Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Real i Barcelona zostają w tyle

Księgarnia w Portugalii

Portugalska „wielka trójka” w lizbońskiej księgarni

Portugalczycy lubią piłkarską historię. Muzeum ciekawsze od tego, które stworzył najbogatszy polski klub, czyli Legia, stworzyło nawet skromne Belenenses. Największe kluby w Portugalii – Porto, Benfica i Sporting, nie mają się czego wstydzić nawet dla tle gigantów zza wschodniej granicy – Barcelony, Realu i Atletico.

Porto

Stadion FC Porto

W sklepie na stadionie Porto kibiców wita toyota. Samochód był nagrodą za Puchar Interkontynentalny. Piłkarze chcieli auto sprzedać i podzielić się pieniędzmi. Klub uznał, że samochód powinien zostać w Porto jako pamiątka.

W klubowym sklepiku najciekawiej wyglądają historyczne koszulki. Modele sprzed kilku dekad są powyciągane, z krzywymi kołnierzykami. Wierne kopie strojów z epoki.

Stadion FC Porto

Estádio do Dragão.

Stadion FC Porto

Szatnia Porto.

Stadion FC Porto

W muzeum Porto Jose Mourinho zerka na Bobby’ego Robsona, pod bokiem którego wchodził do wielkiej piłki.

Stadion FC Porto

W wielu wielkich klubach nie ma gdzie trzymać mniej ważnych pucharów. W Porto wykazali się sprytem.

Stadion FC Porto

Puchar Interkontynentalny.

Muzeum FC Porto

Stadion FC Porto

Puchar Europy

Jeden z dwóch Pucharów Europy FC Porto. Główny powód mojej podróży do Portugalii.

Przewodnik z dobrym angielskim, świetnie wyeksponowane puchary. Oprócz dość męczącego pokazu multimedialnego, wszystko bez zarzutu.

Stadion FC Porto

Benfica

Stadion Benfiki Lizbona

34 puchary za mistrzostwo Portugalii.

Stadion Benfiki Lizbona

Naprawdę wielki klub wpłynął nawet na literaturę piękną. Dowody w muzeum Benfiki.

Stadion Benfiki Lizbona

Polska białą plamą na mapie piłkarzy Benfiki. Dawidowicz wciąż w rezerwach.

Stadion Benfiki Lizbona

Ale jesteśmy za to na innej mapie, zarejestrowanych kibiców. Benfica utrzymuje, że ma ich najwięcej, więc jest największym klubem na świecie.

Stadion Benfiki Lizbona

Stadion Benfiki Lizbona

Puchar Europy Benfiki.

Sporting

Stadion Sportingu Lizbona

Stadion Sportingu Lizbona

Polski ślad. Andrzej Juskowiak na planszy z medalistami olimpijskimi Sportingu. Futbol jest tylko jedną z wielu dyscyplin. Wszystkie trzy największe kluby w Portugalii prowadzą przynajmniej 20, a Sporting 30 sekcji.

Stadion Sportingu Lizbona

Piłkarsko jest się czym pochwalić, ale…

Stadion Sportingu Lizbona

Stadion Sportingu Lizbona

Stadion Sportingu Lizbona

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

 

Kiedy zbawca odchodzi

Pomnik Johana Cruyffa

Przed Stadionem Olimpijskim w Amsterdamie stoi pomnik Johana Cruyffa i Bertiego Vogtsa ujętych w scenie z finału mundialu. Twarzami skierowani są ku jednemu z boisk Fundacji Cruyffa.

Podążając śladami Johana Cruyffa byłem przed jego rodzinnym domem, w sklepie, ulubionej knajpie i na moście jego imienia. Na blogu pisałem o książce i bramce, która nie mogła się wydarzyć. Nawet nazwa tej strony do hołd dla człowieka, który najbardziej zmienił współczesny futbol.

Na kilka osobistych zdań jest dla mnie za wcześnie. Dziś zbiorę tylko kilka linków. W powodzi tekstów publikowanych po śmierci Cruyffa, najlepsze są te, które powstały wcześniej. Po polsku to esej z drugiej „Kopalni” Pawła Wilkowicza (o którym pisałem tutaj) a po angielsku David Winner, autor najlepszej moim zdaniem książki o piłce, „Brilliant Orange”. Nie zawodzą najlepsze europejskie pióra – Jonathan Kuper, Graham Hunter i Simon Kuper (tutaj, tutaj i do posłuchania tutaj). Nowych treści jest niewiele. Rozbawił mnie Boniek, który spotykał Cruyffa podczas turniejów golfowych. Trudno jest współpracować z geniuszem, a jeszcze gorzej, gdy ten doskonale wie, że nim jest.

– Jedna rzecz była wspaniała. I pokazuje charakter i siłę Johana. On nie był żadnym wielkim golfistą, ale mimo to każdemu podpowiadał: „Stary, nie tak! Musisz to zrobić inaczej!”.

– Na wszystkie tematy miał swoje zdanie, był człowiekiem o niesamowitej charyzmie. Jak gdzieś wchodził, czuło się, że wchodzi ktoś ważny. Po prostu wielka osobowość.

Co zrozumiałe, więcej wczoraj napisano o wpływie Cruyffa na sport, mniej o tym, jak odmienił Katalonię, nie tylko tę piłkarską. W filmie „En Un Momento Dado” Cruyff pojawia się na chwilę. Ludzie, którzy go nie poznali osobiście, opowiadają, jak zmienił ich życie. Świetna jest też fcbarcelońska seria „Recorda Mister”. Zanurzyć się w starych kadrach można tutaj – sto starych zdjęć.

Wiele z piątkowych okładek to wyżyny sztuki edytorskiej. Niestety, Polska kolejny raz okazała się być krajem zapatrzonym w siebie. Na okładce „Przeglądu Sportowego” Cruyff przegrał z Piotrem Zielińskim.

Dziękuję Johan. Byłeś wielki. Największy.

Onyszko o nerkach i gejach. Trochę o piłce

Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak

Tytuł: Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie
Autor: Arkadiusz Onyszko, Izabela Koprowiak
Wydawnictwo: SQN, 2016

Najbardziej szczegółowa relacja w książce, dotyczy porodu. Arkadiusz Onyszko dzieli się refleksjami na temat mody męskiej, dowiadujemy się też, co myśli o seksie sado-maso. Szczegóły anatomiczne jednego z kolegów komentuje: „Ależ on miał zaganiacza…”. O sporcie jakby mniej.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Skupmy się jednak na futbolu. Mnie najbardziej zaciekawił okres, jaki Onyszko spędził w Zawiszy. Do Bydgoszczy trafił w wieku 15 lat. Miał zastąpić Andrzeja Brończyka. – Pił mnóstwo kawy, czasem 20 dziennie – wspomina Onyszko. Kiedy po dwóch miesiącach, mimo obietnic, młody bramkarz nie zaczął nauki w liceum, na Gdańską przyjechali rodzice. Zabrali syna do domu, do Lublina. Onyszce groziła dyskwalifikacja. Wrócił do Bydgoszczy, poznał kelnerkę z przystadionowej kawiarni. Szybko weźmie z nią ślub. O bydgoszczance będzie głośno przy okazji konfliktu z mężem, o którym pisały tabloidy.

Z igrzysk w Barcelonie, gdzie nie zagrał ani minuty, Onyszko wrócił z medalem i złotym polonezem. – W Zawiszy stałem się niepotrzebny. Myślałem, że to koniec mojej przygody z piłką. W klubie mnie nękano. W lecie, na mecze Pucharu Intertoto, Zawisza jeździł z jednym bramkarzem – opowiadał „Piłce Nożnej”. Onyszko był karany za odmowę wyjazdu do Maroka na mistrzostwa świata drużyn wojskowych. Onyszko tłumaczył, że u będącej w zaawansowanej ciąży żony, wystąpiły komplikacje. W 1993 roku bramkarz trafił do Legii Warszawa.

Główna oś książki to walka bramkarza z chorobą. Nie tylko zakończyła jego karierę, ale też zagrażała życiu. Po wielu perypetiach, Onyszko przeszedł przeszczep nerki. Bramkarz barwnie opisuje dekadę gry w Danii. Tam wydał książkę, która częściowo była źródłem jego kłopotów. Teraz też dzieli się swoją wizją świata. Znów atakuje gejów, którzy jak uważa, chcieli mu zaszkodzić („Byłem w szoku, że mają taką władzę”). Medalista z Barcelony krytykuje imigrantów z krajów arabskich. Uważa, że nie ma szans, żeby zintegrowali się z duńskim społeczeństwem. Na tej samej stronie pisze, jak wygląda życie skazanego wyrokiem karnym. Są to własne doświadczenia. W szatni trzymał się z Afrykańczykami. Różnica mentalności z Duńczykami była zbyt duża. Onyszko był tak przewrażliwiony na punkcie swojego pochodzenia, że gdy nalano mu do bidonu wody z kranu, był przekonany, że to efekt rasizmu. Kiedy pisze o przywiązaniu do katolicyzmu, płynnie przechodzi do swoich łóżkowych podbojów.

Książka jest dość krótka, czyta się dobrze i szybko. Rozłożenie akcentów czasem irytuje. Izabelę Koprowiak, autorkę dobrze odbieranej serii rozmów w „Przeglądzie Sportowym”, najbardziej interesuje to, co poza boiskiem. „Fucking Polak” to pozostawia wrażenie niedosytu. Tak jak kariera Arkadiusza Onyszki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Legia. 100 latLegia. 100 lat
Autor: Przemysław Bator
Wydawnictwo: Buchmann, 2016

Jedną rzecz trzeba ogłosić od razu. Ta porządnie wydana książka nie jest pomyślana dla tych kibiców Legii Warszawa, którzy żyją tym zespołem. Na 1000-stronicową księgę trzeba poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Graficznie i edytorsko książka jest dopieszczona. Tylko krótka – 130 stron tekstu i 40 stron świetnej jakości zdjęć. Do tego twarda okładka i autor – Przemysław Bator – od lat piszący o Legii w „Przeglądzie Sportowym”. To wydawnictwo klubowe, na stulecie Legii, więc co naturalne, prezentuje oficjalną wersję historii. Trudno mieć o to pretensje.

Do opisanych tu „Legend Legii” załapali się Boruc, Brychczy, Deyna, Dziekanowki, Gadocha, Grotyński, Kosecki, Kowalczyk, Pisz, Radović, Zieliński i Vejvoda. Druga część to notki o obecnych zawodnikach. Do tego parę stron statystyk i rozmówki z Aco Vukoviciem i Andrzejem Strejlauem. Książeczkę przeczytałem, co zajmuje chwilę, ale niczego nowego się nie dowiedziałem. Zakładam więc, że wiedzy kibica związanego z klubem od lat, ta pozycja też nie poszerzy. To dobry zakup dla młodego kibica albo prezent, który włodarze Legii mogą wręczać oficjelom.

We wrześniu PWN ma wydać liczącą 1000 stron klubową księgą. Autorami będą Wiktor Bołba (historyk Legii Warszawa i kustosz klubowego Muzeum), Adam Dawidziuk (dziennikarz „Przeglądu Sportowego”), Grzegorz Karpiński (wieloletni aktywista ruchu kibicowskiego i badacz historii Klubu) oraz Robert Piątek (dziennikarz i współtwórca „Naszej Legii”).

Piłkarscy inteligenci znów kopią

Kopalnia. Sztuka futbolu nr 3

Tytuł: Kopalnia. Sztuka futbolu nr 3
Autorzy: Rafał Stec, Wojciech Jagielski, Michał Szadkowski, Leszek Jarosz, Michał Zachodny, Manuel Veth, Piotr Żelazny, Michał Okoński, Olgierd Kwiatkowski, Rafał Lebiedziński, Christopher Lash, Maciej Kaliszuk, Mariusz Bielski, Magdalena Żywicka, Michał Trela, Jacek Staszak, Paweł Czado, Artur Szczepanik, Kuba Polkowski, Joanna Wiśniowska, Thomas Dudek, Łukasz Wiśniowski, Mirosław Żukowski, Łukasz Hassliebe.
Wydawnictwo: Kopalnia

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Pomysł na „Kopalnię” jest niezmienny. Futbol może być sposobem na opowiadanie o świecie. To odtrutka na portalozę. Ukojenie dla tych, którzy zastanawiają się czy przeglądając sportowe newsy, nie zostali przekierowani na Pudelka.

Nieregularnik, w przyszłości być może kwartalnik, „Kopalnia”, to polska odpowiedź na „Blizzarda”. – W zamyśle ostatni bastion wielkiego dziennikarstwa. To teksty, które w żadnej gazecie by się nie zmieściły – mówi Piotr Żelazny. Pierwszy, mundialowy numer, wyszedł w maju 2014. Drugi (o którym pisałem tutaj), wydany rok później, traktował o wielkich piłkarskich umysłach. Teraz przyszła kolej na władzę.

Wojciech Jagielski, największa niespodzianka wśród autorów, pisze o Tokyo Sexwale, Południowoafrykańczyku, który przed chwilą walczył o fotel szefa FIFA. Jak na ironię, tekst, w którym piłki jest najmniej, należy do najciekawszych. Życiorys Sexwalego to współczesna historia RPA w pigułce. Droga od więźnia politycznego do multimilionera.

Jeśli lekturę „Kopalni” potraktujemy jako podróż, a potem spojrzymy na mapę, widać, że większość czasu spędzamy na futbolowych peryferiach. Do Niemiec wpadamy na chwilę, bo stamtąd ruszył w świat selekcjoner, który prowadził 18 reprezentacji. Przyglądamy się węgierskiej wsi Felcsút. Jej najsłynniejszy mieszkaniec, Viktor Orbán niecałą dekadę temu stworzył tu akademię, której zespół występuje dziś w ekstraklasie. Śledzimy też losy piłkarzy, którzy którzy trafili do rządu i to na wyższe stanowiska, niż ministra sportu. Islandczyk Albert Guðmundsson wybory prezydenckie przegrał, ale Kacha Kaładze może mieć więcej szczęścia. Polski ślad to m.in. drugie miejsce w lidze Górnika Radlin. Polityczna machina wciągnęła klub na szczyt, a potem zepchnęła w niebyt.

Choć niektóre teksty wydają się mniej odkrywcze, niż w poprzednich numerach, poziom wciąż jest bardzo wysoki. Książkę ogląda się nie gorzej, niż czyta. Są w niej ilustracje, które zapadły mi w pamięć bardziej, niż teksty. „Kopalnia” wydawana jest przez pasjonatów, ale mam nadzieję, że nie tylko dla nich.

P.S.
Jeśli wolicie słuchać, a nie czytać, Piotr Żelazny opowiada o „Kopalni” m.in. tutaj i tutaj.

Kopalnia. Sztuka futbolu nr 3

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Biało-czerwone marzenia. Od rozbitego żyrandola do finałów Euro
Autor: Romek Pawlak
Wydawnictwo: Rebis

Biało-czerwone marzeniaDziewięcioletni Kacper kibicuje reprezentacji Polski. Wraz z coraz lepszą grą w eliminacjach EURO 2016, zadaje swojemu ojcu coraz więcej pytań o polskich piłkarzy i futbol w ogóle. Taki jest pomysł autora, by książka „Biało-czerwone marzenia” trafiła do ucznia pierwszych klas podstawówki. Na tzw. targecie nie testowałem, ale myślę, że wyszło całkiem nieźle.

Od kolejnych meczów eliminacji EURO przechodzimy do sylwetek polskich piłkarzy. Na koniec jeszcze opowieść o czasach, gdy Polska wracała z mundialu z medalami. Całość wydaje się dobrze dostosowana do wieku odbiorcy. Są uproszczenia, ale nie przekłamania. Jakub Błaszczykowski przechodził trudny czas, bo zmarła mu mama. Ani słowa więcej.
Dobre zdjęcia, sporo nawiązań do internetu, nieźle poprowadzona opowieść. Drugoklasista dopytuje chociażby co oznacza RFN i jak można zatrzymać Anglię.

Choć książka może wydatnie pomóc w zainteresowaniu piłką, to na to, czy podczas finałów EURO polskie dzieci zafiksują się na punkcie futbolu, największy wpływ będą mieli piłkarze Adama Nawałki.

Jak Król przegrał królestwo

Tytuł: Przegrany. Grzegorz KrólPrzegrany. Grzegorz Król
Autor: Paweł Marszałkowski, Maciej Słomiński
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne, 2016

Fala przyszła z Anglii, wśród polskich piłkarzy to trzecia taka autobiografia. Andrzej Iwan, Igor Sypniewski, teraz Grzegorz Król. Piłkarz z tej trójki najsłabszy, ale z historią godną opowiedzenia.

Zaczęło się od 50 zł. Tyle postawił podczas pierwszej wizyty w kasynie. Miesiąc później nie potrafił myśleć o niczym innym, niż ruletce. W wieku 21 lat był hazardzistą. Po wyjazdowym meczu działacze Amiki potrafili wypłacić premie jeszcze pod stadionem rywali. Zanim autokar dojechał do Wronek, Król przegrał w karty 15 tysięcy premii i drugie tyle, pożyczone od kolegów.

– To, że wszystko przegrasz i przepijesz, to wiem. Ale kup sobie jedną działkę rocznie – mówił mu trener Jacek Grembocki. Chodziło o 15 tysięcy rocznie.

Nie udało się, Król przegrał wszystko, ok. 3 miliony zł. Kiedy we Wronkach co miesiąc na konto wpływało 50 tys. zł, jeszcze się jakoś trzymał. Potem już tylko się staczał. Alkohol, rozwód, nadwaga, oszukiwanie wszystkich wokół. Ostatniego gola w ekstraklasie Grzegorz Król strzelił w wieku 24 lat. W 2013 roku został trenerem piątoligowego klubu. Zawalił tę szansę, jak wszystkie inne. To, że jest zwolniony, dotarło do niego po stu godzinach alkoholowego ciągu.

Treść i forma książki nie są odkrywcze, ale czyta się ją dobrze. Paweł Marszałkowski i Maciej Słomiński spisali opowieść Króla bez zbędnych udziwnień. Konstrukcja jest dość jednostajna, ale książka jest krótka, czytelnik nie zdąży się znudzić. Co ciekawe, wspomnienia przeplatane są tekstami napisanymi na użytek terapii w ośrodku terapii uzależnień.

Wiele z tych historii jest naprawdę wstrząsających. Kiedy Król miał zawieźć pieniądze, które znajomy potrzebował do kupna samochodu, dojechał tylko do kasyna. Przegrał wszystko. Tak samo, jak 10 tys., którymi miał zapłacić za wykupienie swojej karty zawodniczej. Zamiast na spotkanie na spotkanie w PZPN-ie dojechał tylko do kasyna w Mariocie. Potem były pożyczki od lichwiarzy i ludzi z miasta.

Skoro to wspomnienia piłkarza, to muszą być anegdoty. Mamy więc tradycyjne u byłych piłkarzy Amiki rozjeżdżanie Stefana Majewskiego. Okazuje się też, że klęczący przed wejściem na Vicente Calderon Czesław Michniewicz, jednak się nie modlił, jak powiedział komentator. Przerażony awaryjną zmianą, sikał na ławce rezerwowych.

W wywiadach Król opowiada, że wielu bardziej znanych piłkarzy mogłoby się podzielić jeszcze bardziej wstrząsającymi historiami. – Są reprezentanci, którzy przegrali o wiele więcej, niż ja – opowiada. Po „Spalonym”, „Zasypanym” i „Przegranym”, nikt temu nie zaprzeczy.

PS.
Grzegorz Król nie wygląda tak źle, jak na okładce książki. Za tę kreację, plus dla wydawcy. Króla można zobaczyć i posłuchać m.in. tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Sport w Zakopanem w okresie dwudziestolecia międzywojennegoSport w Zakopanem w okresie dwudziestolecia międzywojennego
Autor: Maciej Baraniak „Kubów”
Wydawnictwo: Novae Res, 2015

Pierwsze sportowe skojarzenie z Zakopanem jest oczywiste – narciarstwo. Pierwsze zawody w skokach, na Kalatówkach, rozegrano w 1910 roku. Ustanowiony cztery lata później rekord skoczni, wyniósł 15 metrów. Na jednej z kolejnych konstrukcji, w Jaworzycach, zawodnicy nie chcieli startować. Większość skoków kończyła się upadkiem. Rozbieg był tak zbudowany, że wystrzeliwał zawodnika w górę. Lądowało się niemal pionowo. Ważne dla historii Zakopanego zawody, Narciarskie Mistrzostwa Świata FIS w 1929 roku, rozegrano już na Wielkiej Krokwi.

Słabo w mieście przyjęła się piłka nożna. Pierwszy kłopot – boisko. Z powodu dużego rozdrobnienia działek i faktu, że większość mieszkańców utrzymywała się z rolnictwa na lichej ziemi, piłkarze nie mieli gdzie grać. W 1930 zespół RKS-u Giewont zaprosił dwa zespoły z Krakowa. Wyniki towarzyskich meczów z Cracovią i Wisłą mówią wszystko – 0:21 i 2:16. Rok później Giewont zbankrutował. Mniejsze problemy niż z boiskiem piłkarskim, były ze stworzeniem toru dla saneczkarzy. Z niego, za opłatą, mogli korzystać także amatorzy.

W 1933 roku w Zakopanem odbyła się I Zimowa Makkabiada. Wystartowało 8 reprezentacji, w tym drużyna z Wolnego Miasta Gdańska. W Polsce istniało 20 żydowskich klubów, w których uprawiano sporty zimowe. Na zakończenie wzorowanej na igrzyskach imprezy, odegrano hymny Polski i Hatikwę, dziś hymn Izraela.

Autor, Marciej Baraniak „Kubów”, jest naukowcem. Książka jest bardzo dobrze wydana, ma świetne ilustracje (polecam m.in. zdjęcia bobslejów z międzywojnia), ale ciężko przez nią przebrnąć. Wszystko o formie mówi pierwsze zdanie: „Po raz pierwszy nazwa „Zakopane” pojawiła się w dokumencie Zygmunta II Wazy z 20 kwietnia 1630 roku”. Dla badacza tematu to pewnie dobre powitanie czytelnika. Kibic sportu raczej skrzywi. O ile duża ilość przypisów i bogata bibliografia, działają na korzyść, to styl mógłby być mniej formalny. Jeśli rozpatrywać tę pozycję, jako książkę na półkę w księgarni, a nie do uniwersyteckiej biblioteki, to brakuje wspomnień, wypowiedzi. Niektóre z tych, które są w książce, pokazują niewykorzystany potencjał. Franciszek Bujak tak opowiadał o starcie na igrzyskach olimpijskich w Chamonix w 1924 roku:

„Na jednej z wystaw sklepowych zobaczyliśmy przy nartach smarowidła. Nigdy dotąd o nich nie słyszeliśmy. (…) Zobaczyliśmy też po raz pierwszy, że do biegów narciarskich, są specjalne narty, buty i wiązania. (…) W Chamonix sami szukaliśmy tras, skoczni, błąkając się po obiektach. Przed skokami do kombinacji, chcieliśmy potrenować na skoczni. Nie mogliśmy jej znaleźć. Wreszcie jest! (…) Po namyśle zdecydowałem się na trening. Przy drugim skoku, już na samym dole, upadłem. Ledwo dowlokłem się na kwaterę. O skokach w konkursie otwartym nie było już mowy”.