Miesięczne archiwum: Maj 2016

Ta książka została napisana dla pieniędzy

Stan Futbolu Krzysztof Stanowski

Tytuł: Stan Futbolu
Autor: Krzysztof Stanowski
Wydawnictwo:
Czerwone i Czarne 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Krzysztof Stanowski twierdzi, że są dwa powody, dla powstają książki – próżność i pieniądze. „Stan futbolu” napisał dla kasy.

Stawka była tak wysoka, że ewentualną odmowę na propozycję wydawnictwa, Stanowski nazwał „nieodpowiedzialną”. Kasa wzięta, trzeba się wywiązać. Cel – nie odwalać chałtury i nie zszargać nazwiska. Zadanie wykonane z nawiązką.

Teoretycznie trochę narzekać mogą wnikliwi czytelnicy Weszło. Ci, którzy tak jak, ja, przeczytali większość tekstów Stanowskiego na tym portalu, wiele z książkowych anegdot znają. Swoje brawurowe początki, jako 14-letniego stażysty w „Przeglądzie Sportowym”, wspominał wiele razy. Jak zwykle cięgi zbierają koledzy z redakcji – Roman Kołtoń, Dariusz Tuzimek i Jacek Kmiecik. Na stronach książki pojawiają się Grzegorz Szamotulski, Andrzej Niedzielan. Przez cały rozdział Stanowski rozwalcowuje Cezarego Kucharskiego i Kazimierza Grenia. Jeszcze mocniej dostaje się, rzecz jasna całkowicie zasłużenie, Franciszkowi Smudzie (śmieszniejsze są tylko anegdoty o Radosławie Osuchu). Z grubsza biorąc, duża część opowieści już była. Rzecz w tym, że jeśli ktoś dokładnie czyta Weszło, to chętnie przyjmie jeszcze większą porcję. Warsztat, prowadzenie argumentacji, styl narracji, wszystko z najwyższej krajowej półki.

Najlepiej napisany rozdział to ten poświęcony Ryszardowi F.. Opowieść o fryzjerze spod Wronek, który trząsł polską ligą, to przedruk z „Dziennika”, ale jakże smaczny.

Na lewej ręce złoty zegarek, na prawej gruba bransoleta. Na karku świecący łańcuch, na samym przedzie błyszczący złoty ząb. Koszula w kratę, modna na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozchełstana. (…) Gdyby przedstawić przypadkowej osobie zdjęcie i zapytać, czy ta osoba mieszka w Warszawie, Poznaniu, Nowym Jorku, Londynie, Łodzi, a może Obrzycku, każdy bez wahania powiedziałby „W Obrzycku”.

Do mediów przebiła się historia o tym, jak Adam Nawałka przekazał Andrzejowi Iwanowi pieniądze za sprzedany mecz. Stanowski nie wystawia jednak selekcjonera na odstrzał. Usprawiedliwia go i porównuje do Łukasza Piszczka. Zastanawia się nad rolą przypadku. Gdyby Iwan w „Spalonym” nie kazał usunąć tego fragmentu, selekcjonerem ogłaszającym nazwiska piłkarzy jadących na EURO mógłby być ktoś inny.

Samego Stanowskiego mówiącego o książce można obejrzeć tutaj i poczytać tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Keeper Of Dreams: One Man’s Controversial Story of Life in the English Premiership
Autor: Ronald Reng
Wydawnictwo:
Yellow Jersey Press, 2002

Ronald Reng Keeper Of Dreams

Liczba oficjalnych meczów w karierze Larsa Leesego jest mniejsza niż książek, których bohaterami są Neymar czy Cristiano Ronaldo. Niemiecki bramkarz zagrał w profesjonalnej piłce 21 spotkań. Ronald Reng napisał o nim książkę lepszą, niż wszystkie sprzedażowe hity o gwiazdach futbolu.

Zaczynamy od słowniczka. W nim m.in. „Kreisliga”, najniższy poziom niemieckiego futbolu. Dla angielskiego czytelnika porównany do Midland Combination, na 10-12 szczeblu piłkarskiej piramidy. Kiedy Lars Leese miał 25 lat, jego występująca w Kreislidze drużyna awansowała jeden poziom wyżej. W kolejnym klubie, w Regionallidze, klub przestał mu płacić. Kiedy zgłosił się po niego Bayer Leverkusen, bramkarz tonął w długach. Praca jako sprzedawca nie pokrywała wydatków na benzynę. – Chcą mnie do pierwszego zespołu, czy do amatorów? Będę musiał zrezygnować z pracy w biurze? – zastanawiał się idąc na spotkanie. W Leverkusen, jako trzeci bramkarz, rok przesiedział na trybunach. W 1997 roku Barnsley po raz pierwszy w 110-letniej historii awansowało do ekstraklasy. Zaczęło ściągać zagranicznych zawodników. Na dłuższą metę żaden się nie sprawdził, ale przez pół roku kibice byli w ekstazie. Jednym z ich bohaterów był „gigant z Niemiec”.

Leese opowiada o wejściu do świata zawodowej piłki. Wejściu niezwykle późnym, bo w profesjonalnym futbolu zadebiutował w wieku 28 lat. Zmiana była wymuszona w trakcie meczu, Leese czuł na sobie wzrok 18 tysięcy kibiców Barnsley. Stres nie pozwolił mu zawiązać sznurowadeł. Kiedy po dwóch latach wyjeżdżał z Anglii, zaczął martwić się na dobre. Nie miał kontaktów, agenci nie mogli mu znaleźć klubu. Długo łudził się, że dalej będzie grał w piłkę, w końcu zarejestrował się jako bezrobotny. Po kolejnych testach, z których nic nie wychodziło, wrócił do pracy za biurkiem. Kiedy w telewizji widzi transmisję z Anfield Road, nie dociera do niego, że to ten sam stadion, na którym kilka lat temu zatrzymał Liverpool. Wydaje mu się, że musiało to być w innym życiu.

Reng napisał świetną opowieść o piłkarzu, który w świecie zawodowej piłki był zaledwie trzy lata. Więcej tu smutków, niż radości, choć Leese miał też swoje chwile chwały. W Wielkiej Brytanii książka została wydana w 2003 roku. Od tamtej pory Lese jako pierwszy trener poprowadził kilka amatorskich zespołów. Większe sukcesy święcił Ronald Reng, który napisał podobną książkę. Też o niemieckim bramkarzu, który przeżywał załamania i czuł się inny od pozostałych piłkarzy. Jego opowieść o Robercie Enke należy do najlepszych książek o piłce. W 2011 roku książka (tutaj recenzja) zdobyła tytuł William Hill Sports Book of the Year a Reng został pierwszym nieangielskojęzycznym autorem w historii tej nagrody.

Legia mistrzów, to już 20 lat

Tytuł: Legia MistrzówPiotr Jagielski, Legia Mistrzów
Autor: Piotr Jagielski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2016

30-latek napisał o meczach sprzed 20 lat. To nie jest jego pierwsza książka, zarabia na życie pisaniem. O muzyce.

Na mapie krajów, które w ostatnich 15 latach miały klub w Lidze Mistrzów, największa czarna dziura zieje między Odrą a Bugiem. Czasy, w których do elity na chwilę wpadła Legia, wydają się być bardzo odległe. Premie wynoszone z klubu w reklamówkach, piłkarze wypożyczani z Pogoni Konstancin, o czym sami nie wiedzieli i wódka jako oczywisty element jadłospisu zawodnika. Ostatni mecz w LM na swoim stadionie, Legia zagrała nie na murawie, ale w śmierdzącym mocznikiem błocie. Po rozmrażaniu boiska przed spotkaniem z Panathinaikosem, śmierdziało przez pół roku.

Pełen mielizn jest początek książki. Autor tłumaczy piłkarskie oczywistości, najwyraźniej liczy, że za lekturę wezmą się ci, którzy nie wiedzą, co to afera na Okęciu i jak Kazimierz Deyna trafił do Legii. Czytamy, co Stefan Szczepłek mówi o legionistach z lat 70., a Mirosław Żukowski rozprawia się z mitem Janusza Wójcika. Kiedy autor przeplata swoje wspomnienia wypowiedziami piłkarzy, robi cię interesująco. Nie ma zaskoczenia, że najciekawiej opowiadają ci, którzy byli poza grupą – Maciej Szczęsny i Jacek Bednarz. Obrońca opowiada, że bywały mecze, w których nie dostał żadnego podania. Drużyna nie akceptowała tego, że ma inny pomysł na spędzenie wieczoru, niż picie w „Garażu”. Moment, w którym piłkę podał mu Leszek Pisz, opisuje jako moment, w którym poczuł się zaakceptowany.

Niektóre z tych opowieści znamy. Jest m.in. „Beret”, który przybijał buty do podłogi szatni i straszył piłkarzy Manchesteru United uderzając głową w ściany blaszanego tunelu, czy Wieszczycki żałujący, że na początku kariery trafił na ludzi, dla których piłka nie była najważniejsza.

Autor, Piotr Jagielski, jest dziennikarzem muzycznym Polskiej Agencji Prasowej, publikował m.in. w „Newsweeku” i kwartalniku „Kontynenty”. Za swoją pierwszą książkę dostał Warszawską Nagrodę Literacką. Wydawca tak opisuje „Bird żyje”: „Opowieść o człowieku uwięzionym, Uwięzionym w tekstach kulturowych. Żyjącym w świecie, w którym żadnej emocji nie da się wyrazić wprost, bo wszystkie emocje dawno zostały zamienione w gotowe opowieści”. O sporcie ani słowa.

Ojciec autora pojawia się w tej książce kilkadziesiąt razy. Nie pada, że chodzi o Wojciecha Jagielskiego, wybitnego reportera. Jest przywoływany nie jako dziennikarz, ale ten, który tłumaczył 10-latkowi na czym polega nie tylko piłka, ale też los polskiego kibica. Wiele jest w „Legii mistrzów” refleksji niczym z książek Nicka Hornby’ego, czy Michała Okońskiego. Koniec pucharowej przygody Jagielski opisuje jako swoją pierwszą traumę:

„Piłka nożna wydobywa to, co najciemniejsze, czarny nurt. Każe, rozkazuje, nie daje w zamian nic stałego, jedynie przygodną chwilę radości i spełnienia, tak krótką wobec niekończących się cierpień i zawodów. Ale nawet ta chwila jest tylko zapowiedzią przyszłych smutków.”

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Bieg po życieBieg po życie
Autor: Lopez Lomong, Mark Tabb
Wydawnictwo: SQN, 2015

To jedna z tych historii, która opowiedziana w hollywoodzkim filmie zostałaby uznana za nieralną, zbyt cukierkową.

Skróćmy ją do minimum. W wieku 6 lat Lopez Lomong został porwany z rodzinnej wioski w Sudanie. Uciekł z obozu, w którym dzieci umierały jedno po drugim a pozostałe miały zostać maszynami do zabijania. Biegł niemal bez przerwy przez trzy dni. Dekadę spędził w kenijskim obozie dla uchodźców. Warunki, w których starał się przetrwać, były nieludzkie. W końcu uśmiechnęło się do niego szczęście – został adoptowany przez amerykańską rodzinę. Kiedy w wieku 16 lat przyleciał do USA, nie wiedział jak działa toaleta, nie potrafił zgasić światła.

Koncept igrzysk olimpijskich, jako zawodów, w których wygrywa ten, kto jest pierwszy na mecie, poznał w 2000 roku. Kiedy po 7 latach w Stanach, zakwalifikował się na igrzyska w Londynie (nie należy do ścisłej czołówki, dotarł do półfinału na 1500 metrów), jednogłośnie uznano, że powinien zostać chorążym reprezentacji USA. Historia uchodźcy, który przeżył piekło i w Stanach zaczął nowe życie, zrobiła furorę. To George Bush poprosił Lomonga o zdjęcie, nie odwrotnie.

Książka jest napisana bardzo prosto, momentami bije z niej naiwność. Zasługuje na miano wyciskacza łez, może też stanąć na półce z książkami motywacyjnymi. Siła historii dziecka, które musiało walczyć o jedzenie bijąc się o resztki ze śmietnika, a teraz poświęca się pomocy innym, jest ogromna. Opowieść, która chwyta za serce, do przeczytania w jeden wieczór.

Wspomnienie szachowej potęgi

Tytuł: Arcymistrzowie. Złota era polskich szachówArcymistrzowie. Złota era polskich szachów
Autor: Stefan Gawlikowski
Wydawnictwo:
The Facto 2016

Prasa spierała się o to, kto powinien pojechać na olimpiadę a wynikami żywo interesowała się pierwsza osoba w państwie. Przedwojenna Polska była jedną z największych światowych potęg szachowych.

O ile o Akibie Rubinsteinie wielu pewnie słyszało, to nazwiska takich szachistów, jak Dawid Przepiórka, Ksawery Tartakower, Kazimierz Makarczyk, Stefan Rotmil i Marian Wróbel są znane tylko osobom związanym z królewską grą. Przybliża je w swojej książce Stefan Gawlikowski. Jeden z rozdziałów poświęcił swojemu ojcu. Kiedy Stanisław Gawlikowski po powstaniu warszawskim zajrzał do piwnicy, w której trzymał kilkaset książek o szachach, był przekonany, że są nietknięte. Kiedy dotknął jedną z nich, został po niej tylko popiół. Wszystko strawił ogień.

Więcej w tej książce historii, niż szachów. Do ostatniej strony dotarłem nie wiedząc, co to gambit hetmański, nad którym pod koniec życia pracował ponoć Rubinstein. Nazwisk szachistów wydaje się być dużo, ale historie poprowadzono w sposób ciekawy. Zapisy partii przeniesiono do aneksów na końcu książki.

Końcem epoki sukcesów polskich szachów były wojna i holocaust. Większość ówczesnych sław była Żydami, choć ich życiorysy różnią się. Rubinstein zaczął grać w szkole talmuducznej. Wśród najlepszych zawodników byli potomkowie bogatych żydowskich przedsiębiorców i stali bywalcy warszawskich kawiarni. Niektórzy spośród tych, którzy osiągnęli sukces, nauczyli się grać w wieku kilku lat i to bez niczyjej pomocy. Ich życiorysy stanowiły problem dla związanego z ONR-em tygodnika „Prosto z mostu”. – Prestiż Polski – co za blaga! Czego dowodzi fakt, że Raszewski i Horowitz pobili Frydmana i Szlomę? Tylko tego, że Żydzi z Ameryki grają lepiej od Żydów zamieszkałych tymczasowo w Polsce. Dla zdobycia tej wiadomości nie warto tracić tyle pieniędzy – pisano. Opinia publiczna miała inne zdanie. Zwycięstwo Polski na olimpiadzie szachowej w Hamburgu w 1930 roku rozpatrywano jako wielki sukces. Cieszył się z niego m.in. Józef Piłsudski, który wspierał szachistów nie tylko dobrym słowem. Kiedy trzeba było, decydował o zwiększeniu nagrody finansowej w turnieju. Gdy polscy Żydzi mieli wątpliwości, czy uczestniczyć w olimpiadzie rozgrywanej w hitlerowskich Niemczech, marszałek osobiście interweniował.

Mieczysława Najdorfa, urodzonego jako Mendel, wojna zastała na olimpiadzie szachowej w Argentynie. Rodzina została w Polsce. Kiedy w listopadzie 1940 zamknięto warszawskie getto, urwał się kontakt listowny. Najdorf liczył, że jeśli dokona wielkiego wyczynu, napiszą o tym gazety z całego świata i liczna rodzina, także za murem, dowie się, że nadal żyje. Szachista pokonał 40 jednocześnie szachistów w grze „na ślepo”, czyli bez patrzenia na szachownicę. Rywale mówili mu o posunięciach na 40 szachownicach, on rozgrywając partie w głowie, odpowiadał. Nie wiedział, że kiedy bił rekord, warszawskie getto było już zlikwidowane. Zginęła cała rodzina. – Myślałem, że zwariuję, ale szachy mi pomogły. Szachy uczą przegrywać – mówił, gdy przedstawiał się już jako Miguel Najdorf.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Eddy Merckx. KanibalEddy Merckx. Kanibal
Autor: Daniel Friebie
Wydawnictwo: Veni Vidi Vici, 2013

Nawet nie chodzi o to, ile wygrał największy kolarz w dziejach, ale jak to robił.

A zwyciężał częściej, niż ktokolwiek inny. Na metę dojeżdżał pierwszy 525 razy. Ma na koncie wszystkie klasyki (oprócz Paryż-Tours), po 5 Tour de France i Giro d’Italia, jedną Vueltę a España i trzy mistrzostwa świata.

Eddy Merckx pożerał rywali i wygrane. Stąd tytułowy „Kanibal”. Potrafił rozpocząć skuteczną ucieczkę 150 km przed metą. Kiedy trzeba było, atakował tuż za linią startu i to na zjeździe. Zdarzało się, że nawet gdy miał w kieszeni wygraną w wieloetapowym wyścigu, uciekał na ostatnich, płaskich etapach. Ruszał środkiem drogi i odjeżdżał.

Nie miał litości nawet dla kolegów z drużyny. Ścigał się z nimi na lotnych premiach, nigdy nie pozwalał bezkarnie wygrać. Kiedy kolega pomagał mu wjechać na szczyt kończący etap, nie mógł liczyć, że Merckx puści go na metę, nawet, jeśli ten miał kwadrans przewagi w całym wyścigu. – Jestem to winny ludziom, którzy przyszli mnie obejrzeć – powtarzał.

Tylko w 1971 roku odniósł 45 wygranych. Przyjechał na metę pierwszy w niemal połowie startów. Kiedy w 1976 zajał 8. miejsce w Giro, była to jego najgorsza lokata w wielkim tourze od 7 lat. Kiedy przez kilka dni nie wpadł pierwszy na metę, był nieznośny dla otoczenia.

Choć był największą gwiazdą dyscypliny, to miał świadomość swoich ograniczeń. Wiedział, że rozmowy z nim nie są ciekawe. – Spędzam jedną trzecią życia na rowerze, jedną trzecią na stole masażysty i za kierownicą samochodu, a jednej trzeciej potrzebuję na sen. Za pięć lat, kiedy nie będę startował w wyścigach, będę miał czas na czytanie, chodzenie do kina i teatru czy na konferencje i wyobrażam sobie, że będzie mi się to bardzo podobało – mówił w czasie kariery.

Historia sprzed kilku dekad o dyscyplinie, którą lubię, ale jej na bieżąco nie śledzę, mocno mnie wciągnęła. Eddy Merckx współpracy przy tej książce odmówił. Daniel Friebie tka historię z opowieści rywali z peletonu. Wychodzi to sprawnie, książkę czyta się dobrze. Pisana jest z wielkim szacunkiem do Merckxa, ale nie brakuje krytycznych dla bohatera fragmentów – o trzech wpadkach dopingowych i niepotrzebnego przeciągania kariery. Bo choć kolarz wszech czasów zapowiadał, że zejdzie ze sceny w sile wieku, to nie potrafił porzucić marzeń o ciągłym wygrywaniu.