Czas odłożyć sztangę w Zawiszy

Fot. public domain

Kurz powoli opada. Mętnych tłumaczeń braci Zielińskich nie transmituje już TVN24 a memy z ich zdjęciem i podpisem „Chemical Brothers” coraz rzadziej pojawiają się na Facebooku. Ale ich wstyd pozostaje też naszym, bydgoskim wstydem. Czas teraz pożegnać się w ogóle z ciężarami w Zawiszy.

– Czasem wstaję z łóżka i nie mogę się wyprostować, bo kręgosłup napierdziela. Nie tak dawno, robiłem przysiady ze sztangą, wisiało na niej 200 kg, no i poczułem, jak prąd mi idzie po kręgosłupie, nogi się uginają. Organizm mam tak wyeksploatowany, że czarno widzę przyszłość – opowiadał Marcin Dołęga. Środki przeciwbólowe, przeciwzapalne i blokady nie pomagają. Ludzkie stawy nie są przystosowane do przerzucania 20 ton żelastwa dziennie. Zrujnowane kolana i łokcie trzeba ratować komórkami macierzystymi. Ale to za mało. Trzeba brać.

Koniec z ciężarami

Dołęga został za doping zdyskwalifikowany kilka miesięcy temu. Bracia Adrian i Tomasz Zielińscy razem z trenerem, Jerzym Śliwińskim, zostali wyrzuceni z wioski olimpijskiej w Rio. Wojsko już złożyło im propozycję nie do odrzucenia. Zielińscy nie będą już żołnierzami. Wojsko wycofuje się też z podnoszenia ciężarów w Zawiszy. Ale to za mało.

Z tej sekcji CWZS powinien po prostu zrezygnować.

Oprócz Zielińskich w ostatnich latach na pomoście oszukiwali także inni zawiszanie – Małgorzata Wiejak i Marcin Dołęga. Wybrali drogę na skróty, bo jest to wpisane w samą dyscyplinę. Mniej widzę w tym winy samych zawodników. Rozmowy z Marcinem Dołęgą i braćmi Zielińskimi wspominam z uśmiechem. Sympatyczni, inteligentni ludzie z bardzo trudnym startem na wielkie areny. – W takiej małej miejscowości to można zostać naukowcem albo sportowcem. Albo nikim. A naukowcem to jest ciężko zostać – mówił mi Adrian Zieliński. W Tarpanie Mrocza dźwigało się w budynku GS-u. Do czasu aż się zawalił, bo ciężka sztanga przebiła podłogę i wpadła do piwnicy. Później ciężarowcy ćwiczyli w budynku hydroforni. Zimą w rękawiczkach i czapkach, nie było nawet wody. Jak się chwyciło sztangę, to przyklejała się do rąk, taki był mróz.

Wysiłek sztangistów jest nadludzki. Żyją z permanentnym bólem. Zostawiają na pomoście zdrowie, bo prą na sportowy szczyt. Jest nim olimpijski medal. Daje sławę a dzięki emeryturze, socjalne bezpieczeństwo do końca życia. Każdy myśli – wezmę, bo bez tego nie wygram. I pewnie mają rację. To prawda, że w ostatnich dekadach seriami wpadali lekkoatleci i kolarze, ale ciąg skandali w ciężarach nie ma precedensu. Na igrzyska w Rio de Janeiro nie przyjechali wykluczeni ciężarowcy z Rosji, Białorusi, Azerbejdżanu i Bułgarii. W zorganizowany sposób brali Kazachowie, w tym ich trzy mistrzynie olimpijskie. Na liście WADA są nawet Niemcy. W zeszłym roku przyłapano na dopingu 70 sztangistów i sztangistek. Wielu z nich to medaliści najpoważniejszych międzynarodowych imprez. Jest też niemałe grono Polaków.

Zepsute do szpiku kości

Podnoszenie jak największego ciężaru wydaje się być niemal równie naturalnym sportem, jak bieg. Sprawdzeniem, kto jest najsilniejszy. Dlatego ciężary, w różnej formie, są w programie nowożytnych igrzysk od samego początku. Ale przyszłość to niewiadoma, bo od kilku dekad dyscyplina jest zepsuta do szpiku kości. Przypadek braci z Mroczy prawdopodobnie doprowadzi do jej zabicia w kraju. Ministerstwo Sportu już ogłosiło, że przynajmniej obetnie dotacje dla związku. Możliwe, że całkowicie zabierze ciężarowcom państwowe pieniądze. O prywatnych nie mają co marzyć. W państwach szeroko pojętego Zachodu ciężarów raczej się nie dźwiga. Ważne zawody wygrywają zawodnicy krajów byłego ZSRR (o ile nie są zdyskwalifikowani), Iranu, Chin czy Korei Północnej. Innym szkoda zdrowia.

O tym, że polska sztanga jest chora, wiadomo od dawna. Wyniki ciężarowców Zawiszy interesują garstkę osób. Ilu z was kliknie w link o wynikach ligi podnoszenia ciężarów? Ilu w ogóle wie o jej istnieniu? Bydgoska sekcja nie wychowuje rzeszy młodych ludzi zafascynowanych sportem. Istnieje po to, by wąska grupa zawodników spoza Bydgoszczy, często skuszona wojskowymi etatami, zdobywała trofea. Po to były transfery Dołęgi i Zielińskich. Cała idea legła w gruzach. Czas przestać patrzeć na punkty w tabelach wojskowych zawodów i historyczne tabele medalistów i dać sobie spokój ze zdegenerowaną dyscypliną. CWZS powinien podjąć decyzję o zamknięciu sekcji. Ciężary już są na sportowym marginesie. A niewykluczone, że umrą całkowicie.

Ale Polacy dalej będą odnosić sukcesy. I to w sposób, który całą sytuację pokazuje jak soczewce. Szymon Kołecki, ustępujący prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, wkrótce zostanie oficjalnie ogłoszony mistrzem olimpijskim. Okazało się, że w Pekinie, gdy odbierał srebrny medal, Kazach Ilja Iljin był na koksie. Ale na Kołeckiego też pada dopingowy cień. Ukraiński lekarz Walentin Czernopiatow twierdzi, że w 2002 roku kupił dla niego w Odessie 13 opakowań retabolilu, sterydu anabolicznego, środka zabronionego. Kołecki zaprzecza. Złapany został raz, w wieku 16 lat.

Szanse na wymarzony olimpijski medal wciąż ma Marcin Dołęga. Nie jest wykluczone, że medal zostanie odebrany jednemu z medalistów z Pekinu, gdzie Dołęga był czwarty. Ewentualny krążek odbierze jako zawodnik dwukrotnie zdyskwalifikowany, bez prawa do występów na zawodach.

O tym, że Zawisza ma z tematem dopingowiczów problem, świadczy plebiscyt z okazji 70-lecia klubu. Wśród kandydatów klub wpisał dopingowiczów: Dołęgę i Sławomira Zawadę. Ten drugi nie tylko doping brał, co skończyło się dyskwalifikacją. Po zakończeniu kariery, wśród wielu zarzucanych mu przestępstw, prokuratura wymieniła przemyt i handel sterydami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.