się zawodników. Mecz opóźnia się o kwadrans z powodu problemów z transportem jednego z piłkarzy Sportklubu. To ubrani na czarno kibice są dziś większością.

Phillip i jego dziewczyna Margit są w podróży z Berlina do Stambułu. – Jestem kibicem Tennis Borussi. W Wiedniu mam znajomych. Zaproponowali mecz Sportklubu i zapewniali, że będziemy czuć się, jak u siebie – opowiada. Na trybunach wisi ten sam transparent, który na początku sezonu widziałem w Berlinie, na meczu TeBe – „kein mensch ist illegal” – „żaden człowiek nie jest nielegalny”.

Wielu kibiców ma na sobie czarne koszulki St. Pauli. – Sportklub jest klubem lewicowym, nie ma co tego ukrywać. Ja akurat z St. Pauli się nie utożsamiam, ale czuję się wolnościowcem – tłumaczy mi Felix.

Przy każdym rzucie rożnym dla Sportklubu na stadionie dźwięczą klucze, którymi potrząsają kibice. Po jednym z nich piłka wpada do bramki. Sportklub wygrywa 3:0, Donaufeld spada na miejsce spadkowe. Zanim kibice zaczną zwijać z płotu flagi „Antifa” i „Antihomophobe Aktion”, zdążą wypić jeszcze kilka piw.

Wychodząc ze stadionu mijam Petera, kibica First Vienna. Mecz oglądał razem z fanami Sportklubu. Mecze obu klubów to jedne z najbardziej nietypowych derbów w Europie. Nie ma ich na liście meczów podwyższonego ryzyka. W Wiedniu grają „Dörbi of Love”, „Derby miłości”. – Na tych meczach jest najlepsza frekwencja w całym sezonie. Piknik trwa od rana. Widziałeś kiedyś derby bez policji? Przyjdź do nas – zaprasza Peter.

Na razie ruszam na stadion First Vienna, najstarszego klubu w mieście. Po drodze wpadam na stadion Sportklubu. To z kolei najstarszy plac do gry w Wiedniu. W piłkę grają tu od ponad stu lat. Trybuny blisko boiska, po drugiej stronie ulicy cmentarz. Na murach graffiti jak z „Rodziny Adamsów” – główne motywy to groby i nietoperze.

Futbol do Austro-Węgier sprowadzili szkoccy ogrodnicy Nathaniela Meyera von Rothschilda. Zaczęli grać z miejscowymi. Rothschild miał dość zniszczonych przez ganianie za piłką kwiatów. Zainteresowanym nową rozrywką przydzielił kawał placu i wyciągnięte ze stajni niebiesko-żółte stroje, które wcześniej służyły jeźdźcom. Od 1921 roku First Vienna gra na Hohe Warte Stadium. Uchodził wtedy za jeden z najlepszych na kontynencie.

Kilka ulic przed stadionem zaczynają się słupy oklejone vlepkami „Futbol przeciwko homofobii. Kibice First Vienna”. Tuż za bramą mijam popiersie Karla Deckera, strzelca 255 goli. Boisko położone jest w naturalnej niecce. Z trzech stron piłkarzy można oglądać z dość stromego wzgórza, niczym w amfiteatrze. Mecz z Włochami w 1923 roku oglądało 80 tys. ludzi. Dziś istnieje tylko jedna trybuna, stadion stracił na znaczeniu po wybudowaniu obiektu na Praterze.

Ostatni przystanek. Płacę 3,50 euro za małe capuccino. Kawę dostaję na tacy razem ze szklanką wody, jak każe wiedeński zwyczaj. Sięgam po rozłożony Wiener Zeitung (pierwszy numer gazety wyszedł w 1703 roku) i cofam się w myślach do czasów, gdy Café Hummel nazywało się Café Parsifal. Tego chyba nie przewidział nawet Jonathas Wilson, autor „Odwróconej Piramidy”. Spośród setek wiedeńskich kawiarni poszedłem do tej, o której Anglik wspomniał w swojej książce. W latach 20. i 30. w Parsifalu spotykali się kibice Austrii Wiedeń. Fani Rapidu chodzili do Café Holub. W swoim zamyśle taka kawiarnia ma przypominać demokratyczny klub, gdzie można rozprawiać godzinami i nie czuć presji kupienia kolejnej kawy.

Wiedeńskie kawiarnie to ówczesny odpowiednik angielskich pubów. Piłka była jednym z głównych tematów rozmów. To podczas dyskusji w kawiarni Hugo Meisl dał się przekonać i przywrócił do kadry sprawiającego kłopoty wychowawcze Matthiasa Sindelara. Wiedeńska elita przesiadywała w kawiarni cały dzień. Tutaj odbierało się pocztę i pranie.

Dziś Cafe Hummel nie ma żadnych piłkarskich pamiątek. O istnieniu futbolu przypomina tylko stojący w rogu automat do obstawiania meczów. Na ekranie wybiera się wydarzenie, typuje wynik i płaci. Maszyna drukuje kupon. Piłkarski romantyzm został w wiedeńskiej kawiarni sprowadzony do atomatu do zarabiania pieniędzy.