Spacer po Amsterdamie Johana Cruyffa

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

To tutaj wszystko się zaczęło. Najsłynniejszy Holender naszych czasów wyruszył w świat z domu przy Akkerstraat 32 w amsterdamskim Betondorp. Z tego miejsca wyrastają nie tylko sukcesy Wielkiego Ajaksu z lat 70., ale cały sposób myślenia o futbolu. Sztafetę pokoleń zapoczątkowali Vic Buckingham i Rinus Michels, ale to Johan Cruyff jest jej twarzą. Z jego filozofii czerpały kolejne wielkie drużyny, duchowi następcy wygrywali Ligę Mistrzów i mistrzostwa świata.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Betondorp, czyli „Betonowa wioska” to styl art deco. Osiedle, wtedy na wschodnich obrzeżach miasta, powstało w latach 20, konstrukcja była eksperymentalna. Inaczej, niż w starych dzielnicach Amsterdamu, ogrody są niewielkie. Modernistyczni architekci chcieli, żeby życie toczyło się na ulicy i w parku na środku osiedla. Chudy chłopak, na którego wołano Jopie, kopał piłkę na brukowanej Tuinbouwstraat.

W narożnym domu przy Akkerstraat ojciec Johana, Manus Cruijff, handlował warzywami. Dostarczał je też Ajaksowi, wtedy dużemu, ale amatorskiemu klubowi, który mieścił się nieopodal. Manus Cruijff zmarł, kiedy jego syn miał 12 lat. Matka juniora Ajaksu zaczęła wtedy pracę w klubowej pralni, pomagała też przy sprzątaniu szatni.

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Dom Johana Cruyffa w Amsterdamie

Stoję na drewnianym mostku, tuż obok miejsca, w którym kiedyś stał stadion De Meer. Mniej więcej tędy szedł ze swojego domu na ówczesny stadion Ajaksu nastoletni Cruyff. Obiekt wybudowano w 1934 roku. Szybko okazał się za mały, mecze w europejskich pucharach oraz pojedynki z Feyenoordem i PSV Ajax często rozgrywał na Stadionie Olimpijskim.

Pożegnalny mecz Ajax rozegrał w tym miejscu w 1996 roku. Zwycięstwo z Willem II dało 26. mistrzostwo Holandii. Klub przeprowadził się do miejsca z zupełnie innym duchem. Amsterdam ArenA była w momencie inauguracji najnowocześniejszym stadionem na świecie, od początku pomyślanym o organizacji koncertów i innych wielkich imprez. Dla wielu De Meer pozostało ostatnim miejscem, gdzie liczyła się tylko piłka. Żadnych sklepów, ciągnących się przez setki metrów barów i miejsc parkingowych w podziemiach.

W miejscu po De Meer powstały domy. Koło mostu Cruyffa krzyżują się Anfieldroad i Wembleylaan. Na nowych budynkach umieszczono nazwy historycznych stadionów – Delle Alpi, Wembley, czy Prateru. Do futbolu nawiązują nawet osiedlowe ławeczki.

Niedaleko stadionu De Meer wychowywał się Louis van Gaal. 4 lata starszy od Cruyffa, do Ajaksu trafił w wieku 16 lat. Wcześniej grał w piłkę tuż obok, ale w innym klubie. Jego rodzice byli zadeklarowanymi katolikami, występował w Rooms Katholieke Sportvereniging De Meer (RKSV, Rzymskokatolicka Federacja Sportowa). Spacer z otoczonych kanałami boisk amatorskiego klubu na były stadion Ajaksu zajmował kwadrans.

Murawą De Meer opiekował się Henk, którego Cruyff nazywał drugim ojcem. – W wieku 17 lat, kiedy zadebiutowałem na De Meer, mijała dekada, od kiedy zacząłem tam przychodzić. Stawiałem chorągiewki w rogu, czyściłem buty i stroje, malowałem korytarze i wysypywałem piasek. Zawieszałem siatki i zgarniałem śnieg. Przyszedłem tam, gdy miałem 6 lat, w wieku 10 zostałem członkiem klubu. Kiedy odchodziłem miałem 26. De Meer to 26 lat mojego życia. Kiedy patrzę na stare zdjęcia, odkryte trybuny, wspaniałe uczucie… – opowiadał w książce „Ajax, Barcelona, Cruyff”.

Oprócz Cruyffa i Johana Neeskensa swoje mosty nad kanałami mają w tej okolicy Sjaak Swart, Gerrie Mühren, Ruud Krol, Barry Hulshoff, Dick van Dijk, Arie Haan, Wim Suurbier, Piet Keizer, Horst Blankenburg, Velibor Vasović, Heinz Stuy i trener Rinus Michels. Holendrzy chcieli upamiętnić wyjątkowe pokolenie ludzi, dzięki którym w latach 70. o niewielkim kraju mówiono z podziwem na całym świecie. Wielu byłych piłkarzy wciąż żyje, przez co nie mogą zostać patronami amsterdamskich ulic. Z mostami takiego problemu nie było.

Amsterdam Arena

Idę na mecz Ajaksu na Arenie. Przed stadionem powiewa flaga Izraela. Kwestia żydowskiej tożsamości klubu jest skomplikowana. Ajax miał żydowskich kibiców już przed wojną. W niedziele z Dzielnicy Żydowskiej jechało się tramwajem na Weesperplein. Ale Ajax wcale nie miał więcej żydowskich członków, niż inne kluby w mieście. Ich kultura nie była obecna w klubie.

Po wojnie Holendrzy żyli mitem ruchu oporu, choć zdecydowana większość albo kolaborowała z Niemcami albo przyzwalała m.in. na Holocaust. Amsterdamska policja wyłapywała Żydów sprawniej, niż naziści. Kiedy jeden z policjantów odmówił wysyłania Żydów na śmierć, spotkał się z ostracyzmem. Po wojnie Holendrzy wmawiali sobie, że zachowywali się lepiej, niż obywatele innych krajów. O odcieniach szarości zaczęto mówić dopiero w latach 80. Podobnie wygląda historia Ajaksu. Dobro miesza się ze złem. Postawa klubu w czasie wojny była dwuznaczna.

Mecz na Amsterdam Arena

Do rozwoju Wielkiego Ajaxu przyczynili się bogaci bracia. Freeka i Wima van der Meijdów nazywano „Budowniczymi bunkrów”. W czasie wojny ich firma pracowała dla niemieckiej armii. Starszy z braci został potem uznany za kolaboranta, skazano go na trzy lata więzienia.

Johan Cruyff na Amsterdam Arena

Johan Cruyff na Amsterdam Arena

Ściana klatki schodowej na Amsterdam ArenA.

Van Meijdenowie wnieśli do klubu pieniądze i pomogli Żydowi w zostaniu prezesem Ajaksu. Jaap van Praag w czasie wojny przez dwa lata ukrywał się na piętrze sklepu fotograficznego. Robił to bez wiedzy właściciela, godzinami siedział bez ruchu na krześle. Oprócz niego Żydami było jeszcze kilku członków zarządu Ajaksu. O planie na życie ocalałych z zagłady Simon Kuper pisał w „Ajax, Holendrzy, Wojna”. Żydzi zaczęli płodzić dzieci, nadawali im imiona zamordowanych krewniaków i skupiali się na biznesie. Dochodzili do wielkich pieniędzy, wielu wspierało Ajax. Żydowskie korzenie miał też masażysta i kilku zawodników.

Mecz Ajaksu Amsterdam

Mecz Ajaksu AmsterdamNiedaleko stadionu znajduje się kompleks treningowy i akademia De Toekomst. Cała filozofia zgodna z filozofią Johana Cruyffa.

De Toekomst, Amsterdam

David Winner twierdzi, że piłkarskie zarządzanie przestrzenią wzięło się u Holendrów z nietypowego krajobrazu. Często zalewane, wydarte morzu tereny, zmuszały do kooperacji i wspólnego zarządzanie dostępnym terenem. Kanałami otoczone są nawet boiska De Toekomst, czyli Przyszłości, akademii Ajaksu. Dzięki temu nie trzeba ich ogradzać, wystarczy postawić bramę przy jedynej drodze dojazdowej.

AFC Amsterdam

Ajax nie jest najstarszym klubem w mieście. Na mecz AFC Amsterdam docieram idąc na piechotę ze Stadionu Olimpijskiego. Wieżowce za bramką należą do ABN-AMRO, pierwszego zagranicznego banku, o którym usłyszałem jako dziecko. Firma, której pionowa reklama przez lata była częścią stroju Ajaksu, ma swoją siedzibę niedaleko kompleksu AFC.

Jesienne popołudnie. Siadam na urzekającej, kameralnej krytej trybunie. Dłuższą chwilę przyglądam się wieżowcom, bo w takim otoczeniu meczu jeszcze nie oglądałem. Naprzeciwko mnie jest napis „Keep smiling”. Z drugiej strony tablicy można przeczytać „Be friends”.

AFC po 30 minutach prowadzi 2:0 z JVC CUIJK, ale siedzący koło mnie kibic gospodarzy strasznie pomstuje na swój zespół. – Z dobrymi drużynami to sobie radzą, ale w innych meczach, to im się chyba nie chce – mówi. AFC jest w dole tabeli, JVC walczy o awans. – Napis „Keep smiling”? To tylko sport. Grasz, cieszysz się, szanujesz sędziego i tak dalej. Żadna filozofia – tłumaczy mi. AFC traci trzy bramki i przegrywa mecz. Mój sąsiad znosi to z godnością.     Amsterdam Arena Rinus Michels Johan Cruyff mural Stadion Olimpijski. Tutaj zaczęła się historia Wielkiego Ajaksu. W grudniu 1966 roku Holendrzy rozbili Liverpool Billa Shankly’ego 5:1. Mgła była tak gęsta, że Sjaak Swart po usłyszeniu gwizdka w końcówce pierwszej połowy był przekonany, że sędzia zarządził przerwę. W drodze do tunelu dowiedział się, że spotkanie wciąż trwa. Shankly zapowiadał, że na Anfield Liverpool wygra 7:0. Po dwóch golach Cruyffa The Reds byli w stanie tylko zremisować 2:2. Shankly po meczu przyszedł do szatni amatorskiego zespołu z kraju, który na arenie piłkarskiej nic nie znaczył i uścisnął dłoń każdego zawodnika.
Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Holandia początku lat 60. była biedna i nudna. W połowie dekady do głosu doszli młodzi. W Amsterdamie pojawili się Provosi, protoplaści europejskich hippisów. Protestowali przeciwko broni jądrowej i konsumpcjonizmowi. Żądali uwolnienia miejskich rowerów i zakazu reklam papierosów. Posługiwali się absurdem – ubrani na biało maszerowali z białym transparentem. Policja rozpędzała ich za blokowanie ruchu, podobnie jak podczas rozdawania winogron.

Kulminacją był ślub księżnej Beatrix i niemieckiego arystokraty Clausa von Amsberga, w młodości żołnierza Wehrmachtu. Provosi grozili, że do ujęcia wody wrzucą LSD, a z kościelnych organów puszczą gaz rozweselający. Skończyło się na świecach dymnych na trasie orszaku. Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Provosi poszli w politykę, zdobyli mandat w amsterdamskiej radzie miasta. Powstała też Partia Krasnoludków, późniejsze natchnienie dla wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywy. Holandia się zmieniała, do głosu doszło pokolenie baby boomers. Nową Holandię reprezentował Cruyff. Został drugim zawodowym piłkarzem w kraju. Przed nim kontrakt podpisał Piet Keizer.

Drużyna wyjątkowej generacji piłkarzy z niewielkiego kraju grała pięknie i wygrywała. Cruyff opuścił Amsterdam w 1973 roku. W tamtym roku Ajax po raz trzeci z rzędu wygrał Puchar Europy. Przed nowym sezonem trener Ajaksu George Knobel zarządził wybory kapitana. Piłkarze wrzucali swoje głosy do stojącej na środku stołu doniczki. Cruyff, który do tamtego dnia nosił opaskę, dostał tylko kilka głosów. Na Pieta Keizera zagłosowało 12 piłkarzy. Jan Mulder patrząc na twarz Cruyffa wiedział, że to początek końca tamtego zespołu. Ówczesny zdobywca Złotej Piłki jeszcze tego samego dnia zadzwonił do teścia, który był jego agentem. – Od razu dzwoń do Barcelony. Odchodzę.

Stadion Olimpijski w Amsterdamie

Holendrzy zrewolucjonizowali futbol podejściem do przestrzeni. W czasie meczu w zorganizowany sposób zarządzali odległościami. Poszerzali pole gry będąc przy piłce, skracali chcąc ją odzyskać. Barry Hulshoff, członek Wielkiego Ajaksu, mówił: – Cały czas rozmawialiśmy o przestrzeni na boisku. Cruyff mówił gdzie kto ma biec, gdzie trzeba stać, a gdzie się nie zapędzać. Mówiliśmy o prędkości piłki, czasie i przestrzeni. Każdy piłkarz musiał rozumieć geometrię boiska i zasady działania systemu.

Cruyff, nazywany „Pitagorasem w korkach”, podkreśla, że w piłce nie chodzi o bieganie. – W futbol gra się głową. Trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Nie za wcześnie i nie za późno.

Stadion Olimpijski w AmsterdamiePomnik Johana Cruyffa

Finał mundialu w 1974 roku. W 45. sekundzie meczu piłka po raz trzeci trafiła do Johana Cruyffa. Przyjął ją w kole środkowym i ruszył. Próbował go zatrzymać Berti Vogts, ale Holender łatwo go zwiódł. Na linii pola karnego Cruyffa powalił Uli Hoeneß. To był dopiero drugi gwizdek w tym meczu. Jack Taylor, rzeźnik z Wolverhampton, podyktował rzut karny. Johan Neeskens trafił do siatki, Holenderzy prowadzili od drugiej minuty. Przed Stadionem Olimpijskim w Amsterdamie od 37 lat stoi rzeźba przedstawiająca moment tuż przed faulem. Cruyff wyprzedza Vogtsa, który nie daje rady go dogonić. Holendrzy upamiętnili jedyną dobrą chwilę z meczu, który jest ich największą porażką. David Winner uważa, że mecz w Monachium zostawił taki sam ślad w psychice Holendrów, jak zabójstwo prezydenta Kennedy’ego u Amerykanów. To największa trauma po II wojnie światowej.

Po pierwszym goli Holendrzy jakby zapomnieli, że powinni strzelać kolejne bramki. Piłka krążyła od nogi do nogi, ale okazji brakowało. Kiedy do głosu doszli Niemcy, Taylor dał się oszukać Berndowi Hölzenbeinowi. Niemcy wykorzystali rzut karny, jeszcze przed przerwą trafił Gerd Müller. Holandia zagrała dobrą drugą połowę. Kilka razy brakowało szczęścia, świetnie bronił Maier. Niemcy wybijali piłkę z linii bramkowej, raz pomógł słupek. Cruyff grał zbyt głęboko, był niewidoczny. Puchar Świata wzniósł Franz Beckenbauer.

Cruyff twierdził, że nie ma z tym meczem problemu. – Ludzie do dziś, po tylu latach, podchodzą do mnie i gratulują mi gry na tamtym mundialu. Czy może być piękniejsza nagroda dla piłkarza?

Pomnik Johana Cruyffa

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Więcej o Johanie Cruyffie na blogu Numer 14, tutaj

Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Zachwycająca opowieść milczka

Tytuł: Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo: SQN, 2017

Heinz Höher. Milczek i dziwak, którego nazwisko nic nie mówi kibicom. Oto bohater najlepszej książki o historii piłkarskiej ligi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To trzecia książka Ronalda Renga, o której bloguję. Wszystkie mnie zachwyciły. „Życie wypuszczone z rąk”, opowieść o Robercie Enke, była w wielu krajach sportową książką roku. Wcześniejsza, mniej znana historia Larsa Leesego, to też majstersztyk. Reng napisał wtedy o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał. Teraz wydawnictwo chciało zamówić u Niemca książkę na 50-lecie Bundesligi. Ten odmówił. O futbolu w danym kraju można napisać bardzo dobrą książkę, taką jest choćby „Tor!”, ale Renga to nie interesowało. On pisze o ludziach. Heinz Höher zadzwonił do niego, by zapytać, czy jego podopieczny Juri Judt, może być w depresji. Reng nagłośnił temat choroby publikując książkę o Enke. Przy okazji Höher opowiedział mu historię swojego życia. Dla Renga temat idealny.

Gdy rodziła się Bundesliga, Höher grał w Meidericher SV. Był jednym z trzech zawodników, którzy do pierwszoligowej drużyny przyszedł z zewnątrz. Z Leverkusen do Duisburga jest 70 km. Reszta zawodników wychowała się w najbliższej okolicy. W Bayerze Höher też był wyjątkiem – utrzymywał się z piłki. Reng opisuje powojenną biedę RFN, kulturowy pesymizm i przemiany obyczajowe.

Przez pryzmat historii jednego człowieka, Reng opowiada o rozwoju telewizji, profesjonalizacji Bundesligi, bogaceniu się Niemiec i skandalach korupcyjnych. Czytamy o ewolucji taktyki oraz wzlotach i upadkach niemieckiej reprezentacji. Ale w środku jest zawsze Höher. Jako trener awansował z Norymbergą do Bundesligi, a potem do pucharów. Uchodził za gbura. Z powodu stylu bycia popadał w konflikty. Z biegiem lat przestał mu wystarczać standardowy zestaw – dwa piwa i lufa. Pił coraz więcej. Czekał na szansę powrotu na ławkę trenerską, po drodze zbankrutował.

Książką zachwycam się nieustannie, bo jak dobrym trzeba być autorem, by uchwycić sens 50 lat Bundesligi, a jednocześnie Puchary Europy niemieckich klubów skwitować paroma zdaniami?

Heinz Höher nie miał oporów, by opowiadać o swoich kłopotach, o tym, co w życiu zrobił źle. Był niezłym piłkarzem i obiecującym trenerem. Na obu polach potencjał zmarnował. Reng, jak w poprzednich książkach, bohatera pośrednio broni. Po lekturze książki Höher chwycił za telefon. – O nie, panie Reng, nie wolno panu przedstawiać mnie w tak pozytywnym świetle! Nie jestem pozytywną postacią! – powiedział.

Tytuł: Cristiano Ronaldo. Biografia
Autor: Guillem Balagué, tłum. Bartusz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2016

To zaskakująco ciekawa książka. Nie powinna się udać, bo głównym bohaterem jest aktywny piłkarz a autor znany jest głównie z telewizyjnego studia, gdzie zdarza mu się powtarzać plotki. Ronaldo dał piłce nie tylko setki bramek, ale niestrawny film i megalomanię na nieznanym dotąd poziomie. Najlepszą rekomendacją książki jest więc opisany na wstępie konflikt autora z Jorgem Mendesem. Balagué wiedział, że prawdziwy obraz Ronaldo może przedstawić tylko zdrapując złotą farbę z pomnika Portugalczyka.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dość łatwo przewidzieć, że im bliżej współczesności, tym tempo opowieści o piłkarzu będzie coraz słabsze. O meczach, które widzieliśmy kilka lat temu czyta się ciężko. Ale opowieść o dzieciństwie Ronaldo te mielizny wynagradza. O chłopak z Madery, zapadłej portugalskiej prowincji, mówią nie tylko osoby, które Balagué wytropił w Funchal, ale też wielkie gwiazdy. Autor namówił na wspominki mnóstwo piłkarzy, w tym gwiazdy Manchesteru United.

O Guillemie Balagué pisałem przy okazji recenzji książki o Pepie Guardioli. W międzyczasie mieszkający w Anglii Katalończyk wydał kolejną, o Leo Messim. Wciąż pisze dla gazet brytyjskich i hiszpańskich a rozpoznawalność dała mu praca w Sky Sports. W programie Revista de la Liga zawsze wygląda na dobrze poinformowanego w sprawach hiszpańskiego futbolu. Największy uśmiech na jego twarzy pojawia się, gdy mówi o Espanyolu. Papużkom kibicuje cała jego rodzina. Lubię go słuchać, choć jego sporych rozmiarów ego daje o sobie znać. Z tym, że w wielu fragmentach Balagué zbyt często pisze o sobie, należy się pogodzić.

Balagué przytacza słynną umowę przedwstępną, którą w 2008 roku zawarł z Ronaldo Ramon Calderon, ówczesny prezes Realu. Gdyby transfer nie doszedł do skutku, strona wycofująca się z transakcji miała zapłacić 30 mln euro. Katalończyk dość zabawnie opisuje, że zapoznał się z dokumentem osobiście. Jego posiadacz wyjął go z „szuflady masywnego biurka wykonanego z drewna orzecha włoskiego, wykończonego skórą w kolorze butelkowej zieleni. Osoba, która mi go pokazała, wydobyła kluczyk do szuflady z kieszeni spodni. W tym czasie siedziałem na sofie, twarzą do jedynego okna w gabinecie”.

Ballague wie, że to, co mówi Ronaldo, jak i jego otoczenie, to dokładnie wyreżyserowany spektakl. Dość powiedzieć, że w domu piłkarza w Madrycie, logo CR7 widnieje na szkle kuchennym, meblach, stole w jadalni i talerzach. Ballague uporczywie stara się dotrzeć do prawdziwego obrazu bohatera książki. Jaki wpływ na życie Ronaldo miał alkoholizm ojca? Skąd bierze motywację do utrzymywania się na szczycie przez tyle lat? Dlaczego nie cieszy się z bramek kolegów? Autor stawia hipotezy, ale o konkretne odpowiedzi trudno. Tych pilnuje Jorge Mendes.

Z Wisłoki Dębica do Feyenoordu

De Kuip wyjście z tunelu

W 1937 roku dwupoziomowy stadion na 64 tys. kibiców był inżynierskim majstersztykiem. Zużyto tyle stali, że podczas wojny Niemcy zastanawiali się, czy nie wykorzystać jej na użytek machiny wojennej.  Feyenoord z Wanny (De Kuip) przeniósł się wtedy na stadion Sparty, czyli słynny Zamek.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Holandii tutaj.

Feyenoord, De Kuip

Na stadionie w IJsselmonde (technicznie nie jest to dzielnica Feijenoord) rozegrano 10 finałów UEFA. Kiedy zainstalowano oświetlenie, na pierwszy mecz, w 1957 roku, z Bolton Wanderers, piłkarze wyszli w ciemnościach, które rozświetlały zapalniczki i zapałki kibiców. Kiedy włączono światła, efekt był piorunujący. Dziś pojemność De Kuip, czyli oficjalnie Stadionu Feijenoord, wynosi 50 tys.

Feyenoord, De Kuip

Puchar Europy z 1970 roku.

Feyenoord, De Kuip

Antoni Brzeżańczyk (urodzony w Brzeżanach, dziś na Ukrainie) na ścianie ze zdjęciami trenerów Feyenoordu figuruje jako Brzanzczyk. Na początku kariery zahaczył o dwa bydgoskie kluby – Polonię i Zawiszę. W latach 70. krótko prowadził Górnika Zabrze, potem Zagłębie Sosnowiec, Polonię Bytom i Wisłokę Dębica. Przeskok, jaki zaliczył później, należy do największych w europejskiej piłce. W 1975, prosto z Wisłoki Dębica, trafił do Feyenoordu. Objął klub, który pięć lat wcześniej zdobył Puchar Europy, a zaledwie sezon wcześniej wygrał Puchar UEFA.

Po krótkiej przygodzie w Rotterdamie, gdzie do mistrzostwa zabrakło mu 1 punktu, pracował m.in. W Rapidzie Wiedeń, Admirze Wiedeń oraz Iraklísie. Nigdzie nie prowadził zespołu dłużej, niż sezon. Zmarł w 1987 roku w Wiedniu.

Feyenoord, De Kuip, Antoni Brzeżańczyk

Feyenoord, De Kuip Feyenoord, De Kuip  Feyenoord, De Kuip Feyenoord, De Kuip

Feyenoord, De Kuip

Johan Cruyff, Ruud Gullit

Johan Cruyff, w objęciach Ruuda Gullita. Największa legenda Ajaksu Amsterdam, ma swoje miejsce w muzeum Feyenoordu. W Rotterdamie grał w ostatnim sezonie swojej kariery – 1983-84. Kiedy w Ajaksie z jego usług zrezygnowano, Cruyff zwrócił się do największego rywala. Podpisał umowę, zgodnie z którą do jego kieszeni trafiała duża część dodatkowych przychodów z biletów. Efekt? W sezonie z Cruyffem na trybuny przychodziło więcej osób, niż wcześniej, a drużyna zdobyła dublet.

Ale z De Kuip klub chce się wyprowadzić. W skrócie, było tak:

Feyenoord, De Kuip przed wojną
Fot. public domain.

A ma być tak:

Feyenoord, nowe De Kuip projekt
Fot. oficjalne materiały Feyenoordu.

Klub ma zaawansowane plany budowy nowego stadionu. Koncepcja jest wyjątkowa. Nowy stadion powstanie niedaleko, nad brzegami Nowej Mozy. Sam w sobie nie będzie drogi, koszty oszacowano na 400 mln. Ale cały projekt Feyenoord City, to już kwota 1,4 mld euro. Przy stadionie staną m.in. hotel oraz aż 1500 nowych mieszkań. Najciekawszy jest los De Kuip. – Górny poziom trybun zostanie zachowany, ale przekształcony w 160 mieszkań. Znajdzie się w nim też punkt widokowy Na dole powstaną pomieszczenia usługowe (ma być browar i miejsce spotkań kibiców), a boisko otoczy bieżnia – informuje stadiony.net.

Feyenoord, murawa De Kuip

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Holandii tutaj.

Coraz mniej polskiego Wilna

Stary stadion Żalgirisu Wilno

Znikają polskie ślady na piłkarskiej mapie Wilna. Stary stadion Žalgirisu jest już niemal rozebrany a obiekt Śmigłego już zniknął. Pierwszy z nich otwierał prezydent Ignacy Mościcki, drugi córki Józefa Piłsudskiego. Polonia Wilno, jedyny polski klub w stolicy Litwy, swój ostatni mecz rozegrał ponad dwa lata temu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Przedwojenny stadion na Pióromoncie jest w trakcie rozbiórki. Zdążyłem odwiedzić Wilno, zanim się rozpoczęła. W 2014 roku za 8-hektarową działkę blisko ścisłego centrum Wilna, Grupa Hanner zapłaciła 40 mln euro. W miejscu Žalgirio stadionas staną biurowce, hotele i bloki mieszkalne. Koszt planowanej na 10 lat budowy to 200 mln euro.

W 1929 roku otwarcie odnowionego stadionu Pogoni Wilno uświetnił prezydent Ignacy Mościcki. Po wojnie przebudowano go według radzieckiej modły, zgodnie z kanonami socrealizmu. Grał tu Spartak, przemianowany w latach 60. na Žalgiris, czyli Grunwald. Po upadku ZSRR tłumy ściągała odradzająca się litewska reprezentacja.

Stary stadion Żalgirisu Wilno Stary stadion Żalgirisu Wilno

Jeszcze niedawno grała tutaj Polonia. Niedawno polski klub obchodził 25-lecie. Przez krótki czas trenerem drużyny był Józef Jurgielewicz, litewski piłkarz roku 1969 i 1980. W barwach Žalgirisu zagrał ponad 400 razy. W zeszłym roku sekcja piłkarska Polonii zawiesiła działalność. Zabrakło pieniędzy. W okręgu wileńskim Polacy stanowią 23% mieszkańców, w samym mieście 16. Ale zainteresowania drużyną nie było. Mimo wielu apeli i przesuwania terminów opłat za rejestrację, zbiórka zakończyła się niepowodzeniem.
Stary stadion Żalgirisu Wilno

Nie ma już śladu po obiekcie, na którym w 1933 roku wstęgę przecinały Wanda i Jadwiga Piłsudskie. W jego miejscu od kilkunastu lat stoją bloki. W międzywojniu na położonym tuż obok koszar stadionie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie grali piłkarze Śmigłego. Był to jedyny klub z Wilna, który grał w polskiej ekstraklasie. W 1938 Śmigły wygrał rozgrywki na Wileńszczyźnie i po fazie finałowej awansował do ligi razem z Polonią Warszawa. W przeciwieństwie do Lwowa, Wilno nigdy nie doczekało się wielkiej drużyny. Śmigły z hukiem spadł z ekstraklasy zajmując ostatnie miejsce. Wcześniej, zanim stworzono ligę państwową, o mistrzostwo Polski grały też Strzelec, Lauda, Pogoń i WKS 1. pułku piechoty Legionów Wilno. Cmentarz na Rossie

W weekendy w Wilnie widać polskich turystów. Wśród obowiązkowych punktów zwiedzania są Ostra Brama i Cmentarz na Rossie. Przy wejściu na nekropolię starsza kobieta pyta mnie po polsku: – Może świeczkę dla marszałka?

Na czarnym monolicie wykuto duży krzyż i słynny napis „Matka i serce syna”. Na dole cytat z Beniowskiego Słowackiego, wokół kilka biało-czerwonych bukietów.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Po 10-minutowym spacerze z cmentarza docieram na stadion, LFF Stadion, gdzie od czterech lat gra Žalgiris. Piwo i gira, czyli kwas chlebowy kosztują po 2 euro. Miejscowa przekąska to kepta duona, czyli smażone na głębokim tłuszczu kawałki chleba. W słoneczną sobotę na trybunach usiadło kilkaset osób. Głośno kibicuje trzydziestka.

Pół godziny po pierwszym golu dla Žalgirisu Darvydas Šernas znów łatwo ogrywa obrońców FK Szawle i ponownie pakuje piłkę do bramki. – Numer 21! – emocjonuje się spiker. Sernas macha w kierunku trybuny i na początku na palcach, potem na spodenkach pokazuje numer 23. – Liczę, że spiker się przyzwyczai – uśmiecha się po meczu były piłkarz Widzewa.

W Łodzi zaliczył swój najlepszy sezon. W pierwszym sezonie w ekstraklasie strzelił 10 goli. Choć trafiał tylko w 7 meczach a dwa gole były z karnych, to tamten rok pozwolił mu rozpocząć wygodny i dobrze płatny zjazd w dół. Trafił do Lubina, gdzie zarabiał więcej, niż prezes KGHM. Dwa bezproduktywne lata w Zagłębiu, potem Turcja, Australia, Szkocja. Na antypodach zaczął świetnie, strzelił gola po trzech minutach na boisku. Gazety w Perth zaczęły pisać o snajperze z małego kraju w Europie. Więcej goli w Australii już nie strzelił. W I-ligowych Wigrach Suwałki trafił do siatki dwa razy w 14 meczach. Bilans ostatnich czterech lat ma dramatyczny – 5 zaliczonych lig, 14 goli. Na Litwie te statystyki nikomu nie przeszkadzają. Šernas z miejsca stał się największą gwiazdą Žalgirisu. W 2015 roku, gdy odwiedziłem Wilno, jego twarz była widoczna na plakatach i biletach.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Po meczu, z synem na rękach, Šernas pozdrawia znajomych. 31-latek to 35-krotny reprezentant, a Žalgiris największy klub w stolicy Litwy. Na pomeczowej konferencji prasowej oprócz mnie są jeszcze dwie osoby – fotoreporter i operator klubowej telewizji. – Poziom? Na razie ciężko powiedzieć. Wróciłem na Litwę po 7 latach. To mój dom, tu grałem, zanim wyjechałem za granicę. Wydaje mi się, że Žalgiris zrobił krok do przodu. Poziom podnoszą obcokrajowcy – mówi. W wygranym 5:0 meczu zagrało ich czterech.

Darvydas Sernas

Šernas po udanym roku 2015, gdy trafiał w każdym meczu, spróbował swoich sił w Turcji. W Alanyasporze przepadł i wrócił do Žalgirisu.

O stanie litewskiej piłki wiele mówi stadion byłej Vetry Wilno. To rzut kamieniem od wileńskiego dworca, w czasach ZSRR grał tu Lokomotyvas. Obecnie LFF Stadion to jedyny porządny obiekt w kraju. Spadek po klubie, który już nie istnieje. Polscy kibice usłyszeli o nim w 2007 roku, gdy kibole Legii Warszawa przerwali na nim mecz Pucharu Intertoto, co zakończyło się walkowerem. Trzy lata później Vetra, wicemistrz Litwy, w połowie sezonu została wykluczona z ligi za długi i z dnia na dzień przestała istnieć.

Wilno, stadion Vetry, mecz Żalgirisu

Obok stadionu stoi niewielki, zielony budynek litewskiej federacji. Został zbudowany z pieniędzy od FIFA dla krajów piłkarsko rozwijających się. Na frontowej tablicy wygrawerowano nazwisko Seppa Blattera. Wokół boiska wiszą brawurowo zrealizowane plakaty promujące reprezentację. Na stole operacyjnym leży ubrany w meczowy strój mężczyzna. Chirurg ze skalpelem w ręku nacina klatkę piersiową, będzie robił przeszczep. Hasło na plakacie: „Przynieś swoje serce”.

Stadion przebudowano tak, by mogła tu grać litewska drużyna narodowa. Położono sztuczną murawę. Dla piłkarzy Žalgirisu to jedyne boisko do treningów. – Każdy piłkarz woli grać na trawie, ale nie zamierzam narzekać – mówił Darvydas Šernas. – Od wielu lat mówi się o Stadionie Narodowym, na razie słabo to wygląda – dodał. Słabo, czyli tak.

Wilno, stadion narodowy w Wilnie

Budowa ruszyła jeszcze w czasach sowieckich, w 1987 roku. 23 lata później Litwini stwierdzili, że stolica zasłużyła na coś więcej, niż pięciotysięcznik po Vetrze. Z hucznych zapowiedzi nic nie wyszło. Na poradzieckim molochu hula wiatr. – Może nowy stadion wcale nie jest potrzebny? – pytam Šernasa. – Na meczu reprezentacji mamy komplet. Jeśli kiedyś będziemy mieć ładny stadion, może nie taki jak Narodowy w Warszawie, ale większy niż teraz, to na niektóre mecze reprezentacji przyjdzie 20 tysięcy osób.

koszulka Edgarasa Jankauskasa

Sportem numer jeden jest koszykówka. Kilka lat temu na euroligowych meczach Żaligirisu Kowno nowa 20-tysięczna hala wypełniała się w 3/4. Lietuvos Rytas zapełniał nowy, 10-tysięczny obiekt w Wilnie. W ostatnich latach frekwencje spadły, ale wciąż są to liczby, o których fani futbolu na trzymilionowej Litwie mogą tylko pomarzyć.

Wracam na stadion na Pióromoncie. Obok zapuszczonego boiska treningowego stoi hotel Šarūnas. Wszyscy wokół wiedzą, skąd ta nazwa. Właścicielem jest Šarūnas Marčiulionis, dla niektórych Litwinów sportowiec wszech czasów. Po upadku ZSRR grający w NBA koszykarz sam sklecił drużynę, która poleciała do Barcelony. W igrzyskach zapamiętanych z powodu występu Dream Teamu, Litwini zdobyli brązowe medale. W meczu o 3. miejsce pokonali Rosjan grających pod flagą Wspólnoty Niepodległych Państw. Cztery lata później Litwini znów sięgnęli po brąz.

W barze na parterze hotelu Šarūnas w gablotach wiszą medale olimpijskie Marčiulionisa oraz koszulki i buty koszykarskich legend – m.in. Charlesa Barkleya i Kobego Bryanta.

Osobną gablotę ma tylko jeden piłkarz, Edgaras Jankauskas. Grał w 16 klubach w 9 krajach. Zaczepił się m.in. w Porto, Benfice, czy Realu Sociedad. O Jankauskasa pytam pracującego w hotelu Nojusa. – To chłopak stąd, zaczynał w Žalgirisie, więc ma swoje miejsce. Ale piłka nikogo tu nie interesuje. Do nas ludzie do oglądać NBA, to ich kręci. Piłkę lepiej rzucać, a nie kopać. Słyszałeś o naszych meczach w Barcelonie?

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Najlepsze piłkarskie muzea

Dwa najbardziej odjechane eksponaty w muzeum to pomnik Michaela Jacksona, który stał przy stadionie Fulham i kultowy, sardynkowy cytat Erica Cantony nad akwarium. Narodowe Muzeum Futbolu w Manchesterze to światowa czołówka.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Muzeum w centrum Manchesteru jest darmowe. Sugerowana wpłata to 3 funtów. Za 6 można zrobić sobie zdjęcie wznosząc puchar Premier League i zaliczyć kilka podobnych atrakcji. Początkowo muzeum działało na stadionie Preston North End. Odwiedzało go 100 tys. osób rocznie, ale zarządzającej nim fundacji wciąż brakowało pieniędzy. Padł pomysł, by muzeum przenieść na Wembley, ale dobrą ofertę złożyło miasto Manchester. Postanowiło dokładać do muzeum 2 mln funtów rocznie.

Można usiąść na krzesełku ze starego Wembley.

W 2012 muzeum przeniosło się do Manchesteru. Wcześniej w efektownym, szklanym budynku w samym centrum, wystawiano miejskie eksponaty. Miejsce świeciło pustkami. W muzeum piłkarskim jest inaczej. Gdy w sobotę o 10.00 rano czekałem na otwarcie, przy drzwiach czekało już kilkanaście osób.

The National Football Museum

The National Football Museum

Co zobaczyłem w środku? Choćby oryginalny dokument „Laws of the game” o którym pisałem przy okazji londyńskiego pubu Freemasons Tavern. Można przyjąć, że na spotkaniu w 1863 roku ustalono przepisy gry w piłkę nożną.

W muzeum można zobaczyć m.in. piłkę z finału mundialu z 1966 roku, koszulkę Diego Maradony z meczu z „ręką Boga”, koszulkę Billy’ego Mereditha z meczu Anglia-Irlandia z 1908 roku, mnóstwo pucharów, zdjęć, obrazów oraz maszyny z grami. W automacie można wymienić funty na stare pensy, które uruchamiają maszyny sprzed kilku dekad. W sumie 2,5 tys. eksponatów. Zgodnie z nowymi trendami, jest dużo dźwięków i ruchomych obrazów.

Michael Jackson sprzed stadionu Fulham, gdzie postawił go Mohamed Al-Fayed, trafił do muzeum w Manchesterze.

Ceramiczna rzeźba Pabla Picasso.

Włosy Robbiego Savage’a.

„Szatnia” Anglików z 1966 roku.

   

Johan Cruyff, Manchester

Johan Cruyff jest jedną z legend, których twarze umieszczono na chodniku przed budynkiem.

Inne muzea

Na tle innych piłkarskich muzeów, to manchesterskie wypada świetnie. A co oferują inni?

W Wielkiej Brytanii dość standardowe, ale naprawdę ciekawe toury z muzeum, zaliczyłem na stadionach Arsenalu, Tottenhamu, ChelseaLiverpoolu i Manchester United. Słabiej było na Manchesterze City i stadionie Rangersów, ale Ibrox to dzieło sztuki, wiec i tak trzeba zajrzeć.

Ogólnopiłkarskie muzeum często planuje się na stadionach narodowych, na Hampden w Glasgow, Aviva Stadium w Dublinie, czy Wembley. Na tym ostatnim wisi poprzeczka z finału MŚ w 1966. Jak przypomniał przewodnik touru, przy decydującej bramce piłka przekroczyła linię bramkową o kilka metrów. Tak wszyscy to zapamiętali, prawda?

Ciekawych pamiątek i pucharów nie zobaczymy na San Siro, Mestalla, Vicente Calderon i stadionie Partizana. Jeden pokój to muzeum Espanyolu BarcelonaAustrii Wiedeń, Crvenej Zvezdy, Dynama Kijów. Niewiele więcej oferują Olympiacos Pireus i Feyenoord.

Wyjątkowo przykładają się do sprawy w Portugalii. Rozpisywałem się o Belenenses. Bez pieniędzy też można zrobić dobre muzeum. Rewelacyjnie wyglądają muzea FC Porto i Benfiki, nie odbiega też Sporting, gdzie są setki pucharów.

Chyba najdroższe w Europie są bilety do muzeów FC Barcelony i Realu Madryt. Ale warto. Eksponatów jest tyle, że od przeglądania się w Pucharach Europy i Złotych Piłkach, może rozboleć głowa.

Stadion Benfiki Lizbona

Benfica.

Stadion Sportingu Lizbona

Sporting.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Imponujących rozmiarów puchary na Vicente Calderon.

Old Trafford, Złota Piłka, którą dostał Denis Law. Malutka.

Wypchany kangur na Doliczku, stadionie Bohamians Praga.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Bieda i patologia, czyli Manchester City

Etihad Stadium, Manchester

Bezrobocie, przemoc i alkohol to fundamenty Manchesteru City. Klub powstał, bo córka proboszcza i pracownicy huty chcieli coś zrobić dla miejscowych robotników. 137 lat później była parafialna drużyna należy do najbogatszych klubów na świecie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Drużyna z Gorton, zachodniej części Manchesteru, była otwarta dla wszystkich mężczyzn, bez względu na wyznanie. Latem grano w krykieta, ale zimą z rozrywek zostawało głównie picie. Drużyna Świętego Marka (West Gordon) zaczęła więc grać w piłkę.

15 lat później, w Wielki Piątek, na trybuny przyszło 30 tys. osób. Po kilku transformacjach klub nosił już dzisiejszą nazwę. Wszystko szło dobrze do czasu afery korupcyjnej. Billy Meredith zaoferował kapitanowi Aston Villi 10 funtów za sprzedanie meczu. Kiedy sprawa wyszła na jaw, City nie broniło swojego zawodnika. Ten ujawnił, że City łamało przepisy i płaciło piłkarzom ponad ustalone 4 funty tygodniowo. Robili to wszyscy, ale nikt nie mówił o tym głośno. Posypały się kary, w tym dożywotnie dyskwalifikacje. City swoich graczy sprzedało na aukcji w Queen’s Hotel.

Etihad Stadium, Manchester

Gabriel Jesus, który trafił Cottonopolis 112 lat później, żadnymi kominami płacowymi nie musi się przejmować. Podpisując kontrakt, zarobił więcej, jego wszyscy przodkowie razem wzięci. W czasie meczu ze Swansea przyglądałem się głównie Brazylijczykowi, głowiąc się, jak w Barcelonie wpadli na to, żeby zamiast niego, do klubu ściągnąć Paco Alcacera.

Na mecz drużyny Guardioli wybrałem się przy okazji wypadu do Walii. Na City of Manchester Stadium, zmyślnie przerobionym ze stadionu lekkoatletycznego, byłem już na tourze. Zapamiętałem głównie starszą przewodniczkę, która oprowadzała naszą czteroosobową grupę. Tłumaczyła, że trzy gwiazdki w herbie City to tylko ozdoba a budową ośrodka treningowego wokół stadionu zajmą się miejscowe firmy, bo klub ma być sercem lokalnej społeczności. Pamiętam jej zdziwioną minę, gdy okazało się, że nie wiedziałem, kim był Bert Trautmann. – Luftwaffe, skręcenie karku, nic? – pytała. Pozostało tylko przeprosić. Przyznaję jej rację, że życiorys Trautmanna kibic piłki powinien znać.

Etihad Stadium, Manchester

W tle Academy Stadium, do którego z Etihad prowadzi 190-metrowa kładka nad skrzyżowaniem. Kiedy kilka lat temu Abu Dhabi United Group postanowiło zainwestować setki milionów funtów w zrujnowany, poprzemysłowy teren, poparcie wyraziło 97 proc. mieszkańców. Na 80 hektarach powstały nie tylko boiska i hale, ale też uniwersytet, biblioteka i stadion na 7 tys. miejsc.

Etihad Stadium, Manchester

„Niebiesko-biała armia Guardioli”. Kogoś poniosło albo to rodzina Pepa.

Pep Guardiola

Guardiola na dobre mógł się uśmiechnąć dopiero w 90 minucie. City było lepsze, ale pod bramką Fabiańskiego grało nieporadnie Kilka strzałów, w tym rzut wolny, Polak obronił fenomenalnie. Ale to on zawalił bramkę na 2:1 dla gospodarzy w doliczonym czasie gry. Zanim wyjął piłkę z siatki, uklęknął. Chwilę trwało, zanim doszedł do siebie.

Etihad Stadium, Manchester    Canal in Manchester

Wzdłuż kanału, podążając za tłumem, dotarłem na stację Oxford Road. Bilet do Liverpoolu, z którego wracałem do Polski, kosztował 3 funty.  Bilet na mecz ze Swansea 35. „Niebiesko-biała armia Guardioli” nie dała rady wykupić wszystkich.

Zima na walijskiej plaży

FC Llandudno

236 widzów na meczu w Llandudno to niemalże walijska średnia. W lutowe, sobotnie popołudnie więcej osób wchodziło na Great Orme, wzgórze górujące nad kurortem. Zamiast spaceru wybrałem atrakcję na drugim końcu miasteczka. Zobaczyłem mecz w kraju nr 31.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Llandudno

Llandudno to „królowa walijskich kurortów”. Szeroka promenada, molo, ładna sceneria i kilka hoteli. Największą atrakcją jest Great Orme, wzgórze, z którego z wysokości 200 metrów rozciąga się widok na nadmorskie miasto. Podziwianie kopalni z czasów neolitu i latarni morskiej zamieniłem na mecz drużyny, której nazwę po walijsku należałoby zapisać jako Clwb Pêl-droed Llandudno.

FC Llandudno stadium

– Jeszcze kilka lat temu walczyliśmy o ekstraklasę. A w tym roku mieliśmy tu puchary! – opowiada mi Mark. – Tutaj? – pytam niepewnie rozglądając się po malutkim stadionie. – W Bangor, ale co zrobić – brzmi odpowiedź. Po porażce 0:5 w Szwecji, Walijczycy w rewanżu przegrali tylko 1:2.

FC Llandudno

W piłkę grano tutaj od 60. XIX wieku. W 1921 roku Llandudno tworzyło walijską ligę. W 1991 roku klub musiał opuścić stadion, na którym 93 lata wcześniej rozegrano mecz Walii z Irlandią. W jego miejscu stanął market Asda. Na nowym boisku, położonym kilkaset metrów dalej, Maesdu Park, trzy lata temu zainstalowano sztuczną murawę. Miejscowi nie mogą się jej nachwalić. – Dzieciaki grają tu całymi dniami, po pracy kopią dorośli. Stadion żyje – tłumaczy mi Dave.
FC Llandudno

W walijskiej Premier League najwięcej kibiców chodzi na mecze w Aberystwyth i Bangor, ale do  średniej 500 kibiców jeszcze im brakuje. W Llandudno pojawiło się tylko 236 kibiców, ale mimo to, klubowa społeczność działa nie tylko w co drugą sobotę.
FC Llandudno

W klubowym budynku kibice pokazują mi listę wydarzeń organizowanych przez Llandudno Football in the Community. Stowarzyszenie ma integrować lokalną społeczność. „Turn Up and Play”, czyli zajęcia dla każdego chętnego dziecka, kosztują od 3 funtów. Dziewczynki mogą ćwiczyć z chłopcami, ale organizowane są też dla nich osobne zajęcia. Tak samo jak piątkowe treningi PAN. Wymyślono je m.in. dla niepełnosprawnych, którzy nie będą się czuć komfortowo na zajęciach z pozostałymi dziećmi.

Klub organizuje też „piłkarskie przyjęcia” dla dzieci. 60 minut zajęć z trenerem UEFA A a potem impreza w klubowej kantynie. Zabawa dla 25 osób to wydatek 90 funtów. W wersji z cateringiem 12 funtów od dziecka.

Kolejne ogłoszenie: „Jesteś bezrobotny? Brakuje ci pewności siebie na rozmowach kwalifikacyjnych albo potrzebujesz podrasować swoje CV? W Llandudno Football in the Community pomożemy ci”.
FC Llandudno FC Llandudno

FC Llandudno

Skromny budynek koło trybuny. Klocek, jakich wiele. Na nim tabliczka: „W latach 2001-02 Cyril John Williams zaprojektował i wybudował tę konstrukcję gołymi rękoma. Dokończyła rodzina i przyjaciele (2002).”

FC Llandudno

FC Llandudno plaża

Llandudno beach

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadiony Wielkiego Księstwa

Luksemburg

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W Luksemburgu więcej talentów jest na Czerwonej Ziemi, bogatym w żelazo południu kraju. Tylko raz zdarzyło się, żeby ligę wygrał klub z północy. Ruszam więc na prowincję. Wsiadam do pociągu i pierwsze zaskoczenie. Całodzienny bilet na wszystkie autobusy i pociągi w Wielkim Księstwie Luksemburga, kosztuje 4 euro. Tyle, co bilet dobowy w Warszawie. Cena zaskakująca, jak na kraj z drugim, po Katarze, najwyższym na świecie PKB na głowę mieszkańca. Koszty życia, szczególnie wynajem mieszkania, należą do najwyższych w Europie. Kiedy okazało się, że portugalscy robotnicy budowlani zarabiają 7,5 euro za godzinę, wybuchł skandal. W Luksemburgu to nielegalne. Najniższa stawka dla niewykwalifikowanego pracownika to 11 euro za godzinę.

O tym, jak wygląda piłka w Luksemburgu pisałem już w tekstach o „Małej Portugalii” i meczu w Niederkorn. Tutaj już tylko zdjęcia stadionów.

Stade de la Frontière

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stade de la Frontière, stadion na którym gra Jeunesse Esch.

Stade de la Frontière Stade de la Frontière Stade de la Frontière Stade de la Frontière

Jedziemy dalej, wciąż za 4 euro. Poniżej Stade Émile Mayrisch, lekkoetletyczny stadion CS Fola Esch.

Stade Émile Mayrisch Stade Émile Mayrisch

I najładniejszy stadion w tym wpisie. Stade Jos Becker, gdzie gra US Hostert. Drewniana trybuna a tuż obok las.

Stade Jos Becker Stade Jos Becker Stade Jos Becker Stade Jos Becker

Kompleks FC Minerva Lintgen.

FC Minerva Lintgen  FC Minerva Lintgen FC Minerva Lintgen FC Minerva Lintgen

Stade Josy Barthel. Obiekt lekkoatletyczny, na którym rozgrywa mecze piłkarska reprezentacja Luksemburga. Powstał przed wojną, w 1990 roku wybudowano go od nowa.

Stade Josy Barthel

Stade Josy BarthelStade Josy Barthel

Stade Achille-Hammerel w stolicy księstwa. Obiekt Racing FC Union Luxembourg niedaleko lotniska.

Stade Achille-HammerelStade Achille-Hammerel

Luksemburg

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Miał być dekalog, wyszła kronika

Tytuł: Dekalog Nawałki
Autor: Marcin Feddek
Wydawnictwo:  SQN 2016

Marcin Feddek jako jedyny polski dziennikarz miał prawo oglądać zamknięte treningi reprezentacji Adama Nawałki. To wyjątkowy przywilej, ale miał swoją cenę. W „Dekalogu Nawałki” w reprezentacji istnieją wyłącznie postacie bez skazy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jako dziecko Feddek biegał za piłką, naśladując swojego ojca, obrońcę Polonii Bydgoszcz. Piłkarzem nie został, jak sam uważa, przez kontuzje. Koledzy żartowali, że bardziej połamany w Bydgoszczy był tylko żużlowiec Waldemar Cieślewicz. Feddek wybrał dziennikarstwo. Pisał w „Expressie Bydgoskim”, szybko trafił do TVP, potem Polsatu. Drzwi do kadry otworzyło przed nim wspólne komentowanie meczu z Adamem Nawałką. Dekadę temu dzisiejszy selekcjoner lizał rany po zwolnieniu z Jagiellonii Białystok. Pracował jako ekspert Polsatu. Taktyczne analizy Feddka przypadły mu do gustu. Kiedy objął reprezentację Polski, reporter mógł liczyć na wyjątkowe względy. Jako jedyny oglądał zamknięte treningi kadry przed spotkaniami eliminacji Euro. Był jeden warunek – o tym, co zobaczył, mógł poinformować dopiero po meczu. Swoje obserwacje wykorzystywał w materiałach o taktyce w polsatowskim „Cafe Futbol”. Za dogłębne analizy i wyłapywanie schematów rywali zbierał zasłużone pochwały. Z napisaniem książki Feddkowi poszło jednak gorzej.

Ciężko przebrnąć przez 400 stron opisów, kto do kogo podał. Drażni drewniany język. Feddek świadomy schematyzmu kolejnych rozdziałów próbował ratować się anegdotami. Niestety, znów musiał zmierzyć się z autocenzurą. Wszystkie opowieści są wygładzone. Zawodnicy mówią między sobą o „zwyżkującej dyspozycji”, na zgrupowaniach żyją jak w klasztorze, a nad wszystkim panuje trener, który przez dwa lata nie popełnił żadnego błędu. Z książki wynika, że w prywatnych rozmowach Adam Nawałka posługuje się taką samą mową-trawą jak na konferencjach prasowych. Nie wierzę.

Autor przez trzy strony potrafi opisywać treningową gierkę. Doceniam to, że z kroniki mogę dowiedzieć się, kto dwa lata temu skręcił nogę, ale brakuje szerszego spojrzenia. Dziennikarze z bliskim dostępem do zawodników, mają szansę stworzyć dzieło epokowe. O Katalończyku Martim Perarnau, który opisał pierwszy rok pracy Pepa Guardioli w Bayernie Monachium, usłyszała cała Europa. Książkę, która jest klasyką gatunku, na początku lat 70. napisał Hunter Davies. Przez rok żył jak członek drużyny Tottenhamu Hotspur. Czasem ćwiczył z zespołem, na każdy mecz jechał z drużyną, do pierwszego gwizdka siedział w szatni, a spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Po spotkaniu piłkarze opowiadali mu o swoich problemach. Jego książkę, „The Glory Game”, po ponad 40 latach od pierwszego wydania, przeczytałem z zachwytem. Spurs zdobyli w tamtym sezonie Puchar UEFA, ale Davies wygrał jeszcze więcej. Marcin Feddek odwrotnie, niż Adam Nawałka, swoje eliminacje do EURO, przegrał.

Groundhopperskie blogi, czyli kogo czytać

Plaża w Porto

Plaża w Porto

Nie wszyscy znają Stuarta Fullera, a pytanie o groundhoppingowe blogi pozostało na twitterze bez odpowiedzi. W „Czytelni” więc pierwszy raz nie o książkach sportowych, ale o blogach właśnie. Potok linków.

W Polsce turystyka stadionowa to hobby niszowe i nic nie zapowiada, żebyśmy poszli w ślady Brytyjczyków lub Niemców. W ostatnich latach najwięcej dla polskiego groundhoppingu zrobił Radosław Rzeźnikiewicz. Stronę kartofliska.pl porzucił, ale dzięki jego filmom na YouTube i aktywności na Weszło, tysiące ludzi usłyszało o jeżdżeniu na mecze – od wiosek, po inne kontynenty. A kto jeszcze po meczingu produkuje się tekstowo?

Kogo czytać w Polsce

Sprawdzam, co wpada na grupę „Turystyka stadionowa” na FB. Zaglądam też na soccertrip365.com i „Stadionowego turystę”. Na tym drugim głównie stadiony, ale gdzie można zobaczyć zdjęcia z opuszczonego stadionu Fabloku Chrzanów? Wypada czekać na blogową reaktywację Rafała z „Na piłkarskim szlaku”, który głównie facebookuje. Bez bloga, ale ze świetnym kanałem na YouTube, radzi sobie Tour de Sport. Film z meczu w Nepalu? Proszę bardzo. Tylko na YouTube działa też „Polak na stadionach”.

Europa

  • Stuart Fuller z „The Ball is Round” to mój nr 1. – Rety, jakie to dobre – wzdycham czytając wpisy prezesa Lewes FC. Podobnie jak ojciec, przez kilka dekad kibicował West Hamowi, stąd rewelacyjny wpis o prawdziwym pożegnaniu Boleyn Ground. Rzucił skomercjalizowaną piłkę i pięknie o tym opowiada. Jego opowieść, jak wygląda dzień meczowy prezesa Lewes, polecam każdemu, kto chce napocząć temat non-league football.
  • Petyer Miles z „The Itinerant Football Watcher”. Moim zdaniem europejska czołówka. Dobre teksty i zdjęcia, ciekawe kierunki.
  • Daniel i Tom z północnego Londynu, „Beautiful Game”. Jeden z autorów kibicuje Arsenalowi, drugi Tottenhamowi. Ostatnie dwie relacje to pojedynki Bridon Ropes FC – Crowborough Athletic FC oraz Tooting & Mitcham United FC – Whyteleafe FC. Chwilę wcześniej byli w portugalskim Belem.
  • „The Blansko Klobása”, w poszukiwaniu piłki, piwa i idealnej kiełbasy. Oby szybko nie znalazł, bo wciąż ma o czym pisać. Głównie Czechy. Trzyma poziom.
  • „Lost Boyos”. Walijscy bracia potrafią zachować równowagę między opowieścią, jak dojechać do North Turton w dystrykcie Blackburn with Darwen, jak smakowało piwo, co wywinął sędzia a na koniec dokładają dobre foty.
  • „The Onion Bag”. Angielska prowincja, ale jakie widoki! Są porady, jak się zachować na meczu. Standardowa rozmowa groundhopperów wygląda tak:
    – Byłeś już na Bloxwich Rangers?
    – Zrobiłem wszystkie stadiony w lidze oprócz nowego stadionu Dudley Amateurs.
    Wskazane jest noszenie koszulki amatorskiego klubu z Wysp, a jeśli z kontynentu, to tylko takiego, o którym nikt nie słyszał.
  • „Modus Hopper Random”. Polecam tabelkę przy każdym meczu. Jest rubryka „mecz w jednym zdaniu” i statystyka zwycięstw bramkarskich bluz. W liczącej blisko sto meczów bazie, autor liczy, jak często mecze wygrywają golkiperzy w bluzach w różnych kolorach (ostatnia rubryka).
  • „The 94th Minute”. Walia na dobrym poziomie.
  • „Up for the Cup!”. „Oglądanie pierwszych rund pucharów, jest jak docieranie do źródeł rzeki” pisze Paul. Woli te fazy Pucharu Anglii, których nie zawłaszczyła telewizja i milionerzy.
  • „Pie and Mushy Peas”, nie tylko za cytat z Cruyffa na tytułowej belce. Podoba mi się ten miks, który sam staram się uprawiać. Po meczu Monaco w młodzieżowej Lidze Mistrzów jedziemy na Hadley – Hertford Town w Spartan South Midlands League.
  • The Groundhopper. Północna Anglia, „w poszukiwaniu piłkarskiej duszy”.
Stadion Dynama Kiszyniów

Stadion Dynama Kiszyniów

Relacje z moich groundhopperskich wypadów do 30 krajów w tej kategorii na blogu.

Mecz w luksemburskim lesie

Mecz Progrèsu Niederkorn

– Ludzie  w Luksemburgu lubią sport, ale sukcesów nigdy nie będzie. Sama wiem, jak to wygląda w Portugalii. Jeśli wygrywasz albo wygrywa twoja drużyna, jesteś kimś. A moi synowie mówią, że może dziś pójdą na trening, może nie. Są leniwi – usłyszałem na stadionie w Hamm od Rity.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Sport amatorski faktycznie jest tu masowy, ale trudno mówić o sukcesach na wielkich arenach. Na letnich igrzyskach olimpijskich Luksemburczycy zdobyli tylko dwa medale, ostatni w 1952 roku w Helsinkach. Wybiegał go Josy Barthel, dziś patron stadionu, na którym gra piłkarska reprezentacja. W ostatnich latach sukcesy odnosili kolarze – bracia Andy i Fränk Schleckowie. Ale w piłce nazwisk brakuje. Najsłynniejsi piłkarze? Dziś Mario Mutsch (Sankt Gallen, wcześniej Metz i Sion), do niedawna Jeff Strasser (Kaiserslautern i Borussia Mönchengladbach), wcześniej Louis Pilot (Standard Liège i Royal Antwerp).

Mecz Progrèsu Niederkorn

Tylko raz kwalifikacja na mundial lub EURO była dla Wielkiego Księstwa na wyciągnięcie ręki. W 1964 roku Luksemburczycy pokonali w dwumeczu Holandię. W kolejnej fazie, dopiero po trzecim spotkaniu, ulegli Danii. W 2006 roku Luksemburg w rankingu FIFA zajmował 186. miejsce. W ciągu dekady zrobił skok o blisko 50 miejsc. W ostatnich eliminacjach do mundialu zdobył 6 punktów, do EURO we Francji 4. Po towarzyskim remisie z Włochami z Pirlo, Buffonem i Verattim w składzie, Luksemburczycy podzielili się punktami z Białorusią i pokonali Macedonię. – W ciągu kilku lat liczba zawodowych piłkarzy z Luksemburga znacząco wzrośnie – zapowiadał niedawno selekcjoner Luc Holtz. – Do wszystkiego podchodzimy profesjonalnie – organizacja, treningi, wszystko robimy porządnie.

W ostatnich latach liga poszła w górę. Kluby nałapały tyle punktów w pucharach, że liga luksemburska przeskoczyła w rankingu UEFA rozgrywki w Czarnogórze, Armenii i na Litwie.Mecz Progrèsu Niederkorn

Podróż ze stolicy do Niederkorn, niedaleko granicy z Francją, zajmuje autobusem 45 minut. Na derby w najwyższej lidze przyszło 1500 osób. Progres gra z Differdange, stadiony obu klubów dzieli 5 km.

W europejskich pucharach goście radzą sobie lepiej, niż niejeden polski klub. W tej dekadzie już pięciokrotnie wygrywali choć jeden dwumecz. W tym sezonie, po wygranej z walijskim Bala Town, przegrali z Trabzonsporem, ale bez wstydu – 0:1 i 1:2. Dwa lata temu pokonali holenderski Utrecht i dopiero po karnych odpadli z Tromsø. W 2012 roku, na drodze do fazy grupowej, zatrzymało ich Paris Saint-Germain. – Nie szalejemy na punkcie piłki, ale w czasie tych meczów piłkarze byli bohaterami – opowiada mi Tomas, wzdychając po nieudanych akcjach Differdange. – Musieliśmy grać w Luksemburgu, zresztą stadion Progresu też nie nadaje się na puchary – dodaje. Oglądamy mecz z jedynej trybuny. Z trzech stron boisko otaczają wysokie drzewa, na które spływa światło reflektorów. Drugą połowę oglądam z kibicami gospodarzy. Łatwo wybrać chwilę największej chwały w historii pięciotysięcznego dziś miasteczka. W 1978 roku Progres zdobył mistrzostwo Luksemburga i w pierwszej rundzie Pucharu Europy zagrał z Realem Madryt. – Czy jest szansa na powtórkę? Od kiedy trzeba się przebijać przez kwalifikację, to pewnie nie. Ale na początku zacznijmy od siebie. Do drużyn walczących o mistrzostwo wciąż nam daleko – opowiada Marc. Ma na sobie czarno-żółtą czapkę w barwach Progresu. Kiedy jego zespół traci gola, nawet się nie denerwuje. Potrząsa tylko głową pogodzony z losem. Differdange wygrywa derby 1:0.

Mecz był słaby. Marc powoli podnosi się ze swojego krzesełka. – Czy w kraju, w którym młodzi marzą o karierze bankowca, a nie piłkarza, może być dobry futbol? – rzuca na pożegnanie.Mecz Progrèsu Niederkorn Mecz Progrèsu Niederkorn Bar Progrèsu Niederkorn  Bar Progrèsu Niederkorn Mecz Progrèsu Niederkorn Mecz Progrèsu Niederkorn

Stadion w Charleroi szybko się kurczy

Stadion Sportingu Chaleroi

W zamglonym o poranku Charleroi byłem przy okazji wizyty w Luksemburgu. Z lotniska o dość zabawnej nazwie Brussels South Charleroi, korzystałem m.in. wracając z Rumunii i jadąc do Brugii i Brukseli. Z lotniska odjeżdżają tanie autobusy Flibco. O ile korzystne ceny dotyczą przejazdu do stolicy Belgii, czy Lille, to podróż do centrum miasta nie jest tania. Z lotniska legalnie można się wydostać tylko samochodem lub autobusem. Podróż na pieszo jest niedozwolona i dość niewygodna. Bilet do centrum kosztuje 5 euro.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Lucky Luke w Charleroi

Z głównego dworca do stadionu Sportingu Charleroi można dotrzeć pieszo. Lucky Luke, którego spotkałem po drodze, to postać wymyślona przez belgijskiego rysownika Maurice’a De Bevere, lepiej znanego jako Morris.

Royal Charleroi Sporting Club (RCSC) powstał w 1904 roku. Sukcesy nie są imponujące – wicemistrzostwo, dwa finały pucharu.

Stadion Sportingu Chaleroi

Stadion wybudowano w 1939. Nazwa – Mambourg – nawiązywała do pobliskiej kopalni. Przy ostatniej przebudowie, na EURO 2000, nazwę zmieniono. Stade du Pays de Charleroi mógł pomieścić wtedy 30 tys. kibiców. Część trybun rozebrano już po EURO. Kolejne sektory demontowano w ostatnich latach. Dziś pojemność wynosi tylko 17 tys.
Stadion Sportingu Chaleroi

Piłkarze Sportingu, którzy grają w strojach w biało-czarne pasy, są znani, jako Zebry.

Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi Stadion Sportingu Chaleroi  Stadion Sportingu Chaleroi

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Mała Portugalia w Luksemburgu

Mecz Hamm Benfica

Siadam na trybunie stadionu Benfiki. Obok hałasują bębny i powiewają flagi. Na czerwonych koszulkach piłkarzy widnieje charakterystyczny herb ze złotym orłem. – Força Benfica! – krzyczą po portugalsku kibice. O tym, że od Lizbony dzielą nas dwa tysiące kilometrów, przypomina przenikliwe zimno i zapach smażonych frytek, które je się tutaj z majonezem.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Mecz Hamm Benfica

Samoloty do Portugalii odlatują codziennie. Startujące maszyny widać za jedną z bramek. Do jedynego w Luksemburgu lotniska jest stąd 7 kilometrów. – Lecąc do domu widzisz boisko naszej Benfiki. Z lotniska w Lizbonie na Estádio da Luz też jest blisko – uśmiecha się Daniel. Rozmawiamy w Hamm, dzielnicy miasta Luksemburg.

W całym Wielkim Księstwie Portugalczycy stanowią 16% mieszkańców. Na początku lat 60. było ich tu niewielu. Stopniowo zaczęli zajmować miejsce Włochów, którzy wracali do swojego kraju. Z pracą nie było problemów. Rodowici Luksemburczycy znajdowali zatrudnienie w rosnącym sektorze bankowym. Kraj potrzebował robotników. Część Portugalczyków wybrała emigrację po przykręceniu śruby przez rządzącego krajem Antonio Salazara, twórcy tzw. „Nowego Państwa”. – W kraju panowała militarna gorączka, wybuchały studenckie protesty. Ludzie zaczęli emigrować – tłumaczy mi Daniel. Napływ emigrantów z Portugalii zmalał w latach 90. Dziś 82 tys. osób mieszkających w Luksemburgu mają portugalski paszport. Niemal tyle samo, co w 150 razy większych Niemczech. Portugalczycy pozakładali tu rodziny i małe biznesy. Potem przyszedł czas na kluby piłkarskie.

Mecz Hamm Benfica

W Benfice gra tylko trzech Portugalczyków. Drużyna to mieszanka – Luksemburczycy, Niemcy, Amerykanin, Kabowerdyjczyk i Grek. Dowodzi grający trener, Niemiec Dino Toppmöller. Dekadę temu grał w Eintrachcie Frankfurt i Erzgebirge Aue. Bohaterem meczu z Mondorfem zostaje jego rodak Patrick Stumpf. W ostatnim kwadransie strzela trzy gole, ostatniego w 93. minucie. Przegrywająca do 78. minuty Benfica, wygrywa mecz 3:1. Następnego dnia szukam relacji z meczu w prasie. W kiosku można kupić gazety sportowe z Portugalii – „Record” i „A Bolę”. Suchy wynik znajduję w lokalnym dzienniku. Główny temat na stronie dotyczy problemów Jose Mourinho.

Hamm Benfica powstała w 2004 roku, gdy połączono istniejący od 1937 roku FC Hamm i FC RM 86 Luxembourg. Po dwóch latach nowy klub awansował do luksemburskiej ekstraklasy. Trzy lata po Benfice, także dzięki fuzji, powstał SC Steinfort. Gra na drugim poziomie ligowym. Wszystko o klubie mówi pełna nazwa – Sporting Steinfort and Sporting Club Lissabon Luxemburg. Barwy zielono-białe, herb niemal identyczny, jak klubu z Lizbony. Różni się tylko napisem, resztę zostawiono nietkniętą. W niższych ligach gra jeszcze ASL Porto. Barwy i herb równie mało oryginalne, jak u Benfiki i Sportingu. – Czy przez to czujemy się bliżej domu? Tak, choć wszyscy wiedzą, że jeśli chce się zobaczyć dobry mecz, to trzeba wsiąść w samolot – śmieje się Paolo. Głównym sponsorem Benfiki klubu jest Casa de Benfica, czyli portugalska restauracja. – W końcu mamy swoje miejsce spotkań. Jest sporo telewizorów, razem oglądamy mecze Benfiki, tej z Portugalii. Owoce morza i mięsa z grilla mamy tak dobre, jak w domu – opowiada.

Mecz Hamm Benfica

Choć mieszkańcy mówią w kilku językach, to witają się zazwyczaj słowem „Moien”, po luksembursku. – Nie mówię tego dlatego, że tu mieszkam, ale szkoły w księstwie należą do najlepszych na świecie. Dzieci imigrantów, jak moje, znają pięć języków. Luksemburskiego, francuskiego i niemieckiego używa się w szkole na co dzień. Do tego dochodzi angielski i język rodziców, czyli w naszym przypadku portugalski – tłumaczy mi Rita, którą poznałem na stadionie. Czy w takim razie jej dzieci łatwo znajdą pracę? – Poza Luksemburgiem pewnie tak. Ale tutaj trzy języki zna większość, pięć to też nic niezwykłego – tłumaczy.

Kolejne wpisy z Luksemburga wkrótce.

Mecz Hamm Benfica   Mecz Hamm Benfica  Mecz Hamm Benfica Mecz Hamm Benfica Mecz Hamm Benfica Mecz Hamm Benfica   Herb Hamm Benfica

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Największy stadion świata. Dla Hitlera

Deutsches Stadion Norymberga

Kamień węgielny osobiście wmurował Adolf Hitler. Stadion w Norymberdze miał być największym obiektem sportowym w historii. Planowana pojemność – 400 tysięcy osób.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Norymbergę odwiedziłem w drodze do Monachium (na blogu pisałem o Stadionie Olimpijskim oraz kompleksach treningowych Bayernu i TSV 1860). Deutsches Stadion budowano jako element ogromnego terenu zjazdów NSDAP. To rzut kamieniem od stadionu 2. Bundesligi. Frankenstadion wybudowano w 1928 roku. Szybko zaczął służyć Hitlerjugend. Piłkarze 1. FC Nürnberg grają na nim od 1963 roku.

Plac Maxa Morlocka

Plac Maxa Morlocka, mistrza świata z 1954 roku (472 mecze dla Norymbergi, 294 gole) i wejście do klubowego sklepu przyklejonego do stadionu. Wystarczy się obrócić, żeby zobaczyć Zeppelinfeld, gdzie na monumentalnej trybunie Hitler miał odbierać parady. Po wojnie zniszczono górującą nad terenem swastykę. Plac i trybuny wykorzystywano do meczów różnych dyscyplin oraz jako część toru wyścigowego. Odbywały się tu także koncerty.

Zeppelinfeld od strony stadionu Norymbergi.

Do miejsca, gdzie miał powstać największy stadion na świecie, idzie się stąd 20 minut. Projekt wyszedł spod ołówka Alberta Speera. Był inspirowany był antycznym Stadionem Panateńskim, który mnie też zachwycił. Pod Norymbergą miały być rozgrywane wszystkie igrzyska olimpijskie, już w formacie zawodów pangermańskich, tylko dla Aryjczyków. Ich skala miała przyćmić wszystko, co do tej pory widziano w świecie sportu.

Deutsches Stadion Norymberga

Projekt Deutches Stadion, źródło.

Zewnętrzna fasada miała mieć 90 metrów wysokości. Na górne kondygnacje widzowie wjeżdżaliby ogromnymi windami. Żeby sprawdzić, czy architektoniczne założenia dadzą dobry efekt, 40 km od Norymbergi, niedaleko wioski Achtel, zbudowano testową trybunę na 40 tys. osób. Po akceptacji Hitlera prace nad Deutsches Stadion kontynuowano. Koszty budowy były gigantyczne, ale Hitler uznał, że przy planowanym wysiłku wojennym III Rzeszy kwota wcale nie robi wrażenia, a stadion na 400 tysięcy osób będzie wieczny.

Albert Speer uznał, że owalny kształt nowego obiektu to zły pomysł. Uważał, że powoduje psychiczny dyskomfort u widzów. Zdecydował się na kształt podkowy. W centralnym miejscu miał stanąć hellenistyczny ołtarz pangermański. Badano pole magnetyczne, stadion z 12 kolumnami miał być połączony z norymberską starówką 12 drogami. Ostatecznie wojna przerwała budowę krótko po jej rozpoczęciu. Z fundamentów właściwie nic nie zostało. Pozostało mi uwiecznić pełen biegaczy urokliwy park oraz jezioro.

Deutsches Stadion Norymberga

Teren, gdzie miał stanąć Deutches Stadion.

Deutsches Stadion Norymberga

Kongresshalle, największy zachowany budynek z okresu narodowego socjalizmu.

Zaplanowany przez nazistów kompleks składał m.in. się z pola, na którym odbywały się zjazdy NDSAP, hali kongresowej, placu dla parad Wehrmachtu i dwóch stadionów (giganta na 400 tys. osób i tego, na którym dziś grają piłkarze drużyny 2. Bundesligi). Całość zajmowała powierzchnię 11 km kw.

Deutsches Stadion Norymberga

Teren, gdzie miał stanąć Deutches Stadion.

Innym pomysłem Alberta Speera była Volskshalle. Gigantyczna hala na 180 tysięcy osób, miała być jednym z głównym punktów Planu Germania, monumentalnej przebudowy Berlina. W procesie norymberskim Speer został skazany na 20 lat więzienia. Przyznał się do organizacji deportacji robotników przymusowych do Niemiec. Próbował się wybielić tłumacząc, że nic nie wiedział o hitlerowskich obozach śmierci. Historycy nie dają mu wiary. Wyszedł z więzienia w 1966 roku, zmarł 15 lat później.

Największy dziś europejski stadion, Camp Nou, w światowym rankingu pojemności jest w drugiej dziesiątce. Najwięcej osób może wejść na Stadion im. 1 Maja w Pjongjangu. Za nim znajduje się osiem amerykańskich stutysięczników, na których grają futboliści. Camp Nou wyprzedza jeszcze obiekt w Melbourn (krykiet i futbol australijski). 220 tysięcy osób mogło się zmieścić na praskim Strahovie, który też odwiedziłem.

Frankenstadion, dziś Grundig-Stadion

Frankenstadion, dziś Grundig-Stadion, obiekt 1. FC Nürnberg.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Piłkarski album bez piłki

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Tytuł: Going to the MatchGoing to the Match
Autor: Przemek Niciejewski, wstęp Jonathan Wilson (tłum. Michał Okoński)
Wydawnictwo: Magnus 2016

Wszystko jest w tym albumie na odwrót. Inaczej, niż w produkcjach, które mają się sprzedać. Nie ma zdjęć gwiazd, brakuje choćby jednego piłkarza fetującego zdobytą bramkę. Boisko zazwyczaj w ogóle nie mieści się w kadrze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Rynek książek sportowych w ostatnich latach powiększył się kilkakrotnie. W księgarniach pojawiają się nie tylko biografie (Neymar ma ich w Polsce już kilka), ale książki ambitne, także takie, które mają zachwycać nie tylko formą, ale i treścią. Jednak podobnego albumu dotąd nie było. Dwieście starannie przygotowanych stron z urzekającymi zdjęciami z Niemiec, Anglii, Szkocji, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Czech, Węgier i Norwegii.

Kiedy Przemek Niciejewski podczas finału Ligi Mistrzów stoi za bramką, jest jedynym fotografem, który obiektyw kieruje na trybuny. Mecz nie jest dla niego najważniejszy. Większości bramek nie widzi. Z wyjazdu do Barcelony w albumie zmieścił dwa kadry – widok z Camp Nou na miasto i scenę z metra. Sam mówi, że robiąc zdjęcia szuka odpowiedzi, dlaczego kibic poszedł na stadion.

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Zdjęcia do albumu zbierał latami. Pamiętam jego wpisy na twitterze po powrocie z meczu Uranii Ruda Śląska. Obaj bylismy zachwyceni. Takich stadionów jest coraz mniej. Na nowych, bardziej przypominających centra handlowe, brakuje duszy. Według Niciejewskiego od pełnej komercjalizacji futbolu nie ma odwrotu. Piłka już nie wróci do swoich korzeni i będzie się stawała coraz bardzie skomercjalizowaną rozrywką dla coraz bogatszych. Chyba, że coraz więcej zacznie patrzeć na futbol tak, jak autor „Going to the Match”

Przemek Niciejewski. Oldham
Fot. Przemek Niciejewski.

Więcej zdjęć na twitterze i Facebooku Przemka Niciejewskiego.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście

Tytuł: Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście
Autor: Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski
Wydawnictwo:
Agora 2016

Autorzy, dziennikarze śląskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, wcześniej nie pisali o górach. Cała ich wiedza sprowadzała się do dwóch zdań o Koronie Himalajów i wyścigu z Messnerem. Osiągnięcia himalaistów śledziła wtedy cała Polska. Włoch pierwszy zdobył 14 ośmiotysięczników, ale Polakowi zajęło to mniej czasy, szczyty atakował nowymi drogami, bez tlenu i zimą.

Czyta się dobrze, bo nie jest to sztywna biografia. Wszystko zgodnie ze sztuką – nie brakuje anegdot i szczegółów. Autorzy nie gloryfikują bohatera, który myślał głównie o swoim sukcesie. Tło jest szerokie. Do myślenia dają opisy, jak Polacy zdobywali sprzęt. Przydawały się zarówno gogle spawalnicze, jak i sprzęt, który podczas wspinaczki wyrzuciły ekipy z Zachodu. Żeby zarobić na wyprawę, himalaiści malowali kominy, przemycali zegarki w puszkach po zupie, wywozili z kraju kryształy.

Wśród indywidualistów, którzy by odnieść sukces, ryzykują życie, mnożą się napięcia. Sporo w książce analiz, co wydarzyło się między uczestnikami ekstremalnych wypraw, już na „strefie śmierci”, powyżej 8000 m n.p.m. Czy ten, który przeżył, zrobił wszystko co mógł, by uratować partnera? Ale jak to ocenić, skoro na tej wysokości ludzki mózg nie pracuje racjonalnie? Dylematów tu sporo, bo wyprawy mierzącego w najtrudniejsze wyzwania Kukuczki usłane były tragediami.

W wieku 23 lat Kukuczka po raz pierwszy stracił w górach swego przyjaciela. 17 lat później odpadł od południowej ściany Lhotse.