Z Glasgow do Fjellhamar i z Nowego Bytomia na Łazienkowską

Tytuł: Henning Berg. Z Manchesteru do Warszawy
Autor: Joachim Forsund
Wydawnictwo: RM, 2015

Standardowo napisana biografia Henninga Berga byłaby opowieścią o triumfach surowego technicznie Norwega, który dzięki ciężkiej pracy odniósł sukces w Manchesterze United. Całość, obejmująca drogę od gry w Tippeligaen do triumfu w Lidze Mistrzów powinna być przeplatana anegdotkami z szatni. Dużo alkoholu, wspomnienia największych zwycięstw i koszarowych dowcipów. Na szczęście Joachim Forsund poszedł inną drogą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Henninga Berga poznajemy w konkretnym momencie jego życia. W 2004 roku, kilka tygodni przed zakończeniem kariery. Książka pisana jest z perspektywy człowieka, który wie, że zaczyna nowe życie. Swój ostatni klub, Glasgow Rangers, Berg opuszczał z poczuciem porażki. W trakcie sezonu Alex McLeish ściągnął w jego miejsce Franka de Boera. Norweg był rozżalony i chyba zmęczony latami gry w piłkę. Nie jest to droga z Manchesteru do Warszawy, ale z Glasgow do Fjellhamar. Niedaleko Oslo Berg wybudował dom.

Historia piłkarza, o którym na trybunach nie śpiewano piosenek, też może być interesująca. Berg nie ukrywa, że kariera miała różne zakręty. Do najwyższego poziomu trochę mu zabrakło. W Blackburn odstrzelił go Graem Graemem Souness, w Rangers McLeish. W Manchesterze po trzech sezonach Alex Ferguson uznał, że czas stopera dobiegł końca.

Dużo i ciekawie mówi Line, druga żona piłkarza. Opowiada, jak jej pozycja wśród WAGs w Man Utd rosła razem z dobrymi występami męża. Kiedy zaliczył dobry mecz, mogła liczyć na zaproszenie od żon najlepiej opłacanych piłkarzy. – Wiem, że ludzie chcą czytać o Fergusonie, Dalglishu i Lidze Mistrzów. Ale chciałbym, opowiedzieć… tak ogólnie, o życiu. O tym, jak się czułem, mieszkając tutaj, gdy dzieci były w Norwegii – mówi Berg autorowi książki. Zamiast o Lidze Mistrzów, opowiada o upokarzającej atmosferze wokół setnego meczu w kadrze. Więcej, niż o Kennym Dalglishu, mówi o dołującej atmosferze w Rangers. Forsund mocno skupia się na wątku reprezentacyjnym. Trener Legii był kapitanem drużyny, która miała szanse odnieść sukces na mundialu. Berg okłamywał wtedy trenera, którego szanował, patrząc mu prosto w oczy.

Kilka lat temu na rynku pojawiało się kilka książek piłkarskich rocznie. Dziś opłaca się przetłumaczyć książkę sprzed dekady, choć kupią ją tylko kibice jednego klubu. Boom na książki sportowe trwa. Biografia Berga to rzecz krótka i dość sprawnie napisana. Tuż po premierze „Z Manchesteru do Warszawy” tabloidy wybrały kilka fragmentów. Pisały o tym, jak Berg pił na zgrupowaniach i przemycał żonę do hotelu. Choć obraz Norwega nie pasuje do stonowanego człowieka, którego znamy z gładkich wypowiedzi na konferencjach prasowych po meczach Legii, to nie jest to książka skandalizująca.

Berg próbował zablokować jej polskie wydanie, potem podyktował księżycową stawkę za rozmowę. Ostatnie 11 lat jego życia opisał Jakub Radomski, książkę dopełnia rozmowa z Bogusławem Leśnodorskim. Ostatnie pytanie do prezesa Legii dotyczy odejścia Berga. Czy ktoś Norwega podpatruje i uczy się od niego każdego dnia? Leśnodorski od razu wymienia Jacka Magierę, trenera drugiego zespołu i drużyny CLJ. Dwa miesiące po premierze książki, Magiera odszedł z Legii, bo nie zaproponowano mu nowej umowy.

Tytuł: Kici
Autorzy: Lucjan Brychczy, Grzegorz Kalinowski, Wiktor Bołba
Wydawnictwo: Buchmann, 2014

Mam problem z tą książką, niestety poważny. Autorzy latami chodzili za Lucjanem Brychczym. Nagabywali, namawiali, prosili, bo „Kici” wywiadów zawsze unikał. Nawet jeśli jakiegoś udzielił, to odpowiadał krótko. Podobnie jest w filmie dokumentalnym Grzegorza Kalinowskiego „Mistrz Kici”, wraz z Wiktorem Bołbą autorem książki.

Mój problem jest poważny, bo nie wierzę, że słowa przypisywane w niej Brychczemu, faktycznie padły z jego ust. Całość ma formę wywiadu rzeki. Ale pytań w książce właściwie nie ma. Niemal wszystkie wypowiedzi autorów to dopowiedzenia, zagajenia, krótkie oceny i przypomnienia. A Lucjan Brychczy dopowiada. Sypie szczegółami jak z rękawa. Są to daty dzienne meczów (zarówno tych sprzed 50 lat, jak i sprzed kilku sezonów), minuty i strzelcy goli, Brychczy po kolei wymienia kto przyszedł i odszedł z Legii albo w której minucie kto nie trafił do bramki. Nie ma nawet problemów z wyrecytowaniem nazw indonezyjskich wysp, na których był pół wieku temu, podobnie jak ze wskazaniami alkomatów, w które musiało dmuchać kilku zawodników. Wymienia tytuły prasowych relacji z meczów, także zagranicznych, frekwencje na kolejnych spotkaniach. Rozumiem, że autorowi wspomnień trzeba pomóc, ale w „Kicim” przesadzono. Wyszło to nienaturalnie. Ta sztuczność męczy, chronologiczne wymienianie kolejnych meczów nuży. Tak piękną karierę, jak Lucjana Brychczego, należałoby opisać. Albo zadawać konkretne pytania. Skoro sam piłkarz i trener to człowiek z natury nieśmiały, można jego losy przedstawić oczami innych.

Brychczy jest w swoich ocenach niezwykle delikatny. Negatywnie mówi chyba tylko o Jerzym Kopie i Dariuszu Kubickim. Pomimo sześciu dekad najbliższego możliwego kontaktu z ligą, nie ma w książce nic o kupionych meczach. Temat korupcji pojawia się trzykrotnie. Legioniści odmówili sprzedania towarzyskiego meczu w Indonezji w 1977. W kwietniu 1986 Legia przegrała tytuł meczem z Górnikiem. Jerzy Engel ogłosił, że piłkarze go sprzedali. „Poczynania piłkarzy mogły być paraliżowane stawką spotkania i ogromnymi oczekiwaniami działaczy, trenerów i kibiców” – mówi Brychczy. Andrzej Strejlau miał mieć paranoję na punkcie sprzedawania meczów przez drużynę i w każdym nieudanym zagraniu doszukiwał się drugiego dna. Sportową walką jest nawet w tej opowieści mecz z Wisłą Kraków w 1993 roku (6:0). Brychczy żałuje natomiast, że odbierając Legii tytuł, nie przeprowadzono dokładnego dochodzenia i mówi, że „niedziela cudów” była standardem i wszyscy wiedzieli, że tak to wygląda. Pozostaje niedopowiedzenie.

Ten, kto chce się dowiedzieć, jak wyglądało życie czołowego piłkarza tamtych czasów i tak powinien po tę książkę sięgnąć. Dowie się sporo o realiach PRL-u i tym, jak wygląda historia Legii widziana oczami największej żyjącej legendy. To, że Brychczy chciał się podzielić swoimi wspomnieniami, już samo w sobie ma wielką wartość.

Narzekam na niedociągnięcia i przywołuję niektóre fragmenty, bo życiorys Brychczego wydaje się być książkowym samograjem. 58 występów w kadrze zaciemnia dziś obraz. Jak opowiada Paweł Mogielnicki, w latach 1954-69 reprezntacja zagrała 108 oficjalnych spotkań, a dla porównania w okresie 1997-2012 aż 213. „Kici” to postać pomnikowa nie tylko dla kibiców Legii. Człowiek wychowany w trudnych czasach, piłkarz wybitny, od ponad 60 lat stale zatrudniony w jednym klubie. Ilu piłkarzy w Europie, którzy w latach 50. byli największymi gwiazdami zespołu do dziś nieprzerwanie są w sztabie szkoleniowym? Do Brychczego piłkarze mówią „mistrzu”. Książka mistrzowska nie jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.