Kujawsko-pomorskie. Piłkarska pustynia, ale stadiony nad wodą

Stadion w Chełmnie.

Brak jakiejkolwiek drużyny w Ekstraklasie i I lidze. Do tego fatalne miejsca w historycznych rankingach siły województw zarówno pod względem sukcesów drużyn, jak i wychowanych reprezentantów Polski. Patrząc na dużą piłkę, kujawsko-pomorskie to piłkarska pustynia. Dobrze więc, że stadiony są tu często nad wodą.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Zarówno historyczne, jak i aktualne wyniki dla kibica z Kujaw i Pomorza są fatalne. Zawisza Bydgoszcz liczy na awans do III ligi, czyli tam, gdzie występuje Elana Toruń. Najlepiej ostatnio szło Olimpii Grudziądz, dziś drugoligowcowi. W tabeli wszech czasów ekstraklasy najwyższe miejsce spośród klubów z obecnego województwa kujawsko-pomorskiego zajmuje Zawisza (31). Dłużej w elicie grała choćby Garbarnia Kraków, a Amica Wronki zdobyła więcej punktów.

Na szczęście wyruszając z Bydgoszczy można rzucić okiem na kilka świetnie położonych stadionów. Choć opisywałem tu m.in. piękny widok z trybuny w Chełmnie, wrażenia z Grudziądza, mecz z więzieniem w tle w Potulicach czy opuszczony stadion BKS-u Bydgoszcz, to stadionów z najbliższej okolicy jest na tym blogu niewiele. W 2020 roku groundhopperów do krótszych podróży zmusiły koronawirusowe restrykcje. Zamiast na lotnisko kilka razy ruszyłem w podróż po województwie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Świecie

Stadion Wdy Świecie.

Wda Świecie. Estetyczny obiekt na wzniesieniu. Bieżnia i 3,5 tys. miejsc. Dość typowa, ale miła dla oka brama. Na stadionie urzekł mnie znicz olimpijski. Z jego zapaleniem nie będzie problemu, wystarczy wejść po schodach.

Łabiszyn

Łabiszyn, 20 km od Bydgoszczy. Wspaniale położony stadion niedaleko Noteci. Na zdjęciach z lotu ptaka widać, że murawę z każdej strony otaczają gęste drzewa. Na minus żużlowa bieżnia.

Będąc w Łabiszynie warto wybrać się do odległego o 5 km pałacu w Lubostroniu. Klasycystyczny obiekt otoczony jest kilkudziesięciohektarowym parkiem krajobrazowym.

Pałac w Lubostroniu, niedaleko Łabiszyna.

Inowrocław

Obiekt Cuiavii – Stadion Miejski im. Inowrocławskich Olimpijczyków został przebudowany w 2011 roku. Ze stromej trybuny jest bardzo dobra widoczność. Rozgrywano tutaj lekkoatletyczne mistrzostwa Polski i piłkarskie mecze młodzieżówek. Stosunkowo niedaleko tężni.

Stadion Miejski nr II w Inowrocławiu. Miejscowi twierdzą, że załapałem się na ostatni moment, żeby zobaczyć ten obiekt przed przebudową. Faktycznie, remont się przyda, ale ceglana brama warta uwagi.

Chełmża

Chełmża to ciekawe miasteczko z gotycką bazyliką na skarpie nad brzegiem jeziora. Najbardziej zaskoczyła mnie odległość rynku od miejskiej plaży. To zaledwie 150 metrów.

Choć stadion ponad 90-letniej Legii położony jest na drugim końcu Chełmży, to w trzy minuty można dojść na plażę nad Jeziorem Chełmżyńskim. Latem Chełmża jest godna polecenia. Niezłe miejsce do kąpieli, co sam sprawdziłem.

Piotrków Kujawski

Turyści, ani groundhopperzy raczej się tutaj nie zapuszczają. Najbliższe większe miasta, to w równej odległości Włocławek, Gniezno i Inowrocław. Trybuna na wale ziemnym, brak oświetlenia, wiejski, spokojny klimat.

Kamień Krajeński

Kamionka Kamień Krajeński

Kamionka Kamień Krajeński, stadion tuż obok murów miejskich. W tle barokowa kolegiata Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Boisko leży kilometr do plaży miejskiej nad Jeziorem Mochel.

Sępólno Krajeńskie

MLKS Krajna Sępólno Krajeńskie

MLKS Krajna Sępólno Krajeńskie. Wystarczy przejść przez park, żeby dotrzeć na plażę Jeziora Sępoleńskiego.

Koronowo

Boisko w Koronowie (20 km od Bydgoszczy) położone jest u podnóża skarpy, trochę podobnie jak w Chełmnie. Z kolei druga trybuna przylega do drogi. A za nią rzeka Brda. Z boiska do wody to mniej, niż 100 metrów. Na drugą stronę można przejść przez Kozi Mostek.

Boczne boisko w Koronowie

Widok z bocznego boiska w Koronowie. W tle więzienie, które od XIX wieku działa w budynkach byłego klasztoru cystersów.

Toruń

Boisko w Stawie Komtura w Toruniu.

Na koniec małe boisko w Boisko w Stawie Komtura w Toruniu. Do Wisły jest stąd 200 metrów.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Gdańska reprezentacja Polski [RECENZJA]

Tytuł: KS Gedania – klub gdańskich Polaków (1922-1953)
Autor: Janusz Trupinda
Wydawnictwo:  Oskar 2015

Gedanię nazywano małą reprezentacją Polski. W Wolnym Mieście Gdańsku, gdzie zdecydowaną większość mieszkańców stanowili Niemcy, gedaniści kultywowali polskość. Ci, którzy przeżyli wojnę, musieli udowadniać swoją narodowość.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Trudno znaleźć zadowolonych z kompromisu, którego owocem był rozdział XI traktatu wersalskiego, opisujący skomplikowaną konstrukcję Wolnego Miasta Gdańska. W 1923 roku język polski jako ojczysty zadeklarowało 4 proc. mieszkańców nowego tworu. Większość stanowili robotnicy. Dziś, na podstawie m.in. preferencji wyborczych, szacuje się, że na terenie miasta-państwa mieszkało w latach 30. maksymalnie 13 proc. Polaków.

Już w 1933 roku w wyborach do Volkstagu NSDAP uzyskała minimalną większość. Naziści zdobyli więcej głosów do parlamentu w Gdańsku, niż do tego w Berlinie. Sytuacja w mieście stawała się dla Polaków coraz bardziej niekorzystna. W III Rzeszy sport scentralizowano i zmilitaryzowano. Kiedy w 1937 roku KS Gedania organizowała huczny jubileusz zapraszając okoliczne kluby, spotkała się z odmową. Jak ustalili działacze sekcji bokserskiej, do niemieckich klubów trafił wysłany z Berlina okólnik: „Regionom i okręgom nie udzieliliśmy żadnego zezwolenia na start dla polskiego klubu sportowego Gedania”. Klub utrzymywał się ze składek, ale guldenów w klubowej kasie ciągle brakowało. Władze Gedanii zdecydowały się na radykalny krok. Drużynę piłkarską z rozgrywek polskich przeniosły do niemieckich. Organizacja meczów z lokalnymi przeciwnikami była tańsza.

Zobacz także: Na tym stadionie Hitler przełknął gorycz porażki [Z PODRÓŻY]

To nie pierwsza książka Janusza Trupindy. Przykładowe tytuły poprzednich publikacji: “Imagines Potestatis. Insygnia i znaki władzy w Królestwie Polskim i Zakonie Niemieckim”, „Kancelaria wielkich mistrzów i polska kancelaria królewska w XV w.”. Tak, tak, wszystko się zgadza. Książkę o XX-wiecznym klubie sportowym napisał muzealnik i mediewista, dziś dyrektor Muzeum Zamkowego z Malborku.

Autor, choć starał się wyjść ze znanych mu sztywnych, naukowych ram, nie wszędzie temu podołał. Książka powinna być lepiej zredagowana. Mało udane są fragmenty o innych sekcjach (m.in. lekkoatletycznej, strzeleckiej, czy piłki ręcznej), a zupełnie niepotrzebnie wydrukowano listy nazwisk i wyników. Świetnie za to czyta się opowieści bohaterów.

Czytaj także: Największy stadion świata. Dla Hitlera [Z PODRÓŻY]

Na anektowanych przez III Rzeszę terenach Wolnego Miasta Gdańska utworzono obóz koncentracyjny w Stutthofie. Trafiło do niego wielu gedanistów. Pierwszy transport Polaków z Gdańska przyjechał tu 2 września 1939. Antoni Belling wspominał:
„Przywitał nas znany potem oficer SS Gust i zakomunikował nam, że znajdujemy się w niemieckim obozie koncentracyjnym, gdzie nauczą nas porządku. (…) Tego dnia otrzymaliśmy na kolację po solonym śledziu, a pragnienie gasiliśmy wypływającą z żelaznej rury rdzawą wodą. (…) Zaraz od początku dała nam się we znaki ciężka praca: rozładowanie i transport materiałów budowlanych”.

Zimą, w 50-metrowym baraku spało 150-200 osób. Brunon Zwarra:
„Leżeliśmy na tej wilgotnej sieczce na ubraniach, kładąc się na początku na wznak. Jak się potem okazał, w nocy z powodu ciasnoty można było spać tylko na boku. (…) Głównie jednak uchodząca w nocy z ust przeszło setki więźniów i skraplająca się pod dachem para powodowała, że spadały na nas nieustannie duże krople wody. Szczególnie podczas bardzo silnych mrozów kapał na nas niemal deszcz, przed którym każdy tak jak mógł starał się uchronić”.

Kiedy w 1940 roku doraźny sąd policyjny skazał na rozstrzelanie kilkudziesięciu działaczy i urzędników polskich z Wolnego Miasta Gdańska, istotną część stanowili gedaniści. Po wojnie, byli zawodnicy Gedanii, jako ludność miejscowa, czyli element niepewny, stawali przed komisjami rehabilitacyjnymi. Musieli udowadniać swoją polskość. Weryfikacją zajmowały się często osoby, których w czasie wojny nie było w Gdańsku.

Gedania została po wojnie reaktywowana, ale szybko wyprzedziły ją inne kluby. Władze budowały nową Polskę, a na grupkę autochtonów patrzono podejrzliwie. Piłkarze Gedanii 1922 grają dziś w IV lidze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Na stadion KS Gedania przy ul. Kościuszki zajrzałem w 2013 roku.

Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Miał być kompleks sportowy, a będą bloki

Były stadion Budowlanych Bydgoszcz, grudzień 2020. Wał ziemny, kiedyś trybuny. Kontenery budowlane w miejscu boiska.

Czego tu miało nie być. Plany zakładały nie tylko stadion, ale sportowy kompleks z hotelem, pływalnią i krytą halą lekkoatletyczną. Zostały wały ziemne.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W sezonie 1977/78 piłkarze BKS Bydgoszcz grali w II lidze. Na drugim poziomie rozgrywek istniały dwie grupy. W czołówce były takie zespoły, jak GKS Katowice, Gwardia Warszawa, czy Lechia Gdańsk. BKS wygrał zaledwie cztery mecze i spadł. Pierwszy sezon na zapleczu ekstraklasy okazał się być ostatnim.

BKS powstał w 1956, ale nigdy nie był tak silny, jak choćby Budowlani z Gdańska, dziś znani jako Lechia. Związek z tą gałęzią gospodarki upoważniał do wielkich planów. BKS kupił teren przy ul. Żwirki i Wigury. Plany do dziś robią wrażenie. Na bydgoskim Górzyskowie miały powstać: stadion lekkoatletyczny z krytą trybuną na 5 tys. widzów, kryta hala lekkoatletyczna, boisko treningowe piłkarskie z trybuną ziemną, zespół treningowych boisk lekkoatletycznych, zespół kąpielisk, kryta pływalnia, hotel dla 100 sportowców i parkingi na 330 samochodów.

Były stadion Budowlanych Bydgoszcz, grudzień 2020.

W latach 80. hokeiści BKS-u grali w ekstraklasie, a lekkoatleci jadący na zawody wypełniali cały autobus. – Z czasem klub zaczął podupadać. Nie było już ludzi, którzy byli w stanie ten pomysł ciągnąć – opowiadał mi kiedyś Henryk Kostrzewski, wieloletni trener BKS-u. Na dwóch bocznych boiskach ćwiczyły drużyny młodzieżowe, a na głównym – grająca w V lidze drużyna seniorów. Teren na Górzyskowie w końcu sprzedano. Potem BKS Bydgoszcz trafił do struktur CWZS Zawisza, co dało dostęp do bazy w kompleksie przy ul. Gdańskiej (dziś to obiekt BCS-u).

Plany ośrodka sportowego na bydgoskim Górzyskowie.
Były stadion Budowlanych Bydgoszcz, widok od ul. Inowrocławskiej. Wał ziemny, który miał stać się trybuną.

BKS odbił się od dna. Szkoli kilkaset dzieci, którymi zajmuje się kilkudziesięciu trenerów i wolontariuszy. – BKS jest dziś dużym klubem. Zmiana zaczęła się w 2006 roku. Wtedy uznano, że klub ma potencjał. Wszedł w skład CWZS Zawisza i pomału robiliśmy swoje. Poziom zaniedbań, który zastaliśmy, był ogromny. Naszym celem było utrzymanie szkolenia i zbilansowanie finansów – opowiadał mi dyrektor Błażej Baumgart.

BKS ma dziś lekkoatletów, piłkarzy, którzy awansowali do IV ligi, piłkarki ręczne, łuczników i hokeistów. Gwiazdą jest Iga Baumgart-Witan, brązowa medalistka mistrzostw świata w sztafecie 4 x 400 metrów. Na terenie po stadionie już kilka lat temu miało powstać centrum handlowe. Z tych planów też nic nie wyszło. W szybkim tempie powstają tutaj budynki mieszkalne.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pojechać, porozmawiać, napisać [RECENZJA]

Tytuł: Mecz to pretekst
Autor: Anita Werner, Michał Kołodziejczyk
Wydawnictwo:  SQN, 2020

Sześć splątanych konfliktami miast z futbolem w tle. Michał Kołodziejczyk pomysł na reporterską książkę nosił w sobie 20 lat. W realizacji pomogła życiowa partnerka i zakaz konkurencji.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Bilbao, Tyraspol, Jerozolima, Irlandia Północna, Kosowo oraz Bośnia i Hercegowina. Łącznie trochę ponad 300 stron. Podróże, rozmowy, a jako fundament porządny research. Michał Kołodziejczyk i Anita Werner napisali rzetelną, reporterską książkę. Nie ma tutaj żadnych sensacji, tematów, które wcześniej nie pojawiałyby się w mediach. Sam byłem na meczach w czterech z sześciu opisanych w książce miastach. Czytałem te same książki o Nadniestrzu by potem stanąć pod pomnikiem Lenina w Tyraspolu, chodziłem z mapą murali po Belfaście, fotografowałem dziury po kulach w Sarajewie. Autorzy dorzucili spotkania z ludźmi. Mieli cierpliwość i siłę przebicia. Każdy wyjazd wymagał kilkudziesięciu telefonów i uruchomienia łańcuchów znajomości.

„Mecz to pretekst” otwiera rozdział o Izraelu. Polscy dziennikarze dotarli do kibiców, byłych piłkarzy oraz właściciela Beitaru Jerozolima i opowiedzieli historię znaną z filmu „Forever Pure”. Osią tekstu jest przemiana Davida Mizrahiego. W kibicowskim szale miotał najgorszymi groźbami protestując przeciw zatrudnieniu w jego klubie muzułmanów. Po przekroczeniu wszelkich granic stracił pracę, pieniądze i rodzinę. Dziś Mizrahi jeździ z wykładami po szkołach. Opowiada nastolatkom, że nienawiść sieje zniszczenie, a sport może być narzędziem pokoju.

Zobacz także: Kosowo w stolicy Europy [Z PODRÓŻY]

Dobrze wybrane, choć znane tematy, jak podzielona Mitrowica, czy baskijski terroryzm, u Kołodziejczyka i Werner spina piłka. 66 rozmówców maluje obraz świata, gdzie futbol to socjologiczny fenomen. Wojny, podziały i wykluczenia przedstawiane są w piłkarskim ujęciu.

Dla Kołodziejczyka inspiracją były m.in. „Football Against The Enemy” Simona Kupera i „Behind the Curtain” Jonathana Wilsona. Ruszyć w podróż i opisać, jak futbol tłumaczy świat, udało mu się dopiero przy zmianie pracy. Jesienią 2019 roku ogłoszono, że z Wirtualnej Polski dziennikarz przejdzie do „Przeglądu Sportowego”. Zrezygnował z propozycji (dlaczego, nie ujawnia) i w czerwcu został dyrektorem redakcji sportowej Canal+. Książka ma medialnych autorów i świetną promocję (z filmikami włącznie). W dniu premiery zapadła decyzja o dodruku. Pytany o możliwą kontynuację i kolejne podróże, Kołodziejczyk na razie wstrzymuje się od odpowiedzi. Jeden z możliwych tematów już zdradził. Celem podróży był Górski Karabach. Wyjazd uniemożliwiła wojna.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

O moich piłkarskich podróżach przeczytasz w tej kategorii.

Birmingham. Piłkarskie piękno brzydkiego miasta [Z PODRÓŻY]

Stadion WBA
Jeff Astle na bramie stadionu WBA.

W derbach „drugiego miasta” grają kluby, których stadiony oddalone są od siebie o 2,5 mili. Autobusem i tramwajem podróż z Villa Park na stadion Birmingham City zajęła mi godzinę. Niewiele dłużej zajmuje transport na obiekty WBA i Wolverhampton Wonderers. Klubów ze stuletnią tradycją jest tu więcej, niż ładnych widoków.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Anglii tutaj.

Otoczenie St Andrew’s sprawia przygnębiające wrażenie. Od kilku lat Birmingham City chce się przenieść kilka ulic dalej. Nowy stadion miałby pomieścić prawie dwa razy więcej kibiców, bo 55 tysięcy.

Stadion Birmingham City
St Andrew’s, Birmingham.

Zobacz także: Wimbledon, historia jak z Football Managera [Z PODRÓŻY]

Stadion Birmingham City
St Andrew’s, Birmingham.
Stadion Birmingham City
St Andrew’s, Birmingham.

Zobacz także: W tej loży masońskiej powstała piłka nożna [Z PODRÓŻY]

W 2011 roku w ankiecie TripAdvisora Birmingham zostało najnudniejszym i najmniej romantycznym miastem w Europie. Zaglądam do bukmachera. W obszernym pomieszczeniu u Williama Hilla siedzi kilku mężczyzn. Na chwilę rozmowy daje się namówić najmłodszy z nich. Charlie, niewysoki 20-latek, który zakreśla mecze z kartki „Midweek Football”. Początkowo na każde moje pytanie odpowiada jednym zdaniem. W końcu się rozkręca. – W mojej pracy nie ma faceta, który nie kibicuje jakiejś drużynie. Ale nie zawsze są to kluby z Birmingham. Jeśli chodziłeś gdzieś na mecze jako dzieciak, to nawet jeśli już tam nie mieszkasz, kibicujesz temu zespołowi – mówi.

West Bromwich Albion

Na Villa Park podziwiałem m.in. pomnik człowieka, który wymyślił ligowy futbol. Z kolei na bramie The Hawthorns umieszczono wizerunek piłkarza z uniesionymi rękami. Jeff Astle strzelił dla WBA 174 gole. Słynął ze świetnej gry głową i to przyczyniło się do jego śmierci. Zmarł w wieku 59 lat. Lekarze, którzy dokonali sekcji po zajrzeniu do czaszki myśleli, że na stół prosektorium trafił bokser. Piłkarz zmarł z powodu degeneracji tkanek mózgu wywołanych nawarstwiającymi się mikrourazami. W latach 60., gdy Astle został obwołany „Królem Albionu”, piłki były ciężkie i twarde. Za godziny treningów, dzięki którym strzelał tyle bramek, musiał zapłacić wysoką cenę.

Zobacz także: Piłka rodziła się na tym okrągłym stadionie [Z PODRÓŻY]

Stadion WBA
The Hawthorns.
Stadion WBA
The Hawthorns.

Zobacz także: Stadion z pubem na każdym rogu [Z PODRÓŻY]

Stadion WBA
The Hawthorns.
Stadion WBA
The Hawthorns.

Pod obiektem w 80-tysięcznym West Bromwich wsiadłem w szynobus i po 20 minutach jazdy byłem w Wolverhampton. Klubie, którego piłkarze zostali mistrzami świata.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Pocztówka ze Strasburga [Z PODRÓŻY]

Wnętrze w hotelu sieci Ibis nawiązujące do położonego niedaleko Stade de la Meinau.

W mieście słynnej katedry, swego czasu najwyższego budynku na świecie, od ponad stu lat piłkę kopie się w tym samym miejscu. To tutaj, na mundialu w 1938 roku, Leonidas zdobył hat-tricka przeciwko Polsce.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stade de la Meinau, Strasburg.

Haemmerlé Garten, otoczone lasem boisko, klub piłkarski wynajął w 1914 roku. La Meinau to arena mistrzostw świata w 1938 roku, EURO ’88 i finału Pucharu Zdobywców Pucharów w 1988 (Mechelen pokonało Ajax). Ostatni raz stadion obiekt przebudowano w 2001 roku. Stadion ma blisko 30 tys. miejsc.

Stade de la Meinau, Strasburg.

Racing Strasburg powstał pod panowaniem niemieckiego cesarza, jako 1. FC Neudorf. Po zakończeniu I wojny światowej, w 1918, Strasburg ponownie przejęli Francuzi. Klub zmienił nazwę na Racing, na cześć paryskiego Racing Club de France Football ze stadionu Colombes. W czasie wojny cały region stał się częścią III Rzeszy. W 1944 roku miasto zostało zwrócone Francji.

Strasburg.

RC Strasbourg (Racing Club de Strasbourg Alsace) w 2010 roku, po problemach finansowych, grał na 5. poziomie. Teraz występuje w Ligue 1. W 1979 roku klub zdobył jedyne w historii mistrzostwo. Jednocześnie jest jednym z sześciu klubów, które zagrały najwięcej meczów w najwyższej francuskiej lidze.

Katedra Najświętszej Marii Panny w Strasburgu. W XVII wieku najwyższy budybek na świecie.
Winda w Hôtel ibis Styles Strasbourg Stade de la Meinau.
Parlament Europejski w Strasburgu.
Dziedziniec Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Kto gwiżdże na hiszpańskiego króla? [RECENZJA]

Filip Kubiaczyk okładka

Tytuł: Historia, nacjonalizm i tożsamość. Rzecz o piłce nożnej w Hiszpanii
Autor: Filip Kubiaczyk
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Naukowe UAM, 2020

Stadion bywa uproszczonym laboratorium nacjonalizmów. Zdarza się, że kibice czujący się częścią dwóch odrębnych narodów gwiżdżą słysząc hymn państwowy. W Hiszpanii tak wygląda finał krajowego pucharu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dr hab. Filip Kubiaczyk, profesor poznańskiego UAM-u, to historyk kultury. Pisał artykuły m.in. o XV-wiecznym systemie wojskowym w Hiszpanii oraz kolonializmie w perspektywie latynoamerykańskiej. Na konferencjach naukowych opowiadał o bullach papieskich i wygłaszał referaty o ideach XV-wiecznych władców. Futbol fascynuje go od dawna, choć stosunkowo rzadko badał go naukowo. Podczas studiów w Saragossie regularnie chodził na La Romaredę. Trafił na świetny czas i z bliska oglądał drużynę, w której brylowali Gabriel Milito, Pablo Aimar, Andres D’Alessandro czy Ewerthon. Na trybuny wchodził krótko po otwarciu bram stadionu. Interesowało go wszystko, od butików z szalikami i kas po przyśpiewki kibiców.

Francisco Franco nie żyje od 45 lat. W Hiszpanii cały czas trwa dyskusja o rozliczeniach okresu, w którym dysponował dyktatorską władzą. Jak pisał cytowany przez Kubiaczyka Ernst Bloch, „przeszłość staje się interesująca dopiero wtedy, gdy padnie na nią teraźniejszość”. Nie da się zrozumieć hiszpańskiego futbolu bez świadomości, jak na piłkę wpłynął okres rządów generalissimusa.

Na trybunach w Hiszpanii nieustannie wraca przeszłość, a nowe pokolenia kibiców rosną karmione opowieściami o ciemnym okresie frankizmu. Nacjonalizm hiszpański nieustannie jest konfrontowany z tzw. peryferyjnymi – zwłaszcza katalońskim i baskijskim. Historyczne podziały żyją w okołoboiskowych dyskusjach, odradzają się na trybunach i w barowych dyskusjach.

Zobacz także: Powyborcza kupa w Katalonii

Kubiaczyk analizując tożsamość kibiców Barcelony tłumaczy, czym różnią takie pojęcia, jak Katalończyk, obywatel Katalonii, katalonista, barcelonista i culé. Te kategorie mogą być rozdzielne – wśród Katalończyków są barceloniści, którzy nie są zwolennikami ruchu kulturowo-społecznego, jakim jest katalonizm. Z kolei wielu zagranicznych kibiców popiera prawo Katalończyków do odrębnej państwowości, choć sami nie mówią po katalońsku.

Książka jest napisana zgodnie z rygorami pozycji naukowych. Ma kilka trudniejszych momentów, ale nie język, a redakcja była dla mnie większym problemem. Nie uniknięto powielenia treści. Kilkukrotnie zauważyłem, że dany aspekt autor opisywał już wcześniej i niepotrzebnie powtarzał informacje.

Fakty i oceny z rozdziałów o Barcelonie i Realu dla wielu czytelników nie będą zaskoczeniem. Najciekawsze są fragmenty o reprezentacji, specyfice Kraju Basków oraz o tożsamości Espanyolu. Kubiaczyk analizuje, czy kibice Pericos cierpią na „efekt Asterixa” (i czują się oblężeni, niczym Galowie), czy bliżej im do „syndromu Kalimero”, czyli sprowadzania się do roli ofiary. Ostatecznie nowa, chińska droga, która miała pozwolić podkreślić własną tożsamość, zaprowadziła RCDE do drugiej ligi.

Zobacz także: Piłkarskie podróże po Hiszpanii

Belgowie połączyli trzy kluby i wypaliło [Z PODRÓŻY]

Leuven
Den Dreef w Leuven.

Podbrukselskie Leuven słynie z uczelni z ponad 500-letnią tradycją oraz piwa Stella Artois. Z piłką szło średnio, więc połączono trzy kluby. Efekt na plus.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Ze stolicy Belgii jedzie się tutaj pociągiem zaledwie 20 minut. Kolejne 25 minut zajmuje spacer z dworca kolejowego na stadion. Najszybsza trasa prowadzi przez rynek. Na Grote Markt, zgodnie z żelaznymi zasadami tej części Europy, mamy rzecz jasna ratusz i kościół (Sint-Pieterskerk z XV wieku). 50-metrowa wieża miała być pierwotnie trzy razy wyższa. Ostatecznie stwierdzono, że pomysł budowy najwyższego kościoła na świecie może nie wypalić z powodu zbyt słabych fundamentów.

Niedziałająca tego dnia fontanna Fonske. Na czytającego studenta woda powinna spływać niczym mądrość. W tle Kościół Św. Piotra na głównym placu Leuven.

Założony tu w 1425 roku Katolicki Uniwersytet Lowański jest najstarszym uniwersytetem w krajach Beneluxu. W 1970 roku został podzielony na dwie uczelnie – niderlandzkojęzyczną i francuskojęzyczną, która przeniosła się do nowego kampusu. Pierwszy z uniwersytetów, Katholieke Universiteit Leuven, należy do najbardziej innowacyjnych w Europie. Badania naukowe i nowe technologie to motor napędowy gospodarki stutysięcznego miasta.

Den Dreef w Leuven.

Oud-Heverlee Leuven powstało w 2002 roku z połączenia trzech klubów – F.C. Zwarte Duivels Oud-Heverlee, Daring Club Leuven oraz Stade Leuven. Dwie z tych drużyn grały wtedy w 3. lidze, a jedna w 5. Niedawno klub zaczął się starać o odziedziczenie matricule (ważnego w belgijskiej tradycji numeru, które nadawano chronologicznie, wg starszeństwa) 18 po Stade Leuven. Na razie, legitymuje się numerem 6142 (czyli z 1957 roku), przejętym po Zwarte Duivels. W nieistniejącym już Stade przez dwa lata uczył się kopać piłkę pochodzący z Leuven piłkarz Napoli Dries Mertens.

XV-wieczny ratusz w Leuven.

Za fuzją mocno optował samorząd. Ponoć poszło całkiem sprawnie i kibice zaakceptowali połączenie. Dekadę po powstaniu klub z Leuven awansował do najwyższej ligi. W 2016 roku spadł do rozgrywek, które Belgowie nazywają „Pierwszą Ligą B”, a oficjalnie Proximus League. W 2020 roku OH Leuven awansowało do ekstraklasy.

Stadion w Leuven.

Stadion Den Dreef powstał 2002 roku. To główny obiekt kobiecej reprezentacji Belgii. Dziś może pomieścić 10 tys. osób. Prezesem klubu jest Tajlandczyk Aiyawatt Srivaddhanaprabha, który jest także szefem zarządu Leicester City. Od 2017 roku stadion w Leuven nosi więc nazwę King Power at Den Dreef Stadion (a w Leicester King Power Stadium).

Przerwa podczas meczu na Den Dreef. Transakcje w klubowych barach są bezgotówkowe.
Den Dreef w Leuven.

Jeszcze krótki wątek geograficzny. Leuven leży w Brabancji Flamandzkiej (nie mylić z holenderską Brabancją Północną, gdzie znajdują się Eindhoven i Tilburg lub Brabancją Walońską z Tubize i Waterloo). Stąd pochodzi piwo Stella Artois, pilzneński lager. Dziś to część wielkiego koncernu Anheuser-Busch InBev SA/NV.

Strumyk tuż przy stadionie – między płotem, a klubowym parkingiem. Za drzewami autokar Royale Union Saint-Gilloise.

Czytaj więcej o odwiedzonych przeze mnie stadionach obok których płynie woda – np. w Dublinie, Bremie, Sheffield, Londynie i Madrycie.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Klose trafił na równego sobie [RECENZJA]

Tytuł: Miro. Oficjalna biografia Miroslava Klose
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo:  Zysk i S-ka, Poznań 2019

Futbol widział wielu napastników lepszych od Miroslava Klose. Żaden z nich nie strzelił więcej goli na mistrzostwach świata. Na absolutne wyżyny wspiął się też autor jego biografii, Ronald Reng.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Porównywanie piłkarza, którego zapisał się w historii piłki i znają go setki milionów osób, z autorem książek sportowych może się wydawać szalone. Jeśli sukces mierzymy kwotą na koncie lub sławą, zestawienie musi wygrać 137-krotny reprezentant Niemiec. Śmiem twierdzić, że w swojej dziedzinie dokonania Renga są niewiele gorsze. W dodatku, w przeciwieństwie do napastnika, nie miał jeszcze słabszego sezonu.

Książki sportowe to nisza, w której siedzę od ponad dwóch dekad. Wiem, że nie zmarnuję czasu na czytanie zdań, które wypłynęły spod rąk Jonathana Wilsona, czy Davida Goldblatta. Obaj opowiadają historie w szerokim planie. Reng skupia się na jednej osobie i stapia z bohaterem. Na blogu zachwycałem się wydanymi w Polsce książkami o Robercie Enke i Heinzu Höherze. Równie wybitna jest spowiedź Larsa Leese. W swoim debiucie Reng napisał o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał.

Książka o zdobywcy 16 goli na mundialach rozpoczyna się od fenomenalnego rozdziału o 20-letnim czeladniku ciesielskim, który mundial we Francji oglądał jako piłkarski amator. Tamtego lata trafił właśnie do rezerw FC 08 Homburg, czyli awansował z 7. ligi do 5.

„Z rusztowania przeskakuje na płatew kalenicową, jak w fachowym języku nazywa się najwyżej położoną belkę więźby dachowej. Stoi bez trzymania na drewnianej belce, osiem metrów nad ziemią, i przez tę krótką chwilę, dopóki operator dźwigu nie dostarczy mu w powietrzu następnej krokwi, Miroslav Klose ma czas, by popatrzeć z wysokości na świat”.

Kiedy Ronaldo zdobywał zdobywał gole w drodze do finału, Klose mieszkał z siostrą w jednym pokoju, marzył o BMW M3 i zasuwał na budowie. Jego planem na życie był własny zakład ciesielski. Cztery lata później Klose i Ronaldo stanęli naprzeciw siebie w finale mundialu. Brazylijczyk miał wtedy na koncie 6 goli, Niemiec 5.

Zobacz także: W Monachium trenują po sąsiedzku [Z PODRÓŻY]

W Niemczech, gdzie system szkolenia wyławia każdego, kto ma szansę zostać zawodowcem, Klose był jedynym reprezentantem z amatorskiego klubu. Przebił się do Bundesligi, bo miał świetny start do piłki i fenomenalnie grał głową. Choć na najwyższym poziomie jego ograniczenia techniczne rzucały się w oczy, nadrabiał analizą gry. Szybko się dostosowywał, czytał przeciwników i reagował. Kojarzony z pobicia mundialowego rekordu Ronaldo, zawsze był graczem zespołowym. Reng portretuje cichego, skromnego chłopaka z Kusel. Urodzony w Opolu, kilka pierwszych lat życia spędził we Francji. Kiedy jako 8-latek trafił do RFN, nie mówił po niemiecku.

Dziś napastnik urodzony w Opolu jest trenerem. W Bayernie dalej zaskakuje pokorą. Kiedy w drużynie U-17 szło mu tak dobrze, że zaproponowano mu drużynę wyższej kategorii wiekowej, odmówił. Tłumaczył, że ma czas. W 2020 roku został asystentem trenera pierwszego zespołu. Pomału w górę, jak na boisku. Ale dopiero gdy uznał, że jest gotowy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zobacz także: Olimpijski dach demokracji [Z PODRÓŻY]
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Dwóch zgryźliwych tetryków [RECENZJA]

Tytuł: Najlepszy trener na świecie
Autor: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
Wydawnictwo:  W.A.B. 2018

Tytuł: On, Strejlau
Autor: Jerzy Chromik, Andrzej Strejlau
Wydawnictwo:  Sine Qua Non, 2018

Dwa wywiady-rzeki. Pojedynek żwawych 80-latków, którzy nie powiedzieli ostatniego słowa. Ciekawe życiorysy, wzajemne przytyki, stare spory, a w tle największe sukcesy polskiej piłki. Gmoch – Strejlau 1:0.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Werdykt korespondencyjnego pojedynku dwóch zgryźliwych tetryków wydałem na podstawie subiektywnych kryteriów. Książkę Gmocha polecam, a rozmowa ze Strejlauem fragmentami rozstraja, niczym zbyt długa rozmowa dwóch mężczyzn, którzy znają się ponad pół wieku. Specyficzna forma męczy. Ze Strejlauem do wspominkowej pogawędki, zasiadł jego druh, Jerzy Chromik. Autor słynnej rozmowy z Dariuszem Dziekanowskim w „Sportowcu” oraz konsultant „Piłkarskiego Pokera” dziś publikuje m.in. na sport.tvp.pl. Ma rozpoznawalny styl.

Masz sporo fotografii z najważniejszymi ze świata polityki. Są takie do spalenia w piecu od ręki.
– Nie ma już pieców kaflowych.
Można to zrobić w dużej popielniczce.
– Od kiedy nie palę, trudno w domu o popielniczkę.
Polska-Ukraina podczas EURO 2016 oglądałeś w ogrodzie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
– Michał Pol mnie namówił.
Miło było?
– Był chyba Sebek Mila.
(…)
A w golfa kiedyś grałeś?
– Nie, ale lubię golfy.
Wiem, półgolfy też. Masz znajomego sprzedawcę, który ma je zawsze w dobrych cenach jesienią.
– Potrzebujesz na zimę?
Dwa wełniane wziąłbym od ręki.
– Dam ci telefon do pana Waldka. Zadzwoń i powołaj się na mnie.
A spłuczka w ubikacji działa?
– Znów chcesz mi dokuczyć.
Dwie lewe ręce.
– Mam też prawą, ale nie biorę do niej śrubokręta. Bo śruba i okręt to razem śrubokręt.

Mnie ten ping-pong, gdzie liczy się „kojarka” i lingwistyczne zabawy, trochę zmęczył. Przyjmuję jednak, że styl Chromika może trafić do starszego czytelnika. Z tego miszmaszu w pamięć zapadają opowieści Strejlaua u budowaniu życia w Warszawie Gomułki i Gierka.

Pierwsze wspomnienia to wojna. Matka trafiła do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Kiedy wychudzona, z tobołkiem na ramieniu, po 5 latach wróciła do domu, zastała w nim męża, dzieci oraz obcą kobietę. Ta ostatnia musiała się od razu wynieść. Andrzej Strejlau, syn trenera boksu, grał w piłkę nożną i szczypiorniaka. Po studiach został na AWF-ie. Rzeczywistość tamtych czasów – przechodni pokój w domu bez bieżącej wody, gazu i z piecem opalanym węglem.

Strejlau poznał Jacka Gmocha w 1965 roku. W książce tłumaczy, że kolega po fachu niczego nie wymyślił, był tylko kontynuatorem badawczego podejścia do piłki. Słynny bank informacji zbudowali naukowcy z AWF-u, a plan przygotowań do Igrzysk w Monachium stworzył Jerzy Talaga, a nie Gmoch. A u Górskiego był przez pewien czas na doczepkę.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Były trener Panathinaikosu, Olympiakosu i AEK-u swoją książkę wydał rok wcześniej, niż kolega ze sztabu „Orłów Górskiego”, w 2018 roku. Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke, czyli wywiadowcy z „Playboya” to najwyższa krajowa półka. Gmoch wszystko przewidział, wymyślił jako pierwszy, a jeśli przegrał, to przez błędy innych. Albo tak naprawdę wygrał. Ta przesada ma jednak swój urok, poczynając od tytułu książki.

Wiele tu refleksji nad sobą, światem oraz bardzo często, przemijaniem. Gmoch odmalowuje dziecięce czasy w Pruszkowie, Legię lat 60. i grę w reprezentacji. Kiedy zderzył się z Marianem Szeją i Joachimem Marxem w towarzyskim meczu, kość nogi roztrzaskała się na siedem fragmentów. Gmoch z werwą opowiada o latach 70., partyjnych grach, życiu w Grecji. Dla niego książka to rozliczenie z samym sobą.

Po premierze przepytywanego punktowano za rozmijanie się z faktami. Możliwe, że nie bez udziału świadomości. Zrobił to jednak z wielkim wdziękiem.

Zobacz także: Stadion w Atenach. Marmurowe piękno [Z PODRÓŻY]
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Kosowo w stolicy Europy [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal

W klubowym herbie dwugłowy czarny orzeł na czerwonym tle. Piłkarze w czerwono-czarnych koszulkach rozmawiają ze sobą po albańsku. Grają u siebie, w Brukseli.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Widziałem już mecz w Kosowie, a w Berlinie emigrancką namiastkę reprezentacji kraju przodków. W Brukseli wybrałem się na spotkanie drużyny z Bałkanów. Zalążek albańskiej społeczności w Belgii budowała 700-osobowa grupa, którą w 1956 roku wygnał z kraju Enver Hoxha. 8 lat później widocznym znakiem obecności Albańczyków został zbudowany ze składek pomnik Skanderbega, XV-wiecznego bohatera narodowego. Stanął w dzielnicy Schaerbeek. To jedna z 19 brukselskich gmin, blisko wielu europejskich instytucji, w tym np. Komisji. Kiedyś mieszkańcy na osłach wozili wiśnie wykorzystywane do produkcji trunków, dziś ci z południowej części ruszają do pracy w Parlamencie Europejskim lub NATO. Im dalej od centrum, tym wyższe bezrobocie, szczególnie wśród imigrantów.

Kosova Schaerbeek i Stade Chazal

W Brukseli mieszka ok. 40 tys. Albańczyków lub ich dzieci. Najwięcej w Schaerbeek. Klub powstał w 1989 roku. Najszybciej poszło z barwami. Wybór oczywisty – czerwień i czerń. W 2016 roku klub wygrzebał się z najniższych lig. Dziś występuje na piątym poziomie. Ma 22 grupy młodzieżowe, dwie ekipy weteranów oraz drużynę kobiet.

Zobacz także: Brukselski Messi [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Kosova Schaerbeek – Kosowo w Brukseli

Zobacz także: Brukselski gigant przy trzech lipach [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal

Zobacz także: Tutaj kopali wielcy Węgrzy [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Crossing Schaerbeek

Stade Communal Schaerbeek. Oryginalna, przeszklona, ściana trybuny poszerza perspektywę na kamienice.

Spacer z Stade Chazal na Stade Communal Schaerbeek trwa 15 minut. Oba stadionu są położone po dwóch stronach Parc Josaphat.

Zobacz także: Mecz w luksemburskim lesie [Z PODRÓŻY]

Sponsorem dzielnicowego klubu jest Burger King.

Za fuzjami belgijskich klubów trudno nadążyć. Royal Crossing Club de Molenbeek (początkowo z innej dzielnicy, Ganshoren), klub z 1913 roku, po pół wieku istnienia połączył się z Royal Cercle Sportif de Schaerbeek i przeniósł do Schaerbeek. Obecny twór powstał w 1969 roku z połączenia Royal Crossing Club of Molenbeek i Royal Cercle Sportif de Schaerbeek, a jego najnowsza wersja, Crossing de Schaerbeek, to rok 2012.

Stade Communal Schaerbeek

Stade Communal Schaerbeek powstał w 2010 roku. Ładnie wciśnięty między kamienice, a park. Przy okazji dłuższej wizyty w Brukseli można rzucić okiem. Jak na nowy, dzielnicowy obiekt wyszło całkiem zgrabnie.

Stade Communal Schaerbeek

W latach 90. pusty i niszczejący Stade du Crossing był atrakcją dla groundhopperów. Dziś, po zmianie nazwy obiektu, grają tu dwie drużyny – Crossing Schaerbeek i Renaissance Club Schaerbeek (spadkobieraca Racingu Club de Schaerbeek).

Stade Communal Schaerbeek

Zobacz także: Gent i Genk [Z PODRÓŻY]

Stade Communal Schaerbeek
Crossing Schaerbeek
Logo Brussels Football na logo stadionu w Schaerbeek.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W manchesterskiej szatni Guardioli [RECENZJA]

Tytuł: Manchester City Pepa Guardioli. Budowa superdrużyny
Autor: Pol Ballús, Lu Martín, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:  SQN 2020

To siódma na mojej półce książka o pracy Pepa Guardioli, pierwsza z okresu pracy w Manchesterze City. Trochę przesłodzona i mało zaskakująca.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Długo zastanawiałem się, jak blisko drużyny Guardioli znajdowali się przez trzy sezony Lu Martin i Pol Ballús. Trudno mi uwierzyć w deklarację, że drużyna stanowiła istotę ich pracy przez trzy lata. Jeśli tak było, to albo są słabymi dziennikarzami albo dział PR City Football Group wykreślił im połowę książki. Bliżej mi do hipotezy, że dostęp do zespołu mieli dość ograniczony.

Autorzy położyli nacisk w opowiadaniu o całej drużynie, a nie tytułowym trenerze. Konstrukcja jest poprawna – w kolejnych oddziałach przedstawiane są postacie kluczowe dla projektu Pepa. Najciekawiej Katalończycy portretują tych, którzy nie wchodzą na boisko. Aitor Beguiristáin i Manuel Estiarte opowiadają o swoich codziennych obowiązkach. Autorzy minimalnie odsłaniają kulisy przyjścia Guardioli do Manchesteru. Poznajemy też kilka jego codziennych rytuałów. Daję plusa za wymienianie nazw restauracji i pubów. Kibic jadący na mecz do Manchesteru, o ile portfel mu pozwoli, może teraz zajrzeć do kilku miejsc, gdzie wpadają ludzie związani z City.

Zobacz także: Recenzja książki „Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania”

Największym minusem książki jest absolutny brak informacji, które mogłyby zaszkodzić komukolwiek związanemu z klubem. Jako mocno zakręcony został przedstawiony Benjamin Mendy. Żadna to przecież nowość. Więcej nieprofesjonalnych, czy godnych krytyki zachowań ciężko przywołać. Przygody Yayi Toure zostały w książce pominięte. Co się działo z Toure? Jakie wnioski klub wyciągał z porażek w Europie? Dlaczego niektórzy zawodnicy musieli odejść? Tego się nie dowiadujemy. Wiemy natomiast, że Khaldoon Al Mubarak wielkim prezesem jest.

Zobacz także: Recenzja książki ” Che Pep”

Pep Guardiola
Pep Guardiola na City of Manchester Stadium podczas meczu ze Swansea City.

Zobacz także: Bieda i patologia, czyli Manchester City [Z PODRÓŻY]

Tytuł: 50 Teams That Mattered
Autor: David Hartrick
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

David Hartrick przyznaje, że książka o drużynach, które miały znaczenie, mogłaby równie dobrze mieć 75 albo 250 rozdziałów. Ich wybór był subiektywny. Chronologicznie zaczynamy od Sheffield z 1957 i Queens Park FC, dalej mamy wszystkie wielkie drużyny, aż do współczesności. O ile o Realu z lat 50., Brazylii z 1970 roku, Nottingham Forest Briana Clougha, czy Barcelonie Guardioli, nie dowiemy się nic nowego, to kilka rozdziałów otwiera oczy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Kto wiedział, że Pro Vercelli, drużyna, która zdominowała kilka pierwszych edycji mistrzostw Włoch, została pozbawiona szans na tytuł przez decyzję federacji? Piłkarze z Piemontu świętowali zdobycie tytułu dzięki lepszej różnicy bramek, gdy federacja zarządziła dodatkowy mecz z Interem. Jego termin pokrywał się z ćwiczeniami wojskowymi, w których brali udział niemal wszyscy zawodnicy z Vercelli. Tytuł powędrował do Mediolanu. Dziś siedmiokrotny mistrz Italii gra w Serie C.

Hartrick wyróżnił m.in. amerykańskie piłkarki. Zanim zagłębimy się w historię piłki za Atlantykiem i przyjrzymy się rekordowi, który pozostawiła po sobie Mia Hamm (158 goli i 144 asysty w 275 meczach reprezentacji), Hartrick opowiada o Anglii. W 1921 roku kobiecy mecz na Goodison Park oglądało 53 tys. osób. Krótko później FA zabroniła rozgrywania żeńskich meczów na ligowych stadionach. Zakaz obowiązywał do 1971 roku.

Na swój rozdział, między „Invincibles” Arsene’a Wengera i Barceloną, która zdobyła swój pierwszy tryplet, zasłużyło Los Angeles Galaxy. Jeszcze ciekawszy jest przypadek Enfield Town. Drużyna powstała w 2001 roku. Stworzyli ją kibice Enfield FC, którzy chcieli mieć zespół w swoim miasteczku. Właściciel klubu, któremu kibicowali, wyprowadził drużynę poza granice gminy Wielkiego Londynu. Podobna, ale o wiele bardziej znana historia Wimbledonu miała miejsce krótko później. Kibice z Enfield i ich drużyna z Essex Senior League, zasłużenie znaleźli się wśród 50 drużyn, których historię warto odnotować.

Książkę czyta się dość lekko. Na opowieść przypada średnio 7 stron, więc na każdy zespół mamy kilkanaście minut. Powierzchownie, ale dość zgrabnie. W sam raz, żeby powtórzyć podstawowe fakty lub dowiedzieć się, jaki temat warto zgłębić.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Pastwisko w Bratysławie [Z PODRÓŻY]

Štadión Pasienky, Bratysława.

Dopiero w 2019 roku stolica Słowacji doczekała się nowoczesnego stadionu. Wcześniej Slovan występował na obiekcie z charakterystycznymi masztami z logo Coca-Coli.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Zanim w 2019 roku w Bratysławie powstał nowy narodowy stadion, załapałem się na mecz Slovana na obiekcie o oficjalnej nazwie Pastwisko. Klimat jak z lat 90. Bilet kupowany w kiosku, wszędzie rdza, zepsuta tablica świetlna i brudne krzesełka.

Treningowe boisko obok stadionu Pasienky.

Štadión Pasienky, z bieżnią dookoła boiska, powstał w 1962 roku. Ostatnia poważna przebudowa to rok 2010. Dziś obiekt mieści 11 tys. kibiców. Przez ponad 40 lat grał tutaj Inter Bratysława, a w latach 2009-19 Slovan, czyli największy klub w stolicy Słowacji. Przez chwilę występowała tu też Petržalka.

Štadión Pasienky, Bratysława.

Zobacz także: Przed derbami Pragi dobrze zrobić piknik [Z PODRÓŻY]

Zgodnie z najlepszymi austro-węgierskimi wzorcami klub został założony w Panonia Café. Slovan to zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów z 1969 roku. W finale w Bazylei Słowacy pookonali Barcelonę. Od 1993 roku, czyli powstania nowej ligi słowackiej, Slovan wygrywał ją 9 razy. Wcześniej 8-krotnie był najlepszy w całej Czechosłowacji.

Klubowa kawiarnia, gdzie wiszą koszulki piłkarskie i hokejowe.

Tehelné pole z 1939 roku było przez kilka dekad było najwiekszym stadionem na Słowacji (rekord to 70 tys. osób podczas rywalizacji Czechosłowacji z Jugosławią). Na starym obiekcie ostatni raz piłkarze wystąpili w 2009 roku. Dopiero 7 lat później ruszyła budowa nowego stadionu w tym samym miejscu. W 2019 roku Slovan zagrał na inaugurację ze Spartakiem Trnava. 22-tysięczny Národný futbalový štadión ma 4 gwiazdki UEFA.

Zobacz także: W Pilznie futbol krzyżuje się z piwem [Z PODRÓŻY]

Zobacz także: Na stadion razem z van Goghiem [Z PODRÓŻY]

FC Petržalka

Zajrzałem jeszcze na niewielki obiekt klubu, który swego czasu był europejską sensacją. W sezonie 2005-06 FC Petržalka, z budżetem ok. 1 mln euro, zagrała w Lidze Mistrzów. Dziś II-ligowej drużynie, która odrodziła się po bankructwie z 2014 roku, wystarcza mały obiekt ze sztuczną murawą.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Demitologizacja Zidane’a [RECENZJA]

Tytuł: Gegenpressing i tiki-taka. Jak rodził się nowoczesny europejski futbol
Autor: Michael Cox, tłum. Krzysztof Cieślik, Grzegorz Krzymianowski
Wydawnictwo:  SQN, 2020

Wyposażony w szkiełko i oko Michael Cox rozrysował ostatnie 30 lat europejskiej piłki. Przy okazji zajął się dekonstrukcją mitu Zinedine’a Zidane’a.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Cox jako początek obecnej ery w futbolu wyznacza rok 1992 – moment powstania Ligi Mistrzów, Premier League i przepisów dotyczących łapania piłki przez bramkarza po podaniu od partnera. Zgrabnie podzielił obecną epokę na czasy wpływów i dominacji piłki holenderskiej (1992-96), włoskiej (1996-2000), francuskiej (2000-04), portugalskiej (2004-08), hiszpańskiej (2008-12), niemieckiej (2012-16) i angielskiej. Ramy wyznaczył zgrabnie i operował między nimi konsekwentnie. Manchester United z 1999 roku, czyli najlepsza drużyna Alexa Fergusona, dostała w książce mniej miejsca, niż najciekawsza wersja Parmy. Cox uznał, że włoski zespół wpisywał się w trendy taktyczne, które wyznaczała wtedy Serie A. Z kolei potrójna korona Fergusona nie miała tak mocnego wpływu na przyszłą pracę trenerów w całej Europie.

Zobacz także: Paryż w cieniu Neymara [Z PODRÓŻY]

Sporo tu błyskotliwych wywodów, jak choćby ten o grze bez napastników. Cox opisując Barcelonę Guardioli i Hiszpanię Del Bosque dochodzi do paradoksalnego wniosku. To, że po mistrzostwo świata sięgnęła drużyna mogąca grać bez napastnika to bezpośredni efekt sposobu, w jaki gra najbardziej bramkostrzelny napastnik naszych czasów, czyli Leo Messi.

Zobacz także: Stadion finału mundialu, dziś piąta liga [Z PODRÓŻY]

Angielski autor, który stał się znany dzięki blogowi „Zonal Marking”, rzadko stawia stawia ryzykowne tezy. W obszernych fragmentach o Holandii (a właściwie Ajaksie) i Hiszpanii (de facto Barcelonie) powiela raczej znane historie. Nie jestem fanem calcio, więc zaintrygowały mnie taktyczne niuanse gry Roberto Baggio oraz różnice w coraz nowocześniejszych odsłonach catenaccio. Ale Cox w jednym rozdziale poszedł pod prąd. Rozebrał na czynniki pierwsze karierę Zinedine’a Zidane’a i podpiłował fundamenty pomnika. Zdecydowanie słusznie.

Zobacz także: Pep Guardiola i mity El Clasico [RECENZJE]

Podstawą, na której potem budowano mit wielkiego Zidane’a jest słaby dla niego mundial we Francji. Tak, strzelił dwie bramki w finale. Ale grał nieprzekonująco, jeszcze w grupie w swoim stylu stracił nerwy i został słusznie wykluczony z meczu z Arabią Saudyjską i dwóch kolejnych. W 2000 roku, w przeciwieństwie do rozczarowującego EURO ’96, Zidane był prawdziwym liderem, a relacja popisów Zidane’a na stadionach w Belgii i Holandii zajęły Coxowi kilka stron. Podkreślam to, bo Brytyjczykowi nie umykają wielkie mecze francuskiej dziesiątki. Porównując go do Michela Platiniego, przypomina różnicy w liczbie strzelanych bramek (0,52 na mecz byłego szefa UEFA przy 0,19 trenera Realu). Na 10 lat gry we Francji i Hiszpanii, zdaniem Coxa, Zidane wybitne miał zaledwie dwa sezony. Co więcej, przez dekadę wygrał tylko trzy mistrzostwa i raz sięgnął po Ligę Mistrzów. Dramatycznie szło mu m.in. w teoretycznie najlepszym momencie, czyli między reprezentacyjnymi triumfami. W sezonie 1998/99 dokładając dwa gole i trzy asysty poprowadził Juventus do 7. miejsca w Serie A. Wahaniami formy Cox tłumaczy tylko dwie nagrody dla najlepszego piłkarza Francji przy pięciu dla Thierry’ego Henry’ego. W reprezentacji obaj piłkarze dogadywali się coraz gorzej. Napastnik Arsenalu słusznie uważał, że rozgrywający niepotrzebnie zwalnia grę. Na ostatnim turnieju, mundialu w Niemczech, znów szło mu średnio. W drugiej fazie turnieju zagrał wybitny mecz z Brazylią, a w finale kolejny raz osłabił zespół.

Michael Cox słusznie upatruje w Zidanie jednego ze świetnych rozgrywających swoich czasów. Zgadzam się. Dla mnie, umieszczanie Francuza wśród najlepszych piłkarzy w historii jest niezrozumiałe. Zapewne powodem są bramki strzelane w finałach (dwa gole przeciwko Brazylii oraz rozstrzygające trafienie w finale LM mają swoją wymowę), uosobienie francuskiej wielokulturowości, efekty maszyny marketingowej ‚Galaktycznych’ oraz przyjemny dla oka styl gry. Ale nawet ten ostatni element jest moim zdaniem przeceniany. Z większą gracją po boisku poruszali się choćby Andres Iniesta, czy Michael Laudrup.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Brukselski Messi [Z PODRÓŻY]

Ogrodzony barierkami wizerunek Leo Messiego w budynku klubowym

Messiego w klubowej kawiarni starannie ogrodzono, niczym postać ze sfery sacrum. Stary stadion wygląda tak, jak sto lat temu. Czy trzeba więcej powodów, by wybrać się do Saint-Josse?

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

FC Saint Josse
Widok z klubowej kawiarni na zmierzających do szatni piłkarzy.

Saint-Josse-ten-Noode to jedna z 19. brukselskich gmin. W byłej osadzie rolniczej mieszka dziś blisko 30 tys. osób. Jeszcze w latach 90. większość mieszkańców stanowili obcokrajowcy. Dziś to ponad 30 proc.

Stade Georges Petre.

Czytaj także: Brukseli stadion pod lipami na 40 tys. osób

Dla mnie, miłośnika starych trybun, obiekt wygląda zachwycająco. Stade Georges Petre (patron był politykiem i samorządowcem) może przypominać warszawski Marymont. W najbliższych latach pięciohektatorowy kompleks ma zostać przebudowany.

FC Saint-Josse, mecz na bocznym boisku.

Historycznie na pięknym stadionie swoje mecze rozgrywał miejscowy RCS, założony w 1915 roku. Typowa dla Belgów seria fuzji zakończyła się w XXI wieku połączeniem Royal Cercle Sportif de Saint-Josse (numer 83) z Royal Leopold, 5. najstarszym klubem w Belgii (dziś Léopold Uccle-Woluwe FC). W dzielnicy Saint-Josse powstał nowy klub, FC.

FC Saint-Josse, mecz na bocznym boisku. W tle trybuna.
FC Saint-Josse, mecz na bocznym boisku.
Stade Georges Petre.

Czytaj także: Belgijski dom Włodzimierza Lubańskiego.

Stade Georges Petre.
Messi w klubowej kawiarni.

O co chodzi z Messim? Skoro barwy klubu przypominają kolory blaugrana, to uznano, że ołtarzyk przy wejściu dobrze wszystkim zrobi. Wystarczyło tylko lekko przerobić herb Barcelony i usunąć reklamę z koszulki.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Tubize

Mecz AFC Tubize.

Jeszcze krótka wycieczka do podbrukselskiego Tubize. Z Midi, głównego dworca stolicy Belgii, pociągiem dojedziemy tu w kwadrans. Plus 10 min spaceru na stadion. W tym walońskim miasteczku mieszka 20 tys. osób. Atrakcji brak. 8-tysięczny stadion z dwiema dużymi trybunami na amatorskich meczach wygląda przygnębiająco. Piłkarskim amatorom puste rzędy krzesełek nie pomagają. Patronem obiektu jest Edmond Leburton, socjalistyczny premier Belgii z lat 70.

Czytaj także: Czym różnią się Genk i Gent.

Mecz AFC Tubize.

Klub powstał w latach 20. Wielokrotnie zmieniał nazwy, barwy oraz ważny dla Belgów numer porządkowy. Najbardziej znany piłkarz, którego da się wygrzebać w klubowym archiwum to Quinton Fortune. Wpadł tutaj na kilka meczów na koniec kariery.

Mecz AFC Tubize.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.