Archiwum kategorii: Piłkarskie podróże

Groudhopping i groundspotting. Relacje z kilkudziesięciu krajów.

Piłka rodziła się na tym okrągłym stadionie

The Oval, Londyn

Londyński The Oval to mekka krykiecistów, ale pierwsze kroki stawiał tutaj także futbol. Na tym stadionie rozegrano pierwszy w historii nieoficjalny mecz międzynarodowy oraz finał pierwszej edycji FA Cup, najstarszych rozgrywek na świecie.

O Londynie pisałem już m.in. przy okazji wizyt na najstarszej piłkarskiej trybunie na świecie,  w pubie, gdzie ustalono reguły piłki nożnej, stadionie Arsenalu i meczu najbardziej hipsterskiej drużyny w mieście.

Mecz Anglia – Szkocja przesunięto o dwa tygodnie z powodu zamrożonego boiska. Udało się go rozegrać 5 marca 1870 roku. W przerwie, przy bezbramkowym wyniku, zastosowano nowinkę – drużyny zmieniły strony. Anglicy posłali bramkarza do gry w polu i stracili bramkę. Wyrównali w 89. minucie. Nieźle zagrał William Henry Gladstone, syn ówczesnego premiera. Składy są znane, ale ustawienie już nie. Wiemy za to, że w kolejnych meczach stawiano na ówczesny standard 1-1-8.

The Oval, Londyn

Anglicy zmierzyli się ze Szkotami na krykietowym stadionie The Oval. Dla futbolu to były pionierskie czasy. W ciągu dwóch lat w Londynie rozegrano pięć spotkań tych dwóch drużyn. FIFA nie uznaje ich za międzynarodowe mecze, bo zespół gości tworzyli Szkoci pracujący w stolicy Wielkiej Brytanii. Jako pierwszy oficjalny mecz reprezentacji wielu kwalifikuje dopiero rewanż w Glasgow. Piłkę kopano na krykietowym boisku Hamilton Crescent.

Angielska reprezentacja rozegrała na The Oval w sumie 15 meczów (w tym 5 nieoficjalnych). Wszystkie ze Szkocją lub Walią.

The Oval, Londyn

Metrem dojedziemy pod sam stadion. Trybuna The Oval przypomina najładniejsze brytyjskie obiekty – Craven Cottage, czy Ibrox Park. Rozegrano tutaj pierwszy finał FA Cup, najstarszych klubowych rozgrywek. W 1872 roku Wanderers F.C. (drużyna z Londynu) pokonali Royal Engineers A.F.C. 1:0. Finały FA Cup rozgrywano tutaj do 1892 roku. Krótko później areną stał się stadion nieistniejący stadion Crystal Palace (więcej o nim tutaj).

The Oval, Londyn

Na murze uwieczniono krykiecistę Leonarda Huttona, który grał dla Anglii przez ponad 20 lat i ludzi, którzy wpłacali pieniądze na ratowanie obiektu.

 

Tuż obok The Oval znajduje się Kennington Park. Razem ze stadionem teren stanowił kiedyś część Kennington Common. Mecze piłkarskie rozgrywało tutaj The Gymnastic Society. Niektórzy owo towarzystwo gimnastyczne klasyfikują jako pierwszą w historii drużynę piłkarską. Spotkania, według reguł sprzed powstania Football Association, rozgrywano jeszcze w XVIII wieku. Jednym z ostatnich meczów, w 1789 roku, był pojedynek dżentelmenów z Westmoreland i Cumberland. Stawką było 1000 gwinei.

Na terenie Kennington Common wciąż można pograć w piłkę. Wynajęcie na godzinę sztucznej murawy, do gry 11 na 11, kosztuje 99 funtów. Na zdjęciu laskarze.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pocztówka z Bremy

stadion Brema

Droga z samego centrum Bremy pod stadion zajmuje 20 minut. Spacer wzdłuż rzeki stawia Weserstadion w gronie tak pięknie położonych stadionów, jak Craven Cottage, Tolka Park, Hillsborough, Vicente Calderon, czy City Ground w Nottinhgam.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion położony nad samą Wezerą zobaczyłem przy okazji wypadu do Hamburga. Pomógł Flixbus. W drodze na Weserstadion mijałem grupki imprezowiczów. Każda z nich ciągnęła za sobą drewniany wózek, na którym oprócz grającego radia znajdował się spory zapas alkoholu. Wszystko było przepasane świecącymi się lampkami. Każdy uczestnik na szyi nosił zawieszony kieliszek.

stadion Brema

Pierwsze drewniane trybuny stanęły w tym miejscu w 1909 a właściwy stadion w 1926 roku. Nowoczesny obiekt zyskał obecny kształt niedawno, w 2011 roku.

Studenci, którzy zakładali klub w 1899 roku, sięgnęli po rzadko używany regionalizm. Słowo Werder oznacza rzeczny półwysep. Dokładnie taki, na jakim kopali piłkę.

stadion Brema

stadion Brema

Brema.

Pomnik muzykantów z Bremy, bohaterów baśni braci Grimm, jeden z symboli miasta. Osioł, pies myśliwski, kot i kogut poszukiwały nowego domu.

„Po długiej podróży dotarły do samotnej chaty. Ustawiły się jedno na drugim pod jej oknem, w ten sposób odkryły, że w środku ucztowali zbójnicy. Osioł zaczął ryczeć, pies szczekać, kot miauczeć a kogut piać. Następnie wszyscy czworo wpadli do izby. Wystraszeni rozbójnicy uciekli, a zwierzęta zamieszkały w ich chacie”.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jak nie zobaczyłem meczu w Andorze

Stadion w Andorze

Śnieg w Andorze spowodował radość u niemal wszystkich turystów. Byłem więc wyjątkiem. Przez śnieg tego dnia nie grano w piłkę, a Andora nie stała się 36. krajem, w którym zobaczyłem piłkarskie spotkanie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Do Andory wyruszyłem z Barcelony. Wycieczka była zaplanowana na jeden dzień. Autobusowa podróż w dwie strony kosztuje 50 euro. Wybrałem więc blablacar. Dotarłem bez problemów.

Z centrum stolicy ruszyłem do Encamp. Miejskim autobusem przejechałem 3 kilometry i wysiadłem przed samym boiskiem Prada de Moles. Czas i miejsce się zgadzały. Ale choć mecz miał się zacząć za kilkanaście minut, na boisku była tylko jedna osoba. Właśnie zaczynała odśnieżanie.

Przed wyjazdem wszystko dokładnie sprawdziłem. O 12.00 FC Encamp miał grać z Lusitans.
– Czemu nikt nie gra? Nie powinno być teraz meczu? – pytam odśnieżającego, jedyną osobę w okolicy.
– Przeniesiony z powodu pogody.
– Na kiedy?
– Pewnie na przyszły rok. Przyjedziesz? Daleko masz do Andory?
Potem sprawdziłem. W linii prostej 1700 km.

Na przystanku przy boisku Encamp wisi plakat zapraszający na mecze MoraBanc Andorra. W drużynie występującej w hiszpańskiej lidze gra Przemysław Karnowski.

Andora. W oddali reflektory stadionu narodowego.

Reprezentacja Andory istnieje od 1996 roku. Ma na koncie pięć zwycięstw. Obecnie gra w Andorze, ale wcześniej podejmowała też rywali w Barcelonie – na Stadionie Olimpijskim oraz Mini Estadi.

Najlepsi piłkarze Andory, choć grają u siebie, to rywalizują w hiszpańskich rozgrywkach. Na 5. poziomie ligowym Hiszpanii występuje FC Andorra.

W 2017 roku piłkarze Andory odnieśli aż dwa zwycięstwa. To był ich najlepszy rok w historii. Towarzysko pokonali San Marino, ale do prawdziwej sensacji doszło latem, w eliminacjach do mundialu. Piłkarze z Andory wymienili zaledwie 44 celne podania, ale pokonali u siebie Węgry 1:0.

Za najlepszego swojego zawodnika w historii mieszkańcy Andory uznają bramkarza Koldo. Przez cztery lata w Atletico Madryt nie zdołał zadebiutować w pierwszym zespole. Miał problemy z wywalczeniem sobie miejsca w rezerwach. Najbardziej znanym piłkarzem z Andory jest Albert Celades, który zgarniał puchary w Barcelonie i Realu Madryt. Jako młody zawodnik wybrał grę dla Hiszpanii i dla Andory nigdy nie wystąpił.

 

Estadi Comunal d’Andorra la Vella, stadion na 1300 osób. Największy w Andorze. Idąc dalej dalej na wschód, doszedłem do Santa Coloma. Tego dnia na boisku narodowego związku – Centre d’Entrenament, miały zostać rozegrane trzy mecze ekstraklasy. Z powodu pogody nie rozegrano żadnego. Górski naród, żyjący m.in. z narciarstwa, poddał się, gdy spadło kilka centymetrów śniegu.

Centrum miasta Andora.

Centrum miasta Andora.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Złota Jedenastka w Barcelonie

250 metrów od Camp Nou znajduje się bar, w którym czczeni są wielcy zawodnicy sprzed lat. Ze ścian spoglądają zawodnicy, których właściciele baru czczą jako narodowych bohaterów. Wszyscy są Węgrami.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Jeśli jesteś Węgrem i zakładasz bar sportowy w Barcelonie, 250 metrów od Camp Nou, to jaką drużynę eksponujesz, jaki mecz wspominasz i komu robisz ołtarzyk? Poprawne odpowiedzi: węgierska Złota Jedenastka, 3:6 na Wembley (Anglia-Węgry) i Ferenc Puskás.

Gości w Footballarium, przy Carrer de Benavent 7, wita z ulicy wizerunek Ladislao Kubali, ale w środku hierarchia jest jasna. Kubala wiadomo, był wielki, ale prawdziwy numer jeden to Ferenc Puskás. W cieniu Camp Nou osobne miejsce ma więc legenda Realu Madryt.

W zeszłym roku śladami najsłynniejszego Węgra podążałem w Budapeszcie, gdzie ma pomnik, popiersie, tablicę, mural, ulicę, stadion, a w sklepach osobne stoiska z pamiątkami. Nie zapominają o nim także Węgrzy na emigracji.

Właściciele Footballarium, Peter Buki i Erika Beke, założyli bar w 2014 roku. Peter piłkarskie koszulki i szaliki zbierał przez blisko trzy dekady. W menu potrawy katalońskie i węgierskie, ale gdy wpadłem do baru na kawę, byłem jedynym gościem niemówiącym po węgiersku.

Koszulki, szaliki i wycinki gazet można oglądać bez końca. Do picia m.in. palinka (owocowa brandy) i węgierskie likiery – Unicum i Hubertus.

Footballarium. Przy okazji meczu na Camp Nou punkt obowiązkowy.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

W tym sporcie Katalończycy są najlepsi

FC Barcelona hokej na wrotkach

W Barcelonie obejrzałem mecz najlepszej drużyny w historii dyscypliny. Z piłką zawodnicy radzili sobie wyśmienicie, ale prawdziwy podziw wzbudziła ich jazda na wrotkach.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Zasady? Czterech w polu plus bramkarz. Ten ostatni ma najgorzej. Obładowany ochraniaczami głównie klęczy. Zasłania niemal całą bramkę, więc wstrzelenie gumowej piłki do bramki nie jest proste. Atak fizyczny na rywala jest zakazany.

W środę o godz. 13.00 na ligowy mecz hokeistów Barcelony z Igualada HC przyszło kilkaset osób. Kilkanaście wspierało gości, zespół z katalońskiego miasteczka.

Dla Katalończyków to sport tak ważny, że kiedy w 1992 mieli okazję wsadzić do olimpijskiego programu dyscyplinę pokazową, wybór był oczywisty. W czterech katalońskich miastach rywalizowali hokeiści (pozostałe dyscypliny pokazowe to baskijska pelota i taekwondo). Wygrali Argentyńczycy przed Hiszpanami i Włochami. W finale w Palau Blaugrana potrzebna była dogrywka.

Są dwie wersje hokeja w wersji letniej. Ta wrotkowa, w którą grają Katalończycy, to w Niemczech rollhockey, we Francji rink hockey, a w USA hardball hockey. Z kolei odmiana przypominająca hokej na lodzie, gdzie zawodniczy jeżdżą na rolkach, znana jest jako ball hockey, inline hockey, roller hockey albo longstick hockey. Osobna historia to hokej na trawie, gdzie zawodnicy po prostu biegają.

Najbardziej utytułowane drużyny na świecie to Hiszpania (16 mistrzostw świata), Portugalia (15) i Argentyna (5). Gra jest na tyle szybka, że jeśli to możliwe, mecze rozgrywa się na boisku z jasną nawierzchnią. FC Barcelona gra w Palau Blaugrana. Z tego samego parkietu korzystają szczypiorniści, koszykarze i futsalowcy.

   

Zawodnicy z herbem FC Barcelony zaczęli jeździć na wrotkach w latach 40. W latach 70. i 80. Blaugrana regularnie wygrywała ligę hiszpańską. W ciągu dekady Katalończycy zgarnęli 10 Pucharów Europy. Dziś mają ich w gablocie 21, do tego 17 Pucharów Kontynentalnych (drugi pod względem ważności europejski puchar) i 28 mistrzostw kraju.

Wrażenia? Polecam członkom penyi, bo wejście jest darmowe. O ile na koszykówkę, piłkę ręczną i być może futsal, do Palau Blaugrana jeszcze się wybiorę, to hokeistów odpuszczę. Gra jest całkiem szybka, ale niczym mnie nie zaskoczyła. Mecz hokeistów Barcelony w europejskich pucharach można zobaczyć poniżej.

Tuż obok Palau Blaugrana, w ‚Pista de gel’ można pojeździć na łyżwach. FC Barcelona ma też amatorską drużynę hokeistów na lodzie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Powyborcza kupa w Katalonii

Oriol Junqueras uważa, że nie ma żadnych przeciwwskazań, by po ewentualnej wygranej w czwartkowych wyborach został zaprzysiężony na premiera Katalonii. Wypowiedzi udzielił telefonicznie, z więziennego korytarza. Dalej ze swojej celi oddalać mu się nie wolno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Demonstracje, łopoczące senyery, plakaty w oknach, transparenty na balkonach i żółte wstążki wpięte w kurtki. Tak wyglądała Katalonia podczas mojego tygodniowego wypadu na początku grudnia. Nawet na meczu hokeja na wrotkach za bramką w Palau Blaugrana wisiał napis „Llibertat Presos Polítics” (Uwolnić więźniów politycznych). Na czwartkowe wybory wybiera się 82 proc. Katalończyków.

Most Eiffla w Gironie.

Żółte wstążki, symbol solidarności z aresztowanymi katalońskimi politykami, najbardziej rzucały mi się w oczy w Gironie. Z tego miasta pochodzi były premier Carles Puigdemont, który przed aresztowaniem uciekł do Belgii. Żółtymi wstążkami obwiązano m.in. Most Eiffla, jeden z symboli Girony.

– Moi znajomi w kwestii niepodległości kilka lat temu byli podzieleni po połowie. Teraz większość jest za – opowiadał mi Filip, Polak, który od kilku lat mieszka na barcelońskiej Gracii. W sporadycznych wpisach na blogu opisuje nastroje wśród zwykłych ludzi. – Wbrew temu co często czytam w internecie, nie jest to tendencja zapoczątkowana przez burżuazję i elity finansowe i partie polityczne, tylko przez organizacje i samo społeczeństwo, które w 2012 roku po masowej demonstracji z okazji Diady zmusiło wręcz rządzącą katalońską centroprawicę z Convergencia i Unió (CiU) do opowiedzenia się za niepodległością – tłumaczy.

Ściana przy jednym z placów w barcelońskiej dzielnicy Gracia.

Oriol Junqueras lider lewicowej, proniepodległościowej partii Esquerra Republicana (ERC) od półtora miesiąca siedzi w podmadryckim więzieniu. Jego partia ostatnie przedwyborcze eventy organizuje pod murami więzienia. Junqueras, były europoseł, a ostatnio wicepremier Katalonii, został tymczasowo aresztowany razem z grupą innych byłych ministrów katalońskich pod zarzutami m.in. wszczęcia buntu. Polityk udzielił wywiadowi stacji radiowej RAC 1. Stwierdził, że nie ma widzi przeciwwskazań, by po wygranych wyborach został zaprzysiężony na premiera. Ale w pisemnej wypowiedzi dla Reutersa łagodził ton. Ogłosił, że on i jego współpracownicy są przede wszystkim demokratami, a separatystami w drugiej kolejności.

18. min. meczu FC Barcelony na Camp Nou. Kiedy zegar pokazuje 17:14 kibice krzyczą „I-inde-independència”.

Na barcelońskich ulicach moją uwagę zwróciła duża liczba plakatów partii Ciudadanos (Obywatele). Kandydaci trzymają serce, a w nich symbole Katalonii, Hiszpanii i Unii Europejskiej. Ciudadanos poparli zawieszenie lokalnego samorządu przez rząd w Madrycie w październiku. W Hiszpanii partia odbiera wyborców Partido Popular. Niewykluczone, że na Obywateli zagłosuje 25 proc. Katalończyków.

Niewykluczone, że wynik wyborów będzie nierozstrzygnięty. Partie chcą niepodległości mają bardzo podobne poparcie, jak antyseparatystyczne. Rozgrywającym może być Catalunya en Comu (Wspólna Katalonia), czyli katalońska wersja Podemos, pierwowzoru polskiej partii Razem.

Girona

Centrum Girony.

Z aresztu na 25. rocznicę ślubu nie wyjdzie kolejny polityk, Jordi Sanchez. Sąd stwierdził, że „istnieje ryzyko, że na mógłby doprowadzić do gwałtownej mobilizacji publicznej”. Jest przecież oskarżony o rebelię, nawoływanie do nieprzestrzegania prawa i sprzeniewierzenie publicznych pieniędzy. Głosowa wiadomość od Sancheza została puszczona na partyjnym wiecu. W konsekwencji został odcięty od kontaktu z rodziną.

Część katalońskich polityków została zwolniona za kaucją. Carles Puigdemont decyzją hiszpańskiego Sądu Najwyższego nie jest już ścigany Europejskim Nakazem Aresztowania, ale zostanie aresztowany, jesli wróci do Hiszpanii. Media spekulują, że Puigdemont może to zrobić, by poprawić wynik wyborczy proniepodległościowej listy Junts pel Si (Razem na Tak).

Polityczne plakaty podczas bożonarodzeniowego jarmarku przed barcelońską katedrą.

Wiadomo, że po wyborach w Katalonii będzie kupa. I nie chodzi nawet o powyborczy pat. Do defekacji nawiązują bożonarodzeniowe katalońskie tradycje. Charakterystyczne figurki, caganery, symbolizują m.in. równość, bo kupę musi robić każdy. W sklepach można kupić figurki ludzi ze świata polityki, duchownych, a także piłkarzy. Stawiane w bożonarodzeniowej szopce mają przynosić szczęście.

Tio de Nadal w Andorze.

Tradycyjne życzenia w Katalonii brzmią „Menja be, caga fort i no tinguis por a la mort”, czyli „Jedz dużo, sraj mocno i nie bój się śmierci”. Na wielu sklepowych wystawach stoi Tio de Nadal. W katalońskich domach pieniek przykrywa się kocem i barretiną, tradycyjnym beretem, a w Boże Narodzenie dzieci okładają go kijami. Obowiązkowa jest też piosenka, żeby pieniek wydalał słodkości, na przykład migdałowe nugaty, a nie śledzie. I ci, którzy byli grzeczni, faktycznie mogą liczyć na słodycze, które ponoć wypadają spod pieńka.

Caganery z Ronaldem Koemanem, Carlesem Puyolem i Ronaldinho.

Centrum handlowe w Barcelonie. Jaka para nie chciałaby zrobić sobie takiego zdjęcia?

Polityczny transparent podczas meczu hokeistów FC Barcelony z Palau Blaugrana.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Pocztówka z miasta José Mourinho

Vitoria Setubal

Z kolumny na głównym placu Setubal zerka Manuel Maria Barbosa du Bocage. XVII-wieczny poeta mógłby dziś pozazdrościć sławy najsłynniejszemu synowi miasta pod Lizboną. Stąd w świat wyruszył José Mourinho.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Vitoria Setubal

Estádio do Bonfim to ładnie położony stadion niedaleko centrum. Marsz z głównego placu zajmuje kwadrans. Efektownie podświetlony pomnik ma tutaj lewoskrzydłowy Jacinto João, czyli J.J. legenda Vitorii z lat 60. i 70. Pomnik stanął przed stadionem w dniu 95-lecia klubu.

Vitoria Setubal

Estádio do Bonfim

Więcej wpisów z wypadku do Portugalii tutajmuzea Porto, Benfiki i Sportingu oraz o ciastkach i meczu w Belem.

Vitoria Setubal

Estádio do Bonfim to dziś stadion na maksymalnie 15 tys. kibiców. Najwięcej ludzi przyszło w 1971 roku, by oglądać mecz Vitorii ze Spartakiem Moskwa. Obiekt ma swój klimat. Kilka meczów zagrała tu reprezentacja Portugalii.

Vitoria Setubal

Setubal to satelickie miasto Lizbony, podróż autobusem zajmuje 40 minut. Jedziemy przez Most Vasco da Gamy (17-kilometrowy most, który ma wytrzymać 120 lat, wiatr o prędkości 250 km/h oraz trzęsienie ziemi 4 razy silniejsze niż to, które w 1755 roku zniszczyło Lizbonę) lub starszy Most 25 Kwietnia (do 1974 roku Most Antónia Salazara, często porównywany do mostu Golden Gate w San Francisco). Miasto spokojne, ładne, bez szczególnych atrakcji.

Charakterystyczny stadion to jeden z największych atutów Vitorii. W gablocie nie udało się zebrać zbyt wiele – trzy puchary Portugalii i trzy puchary ligi. Każdy puchar zdobyty w starciu z drużynami z portugalskiej wielkiej trójki był w Setubal wielkim świętem.

Vitoria Setubal

Vitoria Setubal

W październiku 2017 roku ceramiczną tablicę z nazwą swojej ulicy otworzył w Setubal Jose Mourinho.

Vitoria Setubal

Kawiarnia w centrum Setubal

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Budapeszt śladami najsłynniejszego Węgra

Najsłynniejszy Węgier ma w Budapeszcie pomnik, popiersie, tablicę, mural, ulicę, stadion, a w sklepach osobne stoiska z pamiątkami. Został pochowany w najważniejszym kościele w kraju. Zajrzałem do wszystkich tych miejsc.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Trumna w bazylice

– Chciałbym zobaczyć podziemia i grób Puskása – zgłosiłem obsłudze Bazyliki św. Stefana w Budapeszcie.
– Puskás był największy, ale leżą tam też inni ze Złotej Jedenastki – słyszę w odpowiedzi, a za chwilę litanię nazwisk największych węgierskich sportowców. Trwała msza, więc musiałem zgłosić się za godzinę. W bazylice tłumy przyglądają się skrzyni ze zmumifikowaną prawą dłonią świętego Stefana, pierwszego króla Węgier. W podziemiach turystów jest niewielu.

– Prawdopodobnie najlepszy piłkarz wszech czasów – czytam na tablicy. Niedaleko znajdują się groby innych wielkich – Gyuli Grosicsa, Jenő Buzánszky’ego i Sándora Kocsisa. Ten ostatni, legenda Barcelony, ma osobną tablicę po węgiersku i hiszpańsku – napis „Cabeza de oro” – Złota główka – widać z daleka.

Nie znam drugiego kraju, w którym piłkarze spoczywają w najważniejszej świątyni. Pracownika, który mnie oprowadza nie dało się zatrzymać. Szybko wymienił Złotą Jedenastkę, skład Ferencvárosu z sezonu 1974/75 (finał Pucharu Zdobywców Pucharów). Zgubiłem się, gdy z piłkarzy Ujpestu przeszedł na zapaśnika tego klubu, Imre Polyáka. Czterokrotny medalista igrzysk też spoczywa w podziemiach bazyliki.

Ferenc Puskas

Bazylika św. Stefana w Budapeszcie

Puskás na ścianie

Historyczny mecz na Wembley, który wstrząsnął Anglią i potwierdził światową dominację Węgier, to największe zwycięstwo Złotej Jedenastki. W centrum Budapesztu spotkanie z 1953 roku upamiętnia mural. Jedna z dwóch bramek Puskása w tym meczu do dziś robi wrażenie.

Mural w Budapeszcie

Ulica i tablica Puskása

– Bywają geniusze, którzy szukają własnej drogi tak długo, aż ją odkryją, którzy walczą, by odnaleźć to, w czym są najlepsi by móc zająć się tym, do czego mają wrodzony talent. I bywa też, że układ gwiazd jest na tyle szczęśliwy, jak w przypadku Wolfganga Amadeusza Mozarta czy Ferenca Puskása: dobry Bóg zatroszczył się o takie okoliczności, by wszystko było gotowe na narodziny i rozkwit geniuszu – zaczyna niedawno wydaną w Polsce książkę György Szöllõsi. Autor ma już na koncie biografię Puskása, ale w Polsce, w ramach Roku Kultury Węgierskiej, wydano 50-stronicową książeczkę w nietypowym formacie. Ojciec najsłynniejszego Węgra – Ferenc Puskás senior grał w piłkę w Vasasie i Kispescie, potem został trenerem. Puskás junior, nazywany öcsi (młodszy brat), mieszkał niedaleko stadionu i kibicował Kispestowi. Po sąsiedzku mieszkał József Bozsik. W klubie z Kispestu spędził całą karierę. W reprezentacji wystąpił 110 razy. Dziś jest patronem stadionu Honvedu.

Ulica Puskása w Budapeszcie.

Optymistycznie nastawiony, prosto z ulicy Puskása, wkroczyłem na stadion. Moje pertraktacje z ochroną i pracownikiem klubu trwały kilkanaście minut. W końcu usłyszałem, że mogę wejść na stadion i zrobić kilka zdjęć. Wysłano jeszcze jedna osobę, która miała mnie pilnować. – Niedługo stadion zostanie zburzony. Będzie jak w Anglii – tłumaczył mi pracownik Honvedu oczekując mojego zachwytu. Wyjaśniłem, że gdyby ten stadion był już zburzony, a na jego miejscu stanąłby plastik z wizualizacji, to na pewno nie pchałbym się na peryferia Budapesztu, bo chciałem zobaczyć obiekt, na krórym grali Puskas, czy Bozsik. Nie doszliśmy do porozumienia.

Genialni nastolatkowie, Puskás i Bozsik, zadebiutowali w 1943 roku. Liga węgierska grała niemal przez całą wojnę. Drużyna prowadzona przez Puskása seniora i krótko przez Belę Guttmana, szybko rosła w siłę. Była już najlepszym zespołem w lidze, gdy polityczne decyzje zmieniły układ sił w całym węgierskim sporcie. Kispesti AC stał się klubem wojskowym i zmienił nazwę na Budapesti Honvéd SE. MTK Hungária FC został z kolei objęty opieką przez tajną policję. Z reformy zadowolony był Gusztáv Sebes, twórca Złotej Jedenastki. Na obiektach Honvedu kadra trenowała co tydzień.

W latach świetności w Honvedzie grali Ferenc Puskás, Sándor Kocsis, József Bozsik, Zoltán Czibor, László Budai, Gyula Lóránt i Gyula Grosics. Piłkarze, którzy są wymieniani w każdym tekście o najlepszych drużynach w historii piłki.  Dziś na mecze Honvedu chodzi 3 tys. osób.

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Niesamowitą siłę węgierskiej piłki pokazuje to zdjęcie. W Budapeszcie wychowywali się wtedy nie tylko najwięksi piłkarze najlepszej za kilka lat reprezentacji na świecie, ale także Ladislao Kubala, inna wielka gwiazda epoki.

Tablica przed stadionem Honvedu

Węgierski etap kariery Ferenca Puskása był imponujący. Uznawano go przecież za najlepszego zawodnika najlepszej drużyny świata. Ale to powrót do futbolu sprawił, że jest wymieniany wśród największych w historii. Gdy po dyskwalifikacji na przymusowej, porewolucyjnej emigracji podpisywał kontrakt z Realem Madryt, miał 30 lat i wielki brzuch.

Jego dorobek po trzydziestce trudno opisać. W Hiszpanii pięć mistrzostw i cztery tytuły króla strzelców. Do tego trzy Puchary Europy. W 1960 roku, w jednym z najlepszych finałów w historii, Real na oczach 127 tys. kibiców pokonał 7:3 Eintracht Frankfurt. Puskás zdobył cztery bramki, ale tego meczu na Węgrzech nie pokazywano. Na uciekiniera był zapis. Nie wolno było informować o jego sukcesach. W Realu Puskás grał do 39 roku życia. W Hiszpanii zdobył 242 gole w 262 meczach.

Puskás wrócił na Węgry dopiero w latach 80. Wcześniej prowadził drużyny na wszystkich kontynentach. Najlepiej poszło mu na początku trenerskiej – sensacyjnie doprowadził Panathinaikos do finału Pucharu Europy.

Mural z Puskásem koło stadionu Honvedu

Czytaj także: Jak pokonując Honved Wolverhampton Wanderers zostali mistrzami świata

Stadion Puskása

Dawny Népstadion (stadion ludowy) to od 2001 roku Stadion im. Ferenca Puskása (odwiedziłem go pięć lat temu). Ogromny obiekt niedaleko dworca Keleti został rozebrany w tym roku. W 1954 roku Węgrzy pokonali tu Anglię 7:1, a w 1985 z jednym z niewielu wielkich koncertów za żelazną kurtyną, wystąpił zespół Queen.

Stadion im. Ferenca Puskása

Na placu budowy zostały m.in. rzeźby i charakterystyczne wejście. W 2020 roku na nowym, 67-tysięcznym stadionie mają się odbyć mecze EURO.

Stadion im. Ferenca Puskása

Zobacz także: Amsterdam Johana Cruyfffa

Puskás w sklepie

Koszulka, książka, a może kieliszek? W węgierskich sklepach, nawet na lotnisku, można kupić pamiątki z Ferencem Puskásem. Wszystko na licencji, pod hasłem „Puskás. True legend”. Ceny wysokie.

Sklep przy Vaci utca, turystycznym trakcie Budapesztu. W drzwiach plakat z filmu o Złotej Jedenastce, której kapitanem był Puskas.

Puskás wśród dzieci

Pomniki piłkarzy, a w szczególności napastników, są niemal zawsze takie same. Zawodnik zawsze jest na boisku i albo za chwilę zdobędzie bramkę albo przed chwilą ją zdobył. Stąd podobne gesty – bieg z piłką przy nodze albo świętowanie gola.

Rzeźbiarz Gyula Pauer odtworzył stare zdjęcie, na którym Puskás zabawia się piłką na madryckiej ulicy. Przyglądają mu się zachwycone dzieci. Pomnik stoi z dala od centrum, przy cichej uliczce Starej Budy, Becsi utca.

 

Puskás w drodze na lotnisko

Ostatni przystanek. Większość turystów opuszcza Budapeszt jadąc autobusem E200 na lotnisko. Obowiązkowa przesiadka odbywa się na dworcu Kőbánya-Kispest. Na trawniku przed centrum handlowym stoi popiersie najsłynniejszego człowieka wychowanego w 19. dzielnicy stolicy Węgier.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pocztówka od wieśniaków

Hoffenheim. Słyną z hojnego sponsora, stadionu pośrodku niczego i złamania zasady 50+1. Wieśniacy mają od lat drużynę na górną połówkę Bundesligi, ale groundhoppingowo to strata czasu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dla klubu, który został założony w 1899 roku (choć amatorska drużyna piłkarska powstała o wiele później) najważniejszą datą jest 1989 rok. Od tamtej pory klub napędzają pieniądze Dietmara Hoppa, który miliardowy majątek zbił na rynku oprogramowania.

Widok ze stadionu.

Klub, który w 2000 roku był w 5. lidze, w ciągu 8 lat dotarł do ekstraklasy. Hojny sponsor po drodze dążył do fuzji, ale z połączenia TSG Hoffenheim, Astorii Walldorf i SV Sandhausen w nowy klub FC Heidelberg 06 nic nie wyszło.

Rzeźba w miasteczku

Na salony, w latach 2006–11 drużynę wprowadzał Ralf Rangnick. Po awansie do Bundesligi sześciotysięczny Dietmar-Hopp-Stadion przestał wystarczać jego patronowi i sponsorowi klubu. W szczerym polu wybudował więc nowy obiekt na 30 tys. osób. Całe Sinsheim, na terenie którego znajduje się Rhein-Neckar-Arena ma 36 tys. mieszkańców.

Sinsheim, w oczekiwaniu na mecz.

Rondo przed stadionem.

Kiedy Hoffenheim szło w górę, wielu pomstowało, że sukces można kupić. Dziś zawiść i niechęć skierowana jest teraz w kierunku RB Lipsk. TSG należy do Hoppego i stanowi wyłom w niemieckiej zasadzie 50+1.

W 2015 roku Hoppe mówił, że cała zabawa w piłkę nożną kosztowała go ponad 350 mln euro, z czego blisko 100 wydał na budowę stadionu i centrum treningowego. W ostatnich czterech sezonach Hoffenheim tylko raz wypadło z pierwszej dziesiątki Bundesligi.

„Ultrasi przeciwko rasizmowi” w młynie

Meczowo i turystycznie nic ciekawego, nie polecam.

Więcej wpisów o meczowych wypadach w Niemczech, tutaj

Stadion we Frankfurcie

Po drodze zahaczyłem o Stuttgart. W miejscu, w którym stoi Mercedes-Benz Arena (wcześniej Gottlieb-Daimler-Stadion i Neckarstadion) w 1933 roku powstał Adolf-Hitler-Kampfbahn. Dziś mieści 60 tys. osób. Rekord sprzed lat jest imponujący – 97 tys. osób na meczu Niemcy-Szwajcaria w 1950 roku.

Na mundialu w 1974 roku Polacy grali tutaj z Argentyną, Włochami i Szwecją. W 1988 roku odbyło się tutaj EURO. W 2006 roku znów mundial, w tym mecz o 3. miejsce Niemcy-Portugalia. Mnie przyciągnęły finały Pucharu Europy. Te areny staram się odhaczać na liście. W 1959 Real Madryt wygrał tu ze Stade de Reims a w 1988 PSV Eindhoven było lepsze od Benfiki.

Pamiątka po MŚ 2006.

Tuż obok stadionu znajduje się rezerwowy, pięciotysięczny obiekt VfB.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Najsłynniejsza górka piłkarskiej Polski

Zaniedbane, betonowe stopnie spośród których wyrasta trawa. Polecam, piękne miejsce.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

„Górka”, czyli słynna trybuna Arki Gdynia, jest niepozorna, ale jako obiekt o walorach historycznych, objęta została opieką konserwatorską. Większość polskich trybun bije na głowę samym położeniem – między lasem i morzem, które jest dosłownie o krok. Stadion został otwarty w 1932 roku. Inaugurację połączono z ważną wtedy imprezą – zlotem sokolstwa. Piłkarze Arki wygrywali tutaj mecze, które dawały awans do ekstraklasy i kolejnych rund Puchar Polski w sezonie 1978/79.

Ostatni raz Arka zagrała tutaj w czerwcu 2000 roku. Dziś w miejscu, gdzie kiedyś biegali piłkarze, stoją korty tenisowe. W zeszłym roku kibice Arki zgłosili modernizację „Górki” do budżetu obywatelskiego. Brak systemu odprowadzania wód opadowych powoduje, że konstrukcja osuwa się. Nietrudno zgadnąć, że projekt kibiców wygrał w głosowaniu.

Legendarna „Górka”. To tutaj biło serce stadionu Arki

Widok z „Górki”

To tutaj kibice Arki świętowali tegoroczny Puchar Polski. Wielu z nich uważa, że przy Ejsmonda zostało serce klubu. Organizowano tu „Międzypokoleniowe spotkania kibiców Arki” i przedsezonowe prezentacje. Na stronach kibiców Lechii Gdańsk, jako sukces klubu, opisywane jest zdobycie „Górki” z 1984 roku. Lechiści stanowili na derbach większość i wypchnęli gospodarzy z ich najważniejszego sektoru.

Nowy stadion

Nowy stadion, na 15 tys. widzów, przy Olimpijskiej, powstał w 2011 roku. Pierwsze boisko w tym miejscu zbudowano w 1937 roku. Po wojnie, na obiekcie z lat 60., grał tu Bałtyk.

Nowy stadion, podobnie jak obiekt Cracovii, wydaje się być idealny jak na potrzeby polskiego klubu, który nie ma mocarstwowych ambicji. Najlepszy moment meczu – wspólne śpiewanie „Więc chodź, pomaluj mój świat. Na żółto i na niebiesko”

Puchar Polski

Arka – Wisła Płock

         

Inne opuszczone stadiony na blogu

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Oto najciekawsze.

Empire Stadium, Malta

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Mostar. Wojna, religia i piłka

Tę zawiłą historię da się streścić w dwóch zdaniach. W Mostarze Velež, klub Bośniaków, został wypchnięty ze swojego stadionu, bo obiekt znajduje się po chorwackiej stronie rzeki. Gra tam więc reaktywowany po blisko 50 latach Zrinjski.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pierwsze skojarzenie z Mostarem to Stary Most. Mniej łączy dwa brzegi Neretwy, bardziej dzieli dwie społeczności – muzułmańską i chrześcijańską. Kamienną budowlę z czasów osmańskich zniszczono w czasie wojny, 1993 roku, po 427 latach istnienia. Odbudowano ją w 2004 roku.

Dla tej historii najważniejsza jest granica, jaką granicę wyznacza most. Po zachodniej stronie mieszkają Chorwaci. Na wschodzie Bośniacy.

Kość niezgody, stadion pod Bijelim Brijegom, wybudowano w 1971 roku. To drugi największy obiekt w Bośni i Hercegowinie po Asim Ferhatović – Hase – Stadionie Olimpijskim w Sarajewie. Wygląda jak typowy obiekt z czasów jugosłowiańskich. Duży, betonowy, położony wśród pięknych wzgórz, do tego z bieżnią. Większość kibiców siada na trybunie wybudowanej na naturalnym wzgórzu. Brutalistyczne piękno.

Od słynnego mostu idzie się tutaj pół godziny. Wokół murale z chorwacką szachownicą, ogródki z chorwackim piwem, chorwackie flagi.

Stadion wybudowano dla Veležu. Klub, z którego ewoluował, powstał w 1906 roku. Po II wojnie światowej był najpopularniejszą drużyną w Hercegowinie. Wygrywał Puchar Jugosławii, zdobywał wicemistrzostwa. W sezonie 1974/75 Velež eliminował z Pucharu UEFA Spartaka Moskwa, Rapid Wiedeń i prowadzone przez Briana Clougha Derby County. Wtedy identyfikowała się z nim większość mieszkańców Mostaru, nie tylko Bośniacy.

Ale na stadionie gra HŠK Zrinjski Mostar. To najstarszy klub w Bośni i Hercegowinie, ale ma wyrwę w historii. Powstał w 1905 roku jako klub studencki, Đački Športski Klub. Zmieniał nazwę, przez parę lat był wykluczony z rozgrywek, brał udział w fuzji, ale cały czas pozostawał ważny dla chorwackiej społeczności. W czasie II wojny światowej drużyna grała w rozgrywkach Niepodległego Państwa Chorwackiego. Marionetkowe państwo w 1941 roku utworzyli ustasze. Federacja została przyjęta do FIFA.

Po wojnie jugosłowiańskie władze uznały, że wszystkie kluby, które grały w faszystowskich rozgrywkach muszą zostać rozwiązane. Między 1945 a 1992 klub więc nie istniał. Zrinjski został reaktywowany w 1992 roku w znanym z objawień maryjnych Međugorje. Szybko przejęto stadion w Mostarze. Wszystko, co się dzieje po tej stronie rzeki, kontrolują Chorwaci.

Zrinjski, klub o biało-czerwonych barwach ma w herbie chorwacką szachownicę. W ramach współpracy Dynamem Zagrzeb, najsilniejszą drużyną w Chorwacji, w Zrinjskim grał m.in. Luka Modrić. W tym roku Zrinjski obronił tytuł. Ma na koncie 5 mistrzostw, wszystkie w ramach Premijer ligi Bośni i Hercegowiny. Dziś w lidze grają kluby chorwackie, serbskie i bośniackie, co kilkanaście lat temu wydawało się niemal niemożliwe. Sytuacja powoli się normalizuje. Nie na tyle jednak, by Velež mógł wrócić na stadion.

  

Wszystkie nazwy przepełnione są symbolami. Velež to góra nazwana na cześć słowiańskiego boga magii Welesa. Zrinski oznacza nazwisko rodziny, która po stronie Chorwatów i Węgrów walczyła z Turkami. Mostarzy to z kolei strażnicy mostu.

W ciągu ostatnich 20 lat Velež, klub o lewicowej tożsamości, stał się bardziej bośniacki. Zaczął być traktowany jako przeciwwaga dla nacjonalistycznie nastawionego derbowego rywala. Dziś grupy młodzieżowe obu klubów są niemal jednolite narodowościowo.

Piłkarska historia Mostaru jest wyjątkowa, ale książki sprzedają te same co w całej Europie – jest Zlatan, Ronaldo i Messi Caoliego i Ferguson. Z lokalnych bohaterów tylko Slaven Bilić i Novak Đoković.

    

Więcej wpisów z podróży do Bośni i Hercegowiny tutaj.

  

Widok ze Starego Mostu na meczety po wschodniej, bośniackiej stronie miasta.

W turystycznym centrum jedyne piłkarskie akcenty to koszulki Messiego i Ronaldo. Okolice mostu opanowują turyści, którzy wspaniałe jedzenie popijają rakiją. Latem jedną z atrakcji są skoki do wody. Miejscowi skaczą w miejscu, które wydaje się dość ryzykowne, ale wypadków nie ma.

Po drugiej stronie rzeki napisy są inne. Upamiętnienie muzułmanów zamordowanych w Srebrenicy.

Velež gra teraz na niewielkim stadionie przy drodze wylotowej z Mostaru. To zesłanie, bo w pobliżu jest kilka domów, pola i wzgórza. Od 13 lat, podczas derbów, Velež wraca na Stadion pod Bijelim Brijegom jako gość.  Do tej pory nie wygrał ani razu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Kogut pana Leona

W Katowicach urzekli mnie Ledwoniowie, w Zabrzu kogut, a Opolu widok za bramką. Tylko klęli wszędzie podobnie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Spragniony śląskich klimatów opisywałem tutaj mecze Ruchu Chorzów, Uranii Ruda Śląska i Szombierek Bytom. Wrzucałem także kadry stadionów Ruchu Radzionków, Śląska Świętochłowice i Placu Andrzeja, gdzie na początku XX wieku wyświetlano filmy, handlowano bydłem i końmi oraz grano w piłkę.

Tym razem w trzy dni zobaczyłem trzy spotkania – dwa na Górnym Śląsku i jedno na Śląsku Opolskim.

Przy Bukowej na trybunie głównej usiadła rodzina Adama Ledwonia. Jej członkowie założyli koszulki z kolejnych klubów piłkarza – GKS, Bayeru, Sturmu Graz i Austrii Wiedeń. Na plus maskotka, Gieksik.

W Katowicach ciągle jest aktualne hasło „Ekstraklasa albo śmierć”. Ekstraklasy nie ma, więc dzieję się mniej przyjemne historie. GKS tego dnia grał marnie, przegrał z Puszczą. Stek wyzwisk z trybun nie zaskakiwał, ale akcja po końcowym gwizdku już tak. Po chóralnym „Gieksa to my” i „Ściągać koszulki”, kapitan zespołu koszulkę faktycznie oddał dowodzącym na Blaszoku.

Zdjęcie z Muzeum Ślaskiego. Na pierwszym planie Spodek, w tle Stadion Śląski.

Zabrze

Byłem na stadionach większości finalistów Pucharu Zdobywców Pucharów, ale do tej pory nie mogłem odhaczyć Zabrza. Zwlekałem, gdy trwała budowa stadionu. Teraz nowy obiekt ma trzy trybuny. Czwarta, stara, jest teoretycznie najważniejsza, ale z najgorszymi warunkami i zasłaniającymi boisko filarami.

Na mecz Górnika z Arką po raz trzeci z rzędu zjawił się komplet – ponad 22 tys. kibiców. Reszta Ekstraklasy zazdrości.

Podwórko najbliższe stadionu. Zwyczajowo policja pijących pod chmurką tu nie szuka.

Droga na stadion Górnika.

Po drugiej stronie ul. Roosevelta kościół, który mocno przyciąga uwagę.

Okazuje się, że koguty, które Stanisław Sętkowski, bardziej znany jako pan Leon wręcza piłkarzom („Będę go zjadł” Nakoulmy) czekają przed meczem w krzakach. Lepiej nie podchodzić, bo kogut się denerwuje. Ciekawe co by robił, gdyby wiedział, że to jego ostatni dzień.

             

Opole

W teorii byłem przygotowany. Pociąg przyjechał do Opola o czasie, spacer z dworca, przez rynek, na stadion zajął 20 min. Nie wiedziałem tylko, że mecz Odry z Miedzią Legnice oznacza helikopter, psy i długą broń. Co robić, wiem z obserwacji. Jeśli kibicujesz gościom, dojeżdżając na stadion krzyczysz ‚Kurwy!’. Jeśli jedziesz autokarem, tyłek przyklejony do szyby też jest OK. Jako miejscowy rzucasz butelką z wodą lub kamieniem. Przechodniów na linii rzutu ignorujesz. Przestajesz dopiero, gdy dobiegniesz do policjanta, który stoi metr przed tobą i przeładowuje wycelowaną w twoim kierunku broń.

Po tych trzech meczach byłem zniesmaczony. W Katowicach wyzwiska i kapitan oddający koszulkę, w Zabrzu przekleństwa z obu stron, a w Opolu aż bolały uszy. Kto co ma w ustach, co ma w dupie, cała anatomia. Widocznie w Polsce inaczej się nie da.

Tutaj debiutował Wilimowski

Stadion przy ul. Kościuszki w Katowicach-Brynowie wybudowano w 1920 roku. Grali tutaj: 1. FC Katowice, Diana Katowice, okazyjnie Ruch Hajduki Wielkie, a po wojnie Gwardia Katowice. Po gruntownej modernizacji w latach 70., upadł pomysł sprowadzenia tu GKS-u Katowice, który wolał zostać przy Bukowej.

1 lipca 1928 roku reprezentacja Polski pokonała tutaj Szwecję 1:0. Szacowana frekwencja – 20 tys. osób. Był to pierwszy mecz reprezentacji na Górnym Śląsku. Od 1930 roku, gdy odmówiono gry 1. FC Katowice, do wybuchu wojny z obiektu korzystali tylko zawodnicy Diany. Przy Kościuszki w barwach 1. FC Katowice debiutował w rozgrywkach ligowych Ernest Wilimowski.

Nie tylko Kościuszki

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Oto najciekawsze.

„Górka” stadionu Arki przy ul. Ejsmonda

Empire Stadium, Malta

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Bośniacka Stalówka, czyli pocztówka z Zenicy

Rzeka Bośnia, po prawej Stadion wybudowany w 1972 roku „Bilino polje”.

Jeszcze w latach 60. wśród mieszkańców kantonu po 25 proc. stanowili Serbowie i Chorwaci. Dziś ponad 90 proc. to Bośniacy. Z ciekawostek to prawie wszystko, bo szczególnych atrakcji w rodzinnym mieście Jasmina Buricia nie odnotowałem.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Zenica to stutysięczne miasto, czwarte pod względem wielkości w Bośni i Hercegowinie. Autobusowa podróż z Sarajewa zajęła mi godzinę. Od razu widać, że turyści zaglądają tu rzadko. Tuż po II wojnie światowej miasto liczyło 10 tys. mieszkańców. Szybki rozwój był możliwy dzięki przemysłowi, także stalowemu. Tak powstał Nogometni klub Čelik Zenica, czyli „Stalówka”.

Prostokątny, a nie owalny kształt stadionu, to w Bośni raczej rzadki przypadek. Na piętnastotysięczniku w Zenicy w ostatnich latach zazwyczaj gra reprezentacja. Nieopodal, po drugiej stronie rzeki, w 2013 roku Bośniacy wybudowali boisko treningowe, z którego korzysta reprezentacja. W sumie niewielki kompleks to dwie naturalne murawy, jedna sztuczna, hala do futsalu i nieduży hotel.

Celik Zenica

Dwumetrowy Puchar Mitropa upamiętnia największy sukces w historii klubu. Čelik wygrywał go w 1971 i 1972 roku.

Čelik – Olimpik.

    

Čelik – Olimpik.

Mecz bośniackiej ekstraklasy całkiem ciekawy. Čelik Zenica łatwo pokonał FK Olimpic. Drużyna ze stolicy (Fudbalski Klub Olimpik Sarajevo) to stosunkowo młody klub, założony w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie. Nazwa nawiązuje do igrzysk w 1984. Piłkarze to „Wilki”, na pamiątkę olimpijskiej maskotki, Vučko. Tego dnia piłkarze wilkami na pewno nie byli.

Pięć minut spaceru dzieli stadion Zenicy od ośrodka reprezentacji.

Boisko reprezentacji Bośni i Hercegowiny

Kółko szachowe w parku koło boiska reprezentacji.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Lwów i pomnik Putina

Karpaty na Stadionie Ukraina

– Jest mały problem, ale jesteśmy na dobrej drodze. Dogadamy się – odpowiedział na moje pytanie zastępca mera Lwowa Andrij Moskalenko. Mały problem polega na tym, że ekstraklasowe Karpaty grają na starym stadionie, zamiast na Arenie Lwów, wybudowanej na EURO 2012. Porównując oba stadiony w starym stylu, to tak jakby Lechia Gdańsk wróciła na Traugutta.

Osobiście sprawdziłem, jak ogląda się mecze na obu stadionach we Lwowie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Karpaty na Arenie Lwów

Pierwszy raz we Lwowie byłem rok temu. W drodze na mecz zahaczyłem o park Stryjski. Mniej zależało mi na podziwianiu ładnych alejek. Poszedłem dla wydarzenia z 14 lipca 1894. Program dnia zakładał m.in ćwiczenia maczugami, gry (foot-ball), rzucanie ciężarów budowanie piramid i wyścig druhów kolarzy. Pierwszy udokumentowany mecz piłkarski na ziemiach polskich trwał 6 minut. Cały wpis o 16-latku, który kopnięciem piłki zapisał się do historii, tutaj.

Arena Lwów

Arena Lwów znajduje się kilka przystanków za Parkiem, na wylotówce z miasta. Kwadrans trzeba jeszcze dojść na piechotę. Z zeszłorocznego meczu Karpat z Szachtarem Donieck zapamiętałem puste trybuny i małe ganianki między sektorami. Miejscowi postraszyli malutką grupkę gości. Policja zdążyła się zerwać z miejsc.

Za drugim razem do Lwowa wyruszyłem służbowo. Bydgoszcz stała się piątym miastem, z którego można dolecieć do portu im. Daniela Halickiego (książę Rusi z XIII wieku, jako patron pokonał m.in. Stepana Banderę). Ukraińcom zależało, żeby pokazać, że turyści z Polski są mile widziani, więc zaprosili dziennikarzy.

O meczowym wypadzie w innym ukraińskim mieście, Kijowie, tutaj.

Kasy na Stadionie Ukraina

Przed meczem ze Stalą Kamieniec odegrano hymn. Ostry mecz, sporo fauli, poziom nie zachwycił. Stadion dość typowy dla tej części Europy, ale warunki bez zarzutu. Cena za bilet na trybunę VIP – 7,5 zł.

Stadion Ukraina

Polski turysta we Lwowie nie jest już emerytem, który razem z autokarową wycieczką chce zobaczyć rodzinne strony. Polacy latają na lwowskie lotnisko (więcej o nim tutaj) już z pięciu miast, od tygodnia także z Bydgoszczy. Śpią w dobrych hotelach i bawią się. Często wracają do domu nie z tanim alkoholem, ale z nowymi zębami. Zabiegi stomatologiczne są pięć-osiem razy tańsze.

To, że miasto przeżywa boom, nie tylko turystyczny, widać gołym okiem. Wystarczy wdrapać się na szczyt ratuszowej wieży. Poza Starym Miastem z każdej strony widać dźwigi. Sytuacja Lwowa poprawiła się po częściowej decentralizacji – podatki w większej części zostają na miejscu, zamiast płynąć do Kijowa. – Pomógł też Putin. Powtarza, że Ukraińcy to część sztucznie podzielonego narodu rosyjskiego. Jak ogłosił, że Galicja go nie interesuje, od razu wzrosły u nas ceny mieszkań. W dodatku wojna na wschodzie zjednoczyła naród. Ukraińcy zbudują Putinowi pomnik. Pewnie z gówna, ale zawsze – mówi dr Igor Lylo, historyk z Uniwersytetu Lwowskiego.

Stadion Ukraina

Stadion Ukraina

Ruch turystyczny rośnie, ale goście potrzebują coraz więcej atrakcji. – Nie musi przyjeżdżać do nas więcej turystów, ale chcemy, żeby zostawali dłużej i wydawali więcej. Więc kombinujemy – mówi Lina Ostapczuk z lwowskiego ratusza. Najlepiej widać to w knajpach. Nie wystarczy dobra kuchnia. Wszyscy się ścigają, żeby mieć bardziej oryginalny wystrój, gości zaskoczyć, czymś dodatkowo zabawić. Kawiarnię Cafe-Masoch (niedaleko Rynku, przy ul. Serbskiej) reklamuje posąg Leopolda Rittera von Sacher-Masocha. To od nazwiska syna dyrektora policji we Lwowie i autora skandalizującej książki ukuto termin „masochizm”. Wiele lokali przypomina czasy wspominanego tu z rozrzewnieniem cesarza Franciszka Józefa. W żydowskie knajpie „Pod Złotą Różą” posiłek poprzedza rytualne mycie rąk. Na początku wszyscy mężczyźni, potem kobiety. Dania w karcie nie mają cen, można się targować. Po drugiej stronie ulicy, w „Domu legend” na tarasie widokowym można zrobić sobie zdjęcie w trabancie. Po fasadzie budynku jeździ niej model tramwaju, smok zieje ogniem.

W „Gazowej Lampie”, gdzie dowiemy się wszystkiego o tym wynalazku, są nawet związane z naftą trunki. Antoni Łukasiewicz, lwowski aptekarz, byłby dumny. Klientów obsługuje lampowy, wódki napijemy się z probówki, w toalecie stoją kanistry. – Nie chcemy być miejscem tanich wieczorów kawalerskich. Musimy pokazać coś wyjątkowe. Przekonać turystę, by został na dłużej i wydał więcej. Mamy więc już 20 projektów, które konkretnymi szlakami łączą restauracje i lwowskie atrakcje – mówi Lina Ostapczuk z lwowskiego ratusza. Wyrafinowanego turystę mają ściągnąć festiwal jazzowy, mozartowski (Franz Xaver Wolfgang Mozart mieszkał we Lwowie 30 lat) i PEN International Congress. We wrześniu o prawdzie w czasach propagandy opowiedzą noblistki – Swiatłana Aleksijewicz i Herta Müller.

Więcej o tym, jak zmienia się turystyczny Lwów tutaj.

W ramach prasowego wyjazdu zadałem kilka pytań merowi. Andrij Sadowy rządzi miastem od 11 lat, jest liderem partii Samopomoc, która w wyborach do parlamentu zdobyła 10 proc. głosów. – W zeszłym roku do Lwowa przyjechało 2,5 mln turystów. Teraz będzie więcej. Wielu z nich przyjeżdża ze wschodniej Ukrainy. Dla nich to inny świat. Przyjeżdżają, chcą wymieniać hrywnę na euro, zanim zorientują się, że wciąż są na Ukrainie – mówił. Dziennikarze pytali, czy Ukraina ma problem z nacjonalizmem. – O wiele mniej, niż w Polsce. To, co dziś obserwuję w Polsce, to ucieczka od realności. Chce się schować, ale to się źle kończy. Znacie tę bajkę z tym ptakiem, strusiem, co głowę chowa w piasek. Myśli, że wszystko będzie OK. A jaki będzie jego los? Oby Polsce nic podobnego się nie przydarzyło. Mamy wiele problemów. Jesteśmy niepodległym krajem od 27 lat. Ukraina to młoda demokracja. Polska ma większe doświadczenie i to widać. Różnica polega też na tym, że nie macie oligarchów, ale macie wolne media – mówił Sadowy.

Cała rozmowa z merem Lwowa tutaj.

A jakie są ceny we Lwowie? Po wylądowaniu, do portfela zaczniemy sięgać z uśmiechem. Bilety z lotniska do centrum – na autobus 48 lub trolejbus 9 kosztują odpowiednio 4 i 2 hrywny – 20 i 60 groszy. We Lwowie działa też Uber. W marszrutce pieniądze rzucamy do skrzynki koło kierowcy lub jeśli jest tłok, pieniądze podajemy do przodu pojazdu. Spokojnie, reszta wróci.

Ceny noclegów są zróżnicowane – 20 zł za łóżko w młodzieżowym hostelu, 50 zł za jedynkę w świetnie ocenianym pensjonacie, po 189 zł w czterogwiazdkowym hotelu ze śniadaniem. Za 15 zł zjemy pyszne śniadanie w słynnej kawiarni Baczewski. Można jeść do oporu. Na obiad, też przy Starym Rynku, wydamy 15 zł. W turystycznym centrum piwo i kawa kosztują po ok. 4. 0,7 l wódki Nemiroff 27 zł, w sklepie 9. W nocy oficjalnie alkoholu nie kupimy, ale w prywatnym mieszkaniu na Podzamczu za kieliszek alkoholu zapłacimy 3 zł.

Co jeść? Szyncel w „Lampie gazowej” kosztuje 16 zł, grillowany kurczak w „El Greko” 12 zł, naleśniki z owocami w „Nostalgii” (250 g) 7 zł, barszcz 6 zł, BigMac 6 zł, latte w „Atlasie” 5 zł, pierogi w barze mlecznym 3 zł. Ceny rozrywek też przystępne. Bilet do opery – 40 zł (dżinsy i koszula będą OK), wejście na ratuszową wieżę 3 zł, a na Cmentarz Łyczakowski 4.

Więcej o cenach we Lwowie tutaj.

Karpaty-Szachtar na Arenie Lwów

Karpaty-Szachtar na Arenie Lwów

Arena Lwów

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jedyny stadion na wyspie

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Gozo to druga co do wielkości wyspa najmniejszego kraju Unii Europejskiej, Malty. 15 km długości, 7 km szerokości. Piękne widoki, błękitna woda i dość leniwe tempo życia. Największy problem na wyspie to ostatnio utrata Lazurowego Okna (Azure Window). W tym roku jedna z najbardziej znanych atrakcji turystycznych Malty – formacja skalna nad samym brzegiem morza – zawaliła się.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Gozo football stadium

Żeby dotrzeć na Gozo z większej wyspy, czyli Malty, trzeba wsiąść na prom (most miałby kosztować miliard euro). Płaci się w drodze powrotnej, niecałe 5 euro. Drużyny z Gozo grają we własnych rozgrywkach. W użyciu są tylko dwa stadiony. Osiem drużyn z Gozo Football League First Division gra na Gozo Stadium (na zdjęciu) a sześć z Gozo Football League Second Division na Sannat Ground.

To kolejny wpis o Malcie. Na blogu jest już dłuższy tekst o weekendowym meczingu na wyspie i krótko o nieistniejącym stadionie narodowym, na którym nie było murawy.

Futbol na wyspę sprowadzili brytyjscy żołnierze. Stadion Gozo powstał w 1936 roku, ale w ostatnich latach został całkowicie zmodernizowany. Wartość historyczną ma tylko zewnętrzna elewacja. To jedyna naturalna murawa na całej wyspie. Na trybunach mieści się ponoć blisko 4 tys. osób.

Dziś żadna z drużyn z Gozo nie gra na szczeblu centralnych, czyli z drużynami z większej wyspy. Żeby podnieść poziom w 1987 roku powołano Gozo F.C.. Po kilku latach drużyna awansowała do maltańskiej Premier League. Szybko zaczęła powrót w dół piramidy, wylądowała ostatecznie w trzeciej lidze. Eksperyment zakończył się w 2011 roku, gdy klub rozwiązano.

Wśród klubów z Gozo jest mnóstwo nawiązań do brytyjskich nazw. W tabeli widnieją m.in. F.C. Gharb Rangers, Qala Saints F.C., Sannat Lions F.C., S.K. Victoria Wanderers i St. Lawrence Spurs F.C..

Za gustownym płotem Gozo Stadium znajduje się jedyna naturalna murawa piłkarska na wyspie.

 

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Xlendi

Xlendi

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.