Archiwum kategorii: Piłkarskie podróże

Groudhopping i groundspotting. Relacje z kilkudziesięciu krajów.

Mostar. Wojna, religia i piłka

Tę zawiłą historię da się streścić w dwóch zdaniach. W Mostarze Velež, klub Bośniaków, został wypchnięty ze swojego stadionu, bo obiekt znajduje się po chorwackiej stronie rzeki. Gra tam więc reaktywowany po blisko 50 latach Zrinjski.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pierwsze skojarzenie z Mostarem to Stary Most. Mniej łączy dwa brzegi Neretwy, bardziej dzieli dwie społeczności – muzułmańską i chrześcijańską. Kamienną budowlę z czasów osmańskich zniszczono w czasie wojny, 1993 roku, po 427 latach istnienia. Odbudowano ją w 2004 roku.

Dla tej historii najważniejsza jest granica, jaką granicę wyznacza most. Po zachodniej stronie mieszkają Chorwaci. Na wschodzie Bośniacy.

Kość niezgody, stadion pod Bijelim Brijegom, wybudowano w 1971 roku. To drugi największy obiekt w Bośni i Hercegowinie po Asim Ferhatović – Hase – Stadionie Olimpijskim w Sarajewie. Wygląda jak typowy obiekt z czasów jugosłowiańskich. Duży, betonowy, położony wśród pięknych wzgórz, do tego z bieżnią. Większość kibiców siada na trybunie wybudowanej na naturalnym wzgórzu. Brutalistyczne piękno.

Od słynnego mostu idzie się tutaj pół godziny. Wokół murale z chorwacką szachownicą, ogródki z chorwackim piwem, chorwackie flagi.

Stadion wybudowano dla Veležu. Klub, z którego ewoluował, powstał w 1906 roku. Po II wojnie światowej był najpopularniejszą drużyną w Hercegowinie. Wygrywał Puchar Jugosławii, zdobywał wicemistrzostwa. W sezonie 1974/75 Velež eliminował z Pucharu UEFA Spartaka Moskwa, Rapid Wiedeń i prowadzone przez Briana Clougha Derby County. Wtedy identyfikowała się z nim większość mieszkańców Mostaru, nie tylko Bośniacy.

Ale na stadionie gra HŠK Zrinjski Mostar. To najstarszy klub w Bośni i Hercegowinie, ale ma wyrwę w historii. Powstał w 1905 roku jako klub studencki, Đački Športski Klub. Zmieniał nazwę, przez parę lat był wykluczony z rozgrywek, brał udział w fuzji, ale cały czas pozostawał ważny dla chorwackiej społeczności. W czasie II wojny światowej drużyna grała w rozgrywkach Niepodległego Państwa Chorwackiego. Marionetkowe państwo w 1941 roku utworzyli ustasze. Federacja została przyjęta do FIFA.

Po wojnie jugosłowiańskie władze uznały, że wszystkie kluby, które grały w faszystowskich rozgrywkach muszą zostać rozwiązane. Między 1945 a 1992 klub więc nie istniał. Zrinjski został reaktywowany w 1992 roku w znanym z objawień maryjnych Međugorje. Szybko przejęto stadion w Mostarze. Wszystko, co się dzieje po tej stronie rzeki, kontrolują Chorwaci.

Zrinjski, klub o biało-czerwonych barwach ma w herbie chorwacką szachownicę. W ramach współpracy Dynamem Zagrzeb, najsilniejszą drużyną w Chorwacji, w Zrinjskim grał m.in. Luka Modrić. W tym roku Zrinjski obronił tytuł. Ma na koncie 5 mistrzostw, wszystkie w ramach Premijer ligi Bośni i Hercegowiny. Dziś w lidze grają kluby chorwackie, serbskie i bośniackie, co kilkanaście lat temu wydawało się niemal niemożliwe. Sytuacja powoli się normalizuje. Nie na tyle jednak, by Velež mógł wrócić na stadion.

  

Wszystkie nazwy przepełnione są symbolami. Velež to góra nazwana na cześć słowiańskiego boga magii Welesa. Zrinski oznacza nazwisko rodziny, która po stronie Chorwatów i Węgrów walczyła z Turkami. Mostarzy to z kolei strażnicy mostu.

W ciągu ostatnich 20 lat Velež, klub o lewicowej tożsamości, stał się bardziej bośniacki. Zaczął być traktowany jako przeciwwaga dla nacjonalistycznie nastawionego derbowego rywala. Dziś grupy młodzieżowe obu klubów są niemal jednolite narodowościowo.

Piłkarska historia Mostaru jest wyjątkowa, ale książki sprzedają te same co w całej Europie – jest Zlatan, Ronaldo i Messi Caoliego i Ferguson. Z lokalnych bohaterów tylko Slaven Bilić i Novak Đoković.

    

Więcej wpisów z podróży do Bośni i Hercegowiny tutaj.

  

Widok ze Starego Mostu na meczety po wschodniej, bośniackiej stronie miasta.

W turystycznym centrum jedyne piłkarskie akcenty to koszulki Messiego i Ronaldo. Okolice mostu opanowują turyści, którzy wspaniałe jedzenie popijają rakiją. Latem jedną z atrakcji są skoki do wody. Miejscowi skaczą w miejscu, które wydaje się dość ryzykowne, ale wypadków nie ma.

Po drugiej stronie rzeki napisy są inne. Upamiętnienie muzułmanów zamordowanych w Srebrenicy.

Velež gra teraz na niewielkim stadionie przy drodze wylotowej z Mostaru. To zesłanie, bo w pobliżu jest kilka domów, pola i wzgórza. Od 13 lat, podczas derbów, Velež wraca na Stadion pod Bijelim Brijegom jako gość.  Do tej pory nie wygrał ani razu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Kogut pana Leona

W Katowicach urzekli mnie Ledwoniowie, w Zabrzu kogut, a Opolu widok za bramką. Tylko klęli wszędzie podobnie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Spragniony śląskich klimatów opisywałem tutaj mecze Ruchu Chorzów, Uranii Ruda Śląska i Szombierek Bytom. Wrzucałem także kadry stadionów Ruchu Radzionków, Śląska Świętochłowice i Placu Andrzeja, gdzie na początku XX wieku wyświetlano filmy, handlowano bydłem i końmi oraz grano w piłkę.

Tym razem w trzy dni zobaczyłem trzy spotkania – dwa na Górnym Śląsku i jedno na Śląsku Opolskim.

Przy Bukowej na trybunie głównej usiadła rodzina Adama Ledwonia. Jej członkowie założyli koszulki z kolejnych klubów piłkarza – GKS, Bayeru, Sturmu Graz i Austrii Wiedeń. Na plus maskotka, Gieksik.

W Katowicach ciągle jest aktualne hasło „Ekstraklasa albo śmierć”. Ekstraklasy nie ma, więc dzieję się mniej przyjemne historie. GKS tego dnia grał marnie, przegrał z Puszczą. Stek wyzwisk z trybun nie zaskakiwał, ale akcja po końcowym gwizdku już tak. Po chóralnym „Gieksa to my” i „Ściągać koszulki”, kapitan zespołu koszulkę faktycznie oddał dowodzącym na Blaszoku.

Zdjęcie z Muzeum Ślaskiego. Na pierwszym planie Spodek, w tle Stadion Śląski.

Zabrze

Byłem na stadionach większości finalistów Pucharu Zdobywców Pucharów, ale do tej pory nie mogłem odhaczyć Zabrza. Zwlekałem, gdy trwała budowa stadionu. Teraz nowy obiekt ma trzy trybuny. Czwarta, stara, jest teoretycznie najważniejsza, ale z najgorszymi warunkami i zasłaniającymi boisko filarami.

Na mecz Górnika z Arką po raz trzeci z rzędu zjawił się komplet – ponad 22 tys. kibiców. Reszta Ekstraklasy zazdrości.

Podwórko najbliższe stadionu. Zwyczajowo policja pijących pod chmurką tu nie szuka.

Droga na stadion Górnika.

Po drugiej stronie ul. Roosevelta kościół, który mocno przyciąga uwagę.

Okazuje się, że koguty, które Stanisław Sętkowski, bardziej znany jako pan Leon wręcza piłkarzom („Będę go zjadł” Nakoulmy) czekają przed meczem w krzakach. Lepiej nie podchodzić, bo kogut się denerwuje. Ciekawe co by robił, gdyby wiedział, że to jego ostatni dzień.

             

Opole

W teorii byłem przygotowany. Pociąg przyjechał do Opola o czasie, spacer z dworca, przez rynek, na stadion zajął 20 min. Nie wiedziałem tylko, że mecz Odry z Miedzią Legnice oznacza helikopter, psy i długą broń. Co robić, wiem z obserwacji. Jeśli kibicujesz gościom, dojeżdżając na stadion krzyczysz ‚Kurwy!’. Jeśli jedziesz autokarem, tyłek przyklejony do szyby też jest OK. Jako miejscowy rzucasz butelką z wodą lub kamieniem. Przechodniów na linii rzutu ignorujesz. Przestajesz dopiero, gdy dobiegniesz do policjanta, który stoi metr przed tobą i przeładowuje wycelowaną w twoim kierunku broń.

Po tych trzech meczach byłem zniesmaczony. W Katowicach wyzwiska i kapitan oddający koszulkę, w Zabrzu przekleństwa z obu stron, a w Opolu aż bolały uszy. Kto co ma w ustach, co ma w dupie, cała anatomia. Widocznie w Polsce inaczej się nie da.

Tutaj debiutował Wilimowski

Stadion przy ul. Kościuszki w Katowicach-Brynowie wybudowano w 1920 roku. Grali tutaj: 1. FC Katowice, Diana Katowice, okazyjnie Ruch Hajduki Wielkie, a po wojnie Gwardia Katowice. Po gruntownej modernizacji w latach 70., upadł pomysł sprowadzenia tu GKS-u Katowice, który wolał zostać przy Bukowej.

1 lipca 1928 roku reprezentacja Polski pokonała tutaj Szwecję 1:0. Szacowana frekwencja – 20 tys. osób. Był to pierwszy mecz reprezentacji na Górnym Śląsku. Od 1930 roku, gdy odmówiono gry 1. FC Katowice, do wybuchu wojny z obiektu korzystali tylko zawodnicy Diany. Przy Kościuszki w barwach 1. FC Katowice debiutował w rozgrywkach ligowych Ernest Wilimowski.

Nie tylko Kościuszki

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Oto najciekawsze.

„Górka” stadionu Arki przy ul. Ejsmonda

Empire Stadium, Malta

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Bośniacka Stalówka, czyli pocztówka z Zenicy

Rzeka Bośnia, po prawej Stadion wybudowany w 1972 roku „Bilino polje”.

Jeszcze w latach 60. wśród mieszkańców kantonu po 25 proc. stanowili Serbowie i Chorwaci. Dziś ponad 90 proc. to Bośniacy. Z ciekawostek to prawie wszystko, bo szczególnych atrakcji w rodzinnym mieście Jasmina Buricia nie odnotowałem.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Zenica to stutysięczne miasto, czwarte pod względem wielkości w Bośni i Hercegowinie. Autobusowa podróż z Sarajewa zajęła mi godzinę. Od razu widać, że turyści zaglądają tu rzadko. Tuż po II wojnie światowej miasto liczyło 10 tys. mieszkańców. Szybki rozwój był możliwy dzięki przemysłowi, także stalowemu. Tak powstał Nogometni klub Čelik Zenica, czyli „Stalówka”.

Prostokątny, a nie owalny kształt stadionu, to w Bośni raczej rzadki przypadek. Na piętnastotysięczniku w Zenicy w ostatnich latach zazwyczaj gra reprezentacja. Nieopodal, po drugiej stronie rzeki, w 2013 roku Bośniacy wybudowali boisko treningowe, z którego korzysta reprezentacja. W sumie niewielki kompleks to dwie naturalne murawy, jedna sztuczna, hala do futsalu i nieduży hotel.

Celik Zenica

Dwumetrowy Puchar Mitropa upamiętnia największy sukces w historii klubu. Čelik wygrywał go w 1971 i 1972 roku.

Čelik – Olimpik.

    

Čelik – Olimpik.

Mecz bośniackiej ekstraklasy całkiem ciekawy. Čelik Zenica łatwo pokonał FK Olimpic. Drużyna ze stolicy (Fudbalski Klub Olimpik Sarajevo) to stosunkowo młody klub, założony w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie. Nazwa nawiązuje do igrzysk w 1984. Piłkarze to „Wilki”, na pamiątkę olimpijskiej maskotki, Vučko. Tego dnia piłkarze wilkami na pewno nie byli.

Pięć minut spaceru dzieli stadion Zenicy od ośrodka reprezentacji.

Boisko reprezentacji Bośni i Hercegowiny

Kółko szachowe w parku koło boiska reprezentacji.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Lwów i pomnik Putina

Karpaty na Stadionie Ukraina

– Jest mały problem, ale jesteśmy na dobrej drodze. Dogadamy się – odpowiedział na moje pytanie zastępca mera Lwowa Andrij Moskalenko. Mały problem polega na tym, że ekstraklasowe Karpaty grają na starym stadionie, zamiast na Arenie Lwów, wybudowanej na EURO 2012. Porównując oba stadiony w starym stylu, to tak jakby Lechia Gdańsk wróciła na Traugutta.

Osobiście sprawdziłem, jak ogląda się mecze na obu stadionach we Lwowie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Karpaty na Arenie Lwów

Pierwszy raz we Lwowie byłem rok temu. W drodze na mecz zahaczyłem o park Stryjski. Mniej zależało mi na podziwianiu ładnych alejek. Poszedłem dla wydarzenia z 14 lipca 1894. Program dnia zakładał m.in ćwiczenia maczugami, gry (foot-ball), rzucanie ciężarów budowanie piramid i wyścig druhów kolarzy. Pierwszy udokumentowany mecz piłkarski na ziemiach polskich trwał 6 minut. Cały wpis o 16-latku, który kopnięciem piłki zapisał się do historii, tutaj.

Arena Lwów

Arena Lwów znajduje się kilka przystanków za Parkiem, na wylotówce z miasta. Kwadrans trzeba jeszcze dojść na piechotę. Z zeszłorocznego meczu Karpat z Szachtarem Donieck zapamiętałem puste trybuny i małe ganianki między sektorami. Miejscowi postraszyli malutką grupkę gości. Policja zdążyła się zerwać z miejsc.

Za drugim razem do Lwowa wyruszyłem służbowo. Bydgoszcz stała się piątym miastem, z którego można dolecieć do portu im. Daniela Halickiego (książę Rusi z XIII wieku, jako patron pokonał m.in. Stepana Banderę). Ukraińcom zależało, żeby pokazać, że turyści z Polski są mile widziani, więc zaprosili dziennikarzy.

O meczowym wypadzie w innym ukraińskim mieście, Kijowie, tutaj.

Kasy na Stadionie Ukraina

Przed meczem ze Stalą Kamieniec odegrano hymn. Ostry mecz, sporo fauli, poziom nie zachwycił. Stadion dość typowy dla tej części Europy, ale warunki bez zarzutu. Cena za bilet na trybunę VIP – 7,5 zł.

Stadion Ukraina

Polski turysta we Lwowie nie jest już emerytem, który razem z autokarową wycieczką chce zobaczyć rodzinne strony. Polacy latają na lwowskie lotnisko (więcej o nim tutaj) już z pięciu miast, od tygodnia także z Bydgoszczy. Śpią w dobrych hotelach i bawią się. Często wracają do domu nie z tanim alkoholem, ale z nowymi zębami. Zabiegi stomatologiczne są pięć-osiem razy tańsze.

To, że miasto przeżywa boom, nie tylko turystyczny, widać gołym okiem. Wystarczy wdrapać się na szczyt ratuszowej wieży. Poza Starym Miastem z każdej strony widać dźwigi. Sytuacja Lwowa poprawiła się po częściowej decentralizacji – podatki w większej części zostają na miejscu, zamiast płynąć do Kijowa. – Pomógł też Putin. Powtarza, że Ukraińcy to część sztucznie podzielonego narodu rosyjskiego. Jak ogłosił, że Galicja go nie interesuje, od razu wzrosły u nas ceny mieszkań. W dodatku wojna na wschodzie zjednoczyła naród. Ukraińcy zbudują Putinowi pomnik. Pewnie z gówna, ale zawsze – mówi dr Igor Lylo, historyk z Uniwersytetu Lwowskiego.

Stadion Ukraina

Stadion Ukraina

Ruch turystyczny rośnie, ale goście potrzebują coraz więcej atrakcji. – Nie musi przyjeżdżać do nas więcej turystów, ale chcemy, żeby zostawali dłużej i wydawali więcej. Więc kombinujemy – mówi Lina Ostapczuk z lwowskiego ratusza. Najlepiej widać to w knajpach. Nie wystarczy dobra kuchnia. Wszyscy się ścigają, żeby mieć bardziej oryginalny wystrój, gości zaskoczyć, czymś dodatkowo zabawić. Kawiarnię Cafe-Masoch (niedaleko Rynku, przy ul. Serbskiej) reklamuje posąg Leopolda Rittera von Sacher-Masocha. To od nazwiska syna dyrektora policji we Lwowie i autora skandalizującej książki ukuto termin „masochizm”. Wiele lokali przypomina czasy wspominanego tu z rozrzewnieniem cesarza Franciszka Józefa. W żydowskie knajpie „Pod Złotą Różą” posiłek poprzedza rytualne mycie rąk. Na początku wszyscy mężczyźni, potem kobiety. Dania w karcie nie mają cen, można się targować. Po drugiej stronie ulicy, w „Domu legend” na tarasie widokowym można zrobić sobie zdjęcie w trabancie. Po fasadzie budynku jeździ niej model tramwaju, smok zieje ogniem.

W „Gazowej Lampie”, gdzie dowiemy się wszystkiego o tym wynalazku, są nawet związane z naftą trunki. Antoni Łukasiewicz, lwowski aptekarz, byłby dumny. Klientów obsługuje lampowy, wódki napijemy się z probówki, w toalecie stoją kanistry. – Nie chcemy być miejscem tanich wieczorów kawalerskich. Musimy pokazać coś wyjątkowe. Przekonać turystę, by został na dłużej i wydał więcej. Mamy więc już 20 projektów, które konkretnymi szlakami łączą restauracje i lwowskie atrakcje – mówi Lina Ostapczuk z lwowskiego ratusza. Wyrafinowanego turystę mają ściągnąć festiwal jazzowy, mozartowski (Franz Xaver Wolfgang Mozart mieszkał we Lwowie 30 lat) i PEN International Congress. We wrześniu o prawdzie w czasach propagandy opowiedzą noblistki – Swiatłana Aleksijewicz i Herta Müller.

Więcej o tym, jak zmienia się turystyczny Lwów tutaj.

W ramach prasowego wyjazdu zadałem kilka pytań merowi. Andrij Sadowy rządzi miastem od 11 lat, jest liderem partii Samopomoc, która w wyborach do parlamentu zdobyła 10 proc. głosów. – W zeszłym roku do Lwowa przyjechało 2,5 mln turystów. Teraz będzie więcej. Wielu z nich przyjeżdża ze wschodniej Ukrainy. Dla nich to inny świat. Przyjeżdżają, chcą wymieniać hrywnę na euro, zanim zorientują się, że wciąż są na Ukrainie – mówił. Dziennikarze pytali, czy Ukraina ma problem z nacjonalizmem. – O wiele mniej, niż w Polsce. To, co dziś obserwuję w Polsce, to ucieczka od realności. Chce się schować, ale to się źle kończy. Znacie tę bajkę z tym ptakiem, strusiem, co głowę chowa w piasek. Myśli, że wszystko będzie OK. A jaki będzie jego los? Oby Polsce nic podobnego się nie przydarzyło. Mamy wiele problemów. Jesteśmy niepodległym krajem od 27 lat. Ukraina to młoda demokracja. Polska ma większe doświadczenie i to widać. Różnica polega też na tym, że nie macie oligarchów, ale macie wolne media – mówił Sadowy.

Cała rozmowa z merem Lwowa tutaj.

A jakie są ceny we Lwowie? Po wylądowaniu, do portfela zaczniemy sięgać z uśmiechem. Bilety z lotniska do centrum – na autobus 48 lub trolejbus 9 kosztują odpowiednio 4 i 2 hrywny – 20 i 60 groszy. We Lwowie działa też Uber. W marszrutce pieniądze rzucamy do skrzynki koło kierowcy lub jeśli jest tłok, pieniądze podajemy do przodu pojazdu. Spokojnie, reszta wróci.

Ceny noclegów są zróżnicowane – 20 zł za łóżko w młodzieżowym hostelu, 50 zł za jedynkę w świetnie ocenianym pensjonacie, po 189 zł w czterogwiazdkowym hotelu ze śniadaniem. Za 15 zł zjemy pyszne śniadanie w słynnej kawiarni Baczewski. Można jeść do oporu. Na obiad, też przy Starym Rynku, wydamy 15 zł. W turystycznym centrum piwo i kawa kosztują po ok. 4. 0,7 l wódki Nemiroff 27 zł, w sklepie 9. W nocy oficjalnie alkoholu nie kupimy, ale w prywatnym mieszkaniu na Podzamczu za kieliszek alkoholu zapłacimy 3 zł.

Co jeść? Szyncel w „Lampie gazowej” kosztuje 16 zł, grillowany kurczak w „El Greko” 12 zł, naleśniki z owocami w „Nostalgii” (250 g) 7 zł, barszcz 6 zł, BigMac 6 zł, latte w „Atlasie” 5 zł, pierogi w barze mlecznym 3 zł. Ceny rozrywek też przystępne. Bilet do opery – 40 zł (dżinsy i koszula będą OK), wejście na ratuszową wieżę 3 zł, a na Cmentarz Łyczakowski 4.

Więcej o cenach we Lwowie tutaj.

Karpaty-Szachtar na Arenie Lwów

Karpaty-Szachtar na Arenie Lwów

Arena Lwów

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jedyny stadion na wyspie

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Gozo to druga co do wielkości wyspa najmniejszego kraju Unii Europejskiej, Malty. 15 km długości, 7 km szerokości. Piękne widoki, błękitna woda i dość leniwe tempo życia. Największy problem na wyspie to ostatnio utrata Lazurowego Okna (Azure Window). W tym roku jedna z najbardziej znanych atrakcji turystycznych Malty – formacja skalna nad samym brzegiem morza – zawaliła się.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Gozo football stadium

Żeby dotrzeć na Gozo z większej wyspy, czyli Malty, trzeba wsiąść na prom (most miałby kosztować miliard euro). Płaci się w drodze powrotnej, niecałe 5 euro. Drużyny z Gozo grają we własnych rozgrywkach. W użyciu są tylko dwa stadiony. Osiem drużyn z Gozo Football League First Division gra na Gozo Stadium (na zdjęciu) a sześć z Gozo Football League Second Division na Sannat Ground.

To kolejny wpis o Malcie. Na blogu jest już dłuższy tekst o weekendowym meczingu na wyspie i krótko o nieistniejącym stadionie narodowym, na którym nie było murawy.

Futbol na wyspę sprowadzili brytyjscy żołnierze. Stadion Gozo powstał w 1936 roku, ale w ostatnich latach został całkowicie zmodernizowany. Wartość historyczną ma tylko zewnętrzna elewacja. To jedyna naturalna murawa na całej wyspie. Na trybunach mieści się ponoć blisko 4 tys. osób.

Dziś żadna z drużyn z Gozo nie gra na szczeblu centralnych, czyli z drużynami z większej wyspy. Żeby podnieść poziom w 1987 roku powołano Gozo F.C.. Po kilku latach drużyna awansowała do maltańskiej Premier League. Szybko zaczęła powrót w dół piramidy, wylądowała ostatecznie w trzeciej lidze. Eksperyment zakończył się w 2011 roku, gdy klub rozwiązano.

Wśród klubów z Gozo jest mnóstwo nawiązań do brytyjskich nazw. W tabeli widnieją m.in. F.C. Gharb Rangers, Qala Saints F.C., Sannat Lions F.C., S.K. Victoria Wanderers i St. Lawrence Spurs F.C..

Za gustownym płotem Gozo Stadium znajduje się jedyna naturalna murawa piłkarska na wyspie.

 

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Widok z Cittadelli, fortyfikacji w centrum Rabatu na Gozo.

Xlendi

Xlendi

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Nad Niemnem

– Myślałem, że cztery wolno.
– Nie wolno. A jak nie pasuje, to możemy busa do ostatniej śrubki rozebrać – mówił celnik pokazując miejsce, w którym wypatroszył już setki pojazdów. Karcony Białorusin spuścił głowę. Wiezione z Polski koszule, o które trwała awantura, pokornie schował do torby. Limit wynosi trzy. Szlaban poszedł w górę, a po kilkuset metrach jazdy podziwiałem widok ze wzgórza na oddalone o 20 km Grodno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Ze stadionu Niemenu widać m.in. katedrę oraz Kościół Znalezienia Krzyża Świętego. Świątynie fundowali Stefan Batory i Zygmunt III Waza. Niedaleko, po drugiej stronie obecnego Placu Sowieckiego, stała fara Witoldowa. Kościół z XIV wieku został wysadzony przez miejscowe władze w 1961 roku. Wszystkie świątynie są bezpośrednio związane z Polską i jej monarchami. Najbardziej dla miasta zasłużył się Batory, który mieszkał w Grodnie wiele lat i tutaj zmarł.

Polską historię Grodna w centrum widać na każdym rogu. Turystom pomóc może lista polskich nazw ulic.

Bazylika katedralna św. Franciszka Ksawerego w Grodnie

Kupno biletu na mecz Niemenu przypomina wybór miejsca w kinie. Oczywiście w wersji sprzed kilku dekad. Podaje się numer sektora, a pani w okienku skreśla sprzedane miejsca na planie stadionu. Bilet, w całości jest wypisywany ręcznie, kosztuje 4 ruble (8 zł).

Sam mecz z BATE mało interesujący. Ciekawe są za to konsumpcyjne zwyczaje. Spore kolejki po piwo, kwas chlebowy, smażone na głębokim tłuszczu ciastka i inne przekąski. Główny powód to ceny, prawie takie jak w sklepach.

Niemen Grodno – BATE

Niemen powstał w 1964 roku. W czasach ZSRR drużyna grała w 3. lidze. Od kiedy Białoruś uzyskała niepodległość, piłkarze z Grodna występują w ekstraklasie. Sukcesy? Niewielkie – jedno wicemistrzostwo, jeden puchar. Wszystkie występy w europejskich pucharach kończyły się na pierwszym dwumeczu. Trochę lepiej idzie sekcji hokejowej.

Stadion uniwersytecki w Grodnie

Przed Niemenem o sile grodzieńskiej piłki stanowiły polskie kluby. W 1934 roku WKS 76 pp, czyli drużyna reprezentująca 76 Lidzki pułk piechoty im. Ludwika Narbutta połączyła się z Cresovią. Powstał WKS Grodno. Z oczywistych względów historia klubu zakończyła się pięć lat później. W 1929 Cresovia grała w grupach eliminacyjnych dla mistrzów okręgówek, walczących w barażach o awans do I ligi, ale zajęła ostatnie miejsce w grupie. W białostockiej A klasie nieźle radziły sobie żydowskie kluby – Makkabi i Kraft Grodno.

Przed wojną mecze odbywały się na boisku Okręgowego Stowarzyszenia Wychowania Fizycznego przy ulicy Sobieskiego. To okolice dzisiejszego stadionu uniwersyteckiego (na zdjęciu).

” O tym, że emocje tamtej pory niczym nie różniły się od emocji panujących dzisiaj na boiskach piłkarskich świadczy incydent, który miał miejsce podczas meczu między „Makkabi” z Suwałk i grodzieńską „Cresovią”. Mimo to, że piłkarze z Grodna wygrali, za nie przestrzeganie porządku otrzymali grzywnę w wysokości 50 zł., a niektórzy piłkarze ponieśli kary indywidualne. Tak na przykład piłkarz Szoda został zdyskwalifikowany na 1 rok za kopnięcie w stylu Zinedina Zidane’a piłkarza „Makkabi”, a Rościsław Kozłowski dożywotnio został pozbawiony możliwości pełnić funkcje kapitana drużyny i zdyskwalifikowany na 6 miesięcy za obrażanie sędziego.”
Źródło.

Pomnik Lenina na placu przed siedzibą władz

Jak wygląda Grodno? Szerokie, czyste ulice i brak wieloformatowych reklam. Na tych największych prężą się żołnierz lub nauczycielka. Niewiele budek z jedzeniem, żadnych kebabów, a uniformizacja dotyczy nawet sprzedawczyń w kioskach, rzecz jasna państwowych. Zamiast wielkopowierzchniowych sklepów (największe to te przypominające Społem) tradycyjny targ. Do kupienia, prosto z ulicy, m.in. żywe kurczaki.

Nikt nie przechodzi na czerwonym świetne. Nawet wieczorem, gdy ostatni samochód przejechał kwadrans wcześniej, pojedynczy przechodnie pokornie czekają na zielone. Najbrzydsze są bloki w sowieckim stylu.

Muzeum Elizy Orzeszkowej w Grodnie. Pisarka mieszkała w nim od 1894 aż do swojej śmierci w 1910.

Najtańsza, jednokrotna wiza turystyczna kosztuje 25 euro. Ale Polacy, których interesuje tylko Grodzieńszczyzna, mogą skorzystać z ruchu bezwizowego. Jest wiele obostrzeń – pobyt może trwać maksymalnie pięć dni, nie wolno opuszczać wyznaczonego okręgu, ułatwienie nie dotyczy przy pokonywaniu granicy pociągiem itd. Ale sam proces jest prosty – kwit wypełnia się przez internet, płaci 50 zł, do tego ubezpieczenie za 8 zł. Ostatnia formalność do wypełnienie na granicy karty migracyjnej. Jej drugą część oddaje się wracając do Polski.

W obie strony, jadąc busem z Białegostoku, byłem jedynym Polakiem w pojeździe. Przejazd przez granicę, oprócz incydentu z koszulami, w obie strony spokojny.

Hala targowa

Cmentarz Farny w Grodnie. Groby obrońców Grodna.

Cmentarz Farny w Grodnie

Centrum Grodna. Radziecki czołg na postumencie, jak wymaga tego miejscowa estetyka.

Widok na Niemen z Nowego Zamku. Pałac pełnił funkcję rezydencji królewskiej, tutaj odbywały się Sejmy generalne I Rzeczypospolitej.

Boisko ze sztuczną murawą w kompleksie Niemenu Grodno

Niemen Grodno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jak Wolverhampton Wanderers zostali mistrzami świata

Pomnik Stana Cullisa

Kiedy Gabriel Hanot wziął do ręki wtorkowy „Daily Mail”, tytuł tekstu na pierwszej stronie musiał przeczytać kilka razy. Angielscy dziennikarze poszli na całość i ogłosili: „Wolves mistrzami świata”. W „Daily Express” podobnie: „Wolverhampton Wanderers stali się Wolverhampton Wondermen, klubowymi mistrzami Europy”. Hanot nie chciał już przeglądać kolejnych tytułów. Sam zasiadł przy maszynie do pisania.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dzień wcześniej, 13 grudnia 1954 roku, w towarzyskim meczu w Wolverhampton, Honved Budapeszt przegrał 2:3. Hanot był na meczu i widział, w jaki sposób Anglicy wygrali ten mecz. Wiedział, że choć Wolves mają na koncie kilka zwycięstw z zagranicznymi drużynami, to na żaden tytuł poza Anglią nie zasłużyli. Kolejnego dnia we francuskim „L’Equipe” po oczach bił nagłówek „Nie, Wolverhampton nie są jeszcze mistrzami świata klubów”. Francuzi zaproponowali rozgrywki klubowe, „bardziej spektakularne, niż mistrzostwa Europy reprezentacji”. Hanot pisał, że jeśli Wolves nie pojadą do Budapesztu i nie zagrają z Milanem lub Realem Madryt, to nie mogą twierdzić, że są najlepsi na kontynencie. W czwartkowym wydaniu „L’Equipe” padły już konkretne propozycje. Jeden klub z każdego kraju, system mecz i rewanż, mecze rozgrywane w środku tygodnia. Rok później ruszyły pierwsze rozgrywki o Puchar Europy. Mecz w Wolverhempton, gdzie umazani w błocie Anglicy pokonali Węgrów, dał początek dzisiejszej Lidze Mistrzów.

Pomnik Stana Cullisa

Staję przed pomnikiem Stana Cullisa koło stadionu Molineux w Wolverhampton. Były gracz i trener „Wilków” ubrany jest w klubową marynarkę i krawat, z kapeluszem w ręku. Lekko pochylony, tłumaczy coś swoim piłkarzom. Na cokole cytat „Na tym świecie ma się tylko jedno życie. Ja swoje oddałem Wolves”.

Cullis doprowadził Wanderers do trzech mistrzostw Anglii i dwóch Pucharów. Był wizjonerem, który wiedział, w jaki sposób drużynę z niewielkiego i biednego Wolverhampton wprowadzić do Europy. Na każdym z czterech masztów, które wokół boiska postawiła firma Revo Electric Company z Lipton, założono 60 lamp. Montaż instalacji, która wymagała blisko 5 km kabli i kosztowała 25 tys. funtów, Stan Cullis doglądał osobiście. Sztuczne oświetlenie na Molineux to był jego pomysł.

W latach 50. mecze po zmroku to wciąż była rzadkość. Takie spotkania pobudzały wyobraźnię. George Best miał wtedy 8 lat, kibicował lokalnemu Glentoranowi Belfast. Do czasu, aż w domu sąsiada, na małym, czarno-białym telewizorze, obejrzał mecz Wanderers ze Spartakiem Moskwa. – Wolves byli pierwszym zespołem spoza Irlandii Północnej, który mogłem zobaczyć w telewizji. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Mecze przy światłach bardziej kojarzyły się ze spektaklami w teatrze, a nie z meczami – pisał w autobiografii.

Stadion Wolverhampton Wanderers

W grudniowy poniedziałek Stan Cullis przyszedł na Molineux z samego rana. Plan na wygranie mecz miał gotowy, ale nie chodziło o taktykę. Trzem nastolatkom kazał nawodnić boisko. Z wiadrem biegał m.in. 16-letni Ron Atkinson. – Myśleliśmy, że zwariował. To był grudzień, w dodatku od czterech dni cały czas padało – opowiadał potem były manager m.in. Manchesteru United.

Wieczorem, gdy reflektory świeciły pełnym blaskiem, piłkarze Wolves wybiegli na boisko w złotych koszulkach. Naprzeciwko nich stanęli piłkarze Honvedu, z których sześciu grało rok wcześniej na Wembley. Ośmieszyli wtedy Anglików, którym wciąż wydawało się, że mają monopol na futbol na najwyższym poziomie. Węgrzy wygrali 6:3. W maju doszło do rewanżu, znów klęska. W Budapeszcie gospodarze strzelili 7 goli, stracili jednego. Do dziś to najwyższa porażka w angielskiej historii.

Na Molineux Węgrzy prowadzili po szybkich bramkach Sandora Kocsisa i Ferenca Machosa. Po przerwie boisko nie nadawało się już do gry. Cullis kazał swoim piłkarzom grać długimi podaniami. Mistrzowie Anglii bazowali na sile i wybieganiu. Główna metoda treningowa Cullisa, czyli nieustanne bieganie po schodach trybun, dała efekty. Marzenie każdego producenta telewizyjnego stało się faktem. Widzowie zobaczyli comeback, jedno z najlepszych sportowych show tamtych czasów. Z karnego trafił Johnny Hancocks, potem dwa gole zdobył Roy Swinbourne. Anglicy odzyskali dumę, którą Węgrzy odebrali im na Wembley.Stadion Wolverhampton Wanderers

Tak jak Gabriel Hanot odwiedzając Wolverhampton, wziąłem do ręki aktualny „Daily Mail”. Na czołówce też temat piłkarski, tylko zdecydowanie mniej chwalebny. Kolejny odcinek seksafery z Adam Johnsonem, który uprawiał seks z nieletnią.

60 lat temu, w relacji, która poirytowała francuskiego dziennikarza, Anglicy pisali: „Od razu po meczu, jak tylko Billy Wright wprowadził do szatni umazanych błotem bohaterów, Stanley Cullis powiedział: „Jesteście mistrzami świata”.

Już dzień gazeta musiała się z tego wycofać. Cytowała Cullisa, który mówił: „Nigdy nie twierdziłem, że jesteśmy mistrzami świata. Spartak i Honved to dobre kluby, ale naszą wygraną trzeba widzieć w odpowiednim kontekście”. Być może, gdyby angielscy dziennikarze trzymali się faktów, europejskie puchary powstałyby kilka lat później. Dziś Wolves nieśmiało walczą o awans do Premier League (jeszcze w poprzednim sezonie grali w League One), Honved próbuje uniknąć spadku z ekstraklasy, a nakład L’Equipe stale spada. Świetnie ma się tylko Liga Mistrzów. Stadion Wolverhampton Wanderers   Pomnik Billy Wright

Patronem jednej z czterech trybun stadionu w Wolverhampton, jest gracz z naszych czasów. Na zwycięstwa z europejskimi potęgami się nie załapał. Mało tego, w swoim życiu zagrał tylko jeden mecz w najwyższej lidze i było to zanim trafił do Wolverhampton.

Steve Bull przyszedł do klubu, gdy ten był na skraju upadku. W 1986 roku Wolves grali w czwartej lidze i nawet w niej mieli problemy. Bull ciągnął drużynę za uszy, strzelał po 50 goli w sezonie. Kiedy Wolves awansowali do trzeciej ligi, Bobby Robson powołał go do reprezentacji Anglii. Prasa z tego pomysłu kpiła, ale Bull strzelił w debiucie przeciwko Szkocji, potem na Wembley wbił dwa gole Czechosłowacji. Robson zabrał go na mundial. W pierwszych czterech meczach na turnieju we Włoszech Bull do siatki nie trafił. W półfinale z Niemcami trzecioligowiec miał wejść na boisko, ale Gary Lineker strzelił wyrównującą bramkę. – Zakładaj z powrotem dres Bully – usłyszał od Robsona. Kiedy wykonywano karne, nie było go na placu. Niemcy trafili wszystkie, Anglicy tylko 3 z 5.

U kolejnego selekcjonera, Bull nie miał już szans. Graham Taylor nie chciał powoływać trzecioligowca, a Bullowi dobrze było w Wolverhampton. Nieliczne oferty z Premier League odrzucał. Chciał tam zagrać z Wolves. Było blisko, bo w 1995 i 1997 roku drużyna odpadała w play-off. W ciągu 13 lat Bull strzelił dla Wanderers 306 bramek. Do najwyższej ligi zespół wrócił w 2003 roku, gdy legendarny napastnik był już na piłkarskiej emeryturze. Kibice Wolves oglądali już wtedy mecze z trybuny Steve’a Bulla, honorowego wiceprezydenta.Pomnik Billy Wright Stadion Wolverhampton Wanderers Stadion Wolverhampton Wanderers

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Pocztówka z Hamburga

Che Guevara spogląda z okna mieszkania w Hamburgu

W Hamburgu obejrzałem wielką stopę Uwe Seelera i mecz HSV. W międzyczasie wypatrywałem Che Guevary i tęczowej garderoby. Kilka kadrów z Hamburga.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sternschanze, w tle Heinrich-Hertz-Turm – wieża radiowo-telekomunikacyjna, najwyższa budowla w Hamburgu.

I znów wieża, ale z drugiej strony. Z widokiem na stadion St. Pauli.

O St. Pauli pisałem już na blogu. Polecam długi tekst.

Altona 96

Klub, który powstał w 1893 roku, zgodnie z najlepszymi niemieckimi standardami jest wielosekcyjny. Altona była jednym założycieli DFB, niemieckiej federacji. Dziś piłkarze grają w hamburskiej Oberlidze, na piątym poziomie rozgrywek.

Altona 96 długo nie była sporo mniejsza od HSV, ale przespała swoją szansę.

Kibice trzeciego klubu Hamburga mają podobne zapatrywania, jak fani St. Pauli. Altona utrzymuje kontakty z innym hipsterskim klubem, który odwiedziłem niedawno – londyńskim Dulwich Hamlet. Altona 93 przyciąga kibiców hasłem „uczciwego futbolu”.

Adolf-Jäger-Kampfbahn (patronem jest zmarły w czasie bombardowania Hamburga piłkarz).

Tęczowa czapka St. Pauli to na polskiej ulicy byłby hit.

Elbphilharmonie, najnowszy symbol Hamburga. Kosztowała 866 mln euro. Mieszkańcy Hamburga mówią, że było warto.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Piaskowe imperium na Malcie

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dziś, żeby zajrzeć, co znajduje się za kamiennym murem w Gzirze, trzeba się trochę natrudzić. Przez dekady było to jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc na Malcie. Obiekt wybudowano w 1922 roku. Wcześniej, podczas I wojny światowej, RAF miał tutaj bazę balonową. W pierwszym meczu zagrały drużyny MFA XI i HMS Ajax. MFA to Malta Football Association a rywalem byli Brytyjczycy. HMS to skrótowiec używany przed nazwą jednostek pływających – His/Her Majesty’s Ship – Okręt Jego/Jej Królewskiej Mości. Z miejscowymi w piłkę grali marynarze z Floty Śródziemnomorskiej.

W tym miejscu Malta zagrała pierwszy międzypaństwowy mecz. W 1957 roku rywalem była Austria. Przez kilka dekad 30-tysięczny obiekt słynął z nawierzchni, gdzie trawy po prostu nie było. Na Empire Stadium odbywały się m.in. walki bokserskie, pokazy cyrkowe i tradycyjne, gwiazdkowe turnieje piłkarskie. Przez lata na tym obiekcie swoje mecze w europejskich pucharach rozgrywały maltańskie kluby. Od razu odpadały, ale do Gziry przyjeżdżały takie firmy, jak Leeds, Manchester United (remis!), Juventus, Inter, Celtic, Real i Barcelona.

Nawierzchnię z lat 70. i meczu z mistrzami świata z RFN można zobaczyć tutaj.

Stadion, pomimo, że miał status narodowego, zawsze znajdował się na prywatnym terenie. Został wydzierżawiony, a po okresie umowy zwiększyło się grono spadkobierców, bo w międzyczasie na Malcie zrezygnowano z primogenitury. Bramy stadionu na dobre zamknięto 29 listopada 1981 roku. W ostatnim meczu maltańskiej Premier League zagrały Sliema Wanderers i Senglea Athletics. Nowy stadion narodowy zbudowano w innej części kraju. Spod Empire Stadium do Ta’ Qali, gdzie rozgrywane są mecze ligowe i reprezentacji, jedzie się autobusem 40 minut.

20-minutowy film o historii Empire Stadium.

Inne opuszczone stadiony na blogu

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Trzy najciekawsze.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pomnik masażysty

Pomnik Hermanna Riegera

Dwa pomniki przed stadionem, oba intrygujące. W Hamburgu nie postawili standardowej figury strzelca sprzed kilku dekad. Zafundowali sobie pomnik masażysty i gigantyczną stopę.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wokół stopy, przed meczem Hamburgeru SV, można napić się piwa. Właściciel jej żywej, dużo mniejszej wersji, czyli Uwe Seeler strzelił dla HSV ponad 400 goli. Połowę kariery spędził w Oberlidze, a od 1963 roku, straszył bramkarzy w całych Niemczech, już w Bundeslidze.

Stopa Uwe Seelera

W 2015 roku przed stadionem odsłonięto pomnik zmarłego rok wcześniej Hermanna Riegera. Przez 26 lat był klubowym fizjoterapeutą. Z czasem stał się ikoną HSV, jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci. Kiedy jakiś piłkarz doznawał kontuzji, kibice na Volksparkstadion krzyczeli: „Hermann, Hermann!”. Takim samym imieniem ochrzczono klubową maskotkę.

HSV-Freiburg

Hamburg odwiedziłem po raz drugi. Poprzednim razem zaliczyłem mecz St. Pauli i wizytę w muzeum HSV. Zobaczyłem m.in. jeden z Pucharów Europy.

Sam mecz z Freiburgiem miał ciekawy przebieg, ale nic mnie nie zaskoczyło.

W rogu stadionu widnieje zegar odliczający czas, jaki HSV spędziło w Bundeslidze. Klub gra w niej od pierwszego sezonu i nigdy nie spadł. Biorąc pod uwagę występy w ostatnich latach, zegar wygląda jak niepotrzebne kuszenie losu.

Volksparkstadion, Stadion Ludowy, zbudowano w latach 20. Kiedy w latach 50. był przebudowany, używano gruzu z pobliskiej dzielnicy Eimsbüttel, która mocno ucierpiała podczas alianckich nalotów. HSV przeniosło się tutaj dopiero po utworzeniu Bundesligi, w 1963 roku. W 1998 roku obiekt właściwie wybudowano od początku, a boisko obrócono o 90 stopni.

Kevin Keegan i zwycięstwo Puchar Europy na stadionowym korytarzu.

       

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Estadio Vicente Calderon odchodzi z godnością

Trybuna Vicente Calderon nad autostradą

Pod jedyną zadaszoną trybuną biegnie autostrada M-30. Nie brzmi to jak dobra reklama stadionu drużyny, która dociera do finałów Ligi Mistrzów. Ale Estadio Vicente Calderón ma swój klimat. Szkoda, że za chwilę zniknie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Powód przeprowadzki na nowy stadion ten sam, co wszędzie – nie chodzi nawet o te 12 tys. więcej krzesełek, ale o loże, które można sprzedać za miliony. Przestrzeń dla VIP-ów ma być najlepsza na świecie. O tym, czy najlepsze warunki będą mieli zwykli kibice, klub nie informuje.

Estadio Manzanares, tuż nad brzegiem rzeki o tej samej nazwie, powstał w latach 60. dzięki obligacjom, które wykupili kibice. Inaczej, niż w większości krajów, wszystkie miejsca, przewidziano jako siedzące. – Oni stoją, my siedzimy – głosiły napisy na transparentach. Poprzednie cztery dekady Atletico spędziło na Estadio Metropolitano, gdzie dziś stoją budynki mieszkalne. Po wojnie domowej, w której stadion poważnie ucierpiał, Atletico przez trzy lata grało na Campo de Vallecas, obiekcie Rayo.

Kolejny obiekt Atletico ma nosić nazwę Wanda (chiński koncern) Metropolitano.

wnętrza Stadionu Vicente Calderon

Piłka przy głównym wejściu na stadion. „Nie kopać!”

Piłkarze klubu, który założyło trzech baskijskich studentów na podobieństwo Athletiku Bilbao, nosili koszulki w biało-czerwone pasy. W Hiszpanii tych samych kolorów wykorzystywano przy produkcji materaców.

Na Vicente Calderon (były prezydent został patronem w 1971 roku) rozegrano trzy mecze mistrzostw świata. Stadion został wtedy poważnie przebudowany.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Klubowe muzeum.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Wnętrze stadionu Vicente Calderon

W związku z tym, że stadion wkrótce zostanie rozebrany, jest dość zaniedbany. Tak wygląda tunel, którym piłkarze wychodzą na boisko.

Wnętrze stadionu Vicente Calderon

Tunel stadionu Vicente Calderon
Atletico miało się przenieść na nowy stadion w 2010 roku a miasto liczyło, że na tym obiekcie w 2012 roku zostaną rozegrane igrzyska olimpijskie. Po kolejnych klęskach ratusz porzucił marzenia o imprezie, a klub zmienił koncepcję obiektu. Pomimo różnych problemów formalno-prawnych, wydaje się, że tym razem się uda i w sezonie 2017-18 Atletico będzie grało na nowym stadionie.

La Peineta (zgodnie z trendem zbudowany pośrodku niczego), jako najnowocześniejszy duży stadion w Hiszpanii ma stać się areną finałów Copa del Rey. Do tej pory gospodarza finału ustalano niemal w ostatniej chwili, a przepychanki między Realem i Barceloną w tej sprawie stały się elementem tradycji hiszpańskiej piłki.

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii, a o podróżach do Hiszpanii tutaj.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Dwumetrowy kogut

Valetta

Valetta

Bilet na mecz Premier League kupiłem za 7 euro. Kwadrans po końcowym gwizdku na tym samym stadionie zaczęło się kolejne spotkanie. Poziom amatorski, ale maltańskie słońce pozwaliło zapomnieć, że w piłkę gorzej grają tylko w pięciu europejskich krajach.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Po drodze na stadion Hamrun Spartans mijam klubowy budynek Pietà Hotspurs. Na dachu samochodu siedzi w fotelu dwumetrowy kogut. Koło niego puchar, który wywołał całe zamieszanie. Drużyna do lat 15 zdobyła mistrzostwo. Na chodniku stoją głośniki, z których płynie włoskie disco. Starsi piją miejscowego eurolagera „Cisk”, które można dostać w każdym sklepie i barze. Młodsi zabierają się do krojenia tortu. Kogut, nazwa klubu i biało-niebieskie barwy nie pozostawiają wątpliwości, skąd założyciele klubu czerpali inspirację. Brytyjskie korzenie ma cała maltańska piłka.

Football Malta

W piłkę gra się na Malcie od lat 70. XIX wieku. Obowiązywały wtedy jeszcze stare zasady, tzw. Cambridge rules. Miejscowych do nauki gry zachęcili Brytyjczycy – żołnierze marynarki, ale też jezuici. Mecze rozgrywano głównie w miejscach, gdzie stacjonowali wojskowi. Przez lata symbolem maltańskiej piłki był Empire Stadium, gdzie boisko było zupełnie pozbawione trawy. Grała tam reprezentacja i wszystkie drużyny, które próbowały walczyć w europejskich pucharach. W tumanach kurzu biegali tu piłkarze Manchesteru United, Juventusu, Interu, Realu i Barcelony. Ci pierwsi, zmierzając po Puchar Europy w 1968 roku, tylko zremisowali z Hibernians. Największym wydarzeniem tamtych czasów był „mecz stulecia”. 7 lat po uzyskaniu niepodległości, w lutym 1971 roku, na Empire Stadium przyjechała reprezentacja Anglii. Przyszło 30 tys. ludzi. Gordon Banks musiał się napocić, by utrzymać jednobramkową wygraną gości.

Empire Stadium.

Empire Stadium

Stadion należał do rodziny, która nie zamierzała dokładać do interesu. Z czasem brak inwestycji spowodował, że obiekt nie spełniał żadnych standardów. Ostatni mecz rozegrano w 1981 roku, gdy wybudowano nowy stadion narodowy – w Ta’ Qali. Zaledwie dwa lata wcześniej wyspę opuściły brytyjskie wojska. Można było zagospodarować m.in. lotnisko, z którego korzystał RAF. Prace częściowo sfinansował libijski rząd.

Ta’ Qali National Stadium

Centenary Stadium

Centenary Stadium

Koło stadionu narodowego znajduje się mniejszy obiekt. Na Centenary Stadium gra druga liga, na Ta’ Qali National Stadium ekstraklasa i reprezentacja. Ceny biletów są ustalone przez federację – 7 euro za ekstraklasę, 5 za drugą ligę. Często wejściówka obowiązuje na oba mecze na danym stadionie. Załapałem się więc na końcówkę meczu Sliemy Wanderers z Mostą.

Głównym wydarzeniem był pojedynek Hibernians z Birkirkarą. Mecze na Malcie mają dużo wyższą temperaturę, niż się spodziewałem. Dokładna kontrola przed wejściem, sektorówka, prowokacyjne okrzyki w kierunku kibiców rywali.

Hibernians na początku istnienia występowali jako Constitutionals FC, co miało wymowę polityczną. Jako klubu brytyjski, chcieli utrzymania ówczesnego statusu Maltu. W 1930 roku lokalny kościół katolicki orzekł, że głosowanie na Partię Konstytucyjną to grzech.

Hibernians-Birkirkara

Na Malcie piłka często mieszała się z polityką. W kraju wciąż rywalizowały dwie partie – niepodległościowa i probrytyjska. W 1933 roku sympatycy futbolu żyli meczem Włoch z Anglią. Padł remis. Sytuacja powtórzyła się we wrześniu 1997 roku. Na Malcie mecz eliminacji mistrzostw świata z Jugosławią oglądało 300 osób. Malta oczywiście przegrała, ale sporo mieszkańców w tym czasie świętowało. Cieszyli się na ulicach, że tego dnia Anglia pokonała w Rzymie Włochy. Do dziś do najpopularniejszych klubów należą Manchester United, Liverpool, Juventus, Milan and Inter.

Hibernians-Birkirkara

Po bramce na 1:0 kibice Birkirkary skupili się na krzyczeniu do kibiców Hibernians. Nie przeszkadzała im spora odległość i sektor VIP jako bufor.

Victor Tedesco Stadium

Victor Tedesco Stadium

Kiedy byłem na Malcie, całą kolejkę Premier League rozegrano na dwóch stadionach. Oprócz Narodowego, kopano też na Victor Tedesco Stadium, obiekcie z jedną trybuną. Gdyby jego patron wciąż żył, zapewne postarałby się o większe luksusy. Victor Tedesco był sponsorem Hamrun Spartans, najstarszego klubu na Malcie. Za jego pieniądze w zespole grali tacy piłkarze, jak Tony Morley, który z Aston Villą wygrywał Puchar Europy. Po kilku latach projekt się zawalił, bo Tedesco przeinwestował.

Podróż autobusem z jednego stadionu na drugi zajmuje 45 minut. Lepiej zaplanować podróż bez przesiadki, bo maltańscy kierowcy dość wcześnie stwierdzają, że autobus jest już pełny i przestają się zatrzymywać na przystankach.

Victor Tedesco Stadium

Victor Tedesco Stadium

Maltańska piłka długo kojarzyła się z korupcją. O lokalnych układach krążyły legendy. Europa z niesmakiem oglądała porażkę Malty 1:12 w 1983 roku z reprezentacją Hiszpanii. Wynik był niekorzystny dla Holendrów. Ich gazety publikowały zdjęcia nowej willi maltańskiego bramkarza. Na Malcie powołano komisję złożoną z działaczy, dziennikarzy i kibiców. Śladów korupcji nie stwierdzono.

Po kompromitacji w meczu z Hiszpanią Maltańczycy zabrali się do pracy. Żeby wykluczyć, że piłkarze reprezentacji będą chcieli zarobić na boku, federacja zaoferowała im zawodowe kontrakty. Zamiast na ubitej ziemi, zaczęto grać na trawie. Ze względu na wysokie temperatury i brak deszczu, z jej utrzymaniem są spore problemy. Niemal wszystkie drużyny trenują na sztucznych murawach. Naturalną lub hybrydową nawierzchnią dysponują tylko obiekty federacji – stadion narodowy i ośrodek treningowy reprezentacji. W latach 80. Maltańczycy wzięli się do piłki na poważnie, zaczęli organizować przedsezonowe zgrupowania, zatrudnili paru zagranicznych trenerów. Na początku lat 90. mieścili się jeszcze w pierwszej setce rankingu FIFA. Dziś jest dużo gorzej. Malta zajmuje 182. miejsce, między innymi wyspiarskimi krajami – Vanuatu, Fiji i Guam. – Dlaczego Islandczycy albo Cypryjczycy potrafią, a my nie? – lamentują w prasie.

Victor Tedesco Stadium

Maltańczycy piłkarską federację założyli w 1900 roku, więc przynajmniej teoretycznie, należą do grona piłkarskich pionierów. W 1910 roku zorganizowali pierwsze rozgrywki ligowe. Ligę nazywaną dziś oficjalnie BOV Premier League (BOV to Bank of Valletta) trzy drużyny – Sliema, Floriana i Valetta wygrywały ponad 20 razy. Według UEFA, w Europie jest tylko pięć słabszych lig, w tym walijska.

Stolica kraju. Wejście do biura Valletta F.C., 23-krotnego mistrza kraju. Drużyna gra na stadionie narodowym.

Trzecia liga. Mosta, Charles Abela Memorial Stadium, mecz George’s – Ghaxaq

„Mała wioska, duże jaja”. Wioska to pięciotysięczne Għaxaq na południowym-wschodzie Malty.

Mosta. Przygrywała typowa dla maltańskiej piłki orkiestra.

Najlepszy spośród maltański piłkarzy gra w portugalskiej Boaviście. André Schembri ma w CV takie kluby, jak Ferencváros, Omonia Nikozja, czy Panionios. W reprezentacji grali zarówno jego ojciec, jak i dziadek. Choć André Schembri jest całkiem bramkostrzelnym napastnikiem, to w 78 meczach reprezentacji strzelił trzy gole. Za każdym razem Malta i tak przegrywała. Spośród Maltańczyków przed nim niezłą karierę zrobił Carmel Busuttil, w latach 90. kapitan RKC Genk. Dziś jest asystentem selekcjonera.

W tej dekadzie Maltańczycy mają już na koncie kilka wygranych. Pokonywali Litwę, Armenię, Wyspy Owcze, czy San Marino. Wszystkie te mecze były towarzyskie. Ostatnie zwycięstwo o punkty to 2006 rok i mecz z Węgrami.

Piłkarskie perspektywy są marne, ale za to jakie widoki.

Valetta

Orlik z widokiem.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Najpiękniejszy park na świecie

Dixie Dean przed Goodison Park

Dla groundhopperów Stanley Park to najpiękniejszy park na świecie. Każdy może pokonać drogę, którą ponad sto lat temu obrał Everton. Z jednego końca parku, na drugi. Konkurencją mogą być tylko krakowskie Błonia.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W Liverpoolu zatrzymałem się przy okazji wypadu na mecz ligi walijskiej. Przy okazji zaliczyłem mecz Manchesteru City na Etihad. Program był tak napięty, że mój drugi spacer przez Stanley Park musiałem odbyć o świcie, ale na blogu były już takie relacje.

Anfield.

Kiedy poprzednim razem byłem na stadionie Liverpoolu, Anfield Road przypominała uliczkę na tyłach marketu.  Od tamtego czasu wybudowano nową, moim zdaniem trochę przerośniętą Main Stand, kosztem opuszczonych domów.

Everton początkowo rozgrywał mecze na zwykłym trawniku na niedawno założonym Stanley Park. Od 1884 do 1982 roku grał na Anfield. Właściciel stadionu tak bardzo podwyższał opłaty za korzystanie ze stadionu, że w końcu Everton postanowił się wynieść. Chcąc zapełnić pusty obiekt, John Houlding, powołał nowy podmiot, Everton Football Club and Athletic Grounds Company, Limited. Władze Football League stwierdziły, że nazwa Everton należy do istniejącego klubu, więc ostatecznie nowy klub, który zaczął grać przy Anfield, nazwano Liverpool Football Club. Jak wiemy, nowy twór poradził sobie i nawet trochę trochę wygrał.

Widok na nową trybunę stadionu Liverpoolu. 

Ostatni rzut oka na stadion Liverpoolu. Odwracamy się i przed nami widać Goodison Park.

Jeszcze kilka lat temu Liverpool planował wybudowanie nowego stadionu właśnie w Stanley Park. Stadiony obu klubów stałyby jeszcze bliżej, niż dziś. Co dla mnie zaskakujące, Liverpool dostał nawet zgodę na budowę stadionu na terenie zielonym. Miasto wolało zaakceptować ten pomysł, niż mierzyć się z faktem, że klub wyniesie się poza administracyjne granice miasta, co było możliwe. Ostatecznie nowi właściciele klubu zdecydowali, że wolą wciąż inwestować w Anfield. Zdecydowali się na budowę nowej trybuny głównej.

Podczas serii modernizacji Goodison Park zaangażowano Archibalda Leitcha, najsłynniejszego architekta brytyjskich stadionów, autora takich perełek, jak Craven Cottage, czy Ibrox Park.

Anglikański kościół pod wezwaniem Św. Łukasza. Mimo, że od dekad jego istnienie uniemożliwia rozbudowę Goodison Park, to relacje parafii i klubu są świetne. Kościół jest specjalnie otwierany przed meczami.

Na budynku obok stadionu, Everton chwali się, że Goodison Park to m.in. pierwszy angielski stadion na którym rozegrano 4 tys. meczów najwyższej ligi, czy pierwszy, który zainstalował podrzewaną murawę.

Everton gra na Goodison Park nieprzerwanie od 1892 roku, ale to już długo nie potrwa. Klub ma już nową lokalizację stadionu za 300 mln funtów. Po wieloletnich analizach padło na teren portowe nabrzeże – Bramley-Moore Dock. Miałem okazję usiąść na drewnianym krzesełku na Goodison. Kto jeszcze tego stadionu nie zaliczył, powinien się spieszyć.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Ten człowiek wymyślił ligowy futbol

Pomnik William McGregor

Tesco zrobiło tego dnia większy obrót, niż zwykle. To ostatni duży sklep przed wejściem na stadion. Kibice w bordowych szalikach z piwem w ręku wylewają się na ulicę. W drodze na Villa Park mijam billboardy ze słynnymi zawodnikami. Chris Nicholl wspomina swój pierwszy kontrakt z klubem, któremu kibicował jego ojciec a Dennis Mortimer opowiada co czuł, gdy wznosił Puchar Europy w 1982 roku.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Z kolejnego plakatu uśmiecha się Tom Hanks z szalikiem Aston Villi w dłoniach. Ta historia zaczęła się od żartu. Amerykański gwiazdor kilkanaście lat temu powiedział w jednym z wywiadów, że chciałby, by Aston Villi wiodło się jak najlepiej. O futbolu nie ma pojęcia.- To ze względu na tę wyjątkową nazwę. Brzmi jak nazwa jakiegoś spa – śmiał się. Przy okazji kolejnych wywiadów pytano go o to wielokrotnie. – Aston Villa brzmiało jak miejsce, gdzie chciałbyś pojechać na wakacje. Choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to w Birmingham – żartował. Kiedy pojawił się na jednym z meczów podczas sparingu w USA, budził większe zainteresowanie, niż piłkarze. – Moje życie nie będzie pełne, dopóki nie zobaczę Villa Park – mówi cytat na plakacie. Najwyraźniej Tom Hanks jeszcze nie znalazł czasu, żeby spełnić swoje marzenie i nie usiadł na trybunach Villa Park. Ja to przeżycie mam już za sobą.

Droga na mecz Aston Villi

Przed brytyjskimi stadionami stoi w sumie ponad 50 piłkarskich pomników. Zazwyczaj na monument z brązu zasługują najwięksi strzelcy, kapitanowie lub trenerzy. Przed Villa Park stoi pomnik człowieka, który nigdy nie kopnął piłki. Dla piłkarzy swojego klubu organizował spotkania o życiu w trzeźwości. Szkocki biznesmen William McGregor do historii futbolu przeszedł wysyłając list.

Do Birmingham ściągnął go brat. W niedalekim Aston razem sprzedawali tekstylia. W latach 70. XIX wieku to był dochodowy interes. Interes szedł dobrze, można było zająć się hobby. W soboty jego sklep był zamknięty. William McGregor włączył się w życie Aston Villi, pomagał w organizacji meczów. Klub miał dopiero trzy lata, ale szedł w górę. Krótko później, już z McGregorem na czele klubu, Aston Villa zdobyła Puchar Anglii.

W tym lokalu w Londynie ustalono zasady piłki nożnej.

W 1885 McGregor przeforsował w FA zgodę na profesjonalizację futbolu. Zawodnikom w końcu wolno było oficjalnie płacić. Ale tylko tym, którzy urodzili się lub przez dwa lata mieszkali w promieniu sześciu mil od stadionu. Piłkarze pensje dostawali regularnie, ale z organizacją meczów był kłopot. Wszystkie drużyny grały o niezliczone puchary, walczyły o charytatywne trofea i zapełniały kalendarze meczami towarzyskimi. Meczów ciągle było za dużo lub za mało. Doborem przeciwników rządził przypadek – w Pucharze Anglii Preston North End zmiażdżyło rywala 26:0. Ciągłym problemem było odwoływanie meczów. W lutym 1888 roku rywale Aston Villi odwołali pięć sobotnich meczów z rzędu. Większość kibiców, zamiast na mecz, szła do pubu. McGregor wolał zostać w klubowych biurach. Alkoholu nie brał do ust, był członkiem ruchu abstynenckiego. Zamiast przy barze, usiadł przy biurku. I napisał list.

Pomnik William McGregor

„Uprzejmie proszę o rozważenie następującego pomysłu, który pozwoli przezwyciężyć obecne trudności: 10-12 najlepszych angielskich drużyn stworzy rozgrywki systemem mecz i rewanż. (…) Byłbym wdzięczny, gdyście przemyśleli ten pomysł i przesłali mi swoje sugestie. Zwracam się do Blackburn Rovers, Bolton Wanderers, Preston North End, West Bromwich Albion i Aston Villi oraz wszystkich zainteresowanych.

P.S. Czy odpowiada wam spotkanie w piątek, 23 marca 1888 roku w hotelu Anderton w Londynie?”

Do stolicy przyjechali przedstawiciele 10 klubów. Te z południa odmówiły.

Na kolejnym spotkaniu ustalono nazwę: Football League. Inna propozycja, English League, wykluczałaby kluby ze Szkocji, a organizatorzy liczyli, że zespoły z północy z czasem dadzą się przekonać. Odrzucono zgłoszenie z Sunderlandu, bo dla klubów ze środkowej Anglii podróż do miasta nad Morzem Północnym wydawała się zbyt kosztowna.

McGregor wcześniej podpatrywał bejsbolową ligę w USA i angielskie rozgrywki krykieta. Szybko ustalono zasady – dwa punkty za wygraną, jeden za remis. Liga ruszyła we wrześniu i okazała się sukcesem. Po roku powstały konkurencyjne rozgrywki – Football Alliance. Wygrywały je Sheffield Wednesday, Stoke i Nottingham Forest. Po trzech sezonach najlepsze zespoły Football Alliance trafiły do Football League, teraz pod nazwą Football League First Division. Pozostałe dołączyły do drugiej ligi.

Dzięki pomysłowi Szkota piłka stała się biznesem. W ciągu trzech lat dochody Aston Villi wzrosły sześciokrotnie. On sam też wykorzystał sukces. Stał na czele rozgrywek oraz angielskiej federacji. Stał się znany, na łamach Birmingham Gazette pisał, które piłki i buty najlepiej nadają się do gry. Nie robił tego za darmo.

– Gdyby nie Aston Villa, nie wiadomo, jak teraz wyglądałaby piłka – mówili podczas odsłonięcia pomnika kibice. Pokryli połowę kosztów pomnika, resztę dołożył klub.

Dla Anglików McGregor to postać wybitna. – Jest w trójce najważniejszych osób dla rozwoju futbolu. Pozostali to Ebenezer Cob Morley, ojciec piłki nożnej oraz Charles Alcock, który stworzył FA Cup i mecze międzynarodowe – przekonywał historyk Peter Lupson. – Ludzie zapomnieli o McGregorze, tak jak zapomnieli o innych pionierach. Wszyscy są tak zajęci teraźniejszością, że brakuje odpowiedniej perspektywy.

Droga na stadion Aston Villi  Droga na stadion Aston Villi

Mecz Aston Villi

Tylko o tym, co tu i teraz na pewno myślą fani Aston Villi i West Bromwich Albion. Wyzwiska zaczęły się na długo przed meczem. Główna rywalizacja w mieście to Second City derby – Aston Villa przeciwko Birmingham City. Ale mecz Villi i WBA to też derby, oba stadiony dzieli 12 mil.

Siadam na North Stand Upper. Na przeciwległej trybunie dużych rozmiarów napis „Football league została założona przez Villę i wygrana przez Villę. 1874 był dla futbolu wspaniały”. Siedzący rząd wyżej Philip, cieszy się, że na mecz jego klubu przyjechałem specjalnie z Polski. Tłumaczę, że oglądam stadiony finalistów Pucharu Europy i Ligi Mistrzów. – Mój znajomy „zrobił 92” – mówi jakby z dumą. Angielscy groundhopperzy za cel często stawiają sobie zobaczenie meczów na stadionach Football League i Premier League. Razem to 92, ale zazwyczaj wychodzi więcej, bo w trakcie zaliczania meczów zmieniają się zespoły na najniższym poziomie, czyli w League Two. Klub może też zmienić stadion, ale w Anglii to się rzadko zdarza. Villa gra w tym samym miejscu od 118 lat.

Mecz Aston VilliStadion Aston Villi

W 1981 roku Aston Villa wygrała pierwsze mistrzostwo od 71 lat. Drużyna zdobyła tytuł grając 14 piłkarzami. Kilka miesięcy później, w lutym 1982 zespół zajmował 19. miejsce w tabeli. Przechodził przez kolejne rundy Pucharu Europy Europy i w maju podczas finału na De Kuip pokonał Bayern. Stadion Aston Villi Trybuna stadionu Aston Villi Villa Park    Mecz Aston Villi  Mecz Aston Villi

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

W 1000 dni od Pucharu Polski do ósmej ligi

W Potulicach mieszka 1400 osób. W niedzielę byli w swojej wsi mniejszością. Większość stanowili kibice Zawiszy, którzy przyjechali na domowy mecz swojego zespołu. Z dwóch drużyn – Zawiszy i Wisły Fordon, tylko ta druga gra w Bydgoszczy.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wszystko, co ważne, w Potulicach jest skupione na kilkuset metrach. Przy skrzyżowaniu ul. Leśnej z Bydgoską, stoi więzienie. Po drugiej stronie szosy znajduje się boisko Dębu. Tuż obok centrum wiejskiego życia. W jednym budynku Dom Strażaka, Wiejski Dom Kultury i poczta. Kawałek dalej rośnie drzewo, od którego swoją nazwę ma B-klasowy klub. Ogromny, rozłożysty dąb im. Władysława Szafera ma ok. 900 lat.

Potulice, oddalone o 25 km Bydgoszczy, słyną głównie z więzienia. Ale w niedzielę atrakcją był mecz na szczycie B-klasy. Kibice jechali samochodami, busami, na motocyklach i rowerach. W sumie 1500 osób. Po drodze mijali patrole policji, stadninę koni, święte figurki, zjazd na Niedolę i kolejnych funkcjonariuszy. Oprócz filmowania racowiska policjanci nie mieli wiele do roboty. Atmosfera była pozytywna. Pojedyncze wulgaryzmy z trybun były odbierane z niezadowoleniem.

Samochody na bydgoskich rejestracjach zajęły wszystkie wolne miejsca przy głównej szosie obok zakładu karnego oraz na polu pod lasem. Kolejek w miejscowym sklepie nie dało się rozładować inaczej, niż wpuszczając do środka po kilka osób. Dla wygody skrzynki z Harnasiem ustawiono tuż przy kasie. Przy wejściu na stadion Dębu sprzedawano koszulki i bluzy Zawiszy (zeszły prawie wszystkie) i zbierano podpisy pod petycją ws. budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych (300 autografów), kawałek dalej ustawiła się kolejka po kiełbasę z grilla (poszło ponad 200). – Jak na B-klasę to jest odlot. Wydarzenie na całą Polskę – ekscytowali się niektórzy. Większość była zadowolona, że choć mecz jest w Potulicach, to „w końcu czujemy się jak u siebie”. Inni narzekali, że ósma liga to upadek i na to, co się dzieje na boisku, nie idzie patrzeć.

Od pucharu do B-klasy

Od momentu, gdy Zawisza świętował największe triumfy w swojej historii i zdobywał Puchar i Superpuchar Polski (2014 rok), minęło ok. 1000 dni. W tym czasie klub zdążył spaść z ekstraklasy (2015) i zaliczyć nieudaną walkę o awans (2016). Rok temu Radosław Osuch sprzedał klub i zniknął. Znajomy, który kupił od niego spółkę, nie był zainteresowany prowadzeniem jej działalności. WKS Zawisza Bydgoszcz S.A. nie wystawił drużyny w żadnej klasie rozgrywkowej. Drużyna prowadzona przez Stowarzyszenie Piłkarskie zaczęła rozgrywki w B-klasie, na najniższym możliwym poziomie.

„Marsz, marsz, marsz, do boju marsz” – ryknęli od pierwszej minuty kibice. Potem był już repertuar znany z meczów przy Gdańskiej – „Nie ma, że boli, Zawisza to klub kiboli” i „To my, kibole Zawiszy!”. Drużyna gra w Potulicach, bo żaden z zarządców bydgoskich obiektów nie zgodził się na przyjęcie zespołu. Wszyscy tłumaczą się brakiem miejsca i remontami a CWZS Zawisza, który zarządza bazą przy ul. Gdańskiej, sporami sądowymi. Chodzi o prawa do herbu i nazwy. Po serii konfliktów SP zostało wykluczone z CWZS.

Sprawą boiska dla Zawiszy zajęli się nawet bydgoscy radni. Nic nie wskórali. – Nie chodzi o dzieci w tej sprawie, tylko powrót kiboli na stadion. A kibole na stadionie to jawne łamanie prawa, zasłanianie twarzy, wandalizm, groźby i zastraszanie – mówił na konferencji prasowej prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski. A przed sobą na stole położył duży kamień. Jeden z czterech, którymi obrzucono okna w jego domu. Zastraszeni czują się też szefowie CWZS.

„Zawisza nigdy nie zginie”

W niedzielę, przy płocie obok linii bocznej stanęli działacze, którzy prowadzili Stowarzyszenie Piłkarskie kilka lat temu – Bogdan Pultyn, Marcin Jałocha i Tomasz Rega. Obecny prezes SP, Krzysztof Bess, z nerwami w pierwszym wiosennym meczu radził sobie wspomagając się papierosem i kawą. Kawałek dalej stanął Marcin Łukaszewski, kapitan Zawiszy z ostatniego sezonu w II lidze. – Tylko bez trzody, żeby nie było żadnej patologii, pamiętajcie – przypominali kibice w młynie. W tłumie siedzieli mężczyźni, kobiety i dzieci. Większość w koszulkach z napisami typu „Zawisza nigdy nie zginie”. W pierwszej połowie, po zapaleniu rac i rzuceniu serpentyn, mecz na dwie minuty przerwano.

Mimo, że Zawisza jest w B-klasie krezusem i może sobie pozwolić nawet na obóz przygotowawczy, piłkarze grali słabo. W pierwszej połowie gola strzelił Wojciech Ruczyński. Zawisza nie dominował nawet, gdy po czerwonej kartce dla Kacpra Sapy grał w przewadze. Dwie kolejne bramki bydgoszczanie strzelili w doliczonym czasie gry. Trafiali – Patryk Bereza z karnego i Tomasz Widomski – lobując bramkarza Wisły, najmniejszego piłkarza na boisku.

Po wygranym 3:0 meczu z głównym kandydatem do awansu, piłkarze stanęli za banerem „Zawisza nigdy nie zginie” i świętowali z kibicami.