Archiwa tagu: Polonia Bydgoszcz

Kibice grzebią w archiwach

Tytuł: Zapomniane pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949
Autor: Sławomir Wojciechowski
Wydawnictwo: -, 2011

Zapomniane pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949Czy książka, która jest źle napisana, może być prawdziwą perełką? Otóż tak.

Zaczynamy od spotkania w 1920 roku, na którym klub powstał. Nie ma pewności, kiedy się odbyło, nie do końca wiemy, kto w nim uczestniczył, możemy natomiast wskazać, w jakim budynku do niego doszło. Prawdopodobnie. W dodatku tego budynku już nie ma.

Książka jest fascynująca, bo gdyby nie jej autor, Sławomir Wojciechowski, to nikt inny nie rzuciłby światła na tamten okres historii Polonii Bydgoszcz. Nie ma przesady, w stwierdzeniu, że ten okres zostałby zapomniany na zawsze. Taki był cel likwidacji klubu w czasach stalinowskich i przejęcia jego tradycji przez milicyjną Gwardię. To się udało. Przedwojenni poloniści byli niewygodni i odeszli w zapomnienie. Z czasem wielosekcyjny klub polskich patriotów zaczął być kojarzony z żużlowcami, za którymi stała Milicja.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Autor zaczynał niemal od zera. W dniu Wszystkich Świętych chodził na groby zmarłych polonistów. Liczył, że spotka krewnych, którzy mogą mieć przedwojenne pamiątki. Dotarł też do Edmunda Szumińskiego, którego opowieści są dużą częścią książki. Materiały zbierał przez wiele lat. Efektem jest żywa relację z działalności wielosekcyjnego klubu, prawdziwej sportowej rodziny.

Książka została wydana 5 lat temu i cały czas zdarza mi się do niej zajrzeć. Rozpływam się nad nią, choć jest napisana źle. Autor jest zafascynowany historią, ale styl pozostawia wiele do życzenia. Wielokrotnie drażni. Akcenty są błędnie rozłożone, za dużo uwagi poświęcono na monotonne relacje z meczów piłkarskich, zamiast na ludzkie historie, które są w tej książce fascynujące. Widać brak redaktorskiego wsparcia. Na 700, wydanych własnych sumptem stronach, można trafić na mielizny, ale książkę polecam każdemu zainteresowanemu historią polskiego sportu, jak i Bydgoszczy. Wyjątkowa pozycja.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Lechia – Juventus. Więcej, niż mecz
Autor: Mariusz Kordek, Karol Nawrocki
Wydawnictwo: Bernardinum, 2014

Lechia - Juventus. Więcej, niż meczTakie historie zdarzają się tylko w filmach. Trzecioligowiec pokonuje w pucharze krajowych potentatów a potem gra z jedną z najlepszą drużyn na świecie. Skoro to wydarzyło się naprawdę a mecz był polityczną manifestacją, gdzie fetowano człowieka, który kilka tygodni później nagrodzony Pokojową Nagrodą Nobla, to jest to temat na książkę.

Historia opisująca starcia Lechii Gdańsk z Juventusem pojawiła się w księgarniach na 30. rocznicę pucharowych starć, czyli 3 lata temu. To temat samograj. W historii Pucharu Zdobywców Pucharów tylko cztery kluby zdobyły prawo gry w tych rozgrywkach występując w trzeciej lidze. Oprócz Lechii to Stahl Eisenhüttenstadt (1991/92), Olympique Nîmes (1996/97) i Jeunesse Hautcharage (1971/72). W tych statystykach nie uwzględniono drużyn z Liechtenstenu i Walii. Zdobywając Puchar Polski, Lechia awansowała równocześnie do ówczesnej II ligi. Włochów przyjęła jako zespół z zaplecza ekstraklasy. Juventus z kolei w 1983 roku przegrał ligę z Romą, co nie przeszkodziło Michelowi Platiniemu zdobyć swojej pierwszej Złotej Piłki. Dzięki Pucharowi Włoch Juve wygrało tamtą edycję PZP a rok później Puchar Europy.

Najciekawsza postać w książce to Janusz Strzelecki vel Johnny River. Przedstawiony jako hochsztapler, który zwęszył swoją okazję, gdy biedna nawet jak na polskie warunki Lechia wylosowała jeden z najlepszych klubów świata. Możliwość swojego pobytu w Polsce River przedłuży zgłaszając się do SB i oferując swoje usługi. Dzięki niemu przed pierwszym meczem w Turynie, Polacy pojechali do Włoch na tournee. Ciekawych opowieści jest tu mnóstwo. Przewijają się zarówno Jan Paweł II, u którego audiencję chcieli zablokować partyjni notable, jak i „Nikoś”. Nikodem Skotarczak swoje jedyne w Polsce północnej białe cabrio stawiał przy północnej trybunie stadionu przy ul Traugutta. Oficjalnie pełnił funkcję kierownika drużyny rugbystów. Miało to niewiele wspólnego z prawdą, podobnie jak deklaracje kibiców, którzy pojechali na mecz w Turynie. Z orbisowską wycieczką do Włoch pojechało 90 osób. Niektórzy wybrali się całymi rodzinami zabierając dobytek całego życia. Do kraju wróciła blisko połowa. Aż 37 kibiców poprosiło we Włoszech o azyl polityczny.

Pierwszą część, tę piłkarską, napisał Mariusz Kordek. Zaglądamy do szatni, słuchamy jak mecze swojego życia wspominają zawodnicy. Autorem drugiej, o politycznej otoczce, jest Karol Nawrocki. – Z kilku względów autor zdecydował się na pozostanie przy formie tekstu stricte naukowego (aparat naukowy). Kalkulacja zysków i strat wypadła bowiem na korzyść zysków – pisze o sobie Nawrocki, pracownik gdańskiego oddziału IPN-u. Podczas kalkulacji musiało dojść do omyłki, bo momentami ciężko przez to przebrnąć. Zamiast napisać jedną spójną opowieść, swoją część napisał będący statystykiem kibic, a potem drugą, niespójną stylistycznie, stworzył historyk. Momentami opowiadają o tym samym. Zamiast połączyć wątki, stworzyli dwie książki w jednej.

Całość ratuje klimat epoki, który udało się zachować i dużo szczegółów. W książce są też bilety, kwity i świetne zdjęcia. Choć nie jest łatwo napisać dwustu stron o dwumeczu pierwszej rundy, to nie ma lania wody. Efekt bliższy wynikowi meczu z Gdańska, niż z Turynu.

Zagadka Adama Wolanina. Życiorys jak scenariusz filmu

Drużyna z Adamem Wolaninem

Nazywał się Adam Wolanin. Zaczął grać w piłkę w legendarnej Pogoni Lwów, a potem występował w Spartaku Moskwa, Blackpool i drużynie z Chicago. W 1950 roku reprezentował USA na mistrzostwach świata w Brazylii. Podobno, tuż po wojnie, był także piłkarzem Polonii Bydgoszcz.

Losy Adama Wolanina są jak gotowy scenariusz do filmu. Lwowianin z urodzenia przeżył drugą wojnę jak wielu jego krajan. Został wywieziony na wschód. Trafił do armii gen. Andersa. I grał w piłkę w sławnych klubach. Futbolowy trop Wolanina wiedzie jednak po wojnie także do Bydgoszczy.

Zdjęcie dawnej Polonii

O tym, że Adam Wolanin z Pogoni Lwów grał w Polonii mówił Edmund Szumiński – ostatni żyjący zawodnik bydgoskiego klubu z czasów tuż po II wojnie. Sam pamięta go jeszcze z lat 30. Wtedy obaj byli jeszcze juniorami. Szumiński w Polonii, a Wolanin w Pogoni. Spotkali się na jednym turnieju w 1937 roku.

Poszlaka, że Wolanin grał w Bydgoszczy? Zdjęcie.

 Adam Wolanin

Na niepodpisanej fotografii z 1945 roku widać grupkę polonistów. W środku – trzeci od lewej w białej koszulce stoi niezbyt rosły zawodnik z wysokim czołem. Podobny do Adama Wolanina ze Lwowa.

Piłkarz o takim imieniu i nazwisko występował w 1950 roku na pierwszych po wojnie mistrzostwach świata w Brazylii. Oczywiście nie w polskiej reprezentacji, lecz w ekipie USA.

Znajduję zdjęcie piłkarzy witających się przed meczem USA z Hiszpanią. Jest na nim Adam Wolanin.

Adam Wolanin na mistrzostwach świata

W materiale filmowym z MŚ 1950 wita się z Hiszpanami, w tym Telmo Zarrą.

Jest niewysoki, ma zaczesane do tyłu włosy. Widać podobieństwo z człowiekiem ze zdjęcia Polonii. Ale czy wychowany we Lwowie Polak, który walczył w armii Andersa, osiadł w USA i wystąpił w reprezentacji tego kraju na mundialu, naprawdę występował w Bydgoszczy?

Życie jak scenariusz

Historia zaczyna się na podwórkach lwowskiego Łyczakowa. Nastoletni Adam Wolanin był wielkim talentem piłkarskim. I jednym z wielu, którym karierę złamała wojna. W Pogoni Lwów, jednej z najlepszej drużynie międzywojnia w Polsce, zadebiutował w ekstraklasie już w 1937 roku, w meczu z Cracovią. Miał 168 cm wzrostu, zazwyczaj grał jako napastnik lub skrzydłowy. Do września 1939 roku zdążył wystąpić w 29 meczach ekstraklasy, strzelił 14 bramek.

Kiedy Lwów zajęła Armia Czerwona, miał 20 lat. Został w mieście i występował w nowozałożonym klubie podległym sowieckiej władzy – Spartaku. Musiał się sprawdzić, bo w latach 1940-41 występował w drużynie o tej samej nazwie, ale już ze stolicy – Spartaku Moskwa – jednej z najważniejszych drużyn w ZSRR. Spartaka opuścił, żeby z armią generała Andersa wyzwolić się z okowów sowietów. Szlak wiódł przez Bliski Wschód i Afrykę.

Po zakończeniu II wojny, jak ogromna większość żołnierzy Andersa, trafił w końcu do Wielkiej Brytanii. Wolanin był chorążym w Polskich Siłach Powietrznych, które stacjonowały w Bury St Edmund niedaleko Ipswich. W 1946 roku, za namową narzeczonej zgłosił się na testy do Blackpool, jednej z najlepszych drużyn w Anglii. W debiucie w rezerwach „Mandarynek” strzelił 5 goli. Potem zagrał jeszcze w lokalnych rozgrywkach i sparingach. Gry w piłkę nie mógł jednak pogodzić ze służbą wojskową.

W 1947 roku Wolanina odnajduję już w Stanach Zjednoczonych. Po wyjeździe za ocean od razu zaczął grać w piłkę. Najpierw w zespole Chicago Maroons, a następnie w polonijnym AAC Chicago Eagles, który walczył w lokalnej lidze NSL.

Z amerykańskim obywatelstwem dostał się do reprezentacji USA na mundial w Brazylii. W 1950 drużynę USA tworzyli amatorzy. Napastnik Ben McLaughlin nie dostał urlopu, w dodatku planował wesele, więc został w kraju. W jego miejsce wskoczył Polak. Wolanin wystąpił w jednym meczu, przegranym 1:3 z Hiszpanią. Zabrakło go na boisku w rozegranym cztery dni później słynnym meczu z Anglią. Zwycięstwo 1:0 amatorów z USA jest jedną z największych niespodzianek w historii mistrzostw świata – doczekało się nawet ekranizacji.

Wolanin w pierwszej reprezentacji więcej nie wystąpił. Na boisku, także w drużynie olimpijskiej, pojawiał się jeszcze w latach 60. Po zakończeniu kariery został trenerem w AAC Eagles, prowadził popularną wśród Polonii masarnię, a następnie restaurację.

Z pamiętnika przedwojennego polonisty

Wracamy do Wolanina w Polonii. Edmund Szumiński był jego rówieśnikiem i najdłużej żyjącym z przedwojennych piłkarzy Polonii. W 2010 roku dotarł do niego Sławomir Wojciechowski, autor książki „Zapomniane Pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949”. Z opowieści przedwojennego kapitana juniorów Polonii, który próbował reaktywować klub w 1956 roku, powstał w książce osobny rozdział.

Pytam go, czy można ufać pamięci legendy dawnej Polonii.

– Choć jego pamięć trzeba ocenić jako imponującą, to nie wszystkie szczegóły zawsze się zgadzały – mówi Wojciechowski.

W 1937 roku Szumiński i Wolnin grali w Kozienicach na mistrzostwach Polski juniorów. Pogoń Lwów była druga, o obiecującym Wolaninie pisała prasa. Polonia Bydgoszcz odpadła w pierwszej rundzie.

Czy mógł więc omyłkowo uznać innego człowieka o tym samym imieniu i nazwisku, który w 1945 roku w Polonii przez chwilę występował zawodnik, z tamtym Wolanin ze Lwowa.

Imienia nie jesteśmy w stanie sprawdzić, bo nie ma go w gazetach. Nie podał go też Szumiński.

W Bydgoszczy Wolanin miał się zjawić w październiku 1945 roku w brytyjskim mundurze. To by się zgadzało.

– Był chyba oddelegowany do wypełnienia misji wojskowej – pisze Szuminski. Mieszkał przy Szubińskiej, codziennie swoim jeepem dojeżdżał do koszarów przy Gdańskiej. – Nawiązaliśmy kontakt z racji wspólnego obozu sprzed 8 lat w Kozienicach. Nie poznaliśmy się osobiście, ale kojarzyliśmy fakty – wspominał Szumiński. Piłkarze mieszkali w namiotach, wspólnie trenowali, modlili się i pływali.

W 1945 roku ojciec Szumińskiego chorował, miał nowotwór. – Załatwiliśmy ojcu lampy w przychodni przy ul. Cieszkowskiego. Jednego z pierwszych dni naświetlania, gdy rano na rogu Śląskiej i Jackowskiego na chodniku czekaliśmy na taryfę, podjechał do nas wojskowy jeep. Wysiadł z niego Wolanin, przywitał się ze mną i zapytał, w czym pomóc – wspominał. Szumiński. Przez kolejnych 10 dni jego ojca woził do przychodni wojskowy samochód. – W sumie w Bydgoszczy Wolanin spędził kilka tygodni.

Informacje o polonijnym zespole Orłów z Chicago od kilkunastu zbiera Andrzej Proczka. Rozmawiał z byłymi zawodnikami i rodziną Wolanina – tego ze Lwowa. – Nigdy po wojnie nie przebywał w Polsce bo bał się represji ze strony komunistycznych władz – mówi kategorycznie, gdy pytam o występy w Polonii Bydgoszcz.

Gdy opowiadam o wspomnieniach Szumińskiego, jest ostrożniejszy. – Z tego co wiem, starsi działacze klubu mówili, że Wolanin bał się on wracać do Polski. Nie wiem, czy byłby więc w Bydgoszczy po zakończeniu wojny.

I na koniec jeszcze jeden trop, że sławny Wolanin ze Lwowa to nie Wolanin z Polonii. O zawodniku o tym nazwisku można przeczytać, że przez chwilę grał w Polonii także w 1948 r. A tp już całkowicie wyklucza wychowanka Pogoni. Wtedy był już w USA.

– Wojna zabrała mu najlepsze lata dla sportu i rodziny. Nigdy nie pogodził się ze swoim losem i topił smutek w alkoholu – pisał Andrzej Gowarzewski w Kolekcji Klubów GiA.

Zmarł w 1987 roku. Spoczywa na katolickim cmentarzu Maryhill na przedmieściach Chicago.