Archiwum kategorii: Piłkarskie podróże

Groudhopping i groundspotting. Relacje z kilkudziesięciu krajów.

Jak Wolverhampton Wanderers zostali mistrzami świata

Pomnik Stana Cullisa

Kiedy Gabriel Hanot wziął do ręki wtorkowy „Daily Mail”, tytuł tekstu na pierwszej stronie musiał przeczytać kilka razy. Angielscy dziennikarze poszli na całość i ogłosili: „Wolves mistrzami świata”. W „Daily Express” podobnie: „Wolverhampton Wanderers stali się Wolverhampton Wondermen, klubowymi mistrzami Europy”. Hanot nie chciał już przeglądać kolejnych tytułów. Sam zasiadł przy maszynie do pisania.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dzień wcześniej, 13 grudnia 1954 roku, w towarzyskim meczu w Wolverhampton, Honved Budapeszt przegrał 2:3. Hanot był na meczu i widział, w jaki sposób Anglicy wygrali ten mecz. Wiedział, że choć Wolves mają na koncie kilka zwycięstw z zagranicznymi drużynami, to na żaden tytuł poza Anglią nie zasłużyli. Kolejnego dnia we francuskim „L’Equipe” po oczach bił nagłówek „Nie, Wolverhampton nie są jeszcze mistrzami świata klubów”. Francuzi zaproponowali rozgrywki klubowe, „bardziej spektakularne, niż mistrzostwa Europy reprezentacji”. Hanot pisał, że jeśli Wolves nie pojadą do Budapesztu i nie zagrają z Milanem lub Realem Madryt, to nie mogą twierdzić, że są najlepsi na kontynencie. W czwartkowym wydaniu „L’Equipe” padły już konkretne propozycje. Jeden klub z każdego kraju, system mecz i rewanż, mecze rozgrywane w środku tygodnia. Rok później ruszyły pierwsze rozgrywki o Puchar Europy. Mecz w Wolverhempton, gdzie umazani w błocie Anglicy pokonali Węgrów, dał początek dzisiejszej Lidze Mistrzów.

Pomnik Stana Cullisa

Staję przed pomnikiem Stana Cullisa koło stadionu Molineux w Wolverhampton. Były gracz i trener „Wilków” ubrany jest w klubową marynarkę i krawat, z kapeluszem w ręku. Lekko pochylony, tłumaczy coś swoim piłkarzom. Na cokole cytat „Na tym świecie ma się tylko jedno życie. Ja swoje oddałem Wolves”.

Cullis doprowadził Wanderers do trzech mistrzostw Anglii i dwóch Pucharów. Był wizjonerem, który wiedział, w jaki sposób drużynę z niewielkiego i biednego Wolverhampton wprowadzić do Europy. Na każdym z czterech masztów, które wokół boiska postawiła firma Revo Electric Company z Lipton, założono 60 lamp. Montaż instalacji, która wymagała blisko 5 km kabli i kosztowała 25 tys. funtów, Stan Cullis doglądał osobiście. Sztuczne oświetlenie na Molineux to był jego pomysł.

W latach 50. mecze po zmroku to wciąż była rzadkość. Takie spotkania pobudzały wyobraźnię. George Best miał wtedy 8 lat, kibicował lokalnemu Glentoranowi Belfast. Do czasu, aż w domu sąsiada, na małym, czarno-białym telewizorze, obejrzał mecz Wanderers ze Spartakiem Moskwa. – Wolves byli pierwszym zespołem spoza Irlandii Północnej, który mogłem zobaczyć w telewizji. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Mecze przy światłach bardziej kojarzyły się ze spektaklami w teatrze, a nie z meczami – pisał w autobiografii.

Stadion Wolverhampton Wanderers

W grudniowy poniedziałek Stan Cullis przyszedł na Molineux z samego rana. Plan na wygranie mecz miał gotowy, ale nie chodziło o taktykę. Trzem nastolatkom kazał nawodnić boisko. Z wiadrem biegał m.in. 16-letni Ron Atkinson. – Myśleliśmy, że zwariował. To był grudzień, w dodatku od czterech dni cały czas padało – opowiadał potem były manager m.in. Manchesteru United.

Wieczorem, gdy reflektory świeciły pełnym blaskiem, piłkarze Wolves wybiegli na boisko w złotych koszulkach. Naprzeciwko nich stanęli piłkarze Honvedu, z których sześciu grało rok wcześniej na Wembley. Ośmieszyli wtedy Anglików, którym wciąż wydawało się, że mają monopol na futbol na najwyższym poziomie. Węgrzy wygrali 6:3. W maju doszło do rewanżu, znów klęska. W Budapeszcie gospodarze strzelili 7 goli, stracili jednego. Do dziś to najwyższa porażka w angielskiej historii.

Na Molineux Węgrzy prowadzili po szybkich bramkach Sandora Kocsisa i Ferenca Machosa. Po przerwie boisko nie nadawało się już do gry. Cullis kazał swoim piłkarzom grać długimi podaniami. Mistrzowie Anglii bazowali na sile i wybieganiu. Główna metoda treningowa Cullisa, czyli nieustanne bieganie po schodach trybun, dała efekty. Marzenie każdego producenta telewizyjnego stało się faktem. Widzowie zobaczyli comeback, jedno z najlepszych sportowych show tamtych czasów. Z karnego trafił Johnny Hancocks, potem dwa gole zdobył Roy Swinbourne. Anglicy odzyskali dumę, którą Węgrzy odebrali im na Wembley.Stadion Wolverhampton Wanderers

Tak jak Gabriel Hanot odwiedzając Wolverhampton, wziąłem do ręki aktualny „Daily Mail”. Na czołówce też temat piłkarski, tylko zdecydowanie mniej chwalebny. Kolejny odcinek seksafery z Adam Johnsonem, który uprawiał seks z nieletnią.

60 lat temu, w relacji, która poirytowała francuskiego dziennikarza, Anglicy pisali: „Od razu po meczu, jak tylko Billy Wright wprowadził do szatni umazanych błotem bohaterów, Stanley Cullis powiedział: „Jesteście mistrzami świata”.

Już dzień gazeta musiała się z tego wycofać. Cytowała Cullisa, który mówił: „Nigdy nie twierdziłem, że jesteśmy mistrzami świata. Spartak i Honved to dobre kluby, ale naszą wygraną trzeba widzieć w odpowiednim kontekście”. Być może, gdyby angielscy dziennikarze trzymali się faktów, europejskie puchary powstałyby kilka lat później. Dziś Wolves nieśmiało walczą o awans do Premier League (jeszcze w poprzednim sezonie grali w League One), Honved próbuje uniknąć spadku z ekstraklasy, a nakład L’Equipe stale spada. Świetnie ma się tylko Liga Mistrzów. Stadion Wolverhampton Wanderers   Pomnik Billy Wright

Patronem jednej z czterech trybun stadionu w Wolverhampton, jest gracz z naszych czasów. Na zwycięstwa z europejskimi potęgami się nie załapał. Mało tego, w swoim życiu zagrał tylko jeden mecz w najwyższej lidze i było to zanim trafił do Wolverhampton.

Steve Bull przyszedł do klubu, gdy ten był na skraju upadku. W 1986 roku Wolves grali w czwartej lidze i nawet w niej mieli problemy. Bull ciągnął drużynę za uszy, strzelał po 50 goli w sezonie. Kiedy Wolves awansowali do trzeciej ligi, Bobby Robson powołał go do reprezentacji Anglii. Prasa z tego pomysłu kpiła, ale Bull strzelił w debiucie przeciwko Szkocji, potem na Wembley wbił dwa gole Czechosłowacji. Robson zabrał go na mundial. W pierwszych czterech meczach na turnieju we Włoszech Bull do siatki nie trafił. W półfinale z Niemcami trzecioligowiec miał wejść na boisko, ale Gary Lineker strzelił wyrównującą bramkę. – Zakładaj z powrotem dres Bully – usłyszał od Robsona. Kiedy wykonywano karne, nie było go na placu. Niemcy trafili wszystkie, Anglicy tylko 3 z 5.

U kolejnego selekcjonera, Bull nie miał już szans. Graham Taylor nie chciał powoływać trzecioligowca, a Bullowi dobrze było w Wolverhampton. Nieliczne oferty z Premier League odrzucał. Chciał tam zagrać z Wolves. Było blisko, bo w 1995 i 1997 roku drużyna odpadała w play-off. W ciągu 13 lat Bull strzelił dla Wanderers 306 bramek. Do najwyższej ligi zespół wrócił w 2003 roku, gdy legendarny napastnik był już na piłkarskiej emeryturze. Kibice Wolves oglądali już wtedy mecze z trybuny Steve’a Bulla, honorowego wiceprezydenta.Pomnik Billy Wright Stadion Wolverhampton Wanderers Stadion Wolverhampton Wanderers

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Pocztówka z Hamburga

Che Guevara spogląda z okna mieszkania w Hamburgu

W Hamburgu obejrzałem wielką stopę Uwe Seelera i mecz HSV. W międzyczasie wypatrywałem Che Guevary i tęczowej garderoby. Kilka kadrów z Hamburga.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sternschanze, w tle Heinrich-Hertz-Turm – wieża radiowo-telekomunikacyjna, najwyższa budowla w Hamburgu.

I znów wieża, ale z drugiej strony. Z widokiem na stadion St. Pauli.

O St. Pauli pisałem już na blogu. Polecam długi tekst.

Altona 96

Klub, który powstał w 1893 roku, zgodnie z najlepszymi niemieckimi standardami jest wielosekcyjny. Altona była jednym założycieli DFB, niemieckiej federacji. Dziś piłkarze grają w hamburskiej Oberlidze, na piątym poziomie rozgrywek.

Altona 96 długo nie była sporo mniejsza od HSV, ale przespała swoją szansę.

Kibice trzeciego klubu Hamburga mają podobne zapatrywania, jak fani St. Pauli. Altona utrzymuje kontakty z innym hipsterskim klubem, który odwiedziłem niedawno – londyńskim Dulwich Hamlet. Altona 93 przyciąga kibiców hasłem „uczciwego futbolu”.

Adolf-Jäger-Kampfbahn (patronem jest zmarły w czasie bombardowania Hamburga piłkarz).

Tęczowa czapka St. Pauli to na polskiej ulicy byłby hit.

Elbphilharmonie, najnowszy symbol Hamburga. Kosztowała 866 mln euro. Mieszkańcy Hamburga mówią, że było warto.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Piaskowe imperium na Malcie

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dziś, żeby zajrzeć, co znajduje się za kamiennym murem w Gzirze, trzeba się trochę natrudzić. Przez dekady było to jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc na Malcie. Obiekt wybudowano w 1922 roku. Wcześniej, podczas I wojny światowej, RAF miał tutaj bazę balonową. W pierwszym meczu zagrały drużyny MFA XI i HMS Ajax. MFA to Malta Football Association a rywalem byli Brytyjczycy. HMS to skrótowiec używany przed nazwą jednostek pływających – His/Her Majesty’s Ship – Okręt Jego/Jej Królewskiej Mości. Z miejscowymi w piłkę grali marynarze z Floty Śródziemnomorskiej.

W tym miejscu Malta zagrała pierwszy międzypaństwowy mecz. W 1957 roku rywalem była Austria. Przez kilka dekad 30-tysięczny obiekt słynął z nawierzchni, gdzie trawy po prostu nie było. Na Empire Stadium odbywały się m.in. walki bokserskie, pokazy cyrkowe i tradycyjne, gwiazdkowe turnieje piłkarskie. Przez lata na tym obiekcie swoje mecze w europejskich pucharach rozgrywały maltańskie kluby. Od razu odpadały, ale do Gziry przyjeżdżały takie firmy, jak Leeds, Manchester United (remis!), Juventus, Inter, Celtic, Real i Barcelona.

Nawierzchnię z lat 70. i meczu z mistrzami świata z RFN można zobaczyć tutaj.

Stadion, pomimo, że miał status narodowego, zawsze znajdował się na prywatnym terenie. Został wydzierżawiony, a po okresie umowy zwiększyło się grono spadkobierców, bo w międzyczasie na Malcie zrezygnowano z primogenitury. Bramy stadionu na dobre zamknięto 29 listopada 1981 roku. W ostatnim meczu maltańskiej Premier League zagrały Sliema Wanderers i Senglea Athletics. Nowy stadion narodowy zbudowano w innej części kraju. Spod Empire Stadium do Ta’ Qali, gdzie rozgrywane są mecze ligowe i reprezentacji, jedzie się autobusem 40 minut.

20-minutowy film o historii Empire Stadium.

Inne opuszczone stadiony na blogu

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Trzy najciekawsze.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pomnik masażysty

Pomnik Hermanna Riegera

Dwa pomniki przed stadionem, oba intrygujące. W Hamburgu nie postawili standardowej figury strzelca sprzed kilku dekad. Zafundowali sobie pomnik masażysty i gigantyczną stopę.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wokół stopy, przed meczem Hamburgeru SV, można napić się piwa. Właściciel jej żywej, dużo mniejszej wersji, czyli Uwe Seeler strzelił dla HSV ponad 400 goli. Połowę kariery spędził w Oberlidze, a od 1963 roku, straszył bramkarzy w całych Niemczech, już w Bundeslidze.

Stopa Uwe Seelera

W 2015 roku przed stadionem odsłonięto pomnik zmarłego rok wcześniej Hermanna Riegera. Przez 26 lat był klubowym fizjoterapeutą. Z czasem stał się ikoną HSV, jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci. Kiedy jakiś piłkarz doznawał kontuzji, kibice na Volksparkstadion krzyczeli: „Hermann, Hermann!”. Takim samym imieniem ochrzczono klubową maskotkę.

HSV-Freiburg

Hamburg odwiedziłem po raz drugi. Poprzednim razem zaliczyłem mecz St. Pauli i wizytę w muzeum HSV. Zobaczyłem m.in. jeden z Pucharów Europy.

Sam mecz z Freiburgiem miał ciekawy przebieg, ale nic mnie nie zaskoczyło.

W rogu stadionu widnieje zegar odliczający czas, jaki HSV spędziło w Bundeslidze. Klub gra w niej od pierwszego sezonu i nigdy nie spadł. Biorąc pod uwagę występy w ostatnich latach, zegar wygląda jak niepotrzebne kuszenie losu.

Volksparkstadion, Stadion Ludowy, zbudowano w latach 20. Kiedy w latach 50. był przebudowany, używano gruzu z pobliskiej dzielnicy Eimsbüttel, która mocno ucierpiała podczas alianckich nalotów. HSV przeniosło się tutaj dopiero po utworzeniu Bundesligi, w 1963 roku. W 1998 roku obiekt właściwie wybudowano od początku, a boisko obrócono o 90 stopni.

Kevin Keegan i zwycięstwo Puchar Europy na stadionowym korytarzu.

       

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Estadio Vicente Calderon odchodzi z godnością

Trybuna Vicente Calderon nad autostradą

Pod jedyną zadaszoną trybuną biegnie autostrada M-30. Nie brzmi to jak dobra reklama stadionu drużyny, która dociera do finałów Ligi Mistrzów. Ale Estadio Vicente Calderón ma swój klimat. Szkoda, że za chwilę zniknie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Powód przeprowadzki na nowy stadion ten sam, co wszędzie – nie chodzi nawet o te 12 tys. więcej krzesełek, ale o loże, które można sprzedać za miliony. Przestrzeń dla VIP-ów ma być najlepsza na świecie. O tym, czy najlepsze warunki będą mieli zwykli kibice, klub nie informuje.

Estadio Manzanares, tuż nad brzegiem rzeki o tej samej nazwie, powstał w latach 60. dzięki obligacjom, które wykupili kibice. Inaczej, niż w większości krajów, wszystkie miejsca, przewidziano jako siedzące. – Oni stoją, my siedzimy – głosiły napisy na transparentach. Poprzednie cztery dekady Atletico spędziło na Estadio Metropolitano, gdzie dziś stoją budynki mieszkalne. Po wojnie domowej, w której stadion poważnie ucierpiał, Atletico przez trzy lata grało na Campo de Vallecas, obiekcie Rayo.

Kolejny obiekt Atletico ma nosić nazwę Wanda (chiński koncern) Metropolitano.

wnętrza Stadionu Vicente Calderon

Piłka przy głównym wejściu na stadion. „Nie kopać!”

Piłkarze klubu, który założyło trzech baskijskich studentów na podobieństwo Athletiku Bilbao, nosili koszulki w biało-czerwone pasy. W Hiszpanii tych samych kolorów wykorzystywano przy produkcji materaców.

Na Vicente Calderon (były prezydent został patronem w 1971 roku) rozegrano trzy mecze mistrzostw świata. Stadion został wtedy poważnie przebudowany.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Klubowe muzeum.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Wnętrze stadionu Vicente Calderon

W związku z tym, że stadion wkrótce zostanie rozebrany, jest dość zaniedbany. Tak wygląda tunel, którym piłkarze wychodzą na boisko.

Wnętrze stadionu Vicente Calderon

Tunel stadionu Vicente Calderon
Atletico miało się przenieść na nowy stadion w 2010 roku a miasto liczyło, że na tym obiekcie w 2012 roku zostaną rozegrane igrzyska olimpijskie. Po kolejnych klęskach ratusz porzucił marzenia o imprezie, a klub zmienił koncepcję obiektu. Pomimo różnych problemów formalno-prawnych, wydaje się, że tym razem się uda i w sezonie 2017-18 Atletico będzie grało na nowym stadionie.

La Peineta (zgodnie z trendem zbudowany pośrodku niczego), jako najnowocześniejszy duży stadion w Hiszpanii ma stać się areną finałów Copa del Rey. Do tej pory gospodarza finału ustalano niemal w ostatniej chwili, a przepychanki między Realem i Barceloną w tej sprawie stały się elementem tradycji hiszpańskiej piłki.

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii, a o podróżach do Hiszpanii tutaj.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Dwumetrowy kogut

Valetta

Valetta

Bilet na mecz Premier League kupiłem za 7 euro. Kwadrans po końcowym gwizdku na tym samym stadionie zaczęło się kolejne spotkanie. Poziom amatorski, ale maltańskie słońce pozwaliło zapomnieć, że w piłkę gorzej grają tylko w pięciu europejskich krajach.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Po drodze na stadion Hamrun Spartans mijam klubowy budynek Pietà Hotspurs. Na dachu samochodu siedzi w fotelu dwumetrowy kogut. Koło niego puchar, który wywołał całe zamieszanie. Drużyna do lat 15 zdobyła mistrzostwo. Na chodniku stoją głośniki, z których płynie włoskie disco. Starsi piją miejscowego eurolagera „Cisk”, które można dostać w każdym sklepie i barze. Młodsi zabierają się do krojenia tortu. Kogut, nazwa klubu i biało-niebieskie barwy nie pozostawiają wątpliwości, skąd założyciele klubu czerpali inspirację. Brytyjskie korzenie ma cała maltańska piłka.

Football Malta

W piłkę gra się na Malcie od lat 70. XIX wieku. Obowiązywały wtedy jeszcze stare zasady, tzw. Cambridge rules. Miejscowych do nauki gry zachęcili Brytyjczycy – żołnierze marynarki, ale też jezuici. Mecze rozgrywano głównie w miejscach, gdzie stacjonowali wojskowi. Przez lata symbolem maltańskiej piłki był Empire Stadium, gdzie boisko było zupełnie pozbawione trawy. Grała tam reprezentacja i wszystkie drużyny, które próbowały walczyć w europejskich pucharach. W tumanach kurzu biegali tu piłkarze Manchesteru United, Juventusu, Interu, Realu i Barcelony. Ci pierwsi, zmierzając po Puchar Europy w 1968 roku, tylko zremisowali z Hibernians. Największym wydarzeniem tamtych czasów był „mecz stulecia”. 7 lat po uzyskaniu niepodległości, w lutym 1971 roku, na Empire Stadium przyjechała reprezentacja Anglii. Przyszło 30 tys. ludzi. Gordon Banks musiał się napocić, by utrzymać jednobramkową wygraną gości.

Empire Stadium.

Empire Stadium

Stadion należał do rodziny, która nie zamierzała dokładać do interesu. Z czasem brak inwestycji spowodował, że obiekt nie spełniał żadnych standardów. Ostatni mecz rozegrano w 1981 roku, gdy wybudowano nowy stadion narodowy – w Ta’ Qali. Zaledwie dwa lata wcześniej wyspę opuściły brytyjskie wojska. Można było zagospodarować m.in. lotnisko, z którego korzystał RAF. Prace częściowo sfinansował libijski rząd.

Ta’ Qali National Stadium

Centenary Stadium

Centenary Stadium

Koło stadionu narodowego znajduje się mniejszy obiekt. Na Centenary Stadium gra druga liga, na Ta’ Qali National Stadium ekstraklasa i reprezentacja. Ceny biletów są ustalone przez federację – 7 euro za ekstraklasę, 5 za drugą ligę. Często wejściówka obowiązuje na oba mecze na danym stadionie. Załapałem się więc na końcówkę meczu Sliemy Wanderers z Mostą.

Głównym wydarzeniem był pojedynek Hibernians z Birkirkarą. Mecze na Malcie mają dużo wyższą temperaturę, niż się spodziewałem. Dokładna kontrola przed wejściem, sektorówka, prowokacyjne okrzyki w kierunku kibiców rywali.

Hibernians na początku istnienia występowali jako Constitutionals FC, co miało wymowę polityczną. Jako klubu brytyjski, chcieli utrzymania ówczesnego statusu Maltu. W 1930 roku lokalny kościół katolicki orzekł, że głosowanie na Partię Konstytucyjną to grzech.

Hibernians-Birkirkara

Na Malcie piłka często mieszała się z polityką. W kraju wciąż rywalizowały dwie partie – niepodległościowa i probrytyjska. W 1933 roku sympatycy futbolu żyli meczem Włoch z Anglią. Padł remis. Sytuacja powtórzyła się we wrześniu 1997 roku. Na Malcie mecz eliminacji mistrzostw świata z Jugosławią oglądało 300 osób. Malta oczywiście przegrała, ale sporo mieszkańców w tym czasie świętowało. Cieszyli się na ulicach, że tego dnia Anglia pokonała w Rzymie Włochy. Do dziś do najpopularniejszych klubów należą Manchester United, Liverpool, Juventus, Milan and Inter.

Hibernians-Birkirkara

Po bramce na 1:0 kibice Birkirkary skupili się na krzyczeniu do kibiców Hibernians. Nie przeszkadzała im spora odległość i sektor VIP jako bufor.

Victor Tedesco Stadium

Victor Tedesco Stadium

Kiedy byłem na Malcie, całą kolejkę Premier League rozegrano na dwóch stadionach. Oprócz Narodowego, kopano też na Victor Tedesco Stadium, obiekcie z jedną trybuną. Gdyby jego patron wciąż żył, zapewne postarałby się o większe luksusy. Victor Tedesco był sponsorem Hamrun Spartans, najstarszego klubu na Malcie. Za jego pieniądze w zespole grali tacy piłkarze, jak Tony Morley, który z Aston Villą wygrywał Puchar Europy. Po kilku latach projekt się zawalił, bo Tedesco przeinwestował.

Podróż autobusem z jednego stadionu na drugi zajmuje 45 minut. Lepiej zaplanować podróż bez przesiadki, bo maltańscy kierowcy dość wcześnie stwierdzają, że autobus jest już pełny i przestają się zatrzymywać na przystankach.

Victor Tedesco Stadium

Victor Tedesco Stadium

Maltańska piłka długo kojarzyła się z korupcją. O lokalnych układach krążyły legendy. Europa z niesmakiem oglądała porażkę Malty 1:12 w 1983 roku z reprezentacją Hiszpanii. Wynik był niekorzystny dla Holendrów. Ich gazety publikowały zdjęcia nowej willi maltańskiego bramkarza. Na Malcie powołano komisję złożoną z działaczy, dziennikarzy i kibiców. Śladów korupcji nie stwierdzono.

Po kompromitacji w meczu z Hiszpanią Maltańczycy zabrali się do pracy. Żeby wykluczyć, że piłkarze reprezentacji będą chcieli zarobić na boku, federacja zaoferowała im zawodowe kontrakty. Zamiast na ubitej ziemi, zaczęto grać na trawie. Ze względu na wysokie temperatury i brak deszczu, z jej utrzymaniem są spore problemy. Niemal wszystkie drużyny trenują na sztucznych murawach. Naturalną lub hybrydową nawierzchnią dysponują tylko obiekty federacji – stadion narodowy i ośrodek treningowy reprezentacji. W latach 80. Maltańczycy wzięli się do piłki na poważnie, zaczęli organizować przedsezonowe zgrupowania, zatrudnili paru zagranicznych trenerów. Na początku lat 90. mieścili się jeszcze w pierwszej setce rankingu FIFA. Dziś jest dużo gorzej. Malta zajmuje 182. miejsce, między innymi wyspiarskimi krajami – Vanuatu, Fiji i Guam. – Dlaczego Islandczycy albo Cypryjczycy potrafią, a my nie? – lamentują w prasie.

Victor Tedesco Stadium

Maltańczycy piłkarską federację założyli w 1900 roku, więc przynajmniej teoretycznie, należą do grona piłkarskich pionierów. W 1910 roku zorganizowali pierwsze rozgrywki ligowe. Ligę nazywaną dziś oficjalnie BOV Premier League (BOV to Bank of Valletta) trzy drużyny – Sliema, Floriana i Valetta wygrywały ponad 20 razy. Według UEFA, w Europie jest tylko pięć słabszych lig, w tym walijska.

Stolica kraju. Wejście do biura Valletta F.C., 23-krotnego mistrza kraju. Drużyna gra na stadionie narodowym.

Trzecia liga. Mosta, Charles Abela Memorial Stadium, mecz George’s – Ghaxaq

„Mała wioska, duże jaja”. Wioska to pięciotysięczne Għaxaq na południowym-wschodzie Malty.

Mosta. Przygrywała typowa dla maltańskiej piłki orkiestra.

Najlepszy spośród maltański piłkarzy gra w portugalskiej Boaviście. André Schembri ma w CV takie kluby, jak Ferencváros, Omonia Nikozja, czy Panionios. W reprezentacji grali zarówno jego ojciec, jak i dziadek. Choć André Schembri jest całkiem bramkostrzelnym napastnikiem, to w 78 meczach reprezentacji strzelił trzy gole. Za każdym razem Malta i tak przegrywała. Spośród Maltańczyków przed nim niezłą karierę zrobił Carmel Busuttil, w latach 90. kapitan RKC Genk. Dziś jest asystentem selekcjonera.

W tej dekadzie Maltańczycy mają już na koncie kilka wygranych. Pokonywali Litwę, Armenię, Wyspy Owcze, czy San Marino. Wszystkie te mecze były towarzyskie. Ostatnie zwycięstwo o punkty to 2006 rok i mecz z Węgrami.

Piłkarskie perspektywy są marne, ale za to jakie widoki.

Valetta

Orlik z widokiem.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Najpiękniejszy park na świecie

Dixie Dean przed Goodison Park

Dla groundhopperów Stanley Park to najpiękniejszy park na świecie. Każdy może pokonać drogę, którą ponad sto lat temu obrał Everton. Z jednego końca parku, na drugi. Konkurencją mogą być tylko krakowskie Błonia.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W Liverpoolu zatrzymałem się przy okazji wypadu na mecz ligi walijskiej. Przy okazji zaliczyłem mecz Manchesteru City na Etihad. Program był tak napięty, że mój drugi spacer przez Stanley Park musiałem odbyć o świcie, ale na blogu były już takie relacje.

Anfield.

Kiedy poprzednim razem byłem na stadionie Liverpoolu, Anfield Road przypominała uliczkę na tyłach marketu.  Od tamtego czasu wybudowano nową, moim zdaniem trochę przerośniętą Main Stand, kosztem opuszczonych domów.

Everton początkowo rozgrywał mecze na zwykłym trawniku na niedawno założonym Stanley Park. Od 1884 do 1982 roku grał na Anfield. Właściciel stadionu tak bardzo podwyższał opłaty za korzystanie ze stadionu, że w końcu Everton postanowił się wynieść. Chcąc zapełnić pusty obiekt, John Houlding, powołał nowy podmiot, Everton Football Club and Athletic Grounds Company, Limited. Władze Football League stwierdziły, że nazwa Everton należy do istniejącego klubu, więc ostatecznie nowy klub, który zaczął grać przy Anfield, nazwano Liverpool Football Club. Jak wiemy, nowy twór poradził sobie i nawet trochę trochę wygrał.

Widok na nową trybunę stadionu Liverpoolu. 

Ostatni rzut oka na stadion Liverpoolu. Odwracamy się i przed nami widać Goodison Park.

Jeszcze kilka lat temu Liverpool planował wybudowanie nowego stadionu właśnie w Stanley Park. Stadiony obu klubów stałyby jeszcze bliżej, niż dziś. Co dla mnie zaskakujące, Liverpool dostał nawet zgodę na budowę stadionu na terenie zielonym. Miasto wolało zaakceptować ten pomysł, niż mierzyć się z faktem, że klub wyniesie się poza administracyjne granice miasta, co było możliwe. Ostatecznie nowi właściciele klubu zdecydowali, że wolą wciąż inwestować w Anfield. Zdecydowali się na budowę nowej trybuny głównej.

Podczas serii modernizacji Goodison Park zaangażowano Archibalda Leitcha, najsłynniejszego architekta brytyjskich stadionów, autora takich perełek, jak Craven Cottage, czy Ibrox Park.

Anglikański kościół pod wezwaniem Św. Łukasza. Mimo, że od dekad jego istnienie uniemożliwia rozbudowę Goodison Park, to relacje parafii i klubu są świetne. Kościół jest specjalnie otwierany przed meczami.

Na budynku obok stadionu, Everton chwali się, że Goodison Park to m.in. pierwszy angielski stadion na którym rozegrano 4 tys. meczów najwyższej ligi, czy pierwszy, który zainstalował podrzewaną murawę.

Everton gra na Goodison Park nieprzerwanie od 1892 roku, ale to już długo nie potrwa. Klub ma już nową lokalizację stadionu za 300 mln funtów. Po wieloletnich analizach padło na teren portowe nabrzeże – Bramley-Moore Dock. Miałem okazję usiąść na drewnianym krzesełku na Goodison. Kto jeszcze tego stadionu nie zaliczył, powinien się spieszyć.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Ten człowiek wymyślił ligowy futbol

Pomnik William McGregor

Tesco zrobiło tego dnia większy obrót, niż zwykle. To ostatni duży sklep przed wejściem na stadion. Kibice w bordowych szalikach z piwem w ręku wylewają się na ulicę. W drodze na Villa Park mijam billboardy ze słynnymi zawodnikami. Chris Nicholl wspomina swój pierwszy kontrakt z klubem, któremu kibicował jego ojciec a Dennis Mortimer opowiada co czuł, gdy wznosił Puchar Europy w 1982 roku.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Z kolejnego plakatu uśmiecha się Tom Hanks z szalikiem Aston Villi w dłoniach. Ta historia zaczęła się od żartu. Amerykański gwiazdor kilkanaście lat temu powiedział w jednym z wywiadów, że chciałby, by Aston Villi wiodło się jak najlepiej. O futbolu nie ma pojęcia.- To ze względu na tę wyjątkową nazwę. Brzmi jak nazwa jakiegoś spa – śmiał się. Przy okazji kolejnych wywiadów pytano go o to wielokrotnie. – Aston Villa brzmiało jak miejsce, gdzie chciałbyś pojechać na wakacje. Choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to w Birmingham – żartował. Kiedy pojawił się na jednym z meczów podczas sparingu w USA, budził większe zainteresowanie, niż piłkarze. – Moje życie nie będzie pełne, dopóki nie zobaczę Villa Park – mówi cytat na plakacie. Najwyraźniej Tom Hanks jeszcze nie znalazł czasu, żeby spełnić swoje marzenie i nie usiadł na trybunach Villa Park. Ja to przeżycie mam już za sobą.

Droga na mecz Aston Villi

Przed brytyjskimi stadionami stoi w sumie ponad 50 piłkarskich pomników. Zazwyczaj na monument z brązu zasługują najwięksi strzelcy, kapitanowie lub trenerzy. Przed Villa Park stoi pomnik człowieka, który nigdy nie kopnął piłki. Dla piłkarzy swojego klubu organizował spotkania o życiu w trzeźwości. Szkocki biznesmen William McGregor do historii futbolu przeszedł wysyłając list.

Do Birmingham ściągnął go brat. W niedalekim Aston razem sprzedawali tekstylia. W latach 70. XIX wieku to był dochodowy interes. Interes szedł dobrze, można było zająć się hobby. W soboty jego sklep był zamknięty. William McGregor włączył się w życie Aston Villi, pomagał w organizacji meczów. Klub miał dopiero trzy lata, ale szedł w górę. Krótko później, już z McGregorem na czele klubu, Aston Villa zdobyła Puchar Anglii.

W tym lokalu w Londynie ustalono zasady piłki nożnej.

W 1885 McGregor przeforsował w FA zgodę na profesjonalizację futbolu. Zawodnikom w końcu wolno było oficjalnie płacić. Ale tylko tym, którzy urodzili się lub przez dwa lata mieszkali w promieniu sześciu mil od stadionu. Piłkarze pensje dostawali regularnie, ale z organizacją meczów był kłopot. Wszystkie drużyny grały o niezliczone puchary, walczyły o charytatywne trofea i zapełniały kalendarze meczami towarzyskimi. Meczów ciągle było za dużo lub za mało. Doborem przeciwników rządził przypadek – w Pucharze Anglii Preston North End zmiażdżyło rywala 26:0. Ciągłym problemem było odwoływanie meczów. W lutym 1888 roku rywale Aston Villi odwołali pięć sobotnich meczów z rzędu. Większość kibiców, zamiast na mecz, szła do pubu. McGregor wolał zostać w klubowych biurach. Alkoholu nie brał do ust, był członkiem ruchu abstynenckiego. Zamiast przy barze, usiadł przy biurku. I napisał list.

Pomnik William McGregor

„Uprzejmie proszę o rozważenie następującego pomysłu, który pozwoli przezwyciężyć obecne trudności: 10-12 najlepszych angielskich drużyn stworzy rozgrywki systemem mecz i rewanż. (…) Byłbym wdzięczny, gdyście przemyśleli ten pomysł i przesłali mi swoje sugestie. Zwracam się do Blackburn Rovers, Bolton Wanderers, Preston North End, West Bromwich Albion i Aston Villi oraz wszystkich zainteresowanych.

P.S. Czy odpowiada wam spotkanie w piątek, 23 marca 1888 roku w hotelu Anderton w Londynie?”

Do stolicy przyjechali przedstawiciele 10 klubów. Te z południa odmówiły.

Na kolejnym spotkaniu ustalono nazwę: Football League. Inna propozycja, English League, wykluczałaby kluby ze Szkocji, a organizatorzy liczyli, że zespoły z północy z czasem dadzą się przekonać. Odrzucono zgłoszenie z Sunderlandu, bo dla klubów ze środkowej Anglii podróż do miasta nad Morzem Północnym wydawała się zbyt kosztowna.

McGregor wcześniej podpatrywał bejsbolową ligę w USA i angielskie rozgrywki krykieta. Szybko ustalono zasady – dwa punkty za wygraną, jeden za remis. Liga ruszyła we wrześniu i okazała się sukcesem. Po roku powstały konkurencyjne rozgrywki – Football Alliance. Wygrywały je Sheffield Wednesday, Stoke i Nottingham Forest. Po trzech sezonach najlepsze zespoły Football Alliance trafiły do Football League, teraz pod nazwą Football League First Division. Pozostałe dołączyły do drugiej ligi.

Dzięki pomysłowi Szkota piłka stała się biznesem. W ciągu trzech lat dochody Aston Villi wzrosły sześciokrotnie. On sam też wykorzystał sukces. Stał na czele rozgrywek oraz angielskiej federacji. Stał się znany, na łamach Birmingham Gazette pisał, które piłki i buty najlepiej nadają się do gry. Nie robił tego za darmo.

– Gdyby nie Aston Villa, nie wiadomo, jak teraz wyglądałaby piłka – mówili podczas odsłonięcia pomnika kibice. Pokryli połowę kosztów pomnika, resztę dołożył klub.

Dla Anglików McGregor to postać wybitna. – Jest w trójce najważniejszych osób dla rozwoju futbolu. Pozostali to Ebenezer Cob Morley, ojciec piłki nożnej oraz Charles Alcock, który stworzył FA Cup i mecze międzynarodowe – przekonywał historyk Peter Lupson. – Ludzie zapomnieli o McGregorze, tak jak zapomnieli o innych pionierach. Wszyscy są tak zajęci teraźniejszością, że brakuje odpowiedniej perspektywy.

Droga na stadion Aston Villi  Droga na stadion Aston Villi

Mecz Aston Villi

Tylko o tym, co tu i teraz na pewno myślą fani Aston Villi i West Bromwich Albion. Wyzwiska zaczęły się na długo przed meczem. Główna rywalizacja w mieście to Second City derby – Aston Villa przeciwko Birmingham City. Ale mecz Villi i WBA to też derby, oba stadiony dzieli 12 mil.

Siadam na North Stand Upper. Na przeciwległej trybunie dużych rozmiarów napis „Football league została założona przez Villę i wygrana przez Villę. 1874 był dla futbolu wspaniały”. Siedzący rząd wyżej Philip, cieszy się, że na mecz jego klubu przyjechałem specjalnie z Polski. Tłumaczę, że oglądam stadiony finalistów Pucharu Europy i Ligi Mistrzów. – Mój znajomy „zrobił 92” – mówi jakby z dumą. Angielscy groundhopperzy za cel często stawiają sobie zobaczenie meczów na stadionach Football League i Premier League. Razem to 92, ale zazwyczaj wychodzi więcej, bo w trakcie zaliczania meczów zmieniają się zespoły na najniższym poziomie, czyli w League Two. Klub może też zmienić stadion, ale w Anglii to się rzadko zdarza. Villa gra w tym samym miejscu od 118 lat.

Mecz Aston VilliStadion Aston Villi

W 1981 roku Aston Villa wygrała pierwsze mistrzostwo od 71 lat. Drużyna zdobyła tytuł grając 14 piłkarzami. Kilka miesięcy później, w lutym 1982 zespół zajmował 19. miejsce w tabeli. Przechodził przez kolejne rundy Pucharu Europy Europy i w maju podczas finału na De Kuip pokonał Bayern. Stadion Aston Villi Trybuna stadionu Aston Villi Villa Park    Mecz Aston Villi  Mecz Aston Villi

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

W 1000 dni od Pucharu Polski do ósmej ligi

W Potulicach mieszka 1400 osób. W niedzielę byli w swojej wsi mniejszością. Większość stanowili kibice Zawiszy, którzy przyjechali na domowy mecz swojego zespołu. Z dwóch drużyn – Zawiszy i Wisły Fordon, tylko ta druga gra w Bydgoszczy.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wszystko, co ważne, w Potulicach jest skupione na kilkuset metrach. Przy skrzyżowaniu ul. Leśnej z Bydgoską, stoi więzienie. Po drugiej stronie szosy znajduje się boisko Dębu. Tuż obok centrum wiejskiego życia. W jednym budynku Dom Strażaka, Wiejski Dom Kultury i poczta. Kawałek dalej rośnie drzewo, od którego swoją nazwę ma B-klasowy klub. Ogromny, rozłożysty dąb im. Władysława Szafera ma ok. 900 lat.

Potulice, oddalone o 25 km Bydgoszczy, słyną głównie z więzienia. Ale w niedzielę atrakcją był mecz na szczycie B-klasy. Kibice jechali samochodami, busami, na motocyklach i rowerach. W sumie 1500 osób. Po drodze mijali patrole policji, stadninę koni, święte figurki, zjazd na Niedolę i kolejnych funkcjonariuszy. Oprócz filmowania racowiska policjanci nie mieli wiele do roboty. Atmosfera była pozytywna. Pojedyncze wulgaryzmy z trybun były odbierane z niezadowoleniem.

Samochody na bydgoskich rejestracjach zajęły wszystkie wolne miejsca przy głównej szosie obok zakładu karnego oraz na polu pod lasem. Kolejek w miejscowym sklepie nie dało się rozładować inaczej, niż wpuszczając do środka po kilka osób. Dla wygody skrzynki z Harnasiem ustawiono tuż przy kasie. Przy wejściu na stadion Dębu sprzedawano koszulki i bluzy Zawiszy (zeszły prawie wszystkie) i zbierano podpisy pod petycją ws. budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych (300 autografów), kawałek dalej ustawiła się kolejka po kiełbasę z grilla (poszło ponad 200). – Jak na B-klasę to jest odlot. Wydarzenie na całą Polskę – ekscytowali się niektórzy. Większość była zadowolona, że choć mecz jest w Potulicach, to „w końcu czujemy się jak u siebie”. Inni narzekali, że ósma liga to upadek i na to, co się dzieje na boisku, nie idzie patrzeć.

Od pucharu do B-klasy

Od momentu, gdy Zawisza świętował największe triumfy w swojej historii i zdobywał Puchar i Superpuchar Polski (2014 rok), minęło ok. 1000 dni. W tym czasie klub zdążył spaść z ekstraklasy (2015) i zaliczyć nieudaną walkę o awans (2016). Rok temu Radosław Osuch sprzedał klub i zniknął. Znajomy, który kupił od niego spółkę, nie był zainteresowany prowadzeniem jej działalności. WKS Zawisza Bydgoszcz S.A. nie wystawił drużyny w żadnej klasie rozgrywkowej. Drużyna prowadzona przez Stowarzyszenie Piłkarskie zaczęła rozgrywki w B-klasie, na najniższym możliwym poziomie.

„Marsz, marsz, marsz, do boju marsz” – ryknęli od pierwszej minuty kibice. Potem był już repertuar znany z meczów przy Gdańskiej – „Nie ma, że boli, Zawisza to klub kiboli” i „To my, kibole Zawiszy!”. Drużyna gra w Potulicach, bo żaden z zarządców bydgoskich obiektów nie zgodził się na przyjęcie zespołu. Wszyscy tłumaczą się brakiem miejsca i remontami a CWZS Zawisza, który zarządza bazą przy ul. Gdańskiej, sporami sądowymi. Chodzi o prawa do herbu i nazwy. Po serii konfliktów SP zostało wykluczone z CWZS.

Sprawą boiska dla Zawiszy zajęli się nawet bydgoscy radni. Nic nie wskórali. – Nie chodzi o dzieci w tej sprawie, tylko powrót kiboli na stadion. A kibole na stadionie to jawne łamanie prawa, zasłanianie twarzy, wandalizm, groźby i zastraszanie – mówił na konferencji prasowej prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski. A przed sobą na stole położył duży kamień. Jeden z czterech, którymi obrzucono okna w jego domu. Zastraszeni czują się też szefowie CWZS.

„Zawisza nigdy nie zginie”

W niedzielę, przy płocie obok linii bocznej stanęli działacze, którzy prowadzili Stowarzyszenie Piłkarskie kilka lat temu – Bogdan Pultyn, Marcin Jałocha i Tomasz Rega. Obecny prezes SP, Krzysztof Bess, z nerwami w pierwszym wiosennym meczu radził sobie wspomagając się papierosem i kawą. Kawałek dalej stanął Marcin Łukaszewski, kapitan Zawiszy z ostatniego sezonu w II lidze. – Tylko bez trzody, żeby nie było żadnej patologii, pamiętajcie – przypominali kibice w młynie. W tłumie siedzieli mężczyźni, kobiety i dzieci. Większość w koszulkach z napisami typu „Zawisza nigdy nie zginie”. W pierwszej połowie, po zapaleniu rac i rzuceniu serpentyn, mecz na dwie minuty przerwano.

Mimo, że Zawisza jest w B-klasie krezusem i może sobie pozwolić nawet na obóz przygotowawczy, piłkarze grali słabo. W pierwszej połowie gola strzelił Wojciech Ruczyński. Zawisza nie dominował nawet, gdy po czerwonej kartce dla Kacpra Sapy grał w przewadze. Dwie kolejne bramki bydgoszczanie strzelili w doliczonym czasie gry. Trafiali – Patryk Bereza z karnego i Tomasz Widomski – lobując bramkarza Wisły, najmniejszego piłkarza na boisku.

Po wygranym 3:0 meczu z głównym kandydatem do awansu, piłkarze stanęli za banerem „Zawisza nigdy nie zginie” i świętowali z kibicami.

      

Spacer po Amsterdamie Johana Cruyffa

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

To tutaj wszystko się zaczęło. Najsłynniejszy Holender naszych czasów wyruszył w świat z domu przy Akkerstraat 32 w amsterdamskim Betondorp. Z tego miejsca wyrastają nie tylko sukcesy Wielkiego Ajaksu z lat 70., ale cały sposób myślenia o futbolu. Sztafetę pokoleń zapoczątkowali Vic Buckingham i Rinus Michels, ale to Johan Cruyff jest jej twarzą. Z jego filozofii czerpały kolejne wielkie drużyny, duchowi następcy wygrywali Ligę Mistrzów i mistrzostwa świata.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Betondorp, czyli „Betonowa wioska” to styl art deco. Osiedle, wtedy na wschodnich obrzeżach miasta, powstało w latach 20, konstrukcja była eksperymentalna. Inaczej, niż w starych dzielnicach Amsterdamu, ogrody są niewielkie. Modernistyczni architekci chcieli, żeby życie toczyło się na ulicy i w parku na środku osiedla. Chudy chłopak, na którego wołano Jopie, kopał piłkę na brukowanej Tuinbouwstraat.

W narożnym domu przy Akkerstraat ojciec Johana, Manus Cruijff, handlował warzywami. Dostarczał je też Ajaksowi, wtedy dużemu, ale amatorskiemu klubowi, który mieścił się nieopodal. Manus Cruijff zmarł, kiedy jego syn miał 12 lat. Matka juniora Ajaksu zaczęła wtedy pracę w klubowej pralni, pomagała też przy sprzątaniu szatni.

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Stoję na drewnianym mostku, tuż obok miejsca, w którym kiedyś stał stadion De Meer. Mniej więcej tędy szedł ze swojego domu na ówczesny stadion Ajaksu nastoletni Cruyff. Obiekt wybudowano w 1934 roku. Szybko okazał się za mały, mecze w europejskich pucharach oraz pojedynki z Feyenoordem i PSV Ajax często rozgrywał na Stadionie Olimpijskim.

Pożegnalny mecz Ajax rozegrał w tym miejscu w 1996 roku. Zwycięstwo z Willem II dało 26. mistrzostwo Holandii. Klub przeprowadził się do miejsca z zupełnie innym duchem. Amsterdam ArenA była w momencie inauguracji najnowocześniejszym stadionem na świecie, od początku pomyślanym o organizacji koncertów i innych wielkich imprez. Dla wielu De Meer pozostało ostatnim miejscem, gdzie liczyła się tylko piłka. Żadnych sklepów, ciągnących się przez setki metrów barów i miejsc parkingowych w podziemiach.

W miejscu po De Meer powstały domy. Koło mostu Cruyffa krzyżują się Anfieldroad i Wembleylaan. Na nowych budynkach umieszczono nazwy historycznych stadionów – Delle Alpi, Wembley, czy Prateru. Do futbolu nawiązują nawet osiedlowe ławeczki.

Niedaleko stadionu De Meer wychowywał się Louis van Gaal. 4 lata starszy od Cruyffa, do Ajaksu trafił w wieku 16 lat. Wcześniej grał w piłkę tuż obok, ale w innym klubie. Jego rodzice byli zadeklarowanymi katolikami, występował w Rooms Katholieke Sportvereniging De Meer (RKSV, Rzymskokatolicka Federacja Sportowa). Spacer z otoczonych kanałami boisk amatorskiego klubu na były stadion Ajaksu zajmował kwadrans.

Murawą De Meer opiekował się Henk, którego Cruyff nazywał drugim ojcem. – W wieku 17 lat, kiedy zadebiutowałem na De Meer, mijała dekada, od kiedy zacząłem tam przychodzić. Stawiałem chorągiewki w rogu, czyściłem buty i stroje, malowałem korytarze i wysypywałem piasek. Zawieszałem siatki i zgarniałem śnieg. Przyszedłem tam, gdy miałem 6 lat, w wieku 10 zostałem członkiem klubu. Kiedy odchodziłem miałem 26. De Meer to 26 lat mojego życia. Kiedy patrzę na stare zdjęcia, odkryte trybuny, wspaniałe uczucie… – opowiadał w książce „Ajax, Barcelona, Cruyff”.

Oprócz Cruyffa i Johana Neeskensa swoje mosty nad kanałami mają w tej okolicy Sjaak Swart, Gerrie Mühren, Ruud Krol, Barry Hulshoff, Dick van Dijk, Arie Haan, Wim Suurbier, Piet Keizer, Horst Blankenburg, Velibor Vasović, Heinz Stuy i trener Rinus Michels. Holendrzy chcieli upamiętnić wyjątkowe pokolenie ludzi, dzięki którym w latach 70. o niewielkim kraju mówiono z podziwem na całym świecie. Wielu byłych piłkarzy wciąż żyje, przez co nie mogą zostać patronami amsterdamskich ulic. Z mostami takiego problemu nie było.

Amsterdam Arena

Idę na mecz Ajaksu na Arenie. Przed stadionem powiewa flaga Izraela. Kwestia żydowskiej tożsamości klubu jest skomplikowana. Ajax miał żydowskich kibiców już przed wojną. W niedziele z Dzielnicy Żydowskiej jechało się tramwajem na Weesperplein. Ale Ajax wcale nie miał więcej żydowskich członków, niż inne kluby w mieście. Ich kultura nie była obecna w klubie.

Po wojnie Holendrzy żyli mitem ruchu oporu, choć zdecydowana większość albo kolaborowała z Niemcami albo przyzwalała m.in. na Holocaust. Amsterdamska policja wyłapywała Żydów sprawniej, niż naziści. Kiedy jeden z policjantów odmówił wysyłania Żydów na śmierć, spotkał się z ostracyzmem. Po wojnie Holendrzy wmawiali sobie, że zachowywali się lepiej, niż obywatele innych krajów. O odcieniach szarości zaczęto mówić dopiero w latach 80. Podobnie wygląda historia Ajaksu. Dobro miesza się ze złem. Postawa klubu w czasie wojny była dwuznaczna.

Mecz na Amsterdam Arena

Do rozwoju Wielkiego Ajaxu przyczynili się bogaci bracia. Freeka i Wima van der Meijdów nazywano „Budowniczymi bunkrów”. W czasie wojny ich firma pracowała dla niemieckiej armii. Starszy z braci został potem uznany za kolaboranta, skazano go na trzy lata więzienia.

Johan Cruyff na Amsterdam Arena

Johan Cruyff na Amsterdam Arena

Ściana klatki schodowej na Amsterdam ArenA.

Van Meijdenowie wnieśli do klubu pieniądze i pomogli Żydowi w zostaniu prezesem Ajaksu. Jaap van Praag w czasie wojny przez dwa lata ukrywał się na piętrze sklepu fotograficznego. Robił to bez wiedzy właściciela, godzinami siedział bez ruchu na krześle. Oprócz niego Żydami było jeszcze kilku członków zarządu Ajaksu. O planie na życie ocalałych z zagłady Simon Kuper pisał w „Ajax, Holendrzy, Wojna”. Żydzi zaczęli płodzić dzieci, nadawali im imiona zamordowanych krewniaków i skupiali się na biznesie. Dochodzili do wielkich pieniędzy, wielu wspierało Ajax. Żydowskie korzenie miał też masażysta i kilku zawodników.

Mecz Ajaksu Amsterdam

Mecz Ajaksu AmsterdamNiedaleko stadionu znajduje się kompleks treningowy i akademia De Toekomst. Cała filozofia zgodna z filozofią Johana Cruyffa.

De Toekomst, Amsterdam

David Winner twierdzi, że piłkarskie zarządzanie przestrzenią wzięło się u Holendrów z nietypowego krajobrazu. Często zalewane, wydarte morzu tereny, zmuszały do kooperacji i wspólnego zarządzanie dostępnym terenem. Kanałami otoczone są nawet boiska De Toekomst, czyli Przyszłości, akademii Ajaksu. Dzięki temu nie trzeba ich ogradzać, wystarczy postawić bramę przy jedynej drodze dojazdowej.

AFC Amsterdam

Ajax nie jest najstarszym klubem w mieście. Na mecz AFC Amsterdam docieram idąc na piechotę ze Stadionu Olimpijskiego. Wieżowce za bramką należą do ABN-AMRO, pierwszego zagranicznego banku, o którym usłyszałem jako dziecko. Firma, której pionowa reklama przez lata była częścią stroju Ajaksu, ma swoją siedzibę niedaleko kompleksu AFC.

Jesienne popołudnie. Siadam na urzekającej, kameralnej krytej trybunie. Dłuższą chwilę przyglądam się wieżowcom, bo w takim otoczeniu meczu jeszcze nie oglądałem. Naprzeciwko mnie jest napis „Keep smiling”. Z drugiej strony tablicy można przeczytać „Be friends”.

AFC po 30 minutach prowadzi 2:0 z JVC CUIJK, ale siedzący koło mnie kibic gospodarzy strasznie pomstuje na swój zespół. – Z dobrymi drużynami to sobie radzą, ale w innych meczach, to im się chyba nie chce – mówi. AFC jest w dole tabeli, JVC walczy o awans. – Napis „Keep smiling”? To tylko sport. Grasz, cieszysz się, szanujesz sędziego i tak dalej. Żadna filozofia – tłumaczy mi. AFC traci trzy bramki i przegrywa mecz. Mój sąsiad znosi to z godnością.     Amsterdam Arena Rinus Michels Johan Cruyff mural Stadion Olimpijski. Tutaj zaczęła się historia Wielkiego Ajaksu. W grudniu 1966 roku Holendrzy rozbili Liverpool Billa Shankly’ego 5:1. Mgła była tak gęsta, że Sjaak Swart po usłyszeniu gwizdka w końcówce pierwszej połowy był przekonany, że sędzia zarządził przerwę. W drodze do tunelu dowiedział się, że spotkanie wciąż trwa. Shankly zapowiadał, że na Anfield Liverpool wygra 7:0. Po dwóch golach Cruyffa The Reds byli w stanie tylko zremisować 2:2. Shankly po meczu przyszedł do szatni amatorskiego zespołu z kraju, który na arenie piłkarskiej nic nie znaczył i uścisnął dłoń każdego zawodnika.
Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Holandia początku lat 60. była biedna i nudna. W połowie dekady do głosu doszli młodzi. W Amsterdamie pojawili się Provosi, protoplaści europejskich hippisów. Protestowali przeciwko broni jądrowej i konsumpcjonizmowi. Żądali uwolnienia miejskich rowerów i zakazu reklam papierosów. Posługiwali się absurdem – ubrani na biało maszerowali z białym transparentem. Policja rozpędzała ich za blokowanie ruchu, podobnie jak podczas rozdawania winogron.

Kulminacją był ślub księżnej Beatrix i niemieckiego arystokraty Clausa von Amsberga, w młodości żołnierza Wehrmachtu. Provosi grozili, że do ujęcia wody wrzucą LSD, a z kościelnych organów puszczą gaz rozweselający. Skończyło się na świecach dymnych na trasie orszaku. Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Provosi poszli w politykę, zdobyli mandat w amsterdamskiej radzie miasta. Powstała też Partia Krasnoludków, późniejsze natchnienie dla wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywy. Holandia się zmieniała, do głosu doszło pokolenie baby boomers. Nową Holandię reprezentował Cruyff. Został drugim zawodowym piłkarzem w kraju. Przed nim kontrakt podpisał Piet Keizer.

Drużyna wyjątkowej generacji piłkarzy z niewielkiego kraju grała pięknie i wygrywała. Cruyff opuścił Amsterdam w 1973 roku. W tamtym roku Ajax po raz trzeci z rzędu wygrał Puchar Europy. Przed nowym sezonem trener Ajaksu George Knobel zarządził wybory kapitana. Piłkarze wrzucali swoje głosy do stojącej na środku stołu doniczki. Cruyff, który do tamtego dnia nosił opaskę, dostał tylko kilka głosów. Na Pieta Keizera zagłosowało 12 piłkarzy. Jan Mulder patrząc na twarz Cruyffa wiedział, że to początek końca tamtego zespołu. Ówczesny zdobywca Złotej Piłki jeszcze tego samego dnia zadzwonił do teścia, który był jego agentem. – Od razu dzwoń do Barcelony. Odchodzę.

Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Holendrzy zrewolucjonizowali futbol podejściem do przestrzeni. W czasie meczu w zorganizowany sposób zarządzali odległościami. Poszerzali pole gry będąc przy piłce, skracali chcąc ją odzyskać. Barry Hulshoff, członek Wielkiego Ajaksu, mówił: – Cały czas rozmawialiśmy o przestrzeni na boisku. Cruyff mówił gdzie kto ma biec, gdzie trzeba stać, a gdzie się nie zapędzać. Mówiliśmy o prędkości piłki, czasie i przestrzeni. Każdy piłkarz musiał rozumieć geometrię boiska i zasady działania systemu.

Cruyff, nazywany „Pitagorasem w korkach”, podkreśla, że w piłce nie chodzi o bieganie. – W futbol gra się głową. Trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Nie za wcześnie i nie za późno.

Stadion Olimpijski w AmsterdamiePomnik Johana Cruyffa

Finał mundialu w 1974 roku. W 45. sekundzie meczu piłka po raz trzeci trafiła do Johana Cruyffa. Przyjął ją w kole środkowym i ruszył. Próbował go zatrzymać Berti Vogts, ale Holender łatwo go zwiódł. Na linii pola karnego Cruyffa powalił Uli Hoeneß. To był dopiero drugi gwizdek w tym meczu. Jack Taylor, rzeźnik z Wolverhampton, podyktował rzut karny. Johan Neeskens trafił do siatki, Holenderzy prowadzili od drugiej minuty. Przed Stadionem Olimpijskim w Amsterdamie od 37 lat stoi rzeźba przedstawiająca moment tuż przed faulem. Cruyff wyprzedza Vogtsa, który nie daje rady go dogonić. Holendrzy upamiętnili jedyną dobrą chwilę z meczu, który jest ich największą porażką. David Winner uważa, że mecz w Monachium zostawił taki sam ślad w psychice Holendrów, jak zabójstwo prezydenta Kennedy’ego u Amerykanów. To największa trauma po II wojnie światowej.

Po pierwszym goli Holendrzy jakby zapomnieli, że powinni strzelać kolejne bramki. Piłka krążyła od nogi do nogi, ale okazji brakowało. Kiedy do głosu doszli Niemcy, Taylor dał się oszukać Berndowi Hölzenbeinowi. Niemcy wykorzystali rzut karny, jeszcze przed przerwą trafił Gerd Müller. Holandia zagrała dobrą drugą połowę. Kilka razy brakowało szczęścia, świetnie bronił Maier. Niemcy wybijali piłkę z linii bramkowej, raz pomógł słupek. Cruyff grał zbyt głęboko, był niewidoczny. Puchar Świata wzniósł Franz Beckenbauer.

Cruyff twierdził, że nie ma z tym meczem problemu. – Ludzie do dziś, po tylu latach, podchodzą do mnie i gratulują mi gry na tamtym mundialu. Czy może być piękniejsza nagroda dla piłkarza?

Pomnik Johana Cruyffa

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Więcej o Johanie Cruyffie na blogu Numer 14, tutaj

Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Z Wisłoki Dębica do Feyenoordu

De Kuip wyjście z tunelu

W 1937 roku dwupoziomowy stadion na 64 tys. kibiców był inżynierskim majstersztykiem. Zużyto tyle stali, że podczas wojny Niemcy zastanawiali się, czy nie wykorzystać jej na użytek machiny wojennej.  Feyenoord z Wanny (De Kuip) przeniósł się wtedy na stadion Sparty, czyli słynny Zamek.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Holandii tutaj.

Feyenoord, De Kuip

Na stadionie w IJsselmonde (technicznie nie jest to dzielnica Feijenoord) rozegrano 10 finałów UEFA. Kiedy zainstalowano oświetlenie, na pierwszy mecz, w 1957 roku, z Bolton Wanderers, piłkarze wyszli w ciemnościach, które rozświetlały zapalniczki i zapałki kibiców. Kiedy włączono światła, efekt był piorunujący. Dziś pojemność De Kuip, czyli oficjalnie Stadionu Feijenoord, wynosi 50 tys.

Feyenoord, De Kuip

Puchar Europy z 1970 roku.

Feyenoord, De Kuip

Antoni Brzeżańczyk (urodzony w Brzeżanach, dziś na Ukrainie) na ścianie ze zdjęciami trenerów Feyenoordu figuruje jako Brzanzczyk. Na początku kariery zahaczył o dwa bydgoskie kluby – Polonię i Zawiszę. W latach 70. krótko prowadził Górnika Zabrze, potem Zagłębie Sosnowiec, Polonię Bytom i Wisłokę Dębica. Przeskok, jaki zaliczył później, należy do największych w europejskiej piłce. W 1975, prosto z Wisłoki Dębica, trafił do Feyenoordu. Objął klub, który pięć lat wcześniej zdobył Puchar Europy, a zaledwie sezon wcześniej wygrał Puchar UEFA.

Po krótkiej przygodzie w Rotterdamie, gdzie do mistrzostwa zabrakło mu 1 punktu, pracował m.in. W Rapidzie Wiedeń, Admirze Wiedeń oraz Iraklísie. Nigdzie nie prowadził zespołu dłużej, niż sezon. Zmarł w 1987 roku w Wiedniu.

Feyenoord, De Kuip, Antoni Brzeżańczyk

Feyenoord, De Kuip Feyenoord, De Kuip  Feyenoord, De Kuip Feyenoord, De Kuip

Feyenoord, De Kuip

Johan Cruyff, Ruud Gullit

Johan Cruyff, w objęciach Ruuda Gullita. Największa legenda Ajaksu Amsterdam, ma swoje miejsce w muzeum Feyenoordu. W Rotterdamie grał w ostatnim sezonie swojej kariery – 1983-84. Kiedy w Ajaksie z jego usług zrezygnowano, Cruyff zwrócił się do największego rywala. Podpisał umowę, zgodnie z którą do jego kieszeni trafiała duża część dodatkowych przychodów z biletów. Efekt? W sezonie z Cruyffem na trybuny przychodziło więcej osób, niż wcześniej, a drużyna zdobyła dublet.

Ale z De Kuip klub chce się wyprowadzić. W skrócie, było tak:

Feyenoord, De Kuip przed wojną
Fot. public domain.

A ma być tak:

Feyenoord, nowe De Kuip projekt
Fot. oficjalne materiały Feyenoordu.

Klub ma zaawansowane plany budowy nowego stadionu. Koncepcja jest wyjątkowa. Nowy stadion powstanie niedaleko, nad brzegami Nowej Mozy. Sam w sobie nie będzie drogi, koszty oszacowano na 400 mln. Ale cały projekt Feyenoord City, to już kwota 1,4 mld euro. Przy stadionie staną m.in. hotel oraz aż 1500 nowych mieszkań. Najciekawszy jest los De Kuip. – Górny poziom trybun zostanie zachowany, ale przekształcony w 160 mieszkań. Znajdzie się w nim też punkt widokowy Na dole powstaną pomieszczenia usługowe (ma być browar i miejsce spotkań kibiców), a boisko otoczy bieżnia – informuje stadiony.net.

Feyenoord, murawa De Kuip

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Holandii tutaj.

Coraz mniej polskiego Wilna

Stary stadion Żalgirisu Wilno

Znikają polskie ślady na piłkarskiej mapie Wilna. Stary stadion Žalgirisu jest już niemal rozebrany a obiekt Śmigłego już zniknął. Pierwszy z nich otwierał prezydent Ignacy Mościcki, drugi córki Józefa Piłsudskiego. Polonia Wilno, jedyny polski klub w stolicy Litwy, swój ostatni mecz rozegrał ponad dwa lata temu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Przedwojenny stadion na Pióromoncie jest w trakcie rozbiórki. Zdążyłem odwiedzić Wilno, zanim się rozpoczęła. W 2014 roku za 8-hektarową działkę blisko ścisłego centrum Wilna, Grupa Hanner zapłaciła 40 mln euro. W miejscu Žalgirio stadionas staną biurowce, hotele i bloki mieszkalne. Koszt planowanej na 10 lat budowy to 200 mln euro.

W 1929 roku otwarcie odnowionego stadionu Pogoni Wilno uświetnił prezydent Ignacy Mościcki. Po wojnie przebudowano go według radzieckiej modły, zgodnie z kanonami socrealizmu. Grał tu Spartak, przemianowany w latach 60. na Žalgiris, czyli Grunwald. Po upadku ZSRR tłumy ściągała odradzająca się litewska reprezentacja.

Stary stadion Żalgirisu Wilno Stary stadion Żalgirisu Wilno

Jeszcze niedawno grała tutaj Polonia. Niedawno polski klub obchodził 25-lecie. Przez krótki czas trenerem drużyny był Józef Jurgielewicz, litewski piłkarz roku 1969 i 1980. W barwach Žalgirisu zagrał ponad 400 razy. W zeszłym roku sekcja piłkarska Polonii zawiesiła działalność. Zabrakło pieniędzy. W okręgu wileńskim Polacy stanowią 23% mieszkańców, w samym mieście 16. Ale zainteresowania drużyną nie było. Mimo wielu apeli i przesuwania terminów opłat za rejestrację, zbiórka zakończyła się niepowodzeniem.
Stary stadion Żalgirisu Wilno

Nie ma już śladu po obiekcie, na którym w 1933 roku wstęgę przecinały Wanda i Jadwiga Piłsudskie. W jego miejscu od kilkunastu lat stoją bloki. W międzywojniu na położonym tuż obok koszar stadionie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie grali piłkarze Śmigłego. Był to jedyny klub z Wilna, który grał w polskiej ekstraklasie. W 1938 Śmigły wygrał rozgrywki na Wileńszczyźnie i po fazie finałowej awansował do ligi razem z Polonią Warszawa. W przeciwieństwie do Lwowa, Wilno nigdy nie doczekało się wielkiej drużyny. Śmigły z hukiem spadł z ekstraklasy zajmując ostatnie miejsce. Wcześniej, zanim stworzono ligę państwową, o mistrzostwo Polski grały też Strzelec, Lauda, Pogoń i WKS 1. pułku piechoty Legionów Wilno. Cmentarz na Rossie

W weekendy w Wilnie widać polskich turystów. Wśród obowiązkowych punktów zwiedzania są Ostra Brama i Cmentarz na Rossie. Przy wejściu na nekropolię starsza kobieta pyta mnie po polsku: – Może świeczkę dla marszałka?

Na czarnym monolicie wykuto duży krzyż i słynny napis „Matka i serce syna”. Na dole cytat z Beniowskiego Słowackiego, wokół kilka biało-czerwonych bukietów.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Po 10-minutowym spacerze z cmentarza docieram na stadion, LFF Stadion, gdzie od czterech lat gra Žalgiris. Piwo i gira, czyli kwas chlebowy kosztują po 2 euro. Miejscowa przekąska to kepta duona, czyli smażone na głębokim tłuszczu kawałki chleba. W słoneczną sobotę na trybunach usiadło kilkaset osób. Głośno kibicuje trzydziestka.

Pół godziny po pierwszym golu dla Žalgirisu Darvydas Šernas znów łatwo ogrywa obrońców FK Szawle i ponownie pakuje piłkę do bramki. – Numer 21! – emocjonuje się spiker. Sernas macha w kierunku trybuny i na początku na palcach, potem na spodenkach pokazuje numer 23. – Liczę, że spiker się przyzwyczai – uśmiecha się po meczu były piłkarz Widzewa.

W Łodzi zaliczył swój najlepszy sezon. W pierwszym sezonie w ekstraklasie strzelił 10 goli. Choć trafiał tylko w 7 meczach a dwa gole były z karnych, to tamten rok pozwolił mu rozpocząć wygodny i dobrze płatny zjazd w dół. Trafił do Lubina, gdzie zarabiał więcej, niż prezes KGHM. Dwa bezproduktywne lata w Zagłębiu, potem Turcja, Australia, Szkocja. Na antypodach zaczął świetnie, strzelił gola po trzech minutach na boisku. Gazety w Perth zaczęły pisać o snajperze z małego kraju w Europie. Więcej goli w Australii już nie strzelił. W I-ligowych Wigrach Suwałki trafił do siatki dwa razy w 14 meczach. Bilans ostatnich czterech lat ma dramatyczny – 5 zaliczonych lig, 14 goli. Na Litwie te statystyki nikomu nie przeszkadzają. Šernas z miejsca stał się największą gwiazdą Žalgirisu. W 2015 roku, gdy odwiedziłem Wilno, jego twarz była widoczna na plakatach i biletach.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Po meczu, z synem na rękach, Šernas pozdrawia znajomych. 31-latek to 35-krotny reprezentant, a Žalgiris największy klub w stolicy Litwy. Na pomeczowej konferencji prasowej oprócz mnie są jeszcze dwie osoby – fotoreporter i operator klubowej telewizji. – Poziom? Na razie ciężko powiedzieć. Wróciłem na Litwę po 7 latach. To mój dom, tu grałem, zanim wyjechałem za granicę. Wydaje mi się, że Žalgiris zrobił krok do przodu. Poziom podnoszą obcokrajowcy – mówi. W wygranym 5:0 meczu zagrało ich czterech.

Darvydas Sernas

Šernas po udanym roku 2015, gdy trafiał w każdym meczu, spróbował swoich sił w Turcji. W Alanyasporze przepadł i wrócił do Žalgirisu.

O stanie litewskiej piłki wiele mówi stadion byłej Vetry Wilno. To rzut kamieniem od wileńskiego dworca, w czasach ZSRR grał tu Lokomotyvas. Obecnie LFF Stadion to jedyny porządny obiekt w kraju. Spadek po klubie, który już nie istnieje. Polscy kibice usłyszeli o nim w 2007 roku, gdy kibole Legii Warszawa przerwali na nim mecz Pucharu Intertoto, co zakończyło się walkowerem. Trzy lata później Vetra, wicemistrz Litwy, w połowie sezonu została wykluczona z ligi za długi i z dnia na dzień przestała istnieć.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Obok stadionu stoi niewielki, zielony budynek litewskiej federacji. Został zbudowany z pieniędzy od FIFA dla krajów piłkarsko rozwijających się. Na frontowej tablicy wygrawerowano nazwisko Seppa Blattera. Wokół boiska wiszą brawurowo zrealizowane plakaty promujące reprezentację. Na stole operacyjnym leży ubrany w meczowy strój mężczyzna. Chirurg ze skalpelem w ręku nacina klatkę piersiową, będzie robił przeszczep. Hasło na plakacie: „Przynieś swoje serce”.

Stadion przebudowano tak, by mogła tu grać litewska drużyna narodowa. Położono sztuczną murawę. Dla piłkarzy Žalgirisu to jedyne boisko do treningów. – Każdy piłkarz woli grać na trawie, ale nie zamierzam narzekać – mówił Darvydas Šernas. – Od wielu lat mówi się o Stadionie Narodowym, na razie słabo to wygląda – dodał. Słabo, czyli tak.

Wilno, stadion narodowy w Wilnie

Budowa ruszyła jeszcze w czasach sowieckich, w 1987 roku. 23 lata później Litwini stwierdzili, że stolica zasłużyła na coś więcej, niż pięciotysięcznik po Vetrze. Z hucznych zapowiedzi nic nie wyszło. Na poradzieckim molochu hula wiatr. – Może nowy stadion wcale nie jest potrzebny? – pytam Šernasa. – Na meczu reprezentacji mamy komplet. Jeśli kiedyś będziemy mieć ładny stadion, może nie taki jak Narodowy w Warszawie, ale większy niż teraz, to na niektóre mecze reprezentacji przyjdzie 20 tysięcy osób.

koszulka Edgarasa Jankauskasa

Sportem numer jeden jest koszykówka. Kilka lat temu na euroligowych meczach Żaligirisu Kowno nowa 20-tysięczna hala wypełniała się w 3/4. Lietuvos Rytas zapełniał nowy, 10-tysięczny obiekt w Wilnie. W ostatnich latach frekwencje spadły, ale wciąż są to liczby, o których fani futbolu na trzymilionowej Litwie mogą tylko pomarzyć.

Wracam na stadion na Pióromoncie. Obok zapuszczonego boiska treningowego stoi hotel Šarūnas. Wszyscy wokół wiedzą, skąd ta nazwa. Właścicielem jest Šarūnas Marčiulionis, dla niektórych Litwinów sportowiec wszech czasów. Po upadku ZSRR grający w NBA koszykarz sam sklecił drużynę, która poleciała do Barcelony. W igrzyskach zapamiętanych z powodu występu Dream Teamu, Litwini zdobyli brązowe medale. W meczu o 3. miejsce pokonali Rosjan grających pod flagą Wspólnoty Niepodległych Państw. Cztery lata później Litwini znów sięgnęli po brąz.

W barze na parterze hotelu Šarūnas w gablotach wiszą medale olimpijskie Marčiulionisa oraz koszulki i buty koszykarskich legend – m.in. Charlesa Barkleya i Kobego Bryanta.

Osobną gablotę ma tylko jeden piłkarz, Edgaras Jankauskas. Grał w 16 klubach w 9 krajach. Zaczepił się m.in. w Porto, Benfice, czy Realu Sociedad. O Jankauskasa pytam pracującego w hotelu Nojusa. – To chłopak stąd, zaczynał w Žalgirisie, więc ma swoje miejsce. Ale piłka nikogo tu nie interesuje. Do nas ludzie do oglądać NBA, to ich kręci. Piłkę lepiej rzucać, a nie kopać. Słyszałeś o naszych meczach w Barcelonie?

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Najlepsze piłkarskie muzea

Dwa najbardziej odjechane eksponaty w muzeum to pomnik Michaela Jacksona, który stał przy stadionie Fulham i kultowy, sardynkowy cytat Erica Cantony nad akwarium. Narodowe Muzeum Futbolu w Manchesterze to światowa czołówka.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Muzeum w centrum Manchesteru jest darmowe. Sugerowana wpłata to 3 funtów. Za 6 można zrobić sobie zdjęcie wznosząc puchar Premier League i zaliczyć kilka podobnych atrakcji. Początkowo muzeum działało na stadionie Preston North End. Odwiedzało go 100 tys. osób rocznie, ale zarządzającej nim fundacji wciąż brakowało pieniędzy. Padł pomysł, by muzeum przenieść na Wembley, ale dobrą ofertę złożyło miasto Manchester. Postanowiło dokładać do muzeum 2 mln funtów rocznie.

Można usiąść na krzesełku ze starego Wembley.

W 2012 muzeum przeniosło się do Manchesteru. Wcześniej w efektownym, szklanym budynku w samym centrum, wystawiano miejskie eksponaty. Miejsce świeciło pustkami. W muzeum piłkarskim jest inaczej. Gdy w sobotę o 10.00 rano czekałem na otwarcie, przy drzwiach czekało już kilkanaście osób.

The National Football Museum

The National Football Museum

Co zobaczyłem w środku? Choćby oryginalny dokument „Laws of the game” o którym pisałem przy okazji londyńskiego pubu Freemasons Tavern. Można przyjąć, że na spotkaniu w 1863 roku ustalono przepisy gry w piłkę nożną.

W muzeum można zobaczyć m.in. piłkę z finału mundialu z 1966 roku, koszulkę Diego Maradony z meczu z „ręką Boga”, koszulkę Billy’ego Mereditha z meczu Anglia-Irlandia z 1908 roku, mnóstwo pucharów, zdjęć, obrazów oraz maszyny z grami. W automacie można wymienić funty na stare pensy, które uruchamiają maszyny sprzed kilku dekad. W sumie 2,5 tys. eksponatów. Zgodnie z nowymi trendami, jest dużo dźwięków i ruchomych obrazów.

Michael Jackson sprzed stadionu Fulham, gdzie postawił go Mohamed Al-Fayed, trafił do muzeum w Manchesterze.

Ceramiczna rzeźba Pabla Picasso.

Włosy Robbiego Savage’a.

„Szatnia” Anglików z 1966 roku.

   

Johan Cruyff, Manchester

Johan Cruyff jest jedną z legend, których twarze umieszczono na chodniku przed budynkiem.

Inne muzea

Na tle innych piłkarskich muzeów, to manchesterskie wypada świetnie. A co oferują inni?

W Wielkiej Brytanii dość standardowe, ale naprawdę ciekawe toury z muzeum, zaliczyłem na stadionach Arsenalu, Tottenhamu, ChelseaLiverpoolu i Manchester United. Słabiej było na Manchesterze City i stadionie Rangersów, ale Ibrox to dzieło sztuki, wiec i tak trzeba zajrzeć.

Ogólnopiłkarskie muzeum często planuje się na stadionach narodowych, na Hampden w Glasgow, Aviva Stadium w Dublinie, czy Wembley. Na tym ostatnim wisi poprzeczka z finału MŚ w 1966. Jak przypomniał przewodnik touru, przy decydującej bramce piłka przekroczyła linię bramkową o kilka metrów. Tak wszyscy to zapamiętali, prawda?

Ciekawych pamiątek i pucharów nie zobaczymy na San Siro, Mestalla, Vicente Calderon i stadionie Partizana. Jeden pokój to muzeum Espanyolu BarcelonaAustrii Wiedeń, Crvenej Zvezdy, Dynama Kijów. Niewiele więcej oferują Olympiacos Pireus i Feyenoord.

Wyjątkowo przykładają się do sprawy w Portugalii. Rozpisywałem się o Belenenses. Bez pieniędzy też można zrobić dobre muzeum. Rewelacyjnie wyglądają muzea FC Porto i Benfiki, nie odbiega też Sporting, gdzie są setki pucharów.

Chyba najdroższe w Europie są bilety do muzeów FC Barcelony i Realu Madryt. Ale warto. Eksponatów jest tyle, że od przeglądania się w Pucharach Europy i Złotych Piłkach, może rozboleć głowa.

Stadion Benfiki Lizbona

Benfica.

Stadion Sportingu Lizbona

Sporting.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Imponujących rozmiarów puchary na Vicente Calderon.

Old Trafford, Złota Piłka, którą dostał Denis Law. Malutka.

Wypchany kangur na Doliczku, stadionie Bohamians Praga.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Bieda i patologia, czyli Manchester City

Etihad Stadium, Manchester

Bezrobocie, przemoc i alkohol to fundamenty Manchesteru City. Klub powstał, bo córka proboszcza i pracownicy huty chcieli coś zrobić dla miejscowych robotników. 137 lat później była parafialna drużyna należy do najbogatszych klubów na świecie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Drużyna z Gorton, zachodniej części Manchesteru, była otwarta dla wszystkich mężczyzn, bez względu na wyznanie. Latem grano w krykieta, ale zimą z rozrywek zostawało głównie picie. Drużyna Świętego Marka (West Gordon) zaczęła więc grać w piłkę.

15 lat później, w Wielki Piątek, na trybuny przyszło 30 tys. osób. Po kilku transformacjach klub nosił już dzisiejszą nazwę. Wszystko szło dobrze do czasu afery korupcyjnej. Billy Meredith zaoferował kapitanowi Aston Villi 10 funtów za sprzedanie meczu. Kiedy sprawa wyszła na jaw, City nie broniło swojego zawodnika. Ten ujawnił, że City łamało przepisy i płaciło piłkarzom ponad ustalone 4 funty tygodniowo. Robili to wszyscy, ale nikt nie mówił o tym głośno. Posypały się kary, w tym dożywotnie dyskwalifikacje. City swoich graczy sprzedało na aukcji w Queen’s Hotel.

Etihad Stadium, Manchester

Gabriel Jesus, który trafił Cottonopolis 112 lat później, żadnymi kominami płacowymi nie musi się przejmować. Podpisując kontrakt, zarobił więcej, jego wszyscy przodkowie razem wzięci. W czasie meczu ze Swansea przyglądałem się głównie Brazylijczykowi, głowiąc się, jak w Barcelonie wpadli na to, żeby zamiast niego, do klubu ściągnąć Paco Alcacera.

Na mecz drużyny Guardioli wybrałem się przy okazji wypadu do Walii. Na City of Manchester Stadium, zmyślnie przerobionym ze stadionu lekkoatletycznego, byłem już na tourze. Zapamiętałem głównie starszą przewodniczkę, która oprowadzała naszą czteroosobową grupę. Tłumaczyła, że trzy gwiazdki w herbie City to tylko ozdoba a budową ośrodka treningowego wokół stadionu zajmą się miejscowe firmy, bo klub ma być sercem lokalnej społeczności. Pamiętam jej zdziwioną minę, gdy okazało się, że nie wiedziałem, kim był Bert Trautmann. – Luftwaffe, skręcenie karku, nic? – pytała. Pozostało tylko przeprosić. Przyznaję jej rację, że życiorys Trautmanna kibic piłki powinien znać.

Etihad Stadium, Manchester

W tle Academy Stadium, do którego z Etihad prowadzi 190-metrowa kładka nad skrzyżowaniem. Kiedy kilka lat temu Abu Dhabi United Group postanowiło zainwestować setki milionów funtów w zrujnowany, poprzemysłowy teren, poparcie wyraziło 97 proc. mieszkańców. Na 80 hektarach powstały nie tylko boiska i hale, ale też uniwersytet, biblioteka i stadion na 7 tys. miejsc.

Etihad Stadium, Manchester

„Niebiesko-biała armia Guardioli”. Kogoś poniosło albo to rodzina Pepa.

Pep Guardiola

Guardiola na dobre mógł się uśmiechnąć dopiero w 90 minucie. City było lepsze, ale pod bramką Fabiańskiego grało nieporadnie Kilka strzałów, w tym rzut wolny, Polak obronił fenomenalnie. Ale to on zawalił bramkę na 2:1 dla gospodarzy w doliczonym czasie gry. Zanim wyjął piłkę z siatki, uklęknął. Chwilę trwało, zanim doszedł do siebie.

Etihad Stadium, Manchester    Canal in Manchester

Wzdłuż kanału, podążając za tłumem, dotarłem na stację Oxford Road. Bilet do Liverpoolu, z którego wracałem do Polski, kosztował 3 funty.  Bilet na mecz ze Swansea 35. „Niebiesko-biała armia Guardioli” nie dała rady wykupić wszystkich.

Zima na walijskiej plaży

FC Llandudno

236 widzów na meczu w Llandudno to niemalże walijska średnia. W lutowe, sobotnie popołudnie więcej osób wchodziło na Great Orme, wzgórze górujące nad kurortem. Zamiast spaceru wybrałem atrakcję na drugim końcu miasteczka. Zobaczyłem mecz w kraju nr 31.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Llandudno

Llandudno to „królowa walijskich kurortów”. Szeroka promenada, molo, ładna sceneria i kilka hoteli. Największą atrakcją jest Great Orme, wzgórze, z którego z wysokości 200 metrów rozciąga się widok na nadmorskie miasto. Podziwianie kopalni z czasów neolitu i latarni morskiej zamieniłem na mecz drużyny, której nazwę po walijsku należałoby zapisać jako Clwb Pêl-droed Llandudno.

FC Llandudno stadium

– Jeszcze kilka lat temu walczyliśmy o ekstraklasę. A w tym roku mieliśmy tu puchary! – opowiada mi Mark. – Tutaj? – pytam niepewnie rozglądając się po malutkim stadionie. – W Bangor, ale co zrobić – brzmi odpowiedź. Po porażce 0:5 w Szwecji, Walijczycy w rewanżu przegrali tylko 1:2.

FC Llandudno

W piłkę grano tutaj od 60. XIX wieku. W 1921 roku Llandudno tworzyło walijską ligę. W 1991 roku klub musiał opuścić stadion, na którym 93 lata wcześniej rozegrano mecz Walii z Irlandią. W jego miejscu stanął market Asda. Na nowym boisku, położonym kilkaset metrów dalej, Maesdu Park, trzy lata temu zainstalowano sztuczną murawę. Miejscowi nie mogą się jej nachwalić. – Dzieciaki grają tu całymi dniami, po pracy kopią dorośli. Stadion żyje – tłumaczy mi Dave.
FC Llandudno

W walijskiej Premier League najwięcej kibiców chodzi na mecze w Aberystwyth i Bangor, ale do  średniej 500 kibiców jeszcze im brakuje. W Llandudno pojawiło się tylko 236 kibiców, ale mimo to, klubowa społeczność działa nie tylko w co drugą sobotę.
FC Llandudno

W klubowym budynku kibice pokazują mi listę wydarzeń organizowanych przez Llandudno Football in the Community. Stowarzyszenie ma integrować lokalną społeczność. „Turn Up and Play”, czyli zajęcia dla każdego chętnego dziecka, kosztują od 3 funtów. Dziewczynki mogą ćwiczyć z chłopcami, ale organizowane są też dla nich osobne zajęcia. Tak samo jak piątkowe treningi PAN. Wymyślono je m.in. dla niepełnosprawnych, którzy nie będą się czuć komfortowo na zajęciach z pozostałymi dziećmi.

Klub organizuje też „piłkarskie przyjęcia” dla dzieci. 60 minut zajęć z trenerem UEFA A a potem impreza w klubowej kantynie. Zabawa dla 25 osób to wydatek 90 funtów. W wersji z cateringiem 12 funtów od dziecka.

Kolejne ogłoszenie: „Jesteś bezrobotny? Brakuje ci pewności siebie na rozmowach kwalifikacyjnych albo potrzebujesz podrasować swoje CV? W Llandudno Football in the Community pomożemy ci”.
FC Llandudno FC Llandudno

FC Llandudno

Skromny budynek koło trybuny. Klocek, jakich wiele. Na nim tabliczka: „W latach 2001-02 Cyril John Williams zaprojektował i wybudował tę konstrukcję gołymi rękoma. Dokończyła rodzina i przyjaciele (2002).”

FC Llandudno

FC Llandudno plaża

Llandudno beach

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.