Miesięczne archiwum: Listopad 2015

Co zrobił Piechniczek

Tytuł: Piechniczek. Tego nie wie nikt
Autor: Paweł Czado, Beata Żurek
Wydawnictwo: Agora 2015

O Kazimierzu Górskim powstało wiele książek, a o Antonim Piechniczku nikt wcześniej nie napisał. Do teraz.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dostałem to, czego oczekiwałem. Dobrą, śląskocentryczną opowieść, w której główny bohater wcale nie dominuje. To dobra książka, bo nie jest biografią trenera, który zajął trzecie miejsce na mistrzostwach świata. Paweł Czado w swoich tekstach w katowickiej „Gazecie Wyborczej” i na blogu, zawsze wraca do piłkarskiej historii Śląska. Jeśli więc w 1959 roku Piechniczka, wtedy piłkarza Zrywu Chorzów, zauważa Ewald Cebula, to nie kończy się na krótkiej wzmiance, kim był ówczesny trener reprezentacji juniorów. Dowiadujemy się, że Cebula grał m.in. w słynnym meczu z wicemistrzami świata Węgrami, który na cztery dni przed wybuchem wojny Polska wygrała 4:2. Walczył jako żołnierz Wehrmachtu, zdezerterował i zgłosił się do armii Andersa. We Włoszech dostał propozycję gry w rzymskim Lazio.

W Ruchu trenerem Piechniczka był Teodor Wieczorek. W czasie wojny grał wGermanii Königshütte, czyli AKS-ie Chorzów. W 1945 roku w radzieckim obozie jenieckim pod Hawelą spotyka Gerarda Cieślika. Obaj trafiają tam, jako żołnierze Wehrmachtu. Wieczorek zna rosyjski, wstawia się za Cieślikiem, który jest na liście wywózki do łagru. Strzelca dwóch goli w meczu ze Związkiem Radzieckim Piechniczek często widzi na swoim podwórku. Każde z kopiących piłkę dzieci chce się popisać przed łącznikiem Ruchu. Ten bajtle ignoruje.

Punktem wyjścia jest mundial w Hiszpanii. Właściwa opowieść zaczyna się na Śląsku. Na pierwszy mecz Piechniczka zabiera babcia. 1948 rok, Ruch gra z Polonią Warszawa. Jedziemy do Warszawy, na Opolszczyznę, wpadamy do Francji, potem zaglądamy do Tunezji i na Bliski Wschód. Poznajemy innego Piechniczka, niż ten, który Piotrowi Żelaznemu opowiada w drugiej „Kopalni” o polskiej myśli szkoleniowej. Nie tego, który wsadził Waldemara Fornalika na stanowisko selekcjonera. Widzimy człowieka, który spoglądając na góry z tarasu domu w Wiśle, wie, że na swoją pozycję długo i ciężko pracował. Trenera, który miał swoje zasady. Większość z osób, z którymi jako Piechniczek ścierał się przez lata, dziś przyznaje mu rację. Inni, jak kilku olimpijczyków z Barcelony, nie chciało opowiedzieć o reprezentacji z lat 1996-97.

Książka jest estetycznie wydana, z archiwalnymi, dobrze podpisanymi zdjęciami, bibliografią i aneksem pełnym statystyk. Można sprawdzić ile razy Antoni Piechniczek grał w Wałbrzychu albo kto strzelił gola w grudniu 1992, gdy jego Zjednoczone Emiraty Arabskie grały z Kuwejtem.

Książka Czado i Beaty Żurek to reportaż, trochę przypomina „Wielki Widzew” Marka Wawrzynowskiego i „Srebrnych chłopców Zagórskiego” Marka i Łukasza Ceglińskich. Powstała za zgodą bohatera, ale nie ma go w niej za dużo. Są anegdoty, zapadające w pamięć szczegóły i świadectwa epoki. Wiemy, kto skakał sobie do oczu w przerwie meczu mistrzostw świata, jaki klub podarował zagranicznym rywalom kryształ wielkości człowieka, kto do dziś ma do Piechniczka pretensje o pominięcie w składzie, dlaczego codzienne wstawanie na mszę może pomóc przed maturą oraz jak mocno wiatr przechyla maszty oświetleniowe stadionu Ruchu Chorzów. Wiemy też, jak żył człowiek, który zapisał się w historii polskiej piłki.

Tytuł: Futbol i statystyki
Autorzy: Chris Anderson, David Sally
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2014

Charles Repp w latach 1953-67 przeanalizował 2200 meczów. Wyliczył, że w sporcie, w którym jest 400 przejęć piłki w meczu, szczęście to połowa sukcesu. Skoro szanse na celne podanie są podobne, jak przy rzucie monetą i przy każdym kolejnym podaniu spadają, to drogę do bramki trzeba skrócić. Należy grać długą piłkę, bo to taktyka najbardziej efektywna.

Amerykańsko-niemiecki duet autorów książki „Futbol i statystyki” ma doświadczenie w pracy w zawodowym futbolu. Wychodzą od historii podpułkownika Reppa i przez teorię dochodzą do wniosków. Rysują wykresy i atakują cyframi. Liczą sami i podpierają się cytatami. Przytaczają m.in. badania, z których wynika, że zawodnicy z krajów, które mają poważne wewnętrzne problemy, są bardziej brutalni na boisku. Ale przykłady są tylko dwa – w badanym okresie częściej kartkami karani byli piłkarze z Izraela i Kolumbii. Policzono nawet najbardziej dogodne momenty na kolejne zmiany – to 58., 73. i 79. minuta.

Książkę czyta się ciężko, jest nierówna. O ile początek jest dość wciągający, to przez niektóre rozdziały trudno przebrnąć. Dużo liczb wykorzystano do udowodniania oczywistych tez. Cały wątek o powodach porażki André Villasa-Boasa jest zupełnie nieprzekonywujący. Wybiórcze przykłady dobierane tak, by wyjaśnić dane zjawisko. Im bliżej końca, tym trudniej do niego dotrzeć. „Futbol i statystyki” czyta się ciężko. Po dodarciu do ostatniej strony nie poczułem, że ten trud został wynagrodzony. Zainteresowani piłkarskimi statystykami powinni sięgnąć po „Soccernomics” Simona Kupera i Stefana Szymanskiego.

Wątroba Besta i zęby Suareza

Tytuł: George Best. Najlepszy
Autor: George Best, Roy Collins, tłumaczenie Robert Filipowski
Wydawnictwo: SQN, 2015

George Best żegna czytelnika swojej autobiografii zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Wydaje się, że po kilku dekadach walki z nałogiem, wyszedł na prostą. W 2001 roku, kiedy pisze książkę (w oryginale wydaną jako „Blessed”), dobrze zarabia dzięki wykładom i pracy eksperta telewizyjnego. Ma kochającą żonę i co najważniejsze, nie pije. Pouczające jest kalendarium na końcu książki. W 2003 roku zostaje aresztowany, gdy wdaje się w barową bójkę. Ktoś chciał mu zrobić zdjęcie, jak pije. Krótko później dostaje wyrok za jazdę po pijanemu. Potem rozwód. W listopadzie 2005 tabloid „News of the World” za zgodą Besta publikuje jego zdjęcie w szpitalnym łóżku z podpisem „Nie umierajcie jak ja”. Pięć dni później lekarz stwierdza zgon.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Życie Besta nie kręciło się wokół futbolu. W centrum zawsze był alkohol. W wieku 22 lat wygrał Złotą Piłkę i czekał go już tylko zjazd w dół. Sześć lat później odszedł z Manchesteru United i dla sportu był już ostatecznie stracony. Matt Busby nie potrafił sobie poradzić ze zdegenerowanym alkoholikiem, innym trenerom nawet nie zależało.

Best był pierwszym brytyjskim piłkarzem, którego utożsamiono z nadejściem nowych czasów, piątym Beatlesem. Występował w reklamach, na stałe zagościł na okładkach plotkarskich pism. „Pierwszy poppiłkarz” – piszą dziś na Wyspach. Trudno nawet powiedzieć, że nie uniósł ciężaru sławy. Autodestrukcyjny tryb życia prowadził już wtedy, gdy przedstawił się światu strzelając Benfice dwa gole w finale Pucharu Europy.

Legendarny skrzydłowy Manchesteru United nie szuka wymówek. Wie, że jego życiowe wybory były katastrofalne. Za każdym z nich – kolejnym romansem, przepuszczeniem fortuny, absurdalną umową z nowym klubem i odsiadką w więzieniu, zawsze stał alkohol. Po kilku dekadach przyszedł czas na radykalne środki, jak wszycie esperalu. Zaglądał do kieliszka nawet, gdy groziło to śmiercią, także po przeszczepie wątroby.

Opowieść o chłopaku z tradycyjnej rodziny z Belfastu czyta się dobrze. Anegdoty, wariackie historie i legendarne mecze, które kibice wspominają do dziś. Wszystko jest na swoim miejscu. Wydaje się, że Best w książce nikogo nie udaje. Pisze o wszystkim, nawet o próbie samobójczej. Czasem się usprawiedliwia, ale nie robi tego przesadnie. Choć o wiele spraw obwinia innych, to z książki tak naprawdę i tak wynika, że sam zniszczył swoje życie. Zrobił to z butelką w ręku, podziwiany do końca życia za mecze sprzed kilkudziesięciu lat.

Tytuł: Luis Suarez. Przekraczając granice
Autor: Luis Suarez, Peter Jenson, Sid Lowe, tłum. Michał Pol
Wydawnictwo: SQN, 2015

Biografie aktywnych piłkarzy nie porywają. Ale wspomnienia Luisa Suareza to niezła książka. Nie wejdzie do kanonu sportowej literatury, ale spod warstwy lukru można wydobyć chłopaka, który wyruszył w świat z biednego miasta na urugwajsko-argentyńskiej granicy i zrobił wielką karierę.

Dwukrotnie w swoim życiu Suarez znalazł się w celem światowej nagonki. W kłopoty pakował się nie raz, ale wtedy mówili o nim wszyscy. W obu przypadkach postanowiono go przykładnie ukarać, co zakończyło się absurdalnymi sankcjami. Urugwajczyk, a tak naprawdę spisujący jego wspomnienia Peter Jenson i Sid Lowe, rozpoczynają książkę od meczu z Włochami na mundialu w Brazylii. Za ugryzienie Giorgio Chielliniego, niewidoczne gołym okiem uszkodzenie naskórka, Suarez dostał większą karę, niż za kilka złamanych nóg. Nie mógł grać w meczach, ani trenować z drużyną. W ramach najbardziej kuriozalnej kary w historii futbolu, zakazano mu oglądania jakiegokolwiek spotkania z trybun.- To nie tak, że chcę wygrywać – ja po prostu muszę wygrywać. Strach przed porażką okrywa wszystko wokół mnie mgłą – nawet rażąco oczywisty fakt, że zawsze są na mnie skierowane tysiące par oczu. (…) W mojej głowie nagle coś się zamyka. I logiczne myślenie nie może przedostać się do „centrum dowodzenia” – pisze Suarez. Tłumaczy, że na boisku zachowuje się instynktownie, nie analizuje swojej gry. Dzięki temu doszedł na piłkarski szczyt, więc nie chce się zmieniać. Ostatecznie po historii z Chiellinim i transferze do Barcelony, podjął współpracę z psychologiem. Od tamtej pory nic nie zmalował.

Brytyjskie tabloidy miały używanie już wcześniej, gdy Suarez został oskarżony o rasizm. W pyskówce rzucił do Patrice’a Evry „negro”. Słowo, które wstrząsnęło opinią publiczną, było wymówione po hiszpańsku i było częścią zdania w tym języku. Nie ma w nim negatywnego wydźwięku, podobnie jak „guapo” (przystojny), czy flaco (chudy), jest często używanym przymiotnikiem. Tłumaczenia nie pomogły, kara została przywalona, etykietka rasisty przyklejona i to na stałe. Suareza pogrążyło jeszcze zamieszanie z niepodaniem ręki Evrze przed kolejnym meczem z Man Utd. Suarez opowiada, dlaczego nie zdecydował się na transfer do Liverpoolu i dlaczego rok później odszedł do Barcelony. Twierdzi, że mniej chodziło o samą Katalonię, a bardziej o wyrwanie się z Anglii. Czuł się nieustannie krytykowany, wręcz zaszczuty.

Suarez stawia pomnik Stevenowi Gerrardowi, chwali Brendana Rodgersa, narzeka na Marco van Bastena. Na trzy kolejki przed końcem sezonu Eredivisie, gdy Ajax stracił tytuł, drużyna integrowała się na jednym z licznych spotkań zaplanowanych przez Holendra. – Po czterech wbijaliśmy się do citroenów 2CV i krążyliśmy po Amsterdamie w poszukiwaniu tajemniczych wskazówek, gdy 35 km od nas, piłkarze AZ świętowali mistrzostwo – pisze Suarez. Najwięcej wdzięku mają opowieści z Urugwaju. Suarez maluje obraz biednego dzieciństwa i opowiada jak blisko był porzucenia piłki na rzecz imprez i włóczenia się za znajomymi. Chciał się wyrwać z Urugwaju, bo się zakochał. Jego dziewczyna razem z rodziną wyemigrowała do Barcelony. Krótko później na podbój Europy wyruszył sam Suarez. Ostatecznie, jego podróż do Barcelony wiodła przez kilkuletnie przystanki w Groningen, Amsterdamie i Liverpoolu. Na Camp Nou zaprowadził Suareza wewnętrzny przymus wygrywania, który po drodze wielokrotnie wpakował go w kłopoty.

Tu nie ma remisów

Stadion Aritma Praga

Byłem nieprzygotowany. Kiedy po 90 minutach na tablicy widniał wynik 2:2, chciałem wyjść ze stadionu. Przegapiłbym 19 rzutów celnych karnych z rzędu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Aritma Praga gra w czwartej lidze. W sobotnie przedpołudnie na nowej, solidnej trybunie usiadła setka kibiców. Drugie tyle oglądało mecz stojąc wokół boiska. Godzina 11.00 to idealna pora na kiełbasę i piwo, więc najwięcej osób kłębiło się w klubowej kawiarence. Kilka stolików, telewizor a na ścianach zdjęcia sprzed lat, autografy, proporczyki i półki z pucharami. Skromnie, ale przytulnie. Kiełbasa za 50 koron, czyli 8 zł. Piwo o połowę tańsze.

Stadion Aritma Praga

Aritma grała z Motorletem, innym z klubem ze stolicy. Historycznym sukcesem założonego w 1912 roku Motorletu jest sezon 1963/64, spędzony w czechosłowackiej ekstraklasie. Drużyna zdołała wygrać 1 z 26 spotkań.

Czwartoligowy mecz niczym mnie nie zaskoczył. Ale dotyczy to tylko 90 minut, zakończonych wynikiem 2:2. Po nim nastąpiły rzuty karne. W niższych czeskich ligach nie ma remisów. Piłkarze wiedzą, że każdy musi umieć strzelać jedenastki. W tym meczu celnych było 19 pierwszych rzutów karnych! Piłkarze, którzy w czasie meczu pokazali zwykłą, czwartoligową młóckę, walili po górnych rogach i trafiali. Pierwszym zawodnikiem, który zepsuł rzut karny był jeden z bramkarzy. Ostatecznie konkurs jedenastek zakończył się 11:10. Motorlet dostał za ten mecz dwa punkty a Aritma jeden.

Stadion Aritma Praga

Stadion Aritma Praga