W Kazaniu patrząc w oczy Ronaldo

Tytuł: Najważniejszy mecz Kremla
Autor: Roman Imielski, Radosław Leniarski
Wydawnictwo: Agora 2018

Jak na polską książkę o mundialu pomysł jest wywrotowy. Robert Lewandowski tu nie istnieje. Zamiast polecieć do Monachium, Roman Imielski i Radosław Leniarski pojechali pociągiem do Sarańska. Zamiast krążyć wokół Alianz Areny, spacerowali wokół Kurhanu Mamaja w Wołgogradzie. Trening Bayernu zamienili na oglądanie łagru. Nie ma w tej książce Adama Nawałki, jest za to syn Stalina.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Plan był prosty – pojechać do Moskwy, Kalinigradu, Petersburga, a przede wszystkim Kazania, Sarańska i Wołgogradu. W grudniu zebrać materiały, już zza biurka opisać tło (rozdziały o staraniach o organizację mundialu czy zorganizowany doping), a książkę wypuścić krótko przed mundialem. Dwójka doświadczonych dziennikarzy „Wyborczej” może zameldować wykonanie zadania. Efekt: reporterski styl, żywy język i mocne uderzenie w Rosję Putina.

Najlepiej wypadają rozdziały pisane na prowincji. Fragment o Sarańsku to perełka. Tam na konferencję prasową komitetu organizacyjnego miejscowi dziennikarze pojawili się minutę przed czasem. Niektórzy przyszli w kapciach, inni w podkoszulkach. Wszystkie redakcje mieszczą się w tym samym budynku, co lokalne władze. Mordowiński wicepremier nie usłyszał żadnego pytania. Dziennikarzy nie ciekawiło, czy stadion, na którym dwa tysiące robotników uwija się jak w ukropie, zostanie wybudowany na czas. Autorzy książki mieli większe problemy. W Republice Mordowii trafili na komisariat.

Fanaci, czyli rosyjscy kibole, do niedawna byli pupilkami władzy. Teraz ich były lider, który jeszcze na EURO 2012 był twarzą rosyjskich kibiców, popadł w niełaskę. Reporterom z Polski opowiedział, że zamiast uciekać przed OMON-em czerwiec i lipiec spędzi poza krajem. Warunek – musi mieć stempel w paszporcie. Celem przymusowych wakacji będzie łotweska Jurmała.

Kilka pomysłów jest łatwych do przewidzenia – w Petersburgu kręcimy się wokół Zenit Areny, a w Kaliningradzie bohaterem jest Dom Sowietów. W Moskwie  skupiamy się na historii Spartaka i Starostinów, inaczej opowiedzianej, niż w „Królach strzelców” Zbigniewa Rokity. Tutaj bracia, mimo trwającej wojny, za łapówki przekupywali rywali. Za to mieli dostać wyrok. Rosja w „Najważniejszym meczu Kremla” to kraj niezbadany, państwo łamania prawa, bezhołowia, ludzkiej niesprawiedliwości i miejsce, gdzie władza potrafi zdeptać człowieka jak robaka. Leniarski w jednym z wywiadów mówił wprost: przyznawanie organizacji wielkich imprez dyktaturom, krajom autorytarnym, które nie dbają o prawa człowieka jest skandalem. Mamy tu więc człowieka, który dba o miejsce śmierci Borysa Niemcowa, historie oligarchów i szczegółowy opis olimpijskiego oszustwa w Soczi. Tam Władimir Putin, przynajmniej krótkoterminowo, odniósł pełen sukces.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Piłkarska matematyka i dziennik turysty

Tytuł: Piłkomatyka. Matematyczne piękno futbolu
Autor: David Sumpter
Wydawnictwo: Copernicus Center Press, 2018

David Sumpter jako naukowiec liczył mrówki i budował tor dla szarańczy. Poszło mu na tyle dobrze, że modele matematyczne zastosował nie tylko sprawdzając zachowanie zwierząt w laboratorium, ale także piłkarzy w Lidze Mistrzów. Dość trudny egzamin zdał.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Profesor matematyki stosowanej z uniwersytetu w Uppsali ma pokaźny wynik cytowań w Google Scholar. Wcześniej pisał m.in. o tym, jak ludzie i zwierzęta działają w grupach, a po książce o piłce wziął się za stosowanie algorytmów w życiu. Przyznaje, że uwielbia abstrakcyjne piękno równań, ale wzory nie mają znaczenia dopóki nie mówią nic o rzeczywistości. Chodzi mu matematykę, która pokazuje analogie.

W „Piłkomatyce” Sumpter dowodzi, że wprowadzenie trzech punktów za zwycięstwo zgodnie z przewidywaniami sprzyja futbolowi ofensywnemu. Analizuje liczbę połączeń, a właściwie możliwości podania w schematach taktycznych węgierskiej Złotej Jedenastki, Interu z lat 60., Liverpoolu z lat 70. oraz Barcelony ery Pepa Guardioli. Analizuje, jak „tkał sieć” Nandor Hidegkuti i jak podania wymieniali Xavi oraz Iniesta. Wykorzystuje przy tym sieć śluzowca, organizmu grzybopodobnego. Porównuje ją do schematu sieci tokijskiego metra, a przy liczeniu wykorzystuje pierwiastek. Robi to nawet przekonująco, choć o trójkątach w sportach zespołowych wiele powiedzieli już Johan Cruyff i Tex Winter. Wniosek Sumptera – to, co poruszające się w ławicach ryby robią instynktownie, wychowankowie La Masii nauczyli się na boisku treningowym. Każdy uczestnik musi mieć poczucie przestrzeni i wiedzieć, co robią pozostali.

Na dłużej zatrzymałem się na wykresie z dynamiką klaskania. Chodzi o podziękowania np. na koniec wykładu. – Wniosek, w którym dana osoba przestaje klaskać, daje się 10 razy łatwiej przewidzieć na podstawie liczby innych osób, które przestały klaskać, niż na podstawie liczby wykonanych klaśnięć – pisze Sumpter. Oklaski porównuje do rozprzestrzeniania się meksykańskiej fali oraz przyśpiewek na trybunach.

Anglik pokazuje, że dorobki strzeleckie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego na wykresach wyglądają jak anomalie, pokazuje wpływ kąta wystrzelenia na trajektorię lobu z przewrotki. Na czynniki pierwsze rozbiera przy tym bramkę Zlatana Ibrahimovicia w meczu z Anglią. Kilka razy przykładów zabrało. Opisując Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego Sumpter posiłkuje się cytatami z „Odwróconej piramidy”. Już czytając książkę Jonathana Wilsona zastanawiałem się, ile meczów obejrzał autor, by rozpływać się nad matematycznymi podstawami współdziałania piłkarzy. Sumpter tym razem nie analizuje starych meczów. Zamiast tego prowadzi wywód o feromonowym śladzie mrówek. Wniosek – małe mrowiska nigdy nie odnoszą sukcesu, duże odnoszą go zawsze, ale sukces zależy od pracy wykonanej na samym początku. Porównanie dość karkołomne, ale pasujące do intelektualnej gimnastyki, jaką jest „Soccermatics”.

Tytuł: The Football Tourist
Autor: Stuart Fuller
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

„Współczesna piłka to gówno”, pisze w pierwszym zdaniu książki Stuart Fuller. Prawdziwy futbol znalazł w Spakenburgu, Libercu, Gandawie, Rzymie i na wyspie Wight. Czytelnika zabrał ze sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współczesną piłkę Fuller tak naprawdę kocha miłością ślepą. Nienawidzi za to angielskiej Premier League. Uważa, że komercjalizacja zabrała mu ligę, którą żył przez dekady. Z pomocą przyszły tanie linie lotnicze i internet, gdzie można znaleźć terminarze wszystkich lig oraz wskazówki, jak dojechać na każdy stadion na świecie. Skoro derby Londynu straciły swój urok, to dlaczego nie pojechać do Spakenburga? Niczym Manchester czy Mediolan, przez 50 tygodni w roku miasteczko żyje swoim rytmem. Kiedy przychodzą derby, napięcie rośnie. Rzecz w tym, że w Spakenburgu meczem żyją niemal wszyscy mieszkańcy, a wielkich aglomeracjach zdecydowana mniejszość.

W książce znalazła się też Wooge, jak Anglicy zapisali fonetycznie miasto, w którym obejrzeli mecz Widzewa. Choć pomysł grudniowej wyprawy nad Wisłę Fuller ocenił jako „kuriozalny” i „autorstwa szaleńca”, to piłkarska Polska zebrała pochwały. „Jeśli zależy ci na tanich biletach, dobrej atmosferze i starych stadionach, Polska jest dla ciebie. Jeden weekend, dwa mecze, trzy bramki, cztery pyzy, pięciogwiazdkowe hotele, sześć taksówek, siedem autobusów o tramwajów oraz ok. miliona piw za mniej, niż 150 funtów”.

Lepiej Fuller ocenił tylko Niemcy, groundhopperski raj. W Zagłębiu Ruhry meczów jest mnóstwo, tanie bilety dostępne dla każdego chętnego umożliwiają bezpłatny transport w całym landzie, a mecz jest zarówno wielkim rodzinnym wydarzeniem, jak i okazją, żeby napić się piwa i wykrzyczeć na trybunie. Fuller nie jest wybitnym reporterem, ale zainteresowani grodndhoppingiem książkę przeczytają z zainteresowaniem. Razem z autorem wstajemy o 4. rano, lecimy samolotem Ryanaira, tłuczemy serbskim pociągiem i ciasną taksówką. Trochę za dużo tu opowieści o kolejnych barach i przygodach znajomych. Na blogu, który już tu wychwalałem, Fuller potrafi rzucić świetne historyczne tło, dogłębnie wytłumaczyć zawiłe czasem zaszłości. W książce więcej o cenach piw i smaku kurczaka w lokalnych fast foodach.

Wyszła już druga część „Piłkarskiego turysty”. Fuller opowiada, jak wszyscy na stadionie czekali na sędziego, który utknął na granicy Gibraltaru z Hiszpanią i dlaczego zgubił się w Hongkongu. Nic nie wskazuje na to, żeby podczas pisania opuściła go groundhoppingowa pasja. Namówił mnie na kupno drugiej części, podobnie jak na derby Spakenburga.

Wpisy o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Boisko w cieniu polityki

Tytuł: Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium
Autor: Zbigniew Rokita
Wydawnictwo: Czarne, 2018

Od pierwszego meczu w Petersburgu do upadającego na ziemię Mikołaja II. Dalej Ławrientij Beria i syn Stalina w pojedynku, którego ofiarą jest trener. Przeplatając sport i historię, Zbigniew Rokita wybrał osiem momentów, pokazujących, co się stało z Europą Środkową przez ostatnie 100 lat.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W czasach wielkiej czystki Spartak braci Starostinów rzucił wyzwanie Dynamu. Za o wiele mniejsze przewinienia Ławrientij Beria jednym podpisem likwidował całe rodziny. Nikołaj, Andriej, Piotr, a potem Aleksandr trafili do więzienia. Za grupową agitację antysowiecką, bracia dostali 10 lat łagru. Mieli szczęście. Zostali rozdzieleni, ale do dyrektorów obozów dotarła ich piłkarska sława. Trzech z braci w czasie wyroku trenowało miejscowe drużyny Dynama.

Po Nikołaja Starostina zgłosił się Wasil Józefowicz Stalin, syn najważniejszej osoby w państwie. Chciał, żeby poprowadził jego moskiewski klub. Starostin znów podpadł Berii, bo jako były więzień miał zakaz osiedlania się w stolicy. Dla politycznych graczy był tylko pionkiem i znów zapłacił za to cenę. Ostatecznie najsłynniejszy z braci Starostinów przeżył nie tylko Berię i syna Stalina, ale też ZSRR.

To najlepszy rozdział książki. Nie wszystkie są tak świeże. Zbigniew Rokita nie napisał nic nowego ani o Erneście Wilimowskim, ani o słynnym meczu piłki wodnej między Węgrami a ZSRR na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne w 1956 roku. Dobrze czyta się inny niepiłkarski fragment – opowiastkę o koszykarskiej Litwie.

Zbigniew Rokita (ur. 1989), zawodowo zajmuje się światem poradzieckim. Jest redaktorem dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”, pisał w „Polityce”, czy „Tygodniku Powszechnym”. Dość łatwo można rozpoznać, w jakich tematach autor czuje się pewnie. O Górskim Karabachu wychodzi mu płynna opowieść. Kiedy wspomina o współczesnej piłce, wkracza na nieznany sobie teren i tempo spada.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Górnik Zabrze: Opowieść o złotych latach
Autor: Paweł Czado
Wydawnictwo: Agora, 2017

Wbrew tytułowi to nie jest fragment historii klubu. Paweł Czado przejechał tysiące kilometrów, spędził setki godzin w archiwach i spotkał się z kilkudziesięcioma byłymi piłkarzami oraz ich rodzinami, by napisać o ludziach.

Zobacz także: Z wizytą przy Roosevelta. Koguty pana Leona

Piłkarze Górnika występowali w pierwszych telewizyjnych show, śpiewały o nich gwiazdy estrady. Czado opisuje boje w Rzymie, Pradze, Manchesterze, czy Wiedniu. W książce są barwne anegdoty, klimat epoki, mecze, które zmieniły historie. Wszystko na swoim miejscu. Ale najciekawsze są tu historie zapomnianych piłkarzy. Niepowiedziane wcześniej zdarzenia, w które dziś trudno uwierzyć.

O poprzedniej książce Pawła Czado „Piechniczek. Tego nie wie nikt”, czytaj tutaj.

Do najlepszych rozdziałów w książce należy ten, który ją otwiera. Żeby napisać o Józefie Kaczmarczyku, autor wybrał się na zabrzańskie Zaborze. Wiedział jedynie, że wdowa po bramkarzu prawdopodobnie mieszka niedaleko. Wypytywał na ulicy, poszedł też do spółdzielni mieszkaniowej. Tam odmówiono mu informacji zasłaniając się ochroną danych. Ktoś usłyszał jego rozmowę i przekazał numer telefonu nie będąc nawet pewnym, czy chodzi o tę samą osobę.

Józef Kaczmarczyk debiutuje w Górniku w 1949 roku. Po kilku latach, jako mistrz Polski, zaczyna się upominać o pożyczkę. Taką samą, jaką dostali koledzy. Po odmowie psioczy na działaczy i Miejską Radę Narodową. Klub skreśla go z listy członków. Zostaje uznany za „renegata i prowokatora”. Dalej to już lawina. Sprawą zajmuje się milicja – rewizja, pytania o niemieckie mapy i listy z RFN.

– Mąż wróci za godzinę – usłyszała od milicjantów Zuzanna Kaczmarczyk, gdy funkcjonariusze zabierali męża. Wrócił po dwóch latach. W aktach zarzutów jest sporo. Mówienie po niemiecku, porównywanie ofert w sklepach w PRL i RFN, pisanie gotykiem. Podobno mówił nawet, że w Niemczech są lepsze zapałki. Po wyjściu na wolność pracował jako górnik dołowy. Zmarł w 1991 roku. Pawłowi Czado historię męża, Zuzanna Kaczmarczyk, opowiedziała 25 lat później.

Kryształowy Pałac zaliczony

Selhurst Park

Każdy istniejący stadion Archibalda Leitcha to małe arcydzieło. Nawet jeśli z planów szkockiego architekta niewiele do dziś zostało.

O Londynie pisałem już m.in. przy okazji wizyt na najstarszej piłkarskiej trybunie na świecie,  w pubie, gdzie ustalono reguły piłki nożnej, stadionie Arsenalu i meczu najbardziej hipsterskiej drużyny w mieście.

Niedawno byłem pod Selhurst Park, z mapą w ręku szukałem już miejsca, gdzie stał Kryształowy Pałac, który dał początek klubowi, a także stadion, gdzie rozgrywano finały FA Cup. Tym razem udało mi się zajrzeć na trybunę w czasie juniorskiego meczu. Jednego z dwóch, jakie w piątkowy wieczór rozgrywano w Londynie. Zainteresowanie jak na FA Youth Cup, czyli spotkanie 18-latków, całkiem spore.

Selhurst Park

Na ścianie baru na stadionie komentarz Johna Motsona (tak, tego z gry FIFA), z półfinału FA Cup w 1990 roku. Crystal Palace po dogrywce wygrało 4:3 z Liverpoolem.

Selhurst Park

Tymczasowo grały tu też inne londyńskie kluby – Charlton i Wimbledon. Obiekt został otwarty w 1919 roku. Stadion, a właściwie trybunę, zaprojektował Archibald Leitch, autor takich arcydzieł, jak m.in. Anfield, Goodison Park, Ibrox (co za widoki), czy Villa Park.

Rekord frekwencji to 50 tys. kibiców, ale obecna pojemność to 26 tys. Na meczach ligowych stadion jest zazwyczaj pełen.

Millwall

old den

Niepozorne miejsce w londyńskim New Cross.Stadion The Den, nazywany dziś The Old Den, istniał w tym miejscu od 1910 do 1993 roku. Chuligańska sława ciążyła Millwall tak bardzo, że wraz ze zmianą stadionu władze klubu sondowały zmianę nazwy klubu. Udał się tylko ten pierwszy manewr, ale przeprowadzka nie była daleka, raptem o ćwierć mili.

The Den, Millwall

Dwa zakręty od starego The Den, widać nowy stadion, pierwszy w Anglii w całości siedzący stadion, po Hillsborough i Raporcie Taylora. Nie rozegrano tu jeszcze meczu Premier League, ale w 2017 roku Milwall awansowało do Championship, więc najwyższa liga jest najbliżej od lat.

The Den, Millwall

The Den, Millwall

Klubowy pub, z którego w tygodniu korzystają głównie pracownicy pobliskiej budowy.

The Den, Millwall

Jeszcze niedawno wydawało się, że Milwall będzie musiało się przenieść. Duży deweloper proponował przebudowę całej okolicy. Zaprotestowali mieszkańcy i samorząd. Wśród argumentów: niejasne pochodzenie kapitału oraz wartość, jaką jest klub. Głos zabrał nawet burmistrz Londynu.

The Den, Millwall

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion finału mundialu, dziś piąta liga

Racing Paryż

Mecz Racingu Paryż, w tle Stadion Olimpijski Colombes

To tutaj Włosi zdobyli mistrzostwo świata, lekkoatleci walczyli o olimpijskie medale, a Sylvester Stallone bronił strzały nazistów. Dziś paryski stadion Colombes należy do drużyny z piątej ligi.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Tej historii na stadionie nie widać. Lekkoatletyczna bieżnia, spore trybuny, wokół kilka boisk treningowych, w oddali nieciekawe budynki. To tutaj odbył się jeden z najsłynniejszych biegowych pojedynków. Rywalizację Harolda Abrahamsa i Erica Liddella uwieczniono w filmie „Rydwany ognia”. W 1938 w Colombes rozegrano finał piłkarskiego mundialu. Mistrzostwo świata, w okolicznościach ocenianych dziś jako mocno podejrzane, zdobyli Włosi. Ranga stadionu spadła, gdy w latach 70. odnowiono Parc des Princes.

Racing Paryż

Racing Paryż

Na Stade Olympique Yves-du-Manoir (patron był rugbystą) wybrałem się w zimową sobotę. Popełniłem błąd w przygotowaniach, bo byłem przekonany, że z trybun obejrzę oficjalny mecz. Jak się okaało, piątoligowy dziś Racing Club de France football Colombes 92 mecze rozgrywa tuż obok. Upewniałem się jeszcze zadając niemądre pytania.

– Nie gracie na dużym stadionie? – zagadnąłem na chwilę przed meczem kibica Racingu 92. Pytanie trochę głupie. Wejście darmowe, przy bramie skład gości wypisano na kartce długopisem. Mistrz Francji z 1936 roku gra na poziomie amatorskim, pod trybunką na rezerwowym stadionie, próbowało się rozgrzać niecałe sto osób. Do tego trzyosobowy młyn.
– Nie opłaca się, ale jak się uprzesz, dasz radę obejrzeć mecz z Olimpijskiego – usłyszałem. Przedarłem się przez tunel dla zawodników i faktycznie, dało się. Stadiony oddziela niewysoki płot.

Racing Paryż

Racing Paryż

Racing to pięciokrotny zdobywca Pucharu Francji. Dziś wegetuje. W klubowych kronikach przewijają się takie nazwiska, jak David Ginola, Pierre Littbarski, czy Enzo Francescoli. Stadion w wersji sprzed kilku dekad można oglądać w filmie „Uczieczka do zwycięstwa”, gdzie drużyna z Sylvestrem Stallone, Deyną i Pele w składzie walczyła z nazistami.

Racing Paryż

Racing Paryż

Stade Olympique de Colombes, w tle mecz Racingu

Stade Olympique de Colombes, w tle mecz Racingu

Stade Olympique de Colombes

Stade Olympique de Colombes

Stade Olympique de Colombes

Stade Olympique de Colombes

Olimpijska historia stadionu w Colombes powiększy się o kolejny rozdział, bo w 2024 roku swoje mecze mają tu rozgrywać hokeiści na trawie. Głównym obiektem będzie Stade de France.

Więcej o stadionach finałów mistrzostw świata pisałem przy okazji wizyt w Londynie, Monachium i Berlinie.

Stadion przy barcelońskiej plaży

Barceloneta

Club de Fútbol Barceloneta. Boisko między Parlamentem Katalonii i plażą.  Wciśnięte między wieżę ciśnień i szklany biurowiec, w dzielnicy, do której turyści wybierają się, by spróbować owoców morza.

Przy okazji ostatniej wizyty w Barcelonie pisałem o węgierskim barze, wyborach w Katalonii oraz hokeistach na wrotkach. Wcześniej m.in. o poprzednich stadionach FC Barcelony i Espanyolu oraz meczu w Badalonie

Barceloneta była dzielnicą rybaków i marynarzy. Industrializacja dotarła tu w XIX wieku, ale wciąż był to rejon cieszący się złą sławą. Zmiany przyniosły inwestycje związane z Igrzyskami Olimpijskimi w 1992 roku. Teraz to po Rambli główne miejsce, w którym tłumy turystów chcą spróbować owoców morza. Sporo tu jachtów i nocnych klubów. Jedna z głównych atrakcji to Złota Ryba, instalacja Franka Gehry’ego.

Barceloneta

Muzeum Barcelonety, malutkiego klubu, to jedna sala. Stuletnia tradycja dzielnicowego klubu wciśniętego między wieżę ciśnień i biurowiec musi się podobać.

Barceloneta

W zeszłym roku Barceloneta spadła z trzeciej do czwartej ligi katalońskiej, czyli na ósmy poziom ligowej piramidy. Klub czerpie zyski z wynajmu sztucznej murawy, która jest użytkiwana niemal bez przerwy.

Barceloneta

Barceloneta

Barceloneta  

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Niepozorne budynki niedaleko plaży to lekko przebudowana wioska olimpijska z 1992 roku.

Jeszcze bliżej plaży. Niewielki stadion rugby z bieżnią, La Mar Bella. Trybun oddziela od piachu tylko ścieżka.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Wimbledon, historia jak z Football Managera

AFC Wimbledon, Kingsmeadow

Punkt obowiązkowy dla każdego groundhoppera i jedna z najczęściej opisywanych historii w klubowej piłce. AFC Wimbledon, klub jak z Football Managera.

O Londynie pisałem już m.in. przy okazji wizyt na najstarszej piłkarskiej trybunie na świecie,  w pubie, gdzie ustalono reguły piłki nożnej, stadionie Arsenalu i meczu najbardziej hipsterskiej drużyny w mieście.

Na mecz odrodzonego Wimbledonu wybierałem się kilkakrotnie. W końcu się udało. Klub stworzony przez kibiców, dziś w League One, to jedna z najbardziej inspirujących i najczęściej opisywanych piłkarskich historii. Każdy słyszał, wpis więc krótki.

AFC Wimbledon, Kingsmeadow

W klubowym budynku dedykacja od Vinniego Jonesa, legendy Wimbledonu. Po drugiej stronie hallu tablica z największymi osiągnięciami. Od razu przy wejściu, żeby nikt nie miał wątpliwości, że AFC jest spadkobiercą tradycji Wimbledon Football Club.

AFC powstał po przeniesieniu drużyny do Milton Keynes. Historia przemaglowana już sto razy, zna ją każdy czytelnik tego bloga. Latem 2002 o spotkaniu, na którym zawiązał się nowy klub tak informował „The Guardian”. Sprawę przedyskutowano w Fox and Grapes, czyli pubie, w którym piłkarze Wimbledonu przebierali się w 1889 roku.  W 15 lat AFC z dziewiątego poziomu piłkarskiej piramidy dotarł na trzeci. Pozostaje jedną z największych inspiracji ruchu „fan-owned clubs”.

AFC Wimbledon, Kingsmeadow

W Londynie odwiedzałem już miejsce po stadionie Plough Lane. Dziś drużyna gra na Kingsmeadow. Po kilku latach kibice AFC wynajmowany do tej pory obiekt  kupili od Kingstonian. Niedawno właścicielem została Chelsea. Na Kingsmeadow gra już kobiecy zespół tego klubu. A Wimbledon wróci do korzeni, do dzielnicy Merton. Nowy stadion zostanie zbudowany na 11 tys. osób.

 AFC Wimbledon, Kingsmeadow

W kilku miejscach na świecie grają w piłkę lepiej, ale klimat na angielskich stadionach, szczególnie poza Premier League, jest niepowtarzalny. Na Wimbledonie mogłem odhaczyć wszystkie punkty.

Od rana mżawka, wszystkie bary wokół stadionu pełne, mecz w sobotę o 15.00, bo o tej godzinie sto lat temu robotnicy wychodzili z fabryki, trybuna stojąca za bramką, zawodnicy przypakowani bardziej, niż w Ekstraklasie, pierwsze podanie po wznowieniu wykopane na trybunę, każdy wślizg to owacja, rzut rożny traktowany jako pół gola, przyśpiewki na melodię znanych hitów, z ‚Yellow Sumbarine’ włącznie. Wimbledon-Blackpool 2:0.

AFC Wimbledon, Kingsmeadow

Piłkarze Wimbledonu grają z reklamą Football Managera, bo tylko tam możliwe są takie historie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Piłka rodziła się na tym okrągłym stadionie

The Oval, Londyn

Londyński The Oval to mekka krykiecistów, ale pierwsze kroki stawiał tutaj także futbol. Na tym stadionie rozegrano pierwszy w historii nieoficjalny mecz międzynarodowy oraz finał pierwszej edycji FA Cup, najstarszych rozgrywek na świecie.

O Londynie pisałem już m.in. przy okazji wizyt na najstarszej piłkarskiej trybunie na świecie,  w pubie, gdzie ustalono reguły piłki nożnej, stadionie Arsenalu i meczu najbardziej hipsterskiej drużyny w mieście.

Mecz Anglia – Szkocja przesunięto o dwa tygodnie z powodu zamrożonego boiska. Udało się go rozegrać 5 marca 1870 roku. W przerwie, przy bezbramkowym wyniku, zastosowano nowinkę – drużyny zmieniły strony. Anglicy posłali bramkarza do gry w polu i stracili bramkę. Wyrównali w 89. minucie. Nieźle zagrał William Henry Gladstone, syn ówczesnego premiera. Składy są znane, ale ustawienie już nie. Wiemy za to, że w kolejnych meczach stawiano na ówczesny standard 1-1-8.

The Oval, Londyn

Anglicy zmierzyli się ze Szkotami na krykietowym stadionie The Oval. Dla futbolu to były pionierskie czasy. W ciągu dwóch lat w Londynie rozegrano pięć spotkań tych dwóch drużyn. FIFA nie uznaje ich za międzynarodowe mecze, bo zespół gości tworzyli Szkoci pracujący w stolicy Wielkiej Brytanii. Jako pierwszy oficjalny mecz reprezentacji wielu kwalifikuje dopiero rewanż w Glasgow. Piłkę kopano na krykietowym boisku Hamilton Crescent.

Angielska reprezentacja rozegrała na The Oval w sumie 15 meczów (w tym 5 nieoficjalnych). Wszystkie ze Szkocją lub Walią.

The Oval, Londyn

Metrem dojedziemy pod sam stadion. Trybuna The Oval przypomina najładniejsze brytyjskie obiekty – Craven Cottage, czy Ibrox Park. Rozegrano tutaj pierwszy finał FA Cup, najstarszych klubowych rozgrywek. W 1872 roku Wanderers F.C. (drużyna z Londynu) pokonali Royal Engineers A.F.C. 1:0. Finały FA Cup rozgrywano tutaj do 1892 roku. Krótko później areną stał się stadion nieistniejący stadion Crystal Palace (więcej o nim tutaj).

The Oval, Londyn

Na murze uwieczniono krykiecistę Leonarda Huttona, który grał dla Anglii przez ponad 20 lat i ludzi, którzy wpłacali pieniądze na ratowanie obiektu.

 

Tuż obok The Oval znajduje się Kennington Park. Razem ze stadionem teren stanowił kiedyś część Kennington Common. Mecze piłkarskie rozgrywało tutaj The Gymnastic Society. Niektórzy owo towarzystwo gimnastyczne klasyfikują jako pierwszą w historii drużynę piłkarską. Spotkania, według reguł sprzed powstania Football Association, rozgrywano jeszcze w XVIII wieku. Jednym z ostatnich meczów, w 1789 roku, był pojedynek dżentelmenów z Westmoreland i Cumberland. Stawką było 1000 gwinei.

Na terenie Kennington Common wciąż można pograć w piłkę. Wynajęcie na godzinę sztucznej murawy, do gry 11 na 11, kosztuje 99 funtów. Na zdjęciu laskarze.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pocztówka z Bremy

stadion Brema

Droga z samego centrum Bremy pod stadion zajmuje 20 minut. Spacer wzdłuż rzeki stawia Weserstadion w gronie tak pięknie położonych stadionów, jak Craven Cottage, Tolka Park, Hillsborough, Vicente Calderon, czy City Ground w Nottinhgam.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion położony nad samą Wezerą zobaczyłem przy okazji wypadu do Hamburga. Pomógł Flixbus. W drodze na Weserstadion mijałem grupki imprezowiczów. Każda z nich ciągnęła za sobą drewniany wózek, na którym oprócz grającego radia znajdował się spory zapas alkoholu. Wszystko było przepasane świecącymi się lampkami. Każdy uczestnik na szyi nosił zawieszony kieliszek.

stadion Brema

Pierwsze drewniane trybuny stanęły w tym miejscu w 1909 a właściwy stadion w 1926 roku. Nowoczesny obiekt zyskał obecny kształt niedawno, w 2011 roku.

Studenci, którzy zakładali klub w 1899 roku, sięgnęli po rzadko używany regionalizm. Słowo Werder oznacza rzeczny półwysep. Dokładnie taki, na jakim kopali piłkę.

stadion Brema

stadion Brema

Brema.

Pomnik muzykantów z Bremy, bohaterów baśni braci Grimm, jeden z symboli miasta. Osioł, pies myśliwski, kot i kogut poszukiwały nowego domu.

„Po długiej podróży dotarły do samotnej chaty. Ustawiły się jedno na drugim pod jej oknem, w ten sposób odkryły, że w środku ucztowali zbójnicy. Osioł zaczął ryczeć, pies szczekać, kot miauczeć a kogut piać. Następnie wszyscy czworo wpadli do izby. Wystraszeni rozbójnicy uciekli, a zwierzęta zamieszkały w ich chacie”.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jak nie zobaczyłem meczu w Andorze

Stadion w Andorze

Śnieg w Andorze spowodował radość u niemal wszystkich turystów. Byłem więc wyjątkiem. Przez śnieg tego dnia nie grano w piłkę, a Andora nie stała się 36. krajem, w którym zobaczyłem piłkarskie spotkanie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Do Andory wyruszyłem z Barcelony. Wycieczka była zaplanowana na jeden dzień. Autobusowa podróż w dwie strony kosztuje 50 euro. Wybrałem więc blablacar. Dotarłem bez problemów.

Z centrum stolicy ruszyłem do Encamp. Miejskim autobusem przejechałem 3 kilometry i wysiadłem przed samym boiskiem Prada de Moles. Czas i miejsce się zgadzały. Ale choć mecz miał się zacząć za kilkanaście minut, na boisku była tylko jedna osoba. Właśnie zaczynała odśnieżanie.

Przed wyjazdem wszystko dokładnie sprawdziłem. O 12.00 FC Encamp miał grać z Lusitans.
– Czemu nikt nie gra? Nie powinno być teraz meczu? – pytam odśnieżającego, jedyną osobę w okolicy.
– Przeniesiony z powodu pogody.
– Na kiedy?
– Pewnie na przyszły rok. Przyjedziesz? Daleko masz do Andory?
Potem sprawdziłem. W linii prostej 1700 km.

Na przystanku przy boisku Encamp wisi plakat zapraszający na mecze MoraBanc Andorra. W drużynie występującej w hiszpańskiej lidze gra Przemysław Karnowski.

Andora. W oddali reflektory stadionu narodowego.

Reprezentacja Andory istnieje od 1996 roku. Ma na koncie pięć zwycięstw. Obecnie gra w Andorze, ale wcześniej podejmowała też rywali w Barcelonie – na Stadionie Olimpijskim oraz Mini Estadi.

Najlepsi piłkarze Andory, choć grają u siebie, to rywalizują w hiszpańskich rozgrywkach. Na 5. poziomie ligowym Hiszpanii występuje FC Andorra.

W 2017 roku piłkarze Andory odnieśli aż dwa zwycięstwa. To był ich najlepszy rok w historii. Towarzysko pokonali San Marino, ale do prawdziwej sensacji doszło latem, w eliminacjach do mundialu. Piłkarze z Andory wymienili zaledwie 44 celne podania, ale pokonali u siebie Węgry 1:0.

Za najlepszego swojego zawodnika w historii mieszkańcy Andory uznają bramkarza Koldo. Przez cztery lata w Atletico Madryt nie zdołał zadebiutować w pierwszym zespole. Miał problemy z wywalczeniem sobie miejsca w rezerwach. Najbardziej znanym piłkarzem z Andory jest Albert Celades, który zgarniał puchary w Barcelonie i Realu Madryt. Jako młody zawodnik wybrał grę dla Hiszpanii i dla Andory nigdy nie wystąpił.

 

Estadi Comunal d’Andorra la Vella, stadion na 1300 osób. Największy w Andorze. Idąc dalej dalej na wschód, doszedłem do Santa Coloma. Tego dnia na boisku narodowego związku – Centre d’Entrenament, miały zostać rozegrane trzy mecze ekstraklasy. Z powodu pogody nie rozegrano żadnego. Górski naród, żyjący m.in. z narciarstwa, poddał się, gdy spadło kilka centymetrów śniegu.

Centrum miasta Andora.

Centrum miasta Andora.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Złota Jedenastka w Barcelonie

250 metrów od Camp Nou znajduje się bar, w którym czczeni są wielcy zawodnicy sprzed lat. Ze ścian spoglądają zawodnicy, których właściciele baru czczą jako narodowych bohaterów. Wszyscy są Węgrami.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Jeśli jesteś Węgrem i zakładasz bar sportowy w Barcelonie, 250 metrów od Camp Nou, to jaką drużynę eksponujesz, jaki mecz wspominasz i komu robisz ołtarzyk? Poprawne odpowiedzi: węgierska Złota Jedenastka, 3:6 na Wembley (Anglia-Węgry) i Ferenc Puskás.

Gości w Footballarium, przy Carrer de Benavent 7, wita z ulicy wizerunek Ladislao Kubali, ale w środku hierarchia jest jasna. Kubala wiadomo, był wielki, ale prawdziwy numer jeden to Ferenc Puskás. W cieniu Camp Nou osobne miejsce ma więc legenda Realu Madryt.

W zeszłym roku śladami najsłynniejszego Węgra podążałem w Budapeszcie, gdzie ma pomnik, popiersie, tablicę, mural, ulicę, stadion, a w sklepach osobne stoiska z pamiątkami. Nie zapominają o nim także Węgrzy na emigracji.

Właściciele Footballarium, Peter Buki i Erika Beke, założyli bar w 2014 roku. Peter piłkarskie koszulki i szaliki zbierał przez blisko trzy dekady. W menu potrawy katalońskie i węgierskie, ale gdy wpadłem do baru na kawę, byłem jedynym gościem niemówiącym po węgiersku.

Koszulki, szaliki i wycinki gazet można oglądać bez końca. Do picia m.in. palinka (owocowa brandy) i węgierskie likiery – Unicum i Hubertus.

Footballarium. Przy okazji meczu na Camp Nou punkt obowiązkowy.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

W tym sporcie Katalończycy są najlepsi

FC Barcelona hokej na wrotkach

W Barcelonie obejrzałem mecz najlepszej drużyny w historii dyscypliny. Z piłką zawodnicy radzili sobie wyśmienicie, ale prawdziwy podziw wzbudziła ich jazda na wrotkach.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Zasady? Czterech w polu plus bramkarz. Ten ostatni ma najgorzej. Obładowany ochraniaczami głównie klęczy. Zasłania niemal całą bramkę, więc wstrzelenie gumowej piłki do bramki nie jest proste. Atak fizyczny na rywala jest zakazany.

W środę o godz. 13.00 na ligowy mecz hokeistów Barcelony z Igualada HC przyszło kilkaset osób. Kilkanaście wspierało gości, zespół z katalońskiego miasteczka.

Dla Katalończyków to sport tak ważny, że kiedy w 1992 mieli okazję wsadzić do olimpijskiego programu dyscyplinę pokazową, wybór był oczywisty. W czterech katalońskich miastach rywalizowali hokeiści (pozostałe dyscypliny pokazowe to baskijska pelota i taekwondo). Wygrali Argentyńczycy przed Hiszpanami i Włochami. W finale w Palau Blaugrana potrzebna była dogrywka.

Są dwie wersje hokeja w wersji letniej. Ta wrotkowa, w którą grają Katalończycy, to w Niemczech rollhockey, we Francji rink hockey, a w USA hardball hockey. Z kolei odmiana przypominająca hokej na lodzie, gdzie zawodniczy jeżdżą na rolkach, znana jest jako ball hockey, inline hockey, roller hockey albo longstick hockey. Osobna historia to hokej na trawie, gdzie zawodnicy po prostu biegają.

Najbardziej utytułowane drużyny na świecie to Hiszpania (16 mistrzostw świata), Portugalia (15) i Argentyna (5). Gra jest na tyle szybka, że jeśli to możliwe, mecze rozgrywa się na boisku z jasną nawierzchnią. FC Barcelona gra w Palau Blaugrana. Z tego samego parkietu korzystają szczypiorniści, koszykarze i futsalowcy.

   

Zawodnicy z herbem FC Barcelony zaczęli jeździć na wrotkach w latach 40. W latach 70. i 80. Blaugrana regularnie wygrywała ligę hiszpańską. W ciągu dekady Katalończycy zgarnęli 10 Pucharów Europy. Dziś mają ich w gablocie 21, do tego 17 Pucharów Kontynentalnych (drugi pod względem ważności europejski puchar) i 28 mistrzostw kraju.

Wrażenia? Polecam członkom penyi, bo wejście jest darmowe. O ile na koszykówkę, piłkę ręczną i być może futsal, do Palau Blaugrana jeszcze się wybiorę, to hokeistów odpuszczę. Gra jest całkiem szybka, ale niczym mnie nie zaskoczyła. Mecz hokeistów Barcelony w europejskich pucharach można zobaczyć poniżej.

Tuż obok Palau Blaugrana, w ‚Pista de gel’ można pojeździć na łyżwach. FC Barcelona ma też amatorską drużynę hokeistów na lodzie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Powyborcza kupa w Katalonii

Oriol Junqueras uważa, że nie ma żadnych przeciwwskazań, by po ewentualnej wygranej w czwartkowych wyborach został zaprzysiężony na premiera Katalonii. Wypowiedzi udzielił telefonicznie, z więziennego korytarza. Dalej ze swojej celi oddalać mu się nie wolno.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Demonstracje, łopoczące senyery, plakaty w oknach, transparenty na balkonach i żółte wstążki wpięte w kurtki. Tak wyglądała Katalonia podczas mojego tygodniowego wypadu na początku grudnia. Nawet na meczu hokeja na wrotkach za bramką w Palau Blaugrana wisiał napis „Llibertat Presos Polítics” (Uwolnić więźniów politycznych). Na czwartkowe wybory wybiera się 82 proc. Katalończyków.

Most Eiffla w Gironie.

Żółte wstążki, symbol solidarności z aresztowanymi katalońskimi politykami, najbardziej rzucały mi się w oczy w Gironie. Z tego miasta pochodzi były premier Carles Puigdemont, który przed aresztowaniem uciekł do Belgii. Żółtymi wstążkami obwiązano m.in. Most Eiffla, jeden z symboli Girony.

– Moi znajomi w kwestii niepodległości kilka lat temu byli podzieleni po połowie. Teraz większość jest za – opowiadał mi Filip, Polak, który od kilku lat mieszka na barcelońskiej Gracii. W sporadycznych wpisach na blogu opisuje nastroje wśród zwykłych ludzi. – Wbrew temu co często czytam w internecie, nie jest to tendencja zapoczątkowana przez burżuazję i elity finansowe i partie polityczne, tylko przez organizacje i samo społeczeństwo, które w 2012 roku po masowej demonstracji z okazji Diady zmusiło wręcz rządzącą katalońską centroprawicę z Convergencia i Unió (CiU) do opowiedzenia się za niepodległością – tłumaczy.

Ściana przy jednym z placów w barcelońskiej dzielnicy Gracia.

Oriol Junqueras lider lewicowej, proniepodległościowej partii Esquerra Republicana (ERC) od półtora miesiąca siedzi w podmadryckim więzieniu. Jego partia ostatnie przedwyborcze eventy organizuje pod murami więzienia. Junqueras, były europoseł, a ostatnio wicepremier Katalonii, został tymczasowo aresztowany razem z grupą innych byłych ministrów katalońskich pod zarzutami m.in. wszczęcia buntu. Polityk udzielił wywiadowi stacji radiowej RAC 1. Stwierdził, że nie ma widzi przeciwwskazań, by po wygranych wyborach został zaprzysiężony na premiera. Ale w pisemnej wypowiedzi dla Reutersa łagodził ton. Ogłosił, że on i jego współpracownicy są przede wszystkim demokratami, a separatystami w drugiej kolejności.

18. min. meczu FC Barcelony na Camp Nou. Kiedy zegar pokazuje 17:14 kibice krzyczą „I-inde-independència”.

Na barcelońskich ulicach moją uwagę zwróciła duża liczba plakatów partii Ciudadanos (Obywatele). Kandydaci trzymają serce, a w nich symbole Katalonii, Hiszpanii i Unii Europejskiej. Ciudadanos poparli zawieszenie lokalnego samorządu przez rząd w Madrycie w październiku. W Hiszpanii partia odbiera wyborców Partido Popular. Niewykluczone, że na Obywateli zagłosuje 25 proc. Katalończyków.

Niewykluczone, że wynik wyborów będzie nierozstrzygnięty. Partie chcą niepodległości mają bardzo podobne poparcie, jak antyseparatystyczne. Rozgrywającym może być Catalunya en Comu (Wspólna Katalonia), czyli katalońska wersja Podemos, pierwowzoru polskiej partii Razem.

Girona

Centrum Girony.

Z aresztu na 25. rocznicę ślubu nie wyjdzie kolejny polityk, Jordi Sanchez. Sąd stwierdził, że „istnieje ryzyko, że na mógłby doprowadzić do gwałtownej mobilizacji publicznej”. Jest przecież oskarżony o rebelię, nawoływanie do nieprzestrzegania prawa i sprzeniewierzenie publicznych pieniędzy. Głosowa wiadomość od Sancheza została puszczona na partyjnym wiecu. W konsekwencji został odcięty od kontaktu z rodziną.

Część katalońskich polityków została zwolniona za kaucją. Carles Puigdemont decyzją hiszpańskiego Sądu Najwyższego nie jest już ścigany Europejskim Nakazem Aresztowania, ale zostanie aresztowany, jesli wróci do Hiszpanii. Media spekulują, że Puigdemont może to zrobić, by poprawić wynik wyborczy proniepodległościowej listy Junts pel Si (Razem na Tak).

Polityczne plakaty podczas bożonarodzeniowego jarmarku przed barcelońską katedrą.

Wiadomo, że po wyborach w Katalonii będzie kupa. I nie chodzi nawet o powyborczy pat. Do defekacji nawiązują bożonarodzeniowe katalońskie tradycje. Charakterystyczne figurki, caganery, symbolizują m.in. równość, bo kupę musi robić każdy. W sklepach można kupić figurki ludzi ze świata polityki, duchownych, a także piłkarzy. Stawiane w bożonarodzeniowej szopce mają przynosić szczęście.

Tio de Nadal w Andorze.

Tradycyjne życzenia w Katalonii brzmią „Menja be, caga fort i no tinguis por a la mort”, czyli „Jedz dużo, sraj mocno i nie bój się śmierci”. Na wielu sklepowych wystawach stoi Tio de Nadal. W katalońskich domach pieniek przykrywa się kocem i barretiną, tradycyjnym beretem, a w Boże Narodzenie dzieci okładają go kijami. Obowiązkowa jest też piosenka, żeby pieniek wydalał słodkości, na przykład migdałowe nugaty, a nie śledzie. I ci, którzy byli grzeczni, faktycznie mogą liczyć na słodycze, które ponoć wypadają spod pieńka.

Caganery z Ronaldem Koemanem, Carlesem Puyolem i Ronaldinho.

Centrum handlowe w Barcelonie. Jaka para nie chciałaby zrobić sobie takiego zdjęcia?

Polityczny transparent podczas meczu hokeistów FC Barcelony z Palau Blaugrana.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o Hiszpanii tutaj.

Pocztówka z miasta José Mourinho

Vitoria Setubal

Z kolumny na głównym placu Setubal zerka Manuel Maria Barbosa du Bocage. XVII-wieczny poeta mógłby dziś pozazdrościć sławy najsłynniejszemu synowi miasta pod Lizboną. Stąd w świat wyruszył José Mourinho.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Vitoria Setubal

Estádio do Bonfim to ładnie położony stadion niedaleko centrum. Marsz z głównego placu zajmuje kwadrans. Efektownie podświetlony pomnik ma tutaj lewoskrzydłowy Jacinto João, czyli J.J. legenda Vitorii z lat 60. i 70. Pomnik stanął przed stadionem w dniu 95-lecia klubu.

Vitoria Setubal

Estádio do Bonfim

Więcej wpisów z wypadku do Portugalii tutajmuzea Porto, Benfiki i Sportingu oraz o ciastkach i meczu w Belem.

Vitoria Setubal

Estádio do Bonfim to dziś stadion na maksymalnie 15 tys. kibiców. Najwięcej ludzi przyszło w 1971 roku, by oglądać mecz Vitorii ze Spartakiem Moskwa. Obiekt ma swój klimat. Kilka meczów zagrała tu reprezentacja Portugalii.

Vitoria Setubal

Setubal to satelickie miasto Lizbony, podróż autobusem zajmuje 40 minut. Jedziemy przez Most Vasco da Gamy (17-kilometrowy most, który ma wytrzymać 120 lat, wiatr o prędkości 250 km/h oraz trzęsienie ziemi 4 razy silniejsze niż to, które w 1755 roku zniszczyło Lizbonę) lub starszy Most 25 Kwietnia (do 1974 roku Most Antónia Salazara, często porównywany do mostu Golden Gate w San Francisco). Miasto spokojne, ładne, bez szczególnych atrakcji.

Charakterystyczny stadion to jeden z największych atutów Vitorii. W gablocie nie udało się zebrać zbyt wiele – trzy puchary Portugalii i trzy puchary ligi. Każdy puchar zdobyty w starciu z drużynami z portugalskiej wielkiej trójki był w Setubal wielkim świętem.

Vitoria Setubal

Vitoria Setubal

W październiku 2017 roku ceramiczną tablicę z nazwą swojej ulicy otworzył w Setubal Jose Mourinho.

Vitoria Setubal

Kawiarnia w centrum Setubal

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Budapeszt śladami najsłynniejszego Węgra

Najsłynniejszy Węgier ma w Budapeszcie pomnik, popiersie, tablicę, mural, ulicę, stadion, a w sklepach osobne stoiska z pamiątkami. Został pochowany w najważniejszym kościele w kraju. Zajrzałem do wszystkich tych miejsc.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Trumna w bazylice

– Chciałbym zobaczyć podziemia i grób Puskása – zgłosiłem obsłudze Bazyliki św. Stefana w Budapeszcie.
– Puskás był największy, ale leżą tam też inni ze Złotej Jedenastki – słyszę w odpowiedzi, a za chwilę litanię nazwisk największych węgierskich sportowców. Trwała msza, więc musiałem zgłosić się za godzinę. W bazylice tłumy przyglądają się skrzyni ze zmumifikowaną prawą dłonią świętego Stefana, pierwszego króla Węgier. W podziemiach turystów jest niewielu.

– Prawdopodobnie najlepszy piłkarz wszech czasów – czytam na tablicy. Niedaleko znajdują się groby innych wielkich – Gyuli Grosicsa, Jenő Buzánszky’ego i Sándora Kocsisa. Ten ostatni, legenda Barcelony, ma osobną tablicę po węgiersku i hiszpańsku – napis „Cabeza de oro” – Złota główka – widać z daleka.

Nie znam drugiego kraju, w którym piłkarze spoczywają w najważniejszej świątyni. Pracownika, który mnie oprowadza nie dało się zatrzymać. Szybko wymienił Złotą Jedenastkę, skład Ferencvárosu z sezonu 1974/75 (finał Pucharu Zdobywców Pucharów). Zgubiłem się, gdy z piłkarzy Ujpestu przeszedł na zapaśnika tego klubu, Imre Polyáka. Czterokrotny medalista igrzysk też spoczywa w podziemiach bazyliki.

Ferenc Puskas

Bazylika św. Stefana w Budapeszcie

Puskás na ścianie

Historyczny mecz na Wembley, który wstrząsnął Anglią i potwierdził światową dominację Węgier, to największe zwycięstwo Złotej Jedenastki. W centrum Budapesztu spotkanie z 1953 roku upamiętnia mural. Jedna z dwóch bramek Puskása w tym meczu do dziś robi wrażenie.

Mural w Budapeszcie

Ulica i tablica Puskása

– Bywają geniusze, którzy szukają własnej drogi tak długo, aż ją odkryją, którzy walczą, by odnaleźć to, w czym są najlepsi by móc zająć się tym, do czego mają wrodzony talent. I bywa też, że układ gwiazd jest na tyle szczęśliwy, jak w przypadku Wolfganga Amadeusza Mozarta czy Ferenca Puskása: dobry Bóg zatroszczył się o takie okoliczności, by wszystko było gotowe na narodziny i rozkwit geniuszu – zaczyna niedawno wydaną w Polsce książkę György Szöllõsi. Autor ma już na koncie biografię Puskása, ale w Polsce, w ramach Roku Kultury Węgierskiej, wydano 50-stronicową książeczkę w nietypowym formacie. Ojciec najsłynniejszego Węgra – Ferenc Puskás senior grał w piłkę w Vasasie i Kispescie, potem został trenerem. Puskás junior, nazywany öcsi (młodszy brat), mieszkał niedaleko stadionu i kibicował Kispestowi. Po sąsiedzku mieszkał József Bozsik. W klubie z Kispestu spędził całą karierę. W reprezentacji wystąpił 110 razy. Dziś jest patronem stadionu Honvedu.

Ulica Puskása w Budapeszcie.

Optymistycznie nastawiony, prosto z ulicy Puskása, wkroczyłem na stadion. Moje pertraktacje z ochroną i pracownikiem klubu trwały kilkanaście minut. W końcu usłyszałem, że mogę wejść na stadion i zrobić kilka zdjęć. Wysłano jeszcze jedna osobę, która miała mnie pilnować. – Niedługo stadion zostanie zburzony. Będzie jak w Anglii – tłumaczył mi pracownik Honvedu oczekując mojego zachwytu. Wyjaśniłem, że gdyby ten stadion był już zburzony, a na jego miejscu stanąłby plastik z wizualizacji, to na pewno nie pchałbym się na peryferia Budapesztu, bo chciałem zobaczyć obiekt, na krórym grali Puskas, czy Bozsik. Nie doszliśmy do porozumienia.

Genialni nastolatkowie, Puskás i Bozsik, zadebiutowali w 1943 roku. Liga węgierska grała niemal przez całą wojnę. Drużyna prowadzona przez Puskása seniora i krótko przez Belę Guttmana, szybko rosła w siłę. Była już najlepszym zespołem w lidze, gdy polityczne decyzje zmieniły układ sił w całym węgierskim sporcie. Kispesti AC stał się klubem wojskowym i zmienił nazwę na Budapesti Honvéd SE. MTK Hungária FC został z kolei objęty opieką przez tajną policję. Z reformy zadowolony był Gusztáv Sebes, twórca Złotej Jedenastki. Na obiektach Honvedu kadra trenowała co tydzień.

W latach świetności w Honvedzie grali Ferenc Puskás, Sándor Kocsis, József Bozsik, Zoltán Czibor, László Budai, Gyula Lóránt i Gyula Grosics. Piłkarze, którzy są wymieniani w każdym tekście o najlepszych drużynach w historii piłki.  Dziś na mecze Honvedu chodzi 3 tys. osób.

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Niesamowitą siłę węgierskiej piłki pokazuje to zdjęcie. W Budapeszcie wychowywali się wtedy nie tylko najwięksi piłkarze najlepszej za kilka lat reprezentacji na świecie, ale także Ladislao Kubala, inna wielka gwiazda epoki.

Tablica przed stadionem Honvedu

Węgierski etap kariery Ferenca Puskása był imponujący. Uznawano go przecież za najlepszego zawodnika najlepszej drużyny świata. Ale to powrót do futbolu sprawił, że jest wymieniany wśród największych w historii. Gdy po dyskwalifikacji na przymusowej, porewolucyjnej emigracji podpisywał kontrakt z Realem Madryt, miał 30 lat i wielki brzuch.

Jego dorobek po trzydziestce trudno opisać. W Hiszpanii pięć mistrzostw i cztery tytuły króla strzelców. Do tego trzy Puchary Europy. W 1960 roku, w jednym z najlepszych finałów w historii, Real na oczach 127 tys. kibiców pokonał 7:3 Eintracht Frankfurt. Puskás zdobył cztery bramki, ale tego meczu na Węgrzech nie pokazywano. Na uciekiniera był zapis. Nie wolno było informować o jego sukcesach. W Realu Puskás grał do 39 roku życia. W Hiszpanii zdobył 242 gole w 262 meczach.

Puskás wrócił na Węgry dopiero w latach 80. Wcześniej prowadził drużyny na wszystkich kontynentach. Najlepiej poszło mu na początku trenerskiej – sensacyjnie doprowadził Panathinaikos do finału Pucharu Europy.

Mural z Puskásem koło stadionu Honvedu

Czytaj także: Jak pokonując Honved Wolverhampton Wanderers zostali mistrzami świata

Stadion Puskása

Dawny Népstadion (stadion ludowy) to od 2001 roku Stadion im. Ferenca Puskása (odwiedziłem go pięć lat temu). Ogromny obiekt niedaleko dworca Keleti został rozebrany w tym roku. W 1954 roku Węgrzy pokonali tu Anglię 7:1, a w 1985 z jednym z niewielu wielkich koncertów za żelazną kurtyną, wystąpił zespół Queen.

Stadion im. Ferenca Puskása

Na placu budowy zostały m.in. rzeźby i charakterystyczne wejście. W 2020 roku na nowym, 67-tysięcznym stadionie mają się odbyć mecze EURO.

Stadion im. Ferenca Puskása

Zobacz także: Amsterdam Johana Cruyfffa

Puskás w sklepie

Koszulka, książka, a może kieliszek? W węgierskich sklepach, nawet na lotnisku, można kupić pamiątki z Ferencem Puskásem. Wszystko na licencji, pod hasłem „Puskás. True legend”. Ceny wysokie.

Sklep przy Vaci utca, turystycznym trakcie Budapesztu. W drzwiach plakat z filmu o Złotej Jedenastce, której kapitanem był Puskas.

Puskás wśród dzieci

Pomniki piłkarzy, a w szczególności napastników, są niemal zawsze takie same. Zawodnik zawsze jest na boisku i albo za chwilę zdobędzie bramkę albo przed chwilą ją zdobył. Stąd podobne gesty – bieg z piłką przy nodze albo świętowanie gola.

Rzeźbiarz Gyula Pauer odtworzył stare zdjęcie, na którym Puskás zabawia się piłką na madryckiej ulicy. Przyglądają mu się zachwycone dzieci. Pomnik stoi z dala od centrum, przy cichej uliczce Starej Budy, Becsi utca.

 

Puskás w drodze na lotnisko

Ostatni przystanek. Większość turystów opuszcza Budapeszt jadąc autobusem E200 na lotnisko. Obowiązkowa przesiadka odbywa się na dworcu Kőbánya-Kispest. Na trawniku przed centrum handlowym stoi popiersie najsłynniejszego człowieka wychowanego w 19. dzielnicy stolicy Węgier.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.