Wspomnienie szachowej potęgi

Tytuł: Arcymistrzowie. Złota era polskich szachówArcymistrzowie. Złota era polskich szachów
Autor: Stefan Gawlikowski
Wydawnictwo:
The Facto 2016

Prasa spierała się o to, kto powinien pojechać na olimpiadę a wynikami żywo interesowała się pierwsza osoba w państwie. Przedwojenna Polska była jedną z największych światowych potęg szachowych.

O ile o Akibie Rubinsteinie wielu pewnie słyszało, to nazwiska takich szachistów, jak Dawid Przepiórka, Ksawery Tartakower, Kazimierz Makarczyk, Stefan Rotmil i Marian Wróbel są znane tylko osobom związanym z królewską grą. Przybliża je w swojej książce Stefan Gawlikowski. Jeden z rozdziałów poświęcił swojemu ojcu. Kiedy Stanisław Gawlikowski po powstaniu warszawskim zajrzał do piwnicy, w której trzymał kilkaset książek o szachach, był przekonany, że są nietknięte. Kiedy dotknął jedną z nich, został po niej tylko popiół. Wszystko strawił ogień.

Więcej w tej książce historii, niż szachów. Do ostatniej strony dotarłem nie wiedząc, co to gambit hetmański, nad którym pod koniec życia pracował ponoć Rubinstein. Nazwisk szachistów wydaje się być dużo, ale historie poprowadzono w sposób ciekawy. Zapisy partii przeniesiono do aneksów na końcu książki.

Końcem epoki sukcesów polskich szachów były wojna i holocaust. Większość ówczesnych sław była Żydami, choć ich życiorysy różnią się. Rubinstein zaczął grać w szkole talmuducznej. Wśród najlepszych zawodników byli potomkowie bogatych żydowskich przedsiębiorców i stali bywalcy warszawskich kawiarni. Niektórzy spośród tych, którzy osiągnęli sukces, nauczyli się grać w wieku kilku lat i to bez niczyjej pomocy. Ich życiorysy stanowiły problem dla związanego z ONR-em tygodnika „Prosto z mostu”. – Prestiż Polski – co za blaga! Czego dowodzi fakt, że Raszewski i Horowitz pobili Frydmana i Szlomę? Tylko tego, że Żydzi z Ameryki grają lepiej od Żydów zamieszkałych tymczasowo w Polsce. Dla zdobycia tej wiadomości nie warto tracić tyle pieniędzy – pisano. Opinia publiczna miała inne zdanie. Zwycięstwo Polski na olimpiadzie szachowej w Hamburgu w 1930 roku rozpatrywano jako wielki sukces. Cieszył się z niego m.in. Józef Piłsudski, który wspierał szachistów nie tylko dobrym słowem. Kiedy trzeba było, decydował o zwiększeniu nagrody finansowej w turnieju. Gdy polscy Żydzi mieli wątpliwości, czy uczestniczyć w olimpiadzie rozgrywanej w hitlerowskich Niemczech, marszałek osobiście interweniował.

Mieczysława Najdorfa, urodzonego jako Mendel, wojna zastała na olimpiadzie szachowej w Argentynie. Rodzina została w Polsce. Kiedy w listopadzie 1940 zamknięto warszawskie getto, urwał się kontakt listowny. Najdorf liczył, że jeśli dokona wielkiego wyczynu, napiszą o tym gazety z całego świata i liczna rodzina, także za murem, dowie się, że nadal żyje. Szachista pokonał 40 jednocześnie szachistów w grze „na ślepo”, czyli bez patrzenia na szachownicę. Rywale mówili mu o posunięciach na 40 szachownicach, on rozgrywając partie w głowie, odpowiadał. Nie wiedział, że kiedy bił rekord, warszawskie getto było już zlikwidowane. Zginęła cała rodzina. – Myślałem, że zwariuję, ale szachy mi pomogły. Szachy uczą przegrywać – mówił, gdy przedstawiał się już jako Miguel Najdorf.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Eddy Merckx. KanibalEddy Merckx. Kanibal
Autor: Daniel Friebie
Wydawnictwo: Veni Vidi Vici, 2013

Nawet nie chodzi o to, ile wygrał największy kolarz w dziejach, ale jak to robił.

A zwyciężał częściej, niż ktokolwiek inny. Na metę dojeżdżał pierwszy 525 razy. Ma na koncie wszystkie klasyki (oprócz Paryż-Tours), po 5 Tour de France i Giro d’Italia, jedną Vueltę a España i trzy mistrzostwa świata.

Eddy Merckx pożerał rywali i wygrane. Stąd tytułowy „Kanibal”. Potrafił rozpocząć skuteczną ucieczkę 150 km przed metą. Kiedy trzeba było, atakował tuż za linią startu i to na zjeździe. Zdarzało się, że nawet gdy miał w kieszeni wygraną w wieloetapowym wyścigu, uciekał na ostatnich, płaskich etapach. Ruszał środkiem drogi i odjeżdżał.

Nie miał litości nawet dla kolegów z drużyny. Ścigał się z nimi na lotnych premiach, nigdy nie pozwalał bezkarnie wygrać. Kiedy kolega pomagał mu wjechać na szczyt kończący etap, nie mógł liczyć, że Merckx puści go na metę, nawet, jeśli ten miał kwadrans przewagi w całym wyścigu. – Jestem to winny ludziom, którzy przyszli mnie obejrzeć – powtarzał.

Tylko w 1971 roku odniósł 45 wygranych. Przyjechał na metę pierwszy w niemal połowie startów. Kiedy w 1976 zajał 8. miejsce w Giro, była to jego najgorsza lokata w wielkim tourze od 7 lat. Kiedy przez kilka dni nie wpadł pierwszy na metę, był nieznośny dla otoczenia.

Choć był największą gwiazdą dyscypliny, to miał świadomość swoich ograniczeń. Wiedział, że rozmowy z nim nie są ciekawe. – Spędzam jedną trzecią życia na rowerze, jedną trzecią na stole masażysty i za kierownicą samochodu, a jednej trzeciej potrzebuję na sen. Za pięć lat, kiedy nie będę startował w wyścigach, będę miał czas na czytanie, chodzenie do kina i teatru czy na konferencje i wyobrażam sobie, że będzie mi się to bardzo podobało – mówił w czasie kariery.

Historia sprzed kilku dekad o dyscyplinie, którą lubię, ale jej na bieżąco nie śledzę, mocno mnie wciągnęła. Eddy Merckx współpracy przy tej książce odmówił. Daniel Friebie tka historię z opowieści rywali z peletonu. Wychodzi to sprawnie, książkę czyta się dobrze. Pisana jest z wielkim szacunkiem do Merckxa, ale nie brakuje krytycznych dla bohatera fragmentów – o trzech wpadkach dopingowych i niepotrzebnego przeciągania kariery. Bo choć kolarz wszech czasów zapowiadał, że zejdzie ze sceny w sile wieku, to nie potrafił porzucić marzeń o ciągłym wygrywaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.