Błaszczykowski jak Cantona? Niekoniecznie

Tytuł: Kuba. Autobiografia
Autorzy: Jakub Błaszczykowski, Małgorzata Domagalik
Wydawnictwo: Buchmann, 2015

Od początku książka zmierza w kierunku rodzinnej tragedii. Nie jest powiedziane wprost, czym jest „to”, ale czytelnik wie, jaki był punkt zwrotny w życiu Błaszczykowskiego. Opowieść o chłopaku z Truskolasów, który w jednej chwili stracił obu rodziców, jest szczera i przejmująca. Sprawia, że książka jest ważna. Pozostała część „Kuby” nie wytrzymuje zestawienia z głównym wątkiem.

„Kuba” pozwala nam poznać piłkarza, który przez kilka lat ciągnął polską reprezentację. Ale poznajemy go tylko w granicach, które on sam wyraźnie wyznacza. Nie istnieje temat EURO 2012. Pytania o turniej dotyczą tylko „afery biletowej”. Oczekwania były ogromne – w TVN24, na żółtym pasku informowano, że piłkarze zjedli śniadanie, mecze oglądało więcej osób, niż głosuje w wyborach, ale w „Kubie” o tym nie ma. Franciszek Smuda mówi tylko o tym, że szybko poznał się na skrzydłowym. Największa sportowa porażka Błaszczykowskiego jest przemilczana. Pojawia się tylko radość rodziny po golu Błaszczykowskiego z Rosją.

Czterokrotnie przeczytałem, że raper M.I.K.I nagrał utwór o Błaszczykowskim. Trzy razy, że Matts Hummels jest przystojny. Nazwisko Roberta Lewandowskiego pojawia się rzadziej. „Nie mamy wspólnego języka. Nie mamy ze sobą kontaktu” – mówi na samym końcu książki Błaszczykowski.

Wbrew podtytułowi nie jest to autobiografia. Słów Błaszczykowskiego jest w niej stosunkowo niewiele. Sporo za to Małgorzaty Domagalik – jej ocen (wobec piłkarza pozytywnych), ripost czy opisów posiłków. O piłkarzu dużo mówią o nim najbliżsi. Książka to pomysł Jerzego Brzęczka, wprowadził autorkę do rodzinnego kręgu. Ale z wybranych cytatów wynika, że ze zbuntowanego chłopaka z chuligańskimi skłonnościami wyrósł anioł. Teraz jego największą wadą jest to, że za dużo śpi.

Konstrukcyjnie książka jest poszatkowana. Ma nie być monotonna, czyta się szybko. Po tekście utworu niemieckiego rapera mamy półtorej strony rozmowy z Błaszczykowskim, wypowiedzi Sebastiana Kehla, fryzjera piłkarza, potem jego brata, dalej przyjaciela i dwie strony rozmowy z bohaterem. Kolejny rodział rozpoczyna się od cytatu Carlosa Luisa Zafona (jest też Cantonta albo Święty Mateusz). To alfabet Agaty, żony piłkarza, opatrzony jednym z wielu post scriptów Małgorzaty Domagalik.

Sporo miejsca poświęcono odebraniu Błaszczykowskiemu kapitańskiej opaski w reprezentacji. Dla Domagalik nie do zaakceptowania był moment, w którym Adam Nawałka podjął tę decyzję. Błaszczykowski leczył wtedy kontuzję. Zdaniem autorki został ośmieszony, szarpano jego sportową ambicję i wystawiono na ogień internetowych hejterów. Argumentów drugiej strony brakuje.

Tytułowe porównanie Błaszczykowskiego i Erica Cantony przewija się w „Kubie” kilkakrotnie. Jest niecelne i niepotrzebne. Na potrzeby książki Francuz stał się nawet prawym pomocnikiem. Podobno mają nawet prawie identyczny zarost. Zdaniem Małgorzaty Domagalik łączą ich życiorysy i charaktery. Eldo cytuje nawet słynną wypowiedź Cantony po ciosie kung-fu z Crystal Palace. Ale jest to raczej wariacja na temat tego cytatu. „Sardynkę weźmiesz za ogon i wrzucisz z powrotem do oceanu, wieloryby umierają na plaży.”

Droga Błaszczykowskiego od trudnego dziecka z Truskolasów do ikony Borussi Dortmund naznaczona jest rodzinną tragedią. W „Kubie” opowiedział o niej po raz pierwszy. Odsłonił się na tyle, na ile był gotów. Tę odwagę należy docenić.

Tytuł: Cantona. Buntownik, który został królem
Autor: Philippe Auclair
Wydawnictwo: Anakonda, 2013

Samobójstwo, a krótko potem śmierć. Tak życie Erica Cantony od stycznia 1996 do maja 1997 widzi jego biograf. Po słynnym kopnięciu chuligana w meczu z Crystal Palace piłkarz odcierpiał 8-miesięczną dyskwalifikację, a potem niemal w pojedynkę odzyskał dla Manchesteru United mistrzostwo Anglii. Ale kiedy Aime Jacquet zapytał go o powrót do reprezentacji i grę na pozycji środkowego napastnika, ten odmówił. Pół roku później, pozbawiony motywacji, stracił formę. Dograł kolejny sezon i zakończył karierę w wieku 31 lat. Jako piłkarz umarł, kolejna próba samobójcza tym razem okazała się skuteczna. Na Old Trafford spędził cztery i pół roku, a w plebiscytach kibiców wygrywa głosowania na najlepszego piłkarza w historii klubu.

Philippe Auclair deklaruje, że spędził dwa lata na czytaniu starych gazet, oglądaniu archiwalnych meczów i rozmowach o Cantonie z ludźmi, którzy pojawili się na jego piłkarskiej drodze. Tę robotę wykonał na piątkę. Co ciekawe, niemal w ogóle nie dotyka życia prywatnego piłkarza. Duży nacisk kładzie natomiast na francuską część kariery. Dość szczegółowo opisuje krótkie przygody Cantony, o których wielu już zapomniało. Kto zapytany kluby Francuza wspomniałby o Martigues, Montpellier i Nîmes? Auclair napisał o nich całe rozdziały.

Bramki i asysty przeplatają dyskwalifikacje oraz górnolotne, niespotykane wśród piłkarzy deklaracje o potrzebie artystycznego spełnienia. Auclair swojego bohatera broni. Ataki prasy ocenia jako niesprawiedliwe, przypomina zasługi, czasem odkrywa drugie dno. Krytykuje rzadko – za słaby ostatni sezon i niektóre wypowiedzi. „Czasem mówię pierdoły” – mówił Cantona o sobie. Ale wypowiedzi samego zawodnika nie ma w książce zbyt wiele. Cantona przez lata odmawiał Anglikom wywiadów, trochę bardziej otwarty był wobec rodaków. Autor twardo trzymał się swojego porównania zakończenia kariery do śmierci. Życiu piłkarzy po 1997 roku poświęcił tylko kilka zdań.

„Buntownik, który został królem” ma 400 stron i miejscami nuży. Zbyt wiele jest faktograficznych szczegółów, nie pomaga radykalne trzymanie się chronologii. Książka została sprawnie przetłumaczona przez Marcina Grzywacza, ale nie jest wolna od błędów (edytorskich i korektorskich). Ale to dobra pozycja o jednej z najciekawszych piłkarskich postaci ostatniej dekady XX wieku. Spojrzenie Cantony na piłkę to także dziś powiew świeżości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.