Chodzący protest. Książka Megan Rapinoe [RECENZJA]

Tytuł: Jedno życie
Autor: Megan Rapinoe, Emma Brockes, tłum. Ewa Pater-Podgórna
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Relacja 2021

To jedyna wydana w Polsce książka o karierze piłkarki. „Jedno życie” jest jednocześnie pierwszą sportową autobiografią, gdzie dominują wątki społeczne i polityczne.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Laury dla najlepszej zawodniczki na świecie Megan Rapinoe otrzymała późno, w wieku 34 lat. W 2019 roku jej głos, jako najlepszej zawodniczki mundialu, stał się głośniejszy, niż kiedykolwiek. Mówiła o nierówności płac między kobietami, a mężczyznami, seksizmie, homofobii i ruchu Black Lives Matter.

W 2016 roku w geście solidarności z Colinem Kaepernickiem przyklęknęła w czasie amerykańskiego hymnu. Fala oburzenia była tak duża, że w jej rodzinnym, konserwatywnym Redding w Kalifornii zdjęcie Megan Rapinoe ściągnięto ze ściany restauracji, w której od dekad pracowała jej matka. Wymogli to klienci wściekli na piłkarkę za brak szacunku do hymnu.

Rapinoe z pomocą brytyjskiej autorki Emmy Brockes („The Guardian” i „The New York Times”) zgrabnie opowiada o dzieciństwie, przebywającym w więzieniu bracie i powrocie na boisko po dwukrotnym zerwaniu więzadeł krzyżowych. Opisuje upadek ligi WPS, dyskusje z ojcem – wyborcą Donalda Trumpa, problemy z selekcjonerką reprezentacji i relacje z kolejnymi partnerkami, zazwyczaj sportsmenkami o zaskakująco podobnych imionach. Choć w amerykańskiej reprezentacji, tak jak w całej żeńskiej piłce, liczba homoseksualnych zawodniczek jest spora, jeszcze niedawno Rapinoe była jedyną wyautowaną piłkarką w teamie USA.

Różowłosa pomocniczka zasłynęła walką o równe płace. Dowodzi, że to piłkarki zarabiają dla amerykańskiej federacji więcej, niż męski zespół. Jako złota medalistka olimpijska i dwukrotna mistrzyni świata swój celebrycki status wykorzystuje jako platformę do aktywizmu. Pisze, by nauczyć innych, jak mówić nie. Widzisz, że dzieje się zło – powiedz. Jesteś nierówno traktowany? Nie milcz. Dostrzegasz niesprawiedliwość – pomóż.

Rapinoe pyta co każdy z nas robi ze swoim życiem.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Fragment książki można przeczytać tutaj.

P.S. Wydawnictwo Relacja należy pochwalić za wydanie pierwszej książki, której główną osią jest kariera piłkarki. Wynik sprzedażowy wydaje się niepewny. Niestety, tłumaczenia nie skonsultowano z osobą na co dzień operującą słownictwem piłkarskim. Kilkakrotnie więc strzelone bramki nazywane są „punktami”, mamy „próby startu” oznaczające pierwszy skład, a bramkarka zakłada „rękawiczki”. Niepotrzebnie rażą frazy: „weszłam na boisko w ramach wymiany zawodników”, „Brazylijki oddały rzut karny” i „strzeliłam czystego gola w długi słupek”.

Zimny, środowy wieczór w Stoke [Z PODRÓŻY]

Stanley Matthews pomnik
Stoke, pomnik Stanleya Matthewsa.

Pierwszy raz w życiu będąc na meczu żałowałem, że nie pada. Środa, zimno, na murawie piłkarze Stoke. Ataki napędzał niezrównany w ruchach Peter Crouch. Ja sobie poradziłem, ale czy to samo mógłby powiedzieć Leo Messi?

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a do Anglii tutaj.

Słynny cytat padł w 2010 roku w telewizyjnym studiu. Tematem były nominacje do Złotej Piłki, dyskusja jakich wiele. Richard Keys zapytał, czy Leo Messi i Cristiano Ronaldo biliby rekordy bramkowe, jeśli graliby w Anglii. – Mieliby problem w zimną, deszczową noc w Stoke – wypalił Andy Gray. Pojedynek w Staffordshire miał być testem ostatecznym. Próbą nie tyle umiejętności, ale charakteru.

Wypowiedź przerabiano już na wszystkie sposoby. Andy Murray wygrał Wimbledon, ale czy byłby w stanie to powtórzyć w deszczową, wietrzną noc w Stoke? Scarlett Johansson wygląda pięknie, ale czy udałoby jej się to w środowy wieczór na Britannia Stadium?

2015 rok. Siadam na Boothen End. Dwa miejsca dalej swoje stałe krzesełko zajmuje Mark, 30-letni blondyn. Jak mówi, kibicuje od urodzenia. – Nie od dziecka, ale od urodzenia – precyzuje. Przed nami rozgrzewa się bramkarz Asmir Begović (dziś Milan). W przedmeczowym programie, który przeglądamy, jest rozmowa z Bośniakiem. Wynika z niej, że z przyjazdem do Stoke się spóźniłem. Przynajmniej o dwa lata. Czasy Tony’ego Pullisa to już przeszłość. – Mark Hughges odmienił Stoke. Teraz, po 18 miesiącach jego pracy, to zupełnie inny zespół. Klub potrzebował kogoś z nowoczesnym spojrzeniem. Mamy grać atrakcyjniejszą piłkę – mówi Bośniak. To, co widzę na boisku nie do końca to potwierdza.

Zobacz także: Bieda i patologia, czyli Manchester City [Z PODRÓŻY]

Stoke City. Britannia Stadium
Stoke City. Britannia Stadium

W kole środkowym rozrzucono prochy sir Stanleya Matthewsa. Najsłynniejszy piłkarz Stoke, pierwszy zdobywca Złotej Piłki, uroczyście otwierał Brittania Stadium. Na stadion prowadzi ulica jego imienia, przed nim stoi jego pomnik. Na wysokim, marmurowym cokole stoją trzy rzeźby, na których uwieczniono Matthewsa. To trzy różne etapy jego kariery, która trwała ponad trzy dekady. Na kolejnych rzeźbach Matthews ma coraz mniej włosów.

Zobacz także: Stadion z pubem na każdym rogu [Z PODRÓŻY]

Pomnik jest zwrócony w kierunku Victoria Ground. To tam wielką karierę zaczynał nastoletni Stan, syn lokalnego boksera, „Walczącego fryzjera”. Kiedy opuszczał Stoke, Joe Smith, manager Blackpool pytał go: „Masz 32 lata, dasz radę pograć przez jeszcze parę?” Matthews występował w Blackpool przez 14 lat, potem jeszcze 4 kolejne w Stoke. Finał Pucharu Anglii z 1953 roku nazywany jest Finałem Matthewsa. Był to jeden z pierwszych meczów transmitowanych w telewizji. Jego buty z tego meczu kosztowały na aukcji blisko 40 tys. funtów, medal poszedł za 200 tysięcy. Ostatni mecz w angielskiej ekstraklasie Matthews zagrał w wieku 50 lat. Potem tego żałował. Był przekonany, że mógł pograć jeszcze przynajmniej dwa sezony.

W przeciwieństwie do dzisiejszych gwiazd, Matthews jako nastolatek zarabiał 1 funta tygodniowo. Milionerem nigdy nie został. Był człowiekiem stąd, mieszkał w Hanley, jednym z sześciu miast tworzących Stoke-on-Trent. Został pierwszym piłkarzem, który otrzymał tytuł szlachecki.

Stoke City. Britannia Stadium
Stoke City. Britannia Stadium

Kiedy na Britannia Stadium piłka szybowała w górę, przez trybunę przebiegał szmer. – Dawaj, wygraj to! – pokrzykiwali kolejni kibice. Kiedy wyżej od rywala wyskoczył gracz Stoke, poziom radości przypominał tę po celnym rzucie w koszykówce. Rzut rożny, to jak wiadomo, pół gola. A przynajmniej tak jest fetowany.

Skrzydłowi robili wszystko, by dograć piłkę na głowę Petera Croucha. Tyczkowaty wielkolud tydzień wcześniej wyrównał rekord Alana Shearera – 46 goli głową w Premier League. Jedno z takich podań przejął Victor Moses. Uderzył głową z 14 metrów. Drugi gol Stoke zdobyło po kontrze. – Nieźle, co? Everton będzie bronił się przed spadkiem, a my patrzymy, ile brakuje do Europy. Ze Stoke do Europy, nieźle, co? – krzyczy mi do ucha siedzący obok Mark.

Zobacz także: Leeds. U Starego Pawia [Z PODRÓŻY]

Stoke w poprzednich latach grało w pucharach raz, w sezonie 2011/12. To szczytowe osiągnięcie Tony’ego Pullisa, efekt jedynego finału Pucharu Anglii w historii klubu. Stoke osiągało wyniki ponad stan, bohaterem był Rory Delap i jego rzuty z autu. Były oszczepnik posyłał piłkę daleko i płasko, w światło bramki. Futbolówka fruwała z prędkością 60 km/h, spadała 40 metrów od linii bocznej. W najlepszym sezonie po wyrzutach Delapa zespół zdobył osiem bramek.

Za czasów Pulisa piłkarze Stoke dotykali piłkę najrzadziej w lidze. Jednocześnie, w najlepszym okresie, manager miał najlepszy współczynnik zdobytych punktów w porównaniu do kwoty wydanej na transfery. W sezonie 11/12 tylko przy 10 proc. okresów posiadania piłki drużyna wymieniała więcej, niż trzy podania.

Taktyka Stoke popchnęła Arsene’a Wengera do rozważań, czy auty nie powinny być wykonywane nogą. Umiejętności Delapa nazwał „przewagą trochę niesprawiedliwą, niezwiązaną z futbolem”. Angielska federacja badała z kolei, jaką koszulkę miał na sobie Ryan Shotton. Anglika podejrzewano, że piłkę wycierał w schowany ręcznik.

Stoke City. Britannia Stadium

Na kontynencie ze Stoke raczej się podśmiewano, ale w Anglii przeważał podziw. Skupiano się na Delapie. Rywale dostawali kartki za przeszkadzanie w wyrzutach, na stadionach bandy reklamowe stawiano tuż za linią. Kiedy jeszcze pozwalały na to przepisy, boisko Stoke było o pięć metrów krótsze i o cztery węższe, niż obecnie. Najstarszy klub w Premier League nazywano rezerwatem angielskiej piłki. Pullis pokazywał, że nie trzeba wymieniać 15 podań w środku pola, bo, żeby dostać się do pola karnego rywali, wystarczy jedno. Era drwali skończyła się w 2013 roku.

Ze stadionu The Potters, czyli Garncarzy, wracam autobusem First Potteries, po drodze kierunkowskazy do Pottery Museum i puby z Potters w nazwie. W sklepie Stoke City można kupić dziecięce ubranka z napisem „Daddy’s little Potter”, klubowa maskotka to hipopotam Pottermus. Ceramiczne garnki wyrabiano tu w XVIII wieku. Pod ręką było wszystko, co potrzebne – glina, ołów i węgiel.

Wracam z meczu razem z kibicami i pytam ich o słynne zdanie Andy’ego Graya. – Internet przerobił to z czasem na coś obraźliwego, ale szczerze mówiąc, takiej reklamy Stoke nigdy nie miało – mówi mi Phil. – Dziś grają wszystkie angielskie ligi. Mogłeś pojechać wszędzie, a kupiłeś bilet na Stoke w Staffordshire.

Stoke City. Britannia Stadium
Stoke City. Britannia Stadium
Pomnik Sir Stanleya Matthewsa

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a do Anglii tutaj.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Stadion, na którym zaczęła się wojna [Z PODRÓŻY]

Napis na pomniku przed stadionem głosi: „Wszystkim fanom Dinama, dla których wojna zaczęła się 13 maja 1990 roku i którzy złożyli życie na ołtarzu chorwackiej ojczyzny”.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

James Montague uważa, że o w europejskiej piłce o tym meczu najwięcej napisano i najmniej zrozumiano. W meczu sprzed 30 lat jedni widzą początek wojny, inni dostrzegają jeden z przykładów rozłożonego w czasie wzrostu napięcia.

W maju i kwietniu 1990 roku w Chorwacji odbyły się pierwsze wolne wybory od 52 lat. Wygrali zwolennicy niepodległości. Niewydolny system gospodarczy i rosnące nacjonalizmy rozsadzały Jugosławię.

Na mecz Dinamo – Crvena Zvezda przyjechały 3 tys. członków Delije, ultrasów z Belgradu. Po drugiej stronie do walki stanęli Bad Blue Boys (nazwa nawiązuje do filmu z Seanem Pennem). Film z zamieszek pokazuje skalę chaosu. Służby nie były w stanie zapanować nad walczącymi. Kiedy piłkarze z Belgradu byli już w szatni, część zawodników Dinama pozostawała na murawie. Ławkę rezerwowych gości osobiście ochraniał słynny Arkan, potem zbrodniarz wojenny.

Zvonimir Boban widząc bijącego policjanta, kopnął go z rozbiegu. Dla chorwackich nacjonalistów to cios – symbol. Piłkarz został zdyskwalifikowany, ominął go mundial, usłyszał też zarzuty karne. Zamieszki na Maksimirze stały się jedną z iskier, które doprowadziły do wojny. Słowenia i Chorwacja wkrótce ogłosiły niepodległość. Jugosławia stanęła w ogniu wojny.

Drewniany stadion niedaleko Parku Maksimir powstał w 1903 roku jako obiekt akademickiego klubu HAŠK. W 1945 klub rozwiązano jako faszystowski i nacjonalistyczny, a stadion przejęło Dinamo.

Oprócz zwycięstw w rozgrywkach Jugosławii i Chorwacji Dinamo ma na koncie Puchar Miast Targowych. W 1967 roku Chorwagi wygrali w finałowym dwumeczu z Leeds Dona Reviego z Jackiem Charltonem, Billym Bremnerem i Normanem Hunterem w składzie.

Po 1991 Dinamo nazwami nawiązywało do poprzedników – „HAŠK Građanski”, by stać się „Croatią Zagrzeb”. W 2000 roku wrócono do nazwy z czasów Tito, choć pełne rozwinięcie to Građanski nogometni klub Dinamo Zagreb.

Mimo, że w latach 90. w kolejne przebudowy wpompowano duże pieniądze, efekty są marne. Wicemistrzowie świata grają na jednym z najgorszych stadionów narodowych w Europie. Od lat wraca pomysł przebudowy Maksimiru na obiekt, który byłby stałym domem reprezentacji. Włączyć ma się miasto oraz co brzmi dość rozpaczliwie, chorwacka diaspora rozsiana po świecie. Niestety, porzucono wizję, by nowy stadion przypominał niebieski wulkan.

W ostatnich 15 latach Dinamo tylko raz oddało tytuł. W 2017 roku ligę o dwa punkty wygrała Rijeka. W 2020 roku, po dwuletniej kadencji Nenada Bjelicy, na stanowisko trenera wrócił Zoran Mamić. Jego brat Zdravko to główna postać Dinama ostatnich dekad. Za szereg przestępstw finansowych został skazany na sześć lat więzienia. Winnym uznano też Zorana. To w tej sprawie słynne zeznania składał Luka Modrić. Zdravko Mamić przebywa w Bośni, uniknął ekstradycji. Proces, w którym oskarżeni są obaj bracia toczy się w Osijeku.

Cibona Zagrzeb

Pięciotysięczne Centrum Sportowe Cibona od 1993 roku nosi nazwę Centrum Koszykarskie Drażena Petrovicia. Słynny obrońca jako gracz Cibony zdobywał m.in. medale igrzysk, mistrzostw świata i wyróżnienia dla najlepszego koszykarza Europy. Dopiero potem, przez Real Madryt, trafił do NBA. W wieku 28 lat zginął na niemieckiej autostradzie.

Lokomotiva Zagrzeb

Profesjonalny zestaw do odśnieżania w meczu chorwackiej ekstraklasy.

NK Lokomotiva powstała w jako Željezničarski športski klub „Victoria”. Zwycięstw było niewiele, bo po wojnie, w jugosłowiańskiej ekstraklasie ówczesny Željezničar walczył choćby z drużynami z Belgradu. Spadek w 1957 roku zakończył występy w elicie. W 2006 Lokomotiva spadała do chorwackiej czwartej ligi. Kiedy została klubem filialnym dla Dynama, zaczęła niesamowitą serię czterech awansów z rzędu. W 2009 po 52 latach klub zagrał w najwyższej lidze. W ciągu kolejnej dekady drużyna cztery razy wystąpiła w europejskich pucharach.

Lokomotiva Zagrzeb

Stadion Kranjčevićeva (od ulicy poety Kranjčevicia) powstał w 1921 roku. Historycznie to obiekt NK Zagrzeb, a przed 1945 rokiem HSK Concordii.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

W poszukiwaniu odpowiedzi i adrenaliny [RECENZJA]

Incognito wśród najbardziej fanatycznych kibiców na świecie

Tytuł: 1312. Incognito wśród najbardziej fanatycznych kibiców na świecie
Autor: James Montague, tłum. Grzegorz Krzymianowski
Wydawnictwo:  SQN, 2021

W Szwecji pojechał na ustawkę, na Ukrainie szukał frontu, we Włoszech zdążył przeprowadzić wywiad zanim rozmówca zginął w ulicznej egzekucji. James Montague w kilkunastu krajach szukał przygód i odpowiedzi na pytanie, co kieruje ultrasami.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

23-letniego kibica Persiji, największego klubu Dżakarty, ultrasi Persibu zatłukli na śmierć. Złamali czaszkę, szyję i nos. Pół roku później James Montague zastanawiał się, gdzie w swoim życiu popełnił błąd. Stał przy autostradzie z kibicami Persiji. Z dwóch stron nadbiegali uzbrojeni w maczety ultrasi Persibu. Zanim zdążył pomyśleć o żonie i córce, razem z grupą ratował się przebiegając przez autostradę.

Montague kręci ryzyko. W 2008 roku wydał książkę „When Friday Comes. Football in the War Zone”. W swoim debiucie, jako 29-latek, opisał futbol na tle konfliktów w Syrii, Egipcie, Iranie i Izraelu. W Jordanii kibice przystawili mu do głowy broń.

W Polsce wydano poprzednią książkę Montague, „Klub miliarderów. Jak bogacze ukradli nam piłkę nożną”. Teraz wrócił do tego, co wychodzi mu najlepiej. Wyruszył w podróż po czterech kontynentach.

Montague nie boi się rozmawiać. Wchodzi w kontakt z ludźmi o najgorszej reputacji. Na dyktaturę Unii Europejskiej i hipokryzję piłkarskich władz narzeka w książce niesławny Fabrizio Piscitelli, szerzej znany jako Diabolik. Akurat był na wolności w przerwie między kolejnymi procesami i udzielił wywiadu siedząc koło portretu Mussoliniego. Krótko później został zastrzelony pojedynczym strzałem podczas odpoczynku na ławce w parku.

Na Ukrainie autor ruszył na wschód, by opisać związki grup kibicowskich z oddziałami walczącymi z prorosyjskimi separatystami. Czy reporterskiej brawury nie ma tutaj za dużo? Montague przyznaje, że niebezpieczeństwo związane z zasiadaniem na trybunach zawsze go pociągało. Jako nastolatek był kilkakrotnie aresztowany. Po tym, jak spędził noc na dołku, stwierdził, że poszedł za daleko. W książce kilka razy dzieli się etycznymi dylematami. Kilka razy opisuje fajnych chłopaków ze swastykami.

Razem z kibicami Hammarby ruszył na ustawkę z ekipą AIK. Gdy rywale się nie pojawili, razem pojechali do Solny. Kibocowska falanga demolowała kolejne przypadkowe bary zostawiając za sobą potłuczone szyby i poturbowanych ludzi. Montague założył kurtkę na drugą stronę, zawrócił, minął radiowozy i ukrył się w krzakach. Rano oglądał w telewizji relacje o rozróbie. Adrenalina sprawiła, że czuł, że znowu ma 15 lat.

W kolejnych opisywanych krajach grupy kibicowskie mają kontakty z neofaszystami i bliskie związki z grupami przestępczymi. Punkty wspólne to nienawiść do policji i fascynacja angielską kulturą – czapeczki Burberry, bezrękawnicki Stone Island, do tego film „Hooligans” traktowany jak instrukcja jak być chuliganem.

Na tym tle niczym klub nie z tego świata jawi się Los Angeles FC. Kiedy w Kalifornii zorganizowano „Noc kobiet”, trzy stanowiska dla gniazdowych na trybunie północnej zajęły kibicki. Flagi dedykowano Malali Yousafzai (pakistańskiej działaczce na rzecz kobiet), sędzi Sądu Najwyższego Ruth Bader Ginsburg oraz kongresmence Alexandrii Ocasio-Cortez. Za pirotechnikę odpowiada profesjonalna firma wynajęta przez klub. O tym, co dzieje się na trybunach, zarząd rozmawia z 9 grupami kibicowskimi.

Najciekawsza historia w książce to opowieść o Ismaelu Moribie. W 2014 roku Serbia grała na stadionie Partizana Belgrad z Albanią. Moriba ukrył się w pobliskim kościele. Nad murawą wypuścił drona z czerwono-czarną flagą z napisem „Autochthonous” oraz flagą Wielkiej Albanii. Według tego konceptu w jednym państwie miałyby funkcjonować tereny dzisiejszej Albanii Kosowa, wschodniej Czarnogóry, połowy Macedonii, a nawet części Grecji. Prowokacja była udana. Mecz przerwano, Albania wygrała walkowerem i awansowała na EURO. Moriba stał się bohaterem narodowym. Udzielał wywiadów, rodzice nazywali dzieci jego imieniem, kobiety przysyłały nagie zdjęcia.

Kiedy nielegalnie przekroczył granicę chorwacko-włoską, Serbowie domagali się ekstradycji. W ich oczach jest terrorystą. Przyjęcie powitalne w serbskim więzieniu szykował Milorad Ulemek, zastępca słynnego Arkana, skazany za udział w morderstwie serbskiego premiera. Morina wyszedł po roku, a Montague zdążył go odwiedzić w chorwackim areszcie.

Rajd Montague od Urugwaju po Indonezję jest fascynujący. Zebranie tak dobrego materiału wymagało kilku lat poświeceń. Do kolejnego reportażu uczestniczącego Montague chyba się nie pali. Obiecał rodzinie, że to był ostatni raz.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Kujawsko-pomorskie. Piłkarska pustynia, ale stadiony nad wodą

Stadion w Chełmnie.

Brak jakiejkolwiek drużyny w Ekstraklasie i I lidze. Do tego fatalne miejsca w historycznych rankingach siły województw zarówno pod względem sukcesów drużyn, jak i wychowanych reprezentantów Polski. Patrząc na dużą piłkę, kujawsko-pomorskie to piłkarska pustynia. Dobrze więc, że stadiony są tu często nad wodą.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Zarówno historyczne, jak i aktualne wyniki dla kibica z Kujaw i Pomorza są fatalne. Zawisza Bydgoszcz liczy na awans do III ligi, czyli tam, gdzie występuje Elana Toruń. Najlepiej ostatnio szło Olimpii Grudziądz, dziś drugoligowcowi. W tabeli wszech czasów ekstraklasy najwyższe miejsce spośród klubów z obecnego województwa kujawsko-pomorskiego zajmuje Zawisza (31). Dłużej w elicie grała choćby Garbarnia Kraków, a Amica Wronki zdobyła więcej punktów.

Na szczęście wyruszając z Bydgoszczy można rzucić okiem na kilka świetnie położonych stadionów. Choć opisywałem tu m.in. piękny widok z trybuny w Chełmnie, wrażenia z Grudziądza, mecz z więzieniem w tle w Potulicach czy opuszczony stadion BKS-u Bydgoszcz, to stadionów z najbliższej okolicy jest na tym blogu niewiele. W 2020 roku groundhopperów do krótszych podróży zmusiły koronawirusowe restrykcje. Zamiast na lotnisko kilka razy ruszyłem w podróż po województwie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Świecie

Stadion Wdy Świecie.

Wda Świecie. Estetyczny obiekt na wzniesieniu. Bieżnia i 3,5 tys. miejsc. Dość typowa, ale miła dla oka brama. Na stadionie urzekł mnie znicz olimpijski. Z jego zapaleniem nie będzie problemu, wystarczy wejść po schodach.

Łabiszyn

Łabiszyn, 20 km od Bydgoszczy. Wspaniale położony stadion niedaleko Noteci. Na zdjęciach z lotu ptaka widać, że murawę z każdej strony otaczają gęste drzewa. Na minus żużlowa bieżnia.

Będąc w Łabiszynie warto wybrać się do odległego o 5 km pałacu w Lubostroniu. Klasycystyczny obiekt otoczony jest kilkudziesięciohektarowym parkiem krajobrazowym.

Pałac w Lubostroniu, niedaleko Łabiszyna.

Inowrocław

Obiekt Cuiavii – Stadion Miejski im. Inowrocławskich Olimpijczyków został przebudowany w 2011 roku. Ze stromej trybuny jest bardzo dobra widoczność. Rozgrywano tutaj lekkoatletyczne mistrzostwa Polski i piłkarskie mecze młodzieżówek. Stosunkowo niedaleko tężni.

Stadion Miejski nr II w Inowrocławiu. Miejscowi twierdzą, że załapałem się na ostatni moment, żeby zobaczyć ten obiekt przed przebudową. Faktycznie, remont się przyda, ale ceglana brama warta uwagi.

Chełmża

Chełmża to ciekawe miasteczko z gotycką bazyliką na skarpie nad brzegiem jeziora. Najbardziej zaskoczyła mnie odległość rynku od miejskiej plaży. To zaledwie 150 metrów.

Choć stadion ponad 90-letniej Legii położony jest na drugim końcu Chełmży, to w trzy minuty można dojść na plażę nad Jeziorem Chełmżyńskim. Latem Chełmża jest godna polecenia. Niezłe miejsce do kąpieli, co sam sprawdziłem.

Piotrków Kujawski

Turyści, ani groundhopperzy raczej się tutaj nie zapuszczają. Najbliższe większe miasta, to w równej odległości Włocławek, Gniezno i Inowrocław. Trybuna na wale ziemnym, brak oświetlenia, wiejski, spokojny klimat.

Kamień Krajeński

Kamionka Kamień Krajeński

Kamionka Kamień Krajeński, stadion tuż obok murów miejskich. W tle barokowa kolegiata Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Boisko leży kilometr do plaży miejskiej nad Jeziorem Mochel.

Sępólno Krajeńskie

MLKS Krajna Sępólno Krajeńskie

MLKS Krajna Sępólno Krajeńskie. Wystarczy przejść przez park, żeby dotrzeć na plażę Jeziora Sępoleńskiego.

Koronowo

Boisko w Koronowie (20 km od Bydgoszczy) położone jest u podnóża skarpy, trochę podobnie jak w Chełmnie. Z kolei druga trybuna przylega do drogi. A za nią rzeka Brda. Z boiska do wody to mniej, niż 100 metrów. Na drugą stronę można przejść przez Kozi Mostek.

Boczne boisko w Koronowie

Widok z bocznego boiska w Koronowie. W tle więzienie, które od XIX wieku działa w budynkach byłego klasztoru cystersów.

Toruń

Boisko w Stawie Komtura w Toruniu.

Na koniec małe boisko w Boisko w Stawie Komtura w Toruniu. Do Wisły jest stąd 200 metrów.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Gdańska reprezentacja Polski [RECENZJA]

Tytuł: KS Gedania – klub gdańskich Polaków (1922-1953)
Autor: Janusz Trupinda
Wydawnictwo:  Oskar 2015

Gedanię nazywano małą reprezentacją Polski. W Wolnym Mieście Gdańsku, gdzie zdecydowaną większość mieszkańców stanowili Niemcy, gedaniści kultywowali polskość. Ci, którzy przeżyli wojnę, musieli udowadniać swoją narodowość.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Trudno znaleźć zadowolonych z kompromisu, którego owocem był rozdział XI traktatu wersalskiego, opisujący skomplikowaną konstrukcję Wolnego Miasta Gdańska. W 1923 roku język polski jako ojczysty zadeklarowało 4 proc. mieszkańców nowego tworu. Większość stanowili robotnicy. Dziś, na podstawie m.in. preferencji wyborczych, szacuje się, że na terenie miasta-państwa mieszkało w latach 30. maksymalnie 13 proc. Polaków.

Już w 1933 roku w wyborach do Volkstagu NSDAP uzyskała minimalną większość. Naziści zdobyli więcej głosów do parlamentu w Gdańsku, niż do tego w Berlinie. Sytuacja w mieście stawała się dla Polaków coraz bardziej niekorzystna. W III Rzeszy sport scentralizowano i zmilitaryzowano. Kiedy w 1937 roku KS Gedania organizowała huczny jubileusz zapraszając okoliczne kluby, spotkała się z odmową. Jak ustalili działacze sekcji bokserskiej, do niemieckich klubów trafił wysłany z Berlina okólnik: „Regionom i okręgom nie udzieliliśmy żadnego zezwolenia na start dla polskiego klubu sportowego Gedania”. Klub utrzymywał się ze składek, ale guldenów w klubowej kasie ciągle brakowało. Władze Gedanii zdecydowały się na radykalny krok. Drużynę piłkarską z rozgrywek polskich przeniosły do niemieckich. Organizacja meczów z lokalnymi przeciwnikami była tańsza.

Zobacz także: Na tym stadionie Hitler przełknął gorycz porażki [Z PODRÓŻY]

To nie pierwsza książka Janusza Trupindy. Przykładowe tytuły poprzednich publikacji: “Imagines Potestatis. Insygnia i znaki władzy w Królestwie Polskim i Zakonie Niemieckim”, „Kancelaria wielkich mistrzów i polska kancelaria królewska w XV w.”. Tak, tak, wszystko się zgadza. Książkę o XX-wiecznym klubie sportowym napisał muzealnik i mediewista, dziś dyrektor Muzeum Zamkowego z Malborku.

Autor, choć starał się wyjść ze znanych mu sztywnych, naukowych ram, nie wszędzie temu podołał. Książka powinna być lepiej zredagowana. Mało udane są fragmenty o innych sekcjach (m.in. lekkoatletycznej, strzeleckiej, czy piłki ręcznej), a zupełnie niepotrzebnie wydrukowano listy nazwisk i wyników. Świetnie za to czyta się opowieści bohaterów.

Czytaj także: Największy stadion świata. Dla Hitlera [Z PODRÓŻY]

Na anektowanych przez III Rzeszę terenach Wolnego Miasta Gdańska utworzono obóz koncentracyjny w Stutthofie. Trafiło do niego wielu gedanistów. Pierwszy transport Polaków z Gdańska przyjechał tu 2 września 1939. Antoni Belling wspominał:
„Przywitał nas znany potem oficer SS Gust i zakomunikował nam, że znajdujemy się w niemieckim obozie koncentracyjnym, gdzie nauczą nas porządku. (…) Tego dnia otrzymaliśmy na kolację po solonym śledziu, a pragnienie gasiliśmy wypływającą z żelaznej rury rdzawą wodą. (…) Zaraz od początku dała nam się we znaki ciężka praca: rozładowanie i transport materiałów budowlanych”.

Zimą, w 50-metrowym baraku spało 150-200 osób. Brunon Zwarra:
„Leżeliśmy na tej wilgotnej sieczce na ubraniach, kładąc się na początku na wznak. Jak się potem okazał, w nocy z powodu ciasnoty można było spać tylko na boku. (…) Głównie jednak uchodząca w nocy z ust przeszło setki więźniów i skraplająca się pod dachem para powodowała, że spadały na nas nieustannie duże krople wody. Szczególnie podczas bardzo silnych mrozów kapał na nas niemal deszcz, przed którym każdy tak jak mógł starał się uchronić”.

Kiedy w 1940 roku doraźny sąd policyjny skazał na rozstrzelanie kilkudziesięciu działaczy i urzędników polskich z Wolnego Miasta Gdańska, istotną część stanowili gedaniści. Po wojnie, byli zawodnicy Gedanii, jako ludność miejscowa, czyli element niepewny, stawali przed komisjami rehabilitacyjnymi. Musieli udowadniać swoją polskość. Weryfikacją zajmowały się często osoby, których w czasie wojny nie było w Gdańsku.

Gedania została po wojnie reaktywowana, ale szybko wyprzedziły ją inne kluby. Władze budowały nową Polskę, a na grupkę autochtonów patrzono podejrzliwie. Piłkarze Gedanii 1922 grają dziś w IV lidze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Na stadion KS Gedania przy ul. Kościuszki zajrzałem w 2013 roku.

Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Miał być kompleks sportowy, a będą bloki

Były stadion Budowlanych Bydgoszcz, grudzień 2020. Wał ziemny, kiedyś trybuny. Kontenery budowlane w miejscu boiska.

Czego tu miało nie być. Plany zakładały nie tylko stadion, ale sportowy kompleks z hotelem, pływalnią i krytą halą lekkoatletyczną. Zostały wały ziemne.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

W sezonie 1977/78 piłkarze BKS Bydgoszcz grali w II lidze. Na drugim poziomie rozgrywek istniały dwie grupy. W czołówce były takie zespoły, jak GKS Katowice, Gwardia Warszawa, czy Lechia Gdańsk. BKS wygrał zaledwie cztery mecze i spadł. Pierwszy sezon na zapleczu ekstraklasy okazał się być ostatnim.

BKS powstał w 1956, ale nigdy nie był tak silny, jak choćby Budowlani z Gdańska, dziś znani jako Lechia. Związek z tą gałęzią gospodarki upoważniał do wielkich planów. BKS kupił teren przy ul. Żwirki i Wigury. Plany do dziś robią wrażenie. Na bydgoskim Górzyskowie miały powstać: stadion lekkoatletyczny z krytą trybuną na 5 tys. widzów, kryta hala lekkoatletyczna, boisko treningowe piłkarskie z trybuną ziemną, zespół treningowych boisk lekkoatletycznych, zespół kąpielisk, kryta pływalnia, hotel dla 100 sportowców i parkingi na 330 samochodów.

Były stadion Budowlanych Bydgoszcz, grudzień 2020.

W latach 80. hokeiści BKS-u grali w ekstraklasie, a lekkoatleci jadący na zawody wypełniali cały autobus. – Z czasem klub zaczął podupadać. Nie było już ludzi, którzy byli w stanie ten pomysł ciągnąć – opowiadał mi kiedyś Henryk Kostrzewski, wieloletni trener BKS-u. Na dwóch bocznych boiskach ćwiczyły drużyny młodzieżowe, a na głównym – grająca w V lidze drużyna seniorów. Teren na Górzyskowie w końcu sprzedano. Potem BKS Bydgoszcz trafił do struktur CWZS Zawisza, co dało dostęp do bazy w kompleksie przy ul. Gdańskiej (dziś to obiekt BCS-u).

Plany ośrodka sportowego na bydgoskim Górzyskowie.
Były stadion Budowlanych Bydgoszcz, widok od ul. Inowrocławskiej. Wał ziemny, który miał stać się trybuną.

BKS odbił się od dna. Szkoli kilkaset dzieci, którymi zajmuje się kilkudziesięciu trenerów i wolontariuszy. – BKS jest dziś dużym klubem. Zmiana zaczęła się w 2006 roku. Wtedy uznano, że klub ma potencjał. Wszedł w skład CWZS Zawisza i pomału robiliśmy swoje. Poziom zaniedbań, który zastaliśmy, był ogromny. Naszym celem było utrzymanie szkolenia i zbilansowanie finansów – opowiadał mi dyrektor Błażej Baumgart.

BKS ma dziś lekkoatletów, piłkarzy, którzy awansowali do IV ligi, piłkarki ręczne, łuczników i hokeistów. Gwiazdą jest Iga Baumgart-Witan, brązowa medalistka mistrzostw świata w sztafecie 4 x 400 metrów. Na terenie po stadionie już kilka lat temu miało powstać centrum handlowe. Z tych planów też nic nie wyszło. W szybkim tempie powstają tutaj budynki mieszkalne.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Pojechać, porozmawiać, napisać [RECENZJA]

Tytuł: Mecz to pretekst
Autor: Anita Werner, Michał Kołodziejczyk
Wydawnictwo:  SQN, 2020

Sześć splątanych konfliktami miast z futbolem w tle. Michał Kołodziejczyk pomysł na reporterską książkę nosił w sobie 20 lat. W realizacji pomogła życiowa partnerka i zakaz konkurencji.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Bilbao, Tyraspol, Jerozolima, Irlandia Północna, Kosowo oraz Bośnia i Hercegowina. Łącznie trochę ponad 300 stron. Podróże, rozmowy, a jako fundament porządny research. Michał Kołodziejczyk i Anita Werner napisali rzetelną, reporterską książkę. Nie ma tutaj żadnych sensacji, tematów, które wcześniej nie pojawiałyby się w mediach. Sam byłem na meczach w czterech z sześciu opisanych w książce miastach. Czytałem te same książki o Nadniestrzu by potem stanąć pod pomnikiem Lenina w Tyraspolu, chodziłem z mapą murali po Belfaście, fotografowałem dziury po kulach w Sarajewie. Autorzy dorzucili spotkania z ludźmi. Mieli cierpliwość i siłę przebicia. Każdy wyjazd wymagał kilkudziesięciu telefonów i uruchomienia łańcuchów znajomości.

„Mecz to pretekst” otwiera rozdział o Izraelu. Polscy dziennikarze dotarli do kibiców, byłych piłkarzy oraz właściciela Beitaru Jerozolima i opowiedzieli historię znaną z filmu „Forever Pure”. Osią tekstu jest przemiana Davida Mizrahiego. W kibicowskim szale miotał najgorszymi groźbami protestując przeciw zatrudnieniu w jego klubie muzułmanów. Po przekroczeniu wszelkich granic stracił pracę, pieniądze i rodzinę. Dziś Mizrahi jeździ z wykładami po szkołach. Opowiada nastolatkom, że nienawiść sieje zniszczenie, a sport może być narzędziem pokoju.

Zobacz także: Kosowo w stolicy Europy [Z PODRÓŻY]

Dobrze wybrane, choć znane tematy, jak podzielona Mitrowica, czy baskijski terroryzm, u Kołodziejczyka i Werner spina piłka. 66 rozmówców maluje obraz świata, gdzie futbol to socjologiczny fenomen. Wojny, podziały i wykluczenia przedstawiane są w piłkarskim ujęciu.

Dla Kołodziejczyka inspiracją były m.in. „Football Against The Enemy” Simona Kupera i „Behind the Curtain” Jonathana Wilsona. Ruszyć w podróż i opisać, jak futbol tłumaczy świat, udało mu się dopiero przy zmianie pracy. Jesienią 2019 roku ogłoszono, że z Wirtualnej Polski dziennikarz przejdzie do „Przeglądu Sportowego”. Zrezygnował z propozycji (dlaczego, nie ujawnia) i w czerwcu został dyrektorem redakcji sportowej Canal+. Książka ma medialnych autorów i świetną promocję (z filmikami włącznie). W dniu premiery zapadła decyzja o dodruku. Pytany o możliwą kontynuację i kolejne podróże, Kołodziejczyk na razie wstrzymuje się od odpowiedzi. Jeden z możliwych tematów już zdradził. Celem podróży był Górski Karabach. Wyjazd uniemożliwiła wojna.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

O moich piłkarskich podróżach przeczytasz w tej kategorii.

Birmingham. Piłkarskie piękno brzydkiego miasta [Z PODRÓŻY]

Stadion WBA
Jeff Astle na bramie stadionu WBA.

W derbach „drugiego miasta” grają kluby, których stadiony oddalone są od siebie o 2,5 mili. Autobusem i tramwajem podróż z Villa Park na stadion Birmingham City zajęła mi godzinę. Niewiele dłużej zajmuje transport na obiekty WBA i Wolverhampton Wonderers. Klubów ze stuletnią tradycją jest tu więcej, niż ładnych widoków.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii a o podróżach do Anglii tutaj.

Otoczenie St Andrew’s sprawia przygnębiające wrażenie. Od kilku lat Birmingham City chce się przenieść kilka ulic dalej. Nowy stadion miałby pomieścić prawie dwa razy więcej kibiców, bo 55 tysięcy.

Stadion Birmingham City
St Andrew’s, Birmingham.

Zobacz także: Wimbledon, historia jak z Football Managera [Z PODRÓŻY]

Stadion Birmingham City
St Andrew’s, Birmingham.
Stadion Birmingham City
St Andrew’s, Birmingham.

Zobacz także: W tej loży masońskiej powstała piłka nożna [Z PODRÓŻY]

W 2011 roku w ankiecie TripAdvisora Birmingham zostało najnudniejszym i najmniej romantycznym miastem w Europie. Zaglądam do bukmachera. W obszernym pomieszczeniu u Williama Hilla siedzi kilku mężczyzn. Na chwilę rozmowy daje się namówić najmłodszy z nich. Charlie, niewysoki 20-latek, który zakreśla mecze z kartki „Midweek Football”. Początkowo na każde moje pytanie odpowiada jednym zdaniem. W końcu się rozkręca. – W mojej pracy nie ma faceta, który nie kibicuje jakiejś drużynie. Ale nie zawsze są to kluby z Birmingham. Jeśli chodziłeś gdzieś na mecze jako dzieciak, to nawet jeśli już tam nie mieszkasz, kibicujesz temu zespołowi – mówi.

West Bromwich Albion

Na Villa Park podziwiałem m.in. pomnik człowieka, który wymyślił ligowy futbol. Z kolei na bramie The Hawthorns umieszczono wizerunek piłkarza z uniesionymi rękami. Jeff Astle strzelił dla WBA 174 gole. Słynął ze świetnej gry głową i to przyczyniło się do jego śmierci. Zmarł w wieku 59 lat. Lekarze, którzy dokonali sekcji po zajrzeniu do czaszki myśleli, że na stół prosektorium trafił bokser. Piłkarz zmarł z powodu degeneracji tkanek mózgu wywołanych nawarstwiającymi się mikrourazami. W latach 60., gdy Astle został obwołany „Królem Albionu”, piłki były ciężkie i twarde. Za godziny treningów, dzięki którym strzelał tyle bramek, musiał zapłacić wysoką cenę.

Zobacz także: Piłka rodziła się na tym okrągłym stadionie [Z PODRÓŻY]

Stadion WBA
The Hawthorns.
Stadion WBA
The Hawthorns.

Zobacz także: Stadion z pubem na każdym rogu [Z PODRÓŻY]

Stadion WBA
The Hawthorns.
Stadion WBA
The Hawthorns.

Pod obiektem w 80-tysięcznym West Bromwich wsiadłem w szynobus i po 20 minutach jazdy byłem w Wolverhampton. Klubie, którego piłkarze zostali mistrzami świata.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Pocztówka ze Strasburga [Z PODRÓŻY]

Wnętrze w hotelu sieci Ibis nawiązujące do położonego niedaleko Stade de la Meinau.

W mieście słynnej katedry, swego czasu najwyższego budynku na świecie, od ponad stu lat piłkę kopie się w tym samym miejscu. To tutaj, na mundialu w 1938 roku, Leonidas zdobył hat-tricka przeciwko Polsce.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stade de la Meinau, Strasburg.

Haemmerlé Garten, otoczone lasem boisko, klub piłkarski wynajął w 1914 roku. La Meinau to arena mistrzostw świata w 1938 roku, EURO ’88 i finału Pucharu Zdobywców Pucharów w 1988 (Mechelen pokonało Ajax). Ostatni raz stadion obiekt przebudowano w 2001 roku. Stadion ma blisko 30 tys. miejsc.

Stade de la Meinau, Strasburg.

Racing Strasburg powstał pod panowaniem niemieckiego cesarza, jako 1. FC Neudorf. Po zakończeniu I wojny światowej, w 1918, Strasburg ponownie przejęli Francuzi. Klub zmienił nazwę na Racing, na cześć paryskiego Racing Club de France Football ze stadionu Colombes. W czasie wojny cały region stał się częścią III Rzeszy. W 1944 roku miasto zostało zwrócone Francji.

Strasburg.

RC Strasbourg (Racing Club de Strasbourg Alsace) w 2010 roku, po problemach finansowych, grał na 5. poziomie. Teraz występuje w Ligue 1. W 1979 roku klub zdobył jedyne w historii mistrzostwo. Jednocześnie jest jednym z sześciu klubów, które zagrały najwięcej meczów w najwyższej francuskiej lidze.

Katedra Najświętszej Marii Panny w Strasburgu. W XVII wieku najwyższy budybek na świecie.
Winda w Hôtel ibis Styles Strasbourg Stade de la Meinau.
Parlament Europejski w Strasburgu.
Dziedziniec Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Kto gwiżdże na hiszpańskiego króla? [RECENZJA]

Filip Kubiaczyk okładka

Tytuł: Historia, nacjonalizm i tożsamość. Rzecz o piłce nożnej w Hiszpanii
Autor: Filip Kubiaczyk
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Naukowe UAM, 2020

Stadion bywa uproszczonym laboratorium nacjonalizmów. Zdarza się, że kibice czujący się częścią dwóch odrębnych narodów gwiżdżą słysząc hymn państwowy. W Hiszpanii tak wygląda finał krajowego pucharu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dr hab. Filip Kubiaczyk, profesor poznańskiego UAM-u, to historyk kultury. Pisał artykuły m.in. o XV-wiecznym systemie wojskowym w Hiszpanii oraz kolonializmie w perspektywie latynoamerykańskiej. Na konferencjach naukowych opowiadał o bullach papieskich i wygłaszał referaty o ideach XV-wiecznych władców. Futbol fascynuje go od dawna, choć stosunkowo rzadko badał go naukowo. Podczas studiów w Saragossie regularnie chodził na La Romaredę. Trafił na świetny czas i z bliska oglądał drużynę, w której brylowali Gabriel Milito, Pablo Aimar, Andres D’Alessandro czy Ewerthon. Na trybuny wchodził krótko po otwarciu bram stadionu. Interesowało go wszystko, od butików z szalikami i kas po przyśpiewki kibiców.

Francisco Franco nie żyje od 45 lat. W Hiszpanii cały czas trwa dyskusja o rozliczeniach okresu, w którym dysponował dyktatorską władzą. Jak pisał cytowany przez Kubiaczyka Ernst Bloch, „przeszłość staje się interesująca dopiero wtedy, gdy padnie na nią teraźniejszość”. Nie da się zrozumieć hiszpańskiego futbolu bez świadomości, jak na piłkę wpłynął okres rządów generalissimusa.

Na trybunach w Hiszpanii nieustannie wraca przeszłość, a nowe pokolenia kibiców rosną karmione opowieściami o ciemnym okresie frankizmu. Nacjonalizm hiszpański nieustannie jest konfrontowany z tzw. peryferyjnymi – zwłaszcza katalońskim i baskijskim. Historyczne podziały żyją w okołoboiskowych dyskusjach, odradzają się na trybunach i w barowych dyskusjach.

Zobacz także: Powyborcza kupa w Katalonii

Kubiaczyk analizując tożsamość kibiców Barcelony tłumaczy, czym różnią takie pojęcia, jak Katalończyk, obywatel Katalonii, katalonista, barcelonista i culé. Te kategorie mogą być rozdzielne – wśród Katalończyków są barceloniści, którzy nie są zwolennikami ruchu kulturowo-społecznego, jakim jest katalonizm. Z kolei wielu zagranicznych kibiców popiera prawo Katalończyków do odrębnej państwowości, choć sami nie mówią po katalońsku.

Książka jest napisana zgodnie z rygorami pozycji naukowych. Ma kilka trudniejszych momentów, ale nie język, a redakcja była dla mnie większym problemem. Nie uniknięto powielenia treści. Kilkukrotnie zauważyłem, że dany aspekt autor opisywał już wcześniej i niepotrzebnie powtarzał informacje.

Fakty i oceny z rozdziałów o Barcelonie i Realu dla wielu czytelników nie będą zaskoczeniem. Najciekawsze są fragmenty o reprezentacji, specyfice Kraju Basków oraz o tożsamości Espanyolu. Kubiaczyk analizuje, czy kibice Pericos cierpią na „efekt Asterixa” (i czują się oblężeni, niczym Galowie), czy bliżej im do „syndromu Kalimero”, czyli sprowadzania się do roli ofiary. Ostatecznie nowa, chińska droga, która miała pozwolić podkreślić własną tożsamość, zaprowadziła RCDE do drugiej ligi.

Zobacz także: Piłkarskie podróże po Hiszpanii

Belgowie połączyli trzy kluby i wypaliło [Z PODRÓŻY]

Leuven
Den Dreef w Leuven.

Podbrukselskie Leuven słynie z uczelni z ponad 500-letnią tradycją oraz piwa Stella Artois. Z piłką szło średnio, więc połączono trzy kluby. Efekt na plus.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Ze stolicy Belgii jedzie się tutaj pociągiem zaledwie 20 minut. Kolejne 25 minut zajmuje spacer z dworca kolejowego na stadion. Najszybsza trasa prowadzi przez rynek. Na Grote Markt, zgodnie z żelaznymi zasadami tej części Europy, mamy rzecz jasna ratusz i kościół (Sint-Pieterskerk z XV wieku). 50-metrowa wieża miała być pierwotnie trzy razy wyższa. Ostatecznie stwierdzono, że pomysł budowy najwyższego kościoła na świecie może nie wypalić z powodu zbyt słabych fundamentów.

Niedziałająca tego dnia fontanna Fonske. Na czytającego studenta woda powinna spływać niczym mądrość. W tle Kościół Św. Piotra na głównym placu Leuven.

Założony tu w 1425 roku Katolicki Uniwersytet Lowański jest najstarszym uniwersytetem w krajach Beneluxu. W 1970 roku został podzielony na dwie uczelnie – niderlandzkojęzyczną i francuskojęzyczną, która przeniosła się do nowego kampusu. Pierwszy z uniwersytetów, Katholieke Universiteit Leuven, należy do najbardziej innowacyjnych w Europie. Badania naukowe i nowe technologie to motor napędowy gospodarki stutysięcznego miasta.

Den Dreef w Leuven.

Oud-Heverlee Leuven powstało w 2002 roku z połączenia trzech klubów – F.C. Zwarte Duivels Oud-Heverlee, Daring Club Leuven oraz Stade Leuven. Dwie z tych drużyn grały wtedy w 3. lidze, a jedna w 5. Niedawno klub zaczął się starać o odziedziczenie matricule (ważnego w belgijskiej tradycji numeru, które nadawano chronologicznie, wg starszeństwa) 18 po Stade Leuven. Na razie, legitymuje się numerem 6142 (czyli z 1957 roku), przejętym po Zwarte Duivels. W nieistniejącym już Stade przez dwa lata uczył się kopać piłkę pochodzący z Leuven piłkarz Napoli Dries Mertens.

XV-wieczny ratusz w Leuven.

Za fuzją mocno optował samorząd. Ponoć poszło całkiem sprawnie i kibice zaakceptowali połączenie. Dekadę po powstaniu klub z Leuven awansował do najwyższej ligi. W 2016 roku spadł do rozgrywek, które Belgowie nazywają „Pierwszą Ligą B”, a oficjalnie Proximus League. W 2020 roku OH Leuven awansowało do ekstraklasy.

Stadion w Leuven.

Stadion Den Dreef powstał 2002 roku. To główny obiekt kobiecej reprezentacji Belgii. Dziś może pomieścić 10 tys. osób. Prezesem klubu jest Tajlandczyk Aiyawatt Srivaddhanaprabha, który jest także szefem zarządu Leicester City. Od 2017 roku stadion w Leuven nosi więc nazwę King Power at Den Dreef Stadion (a w Leicester King Power Stadium).

Przerwa podczas meczu na Den Dreef. Transakcje w klubowych barach są bezgotówkowe.
Den Dreef w Leuven.

Jeszcze krótki wątek geograficzny. Leuven leży w Brabancji Flamandzkiej (nie mylić z holenderską Brabancją Północną, gdzie znajdują się Eindhoven i Tilburg lub Brabancją Walońską z Tubize i Waterloo). Stąd pochodzi piwo Stella Artois, pilzneński lager. Dziś to część wielkiego koncernu Anheuser-Busch InBev SA/NV.

Strumyk tuż przy stadionie – między płotem, a klubowym parkingiem. Za drzewami autokar Royale Union Saint-Gilloise.

Czytaj więcej o odwiedzonych przeze mnie stadionach obok których płynie woda – np. w Dublinie, Bremie, Sheffield, Londynie i Madrycie.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Klose trafił na równego sobie [RECENZJA]

Tytuł: Miro. Oficjalna biografia Miroslava Klose
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo:  Zysk i S-ka, Poznań 2019

Futbol widział wielu napastników lepszych od Miroslava Klose. Żaden z nich nie strzelił więcej goli na mistrzostwach świata. Na absolutne wyżyny wspiął się też autor jego biografii, Ronald Reng.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Porównywanie piłkarza, którego zapisał się w historii piłki i znają go setki milionów osób, z autorem książek sportowych może się wydawać szalone. Jeśli sukces mierzymy kwotą na koncie lub sławą, zestawienie musi wygrać 137-krotny reprezentant Niemiec. Śmiem twierdzić, że w swojej dziedzinie dokonania Renga są niewiele gorsze. W dodatku, w przeciwieństwie do napastnika, nie miał jeszcze słabszego sezonu.

Książki sportowe to nisza, w której siedzę od ponad dwóch dekad. Wiem, że nie zmarnuję czasu na czytanie zdań, które wypłynęły spod rąk Jonathana Wilsona, czy Davida Goldblatta. Obaj opowiadają historie w szerokim planie. Reng skupia się na jednej osobie i stapia z bohaterem. Na blogu zachwycałem się wydanymi w Polsce książkami o Robercie Enke i Heinzu Höherze. Równie wybitna jest spowiedź Larsa Leese. W swoim debiucie Reng napisał o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał.

Książka o zdobywcy 16 goli na mundialach rozpoczyna się od fenomenalnego rozdziału o 20-letnim czeladniku ciesielskim, który mundial we Francji oglądał jako piłkarski amator. Tamtego lata trafił właśnie do rezerw FC 08 Homburg, czyli awansował z 7. ligi do 5.

„Z rusztowania przeskakuje na płatew kalenicową, jak w fachowym języku nazywa się najwyżej położoną belkę więźby dachowej. Stoi bez trzymania na drewnianej belce, osiem metrów nad ziemią, i przez tę krótką chwilę, dopóki operator dźwigu nie dostarczy mu w powietrzu następnej krokwi, Miroslav Klose ma czas, by popatrzeć z wysokości na świat”.

Kiedy Ronaldo zdobywał zdobywał gole w drodze do finału, Klose mieszkał z siostrą w jednym pokoju, marzył o BMW M3 i zasuwał na budowie. Jego planem na życie był własny zakład ciesielski. Cztery lata później Klose i Ronaldo stanęli naprzeciw siebie w finale mundialu. Brazylijczyk miał wtedy na koncie 6 goli, Niemiec 5.

Zobacz także: W Monachium trenują po sąsiedzku [Z PODRÓŻY]

W Niemczech, gdzie system szkolenia wyławia każdego, kto ma szansę zostać zawodowcem, Klose był jedynym reprezentantem z amatorskiego klubu. Przebił się do Bundesligi, bo miał świetny start do piłki i fenomenalnie grał głową. Choć na najwyższym poziomie jego ograniczenia techniczne rzucały się w oczy, nadrabiał analizą gry. Szybko się dostosowywał, czytał przeciwników i reagował. Kojarzony z pobicia mundialowego rekordu Ronaldo, zawsze był graczem zespołowym. Reng portretuje cichego, skromnego chłopaka z Kusel. Urodzony w Opolu, kilka pierwszych lat życia spędził we Francji. Kiedy jako 8-latek trafił do RFN, nie mówił po niemiecku.

Dziś napastnik urodzony w Opolu jest trenerem. W Bayernie dalej zaskakuje pokorą. Kiedy w drużynie U-17 szło mu tak dobrze, że zaproponowano mu drużynę wyższej kategorii wiekowej, odmówił. Tłumaczył, że ma czas. W 2020 roku został asystentem trenera pierwszego zespołu. Pomału w górę, jak na boisku. Ale dopiero gdy uznał, że jest gotowy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zobacz także: Olimpijski dach demokracji [Z PODRÓŻY]
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Dwóch zgryźliwych tetryków [RECENZJA]

Tytuł: Najlepszy trener na świecie
Autor: Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke
Wydawnictwo:  W.A.B. 2018

Tytuł: On, Strejlau
Autor: Jerzy Chromik, Andrzej Strejlau
Wydawnictwo:  Sine Qua Non, 2018

Dwa wywiady-rzeki. Pojedynek żwawych 80-latków, którzy nie powiedzieli ostatniego słowa. Ciekawe życiorysy, wzajemne przytyki, stare spory, a w tle największe sukcesy polskiej piłki. Gmoch – Strejlau 1:0.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Werdykt korespondencyjnego pojedynku dwóch zgryźliwych tetryków wydałem na podstawie subiektywnych kryteriów. Książkę Gmocha polecam, a rozmowa ze Strejlauem fragmentami rozstraja, niczym zbyt długa rozmowa dwóch mężczyzn, którzy znają się ponad pół wieku. Specyficzna forma męczy. Ze Strejlauem do wspominkowej pogawędki, zasiadł jego druh, Jerzy Chromik. Autor słynnej rozmowy z Dariuszem Dziekanowskim w „Sportowcu” oraz konsultant „Piłkarskiego Pokera” dziś publikuje m.in. na sport.tvp.pl. Ma rozpoznawalny styl.

Masz sporo fotografii z najważniejszymi ze świata polityki. Są takie do spalenia w piecu od ręki.
– Nie ma już pieców kaflowych.
Można to zrobić w dużej popielniczce.
– Od kiedy nie palę, trudno w domu o popielniczkę.
Polska-Ukraina podczas EURO 2016 oglądałeś w ogrodzie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
– Michał Pol mnie namówił.
Miło było?
– Był chyba Sebek Mila.
(…)
A w golfa kiedyś grałeś?
– Nie, ale lubię golfy.
Wiem, półgolfy też. Masz znajomego sprzedawcę, który ma je zawsze w dobrych cenach jesienią.
– Potrzebujesz na zimę?
Dwa wełniane wziąłbym od ręki.
– Dam ci telefon do pana Waldka. Zadzwoń i powołaj się na mnie.
A spłuczka w ubikacji działa?
– Znów chcesz mi dokuczyć.
Dwie lewe ręce.
– Mam też prawą, ale nie biorę do niej śrubokręta. Bo śruba i okręt to razem śrubokręt.

Mnie ten ping-pong, gdzie liczy się „kojarka” i lingwistyczne zabawy, trochę zmęczył. Przyjmuję jednak, że styl Chromika może trafić do starszego czytelnika. Z tego miszmaszu w pamięć zapadają opowieści Strejlaua u budowaniu życia w Warszawie Gomułki i Gierka.

Pierwsze wspomnienia to wojna. Matka trafiła do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Kiedy wychudzona, z tobołkiem na ramieniu, po 5 latach wróciła do domu, zastała w nim męża, dzieci oraz obcą kobietę. Ta ostatnia musiała się od razu wynieść. Andrzej Strejlau, syn trenera boksu, grał w piłkę nożną i szczypiorniaka. Po studiach został na AWF-ie. Rzeczywistość tamtych czasów – przechodni pokój w domu bez bieżącej wody, gazu i z piecem opalanym węglem.

Strejlau poznał Jacka Gmocha w 1965 roku. W książce tłumaczy, że kolega po fachu niczego nie wymyślił, był tylko kontynuatorem badawczego podejścia do piłki. Słynny bank informacji zbudowali naukowcy z AWF-u, a plan przygotowań do Igrzysk w Monachium stworzył Jerzy Talaga, a nie Gmoch. A u Górskiego był przez pewien czas na doczepkę.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Były trener Panathinaikosu, Olympiakosu i AEK-u swoją książkę wydał rok wcześniej, niż kolega ze sztabu „Orłów Górskiego”, w 2018 roku. Arkadiusz Bartosiak i Łukasz Klinke, czyli wywiadowcy z „Playboya” to najwyższa krajowa półka. Gmoch wszystko przewidział, wymyślił jako pierwszy, a jeśli przegrał, to przez błędy innych. Albo tak naprawdę wygrał. Ta przesada ma jednak swój urok, poczynając od tytułu książki.

Wiele tu refleksji nad sobą, światem oraz bardzo często, przemijaniem. Gmoch odmalowuje dziecięce czasy w Pruszkowie, Legię lat 60. i grę w reprezentacji. Kiedy zderzył się z Marianem Szeją i Joachimem Marxem w towarzyskim meczu, kość nogi roztrzaskała się na siedem fragmentów. Gmoch z werwą opowiada o latach 70., partyjnych grach, życiu w Grecji. Dla niego książka to rozliczenie z samym sobą.

Po premierze przepytywanego punktowano za rozmijanie się z faktami. Możliwe, że nie bez udziału świadomości. Zrobił to jednak z wielkim wdziękiem.

Zobacz także: Stadion w Atenach. Marmurowe piękno [Z PODRÓŻY]
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Kosowo w stolicy Europy [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal

W klubowym herbie dwugłowy czarny orzeł na czerwonym tle. Piłkarze w czerwono-czarnych koszulkach rozmawiają ze sobą po albańsku. Grają u siebie, w Brukseli.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Widziałem już mecz w Kosowie, a w Berlinie emigrancką namiastkę reprezentacji kraju przodków. W Brukseli wybrałem się na spotkanie drużyny z Bałkanów. Zalążek albańskiej społeczności w Belgii budowała 700-osobowa grupa, którą w 1956 roku wygnał z kraju Enver Hoxha. 8 lat później widocznym znakiem obecności Albańczyków został zbudowany ze składek pomnik Skanderbega, XV-wiecznego bohatera narodowego. Stanął w dzielnicy Schaerbeek. To jedna z 19 brukselskich gmin, blisko wielu europejskich instytucji, w tym np. Komisji. Kiedyś mieszkańcy na osłach wozili wiśnie wykorzystywane do produkcji trunków, dziś ci z południowej części ruszają do pracy w Parlamencie Europejskim lub NATO. Im dalej od centrum, tym wyższe bezrobocie, szczególnie wśród imigrantów.

Kosova Schaerbeek i Stade Chazal

W Brukseli mieszka ok. 40 tys. Albańczyków lub ich dzieci. Najwięcej w Schaerbeek. Klub powstał w 1989 roku. Najszybciej poszło z barwami. Wybór oczywisty – czerwień i czerń. W 2016 roku klub wygrzebał się z najniższych lig. Dziś występuje na piątym poziomie. Ma 22 grupy młodzieżowe, dwie ekipy weteranów oraz drużynę kobiet.

Zobacz także: Brukselski Messi [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Kosova Schaerbeek – Kosowo w Brukseli

Zobacz także: Brukselski gigant przy trzech lipach [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal

Zobacz także: Tutaj kopali wielcy Węgrzy [Z PODRÓŻY]

Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal
Mecz Kosova Schaerbeek na Stade Chazal

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Crossing Schaerbeek

Stade Communal Schaerbeek. Oryginalna, przeszklona, ściana trybuny poszerza perspektywę na kamienice.

Spacer z Stade Chazal na Stade Communal Schaerbeek trwa 15 minut. Oba stadionu są położone po dwóch stronach Parc Josaphat.

Zobacz także: Mecz w luksemburskim lesie [Z PODRÓŻY]

Sponsorem dzielnicowego klubu jest Burger King.

Za fuzjami belgijskich klubów trudno nadążyć. Royal Crossing Club de Molenbeek (początkowo z innej dzielnicy, Ganshoren), klub z 1913 roku, po pół wieku istnienia połączył się z Royal Cercle Sportif de Schaerbeek i przeniósł do Schaerbeek. Obecny twór powstał w 1969 roku z połączenia Royal Crossing Club of Molenbeek i Royal Cercle Sportif de Schaerbeek, a jego najnowsza wersja, Crossing de Schaerbeek, to rok 2012.

Stade Communal Schaerbeek

Stade Communal Schaerbeek powstał w 2010 roku. Ładnie wciśnięty między kamienice, a park. Przy okazji dłuższej wizyty w Brukseli można rzucić okiem. Jak na nowy, dzielnicowy obiekt wyszło całkiem zgrabnie.

Stade Communal Schaerbeek

W latach 90. pusty i niszczejący Stade du Crossing był atrakcją dla groundhopperów. Dziś, po zmianie nazwy obiektu, grają tu dwie drużyny – Crossing Schaerbeek i Renaissance Club Schaerbeek (spadkobieraca Racingu Club de Schaerbeek).

Stade Communal Schaerbeek

Zobacz także: Gent i Genk [Z PODRÓŻY]

Stade Communal Schaerbeek
Crossing Schaerbeek
Logo Brussels Football na logo stadionu w Schaerbeek.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.