Wątroba Besta i zęby Suareza

Tytuł: George Best. Najlepszy
Autor: George Best, Roy Collins, tłumaczenie Robert Filipowski
Wydawnictwo: SQN, 2015

George Best żegna czytelnika swojej autobiografii zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Wydaje się, że po kilku dekadach walki z nałogiem, wyszedł na prostą. W 2001 roku, kiedy pisze książkę (w oryginale wydaną jako „Blessed”), dobrze zarabia dzięki wykładom i pracy eksperta telewizyjnego. Ma kochającą żonę i co najważniejsze, nie pije. Pouczające jest kalendarium na końcu książki. W 2003 roku zostaje aresztowany, gdy wdaje się w barową bójkę. Ktoś chciał mu zrobić zdjęcie, jak pije. Krótko później dostaje wyrok za jazdę po pijanemu. Potem rozwód. W listopadzie 2005 tabloid „News of the World” za zgodą Besta publikuje jego zdjęcie w szpitalnym łóżku z podpisem „Nie umierajcie jak ja”. Pięć dni później lekarz stwierdza zgon.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Życie Besta nie kręciło się wokół futbolu. W centrum zawsze był alkohol. W wieku 22 lat wygrał Złotą Piłkę i czekał go już tylko zjazd w dół. Sześć lat później odszedł z Manchesteru United i dla sportu był już ostatecznie stracony. Matt Busby nie potrafił sobie poradzić ze zdegenerowanym alkoholikiem, innym trenerom nawet nie zależało.

Best był pierwszym brytyjskim piłkarzem, którego utożsamiono z nadejściem nowych czasów, piątym Beatlesem. Występował w reklamach, na stałe zagościł na okładkach plotkarskich pism. „Pierwszy poppiłkarz” – piszą dziś na Wyspach. Trudno nawet powiedzieć, że nie uniósł ciężaru sławy. Autodestrukcyjny tryb życia prowadził już wtedy, gdy przedstawił się światu strzelając Benfice dwa gole w finale Pucharu Europy.

Legendarny skrzydłowy Manchesteru United nie szuka wymówek. Wie, że jego życiowe wybory były katastrofalne. Za każdym z nich – kolejnym romansem, przepuszczeniem fortuny, absurdalną umową z nowym klubem i odsiadką w więzieniu, zawsze stał alkohol. Po kilku dekadach przyszedł czas na radykalne środki, jak wszycie esperalu. Zaglądał do kieliszka nawet, gdy groziło to śmiercią, także po przeszczepie wątroby.

Opowieść o chłopaku z tradycyjnej rodziny z Belfastu czyta się dobrze. Anegdoty, wariackie historie i legendarne mecze, które kibice wspominają do dziś. Wszystko jest na swoim miejscu. Wydaje się, że Best w książce nikogo nie udaje. Pisze o wszystkim, nawet o próbie samobójczej. Czasem się usprawiedliwia, ale nie robi tego przesadnie. Choć o wiele spraw obwinia innych, to z książki tak naprawdę i tak wynika, że sam zniszczył swoje życie. Zrobił to z butelką w ręku, podziwiany do końca życia za mecze sprzed kilkudziesięciu lat.

Tytuł: Luis Suarez. Przekraczając granice
Autor: Luis Suarez, Peter Jenson, Sid Lowe, tłum. Michał Pol
Wydawnictwo: SQN, 2015

Biografie aktywnych piłkarzy nie porywają. Ale wspomnienia Luisa Suareza to niezła książka. Nie wejdzie do kanonu sportowej literatury, ale spod warstwy lukru można wydobyć chłopaka, który wyruszył w świat z biednego miasta na urugwajsko-argentyńskiej granicy i zrobił wielką karierę.

Dwukrotnie w swoim życiu Suarez znalazł się w celem światowej nagonki. W kłopoty pakował się nie raz, ale wtedy mówili o nim wszyscy. W obu przypadkach postanowiono go przykładnie ukarać, co zakończyło się absurdalnymi sankcjami. Urugwajczyk, a tak naprawdę spisujący jego wspomnienia Peter Jenson i Sid Lowe, rozpoczynają książkę od meczu z Włochami na mundialu w Brazylii. Za ugryzienie Giorgio Chielliniego, niewidoczne gołym okiem uszkodzenie naskórka, Suarez dostał większą karę, niż za kilka złamanych nóg. Nie mógł grać w meczach, ani trenować z drużyną. W ramach najbardziej kuriozalnej kary w historii futbolu, zakazano mu oglądania jakiegokolwiek spotkania z trybun.- To nie tak, że chcę wygrywać – ja po prostu muszę wygrywać. Strach przed porażką okrywa wszystko wokół mnie mgłą – nawet rażąco oczywisty fakt, że zawsze są na mnie skierowane tysiące par oczu. (…) W mojej głowie nagle coś się zamyka. I logiczne myślenie nie może przedostać się do „centrum dowodzenia” – pisze Suarez. Tłumaczy, że na boisku zachowuje się instynktownie, nie analizuje swojej gry. Dzięki temu doszedł na piłkarski szczyt, więc nie chce się zmieniać. Ostatecznie po historii z Chiellinim i transferze do Barcelony, podjął współpracę z psychologiem. Od tamtej pory nic nie zmalował.

Brytyjskie tabloidy miały używanie już wcześniej, gdy Suarez został oskarżony o rasizm. W pyskówce rzucił do Patrice’a Evry „negro”. Słowo, które wstrząsnęło opinią publiczną, było wymówione po hiszpańsku i było częścią zdania w tym języku. Nie ma w nim negatywnego wydźwięku, podobnie jak „guapo” (przystojny), czy flaco (chudy), jest często używanym przymiotnikiem. Tłumaczenia nie pomogły, kara została przywalona, etykietka rasisty przyklejona i to na stałe. Suareza pogrążyło jeszcze zamieszanie z niepodaniem ręki Evrze przed kolejnym meczem z Man Utd. Suarez opowiada, dlaczego nie zdecydował się na transfer do Liverpoolu i dlaczego rok później odszedł do Barcelony. Twierdzi, że mniej chodziło o samą Katalonię, a bardziej o wyrwanie się z Anglii. Czuł się nieustannie krytykowany, wręcz zaszczuty.

Suarez stawia pomnik Stevenowi Gerrardowi, chwali Brendana Rodgersa, narzeka na Marco van Bastena. Na trzy kolejki przed końcem sezonu Eredivisie, gdy Ajax stracił tytuł, drużyna integrowała się na jednym z licznych spotkań zaplanowanych przez Holendra. – Po czterech wbijaliśmy się do citroenów 2CV i krążyliśmy po Amsterdamie w poszukiwaniu tajemniczych wskazówek, gdy 35 km od nas, piłkarze AZ świętowali mistrzostwo – pisze Suarez. Najwięcej wdzięku mają opowieści z Urugwaju. Suarez maluje obraz biednego dzieciństwa i opowiada jak blisko był porzucenia piłki na rzecz imprez i włóczenia się za znajomymi. Chciał się wyrwać z Urugwaju, bo się zakochał. Jego dziewczyna razem z rodziną wyemigrowała do Barcelony. Krótko później na podbój Europy wyruszył sam Suarez. Ostatecznie, jego podróż do Barcelony wiodła przez kilkuletnie przystanki w Groningen, Amsterdamie i Liverpoolu. Na Camp Nou zaprowadził Suareza wewnętrzny przymus wygrywania, który po drodze wielokrotnie wpakował go w kłopoty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.