Miesięczne archiwum: Lipiec 2015

Z Glasgow do Fjellhamar i z Nowego Bytomia na Łazienkowską

Tytuł: Henning Berg. Z Manchesteru do Warszawy
Autor: Joachim Forsund
Wydawnictwo: RM, 2015

Standardowo napisana biografia Henninga Berga byłaby opowieścią o triumfach surowego technicznie Norwega, który dzięki ciężkiej pracy odniósł sukces w Manchesterze United. Całość, obejmująca drogę od gry w Tippeligaen do triumfu w Lidze Mistrzów powinna być przeplatana anegdotkami z szatni. Dużo alkoholu, wspomnienia największych zwycięstw i koszarowych dowcipów. Na szczęście Joachim Forsund poszedł inną drogą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Henninga Berga poznajemy w konkretnym momencie jego życia. W 2004 roku, kilka tygodni przed zakończeniem kariery. Książka pisana jest z perspektywy człowieka, który wie, że zaczyna nowe życie. Swój ostatni klub, Glasgow Rangers, Berg opuszczał z poczuciem porażki. W trakcie sezonu Alex McLeish ściągnął w jego miejsce Franka de Boera. Norweg był rozżalony i chyba zmęczony latami gry w piłkę. Nie jest to droga z Manchesteru do Warszawy, ale z Glasgow do Fjellhamar. Niedaleko Oslo Berg wybudował dom.

Historia piłkarza, o którym na trybunach nie śpiewano piosenek, też może być interesująca. Berg nie ukrywa, że kariera miała różne zakręty. Do najwyższego poziomu trochę mu zabrakło. W Blackburn odstrzelił go Graem Graemem Souness, w Rangers McLeish. W Manchesterze po trzech sezonach Alex Ferguson uznał, że czas stopera dobiegł końca.

Dużo i ciekawie mówi Line, druga żona piłkarza. Opowiada, jak jej pozycja wśród WAGs w Man Utd rosła razem z dobrymi występami męża. Kiedy zaliczył dobry mecz, mogła liczyć na zaproszenie od żon najlepiej opłacanych piłkarzy. – Wiem, że ludzie chcą czytać o Fergusonie, Dalglishu i Lidze Mistrzów. Ale chciałbym, opowiedzieć… tak ogólnie, o życiu. O tym, jak się czułem, mieszkając tutaj, gdy dzieci były w Norwegii – mówi Berg autorowi książki. Zamiast o Lidze Mistrzów, opowiada o upokarzającej atmosferze wokół setnego meczu w kadrze. Więcej, niż o Kennym Dalglishu, mówi o dołującej atmosferze w Rangers. Forsund mocno skupia się na wątku reprezentacyjnym. Trener Legii był kapitanem drużyny, która miała szanse odnieść sukces na mundialu. Berg okłamywał wtedy trenera, którego szanował, patrząc mu prosto w oczy.

Kilka lat temu na rynku pojawiało się kilka książek piłkarskich rocznie. Dziś opłaca się przetłumaczyć książkę sprzed dekady, choć kupią ją tylko kibice jednego klubu. Boom na książki sportowe trwa. Biografia Berga to rzecz krótka i dość sprawnie napisana. Tuż po premierze „Z Manchesteru do Warszawy” tabloidy wybrały kilka fragmentów. Pisały o tym, jak Berg pił na zgrupowaniach i przemycał żonę do hotelu. Choć obraz Norwega nie pasuje do stonowanego człowieka, którego znamy z gładkich wypowiedzi na konferencjach prasowych po meczach Legii, to nie jest to książka skandalizująca.

Berg próbował zablokować jej polskie wydanie, potem podyktował księżycową stawkę za rozmowę. Ostatnie 11 lat jego życia opisał Jakub Radomski, książkę dopełnia rozmowa z Bogusławem Leśnodorskim. Ostatnie pytanie do prezesa Legii dotyczy odejścia Berga. Czy ktoś Norwega podpatruje i uczy się od niego każdego dnia? Leśnodorski od razu wymienia Jacka Magierę, trenera drugiego zespołu i drużyny CLJ. Dwa miesiące po premierze książki, Magiera odszedł z Legii, bo nie zaproponowano mu nowej umowy.

Tytuł: Kici
Autorzy: Lucjan Brychczy, Grzegorz Kalinowski, Wiktor Bołba
Wydawnictwo: Buchmann, 2014

Mam problem z tą książką, niestety poważny. Autorzy latami chodzili za Lucjanem Brychczym. Nagabywali, namawiali, prosili, bo „Kici” wywiadów zawsze unikał. Nawet jeśli jakiegoś udzielił, to odpowiadał krótko. Podobnie jest w filmie dokumentalnym Grzegorza Kalinowskiego „Mistrz Kici”, wraz z Wiktorem Bołbą autorem książki.

Mój problem jest poważny, bo nie wierzę, że słowa przypisywane w niej Brychczemu, faktycznie padły z jego ust. Całość ma formę wywiadu rzeki. Ale pytań w książce właściwie nie ma. Niemal wszystkie wypowiedzi autorów to dopowiedzenia, zagajenia, krótkie oceny i przypomnienia. A Lucjan Brychczy dopowiada. Sypie szczegółami jak z rękawa. Są to daty dzienne meczów (zarówno tych sprzed 50 lat, jak i sprzed kilku sezonów), minuty i strzelcy goli, Brychczy po kolei wymienia kto przyszedł i odszedł z Legii albo w której minucie kto nie trafił do bramki. Nie ma nawet problemów z wyrecytowaniem nazw indonezyjskich wysp, na których był pół wieku temu, podobnie jak ze wskazaniami alkomatów, w które musiało dmuchać kilku zawodników. Wymienia tytuły prasowych relacji z meczów, także zagranicznych, frekwencje na kolejnych spotkaniach. Rozumiem, że autorowi wspomnień trzeba pomóc, ale w „Kicim” przesadzono. Wyszło to nienaturalnie. Ta sztuczność męczy, chronologiczne wymienianie kolejnych meczów nuży. Tak piękną karierę, jak Lucjana Brychczego, należałoby opisać. Albo zadawać konkretne pytania. Skoro sam piłkarz i trener to człowiek z natury nieśmiały, można jego losy przedstawić oczami innych.

Brychczy jest w swoich ocenach niezwykle delikatny. Negatywnie mówi chyba tylko o Jerzym Kopie i Dariuszu Kubickim. Pomimo sześciu dekad najbliższego możliwego kontaktu z ligą, nie ma w książce nic o kupionych meczach. Temat korupcji pojawia się trzykrotnie. Legioniści odmówili sprzedania towarzyskiego meczu w Indonezji w 1977. W kwietniu 1986 Legia przegrała tytuł meczem z Górnikiem. Jerzy Engel ogłosił, że piłkarze go sprzedali. „Poczynania piłkarzy mogły być paraliżowane stawką spotkania i ogromnymi oczekiwaniami działaczy, trenerów i kibiców” – mówi Brychczy. Andrzej Strejlau miał mieć paranoję na punkcie sprzedawania meczów przez drużynę i w każdym nieudanym zagraniu doszukiwał się drugiego dna. Sportową walką jest nawet w tej opowieści mecz z Wisłą Kraków w 1993 roku (6:0). Brychczy żałuje natomiast, że odbierając Legii tytuł, nie przeprowadzono dokładnego dochodzenia i mówi, że „niedziela cudów” była standardem i wszyscy wiedzieli, że tak to wygląda. Pozostaje niedopowiedzenie.

Ten, kto chce się dowiedzieć, jak wyglądało życie czołowego piłkarza tamtych czasów i tak powinien po tę książkę sięgnąć. Dowie się sporo o realiach PRL-u i tym, jak wygląda historia Legii widziana oczami największej żyjącej legendy. To, że Brychczy chciał się podzielić swoimi wspomnieniami, już samo w sobie ma wielką wartość.

Narzekam na niedociągnięcia i przywołuję niektóre fragmenty, bo życiorys Brychczego wydaje się być książkowym samograjem. 58 występów w kadrze zaciemnia dziś obraz. Jak opowiada Paweł Mogielnicki, w latach 1954-69 reprezntacja zagrała 108 oficjalnych spotkań, a dla porównania w okresie 1997-2012 aż 213. „Kici” to postać pomnikowa nie tylko dla kibiców Legii. Człowiek wychowany w trudnych czasach, piłkarz wybitny, od ponad 60 lat stale zatrudniony w jednym klubie. Ilu piłkarzy w Europie, którzy w latach 50. byli największymi gwiazdami zespołu do dziś nieprzerwanie są w sztabie szkoleniowym? Do Brychczego piłkarze mówią „mistrzu”. Książka mistrzowska nie jest.

Błaszczykowski jak Cantona? Niekoniecznie

Tytuł: Kuba. Autobiografia
Autorzy: Jakub Błaszczykowski, Małgorzata Domagalik
Wydawnictwo: Buchmann, 2015

Od początku książka zmierza w kierunku rodzinnej tragedii. Nie jest powiedziane wprost, czym jest „to”, ale czytelnik wie, jaki był punkt zwrotny w życiu Błaszczykowskiego. Opowieść o chłopaku z Truskolasów, który w jednej chwili stracił obu rodziców, jest szczera i przejmująca. Sprawia, że książka jest ważna. Pozostała część „Kuby” nie wytrzymuje zestawienia z głównym wątkiem.

„Kuba” pozwala nam poznać piłkarza, który przez kilka lat ciągnął polską reprezentację. Ale poznajemy go tylko w granicach, które on sam wyraźnie wyznacza. Nie istnieje temat EURO 2012. Pytania o turniej dotyczą tylko „afery biletowej”. Oczekwania były ogromne – w TVN24, na żółtym pasku informowano, że piłkarze zjedli śniadanie, mecze oglądało więcej osób, niż głosuje w wyborach, ale w „Kubie” o tym nie ma. Franciszek Smuda mówi tylko o tym, że szybko poznał się na skrzydłowym. Największa sportowa porażka Błaszczykowskiego jest przemilczana. Pojawia się tylko radość rodziny po golu Błaszczykowskiego z Rosją.

Czterokrotnie przeczytałem, że raper M.I.K.I nagrał utwór o Błaszczykowskim. Trzy razy, że Matts Hummels jest przystojny. Nazwisko Roberta Lewandowskiego pojawia się rzadziej. „Nie mamy wspólnego języka. Nie mamy ze sobą kontaktu” – mówi na samym końcu książki Błaszczykowski.

Wbrew podtytułowi nie jest to autobiografia. Słów Błaszczykowskiego jest w niej stosunkowo niewiele. Sporo za to Małgorzaty Domagalik – jej ocen (wobec piłkarza pozytywnych), ripost czy opisów posiłków. O piłkarzu dużo mówią o nim najbliżsi. Książka to pomysł Jerzego Brzęczka, wprowadził autorkę do rodzinnego kręgu. Ale z wybranych cytatów wynika, że ze zbuntowanego chłopaka z chuligańskimi skłonnościami wyrósł anioł. Teraz jego największą wadą jest to, że za dużo śpi.

Konstrukcyjnie książka jest poszatkowana. Ma nie być monotonna, czyta się szybko. Po tekście utworu niemieckiego rapera mamy półtorej strony rozmowy z Błaszczykowskim, wypowiedzi Sebastiana Kehla, fryzjera piłkarza, potem jego brata, dalej przyjaciela i dwie strony rozmowy z bohaterem. Kolejny rodział rozpoczyna się od cytatu Carlosa Luisa Zafona (jest też Cantonta albo Święty Mateusz). To alfabet Agaty, żony piłkarza, opatrzony jednym z wielu post scriptów Małgorzaty Domagalik.

Sporo miejsca poświęcono odebraniu Błaszczykowskiemu kapitańskiej opaski w reprezentacji. Dla Domagalik nie do zaakceptowania był moment, w którym Adam Nawałka podjął tę decyzję. Błaszczykowski leczył wtedy kontuzję. Zdaniem autorki został ośmieszony, szarpano jego sportową ambicję i wystawiono na ogień internetowych hejterów. Argumentów drugiej strony brakuje.

Tytułowe porównanie Błaszczykowskiego i Erica Cantony przewija się w „Kubie” kilkakrotnie. Jest niecelne i niepotrzebne. Na potrzeby książki Francuz stał się nawet prawym pomocnikiem. Podobno mają nawet prawie identyczny zarost. Zdaniem Małgorzaty Domagalik łączą ich życiorysy i charaktery. Eldo cytuje nawet słynną wypowiedź Cantony po ciosie kung-fu z Crystal Palace. Ale jest to raczej wariacja na temat tego cytatu. „Sardynkę weźmiesz za ogon i wrzucisz z powrotem do oceanu, wieloryby umierają na plaży.”

Droga Błaszczykowskiego od trudnego dziecka z Truskolasów do ikony Borussi Dortmund naznaczona jest rodzinną tragedią. W „Kubie” opowiedział o niej po raz pierwszy. Odsłonił się na tyle, na ile był gotów. Tę odwagę należy docenić.

Tytuł: Cantona. Buntownik, który został królem
Autor: Philippe Auclair
Wydawnictwo: Anakonda, 2013

Samobójstwo, a krótko potem śmierć. Tak życie Erica Cantony od stycznia 1996 do maja 1997 widzi jego biograf. Po słynnym kopnięciu chuligana w meczu z Crystal Palace piłkarz odcierpiał 8-miesięczną dyskwalifikację, a potem niemal w pojedynkę odzyskał dla Manchesteru United mistrzostwo Anglii. Ale kiedy Aime Jacquet zapytał go o powrót do reprezentacji i grę na pozycji środkowego napastnika, ten odmówił. Pół roku później, pozbawiony motywacji, stracił formę. Dograł kolejny sezon i zakończył karierę w wieku 31 lat. Jako piłkarz umarł, kolejna próba samobójcza tym razem okazała się skuteczna. Na Old Trafford spędził cztery i pół roku, a w plebiscytach kibiców wygrywa głosowania na najlepszego piłkarza w historii klubu.

Philippe Auclair deklaruje, że spędził dwa lata na czytaniu starych gazet, oglądaniu archiwalnych meczów i rozmowach o Cantonie z ludźmi, którzy pojawili się na jego piłkarskiej drodze. Tę robotę wykonał na piątkę. Co ciekawe, niemal w ogóle nie dotyka życia prywatnego piłkarza. Duży nacisk kładzie natomiast na francuską część kariery. Dość szczegółowo opisuje krótkie przygody Cantony, o których wielu już zapomniało. Kto zapytany kluby Francuza wspomniałby o Martigues, Montpellier i Nîmes? Auclair napisał o nich całe rozdziały.

Bramki i asysty przeplatają dyskwalifikacje oraz górnolotne, niespotykane wśród piłkarzy deklaracje o potrzebie artystycznego spełnienia. Auclair swojego bohatera broni. Ataki prasy ocenia jako niesprawiedliwe, przypomina zasługi, czasem odkrywa drugie dno. Krytykuje rzadko – za słaby ostatni sezon i niektóre wypowiedzi. „Czasem mówię pierdoły” – mówił Cantona o sobie. Ale wypowiedzi samego zawodnika nie ma w książce zbyt wiele. Cantona przez lata odmawiał Anglikom wywiadów, trochę bardziej otwarty był wobec rodaków. Autor twardo trzymał się swojego porównania zakończenia kariery do śmierci. Życiu piłkarzy po 1997 roku poświęcił tylko kilka zdań.

„Buntownik, który został królem” ma 400 stron i miejscami nuży. Zbyt wiele jest faktograficznych szczegółów, nie pomaga radykalne trzymanie się chronologii. Książka została sprawnie przetłumaczona przez Marcina Grzywacza, ale nie jest wolna od błędów (edytorskich i korektorskich). Ale to dobra pozycja o jednej z najciekawszych piłkarskich postaci ostatniej dekady XX wieku. Spojrzenie Cantony na piłkę to także dziś powiew świeżości.

Wszyscy się mordują

Tytuł: Rach-ciach-ciach czyli pchamy, pchamy!
Autorzy: Tomasz Jaroński, Krzysztof Wyrzykowski
Wydawnictwo: Burda, 2015

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

„Cztery i pół godziny państwo się mordują, my się mordujemy i wszyscy się mordują, bo nic się nie dzieje. I teraz na czym polega sztuka? Na tym, żeby ludzi zatrzymać na sześć godzin przy telewizorze”. Tak swoją rolę komentatora kolarstwa widzi Krzysztof Wyrzykowski. Od 2002 roku pracuje w parze z Tomaszem Jarońskim. Latem przy kolarstwie, zimą przy biathlonie. Pomimo że obaj wielogodzinne transmisje z trasy uważają za nudne, ciągle trafiają do czołówek zestawień najpopularniejszych komentatorów.

Do książki dołączono jej konspekt. Dwie strony, kilkanaście punktów – kim byliśmy, kim jesteśmy, igrzyska, doping, dziennikarstwo. Więcej nie było trzeba. Wyszło 300 stron przyjacielskiej pogawędki. Autorzy nie potrzebowali planu – wystarczyło, że przez kilka godzin ze sobą porozmawiali. Sporo tu wątków biograficznych – Wyrzykowski opowiada o telewizji lat 70. i dlaczego po stanie wojennym musiał wyjechać z Polski. Jaroński zaskakuje wyznaniem o 9 miesiącach, które spędził w Iraku. Na drugim planie pojawiają się dziennikarze i sportowcy, których autorzy spotkali podczas trwających od kilka dekad karier.

Od 13 lat każdy lipiec spędzają w malutkim pomieszczeniu na warszawskim Służewcu, wcześniej na Bielanach. W dziupli w siedzibie Eurosportu częściej mówią o zamkach, kościołach i winnicach, niż jadących w Tour de France kolarzach. Książka została pomyślana jako przedłużenie transmisji. Mnóstwo w niej anegdot, dygresji, refleksji o przeszłości i subiektywnych ocen. Dostaje się popełniającym błędy kolegom, słabym komentatorom, a także kolarzom. Wyrzykowski nie ukrywa, że nie wierzy, że Chris Froome nie stosuje dopingu.

Jaroński i Wyrzykowski są cenieni za wiedzę, humor i prowadzony ze swadą komentarz. Ich książka to lektura na zaledwie parę godzin, niekoniecznie odkrywcza, ale przyjemna. Jeśli ktoś czerpie przyjemność z mówiąc słowami Wyrzykowskiego, wielogodzinnego mordowania się przy telewizorze podczas płaskiego etapu, podobnie będzie z „Rach-ciach-ciach”.

Tytuł: The Miller’s Tale. An Autobiography
Autor: Willie Miller, Alastair Macdoland
Wydawnictwo: Mainstream Publishing, 1989

Z półki wybrałem książkę o piłkarzu, o którym wiedziałem najmniej. Cała moja wiedza o Willim Millerze sprowadzała się do faktu, że był obrońcą Aberdeen, gdy Szkoci wygrywali Puchar Zdobywców Pucharów.

Wstęp napisał ojciec tamtego sukcesu, Alex Ferguson. W 1989 roku, w momencie wydania książki, od trzech sezonów prowadził Manchester United. Nie wygrał jeszcze w Anglii żadnego trofeum, na Old Trafford zawisł transparent „Three years of excuses and it’s still crap … ta-ra Fergie”. Miller był rok wtedy przed końcem kariery. Ferguson nazwał go „najlepszym zawodnikiem, którego prowadził” i „najlepszym obrońcą w polu karnym na świecie”.

Na starcie kariery, 16-letniego Millera, wtedy obiecującego napastnika, chciał u siebie Celtic. Nastolatek wybrał konkretniejszą propozycję z Aberdeen. Choć mieszkał w Glasgow od urodzenia, nie chciał grać w najlepszym klubie w kraju. Miał dość konfliktów na tle religijnym. W szkole i na ulicy protestanci i katolicy stale uprzykrzali sobie życie. W Aberdeen był pod tym względem spokój.

Miller nigdy nie założył koszulki innego klubu. W zespole z Pittodrie zagrał blisko 800 razy. Po trzy razy wygrywał ligę i puchar. W 1983 roku wzniósł Puchar Zdobywców Pucharów. Szkoci wygrali wtedy z największymi – Bayernem Monachium i Realem Madryt. Ciekawostek o drużynie The Dons, jest w książce niewiele. Sporo faktografii, lawina pochwał dla kolegów z boiska. Gra dla małego klubu znad Morza Północnego najwidoczniej była sielanką. Gdyby książka powstała po zakończeniu kariery Millera, na pewno byłaby ciekawsza. Polecić można ją tylko zainteresowanym tamtą drużyną Aberdeen. Niewiele tu nawet o Szkocji lub Fergusonie.

Jest za to polski ślad. W maju 1980 roku reprezentacja Szkocji przyjechała do Poznania na towarzyski mecz z Polską. Na krótko przed karnawałem Solidarności, Szkoci przeszli polityczną edukację. „Zakładaliśmy, że Polacy, jako członkowie bloku wschodniego, są blisko z Rosjanami” pisze Miller. Piłkarze wybrali się do kina. Tłumaczka zapowiadała film „Stranger”. Na ekranie pokazano „Obcego”, czyli film pt. „Alien”, ale nie był to główny punkt dnia. Wcześniej wyświetlono kronikę filmową. Słowa radzieckiego dygnitarza partyjnego zagłuszyły bluzgi publiczności. Towarzysz mówił o nowej drodze, prezencie ZSRR dla Polski. Wyzwiska przerodziły się w śmiech. Szkoci wyjechali z Polski tylko mądrzejsi o wiedzę na temat realiów polityki za żelazną kurtyną. Po meczu nie mieli powodów do zadowolenia. Polska wygrała 1:0.

Z pamiętnika mistrza

Bartosz Huzarski

Niewiarygodny wysiłek i walka o przetrwanie. Bartosz Huzarski ma ciało z żelaza, ale na każdym górskim etapie Tour de France drżał o limit czasu. 34-letni Polak jest w peletonie robotnikiem. Jego zadaniem była praca na rzecz Dominika Nerza. Niemiec wycofał się w połowie wyścigu.

Do Paryża, na ostatnim etapie Touru, Huzarski wjedzie jako 108. kolarz wyścigu, z 3,5 godzinną stratą do Chrisa Froome’a. Swój start Polak w fenomenalny sposób opisuje na swoim profilu na Facebooku. Stara prawda mówi, że nawet ostatni kolarz w peletonie jest wielkim sportowcem. Huzarski pisze o bólu, który towarzyszy mu każdego dnia. Opisuje jazdę pod górę – gdy spada na koniec stawki, i w dół – gdy jadąc z prędkością 70 km/h, w ciemno bierze zakręty. Marzy o dojechaniu do mety na Polach Elizejskich

Wpisy Huzarskiego obserwuje tylko kilka tysięcy kibiców. Mówią więcej o sporcie, niż tysiące popularnych stron. Wybrałem najciekawsze fragmenty (zachowana pisownia oryginalna), ale polecam całość.

Dzień 20

Jeszcze tylko jutro i szampan. Tak dzisiaj krzyczeli Polscy kibice – DAJESZ HUZAR DAJESZ JUTRO SZAMPAN !!!
Dzisiaj mieliśmy ostatni ciężki etap. Pewnie każdy z Was oglądał relację, te góry tutaj miażdżą. Dzisiaj pierwszy podjazd, który na szczęście miejscami popuszczał jechałem godzinę i piętnaście minut !! później wariacki zjazd trochę po płaskim i finałowy podjazd. W mojej grupie pełen gaz, choć teoretycznie byliśmy bezpieczni to pierwszy raz w życiu widziałem, żeby kolarze jechali na podwójnym wachlarzu z górki !!, a po płaskim cały czas 50-55 km/h normalnie jak w odjeździe. Ale tak właśnie wygląda dzień na tyle, wcale nie jest łatwo, starasz się nie tracić lub nadrabiać do pierwszych na płaskim i na zjazdach by później można było spokojnie jechać pod górę.

Dzień 19

Za mną chyba najcięższy etap tegorocznej edycji TDF, a już na pewno ten z najkrótszym limitem czasu, więc jednocześnie bardzo nerwowy. Gdy startujesz z jednym bidonem, praktycznie bez jedzenia żeby nie taszczyć żadnego dodatkowego balastu to wiedz, że będzie grubo. Wykres taki, że jakby go człowiek wyciął to uczesać się można bez wątpienia. O podjazdach pisałem wczoraj więc powtarzał się nie będę, ale takie ciekawostki: Col de la Croix de Fer podjeżdżałem godzinę i dwadzieścia minut, finałowy podjazd równo godzinę, ten zaraz po starcie nie wiem ile ale około 30 min !!!. Kolejny dzień w biurze lub w siodle, jak kto woli, kolejne 5 godzin. Kilka danych z mojego komputerka pokładowego: 4383 metry przewyższenia na 136 km, 4670 KJ spalonej energii, 267 watt średnio z zerem (od 60 km grupetto) średni puls 148 ud/min, moc max to już tylko 930 watt.
Dzisiaj od startu podjazd, długi, ciężki. Zdecydowałem, że dzisiaj jest niezły dzień na odjazd. Może nie na walkę bo takie góry … ale na odjazd tak. Można zacząć najcięższe podjazdy z jakąś tam przewagą nad liderami i być spokojnym przynajmniej o limit czasu. Ale dzisiaj wielkie działa miały inny plan i gdy po 10 km podjazdu dosłownie w trupa ! zobaczyłem na tablicy 45 sek to nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać, a uwierzcie mi jechaliśmy naprawdę mocno, na tyle mocno na ile pozwalają nogi dnia 19. Na jakieś 2 km do szczytu pierwszej góry doleciał nas Nibali, jak z procy wystrzelony, przeleciał koło nas z 5 km/h szybciej. Za chwilę Alberto i Valverde !! więc ja już tylko czekałem na grupę lidera. Na szczycie byłem razem z Thomasem i ogień w dół po mokrym zjeździe. Wyprostowałem tylko jeden zakręt ale szczęśliwie pobocze było łaskawe. Na dole wszystko się zeszło i od nowa akcje zaczepne.(…)
Najdłuższy podjazd dnia zaczęliśmy dość mocno, od samego dołu kolarze krzyczeli grupetto, ale jakoś nikt nie chciał za wcześnie odpuścić, jednak limit był dzisiaj dodatkowym motywatorem do zwiększenia poziomu cierpienia. Ten podjazd … będzie mi się śnił po nocach, 80 min deptania. Miałem w tym czasie taki kryzys, że myślałem, że z roweru zejdę, wtedy zerknąłem na licznik a tam … jeszcze tylko 10 km do szczytu. Myślałem, że się popłaczę. Ale na szczęście miałem w rezerwie kilka żeli, nie wiem sam ile, ale dzisiaj uratowały mi życie. Później było już znacznie lepiej, nie licząc zjazdów. Wydaje mi się, że zjeżdżaliśmy szybciej jak czołówka wyścigu. Kurde jaki stress, wchodzisz w zakręty 70/75 km/h i nie wiesz co jest po drugiej stronie barykady, jak przebiega droga, dlatego najważniejsza zasada jak się nie zna zjazdu – nigdy nie zjeżdżać na pierwszej pozycji, tylko tak w okolicy 5 miejsca. Jeśli nagle zakręt się zamyka, albo jest jakieś inne niebezpieczeństwo jest czas na reakcje, jak widzisz, że goście z pierwszych pozycji wypinają buty i hamują awaryjnie.

Dzień 18

To był ciężki dzień. W nogach już prawie 3000 km wyścigowych, zmęczenie totalne. Jeszcze raz pełen respekt i szacunek dla gości którzy walczą tutaj o pierwszą 20.(…) Bardzo ciężka edycja w tym roku, widać jak bardzo zmęczeni są zawodnicy, dzisiaj na początku jak szły ataki, wyglądało to jak w slow motion, ktoś atakował i nie mógł się tak naprawdę oderwać. Wszyscy mają już chyba dość, więc może jutro kolarze sami zneutralizują pierwszy podjazd ? … nie !!! co jak co ale nie na TDF!!!. Sobota wcale nie zapowiada się lżej, tym bardziej, że dzisiaj i jutro śpimy na wysokości ponad 1700 m n.p.m więc i regeneracja organizmu przebiega znacznie woniej. Ma to też swoje dobre strony, czyste powietrze to raz, nie jest tak gorąco to dwa.
Jak jeszcze kilka dni temu marzyłem tutaj o podium na etapie a w najpiękniejszych snach o wygraniu etapu, tak teraz to ja chcę tylko … dojechać do mety w Paryżu. Tak to wygląda z mojej perspektywy. Z dnia na dzień coraz bardziej puste nogi, coraz większe zmęczenie całego organizmu, siada psycha bo ileż można tolerować ból i wysiłek. Wygląda to tak, że jest ok, jest ok, a nagle bam i nie ma siły na nic. Każdy ponad potrzebę wysiłek, każdy ponad potrzebę sprint do przodu, czy mocniejsze naciśnięcie na pedały trzeba rozważyć dwa razy.
Co będzie jutro, nie wiem, zobaczę jaka będzie noc, ta nie należała do najlepszych, źle spałem a mam tak jak jestem ekstremalnie zmęczony. Dzisiaj nawet ciśnienie krwi (mamy mierzone codziennie kilka godzin po etapie) mówi, że czas powoli do domu. Tak więc … sam jestem ciekawy…jutrzejszego bólu.

Dzień 17

Sam już nie wiem, co jest gorsze a co lepsze. Na pewno najlepszy jest dzień wolny, ale jeśli po dniu wolnym, mają być takie etapy jak dzisiaj, to ja wolę bez dni wolnych takie wyścigi. Ciągiem polecieć 21 dni, przynajmniej szybciej się do domu wróci.
Wczoraj wszyscy chyba bardzo dobrze wypoczęli, nie powiem, ja też, bo przez pierwsze półtorej godziny zrobiłem 300 watt przy średnim pulsie 170 i to siedemnastego dnia wyścigu. Ale to wszystko i tak mało. Dzisiaj próbowałem, tak jak powiedziałem, będę próbował, żeby wyjechać stąd z czystym sumieniem, że zrobiłem wszystko co mogłem. Dzisiaj tak wszedłem w organizm, tak się umęczyłem, że w sumie później się cieszyłem, że nie odjechałem bo i tak bym dzisiaj nic nie ugrał, noga była pusta jak beczka z kapustą po zimie i nawet resztek soku bym z niej dzisiaj nie wycisnął. Ledwo dowlokłem się w grupetto do mety.

 Drugi dzień wolny

Około 15 min przed śniadaniem, czyli zaraz po przebudzeniu, 250 ml świeżego soku wyciśniętego z warzyw/owoców/ziół.
Śniadanie: Owsianka z owocami, miodem, ryżem, orzechami + trochę mleka migdałowego lub owczego.
Omlet z szynką, kromka chleba z masłem. Chlebek ryżowy z dżemem lub musem z orzechów – coś na słodko jednym słowem.
Przed starem – zazwyczaj coś tam przegryzamy, ale to drobiazgi. Masażyści robią nam specjalny ryż pakowany w małe porcje i zawsze przed starem jedną lub dwie takie porcje można zjeść, aczkolwiek jest to uzależnione od przewidywań jak się może potoczyć początek etapu. Chodzi o to żeby w gardle nic nie stało.
Na etapie – specjalny ryż o którym pisałem wcześniej, czy to na słodko czy na słono. Do tego wszelkie batony energetyczne, żele, batony proteinowe. Wszystko czym dysponuje ekipa mamy do dyspozycji i my. Ważne aby nie taszczyć z sobą jedzenia na 6 godzin bo w połowie etapu zawsze jest bufet gdzie możemy dobrać jedzenie na resztę dnia. Każdy wie mniej więcej ile potrzebuje. Na momenty kryzysowe zawsze z tyłu jest samochód w którym tez mamy batony, żele i ryż.
Po etapie – pierwsze co to szejk, proteina albo recowery, do tego baton z białkiem lub orzechami. Następnie przez 20-30 min lepiej nic nie jeść. Chodzi o to żeby wątroba oczyściła trochę krew z toksyn, laktatu itp. Później można zjeść miseczkę ryżu z makaronem, czyli taki mix jedzenia o niskim i wysokim indeksie glikemicznym, z jakimś sosem lub samą oliwą z oliwek. Tutaj też duże znacznie ma masaż. Jeśli mamy krótki dojazd do hotelu i jestem pierwszy na masaż nie jem nic, żeby lepiej oczyścić organizm a w szczególności mięśnie nóg z toksyn. Jeśli po masażu mam sporo czasu do kolacji, a nie jadłem nic po etapie, wtedy wcinam tą porcję ryżu z makaronem.
Kolacja – głównie sałata mix a warzywami (burak czerwony, rzodkiewka, pomidor itp) do tego avocado obowiązkowo. Mięso lub ryba i jakieś węglowodany np.: talarki ziemniaczane, ryż, makaron, kasze itp.
Deser tylko po ciężkim etapie czyli powyżej 4500 KJ spalonej energii.

Dzień 16

Ostatnia szansa w tym tygodniu na jakikolwiek dobry wynik właśnie została zmarnowana. Ten tydzień rozłożył moją psychikę na łopatki, jestem taki zły na siebie, czuję, że nie dałem 100%, a biorąc pod uwagę, że to jest Tour de France powinienem dać nawet 110%. A tak tydzień jeżdżenia w kołach, próbowania, ale nic z tego nie wyszło. Pech … raczej pech bo nie niemoc, nogi są ok, serce też ładnie pracuje i wchodzę nawet na puls 180 gdzie pod koniec pierwszego tygodnia ledwo dochodziłem do 150. Wiec organizm jest przygotowany, a na pewno nie jest zmęczony. Ale co z tego, gdy przeszły mi koło nosa 2-3 okazje żeby dobrze się zaprezentować. Jeszcze żebym pojechał i strzelił z odjazdu, to ok, nie nadaję się, nie mam nóg, ale tak … sam nie wiem co myśleć.
Jutro dzień wolny, chcę się dobrze wyspać, nie poddaję się, jadę na trening taki specjalistyczny, muszę odpocząć ale jednocześnie nie dać organizmowi zwolnić obrotów. Więc jakieś ćwiczenia muszę zrobić, reszta spokojnie z przystankiem gdzieś nad jeziorem na kawę i lody bo głowę też muszę podratować. Szkoda mi tego tygodnia, w przyszłym nie będzie etapów odpowiadających mojej charakterystyce, podjazdy długie i ciężkie, ostatnie rozdania w KG … ale chcę próbować. Nie ma co przeliczać tylko trzeba cisnąć.
Dzisiaj nawet nie zdążyłem się dopchać do czuba a już było po etapie. A przed startem zakładałem, że będzie z 50 km walki o odjazd bo to ostatnia taka szansa przed dniem wolnym i ostatni niezbyt ciężki etap. A tymczasem pierwszy skok pojechał, Ci co byli z przodu czy chcieli czy nie byli w odjeździe. Czasem tak jest, że nawet nie wiesz, że odjechałeś.

Dzień 15

Kibice prawdziwi są najfajniejsi, szanują naszą pracę, szanują nasz wysiłek, nie proszą Cię o bidon przy pierwszej okazji, tylko znają z imienia i nazwiska, pożyczą powodzenia, zrobią sobie zdjęcie, jadą za wyścigiem i są w temacie obcykani. Stoją sobie na poboczu, palą grilla, przebiorą się fajnie, napiszą coś na drodze i zedrą gardło dla każdego tak samo. Dla nich każdy jest wspaniałym sportowcem. Takich kibiców lubimy bo nie biegają przed kolarzami sprintem a po 10 metrach nogi im się plączą, bo robią to raz do roku, albo dwa jak ich pies sąsiada przyczai na szabrowaniu jabłek. Lubimy ich bo nie są pijani, a nawet jak są to tego nie pokazują. Lubimy ich bo stoją z butelką wody, więc jak chcemy to sobie weźmiemy żeby się polać a nie leją nam na plecy i głowę czy chcemy czy nie. Lubimy ich wreszcie za to że nie wystawiają do nas swojego obleśnego gołego tyłka a my nie wiemy jak mamy to odbierać, jako obrazę, chcą nam w ten sposób przekazać że jesteśmy dupkami, że mają nas w dupie czy może to jakaś zachęta. (…)
Poziom sportowy na tym wyścigu jest nieporównywalny z żadnym innym, po analizie plików z pomiaru mocy zauważam że pobiłem wszystkie swoje dotychczasowe tegoroczne rekordy od 5 min do godziny !!. Jeszcze tydzień. Tydzień szans na spełnienie marzenia życia.

Dzień 14

Można podsumować jednym zdaniem – obróć tabelę huzar na czele 🙂
Ale to nie tak, że jestem taki słaby i już się skończyłem, choć pewnie są i tacy co tak myślą. Jedziemy tutaj największy i najcięższy kolarski wyścig świata. Jakieś dwa dni temu na odprawie padło fajne zdanie, „tutaj albo jesteś pierwszy albo ostatni”. Może dosłownie bym tego nie odbierał, ale podciągnąłbym to określenie do pierwszej i ostatniej dziesiątki.
Dzisiaj. Dzisiaj byłem naprawdę zmotywowany, do tego stopnia, że nawet wystartowałem z pierwszego rzędu. Pierwsze półtorej godziny myślałem że płuca wypluję. Zakwas w nodze, krew w płucach, pełny gaz. Ponad 280 watt średnio przez pierwsze 90 min wliczając w to ten długi zjazd. Było naprawdę ciężko. Zabrałem się w odjazd, mocny, dobry, może nie idealny bo z kolarzami takimi jak Sagan, Rolland, Barguil czy Talansky wygrać by było niesamowicie ciężko, ale nigdy nic nie wiadomo.

Dzień 13

Ucieczka uformowała się tak szybko, że nie zdążyłem się dopchać do przodu ale jak powiedziałem, nawet o to szczególnie nie walczyłem. Dzisiaj chciałem spróbować zafiniszować bo końcówka mi odpowiadała. Niestety na około 20 km do mety defekt przedniego koła, a że mamy ostatni samochód w kolumnie wiedziałem już, że dzisiaj dzień pod tytułem oszczędzamy siły na jutro. Resztę możecie sobie sprawdzić w wynikach.

Dzień 12

Dzisiaj miało nie być odjazdu, miała być walka liderów, miało być grupetto i w miarę spokojny etap. Z tego wszystkiego wyszło tylko grupetto i trochę luzu na płaskim. Ale jak odjazd ma kilkanaście min przewagi nad peletonem i cisną tam na fulla to UWAGA na limit czasu. Wpadliśmy dzisiaj na metę a na zegarze 30 min spóźnienia do Purito i człowiek zaczyna rozmyślać przełykając ślinę przez zaciśnięte od bólu zęby – jak ja cholera miałbym to przejechać o pół godziny szybciej ?! (…)Nogi bolą coraz bardziej, najlepiej jest rano, budzę się sam albo budzi mnie budzik i teraz najlepsze, zwlekasz się z betów i wstając „nasłuchujesz” opornego NIEEEE jakie wysyłają mięśnie, pierwsze kroki do łazienki potrafią już dużo powiedzieć o nadchodzącym dniu, o ile dziś +/- przesunie się moja wewnętrzna granica bólu. Jeszcze większym wysiłkiem i zazwyczaj potwierdzeniem pierwszych znaków jest próba naciągnięcia kompresyjnych podkolanówek. To takie strasznie ciasne skarpetki i trzeba sporo siły żeby się w to wbić … czekam na dzień aż się to nie uda.

Dzień 11

Dzisiaj do bufetu dolecieliśmy tak szybko, że nawet się woda w bidonach nie zdążyła nagrzać od słońca, a uwierzcie mi, że plażing spażing tutaj pierwsza klasa. Chłopcy tak się zabawiali od startu że te górki to wręcz przeskakiwaliśmy jak Szwedu chopki w swoim ogródku, z jednej na drugą. Średnia nie wiem jaka była, ale raczej wysoka bo serio, wypiłem tylko jeden bidon przez pierwsze 75 km, i to nie że mi się nie chciało … nie było po prostu kiedy! (…) Taki jest właśnie Grand Tour, jeden dzień ok, drugi super, trzeci średni, czwarty rewelacyjny a na piątym gruz. Ja czekam na kolejny dzień kiedy wszystko zatrybi, wierzę, że taki nadejdzie.

Dzień 10

Organizm wybity trochę z rytmu, poczuł dzień luzu, myśli fajnie bo już koniec, taka normalna etapówka 9 dni a tu nagle … co jest … znów trzeba iść pod progiem albo i fulla.

Dzień wolny

jedzenie – to jest najgorsze do opanowania. Normalnie ssie człowieka jak najnowsza kuchnia Bora, ale trzeba z tym walczyć żeby nie spuchnąć jak niedoświadczony pszczelarz bo może być cinko na następny dzień. Tak więc na śniadanie dzisiaj zjadłem: 1 chlebek ryżowy z masłem, rukolą i szynką, białko z 3 jajek, kiwi, jogurt naturalny. Obiad: kawałek mięsa, warzywa, trochę sałaty, kiwi, pomarańcz – czyli jak najmniej węglowodanów.
(…)
kompresja – wieczorem przed kolacją najpóźniej wskakujemy w ciuchy kompresyjne i staramy się w tym wytrwać jak najdłużej. Ja normalnie na wyścigu śpię całą noc w spodniach kompresyjnych a czasem jeszcze w topie kompresyjnym. Chodzi o to żeby „wycisnąć” z organizmu a szczególnie z nóg jak najwięcej wody.

Dzień 6

Jaki ten Tour jest niewdzięczny, jaki sport jest niewdzięczny. Jesteś bohaterem w siódmym niebie, by za chwilę stracić wszystko.

Dzień 5

Największym problemem dla mnie osobiście była dzisiaj jakaś wewnętrzna blokada, jakiś hamulec bezpieczeństwa z ustawionym bardzo niskim progiem ryzyka. Przy tym kraksa na kraksie, większe, mniejsze ale średnio co 10 km. Droga jak rollercoster i wiatr, od początku do końca wiatr + przelotne opady deszczu. Jednym słowem jedna wielka nerwówka.

Wszystkie wpisy z profilu Bartosza Huzarskiego na Facebooku.

Piłka nie dla faszystów

Tytuł: Więcej niż piłka nożna? St. Pauli jest tą możliwością
Autor: Fabian Balicki
Wydawca: Poligraf, 2015

Świetny temat, autorem człowiek z dużą wiedzą. Czy taka książka może być nieudana? Tak, i to jest właśnie taki przypadek.

Ucieszyłem się, gdy usłyszałem, że mieszkający w Hamburgu Polak napisał książkę o St. Pauli. Klimat klubu z dzielnicy Hamburga urzekł mnie, gdy byłem tam rok temu. Fabian Balicki wydał ją samodzielnie w wydawnictwie Poligraf. Sam za nią zapłacił. Jak to działa?

Przykładowo, wydrukowanie 1000 egzemplarzy książki w formacie A5, która ma 200 stron, kosztuje autora 10 tys. zł. Drugi tysiąc egzemplarzy jest tańszy – 5,7 tys. zł, bo odpadają koszty składu, korekty, projektu okładki, czy matryc drukarskich. Jeśli cena okładkowa książki to 35 zł, z każdego sprzedanego egzemplarza to kieszeni autora trafia 13. Poligraf podaje, że taka książka będzie do kupienia nie tylko w niezależnych księgarniach, ale też w sieciówkach i Empikach.

„Więcej niż piłka nożna? St. Pauli jest tą możliwością” to osobista książka człowieka, który nie pasjonował się piłką, zanim nie zamieszkał w Hamburgu. St. Pauli go pochłonęło. Balicki pisze o tym, jak stopniowo poznawał klub i miasto. Opisuje stadion Millentor, którego przebudowę w dużej mierze sfinansowali kibice, zagląda w uliczki St. Pauli, opowiada o miejscowych zwyczajach. Mamy też opowieść o piłkarzu – policjancie, który był jedynym amatorem w Bundeslidze, i opis historii, gdy na stadionie St. Pauli trenowała niemiecka reprezentacja. W namalowanym na trybunie napisie „Piłka nie dla faszystów” zamalowano ostatnie słowo, co naraziło kadrę na śmieszność.

Autor dobrze oddaje unikalność klubu. Na odwrocie biletu na mecz znajduje się wyciąg z regulaminu – „zabronione jest wykrzykiwanie haseł, które zniesławiają inne osoby z powodu koloru skóry, religii, płci lub orientacji seksualnej”. Tak chcieli kibice. Książka to opowieść o miejscu, gdzie na swoich piłkarzy nigdy się nie gwiżdże, a przy wyborze sponsora na koszulce oferta finansowa schodzi na dalszy plan. Klub, w którym wyniki nie są najważniejsze, nierzadko sprzedaje bilety do ostatniego miejsca. Balicki pisze o okolicznych barach, jak i akcjach charytatywnych. St. Pauli stało się klubem kultowym, nieźle zarabia na merchandisingu. Radykalnym kibicom nawet taka komercjalizacja nie odpowiada. Chodzą na VI-ligową Altonę 93.

Pomimo plusów, ciężko tę książkę polecić. Styl jest fatalny. Mniej więcej tak niezgrabny, jak tytuł. Szyk wielu zdań sprawia, że książkę chce się ją odłożyć na półkę. Gdyby przed drukiem miał ją w rękach redaktor, wywróciłby ją do góry nogami. Większość zdań trzeba kompletnie przebudować. Wątki są rwane, rozdziały niespójne. Rozważania na takie tematy, jak sprzedaż browaru w Grudziądzu są niepotrzebne, podobnie jak wiele powtórzeń. Książka jest bardzo krótka, o wiele tematów tylko zahacza, niektóre związane z St. Pauli, które mnie ciekawią, zupełnie pomija. Szkoda, że nikt z osób zaangażowanych w powstawanie książki nie podpowiedział autorowi, że ingerencja kogoś z zewnątrz w treść książki jest niezbędna.

Tytuł: Biblioteka 90-lecia Polonii Bytom. Tom 1. Kazimierz Trampisz
Autor: Dariusz Leśnikowski
Wydawnictwo: ?, 2010

Kazimierz Trampisz zagrał w 10 meczach reprezentacji Polski. Nie jest to wynik imponujący (w książce jest mowa o 11). Ale tak naprawdę było ich ok. 50. „Taż kadra PZPN to my byli. I kadra Centralnej Rady Związków Zawodowych – to też my byli. Reprezentacja kolejarzy – też. Grało się jeszcze stolica na stolicę: Budapeszt na Warszawę albo Tirana na Warszawę – to naturalnie też my byli”. Dosłowne spisywanie słów Trampisza, w tym częste frazy typu „Kiedy my wygrali”, to jeden z najmocniejszych punktów książki.

I tom „Biblioteki 90-lecia Polonii Bytom” napisał Dariusz Leśnikowski, dziennikarz Sportu, autor wielu publikacji o futbolu na Górnym Śląsku. Styl jest trochę ciężki, bohater wspomnień przedstawiany jest jako „pan Kazio”, co w ogóle do mnie nie trafia. Już na wstępie autor pisze, żeby nie traktować książki jako encyklopedii, ale „raczej jako dobrą przygodę”. Leśnikowski przyznaje, że nierzadko do wspomnień „bohater dorzuca coś od siebie”. Pomimo dość zaskakującego zastrzeżenia co do faktów przedstawionych w książce, historie nie wyglądają na podkoloryzowane.

Książeczka o legendzie Polonii Bytom ma tylko 80 stron. Opowiada o meczach klubowych, reprezentacyjnych i trudnej rzeczywistości PRL-u. Zanim tak naprawdę dostał szansę gry w Polonii, przez półtora roku grał na lewych papierach w Hejnale Kęty. Przez lata ten okres nie był ujmowany w biogramie piłkarza.

Zmarły w 2014 roku Kazimierz Trampisz pochodził ze Stanisławowa. W 85-tysięcznym mieście działało 7 piłkarskich klubów. Choć Trampisz nigdy nie grał w Pogoni Lwów, a w samym mieście był tylko kilka razy, postrzegano go potem w Bytomiu jako kontynuatora lwowskich tradycji. Piłkarz ciekawie opisuje swoje dzieciństwo. Stanisławów zajęły wojska radzieckie, potem hitlerowskie, potem czerwona władza wróciła na dłużej. W 1945 16-letni Trampisz razem z rodziną ruszył pociągiem do Polski. Do transportu dotarła wieść, że zawodnicy lwowskiej Pogoni osiedli w Bytomiu. To zdecydowało. W sumie podróż wagonem towarowym ze Stanisławowa na Śląsk trwała półtora miesiąca. Na miejscu matka piłkarza ogłosiła, że nie zamierza się rozpakowywać. W Radiu Londyn mówiono, że za chwilę będzie można wrócić do domów zostawionych za Bugiem.