Miesięczne archiwum: Luty 2016

Po pierwsze ciastka, potem piłka

Stadion Belenenses

Nie przyjechałem po ciastka, nie chciałem też zaglądać do klasztoru. Do Belem, dzielnicy Lizbony, wybrałem się, by podziwiać widok ze stadionu Belenenses.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Z centrum Lizbony dojeżdżamy tramwajem nr 15. Mijamy Pałac Prezydencki i będąc na głównej ulicy Belem, zerkamy na pamiątkową tablicę. Pierwszy przystanek to miejsce, w którym założono Benfikę. W lutym 1904 roku grupa studentów zebrała się na tyłach Farmácia Franco. 24 osoby zawiązały klub sportowy o nazwie Sport Lisboa. Dziś jego kibice nazywają go największym na świecie, bo żaden klub nie ma tylu członków, co Benfica.

Tu powstała Benfica

Sto metrów dalej, też na głównej ulicy, Rua de Belém, docieramy do głównego punktu programu dla większości turystów. W długiej kolejce, która sięga kilku kolejnych sklepów, czekają klienci najsłynniejszej cukierni w kraju. Wszyscy, którzy stoją w ogonku, przyszli po pasteis de Belem.

Delikatne, kruche ciastka w kształcie babeczek mają w środku krem. Najlepiej, gdy jest ciepły, a same ciastka obsypane są cukrem pudrem i cynamonem. Produkowane i sprzedawane w tym miejscu od 1837 roku. Ich historia związana jest z mnichami zakonu św. Hieronima, którzy zamieszkiwali położony tuż obok Klasztor Hieronimitów.

Portugalskie babeczki z kremem (pastéis de nata) można dostać praktycznie w każdej cukierni i kawiarni w mieście. Barbarzyńską, zdaniem cukierników wersję przysmaku, można kupić w Pingo Doce, miejscowym odpowiedniku Biedronki. Cena jest 5 razy niższa.

Klasztor Hieronimtów

Klasztor Hieronimtów uważany jest za perłę stylu manuelińskiego, z którego słynie Portugalia. Został wybudowany jako wyraz dziękczynienia za szczęśliwą wyprawę Vasco da Gamy do Indii. W 2007 roku podczas szczytu Unii Europejskiej podpisano tu Traktat Lizboński. Stąd widać już stadion. W Belem są jeszcze dwie warte uwagi atrakcje. Obie nad brzegiem Tagu – Wieża Betlejemska i Pomnik Odkrywców. Odsyłam do przewodników lub strony infolizbona.pl.

Klasztor Hieronimtów

Klasztor Hieronimitów.

Stadion Belenenses

Na stadion w Belem warto przyjść wcześniej i nacieszyć oczy. Belenenses, które w 1946 roku wygrało ligę, było pierwszym mistrzem spoza portugalskiej „Wielkiej Trójki” (Benfica, Porto, Sporting). W tym sezonie Portugalczycy w Lidze Europy grali z Lechem Poznań i dwukrotnie bezbramkowo zremisowali. O niebanalnych związkach Poznania z Belem pisał Radosław Nawrot.

Stadion Belenenses

Położone tuż przy stadionie boisko do rugby.

Stadion Belenenses

Sekcja rugby ma też na stadionie swoją kawiarenkę. Wielosekcyjność to w Portugalii normalna sprawa. W Sportingu Lizbona na przykład, uprawia się ponad 30 dyscyplin.

Stadion Belenenses

Portugalczycy szanują sportową historię. Belenenses to skromny klub, ale na muzeum pieniądze się znalazły. Tak naprawdę to duże pomieszczenie, w którym postawiono wszystkie możliwe trofea, proporce i pamiątki. Efekt jest lepszy od jakiegokolwiek klubowego muzeum nad Wisłą.

Stadion Belenenses

José Manuel Soares, znany jako Pepe, był gwiazdką Belelenses, gdy w 1931 roku, w wieku 23 lat, zmarł na skutek zatrucia.

Stadion Belenenses

Widok z Estádio do Restelo jest piękny. W oddali, na drugim brzegu rzeki, widać pomnik Chrystusa Króla. Czerwony, wiszący most, bywa nazywany europejskim Golden Gate Bridge. Aż do 1974 roku nosił nazwę mostu Antónia Salazara. Nowa nazwa – 25 kwietnia, upamiętnia rewolucję goździków, która doprowadziła do obalenia następcy dyktatora.

Stadion Belenenses

– Przepraszam, mógłby pan usiąść na chwilę na miejscu obok? Mam zwyczaj, że na początku meczu siedzę na moim stałym miejscu – usłyszałem od Jose, kibica z Belem. Nie pomogło.

Belenenses – Vitoria Guimaraes 3:3. Gospodarze wygrywali 2:0, ale Vitoria, którą prowadzi Sérgio Conceição, wyjechała z Belem z 1 punktem. Ja wróciłem w pełni usatysfakcjonowany.

Stadion Belenenses

Stadion Belenenses

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Marmurowe piękno

Stadion Panateński

Każdego poranka w miejscu, gdzie odbywały się igrzyska Panateńskie i pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie, można wybrać się na poranne bieganie. Mecz koszykówki oglądało tu rekordowe 80 tys. ludzi.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion Panateński

Ateny. Fragment stadionu widać z Akropolu. Po zejściu ze wzgórza po drodze mijam Łuk Hadriana i Świątynię Zeusa. Grecka nazwa stadionu, Kalimarmaro, nawiązuje do materiału, z którego został wykonany. To jedyny tej wielkości w pełni marmurowy stadion na świecie. Panathinaiko położony jest w naturalnym zagłębieniu. Na igrzyska panateńskie zbudował go w IV wieku p.n.e. Lykurgos. W II w. n.e., czyli w czasach rzymskich, poprawek dokonał Herodes Atticus. Stadion zrekonstruowano pod koniec XIX wieku. Zapłacili za to greccy przedsiębiorcy, który marzyli o wskrzeszeniu idei olimpijskiej.

Stadion Panateński

Stadion Panateński wykorzystywany jest na koncerty, tutaj witano też narodowych bohaterów – drużynę Otto Rehhagela, mistrzów Europy z 2004 roku. W 1968 w finale Pucharu Zdobywców Pucharów FIBA AEK Ateny pokonało Slavię Praga. Mecz oglądało 80 tys. osób, co jest koszykarskim rekordem. Dziś maksymalna pojemność to 45 tysięcy.

1986 odbyła się tutaj ceremonia rozpoczęcia i zamknięcia pierwszych nowożytnych igrzysk. Walczyli tu atleci, gimnastycy, zapaśnicy i ciężarowcy. Pierwszym złotym medalistą został amerykański trójskoczek (13,71 m). Na stadionie zaplanowano też metę maratonu. Po 108 latach igrzyska wróciły na Kalimarmaro. W 2004 roku Stadion Panateński wykorzystano jako arenę łuczników oraz metę maratonu, tym razem także kobiet.

Stadion Panateński

Z bieżni może skorzystać każdy. Od 7.30 do 9.00 rano możliwy jest poranny jogging. Wystarczy wypełnić oświadczenie, że jest się świadomym, że na stadionie nie ma lekarza, ani nikogo odpowiedzialnego za trening.

Stadion Panateński

Ze względu na swój kształt, wnętrze stadionu jest widoczne z zewnątrz. W internecie turyści dyskutują, czy warto płacić za wejście do środka. Ja gorąco polecam. Bilet normalny kosztuje 5 euro, ulgowy (dla studentów i osób powyżej 65 lat) 2,50. W pawilonie, do którego wchodzi się podziemnym tunelem, można zobaczyć olimpijskie znicze.

Stadion Panateński, muzeum

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Klasyka gatunku zza Odry

Tytuł: Tor! Historia niemieckiej piłki nożnej
Autor: Ulrich Hesse, tłumaczenie Piotr Żelazny
Wydawca: Kopalnia

Jak na 300 stronach zmieścić ponad sto lat historii futbolu w kraju czterokrotnych mistrzów świata? Trudne zadanie. Oprócz historii piłkarskiej trzeba wspomnieć o tym, w jakich czasach grały kolejne pokolenia – od cesarstwa do wchłonięcia NRD przez RFN. W kilku epokach radzić sobie musiał Sepp Herberger, centralna postać książki Ulricha Hesse. Kiedy zaczynał kopać piłkę, rządził Wilhelm II Hohenzollern. Jako selekcjoner ściągał piłkarzy z frontu II wojny światowej, potem w eliminacjach mundialu grał z reprezentacją Saary. Mistrzostwo świata z 1954 roku to najbardziej doniosłe wydarzenie, które opisuje Hesse. Opowieść o Herbercie Zimmermannie, komentującym „Cud w Bernie” w niemieckiej telewizji, to piękna klamra spinająca tę naprawdę udaną książkę.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Uli Hesse zdecydował się na jej napisanie po rozmowie z angielskim reporterem, który nie wiedział, że niemieckie kluby nie są w prywatnych rękach, Bayern nie był jednym z założycieli Bundesligi, a w 1954 roku mistrzostwo świata zdobyli amatorzy. „Tor!”, książka napisana z myślą o brytyjskim rynku, stała się na Wyspach hitem. Dwa lata temu, 12 lat po premierze, wydała ją w Polsce Kopalnia Marka Wawrzynowskiego i Piotra Żelaznego, który jest tu również tłumaczem.

Niemiecki autor sprawnie poradził sobie z wyborem najważniejszych wątków. Zaczynamy od wyjaśnienia nazw niemieckich klubów. Potem historia się rozkręca. Wbrew pozorom niemało tu skandali, także korupcyjnych. Niemcy lat 70. to Bayern i Borussia Mönchengladbach. Franz Beckenbauer i Günter Netzer. Po nich przyszedł czas na pokolenie piłkarzy, o których mówiono, że mają zrogowaciałe łydki, bo cały czas robili wślizgi. Nudna, ale skuteczna generacja zawodników z lat 90. została zastąpiona przez kadrę Joachima Löwa. Tę rewolucję rozpoczął Jürgen Klinsmann. Hesse z pasją pisze m.in. o piłkarzach z polskimi korzeniami w Schalke i mundialu w 1974, gdzie najciekawszym wątkiem było załamanie nerwowe Helmuta Schöna po porażce z NRD. Na angielskim, najbardziej wymagającym rynku książek piłkarskich, „Tor!” nieustannie wymieniany jest wśród najlepszych historycznych pozycji.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Niepokorny
Autorzy: Steffan Effenberg, Jan Mendelin, tłumaczenie Maciej Szmigielski
Wydawca: Duch Sportu, 2014

Moda na piłkarskie biografie doprowadziła do odkopania książki Stefana Effenberga. Za Odrą wydano ją w 2003 roku, w Polsce 11 lat później. Przez ten czas w zawodowym życiu Effenberga nic się nie wydarzyło – ostatni rok kariery spędził w Katarze, potem zgodnie z zapowiedziami przeniósł się na Florydę, gdzie, co zaskakujące, prowadził ciche życie. Do czasu, gdy w październiku został trenerem grającego w Bundeslide Paderborn.

Książkę napisano prosto i to jej największy problem. Jest równie wyrafinowana jak niemiecki futbol z lat 80. i 90. Effenberg opowiada o o meczach dla Borussi Mönchengladbach, Bayernu, Fiorentiny i Wolsfsburga. Przez 1/3 książki opisuje początki związku z drugą żoną Claudią, wtedy małżonką byłego kolegi z Bayernu i reprezentacji – Thomasa Strunza.

Są anegdoty, historie skandali i podszczypywanie kolegów z boiska, choćby Lothara Matthäusa. Okazuje się, że przegrany przez Bayern finał Ligi Mistrzów w 1999 to w dużej mierze wina 150-krotnego reprezentanta Niemiec, który dał się ściągnąć z boiska. Swoje za uszami mają też Beckenbauer i Rumenigge. Na boisku sprawa jest prosta – jak gra Effenberg, to jest dobrze. Jak go brakuje, to przychodzą porażki. Gorsi od kolegów z szatni, trenerów i agentów, są tylko ludzie czyhający na jego fortunę – kobieta z klubu nocnego, z którym musiał pójść na sądową ugodę i facet, z którym szarpał się na ulicy. A kiedy policja zabrała mu prawo jazdy, to alkomat wcale nie wykazał tak dużo, niecały promil. A wyrzucenie z mundialu to już w ogóle była hucpa.

Dotarłem do końca. W obliczu setki nieprzeczytanych książek sportowych na półce, był to błąd.

Zagadka Adama Wolanina. Życiorys jak scenariusz filmu

Drużyna z Adamem Wolaninem

Nazywał się Adam Wolanin. Zaczął grać w piłkę w legendarnej Pogoni Lwów, a potem występował w Spartaku Moskwa, Blackpool i drużynie z Chicago. W 1950 roku reprezentował USA na mistrzostwach świata w Brazylii. Podobno, tuż po wojnie, był także piłkarzem Polonii Bydgoszcz.

Losy Adama Wolanina są jak gotowy scenariusz do filmu. Lwowianin z urodzenia przeżył drugą wojnę jak wielu jego krajan. Został wywieziony na wschód. Trafił do armii gen. Andersa. I grał w piłkę w sławnych klubach. Futbolowy trop Wolanina wiedzie jednak po wojnie także do Bydgoszczy.

Zdjęcie dawnej Polonii

O tym, że Adam Wolanin z Pogoni Lwów grał w Polonii mówił Edmund Szumiński – ostatni żyjący zawodnik bydgoskiego klubu z czasów tuż po II wojnie. Sam pamięta go jeszcze z lat 30. Wtedy obaj byli jeszcze juniorami. Szumiński w Polonii, a Wolanin w Pogoni. Spotkali się na jednym turnieju w 1937 roku.

Poszlaka, że Wolanin grał w Bydgoszczy? Zdjęcie.

 Adam Wolanin

Na niepodpisanej fotografii z 1945 roku widać grupkę polonistów. W środku – trzeci od lewej w białej koszulce stoi niezbyt rosły zawodnik z wysokim czołem. Podobny do Adama Wolanina ze Lwowa.

Piłkarz o takim imieniu i nazwisko występował w 1950 roku na pierwszych po wojnie mistrzostwach świata w Brazylii. Oczywiście nie w polskiej reprezentacji, lecz w ekipie USA.

Znajduję zdjęcie piłkarzy witających się przed meczem USA z Hiszpanią. Jest na nim Adam Wolanin.

Adam Wolanin na mistrzostwach świata

W materiale filmowym z MŚ 1950 wita się z Hiszpanami, w tym Telmo Zarrą.

Jest niewysoki, ma zaczesane do tyłu włosy. Widać podobieństwo z człowiekiem ze zdjęcia Polonii. Ale czy wychowany we Lwowie Polak, który walczył w armii Andersa, osiadł w USA i wystąpił w reprezentacji tego kraju na mundialu, naprawdę występował w Bydgoszczy?

Życie jak scenariusz

Historia zaczyna się na podwórkach lwowskiego Łyczakowa. Nastoletni Adam Wolanin był wielkim talentem piłkarskim. I jednym z wielu, którym karierę złamała wojna. W Pogoni Lwów, jednej z najlepszej drużynie międzywojnia w Polsce, zadebiutował w ekstraklasie już w 1937 roku, w meczu z Cracovią. Miał 168 cm wzrostu, zazwyczaj grał jako napastnik lub skrzydłowy. Do września 1939 roku zdążył wystąpić w 29 meczach ekstraklasy, strzelił 14 bramek.

Kiedy Lwów zajęła Armia Czerwona, miał 20 lat. Został w mieście i występował w nowozałożonym klubie podległym sowieckiej władzy – Spartaku. Musiał się sprawdzić, bo w latach 1940-41 występował w drużynie o tej samej nazwie, ale już ze stolicy – Spartaku Moskwa – jednej z najważniejszych drużyn w ZSRR. Spartaka opuścił, żeby z armią generała Andersa wyzwolić się z okowów sowietów. Szlak wiódł przez Bliski Wschód i Afrykę.

Po zakończeniu II wojny, jak ogromna większość żołnierzy Andersa, trafił w końcu do Wielkiej Brytanii. Wolanin był chorążym w Polskich Siłach Powietrznych, które stacjonowały w Bury St Edmund niedaleko Ipswich. W 1946 roku, za namową narzeczonej zgłosił się na testy do Blackpool, jednej z najlepszych drużyn w Anglii. W debiucie w rezerwach „Mandarynek” strzelił 5 goli. Potem zagrał jeszcze w lokalnych rozgrywkach i sparingach. Gry w piłkę nie mógł jednak pogodzić ze służbą wojskową.

W 1947 roku Wolanina odnajduję już w Stanach Zjednoczonych. Po wyjeździe za ocean od razu zaczął grać w piłkę. Najpierw w zespole Chicago Maroons, a następnie w polonijnym AAC Chicago Eagles, który walczył w lokalnej lidze NSL.

Z amerykańskim obywatelstwem dostał się do reprezentacji USA na mundial w Brazylii. W 1950 drużynę USA tworzyli amatorzy. Napastnik Ben McLaughlin nie dostał urlopu, w dodatku planował wesele, więc został w kraju. W jego miejsce wskoczył Polak. Wolanin wystąpił w jednym meczu, przegranym 1:3 z Hiszpanią. Zabrakło go na boisku w rozegranym cztery dni później słynnym meczu z Anglią. Zwycięstwo 1:0 amatorów z USA jest jedną z największych niespodzianek w historii mistrzostw świata – doczekało się nawet ekranizacji.

Wolanin w pierwszej reprezentacji więcej nie wystąpił. Na boisku, także w drużynie olimpijskiej, pojawiał się jeszcze w latach 60. Po zakończeniu kariery został trenerem w AAC Eagles, prowadził popularną wśród Polonii masarnię, a następnie restaurację.

Z pamiętnika przedwojennego polonisty

Wracamy do Wolanina w Polonii. Edmund Szumiński był jego rówieśnikiem i najdłużej żyjącym z przedwojennych piłkarzy Polonii. W 2010 roku dotarł do niego Sławomir Wojciechowski, autor książki „Zapomniane Pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949”. Z opowieści przedwojennego kapitana juniorów Polonii, który próbował reaktywować klub w 1956 roku, powstał w książce osobny rozdział.

Pytam go, czy można ufać pamięci legendy dawnej Polonii.

– Choć jego pamięć trzeba ocenić jako imponującą, to nie wszystkie szczegóły zawsze się zgadzały – mówi Wojciechowski.

W 1937 roku Szumiński i Wolnin grali w Kozienicach na mistrzostwach Polski juniorów. Pogoń Lwów była druga, o obiecującym Wolaninie pisała prasa. Polonia Bydgoszcz odpadła w pierwszej rundzie.

Czy mógł więc omyłkowo uznać innego człowieka o tym samym imieniu i nazwisku, który w 1945 roku w Polonii przez chwilę występował zawodnik, z tamtym Wolanin ze Lwowa.

Imienia nie jesteśmy w stanie sprawdzić, bo nie ma go w gazetach. Nie podał go też Szumiński.

W Bydgoszczy Wolanin miał się zjawić w październiku 1945 roku w brytyjskim mundurze. To by się zgadzało.

– Był chyba oddelegowany do wypełnienia misji wojskowej – pisze Szuminski. Mieszkał przy Szubińskiej, codziennie swoim jeepem dojeżdżał do koszarów przy Gdańskiej. – Nawiązaliśmy kontakt z racji wspólnego obozu sprzed 8 lat w Kozienicach. Nie poznaliśmy się osobiście, ale kojarzyliśmy fakty – wspominał Szumiński. Piłkarze mieszkali w namiotach, wspólnie trenowali, modlili się i pływali.

W 1945 roku ojciec Szumińskiego chorował, miał nowotwór. – Załatwiliśmy ojcu lampy w przychodni przy ul. Cieszkowskiego. Jednego z pierwszych dni naświetlania, gdy rano na rogu Śląskiej i Jackowskiego na chodniku czekaliśmy na taryfę, podjechał do nas wojskowy jeep. Wysiadł z niego Wolanin, przywitał się ze mną i zapytał, w czym pomóc – wspominał. Szumiński. Przez kolejnych 10 dni jego ojca woził do przychodni wojskowy samochód. – W sumie w Bydgoszczy Wolanin spędził kilka tygodni.

Informacje o polonijnym zespole Orłów z Chicago od kilkunastu zbiera Andrzej Proczka. Rozmawiał z byłymi zawodnikami i rodziną Wolanina – tego ze Lwowa. – Nigdy po wojnie nie przebywał w Polsce bo bał się represji ze strony komunistycznych władz – mówi kategorycznie, gdy pytam o występy w Polonii Bydgoszcz.

Gdy opowiadam o wspomnieniach Szumińskiego, jest ostrożniejszy. – Z tego co wiem, starsi działacze klubu mówili, że Wolanin bał się on wracać do Polski. Nie wiem, czy byłby więc w Bydgoszczy po zakończeniu wojny.

I na koniec jeszcze jeden trop, że sławny Wolanin ze Lwowa to nie Wolanin z Polonii. O zawodniku o tym nazwisku można przeczytać, że przez chwilę grał w Polonii także w 1948 r. A tp już całkowicie wyklucza wychowanka Pogoni. Wtedy był już w USA.

– Wojna zabrała mu najlepsze lata dla sportu i rodziny. Nigdy nie pogodził się ze swoim losem i topił smutek w alkoholu – pisał Andrzej Gowarzewski w Kolekcji Klubów GiA.

Zmarł w 1987 roku. Spoczywa na katolickim cmentarzu Maryhill na przedmieściach Chicago.