Archiwa tagu: Groundhopping

Pocztówka z miasta José Mourinho

Z kolumny na głównym placu Setubal zerka Manuel Maria Barbosa du Bocage. XVII-wieczny poeta mógłby dziś pozazdrościć sławy najsłynniejszemu synowi miasta pod Lizboną. Stąd w świat wyruszył José Mourinho.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Estádio do Bonfim to ładnie położony stadion niedaleko centrum. Marsz z głównego placu zajmuje kwadrans. Efektownie podświetlony pomnik ma tutaj lewoskrzydłowy Jacinto João, czyli J.J. legenda Vitorii z lat 60. i 70. Pomnik stanął przed stadionem w dniu 95-lecia klubu.

Estádio do Bonfim

Więcej wpisów z wypadku do Portugalii tutajmuzea Porto, Benfiki i Sportingu oraz o ciastkach i meczu w Belem.

Estádio do Bonfim to dziś stadion na maksymalnie 15 tys. kibiców. Najwięcej ludzi przyszło w 1971 roku, by oglądać mecz Vitorii ze Spartakiem Moskwa. Obiekt ma swój klimat. Kilka meczów zagrała tu reprezentacja Portugalii.

Setubal to satelickie miasto Lizbony, podróż autobusem zajmuje 40 minut. Jedziemy przez Most Vasco da Gamy (17-kilometrowy most, który ma wytrzymać 120 lat, wiatr o prędkości 250 km/h oraz trzęsienie ziemi 4 razy silniejsze niż to, które w 1755 roku zniszczyło Lizbonę) lub starszy Most 25 Kwietnia (do 1974 roku Most Antónia Salazara, często porównywany do mostu Golden Gate w San Francisco). Miasto spokojne, ładne, bez szczególnych atrakcji.

Charakterystyczny stadion to jeden z największych atutów Vitorii. W gablocie nie udało się zebrać zbyt wiele – trzy puchary Portugalii i trzy puchary ligi. Każdy puchar zdobyty w starciu z drużynami z portugalskiej wielkiej trójki był w Setubal wielkim świętem.

W październiku 2017 roku ceramiczną tablicę z nazwą swojej ulicy otworzył w Setubal Jose Mourinho.

Kawiarnia w centrum Setubal

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pocztówka od wieśniaków

Hoffenheim. Słyną z hojnego sponsora, stadionu pośrodku niczego i złamania zasady 50+1. Wieśniacy mają od lat drużynę na górną połówkę Bundesligi, ale groundhoppingowo to strata czasu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dla klubu, który został założony w 1899 roku (choć amatorska drużyna piłkarska powstała o wiele później) najważniejszą datą jest 1989 rok. Od tamtej pory klub napędzają pieniądze Dietmara Hoppa, który miliardowy majątek zbił na rynku oprogramowania.

Widok ze stadionu.

Klub, który w 2000 roku był w 5. lidze, w ciągu 8 lat dotarł do ekstraklasy. Hojny sponsor po drodze dążył do fuzji, ale z połączenia TSG Hoffenheim, Astorii Walldorf i SV Sandhausen w nowy klub FC Heidelberg 06 nic nie wyszło.

Rzeźba w miasteczku

Na salony, w latach 2006–11 drużynę wprowadzał Ralf Rangnick. Po awansie do Bundesligi sześciotysięczny Dietmar-Hopp-Stadion przestał wystarczać jego patronowi i sponsorowi klubu. W szczerym polu wybudował więc nowy obiekt na 30 tys. osób. Całe Sinsheim, na terenie którego znajduje się Rhein-Neckar-Arena ma 36 tys. mieszkańców.

Sinsheim, w oczekiwaniu na mecz.

Rondo przed stadionem.

Kiedy Hoffenheim szło w górę, wielu pomstowało, że sukces można kupić. Dziś zawiść i niechęć skierowana jest teraz w kierunku RB Lipsk. TSG należy do Hoppego i stanowi wyłom w niemieckiej zasadzie 50+1.

W 2015 roku Hoppe mówił, że cała zabawa w piłkę nożną kosztowała go ponad 350 mln euro, z czego blisko 100 wydał na budowę stadionu i centrum treningowego. W ostatnich czterech sezonach Hoffenheim tylko raz wypadło z pierwszej dziesiątki Bundesligi.

„Ultrasi przeciwko rasizmowi” w młynie

Meczowo i turystycznie nic ciekawego, nie polecam.

Więcej wpisów o meczowych wypadach w Niemczech, tutaj

Stadion we Frankfurcie

Po drodze zahaczyłem o Stuttgart. W miejscu, w którym stoi Mercedes-Benz Arena (wcześniej Gottlieb-Daimler-Stadion i Neckarstadion) w 1933 roku powstał Adolf-Hitler-Kampfbahn. Dziś mieści 60 tys. osób. Rekord sprzed lat jest imponujący – 97 tys. osób na meczu Niemcy-Szwajcaria w 1950 roku.

Na mundialu w 1974 roku Polacy grali tutaj z Argentyną, Włochami i Szwecją. W 1988 roku odbyło się tutaj EURO. W 2006 roku znów mundial, w tym mecz o 3. miejsce Niemcy-Portugalia. Mnie przyciągnęły finały Pucharu Europy. Te areny staram się odhaczać na liście. W 1959 Real Madryt wygrał tu ze Stade de Reims a w 1988 PSV Eindhoven było lepsze od Benfiki.

Pamiątka po MŚ 2006.

Tuż obok stadionu znajduje się rezerwowy, pięciotysięczny obiekt VfB.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Najsłynniejsza górka piłkarskiej Polski

Zaniedbane, betonowe stopnie spośród których wyrasta trawa. Polecam, piękne miejsce.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

„Górka”, czyli słynna trybuna Arki Gdynia, jest niepozorna, ale jako obiekt o walorach historycznych, objęta została opieką konserwatorską. Większość polskich trybun bije na głowę samym położeniem – między lasem i morzem, które jest dosłownie o krok. Stadion został otwarty w 1932 roku. Inaugurację połączono z ważną wtedy imprezą – zlotem sokolstwa. Piłkarze Arki wygrywali tutaj mecze, które dawały awans do ekstraklasy i kolejnych rund Puchar Polski w sezonie 1978/79.

Ostatni raz Arka zagrała tutaj w czerwcu 2000 roku. Dziś w miejscu, gdzie kiedyś biegali piłkarze, stoją korty tenisowe. W zeszłym roku kibice Arki zgłosili modernizację „Górki” do budżetu obywatelskiego. Brak systemu odprowadzania wód opadowych powoduje, że konstrukcja osuwa się. Nietrudno zgadnąć, że projekt kibiców wygrał w głosowaniu.

Legendarna „Górka”. To tutaj biło serce stadionu Arki

Widok z „Górki”

To tutaj kibice Arki świętowali tegoroczny Puchar Polski. Wielu z nich uważa, że przy Ejsmonda zostało serce klubu. Organizowano tu „Międzypokoleniowe spotkania kibiców Arki” i przedsezonowe prezentacje. Na stronach kibiców Lechii Gdańsk, jako sukces klubu, opisywane jest zdobycie „Górki” z 1984 roku. Lechiści stanowili na derbach większość i wypchnęli gospodarzy z ich najważniejszego sektoru.

Nowy stadion

Nowy stadion, na 15 tys. widzów, przy Olimpijskiej, powstał w 2011 roku. Pierwsze boisko w tym miejscu zbudowano w 1937 roku. Po wojnie, na obiekcie z lat 60., grał tu Bałtyk.

Nowy stadion, podobnie jak obiekt Cracovii, wydaje się być idealny jak na potrzeby polskiego klubu, który nie ma mocarstwowych ambicji. Najlepszy moment meczu – wspólne śpiewanie „Więc chodź, pomaluj mój świat. Na żółto i na niebiesko”

Puchar Polski

Arka – Wisła Płock

         

Inne opuszczone stadiony na blogu

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Oto najciekawsze.

Empire Stadium, Malta

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Kogut pana Leona

W Katowicach urzekli mnie Ledwoniowie, w Zabrzu kogut, a Opolu widok za bramką. Tylko klęli wszędzie podobnie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Spragniony śląskich klimatów opisywałem tutaj mecze Ruchu Chorzów, Uranii Ruda Śląska i Szombierek Bytom. Wrzucałem także kadry stadionów Ruchu Radzionków, Śląska Świętochłowice i Placu Andrzeja, gdzie na początku XX wieku wyświetlano filmy, handlowano bydłem i końmi oraz grano w piłkę.

Tym razem w trzy dni zobaczyłem trzy spotkania – dwa na Górnym Śląsku i jedno na Śląsku Opolskim.

Przy Bukowej na trybunie głównej usiadła rodzina Adama Ledwonia. Jej członkowie założyli koszulki z kolejnych klubów piłkarza – GKS, Bayeru, Sturmu Graz i Austrii Wiedeń. Na plus maskotka, Gieksik.

W Katowicach ciągle jest aktualne hasło „Ekstraklasa albo śmierć”. Ekstraklasy nie ma, więc dzieję się mniej przyjemne historie. GKS tego dnia grał marnie, przegrał z Puszczą. Stek wyzwisk z trybun nie zaskakiwał, ale akcja po końcowym gwizdku już tak. Po chóralnym „Gieksa to my” i „Ściągać koszulki”, kapitan zespołu koszulkę faktycznie oddał dowodzącym na Blaszoku.

Zdjęcie z Muzeum Ślaskiego. Na pierwszym planie Spodek, w tle Stadion Śląski.

Zabrze

Byłem na stadionach większości finalistów Pucharu Zdobywców Pucharów, ale do tej pory nie mogłem odhaczyć Zabrza. Zwlekałem, gdy trwała budowa stadionu. Teraz nowy obiekt ma trzy trybuny. Czwarta, stara, jest teoretycznie najważniejsza, ale z najgorszymi warunkami i zasłaniającymi boisko filarami.

Na mecz Górnika z Arką po raz trzeci z rzędu zjawił się komplet – ponad 22 tys. kibiców. Reszta Ekstraklasy zazdrości.

Podwórko najbliższe stadionu. Zwyczajowo policja pijących pod chmurką tu nie szuka.

Droga na stadion Górnika.

Po drugiej stronie ul. Roosevelta kościół, który mocno przyciąga uwagę.

Okazuje się, że koguty, które Stanisław Sętkowski, bardziej znany jako pan Leon wręcza piłkarzom („Będę go zjadł” Nakoulmy) czekają przed meczem w krzakach. Lepiej nie podchodzić, bo kogut się denerwuje. Ciekawe co by robił, gdyby wiedział, że to jego ostatni dzień.

             

Opole

W teorii byłem przygotowany. Pociąg przyjechał do Opola o czasie, spacer z dworca, przez rynek, na stadion zajął 20 min. Nie wiedziałem tylko, że mecz Odry z Miedzią Legnice oznacza helikopter, psy i długą broń. Co robić, wiem z obserwacji. Jeśli kibicujesz gościom, dojeżdżając na stadion krzyczysz ‚Kurwy!’. Jeśli jedziesz autokarem, tyłek przyklejony do szyby też jest OK. Jako miejscowy rzucasz butelką z wodą lub kamieniem. Przechodniów na linii rzutu ignorujesz. Przestajesz dopiero, gdy dobiegniesz do policjanta, który stoi metr przed tobą i przeładowuje wycelowaną w twoim kierunku broń.

Po tych trzech meczach byłem zniesmaczony. W Katowicach wyzwiska i kapitan oddający koszulkę, w Zabrzu przekleństwa z obu stron, a w Opolu aż bolały uszy. Kto co ma w ustach, co ma w dupie, cała anatomia. Widocznie w Polsce inaczej się nie da.

Tutaj debiutował Wilimowski

Stadion przy ul. Kościuszki w Katowicach-Brynowie wybudowano w 1920 roku. Grali tutaj: 1. FC Katowice, Diana Katowice, okazyjnie Ruch Hajduki Wielkie, a po wojnie Gwardia Katowice. Po gruntownej modernizacji w latach 70., upadł pomysł sprowadzenia tu GKS-u Katowice, który wolał zostać przy Bukowej.

1 lipca 1928 roku reprezentacja Polski pokonała tutaj Szwecję 1:0. Szacowana frekwencja – 20 tys. osób. Był to pierwszy mecz reprezentacji na Górnym Śląsku. Od 1930 roku, gdy odmówiono gry 1. FC Katowice, do wybuchu wojny z obiektu korzystali tylko zawodnicy Diany. Przy Kościuszki w barwach 1. FC Katowice debiutował w rozgrywkach ligowych Ernest Wilimowski.

Nie tylko Kościuszki

Jeżdżąc po europejskich stadionach zaliczyłem kilka stadionów, które Anglicy ładnie nazywają „lost grounds”. Oto najciekawsze.

„Górka” stadionu Arki przy ul. Ejsmonda

Empire Stadium, Malta

Na ubitej ziemi walczyli tutaj piłkarze Barcelony, Realu, czy Manchesteru United. Ci ostatni nie zdołali strzelić bramki. Empire Stadium był przez lata jednym z centrów społecznego życia Malty.

Stadion Ghencea, Bukareszt.

Więcej o stadionach w stolicy Rumunii – tutaj.

Stadion im. Edmunda Szyca w Poznaniu.

O stadionie Edmunda Szyca pisałem tutaj.

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Stadion Republikański w Kiszyniowie

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Bośniacka Stalówka, czyli pocztówka z Zenicy

Rzeka Bośnia, po prawej Stadion wybudowany w 1972 roku „Bilino polje”.

Jeszcze w latach 60. wśród mieszkańców kantonu po 25 proc. stanowili Serbowie i Chorwaci. Dziś ponad 90 proc. to Bośniacy. Z ciekawostek to prawie wszystko, bo szczególnych atrakcji w rodzinnym mieście Jasmina Buricia nie odnotowałem.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Zenica to stutysięczne miasto, czwarte pod względem wielkości w Bośni i Hercegowinie. Autobusowa podróż z Sarajewa zajęła mi godzinę. Od razu widać, że turyści zaglądają tu rzadko. Tuż po II wojnie światowej miasto liczyło 10 tys. mieszkańców. Szybki rozwój był możliwy dzięki przemysłowi, także stalowemu. Tak powstał Nogometni klub Čelik Zenica, czyli „Stalówka”.

Prostokątny, a nie owalny kształt stadionu, to w Bośni raczej rzadki przypadek. Na piętnastotysięczniku w Zenicy w ostatnich latach zazwyczaj gra reprezentacja. Nieopodal, po drugiej stronie rzeki, w 2013 roku Bośniacy wybudowali boisko treningowe, z którego korzysta reprezentacja. W sumie niewielki kompleks to dwie naturalne murawy, jedna sztuczna, hala do futsalu i nieduży hotel.

Celik Zenica

Dwumetrowy Puchar Mitropa upamiętnia największy sukces w historii klubu. Čelik wygrywał go w 1971 i 1972 roku.

Čelik – Olimpik.

    

Čelik – Olimpik.

Mecz bośniackiej ekstraklasy całkiem ciekawy. Čelik Zenica łatwo pokonał FK Olimpic. Drużyna ze stolicy (Fudbalski Klub Olimpik Sarajevo) to stosunkowo młody klub, założony w czasie wojny w Bośni i Hercegowinie. Nazwa nawiązuje do igrzysk w 1984. Piłkarze to „Wilki”, na pamiątkę olimpijskiej maskotki, Vučko. Tego dnia piłkarze wilkami na pewno nie byli.

Pięć minut spaceru dzieli stadion Zenicy od ośrodka reprezentacji.

Boisko reprezentacji Bośni i Hercegowiny

Kółko szachowe w parku koło boiska reprezentacji.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Lwów i pomnik Putina

Karpaty na Stadionie Ukraina

– Jest mały problem, ale jesteśmy na dobrej drodze. Dogadamy się – odpowiedział na moje pytanie zastępca mera Lwowa Andrij Moskalenko. Mały problem polega na tym, że ekstraklasowe Karpaty grają na starym stadionie, zamiast na Arenie Lwów, wybudowanej na EURO 2012. Porównując oba stadiony w starym stylu, to tak jakby Lechia Gdańsk wróciła na Traugutta.

Osobiście sprawdziłem, jak ogląda się mecze na obu stadionach we Lwowie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Karpaty na Arenie Lwów

Pierwszy raz we Lwowie byłem rok temu. W drodze na mecz zahaczyłem o park Stryjski. Mniej zależało mi na podziwianiu ładnych alejek. Poszedłem dla wydarzenia z 14 lipca 1894. Program dnia zakładał m.in ćwiczenia maczugami, gry (foot-ball), rzucanie ciężarów budowanie piramid i wyścig druhów kolarzy. Pierwszy udokumentowany mecz piłkarski na ziemiach polskich trwał 6 minut. Cały wpis o 16-latku, który kopnięciem piłki zapisał się do historii, tutaj.

Arena Lwów

Arena Lwów znajduje się kilka przystanków za Parkiem, na wylotówce z miasta. Kwadrans trzeba jeszcze dojść na piechotę. Z zeszłorocznego meczu Karpat z Szachtarem Donieck zapamiętałem puste trybuny i małe ganianki między sektorami. Miejscowi postraszyli malutką grupkę gości. Policja zdążyła się zerwać z miejsc.

Za drugim razem do Lwowa wyruszyłem służbowo. Bydgoszcz stała się piątym miastem, z którego można dolecieć do portu im. Daniela Halickiego (książę Rusi z XIII wieku, jako patron pokonał m.in. Stepana Banderę). Ukraińcom zależało, żeby pokazać, że turyści z Polski są mile widziani, więc zaprosili dziennikarzy.

O meczowym wypadzie w innym ukraińskim mieście, Kijowie, tutaj.

Kasy na Stadionie Ukraina

Przed meczem ze Stalą Kamieniec odegrano hymn. Ostry mecz, sporo fauli, poziom nie zachwycił. Stadion dość typowy dla tej części Europy, ale warunki bez zarzutu. Cena za bilet na trybunę VIP – 7,5 zł.

Stadion Ukraina

Polski turysta we Lwowie nie jest już emerytem, który razem z autokarową wycieczką chce zobaczyć rodzinne strony. Polacy latają na lwowskie lotnisko (więcej o nim tutaj) już z pięciu miast, od tygodnia także z Bydgoszczy. Śpią w dobrych hotelach i bawią się. Często wracają do domu nie z tanim alkoholem, ale z nowymi zębami. Zabiegi stomatologiczne są pięć-osiem razy tańsze.

To, że miasto przeżywa boom, nie tylko turystyczny, widać gołym okiem. Wystarczy wdrapać się na szczyt ratuszowej wieży. Poza Starym Miastem z każdej strony widać dźwigi. Sytuacja Lwowa poprawiła się po częściowej decentralizacji – podatki w większej części zostają na miejscu, zamiast płynąć do Kijowa. – Pomógł też Putin. Powtarza, że Ukraińcy to część sztucznie podzielonego narodu rosyjskiego. Jak ogłosił, że Galicja go nie interesuje, od razu wzrosły u nas ceny mieszkań. W dodatku wojna na wschodzie zjednoczyła naród. Ukraińcy zbudują Putinowi pomnik. Pewnie z gówna, ale zawsze – mówi dr Igor Lylo, historyk z Uniwersytetu Lwowskiego.

Stadion Ukraina

Stadion Ukraina

Ruch turystyczny rośnie, ale goście potrzebują coraz więcej atrakcji. – Nie musi przyjeżdżać do nas więcej turystów, ale chcemy, żeby zostawali dłużej i wydawali więcej. Więc kombinujemy – mówi Lina Ostapczuk z lwowskiego ratusza. Najlepiej widać to w knajpach. Nie wystarczy dobra kuchnia. Wszyscy się ścigają, żeby mieć bardziej oryginalny wystrój, gości zaskoczyć, czymś dodatkowo zabawić. Kawiarnię Cafe-Masoch (niedaleko Rynku, przy ul. Serbskiej) reklamuje posąg Leopolda Rittera von Sacher-Masocha. To od nazwiska syna dyrektora policji we Lwowie i autora skandalizującej książki ukuto termin „masochizm”. Wiele lokali przypomina czasy wspominanego tu z rozrzewnieniem cesarza Franciszka Józefa. W żydowskie knajpie „Pod Złotą Różą” posiłek poprzedza rytualne mycie rąk. Na początku wszyscy mężczyźni, potem kobiety. Dania w karcie nie mają cen, można się targować. Po drugiej stronie ulicy, w „Domu legend” na tarasie widokowym można zrobić sobie zdjęcie w trabancie. Po fasadzie budynku jeździ niej model tramwaju, smok zieje ogniem.

W „Gazowej Lampie”, gdzie dowiemy się wszystkiego o tym wynalazku, są nawet związane z naftą trunki. Antoni Łukasiewicz, lwowski aptekarz, byłby dumny. Klientów obsługuje lampowy, wódki napijemy się z probówki, w toalecie stoją kanistry. – Nie chcemy być miejscem tanich wieczorów kawalerskich. Musimy pokazać coś wyjątkowe. Przekonać turystę, by został na dłużej i wydał więcej. Mamy więc już 20 projektów, które konkretnymi szlakami łączą restauracje i lwowskie atrakcje – mówi Lina Ostapczuk z lwowskiego ratusza. Wyrafinowanego turystę mają ściągnąć festiwal jazzowy, mozartowski (Franz Xaver Wolfgang Mozart mieszkał we Lwowie 30 lat) i PEN International Congress. We wrześniu o prawdzie w czasach propagandy opowiedzą noblistki – Swiatłana Aleksijewicz i Herta Müller.

Więcej o tym, jak zmienia się turystyczny Lwów tutaj.

W ramach prasowego wyjazdu zadałem kilka pytań merowi. Andrij Sadowy rządzi miastem od 11 lat, jest liderem partii Samopomoc, która w wyborach do parlamentu zdobyła 10 proc. głosów. – W zeszłym roku do Lwowa przyjechało 2,5 mln turystów. Teraz będzie więcej. Wielu z nich przyjeżdża ze wschodniej Ukrainy. Dla nich to inny świat. Przyjeżdżają, chcą wymieniać hrywnę na euro, zanim zorientują się, że wciąż są na Ukrainie – mówił. Dziennikarze pytali, czy Ukraina ma problem z nacjonalizmem. – O wiele mniej, niż w Polsce. To, co dziś obserwuję w Polsce, to ucieczka od realności. Chce się schować, ale to się źle kończy. Znacie tę bajkę z tym ptakiem, strusiem, co głowę chowa w piasek. Myśli, że wszystko będzie OK. A jaki będzie jego los? Oby Polsce nic podobnego się nie przydarzyło. Mamy wiele problemów. Jesteśmy niepodległym krajem od 27 lat. Ukraina to młoda demokracja. Polska ma większe doświadczenie i to widać. Różnica polega też na tym, że nie macie oligarchów, ale macie wolne media – mówił Sadowy.

Cała rozmowa z merem Lwowa tutaj.

A jakie są ceny we Lwowie? Po wylądowaniu, do portfela zaczniemy sięgać z uśmiechem. Bilety z lotniska do centrum – na autobus 48 lub trolejbus 9 kosztują odpowiednio 4 i 2 hrywny – 20 i 60 groszy. We Lwowie działa też Uber. W marszrutce pieniądze rzucamy do skrzynki koło kierowcy lub jeśli jest tłok, pieniądze podajemy do przodu pojazdu. Spokojnie, reszta wróci.

Ceny noclegów są zróżnicowane – 20 zł za łóżko w młodzieżowym hostelu, 50 zł za jedynkę w świetnie ocenianym pensjonacie, po 189 zł w czterogwiazdkowym hotelu ze śniadaniem. Za 15 zł zjemy pyszne śniadanie w słynnej kawiarni Baczewski. Można jeść do oporu. Na obiad, też przy Starym Rynku, wydamy 15 zł. W turystycznym centrum piwo i kawa kosztują po ok. 4. 0,7 l wódki Nemiroff 27 zł, w sklepie 9. W nocy oficjalnie alkoholu nie kupimy, ale w prywatnym mieszkaniu na Podzamczu za kieliszek alkoholu zapłacimy 3 zł.

Co jeść? Szyncel w „Lampie gazowej” kosztuje 16 zł, grillowany kurczak w „El Greko” 12 zł, naleśniki z owocami w „Nostalgii” (250 g) 7 zł, barszcz 6 zł, BigMac 6 zł, latte w „Atlasie” 5 zł, pierogi w barze mlecznym 3 zł. Ceny rozrywek też przystępne. Bilet do opery – 40 zł (dżinsy i koszula będą OK), wejście na ratuszową wieżę 3 zł, a na Cmentarz Łyczakowski 4.

Więcej o cenach we Lwowie tutaj.

Karpaty-Szachtar na Arenie Lwów

Karpaty-Szachtar na Arenie Lwów

Arena Lwów

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Nad Niemnem

– Myślałem, że cztery wolno.
– Nie wolno. A jak nie pasuje, to możemy busa do ostatniej śrubki rozebrać – mówił celnik pokazując miejsce, w którym wypatroszył już setki pojazdów. Karcony Białorusin spuścił głowę. Wiezione z Polski koszule, o które trwała awantura, pokornie schował do torby. Limit wynosi trzy. Szlaban poszedł w górę, a po kilkuset metrach jazdy podziwiałem widok ze wzgórza na oddalone o 20 km Grodno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Ze stadionu Niemenu widać m.in. katedrę oraz Kościół Znalezienia Krzyża Świętego. Świątynie fundowali Stefan Batory i Zygmunt III Waza. Niedaleko, po drugiej stronie obecnego Placu Sowieckiego, stała fara Witoldowa. Kościół z XIV wieku został wysadzony przez miejscowe władze w 1961 roku. Wszystkie świątynie są bezpośrednio związane z Polską i jej monarchami. Najbardziej dla miasta zasłużył się Batory, który mieszkał w Grodnie wiele lat i tutaj zmarł.

Polską historię Grodna w centrum widać na każdym rogu. Turystom pomóc może lista polskich nazw ulic.

Bazylika katedralna św. Franciszka Ksawerego w Grodnie

Kupno biletu na mecz Niemenu przypomina wybór miejsca w kinie. Oczywiście w wersji sprzed kilku dekad. Podaje się numer sektora, a pani w okienku skreśla sprzedane miejsca na planie stadionu. Bilet, w całości jest wypisywany ręcznie, kosztuje 4 ruble (8 zł).

Sam mecz z BATE mało interesujący. Ciekawe są za to konsumpcyjne zwyczaje. Spore kolejki po piwo, kwas chlebowy, smażone na głębokim tłuszczu ciastka i inne przekąski. Główny powód to ceny, prawie takie jak w sklepach.

Niemen Grodno – BATE

Niemen powstał w 1964 roku. W czasach ZSRR drużyna grała w 3. lidze. Od kiedy Białoruś uzyskała niepodległość, piłkarze z Grodna występują w ekstraklasie. Sukcesy? Niewielkie – jedno wicemistrzostwo, jeden puchar. Wszystkie występy w europejskich pucharach kończyły się na pierwszym dwumeczu. Trochę lepiej idzie sekcji hokejowej.

Stadion uniwersytecki w Grodnie

Przed Niemenem o sile grodzieńskiej piłki stanowiły polskie kluby. W 1934 roku WKS 76 pp, czyli drużyna reprezentująca 76 Lidzki pułk piechoty im. Ludwika Narbutta połączyła się z Cresovią. Powstał WKS Grodno. Z oczywistych względów historia klubu zakończyła się pięć lat później. W 1929 Cresovia grała w grupach eliminacyjnych dla mistrzów okręgówek, walczących w barażach o awans do I ligi, ale zajęła ostatnie miejsce w grupie. W białostockiej A klasie nieźle radziły sobie żydowskie kluby – Makkabi i Kraft Grodno.

Przed wojną mecze odbywały się na boisku Okręgowego Stowarzyszenia Wychowania Fizycznego przy ulicy Sobieskiego. To okolice dzisiejszego stadionu uniwersyteckiego (na zdjęciu).

” O tym, że emocje tamtej pory niczym nie różniły się od emocji panujących dzisiaj na boiskach piłkarskich świadczy incydent, który miał miejsce podczas meczu między „Makkabi” z Suwałk i grodzieńską „Cresovią”. Mimo to, że piłkarze z Grodna wygrali, za nie przestrzeganie porządku otrzymali grzywnę w wysokości 50 zł., a niektórzy piłkarze ponieśli kary indywidualne. Tak na przykład piłkarz Szoda został zdyskwalifikowany na 1 rok za kopnięcie w stylu Zinedina Zidane’a piłkarza „Makkabi”, a Rościsław Kozłowski dożywotnio został pozbawiony możliwości pełnić funkcje kapitana drużyny i zdyskwalifikowany na 6 miesięcy za obrażanie sędziego.”
Źródło.

Pomnik Lenina na placu przed siedzibą władz

Jak wygląda Grodno? Szerokie, czyste ulice i brak wieloformatowych reklam. Na tych największych prężą się żołnierz lub nauczycielka. Niewiele budek z jedzeniem, żadnych kebabów, a uniformizacja dotyczy nawet sprzedawczyń w kioskach, rzecz jasna państwowych. Zamiast wielkopowierzchniowych sklepów (największe to te przypominające Społem) tradycyjny targ. Do kupienia, prosto z ulicy, m.in. żywe kurczaki.

Nikt nie przechodzi na czerwonym świetne. Nawet wieczorem, gdy ostatni samochód przejechał kwadrans wcześniej, pojedynczy przechodnie pokornie czekają na zielone. Najbrzydsze są bloki w sowieckim stylu.

Muzeum Elizy Orzeszkowej w Grodnie. Pisarka mieszkała w nim od 1894 aż do swojej śmierci w 1910.

Najtańsza, jednokrotna wiza turystyczna kosztuje 25 euro. Ale Polacy, których interesuje tylko Grodzieńszczyzna, mogą skorzystać z ruchu bezwizowego. Jest wiele obostrzeń – pobyt może trwać maksymalnie pięć dni, nie wolno opuszczać wyznaczonego okręgu, ułatwienie nie dotyczy przy pokonywaniu granicy pociągiem itd. Ale sam proces jest prosty – kwit wypełnia się przez internet, płaci 50 zł, do tego ubezpieczenie za 8 zł. Ostatnia formalność do wypełnienie na granicy karty migracyjnej. Jej drugą część oddaje się wracając do Polski.

W obie strony, jadąc busem z Białegostoku, byłem jedynym Polakiem w pojeździe. Przejazd przez granicę, oprócz incydentu z koszulami, w obie strony spokojny.

Hala targowa

Cmentarz Farny w Grodnie. Groby obrońców Grodna.

Cmentarz Farny w Grodnie

Centrum Grodna. Radziecki czołg na postumencie, jak wymaga tego miejscowa estetyka.

Widok na Niemen z Nowego Zamku. Pałac pełnił funkcję rezydencji królewskiej, tutaj odbywały się Sejmy generalne I Rzeczypospolitej.

Boisko ze sztuczną murawą w kompleksie Niemenu Grodno

Niemen Grodno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pomnik masażysty

Pomnik Hermanna Riegera

Dwa pomniki przed stadionem, oba intrygujące. W Hamburgu nie postawili standardowej figury strzelca sprzed kilku dekad. Zafundowali sobie pomnik masażysty i gigantyczną stopę.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wokół stopy, przed meczem Hamburgeru SV, można napić się piwa. Właściciel jej żywej, dużo mniejszej wersji, czyli Uwe Seeler strzelił dla HSV ponad 400 goli. Połowę kariery spędził w Oberlidze, a od 1963 roku, straszył bramkarzy w całych Niemczech, już w Bundeslidze.

Stopa Uwe Seelera

W 2015 roku przed stadionem odsłonięto pomnik zmarłego rok wcześniej Hermanna Riegera. Przez 26 lat był klubowym fizjoterapeutą. Z czasem stał się ikoną HSV, jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci. Kiedy jakiś piłkarz doznawał kontuzji, kibice na Volksparkstadion krzyczeli: „Hermann, Hermann!”. Takim samym imieniem ochrzczono klubową maskotkę.

HSV-Freiburg

Hamburg odwiedziłem po raz drugi. Poprzednim razem zaliczyłem mecz St. Pauli i wizytę w muzeum HSV. Zobaczyłem m.in. jeden z Pucharów Europy.

Sam mecz z Freiburgiem miał ciekawy przebieg, ale nic mnie nie zaskoczyło.

W rogu stadionu widnieje zegar odliczający czas, jaki HSV spędziło w Bundeslidze. Klub gra w niej od pierwszego sezonu i nigdy nie spadł. Biorąc pod uwagę występy w ostatnich latach, zegar wygląda jak niepotrzebne kuszenie losu.

Volksparkstadion, Stadion Ludowy, zbudowano w latach 20. Kiedy w latach 50. był przebudowany, używano gruzu z pobliskiej dzielnicy Eimsbüttel, która mocno ucierpiała podczas alianckich nalotów. HSV przeniosło się tutaj dopiero po utworzeniu Bundesligi, w 1963 roku. W 1998 roku obiekt właściwie wybudowano od początku, a boisko obrócono o 90 stopni.

Kevin Keegan i zwycięstwo Puchar Europy na stadionowym korytarzu.

       

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Dwumetrowy kogut

Valetta

Valetta

Bilet na mecz Premier League kupiłem za 7 euro. Kwadrans po końcowym gwizdku na tym samym stadionie zaczęło się kolejne spotkanie. Poziom amatorski, ale maltańskie słońce pozwaliło zapomnieć, że w piłkę gorzej grają tylko w pięciu europejskich krajach.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Po drodze na stadion Hamrun Spartans mijam klubowy budynek Pietà Hotspurs. Na dachu samochodu siedzi w fotelu dwumetrowy kogut. Koło niego puchar, który wywołał całe zamieszanie. Drużyna do lat 15 zdobyła mistrzostwo. Na chodniku stoją głośniki, z których płynie włoskie disco. Starsi piją miejscowego eurolagera „Cisk”, które można dostać w każdym sklepie i barze. Młodsi zabierają się do krojenia tortu. Kogut, nazwa klubu i biało-niebieskie barwy nie pozostawiają wątpliwości, skąd założyciele klubu czerpali inspirację. Brytyjskie korzenie ma cała maltańska piłka.

Football Malta

W piłkę gra się na Malcie od lat 70. XIX wieku. Obowiązywały wtedy jeszcze stare zasady, tzw. Cambridge rules. Miejscowych do nauki gry zachęcili Brytyjczycy – żołnierze marynarki, ale też jezuici. Mecze rozgrywano głównie w miejscach, gdzie stacjonowali wojskowi. Przez lata symbolem maltańskiej piłki był Empire Stadium, gdzie boisko było zupełnie pozbawione trawy. Grała tam reprezentacja i wszystkie drużyny, które próbowały walczyć w europejskich pucharach. W tumanach kurzu biegali tu piłkarze Manchesteru United, Juventusu, Interu, Realu i Barcelony. Ci pierwsi, zmierzając po Puchar Europy w 1968 roku, tylko zremisowali z Hibernians. Największym wydarzeniem tamtych czasów był „mecz stulecia”. 7 lat po uzyskaniu niepodległości, w lutym 1971 roku, na Empire Stadium przyjechała reprezentacja Anglii. Przyszło 30 tys. ludzi. Gordon Banks musiał się napocić, by utrzymać jednobramkową wygraną gości.

Empire Stadium.

Empire Stadium

Stadion należał do rodziny, która nie zamierzała dokładać do interesu. Z czasem brak inwestycji spowodował, że obiekt nie spełniał żadnych standardów. Ostatni mecz rozegrano w 1981 roku, gdy wybudowano nowy stadion narodowy – w Ta’ Qali. Zaledwie dwa lata wcześniej wyspę opuściły brytyjskie wojska. Można było zagospodarować m.in. lotnisko, z którego korzystał RAF. Prace częściowo sfinansował libijski rząd.

Ta’ Qali National Stadium

Centenary Stadium

Centenary Stadium

Koło stadionu narodowego znajduje się mniejszy obiekt. Na Centenary Stadium gra druga liga, na Ta’ Qali National Stadium ekstraklasa i reprezentacja. Ceny biletów są ustalone przez federację – 7 euro za ekstraklasę, 5 za drugą ligę. Często wejściówka obowiązuje na oba mecze na danym stadionie. Załapałem się więc na końcówkę meczu Sliemy Wanderers z Mostą.

Głównym wydarzeniem był pojedynek Hibernians z Birkirkarą. Mecze na Malcie mają dużo wyższą temperaturę, niż się spodziewałem. Dokładna kontrola przed wejściem, sektorówka, prowokacyjne okrzyki w kierunku kibiców rywali.

Hibernians na początku istnienia występowali jako Constitutionals FC, co miało wymowę polityczną. Jako klubu brytyjski, chcieli utrzymania ówczesnego statusu Maltu. W 1930 roku lokalny kościół katolicki orzekł, że głosowanie na Partię Konstytucyjną to grzech.

Hibernians-Birkirkara

Na Malcie piłka często mieszała się z polityką. W kraju wciąż rywalizowały dwie partie – niepodległościowa i probrytyjska. W 1933 roku sympatycy futbolu żyli meczem Włoch z Anglią. Padł remis. Sytuacja powtórzyła się we wrześniu 1997 roku. Na Malcie mecz eliminacji mistrzostw świata z Jugosławią oglądało 300 osób. Malta oczywiście przegrała, ale sporo mieszkańców w tym czasie świętowało. Cieszyli się na ulicach, że tego dnia Anglia pokonała w Rzymie Włochy. Do dziś do najpopularniejszych klubów należą Manchester United, Liverpool, Juventus, Milan and Inter.

Hibernians-Birkirkara

Po bramce na 1:0 kibice Birkirkary skupili się na krzyczeniu do kibiców Hibernians. Nie przeszkadzała im spora odległość i sektor VIP jako bufor.

Victor Tedesco Stadium

Victor Tedesco Stadium

Kiedy byłem na Malcie, całą kolejkę Premier League rozegrano na dwóch stadionach. Oprócz Narodowego, kopano też na Victor Tedesco Stadium, obiekcie z jedną trybuną. Gdyby jego patron wciąż żył, zapewne postarałby się o większe luksusy. Victor Tedesco był sponsorem Hamrun Spartans, najstarszego klubu na Malcie. Za jego pieniądze w zespole grali tacy piłkarze, jak Tony Morley, który z Aston Villą wygrywał Puchar Europy. Po kilku latach projekt się zawalił, bo Tedesco przeinwestował.

Podróż autobusem z jednego stadionu na drugi zajmuje 45 minut. Lepiej zaplanować podróż bez przesiadki, bo maltańscy kierowcy dość wcześnie stwierdzają, że autobus jest już pełny i przestają się zatrzymywać na przystankach.

Victor Tedesco Stadium

Victor Tedesco Stadium

Maltańska piłka długo kojarzyła się z korupcją. O lokalnych układach krążyły legendy. Europa z niesmakiem oglądała porażkę Malty 1:12 w 1983 roku z reprezentacją Hiszpanii. Wynik był niekorzystny dla Holendrów. Ich gazety publikowały zdjęcia nowej willi maltańskiego bramkarza. Na Malcie powołano komisję złożoną z działaczy, dziennikarzy i kibiców. Śladów korupcji nie stwierdzono.

Po kompromitacji w meczu z Hiszpanią Maltańczycy zabrali się do pracy. Żeby wykluczyć, że piłkarze reprezentacji będą chcieli zarobić na boku, federacja zaoferowała im zawodowe kontrakty. Zamiast na ubitej ziemi, zaczęto grać na trawie. Ze względu na wysokie temperatury i brak deszczu, z jej utrzymaniem są spore problemy. Niemal wszystkie drużyny trenują na sztucznych murawach. Naturalną lub hybrydową nawierzchnią dysponują tylko obiekty federacji – stadion narodowy i ośrodek treningowy reprezentacji. W latach 80. Maltańczycy wzięli się do piłki na poważnie, zaczęli organizować przedsezonowe zgrupowania, zatrudnili paru zagranicznych trenerów. Na początku lat 90. mieścili się jeszcze w pierwszej setce rankingu FIFA. Dziś jest dużo gorzej. Malta zajmuje 182. miejsce, między innymi wyspiarskimi krajami – Vanuatu, Fiji i Guam. – Dlaczego Islandczycy albo Cypryjczycy potrafią, a my nie? – lamentują w prasie.

Victor Tedesco Stadium

Maltańczycy piłkarską federację założyli w 1900 roku, więc przynajmniej teoretycznie, należą do grona piłkarskich pionierów. W 1910 roku zorganizowali pierwsze rozgrywki ligowe. Ligę nazywaną dziś oficjalnie BOV Premier League (BOV to Bank of Valletta) trzy drużyny – Sliema, Floriana i Valetta wygrywały ponad 20 razy. Według UEFA, w Europie jest tylko pięć słabszych lig, w tym walijska.

Stolica kraju. Wejście do biura Valletta F.C., 23-krotnego mistrza kraju. Drużyna gra na stadionie narodowym.

Trzecia liga. Mosta, Charles Abela Memorial Stadium, mecz George’s – Ghaxaq

„Mała wioska, duże jaja”. Wioska to pięciotysięczne Għaxaq na południowym-wschodzie Malty.

Mosta. Przygrywała typowa dla maltańskiej piłki orkiestra.

Najlepszy spośród maltański piłkarzy gra w portugalskiej Boaviście. André Schembri ma w CV takie kluby, jak Ferencváros, Omonia Nikozja, czy Panionios. W reprezentacji grali zarówno jego ojciec, jak i dziadek. Choć André Schembri jest całkiem bramkostrzelnym napastnikiem, to w 78 meczach reprezentacji strzelił trzy gole. Za każdym razem Malta i tak przegrywała. Spośród Maltańczyków przed nim niezłą karierę zrobił Carmel Busuttil, w latach 90. kapitan RKC Genk. Dziś jest asystentem selekcjonera.

W tej dekadzie Maltańczycy mają już na koncie kilka wygranych. Pokonywali Litwę, Armenię, Wyspy Owcze, czy San Marino. Wszystkie te mecze były towarzyskie. Ostatnie zwycięstwo o punkty to 2006 rok i mecz z Węgrami.

Piłkarskie perspektywy są marne, ale za to jakie widoki.

Valetta

Orlik z widokiem.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Ten człowiek wymyślił ligowy futbol

Pomnik William McGregor

Tesco zrobiło tego dnia większy obrót, niż zwykle. To ostatni duży sklep przed wejściem na stadion. Kibice w bordowych szalikach z piwem w ręku wylewają się na ulicę. W drodze na Villa Park mijam billboardy ze słynnymi zawodnikami. Chris Nicholl wspomina swój pierwszy kontrakt z klubem, któremu kibicował jego ojciec a Dennis Mortimer opowiada co czuł, gdy wznosił Puchar Europy w 1982 roku.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Z kolejnego plakatu uśmiecha się Tom Hanks z szalikiem Aston Villi w dłoniach. Ta historia zaczęła się od żartu. Amerykański gwiazdor kilkanaście lat temu powiedział w jednym z wywiadów, że chciałby, by Aston Villi wiodło się jak najlepiej. O futbolu nie ma pojęcia.- To ze względu na tę wyjątkową nazwę. Brzmi jak nazwa jakiegoś spa – śmiał się. Przy okazji kolejnych wywiadów pytano go o to wielokrotnie. – Aston Villa brzmiało jak miejsce, gdzie chciałbyś pojechać na wakacje. Choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to w Birmingham – żartował. Kiedy pojawił się na jednym z meczów podczas sparingu w USA, budził większe zainteresowanie, niż piłkarze. – Moje życie nie będzie pełne, dopóki nie zobaczę Villa Park – mówi cytat na plakacie. Najwyraźniej Tom Hanks jeszcze nie znalazł czasu, żeby spełnić swoje marzenie i nie usiadł na trybunach Villa Park. Ja to przeżycie mam już za sobą.

Droga na mecz Aston Villi

Przed brytyjskimi stadionami stoi w sumie ponad 50 piłkarskich pomników. Zazwyczaj na monument z brązu zasługują najwięksi strzelcy, kapitanowie lub trenerzy. Przed Villa Park stoi pomnik człowieka, który nigdy nie kopnął piłki. Dla piłkarzy swojego klubu organizował spotkania o życiu w trzeźwości. Szkocki biznesmen William McGregor do historii futbolu przeszedł wysyłając list.

Do Birmingham ściągnął go brat. W niedalekim Aston razem sprzedawali tekstylia. W latach 70. XIX wieku to był dochodowy interes. Interes szedł dobrze, można było zająć się hobby. W soboty jego sklep był zamknięty. William McGregor włączył się w życie Aston Villi, pomagał w organizacji meczów. Klub miał dopiero trzy lata, ale szedł w górę. Krótko później, już z McGregorem na czele klubu, Aston Villa zdobyła Puchar Anglii.

W tym lokalu w Londynie ustalono zasady piłki nożnej.

W 1885 McGregor przeforsował w FA zgodę na profesjonalizację futbolu. Zawodnikom w końcu wolno było oficjalnie płacić. Ale tylko tym, którzy urodzili się lub przez dwa lata mieszkali w promieniu sześciu mil od stadionu. Piłkarze pensje dostawali regularnie, ale z organizacją meczów był kłopot. Wszystkie drużyny grały o niezliczone puchary, walczyły o charytatywne trofea i zapełniały kalendarze meczami towarzyskimi. Meczów ciągle było za dużo lub za mało. Doborem przeciwników rządził przypadek – w Pucharze Anglii Preston North End zmiażdżyło rywala 26:0. Ciągłym problemem było odwoływanie meczów. W lutym 1888 roku rywale Aston Villi odwołali pięć sobotnich meczów z rzędu. Większość kibiców, zamiast na mecz, szła do pubu. McGregor wolał zostać w klubowych biurach. Alkoholu nie brał do ust, był członkiem ruchu abstynenckiego. Zamiast przy barze, usiadł przy biurku. I napisał list.

Pomnik William McGregor

„Uprzejmie proszę o rozważenie następującego pomysłu, który pozwoli przezwyciężyć obecne trudności: 10-12 najlepszych angielskich drużyn stworzy rozgrywki systemem mecz i rewanż. (…) Byłbym wdzięczny, gdyście przemyśleli ten pomysł i przesłali mi swoje sugestie. Zwracam się do Blackburn Rovers, Bolton Wanderers, Preston North End, West Bromwich Albion i Aston Villi oraz wszystkich zainteresowanych.

P.S. Czy odpowiada wam spotkanie w piątek, 23 marca 1888 roku w hotelu Anderton w Londynie?”

Do stolicy przyjechali przedstawiciele 10 klubów. Te z południa odmówiły.

Na kolejnym spotkaniu ustalono nazwę: Football League. Inna propozycja, English League, wykluczałaby kluby ze Szkocji, a organizatorzy liczyli, że zespoły z północy z czasem dadzą się przekonać. Odrzucono zgłoszenie z Sunderlandu, bo dla klubów ze środkowej Anglii podróż do miasta nad Morzem Północnym wydawała się zbyt kosztowna.

McGregor wcześniej podpatrywał bejsbolową ligę w USA i angielskie rozgrywki krykieta. Szybko ustalono zasady – dwa punkty za wygraną, jeden za remis. Liga ruszyła we wrześniu i okazała się sukcesem. Po roku powstały konkurencyjne rozgrywki – Football Alliance. Wygrywały je Sheffield Wednesday, Stoke i Nottingham Forest. Po trzech sezonach najlepsze zespoły Football Alliance trafiły do Football League, teraz pod nazwą Football League First Division. Pozostałe dołączyły do drugiej ligi.

Dzięki pomysłowi Szkota piłka stała się biznesem. W ciągu trzech lat dochody Aston Villi wzrosły sześciokrotnie. On sam też wykorzystał sukces. Stał na czele rozgrywek oraz angielskiej federacji. Stał się znany, na łamach Birmingham Gazette pisał, które piłki i buty najlepiej nadają się do gry. Nie robił tego za darmo.

– Gdyby nie Aston Villa, nie wiadomo, jak teraz wyglądałaby piłka – mówili podczas odsłonięcia pomnika kibice. Pokryli połowę kosztów pomnika, resztę dołożył klub.

Dla Anglików McGregor to postać wybitna. – Jest w trójce najważniejszych osób dla rozwoju futbolu. Pozostali to Ebenezer Cob Morley, ojciec piłki nożnej oraz Charles Alcock, który stworzył FA Cup i mecze międzynarodowe – przekonywał historyk Peter Lupson. – Ludzie zapomnieli o McGregorze, tak jak zapomnieli o innych pionierach. Wszyscy są tak zajęci teraźniejszością, że brakuje odpowiedniej perspektywy.

Droga na stadion Aston Villi  Droga na stadion Aston Villi

Mecz Aston Villi

Tylko o tym, co tu i teraz na pewno myślą fani Aston Villi i West Bromwich Albion. Wyzwiska zaczęły się na długo przed meczem. Główna rywalizacja w mieście to Second City derby – Aston Villa przeciwko Birmingham City. Ale mecz Villi i WBA to też derby, oba stadiony dzieli 12 mil.

Siadam na North Stand Upper. Na przeciwległej trybunie dużych rozmiarów napis „Football league została założona przez Villę i wygrana przez Villę. 1874 był dla futbolu wspaniały”. Siedzący rząd wyżej Philip, cieszy się, że na mecz jego klubu przyjechałem specjalnie z Polski. Tłumaczę, że oglądam stadiony finalistów Pucharu Europy i Ligi Mistrzów. – Mój znajomy „zrobił 92” – mówi jakby z dumą. Angielscy groundhopperzy za cel często stawiają sobie zobaczenie meczów na stadionach Football League i Premier League. Razem to 92, ale zazwyczaj wychodzi więcej, bo w trakcie zaliczania meczów zmieniają się zespoły na najniższym poziomie, czyli w League Two. Klub może też zmienić stadion, ale w Anglii to się rzadko zdarza. Villa gra w tym samym miejscu od 118 lat.

Mecz Aston VilliStadion Aston Villi

W 1981 roku Aston Villa wygrała pierwsze mistrzostwo od 71 lat. Drużyna zdobyła tytuł grając 14 piłkarzami. Kilka miesięcy później, w lutym 1982 zespół zajmował 19. miejsce w tabeli. Przechodził przez kolejne rundy Pucharu Europy Europy i w maju podczas finału na De Kuip pokonał Bayern. Stadion Aston Villi Trybuna stadionu Aston Villi Villa Park    Mecz Aston Villi  Mecz Aston Villi

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Coraz mniej polskiego Wilna

Stary stadion Żalgirisu Wilno

Znikają polskie ślady na piłkarskiej mapie Wilna. Stary stadion Žalgirisu jest już niemal rozebrany a obiekt Śmigłego już zniknął. Pierwszy z nich otwierał prezydent Ignacy Mościcki, drugi córki Józefa Piłsudskiego. Polonia Wilno, jedyny polski klub w stolicy Litwy, swój ostatni mecz rozegrał ponad dwa lata temu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Przedwojenny stadion na Pióromoncie jest w trakcie rozbiórki. Zdążyłem odwiedzić Wilno, zanim się rozpoczęła. W 2014 roku za 8-hektarową działkę blisko ścisłego centrum Wilna, Grupa Hanner zapłaciła 40 mln euro. W miejscu Žalgirio stadionas staną biurowce, hotele i bloki mieszkalne. Koszt planowanej na 10 lat budowy to 200 mln euro.

W 1929 roku otwarcie odnowionego stadionu Pogoni Wilno uświetnił prezydent Ignacy Mościcki. Po wojnie przebudowano go według radzieckiej modły, zgodnie z kanonami socrealizmu. Grał tu Spartak, przemianowany w latach 60. na Žalgiris, czyli Grunwald. Po upadku ZSRR tłumy ściągała odradzająca się litewska reprezentacja.

Stary stadion Żalgirisu Wilno Stary stadion Żalgirisu Wilno

Jeszcze niedawno grała tutaj Polonia. Niedawno polski klub obchodził 25-lecie. Przez krótki czas trenerem drużyny był Józef Jurgielewicz, litewski piłkarz roku 1969 i 1980. W barwach Žalgirisu zagrał ponad 400 razy. W zeszłym roku sekcja piłkarska Polonii zawiesiła działalność. Zabrakło pieniędzy. W okręgu wileńskim Polacy stanowią 23% mieszkańców, w samym mieście 16. Ale zainteresowania drużyną nie było. Mimo wielu apeli i przesuwania terminów opłat za rejestrację, zbiórka zakończyła się niepowodzeniem.
Stary stadion Żalgirisu Wilno

Nie ma już śladu po obiekcie, na którym w 1933 roku wstęgę przecinały Wanda i Jadwiga Piłsudskie. W jego miejscu od kilkunastu lat stoją bloki. W międzywojniu na położonym tuż obok koszar stadionie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie grali piłkarze Śmigłego. Był to jedyny klub z Wilna, który grał w polskiej ekstraklasie. W 1938 Śmigły wygrał rozgrywki na Wileńszczyźnie i po fazie finałowej awansował do ligi razem z Polonią Warszawa. W przeciwieństwie do Lwowa, Wilno nigdy nie doczekało się wielkiej drużyny. Śmigły z hukiem spadł z ekstraklasy zajmując ostatnie miejsce. Wcześniej, zanim stworzono ligę państwową, o mistrzostwo Polski grały też Strzelec, Lauda, Pogoń i WKS 1. pułku piechoty Legionów Wilno. Cmentarz na Rossie

W weekendy w Wilnie widać polskich turystów. Wśród obowiązkowych punktów zwiedzania są Ostra Brama i Cmentarz na Rossie. Przy wejściu na nekropolię starsza kobieta pyta mnie po polsku: – Może świeczkę dla marszałka?

Na czarnym monolicie wykuto duży krzyż i słynny napis „Matka i serce syna”. Na dole cytat z Beniowskiego Słowackiego, wokół kilka biało-czerwonych bukietów.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Po 10-minutowym spacerze z cmentarza docieram na stadion, LFF Stadion, gdzie od czterech lat gra Žalgiris. Piwo i gira, czyli kwas chlebowy kosztują po 2 euro. Miejscowa przekąska to kepta duona, czyli smażone na głębokim tłuszczu kawałki chleba. W słoneczną sobotę na trybunach usiadło kilkaset osób. Głośno kibicuje trzydziestka.

Pół godziny po pierwszym golu dla Žalgirisu Darvydas Šernas znów łatwo ogrywa obrońców FK Szawle i ponownie pakuje piłkę do bramki. – Numer 21! – emocjonuje się spiker. Sernas macha w kierunku trybuny i na początku na palcach, potem na spodenkach pokazuje numer 23. – Liczę, że spiker się przyzwyczai – uśmiecha się po meczu były piłkarz Widzewa.

W Łodzi zaliczył swój najlepszy sezon. W pierwszym sezonie w ekstraklasie strzelił 10 goli. Choć trafiał tylko w 7 meczach a dwa gole były z karnych, to tamten rok pozwolił mu rozpocząć wygodny i dobrze płatny zjazd w dół. Trafił do Lubina, gdzie zarabiał więcej, niż prezes KGHM. Dwa bezproduktywne lata w Zagłębiu, potem Turcja, Australia, Szkocja. Na antypodach zaczął świetnie, strzelił gola po trzech minutach na boisku. Gazety w Perth zaczęły pisać o snajperze z małego kraju w Europie. Więcej goli w Australii już nie strzelił. W I-ligowych Wigrach Suwałki trafił do siatki dwa razy w 14 meczach. Bilans ostatnich czterech lat ma dramatyczny – 5 zaliczonych lig, 14 goli. Na Litwie te statystyki nikomu nie przeszkadzają. Šernas z miejsca stał się największą gwiazdą Žalgirisu. W 2015 roku, gdy odwiedziłem Wilno, jego twarz była widoczna na plakatach i biletach.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Po meczu, z synem na rękach, Šernas pozdrawia znajomych. 31-latek to 35-krotny reprezentant, a Žalgiris największy klub w stolicy Litwy. Na pomeczowej konferencji prasowej oprócz mnie są jeszcze dwie osoby – fotoreporter i operator klubowej telewizji. – Poziom? Na razie ciężko powiedzieć. Wróciłem na Litwę po 7 latach. To mój dom, tu grałem, zanim wyjechałem za granicę. Wydaje mi się, że Žalgiris zrobił krok do przodu. Poziom podnoszą obcokrajowcy – mówi. W wygranym 5:0 meczu zagrało ich czterech.

Darvydas Sernas

Šernas po udanym roku 2015, gdy trafiał w każdym meczu, spróbował swoich sił w Turcji. W Alanyasporze przepadł i wrócił do Žalgirisu.

O stanie litewskiej piłki wiele mówi stadion byłej Vetry Wilno. To rzut kamieniem od wileńskiego dworca, w czasach ZSRR grał tu Lokomotyvas. Obecnie LFF Stadion to jedyny porządny obiekt w kraju. Spadek po klubie, który już nie istnieje. Polscy kibice usłyszeli o nim w 2007 roku, gdy kibole Legii Warszawa przerwali na nim mecz Pucharu Intertoto, co zakończyło się walkowerem. Trzy lata później Vetra, wicemistrz Litwy, w połowie sezonu została wykluczona z ligi za długi i z dnia na dzień przestała istnieć.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Obok stadionu stoi niewielki, zielony budynek litewskiej federacji. Został zbudowany z pieniędzy od FIFA dla krajów piłkarsko rozwijających się. Na frontowej tablicy wygrawerowano nazwisko Seppa Blattera. Wokół boiska wiszą brawurowo zrealizowane plakaty promujące reprezentację. Na stole operacyjnym leży ubrany w meczowy strój mężczyzna. Chirurg ze skalpelem w ręku nacina klatkę piersiową, będzie robił przeszczep. Hasło na plakacie: „Przynieś swoje serce”.

Stadion przebudowano tak, by mogła tu grać litewska drużyna narodowa. Położono sztuczną murawę. Dla piłkarzy Žalgirisu to jedyne boisko do treningów. – Każdy piłkarz woli grać na trawie, ale nie zamierzam narzekać – mówił Darvydas Šernas. – Od wielu lat mówi się o Stadionie Narodowym, na razie słabo to wygląda – dodał. Słabo, czyli tak.

Wilno, stadion narodowy w Wilnie

Budowa ruszyła jeszcze w czasach sowieckich, w 1987 roku. 23 lata później Litwini stwierdzili, że stolica zasłużyła na coś więcej, niż pięciotysięcznik po Vetrze. Z hucznych zapowiedzi nic nie wyszło. Na poradzieckim molochu hula wiatr. – Może nowy stadion wcale nie jest potrzebny? – pytam Šernasa. – Na meczu reprezentacji mamy komplet. Jeśli kiedyś będziemy mieć ładny stadion, może nie taki jak Narodowy w Warszawie, ale większy niż teraz, to na niektóre mecze reprezentacji przyjdzie 20 tysięcy osób.

koszulka Edgarasa Jankauskasa

Sportem numer jeden jest koszykówka. Kilka lat temu na euroligowych meczach Żaligirisu Kowno nowa 20-tysięczna hala wypełniała się w 3/4. Lietuvos Rytas zapełniał nowy, 10-tysięczny obiekt w Wilnie. W ostatnich latach frekwencje spadły, ale wciąż są to liczby, o których fani futbolu na trzymilionowej Litwie mogą tylko pomarzyć.

Wracam na stadion na Pióromoncie. Obok zapuszczonego boiska treningowego stoi hotel Šarūnas. Wszyscy wokół wiedzą, skąd ta nazwa. Właścicielem jest Šarūnas Marčiulionis, dla niektórych Litwinów sportowiec wszech czasów. Po upadku ZSRR grający w NBA koszykarz sam sklecił drużynę, która poleciała do Barcelony. W igrzyskach zapamiętanych z powodu występu Dream Teamu, Litwini zdobyli brązowe medale. W meczu o 3. miejsce pokonali Rosjan grających pod flagą Wspólnoty Niepodległych Państw. Cztery lata później Litwini znów sięgnęli po brąz.

W barze na parterze hotelu Šarūnas w gablotach wiszą medale olimpijskie Marčiulionisa oraz koszulki i buty koszykarskich legend – m.in. Charlesa Barkleya i Kobego Bryanta.

Osobną gablotę ma tylko jeden piłkarz, Edgaras Jankauskas. Grał w 16 klubach w 9 krajach. Zaczepił się m.in. w Porto, Benfice, czy Realu Sociedad. O Jankauskasa pytam pracującego w hotelu Nojusa. – To chłopak stąd, zaczynał w Žalgirisie, więc ma swoje miejsce. Ale piłka nikogo tu nie interesuje. Do nas ludzie do oglądać NBA, to ich kręci. Piłkę lepiej rzucać, a nie kopać. Słyszałeś o naszych meczach w Barcelonie?

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Bieda i patologia, czyli Manchester City

Etihad Stadium, Manchester

Bezrobocie, przemoc i alkohol to fundamenty Manchesteru City. Klub powstał, bo córka proboszcza i pracownicy huty chcieli coś zrobić dla miejscowych robotników. 137 lat później była parafialna drużyna należy do najbogatszych klubów na świecie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Drużyna z Gorton, zachodniej części Manchesteru, była otwarta dla wszystkich mężczyzn, bez względu na wyznanie. Latem grano w krykieta, ale zimą z rozrywek zostawało głównie picie. Drużyna Świętego Marka (West Gordon) zaczęła więc grać w piłkę.

15 lat później, w Wielki Piątek, na trybuny przyszło 30 tys. osób. Po kilku transformacjach klub nosił już dzisiejszą nazwę. Wszystko szło dobrze do czasu afery korupcyjnej. Billy Meredith zaoferował kapitanowi Aston Villi 10 funtów za sprzedanie meczu. Kiedy sprawa wyszła na jaw, City nie broniło swojego zawodnika. Ten ujawnił, że City łamało przepisy i płaciło piłkarzom ponad ustalone 4 funty tygodniowo. Robili to wszyscy, ale nikt nie mówił o tym głośno. Posypały się kary, w tym dożywotnie dyskwalifikacje. City swoich graczy sprzedało na aukcji w Queen’s Hotel.

Etihad Stadium, Manchester

Gabriel Jesus, który trafił Cottonopolis 112 lat później, żadnymi kominami płacowymi nie musi się przejmować. Podpisując kontrakt, zarobił więcej, jego wszyscy przodkowie razem wzięci. W czasie meczu ze Swansea przyglądałem się głównie Brazylijczykowi, głowiąc się, jak w Barcelonie wpadli na to, żeby zamiast niego, do klubu ściągnąć Paco Alcacera.

Na mecz drużyny Guardioli wybrałem się przy okazji wypadu do Walii. Na City of Manchester Stadium, zmyślnie przerobionym ze stadionu lekkoatletycznego, byłem już na tourze. Zapamiętałem głównie starszą przewodniczkę, która oprowadzała naszą czteroosobową grupę. Tłumaczyła, że trzy gwiazdki w herbie City to tylko ozdoba a budową ośrodka treningowego wokół stadionu zajmą się miejscowe firmy, bo klub ma być sercem lokalnej społeczności. Pamiętam jej zdziwioną minę, gdy okazało się, że nie wiedziałem, kim był Bert Trautmann. – Luftwaffe, skręcenie karku, nic? – pytała. Pozostało tylko przeprosić. Przyznaję jej rację, że życiorys Trautmanna kibic piłki powinien znać.

Etihad Stadium, Manchester

W tle Academy Stadium, do którego z Etihad prowadzi 190-metrowa kładka nad skrzyżowaniem. Kiedy kilka lat temu Abu Dhabi United Group postanowiło zainwestować setki milionów funtów w zrujnowany, poprzemysłowy teren, poparcie wyraziło 97 proc. mieszkańców. Na 80 hektarach powstały nie tylko boiska i hale, ale też uniwersytet, biblioteka i stadion na 7 tys. miejsc.

Etihad Stadium, Manchester

„Niebiesko-biała armia Guardioli”. Kogoś poniosło albo to rodzina Pepa.

Pep Guardiola

Guardiola na dobre mógł się uśmiechnąć dopiero w 90 minucie. City było lepsze, ale pod bramką Fabiańskiego grało nieporadnie Kilka strzałów, w tym rzut wolny, Polak obronił fenomenalnie. Ale to on zawalił bramkę na 2:1 dla gospodarzy w doliczonym czasie gry. Zanim wyjął piłkę z siatki, uklęknął. Chwilę trwało, zanim doszedł do siebie.

Etihad Stadium, Manchester    Canal in Manchester

Wzdłuż kanału, podążając za tłumem, dotarłem na stację Oxford Road. Bilet do Liverpoolu, z którego wracałem do Polski, kosztował 3 funty.  Bilet na mecz ze Swansea 35. „Niebiesko-biała armia Guardioli” nie dała rady wykupić wszystkich.

Zima na walijskiej plaży

FC Llandudno

236 widzów na meczu w Llandudno to niemalże walijska średnia. W lutowe, sobotnie popołudnie więcej osób wchodziło na Great Orme, wzgórze górujące nad kurortem. Zamiast spaceru wybrałem atrakcję na drugim końcu miasteczka. Zobaczyłem mecz w kraju nr 31.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Llandudno

Llandudno to „królowa walijskich kurortów”. Szeroka promenada, molo, ładna sceneria i kilka hoteli. Największą atrakcją jest Great Orme, wzgórze, z którego z wysokości 200 metrów rozciąga się widok na nadmorskie miasto. Podziwianie kopalni z czasów neolitu i latarni morskiej zamieniłem na mecz drużyny, której nazwę po walijsku należałoby zapisać jako Clwb Pêl-droed Llandudno.

FC Llandudno stadium

– Jeszcze kilka lat temu walczyliśmy o ekstraklasę. A w tym roku mieliśmy tu puchary! – opowiada mi Mark. – Tutaj? – pytam niepewnie rozglądając się po malutkim stadionie. – W Bangor, ale co zrobić – brzmi odpowiedź. Po porażce 0:5 w Szwecji, Walijczycy w rewanżu przegrali tylko 1:2.

FC Llandudno

W piłkę grano tutaj od 60. XIX wieku. W 1921 roku Llandudno tworzyło walijską ligę. W 1991 roku klub musiał opuścić stadion, na którym 93 lata wcześniej rozegrano mecz Walii z Irlandią. W jego miejscu stanął market Asda. Na nowym boisku, położonym kilkaset metrów dalej, Maesdu Park, trzy lata temu zainstalowano sztuczną murawę. Miejscowi nie mogą się jej nachwalić. – Dzieciaki grają tu całymi dniami, po pracy kopią dorośli. Stadion żyje – tłumaczy mi Dave.
FC Llandudno

W walijskiej Premier League najwięcej kibiców chodzi na mecze w Aberystwyth i Bangor, ale do  średniej 500 kibiców jeszcze im brakuje. W Llandudno pojawiło się tylko 236 kibiców, ale mimo to, klubowa społeczność działa nie tylko w co drugą sobotę.
FC Llandudno

W klubowym budynku kibice pokazują mi listę wydarzeń organizowanych przez Llandudno Football in the Community. Stowarzyszenie ma integrować lokalną społeczność. „Turn Up and Play”, czyli zajęcia dla każdego chętnego dziecka, kosztują od 3 funtów. Dziewczynki mogą ćwiczyć z chłopcami, ale organizowane są też dla nich osobne zajęcia. Tak samo jak piątkowe treningi PAN. Wymyślono je m.in. dla niepełnosprawnych, którzy nie będą się czuć komfortowo na zajęciach z pozostałymi dziećmi.

Klub organizuje też „piłkarskie przyjęcia” dla dzieci. 60 minut zajęć z trenerem UEFA A a potem impreza w klubowej kantynie. Zabawa dla 25 osób to wydatek 90 funtów. W wersji z cateringiem 12 funtów od dziecka.

Kolejne ogłoszenie: „Jesteś bezrobotny? Brakuje ci pewności siebie na rozmowach kwalifikacyjnych albo potrzebujesz podrasować swoje CV? W Llandudno Football in the Community pomożemy ci”.
FC Llandudno FC Llandudno

FC Llandudno

Skromny budynek koło trybuny. Klocek, jakich wiele. Na nim tabliczka: „W latach 2001-02 Cyril John Williams zaprojektował i wybudował tę konstrukcję gołymi rękoma. Dokończyła rodzina i przyjaciele (2002).”

FC Llandudno

FC Llandudno plaża

Llandudno beach

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Groundhopperskie blogi, czyli kogo czytać

Plaża w Porto

Plaża w Porto

Nie wszyscy znają Stuarta Fullera, a pytanie o groundhoppingowe blogi pozostało na twitterze bez odpowiedzi. W „Czytelni” więc pierwszy raz nie o książkach sportowych, ale o blogach właśnie. Potok linków.

W Polsce turystyka stadionowa to hobby niszowe i nic nie zapowiada, żebyśmy poszli w ślady Brytyjczyków lub Niemców. W ostatnich latach najwięcej dla polskiego groundhoppingu zrobił Radosław Rzeźnikiewicz. Stronę kartofliska.pl porzucił, ale dzięki jego filmom na YouTube i aktywności na Weszło, tysiące ludzi usłyszało o jeżdżeniu na mecze – od wiosek, po inne kontynenty. A kto jeszcze po meczingu produkuje się tekstowo?

Kogo czytać w Polsce

Sprawdzam, co wpada na grupę „Turystyka stadionowa” na FB. Zaglądam też na soccertrip365.com i „Stadionowego turystę”. Na tym drugim głównie stadiony, ale gdzie można zobaczyć zdjęcia z opuszczonego stadionu Fabloku Chrzanów? Wypada czekać na blogową reaktywację Rafała z „Na piłkarskim szlaku”, który głównie facebookuje. Bez bloga, ale ze świetnym kanałem na YouTube, radzi sobie Tour de Sport. Film z meczu w Nepalu? Proszę bardzo. Tylko na YouTube działa też „Polak na stadionach”.

Europa

  • Stuart Fuller z „The Ball is Round” to mój nr 1. – Rety, jakie to dobre – wzdycham czytając wpisy prezesa Lewes FC. Podobnie jak ojciec, przez kilka dekad kibicował West Hamowi, stąd rewelacyjny wpis o prawdziwym pożegnaniu Boleyn Ground. Rzucił skomercjalizowaną piłkę i pięknie o tym opowiada. Jego opowieść, jak wygląda dzień meczowy prezesa Lewes, polecam każdemu, kto chce napocząć temat non-league football.
  • Petyer Miles z „The Itinerant Football Watcher”. Moim zdaniem europejska czołówka. Dobre teksty i zdjęcia, ciekawe kierunki.
  • Daniel i Tom z północnego Londynu, „Beautiful Game”. Jeden z autorów kibicuje Arsenalowi, drugi Tottenhamowi. Ostatnie dwie relacje to pojedynki Bridon Ropes FC – Crowborough Athletic FC oraz Tooting & Mitcham United FC – Whyteleafe FC. Chwilę wcześniej byli w portugalskim Belem.
  • „The Blansko Klobása”, w poszukiwaniu piłki, piwa i idealnej kiełbasy. Oby szybko nie znalazł, bo wciąż ma o czym pisać. Głównie Czechy. Trzyma poziom.
  • „Lost Boyos”. Walijscy bracia potrafią zachować równowagę między opowieścią, jak dojechać do North Turton w dystrykcie Blackburn with Darwen, jak smakowało piwo, co wywinął sędzia a na koniec dokładają dobre foty.
  • „The Onion Bag”. Angielska prowincja, ale jakie widoki! Są porady, jak się zachować na meczu. Standardowa rozmowa groundhopperów wygląda tak:
    – Byłeś już na Bloxwich Rangers?
    – Zrobiłem wszystkie stadiony w lidze oprócz nowego stadionu Dudley Amateurs.
    Wskazane jest noszenie koszulki amatorskiego klubu z Wysp, a jeśli z kontynentu, to tylko takiego, o którym nikt nie słyszał.
  • „Modus Hopper Random”. Polecam tabelkę przy każdym meczu. Jest rubryka „mecz w jednym zdaniu” i statystyka zwycięstw bramkarskich bluz. W liczącej blisko sto meczów bazie, autor liczy, jak często mecze wygrywają golkiperzy w bluzach w różnych kolorach (ostatnia rubryka).
  • „The 94th Minute”. Walia na dobrym poziomie.
  • „Up for the Cup!”. „Oglądanie pierwszych rund pucharów, jest jak docieranie do źródeł rzeki” pisze Paul. Woli te fazy Pucharu Anglii, których nie zawłaszczyła telewizja i milionerzy.
  • „Pie and Mushy Peas”, nie tylko za cytat z Cruyffa na tytułowej belce. Podoba mi się ten miks, który sam staram się uprawiać. Po meczu Monaco w młodzieżowej Lidze Mistrzów jedziemy na Hadley – Hertford Town w Spartan South Midlands League.
  • The Groundhopper. Północna Anglia, „w poszukiwaniu piłkarskiej duszy”.
Stadion Dynama Kiszyniów

Stadion Dynama Kiszyniów

Relacje z moich groundhopperskich wypadów do 30 krajów w tej kategorii na blogu.

Mecz w luksemburskim lesie

Mecz Progrèsu Niederkorn

– Ludzie  w Luksemburgu lubią sport, ale sukcesów nigdy nie będzie. Sama wiem, jak to wygląda w Portugalii. Jeśli wygrywasz albo wygrywa twoja drużyna, jesteś kimś. A moi synowie mówią, że może dziś pójdą na trening, może nie. Są leniwi – usłyszałem na stadionie w Hamm od Rity.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sport amatorski faktycznie jest tu masowy, ale trudno mówić o sukcesach na wielkich arenach. Na letnich igrzyskach olimpijskich Luksemburczycy zdobyli tylko dwa medale, ostatni w 1952 roku w Helsinkach. Wybiegał go Josy Barthel, dziś patron stadionu, na którym gra piłkarska reprezentacja. W ostatnich latach sukcesy odnosili kolarze – bracia Andy i Fränk Schleckowie. Ale w piłce nazwisk brakuje. Najsłynniejsi piłkarze? Dziś Mario Mutsch (Sankt Gallen, wcześniej Metz i Sion), do niedawna Jeff Strasser (Kaiserslautern i Borussia Mönchengladbach), wcześniej Louis Pilot (Standard Liège i Royal Antwerp).

Mecz Progrèsu Niederkorn

Tylko raz kwalifikacja na mundial lub EURO była dla Wielkiego Księstwa na wyciągnięcie ręki. W 1964 roku Luksemburczycy pokonali w dwumeczu Holandię. W kolejnej fazie, dopiero po trzecim spotkaniu, ulegli Danii. W 2006 roku Luksemburg w rankingu FIFA zajmował 186. miejsce. W ciągu dekady zrobił skok o blisko 50 miejsc. W ostatnich eliminacjach do mundialu zdobył 6 punktów, do EURO we Francji 4. Po towarzyskim remisie z Włochami z Pirlo, Buffonem i Verattim w składzie, Luksemburczycy podzielili się punktami z Białorusią i pokonali Macedonię. – W ciągu kilku lat liczba zawodowych piłkarzy z Luksemburga znacząco wzrośnie – zapowiadał niedawno selekcjoner Luc Holtz. – Do wszystkiego podchodzimy profesjonalnie – organizacja, treningi, wszystko robimy porządnie.

W ostatnich latach liga poszła w górę. Kluby nałapały tyle punktów w pucharach, że liga luksemburska przeskoczyła w rankingu UEFA rozgrywki w Czarnogórze, Armenii i na Litwie.Mecz Progrèsu Niederkorn

Podróż ze stolicy do Niederkorn, niedaleko granicy z Francją, zajmuje autobusem 45 minut. Na derby w najwyższej lidze przyszło 1500 osób. Progres gra z Differdange, stadiony obu klubów dzieli 5 km.

W europejskich pucharach goście radzą sobie lepiej, niż niejeden polski klub. W tej dekadzie już pięciokrotnie wygrywali choć jeden dwumecz. W tym sezonie, po wygranej z walijskim Bala Town, przegrali z Trabzonsporem, ale bez wstydu – 0:1 i 1:2. Dwa lata temu pokonali holenderski Utrecht i dopiero po karnych odpadli z Tromsø. W 2012 roku, na drodze do fazy grupowej, zatrzymało ich Paris Saint-Germain. – Nie szalejemy na punkcie piłki, ale w czasie tych meczów piłkarze byli bohaterami – opowiada mi Tomas, wzdychając po nieudanych akcjach Differdange. – Musieliśmy grać w Luksemburgu, zresztą stadion Progresu też nie nadaje się na puchary – dodaje. Oglądamy mecz z jedynej trybuny. Z trzech stron boisko otaczają wysokie drzewa, na które spływa światło reflektorów. Drugą połowę oglądam z kibicami gospodarzy. Łatwo wybrać chwilę największej chwały w historii pięciotysięcznego dziś miasteczka. W 1978 roku Progres zdobył mistrzostwo Luksemburga i w pierwszej rundzie Pucharu Europy zagrał z Realem Madryt. – Czy jest szansa na powtórkę? Od kiedy trzeba się przebijać przez kwalifikację, to pewnie nie. Ale na początku zacznijmy od siebie. Do drużyn walczących o mistrzostwo wciąż nam daleko – opowiada Marc. Ma na sobie czarno-żółtą czapkę w barwach Progresu. Kiedy jego zespół traci gola, nawet się nie denerwuje. Potrząsa tylko głową pogodzony z losem. Differdange wygrywa derby 1:0.

Mecz był słaby. Marc powoli podnosi się ze swojego krzesełka. – Czy w kraju, w którym młodzi marzą o karierze bankowca, a nie piłkarza, może być dobry futbol? – rzuca na pożegnanie.Mecz Progrèsu Niederkorn Mecz Progrèsu Niederkorn Bar Progrèsu Niederkorn  Bar Progrèsu Niederkorn Mecz Progrèsu Niederkorn Mecz Progrèsu Niederkorn