Archiwa tagu: Bydgoszcz

Czas odłożyć sztangę w Zawiszy

Fot. public domain

Kurz powoli opada. Mętnych tłumaczeń braci Zielińskich nie transmituje już TVN24 a memy z ich zdjęciem i podpisem „Chemical Brothers” coraz rzadziej pojawiają się na Facebooku. Ale ich wstyd pozostaje też naszym, bydgoskim wstydem. Czas teraz pożegnać się w ogóle z ciężarami w Zawiszy.

– Czasem wstaję z łóżka i nie mogę się wyprostować, bo kręgosłup napierdziela. Nie tak dawno, robiłem przysiady ze sztangą, wisiało na niej 200 kg, no i poczułem, jak prąd mi idzie po kręgosłupie, nogi się uginają. Organizm mam tak wyeksploatowany, że czarno widzę przyszłość – opowiadał Marcin Dołęga. Środki przeciwbólowe, przeciwzapalne i blokady nie pomagają. Ludzkie stawy nie są przystosowane do przerzucania 20 ton żelastwa dziennie. Zrujnowane kolana i łokcie trzeba ratować komórkami macierzystymi. Ale to za mało. Trzeba brać.

Koniec z ciężarami

Dołęga został za doping zdyskwalifikowany kilka miesięcy temu. Bracia Adrian i Tomasz Zielińscy razem z trenerem, Jerzym Śliwińskim, zostali wyrzuceni z wioski olimpijskiej w Rio. Wojsko już złożyło im propozycję nie do odrzucenia. Zielińscy nie będą już żołnierzami. Wojsko wycofuje się też z podnoszenia ciężarów w Zawiszy. Ale to za mało.

Z tej sekcji CWZS powinien po prostu zrezygnować.

Oprócz Zielińskich w ostatnich latach na pomoście oszukiwali także inni zawiszanie – Małgorzata Wiejak i Marcin Dołęga. Wybrali drogę na skróty, bo jest to wpisane w samą dyscyplinę. Mniej widzę w tym winy samych zawodników. Rozmowy z Marcinem Dołęgą i braćmi Zielińskimi wspominam z uśmiechem. Sympatyczni, inteligentni ludzie z bardzo trudnym startem na wielkie areny. – W takiej małej miejscowości to można zostać naukowcem albo sportowcem. Albo nikim. A naukowcem to jest ciężko zostać – mówił mi Adrian Zieliński. W Tarpanie Mrocza dźwigało się w budynku GS-u. Do czasu aż się zawalił, bo ciężka sztanga przebiła podłogę i wpadła do piwnicy. Później ciężarowcy ćwiczyli w budynku hydroforni. Zimą w rękawiczkach i czapkach, nie było nawet wody. Jak się chwyciło sztangę, to przyklejała się do rąk, taki był mróz.

Wysiłek sztangistów jest nadludzki. Żyją z permanentnym bólem. Zostawiają na pomoście zdrowie, bo prą na sportowy szczyt. Jest nim olimpijski medal. Daje sławę a dzięki emeryturze, socjalne bezpieczeństwo do końca życia. Każdy myśli – wezmę, bo bez tego nie wygram. I pewnie mają rację. To prawda, że w ostatnich dekadach seriami wpadali lekkoatleci i kolarze, ale ciąg skandali w ciężarach nie ma precedensu. Na igrzyska w Rio de Janeiro nie przyjechali wykluczeni ciężarowcy z Rosji, Białorusi, Azerbejdżanu i Bułgarii. W zorganizowany sposób brali Kazachowie, w tym ich trzy mistrzynie olimpijskie. Na liście WADA są nawet Niemcy. W zeszłym roku przyłapano na dopingu 70 sztangistów i sztangistek. Wielu z nich to medaliści najpoważniejszych międzynarodowych imprez. Jest też niemałe grono Polaków.

Zepsute do szpiku kości

Podnoszenie jak największego ciężaru wydaje się być niemal równie naturalnym sportem, jak bieg. Sprawdzeniem, kto jest najsilniejszy. Dlatego ciężary, w różnej formie, są w programie nowożytnych igrzysk od samego początku. Ale przyszłość to niewiadoma, bo od kilku dekad dyscyplina jest zepsuta do szpiku kości. Przypadek braci z Mroczy prawdopodobnie doprowadzi do jej zabicia w kraju. Ministerstwo Sportu już ogłosiło, że przynajmniej obetnie dotacje dla związku. Możliwe, że całkowicie zabierze ciężarowcom państwowe pieniądze. O prywatnych nie mają co marzyć. W państwach szeroko pojętego Zachodu ciężarów raczej się nie dźwiga. Ważne zawody wygrywają zawodnicy krajów byłego ZSRR (o ile nie są zdyskwalifikowani), Iranu, Chin czy Korei Północnej. Innym szkoda zdrowia.

O tym, że polska sztanga jest chora, wiadomo od dawna. Wyniki ciężarowców Zawiszy interesują garstkę osób. Ilu z was kliknie w link o wynikach ligi podnoszenia ciężarów? Ilu w ogóle wie o jej istnieniu? Bydgoska sekcja nie wychowuje rzeszy młodych ludzi zafascynowanych sportem. Istnieje po to, by wąska grupa zawodników spoza Bydgoszczy, często skuszona wojskowymi etatami, zdobywała trofea. Po to były transfery Dołęgi i Zielińskich. Cała idea legła w gruzach. Czas przestać patrzeć na punkty w tabelach wojskowych zawodów i historyczne tabele medalistów i dać sobie spokój ze zdegenerowaną dyscypliną. CWZS powinien podjąć decyzję o zamknięciu sekcji. Ciężary już są na sportowym marginesie. A niewykluczone, że umrą całkowicie.

Ale Polacy dalej będą odnosić sukcesy. I to w sposób, który całą sytuację pokazuje jak soczewce. Szymon Kołecki, ustępujący prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, wkrótce zostanie oficjalnie ogłoszony mistrzem olimpijskim. Okazało się, że w Pekinie, gdy odbierał srebrny medal, Kazach Ilja Iljin był na koksie. Ale na Kołeckiego też pada dopingowy cień. Ukraiński lekarz Walentin Czernopiatow twierdzi, że w 2002 roku kupił dla niego w Odessie 13 opakowań retabolilu, sterydu anabolicznego, środka zabronionego. Kołecki zaprzecza. Złapany został raz, w wieku 16 lat.

Szanse na wymarzony olimpijski medal wciąż ma Marcin Dołęga. Nie jest wykluczone, że medal zostanie odebrany jednemu z medalistów z Pekinu, gdzie Dołęga był czwarty. Ewentualny krążek odbierze jako zawodnik dwukrotnie zdyskwalifikowany, bez prawa do występów na zawodach.

O tym, że Zawisza ma z tematem dopingowiczów problem, świadczy plebiscyt z okazji 70-lecia klubu. Wśród kandydatów klub wpisał dopingowiczów: Dołęgę i Sławomira Zawadę. Ten drugi nie tylko doping brał, co skończyło się dyskwalifikacją. Po zakończeniu kariery, wśród wielu zarzucanych mu przestępstw, prokuratura wymieniła przemyt i handel sterydami.

Oh my Bydgoszcz

MŚ LA U-20

Przez tydzień Bydgoszcz była stolicą światowej lekkoatletyki. Na mistrzostwa świata do lat 20 nad Brdę przyjechali sportowcy z blisko 160 krajów. Anguilla, Samoa, Wyspy Cooka, Mariany Północne? Wszyscy obecni. Jeszcze nigdy Bydgoszcz nie miała takiej promocji na Twitterze i Facebooku.

W czasie mistrzostw miałem okazję porozmawiać m.in. z Ato Boldonem oraz Sebastianem Coe. Brytyjczyk, legenda lat 80., dziś prezydent IAAF opowiadał m.in. o popularności lekkoatletyki. – Kiedy golfista amator chce trafić do dołka, wyobraża sobie, że jest Tigerem Woodsem. Kiedy idzie pobiegać, nie myśli o tym, że robi to, co Haile Gebrelassie albo Mo Farah. Musimy wykreować ten związek – mówił. A co usłyszałem od młodych sportowców i dziennikarzy?

Australijczykom, którzy spędzili w Bydgoszczy miesiąc, a przed przyjazdem do Bydgoszczy, aklimatyzowali się w Spale, podobało się wszędzie tam, gdzie woda. – Za nami sporo godzin jazdy po Polsce w autobusach. Ale dzięki temu dużo widzieliśmy. Bydgoszcz to niewielkie, miłe miasto. Wszystko co, jest nad wodą, wygląda świetnie – mówi Isaac Hockey, jeden z kapitanów reprezentacji Australii.

– Stadion i warunki są bez zarzutu – chwalił kierownik reprezentacji Australii, Jennifer Chan. Nie wszystkim się tak trafiło. Na warunki narzekają Hiszpanie. Mieli spać w hotelu Campanile, ale ostatecznie nocują w akademikach Collegium Medicum. – Stary budynek, ciasno, nieprzyjemnie, mikroskopijne łazienki. Trzeci świat – narzekali na twitterze. Z akademika Hiszpanie trafili potem do trzygwiazdkowego hotelu.

Dziesięcioosobowa grupa kibiców z Holandii wspierała w Bydgoszczy oszczepniczkę Emmę Oosterwegel. W pomarańczowej koszulce z napisem „Team Whazzaa!” na trybunie usiadł jej chłopak, Justin Kraaijenbrink. – Przyjechaliśmy samochodami z Deventer. Są wśród nas przyjaciele i rodzina Emmy. Nie jest faworytką. Modlimy się o finał – mówił. Modlitwa nie pomogła. Emma do finału się nie dostała. Dwa dni przed startem do Bydgoszczy dotarli lekkoatleci z Republiki Południowej Afryki. – Pierwszy raz jestem na tak dużej imprezie. Transmisje do 60 krajów, to robi wrażenie – mówi George Kusche. – Myślałem, że Bydgoszcz i Europa w ogóle, to miejsce bardziej przemysłowe. A Bydgoszcz jest bardzo spokojna – dodaje.

Szwedzi rozpoczęli zwiedzanie Bydgoszczy od wizyty w KFC. – Trener by się pewnie nie ucieszył, ale co zrobić – śmieją się. – Polska jest tanim krajem, a ludzie, wbrew pozorom, sporo się uśmiechają – mówi Marcus Tornee. – Stadion jest rewelacyjny. Ładna, świeża nawierzchnia, dobrze się biega. Tylko trochę mało ludzi na trybunach. Ale pogoda lepsza, niż w Szwecji – cieszył się sprinter na 200 metrów. Sportowcy opanowali bydgoskie centra handlowe. Zawodnicy z Bahamów spróbowali szczęścia w punkcie Lotto.

Sześć kanadyjskich biegaczek na brzuchach wymalowało kolejne litery nazwy swojego kraju. – Chyba pomogło, bo nasz zawodnik przed chwilą dobrze pobiegł. No i mocno się wydzieramy – mówiła Nicole Hutchinson, z literą A na brzuchu. Kanadyjczycy miastem byli zachwyceni. – U nas nie mamy czegoś takiego jak Stary Rynek, czy starówka, więc Bydgoszcz wygląda dla nas bardzo ciekawie – opowiada. Kanadyjczycy byli m.in. w Toruniu. – Torun. To run or not to run – żartowali.

Impreza OK. Ale gdzie ludzie?

Do Bydgoszczy przyjechało ponad 140 dziennikarzy. Także z takich krajów, jak Kenia, Uganda i Bahrajn. – Wszystko OK, ale gdzie są ludzie? – pytał mnie Raymond Graham, reporter z Jamajki. Kibice z Bydgoszczy na stadion niestety tłumnie się nie wybrali. Szczególnie w pierwszych dniach mistrzostw na trybunach więcej było uczestników, trenerów i fanów z zagranicy niż bydgoszczan. Atmosfera była świetna, bo ja zapewniały okrzyki Amerykanów, fryzury Jamajek i wspólne śmiechy Japończyków ze Szwedami. Ale frekwencja bolała.

Można tłumaczyć, że Bydgoszcz dostała mistrzostwa z półrocznym wyprzedzeniem, po wycofaniu się Kazania, ale frekwencja była jedynym dużym minusem imprezy. – Pamiętajmy jednak, że to rywalizowały dzieciaki, choć możemy podejrzewać, że choćby Candace Hill zdobędzie w przyszłości medal igrzysk. Trudno to porównywać do Diamentowej Ligi w Londynie z tego tygodnia, bo tam stadion olimpijski zapełnił Usain Bolt – mówił John Anderson, który relacjonował mistrzostwa dla oficjalnego radia IAAF. Organizacja imprezy kosztowała bydgoski ratusz milion złotych.

Trzeci raz do Bydgoszczy przyjechał doświadczony amerykański reporter Ed Gordon. – W Bydgoszczy restauracje zamykają się dość wcześnie, w dodatku nie ma ich w okolicy Zawiszy. Zamknięto tę na stadionie, to dziwne. A tramwaje z centrum nie jeżdżą przed północą, gdybym chciał wrócić z centrum – mówi. Do Bydgoszczy wróci za rok, na mistrzostwa Europy U-23.

Jeszcze nigdy o Bydgoszczy nie pisano tak wiele w social mediach. Z tagiem #Bydgoszcz2016 lądowały na Twitterze zdjęcia sportowców z całego świata i ich kibiców. – Reprezentujecie kraj i swoich bliskich. Odłóżcie telefon i cieszcie się tą niesamowitą imprezą – mówił przed mistrzostwami do swoich młodszych australijskich kolegów olimpijczyk Benn Harradine. Nie wszyscy posłuchali starszego sportowca, który występował w epoce, przed Facebookiem i Twitterem.

Lekkoatleci z australijskiego Brisbane dowiedzieli się, gdzie leży Bydgoszcz, organizując wspólne kibicowanie na drugiej półkuli swojemu koledze, Josephowi Dengowi. Uczennice katolickiej szkoły dla dziewcząt St. Clare’s College w Sydney zebrały się do wspólnego zdjęcia, żeby zaprezentować, jak ściskają kciuki za startującą w Bydgoszczy Amy Harding-Delooze. Trener dwóch Francuzek, medalistek w skoku w dal, pochwalił się, że zabiera z sobą na pamiątkę dwie garści piasku, ze szczęśliwej dla niego i zawodniczek skoczni na stadionie Zawiszy. Film, na którym Konrad Bukowiecki, bije juniorski rekord świata w pchnięciu kulą obejrzało w ciągu dwóch dni ćwierć miliona ludzi. Dwa razy więcej zobaczyło sprint Ewy Swobody i jej walkę z Amerykanką Candace Hill. Pełna energii Swoboda była zdecydowanie największą gwiazdą polskiej ekipy i magnesem dla kibiców.

O przygodach w Bydgoszczy tweetował Jon Mulkeen, Amerykanin z IAAF. Miał gotową listę słów, które uznał za niezbędne do poruszania się po mieście. „Ciasto”, „pączki”, „lody”, „piwo”, „więcej proszę”, „nawet więcej”, „jeszcze jeden, dzięki”. – W mojej głowie Bydgoszcz kojarzy się wyłącznie z lekkoatletyką. Nie słyszałem o waszym mieście w innym kontekście. Teraz poznałem je osobiście – opowiada.

Zagadka Adama Wolanina. Życiorys jak scenariusz filmu

Drużyna z Adamem Wolaninem

Nazywał się Adam Wolanin. Zaczął grać w piłkę w legendarnej Pogoni Lwów, a potem występował w Spartaku Moskwa, Blackpool i drużynie z Chicago. W 1950 roku reprezentował USA na mistrzostwach świata w Brazylii. Podobno, tuż po wojnie, był także piłkarzem Polonii Bydgoszcz.

Losy Adama Wolanina są jak gotowy scenariusz do filmu. Lwowianin z urodzenia przeżył drugą wojnę jak wielu jego krajan. Został wywieziony na wschód. Trafił do armii gen. Andersa. I grał w piłkę w sławnych klubach. Futbolowy trop Wolanina wiedzie jednak po wojnie także do Bydgoszczy.

Zdjęcie dawnej Polonii

O tym, że Adam Wolanin z Pogoni Lwów grał w Polonii mówił Edmund Szumiński – ostatni żyjący zawodnik bydgoskiego klubu z czasów tuż po II wojnie. Sam pamięta go jeszcze z lat 30. Wtedy obaj byli jeszcze juniorami. Szumiński w Polonii, a Wolanin w Pogoni. Spotkali się na jednym turnieju w 1937 roku.

Poszlaka, że Wolanin grał w Bydgoszczy? Zdjęcie.

 Adam Wolanin

Na niepodpisanej fotografii z 1945 roku widać grupkę polonistów. W środku – trzeci od lewej w białej koszulce stoi niezbyt rosły zawodnik z wysokim czołem. Podobny do Adama Wolanina ze Lwowa.

Piłkarz o takim imieniu i nazwisko występował w 1950 roku na pierwszych po wojnie mistrzostwach świata w Brazylii. Oczywiście nie w polskiej reprezentacji, lecz w ekipie USA.

Znajduję zdjęcie piłkarzy witających się przed meczem USA z Hiszpanią. Jest na nim Adam Wolanin.

Adam Wolanin na mistrzostwach świata

W materiale filmowym z MŚ 1950 wita się z Hiszpanami, w tym Telmo Zarrą.

Jest niewysoki, ma zaczesane do tyłu włosy. Widać podobieństwo z człowiekiem ze zdjęcia Polonii. Ale czy wychowany we Lwowie Polak, który walczył w armii Andersa, osiadł w USA i wystąpił w reprezentacji tego kraju na mundialu, naprawdę występował w Bydgoszczy?

Życie jak scenariusz

Historia zaczyna się na podwórkach lwowskiego Łyczakowa. Nastoletni Adam Wolanin był wielkim talentem piłkarskim. I jednym z wielu, którym karierę złamała wojna. W Pogoni Lwów, jednej z najlepszej drużynie międzywojnia w Polsce, zadebiutował w ekstraklasie już w 1937 roku, w meczu z Cracovią. Miał 168 cm wzrostu, zazwyczaj grał jako napastnik lub skrzydłowy. Do września 1939 roku zdążył wystąpić w 29 meczach ekstraklasy, strzelił 14 bramek.

Kiedy Lwów zajęła Armia Czerwona, miał 20 lat. Został w mieście i występował w nowozałożonym klubie podległym sowieckiej władzy – Spartaku. Musiał się sprawdzić, bo w latach 1940-41 występował w drużynie o tej samej nazwie, ale już ze stolicy – Spartaku Moskwa – jednej z najważniejszych drużyn w ZSRR. Spartaka opuścił, żeby z armią generała Andersa wyzwolić się z okowów sowietów. Szlak wiódł przez Bliski Wschód i Afrykę.

Po zakończeniu II wojny, jak ogromna większość żołnierzy Andersa, trafił w końcu do Wielkiej Brytanii. Wolanin był chorążym w Polskich Siłach Powietrznych, które stacjonowały w Bury St Edmund niedaleko Ipswich. W 1946 roku, za namową narzeczonej zgłosił się na testy do Blackpool, jednej z najlepszych drużyn w Anglii. W debiucie w rezerwach „Mandarynek” strzelił 5 goli. Potem zagrał jeszcze w lokalnych rozgrywkach i sparingach. Gry w piłkę nie mógł jednak pogodzić ze służbą wojskową.

W 1947 roku Wolanina odnajduję już w Stanach Zjednoczonych. Po wyjeździe za ocean od razu zaczął grać w piłkę. Najpierw w zespole Chicago Maroons, a następnie w polonijnym AAC Chicago Eagles, który walczył w lokalnej lidze NSL.

Z amerykańskim obywatelstwem dostał się do reprezentacji USA na mundial w Brazylii. W 1950 drużynę USA tworzyli amatorzy. Napastnik Ben McLaughlin nie dostał urlopu, w dodatku planował wesele, więc został w kraju. W jego miejsce wskoczył Polak. Wolanin wystąpił w jednym meczu, przegranym 1:3 z Hiszpanią. Zabrakło go na boisku w rozegranym cztery dni później słynnym meczu z Anglią. Zwycięstwo 1:0 amatorów z USA jest jedną z największych niespodzianek w historii mistrzostw świata – doczekało się nawet ekranizacji.

Wolanin w pierwszej reprezentacji więcej nie wystąpił. Na boisku, także w drużynie olimpijskiej, pojawiał się jeszcze w latach 60. Po zakończeniu kariery został trenerem w AAC Eagles, prowadził popularną wśród Polonii masarnię, a następnie restaurację.

Z pamiętnika przedwojennego polonisty

Wracamy do Wolanina w Polonii. Edmund Szumiński był jego rówieśnikiem i najdłużej żyjącym z przedwojennych piłkarzy Polonii. W 2010 roku dotarł do niego Sławomir Wojciechowski, autor książki „Zapomniane Pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949”. Z opowieści przedwojennego kapitana juniorów Polonii, który próbował reaktywować klub w 1956 roku, powstał w książce osobny rozdział.

Pytam go, czy można ufać pamięci legendy dawnej Polonii.

– Choć jego pamięć trzeba ocenić jako imponującą, to nie wszystkie szczegóły zawsze się zgadzały – mówi Wojciechowski.

W 1937 roku Szumiński i Wolnin grali w Kozienicach na mistrzostwach Polski juniorów. Pogoń Lwów była druga, o obiecującym Wolaninie pisała prasa. Polonia Bydgoszcz odpadła w pierwszej rundzie.

Czy mógł więc omyłkowo uznać innego człowieka o tym samym imieniu i nazwisku, który w 1945 roku w Polonii przez chwilę występował zawodnik, z tamtym Wolanin ze Lwowa.

Imienia nie jesteśmy w stanie sprawdzić, bo nie ma go w gazetach. Nie podał go też Szumiński.

W Bydgoszczy Wolanin miał się zjawić w październiku 1945 roku w brytyjskim mundurze. To by się zgadzało.

– Był chyba oddelegowany do wypełnienia misji wojskowej – pisze Szuminski. Mieszkał przy Szubińskiej, codziennie swoim jeepem dojeżdżał do koszarów przy Gdańskiej. – Nawiązaliśmy kontakt z racji wspólnego obozu sprzed 8 lat w Kozienicach. Nie poznaliśmy się osobiście, ale kojarzyliśmy fakty – wspominał Szumiński. Piłkarze mieszkali w namiotach, wspólnie trenowali, modlili się i pływali.

W 1945 roku ojciec Szumińskiego chorował, miał nowotwór. – Załatwiliśmy ojcu lampy w przychodni przy ul. Cieszkowskiego. Jednego z pierwszych dni naświetlania, gdy rano na rogu Śląskiej i Jackowskiego na chodniku czekaliśmy na taryfę, podjechał do nas wojskowy jeep. Wysiadł z niego Wolanin, przywitał się ze mną i zapytał, w czym pomóc – wspominał. Szumiński. Przez kolejnych 10 dni jego ojca woził do przychodni wojskowy samochód. – W sumie w Bydgoszczy Wolanin spędził kilka tygodni.

Informacje o polonijnym zespole Orłów z Chicago od kilkunastu zbiera Andrzej Proczka. Rozmawiał z byłymi zawodnikami i rodziną Wolanina – tego ze Lwowa. – Nigdy po wojnie nie przebywał w Polsce bo bał się represji ze strony komunistycznych władz – mówi kategorycznie, gdy pytam o występy w Polonii Bydgoszcz.

Gdy opowiadam o wspomnieniach Szumińskiego, jest ostrożniejszy. – Z tego co wiem, starsi działacze klubu mówili, że Wolanin bał się on wracać do Polski. Nie wiem, czy byłby więc w Bydgoszczy po zakończeniu wojny.

I na koniec jeszcze jeden trop, że sławny Wolanin ze Lwowa to nie Wolanin z Polonii. O zawodniku o tym nazwisku można przeczytać, że przez chwilę grał w Polonii także w 1948 r. A tp już całkowicie wyklucza wychowanka Pogoni. Wtedy był już w USA.

– Wojna zabrała mu najlepsze lata dla sportu i rodziny. Nigdy nie pogodził się ze swoim losem i topił smutek w alkoholu – pisał Andrzej Gowarzewski w Kolekcji Klubów GiA.

Zmarł w 1987 roku. Spoczywa na katolickim cmentarzu Maryhill na przedmieściach Chicago.

Łączy ich piłka, ale każda inna

Gareth Smith

Fot. Paweł Malinowski.

Julie McBride to koszykarka, Mihai Bobocica jest tenisistą stołowym a Gareth Smith i Soren McKenzie zakładają pierwszą w Polsce drużynę futbolu amerykańskiego. Cała czwórka mieszka w Bydgoszczy, choć jeszcze kilka lat temu żadne z nich tego nie planowało. W ostatnich tygodniach opowiadali mi o tym, jak wygląda ich życie.

W tym gronie tylko dwaj futboliści – Australijczyk i Anglik są amatorami. Obaj uczą języka angielskiego. Postanowili założyć pierwszą w Polsce drużynę futbolu australijskiego. To widowiskowa dyscyplina łącząca elementy rugby, piłki nożnej i koszykówki. Niektórzy uważają ją za brutalną. Dwójka obcokrajowców kłopotami z organizacją się nie martwi. Chcą zorganizować pierwszy na polskiej ziemi mecz, a wkrótce reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej. Przepisy na to pozwalają. Więcej do ich pasji do nieznanego u nas sportu, który uważają za najlepszy na świecie, możecie przeczytać tutaj.

 

Julie McBride

Julie McBride mieszka w Polsce dopiero drugi rok, ale już ma w kieszeni polski paszport. Skorzystała z szybkiej ścieżki nadania obywatelstwa, pomoże Polsce podczas eliminacji mistrzostw Europy. Mówi, że nie będzie drugim Davidem Loganem i na kadrę się nie wypnie. Ja jej wierzę.

Tuż po naszej rozmowie McBride zadebiutowała w polskiej kadrze. Podczas Meczu Gwiazd wygrała konkurs rzutów za trzy punkty. Zdobyła 20 pkt na 24 możliwe. Z gorszymi wynikami wygrali gracze w NBA wygrywali All Star Weekend. Oni mają minimalnie dalej. Ale mierzą trochę więcej, niż 160 cm. Rozmowa z Julie McBride tutaj.

Po raz pierwszy w historii do Superlidze grają bydgoscy tenisiści stołowi. Mihai Bobocica urodził się w Rumunii, wychował we Włoszech, mieszka w Wiedniu, a w tym sezonie gra dla Gwiazdy Bydgoszcz. Opowiedział, jak wygląda życie zawodowego tenisisty stołowego.