Archiwa tagu: FC Barcelona

Życie wewnętrzne artysty

Andres Iniesta. Artysta futbolu

Tytuł: Andres Iniesta. Artysta futbolu
Autor: Andres Iniesta, Marcos Lopez, Ramon Besa, tłum. Krzysztof Cieślik, Piotr Królak
Wydawnictwo: SQN, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Latem 2009 Andres Iniesta był już szanowaną w całym piłkarskim świecie gwiazdą najlepszej drużyny świata. Jego bramka na Stamford Bridge otworzyła drogę do sześciu pucharów Barcelony a w samej Katalonii miała efekt demograficzny. 9 miesięcy po bramce przeciwko Chelsea, odnotowano wzrost urodzeń. W tym czasie Iniesta, multimilioner, członek szczęśliwej rodziny, przechodził kryzys. Czuł się, jakby spadał w otchłań. Zapalnikiem była śmierć przyjaciela, Daniego Jarque, piętno odcisnęła też kontuzja. Klubowemu lekarzowi zgłosił, że nie jest w stanie tak dłużej funkcjonować. Cierpiał i miał dość.

„Artysta futbolu” to głównie książka o życiu wewnętrznym Andresa Iniesty. Od przepłakanych nocy w La Masii, gdzie jako 12-latek przeżywał wyjazd z rodzinnej Fuentealbilli, po relacje z rodziną. Osią książki jest futbol, ale najwięcej czytamy o tym, co czuł i jakim człowiekiem jest Andres Iniesta. Ławka w finale Ligi Mistrzów w Paryżu, gol w Londynie, finał w Rzymie, finał mundialu. Wszystkie ważne momenty widzimy oczami Iniesty, który opowiada, co czuł na szczytach i zakrętach kariery.

Mamy tutaj kilka znanych schematów – ojca, który sam chciał zostać piłkarzem, tysiące godzin na boisku i wielką tęsknotę za domem. – Kanał przepływający przez naszą wioskę nie jest dostatecznie głęboki, by utrzymać łzy, które wypłakał mój wnuk – opowiada dziadek piłkarza, Andres Lujan. Pierwszy dzień w La Masii był dla Iniesty najgorszym w życiu. Odliczał dni do przyjazdu rodziny, która wysłużonym fordem orionem odwiedzała go kiedy mogła. Rodzice i siostra w trójkę spali w jednym hotelowym łóżku. Kiedy auto się zepsuło, wydatek przekroczył domowy budżet i za lawetę musiał zapłacić klub.

Za rozmowy z Iniestą i jego otoczeniem zabrali się znani w Hiszpanii dziennikarze – Marcos Lopez i Ramon Besa. Brakuje tu skandali, koszarowych żartów, nawet alkohol przewija się tylko w kontekście rodzinnej winiarni. Jak przystało na autoryzowaną biografię, Iniesta pływa w rzece komplementów, ale w jego przypadku nie jest to rażące. Zniechęconych pierwszą książką Iniesty oraz tych, którzy natknęli się na wspomnienia Xaviego czy książkę Victoria Valdesa, uspokajam, że tym razem nie powinni czuć się zawiedzeni.

Tytuł: The Unstoppable KeeperThe Unstoppable Keeper
Autor: Lutz Pfannenstiel
Wydawnictwo:
Vision Sports Publishing 2014

Książka Lutza Pfannenstiela wygląda jak efekt dwudziestoletniego projektu pt. „Jak pokierować swoją karierą, by mieć jak najciekawsze wspomnienia”. Pełen sukces. Sześć kontynentów, 25 klubów i mnóstwo świetnych historii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To jedna z najciekawszych karier w świecie piłki nożnej. Lutz Pfannenstiel zazwyczaj przedstawiany jest jako niemiecki bramkarz, pierwszy piłkarz, który na zawodowym poziomie zagrał na sześciu kontynentach. Wszystko się zgadza, ale sama statystyka nie mówi tego, co najciekawsze. Tylko w Ameryce Południowej Pfannenstiel był na chwilę. Do kilku krajów wielokrotnie wracał. Nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca. Ostatnie lata, to po kolei Nowa Zelandia, Kanada, Brazylia, Kuba, Norwegia i Nanibia. Żadnych punktów wspólnych oprócz klubu, który chciał u siebie niemieckiego obieżyświata. Nie zawsze równało się to z chęcią zapłaty za grę. Wtedy znów trzeba było ruszyć w drogę, często na drugi koniec świata.

Już pierwszy świadomy wybór Pfannenstiela był oryginalny. Jako 19-latek odrzucił ofertę amatorskiego kontraktu w Bayernie Monachium. Wybrał przygodę w Malezji. Co ciekawe, w większości z 25 zespołów, Niemiec grał w pierwszym składzie. W sumie zagrał wystąpił w 500 meczach. Zakładał pierwszoligową drużynę w Armenii, w Norwegii uciekał do szatni przed chmurą komarów, w Chinach nie wytrzymał wojskowego drylu, a w Nowej Zelandii chciał udomowić zabranego z plaży pingwina. Akcja pędzi, na chwilę zatrzymujemy się przy opowieściach z meczów rezerw angielskiej ekstraklasy, by po chwili być już w bankrutującym klubie w Kanadzie. Mecze w afrykańskim upale przeplatają się z tymi rozgrywanymi przy -20 stopniach. Dłuższy przystanek zaliczamy, gdy bohater trafił do celu zakładu karnego.

Media interesowały się Pfannenstielem kilka razy – gdy trafił singapurskiego więzienia skazany za ustawianie meczu, kiedy podczas meczu w Anglii jego serce trzykrotnie przestało bić i w Nowej Zelandii, gdy złapał na ulicy złodzieja, który był ubrany w jedną z jego meczowych koszulek. Pod koniec kolorowej kariery media dostrzegły jego potencjał. Od kilku lat współpracuje z telewizjami z całego świata. Często opowiada o piłce w egzotycznych zakątkach świata. Nie podróżuje już tyle, co kiedyś. Od 5 lat pracuje w Hoffenheim, gdzie zajmuje się m.in. scoutingiem. Szkoda, bo o pracy na niemieckiej prowincji tak ciekawej książki już nie napisze.

Dekada Barcelony i piłkarze w okopach

Barça. Złota dekada

Tytuł: Barça. Złota dekada
Autor: Leszek Orłowski
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Ostatnia dekada jest najlepszą w historii. Choć przez pierwsze sto lat istnienia, Barça zbudowała reputację jednego z największych klubów na świecie, to ostatnie 10 lat to sukcesy bez precedensu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Okołobarcelońskimi książkami kibic może już zapełnić całą półkę (na blogu pisałem o książce Alfredo Relaño i rozmowach z Cruyffem, biografii Pepa Guardioli, książce Sida Lowe’a, opowieściach o Louisie van Gaalu i Robercie Enke, autobiografii Luisa Suareza oraz książce o La Masii). SQN słusznie założyło, że dobrym kandydatem na autora opowieści o najnowszej historii jest zwinny w dziennikarskich opowieściach Leszek Orłowski. Wydawca ma pewność, że tego dziennikarza kibic zna.

Przygotowanie merytoryczne Orłowskiego jest jak zwykle bez zarzutu. Książkę napisał na podstawie skrupulatnych notatek, które wykorzystywał podczas transmisji. Z oceną niektórych wydarzeń, można polemizować, ale ogólna wymowa niczym nie zaskakuje.

Dość monotonny przedmiot rozprawy ożywiają ciekawe porównania. Orłowski ma dobry język, stara się co jakiś czas obudzić czytelnika. Ale przy takiej opowieści nie jest to łatwe. Ile historii z tych zawartych w książce przeciętny czytelnik pozna po raz pierwszy? Obawiam się, że niewiele. Zarzut to do autora być może niesprawiedliwy, bo trudno oczekiwać od dziennikarza i komentatora, który pracuje w Warszawie, żeby odkrył przed nami tajemnice Camp Nou i Ciutat Esportiva Joan Gamper, gdzie toczy się codzienne życie drużyny.

Książka przypomina trochę jazdę obowiązkową – Cruyff, Rijkaard, Paryż, degrengolada, pozbycie się balastu i nadejście Guardioli, które zaczyna nowy cykl. Kibice Barcelony wszystko to znają, ale powspominać miło. Drużyna wychowanków, koronacja Messiego, wojny z Mourinho, Rzym i Londyn. Potem sezony Tito i Taty, dalej Lucho wchodzący z drużyną na szczyt.

Każdy z nas narysowałby tę dekadę podobnie. Leszek Orłowski nie miał ambicji dokonania żadnego odkrycia. Ostatnią dekadę Barcelony opisuje bardzo sprawnie. Jasno opisuje barcelońskie mechanizmy – jakie były przyczyny kolejnych ruchów transferowych, jak zmieniała się taktyka, w jakich warunkach pracowali kolejni trenerzy. Orłowski zarzeka się, że książka nie jest kroniką, choć wcale nie jest do niej daleko. Nie jest to wada. W „Złotej dekadzie” wszystko jest na swoim miejscu.

The Final SeasonTytuł: The Final Season: The Footballers Who Fought and Died in the Great War
Autor: Nigel McCrery
Wydawnictwo:
Random House Books, 2014

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Boiska zamienili na okopy. Brytyjscy piłkarze, którzy w 1914 roku zaciągali się do wojska, nie wiedzieli, że mają niewielkie szanse na powrót do domu. W Wielkiej Wojnie, jak ją krótko potem nazwano, zginęło wielu bohaterów angielskich stadionów.

Jeden z bohaterów książki, Walter Tull, był trzecim w historii Football League piłkarzem innego koloru skóry, niż biały. Urodził się w 1888 roku. Po śmierci obojga rodziców trafił do sierocińca. Jego brata adoptował dentysta z Glasgow. Edward Tull poszedł w jego ślady i został pierwszym czarnym stomatologiem w Wielkiej Brytanii. Walter został w Londynie i dostał szansę gry w klubie Clapton. W latach 1909-11 grał w ataku Tottenhamu. Zarabiał maksymalną stawkę dla zawodowca – 4 funty tygodniowo, czyli równowartość dzisiejszych 400. Jako syna Barbadosana, potomka niewolników, regularnie lżono go z trybun. Tull trafił do rezerw Spurs, ale wyciągnął go stamtąd Herbert Chapman. Legendarny manager Arsenalu pracował wtedy w Northampton Town. Ściągnął go do drużyny, w której ten zagrał 111 meczów. Ostatni w 1914, krótko zanim zaciągnął się do wojska.

Piłkarze byli wtedy na cenzurowanym. Gdy wybuchła wojna, a wciąż rozgrywano mecze i to na pełnych stadionach, część opinii publicznej była oburzona. Pojawiły się opinie, że król Grzegorz V powinien zrezygnować z patronowania Football Association. Sir Arthur Conan Doyle apelował w prasie, by obudzić w piłkarzach patriotycznego ducha. Jeśli ktoś jest zdolny do gry w piłkę, to może też stanąć na polu bitwy.

Walter Tull jak wielu zawodników, sam zgłosił się do tzw. Batalionu Piłkarskiego (17th (Service) Battalion, Middlesex Regiment). Po szkoleniu trafił w okopy bitwy nad Sommą, największej w I wojnie światowej. Po trzech dniach nieustannego, największego wówczas ostrzału artyleryjskiego w historii, alianci zostali zaatakowani gazem. Tull, w stanie szoku wrócił do Anglii, trafił do szpitala. Kiedy znów trafił na pierwszą linię frontu, został podporucznikiem, choć oficjalnie przepisy na to nie pozwalały. Żołnierze, których przepisy kwalifikowały jako „aliens” i „negroes”, nie mogli mieć zostać oficerami.

Za zasługi na polu walki, już jako jeden z dowódców, Tull został odznaczony. Niemiecka kula dosięgła go 8 marca 1918 roku. Koledzy chcieli dotrzeć do jego ciała, próbował m.in. Tom Bilingham, w cywilu bramkarz Leicester Foose, ale okazało się to niemożliwe. – Dla swojej ojczyzny poniósł największą ofiarę – przeczytał w telegramie Edward Tull. Pomnik poświecony Walterowi Tullowi stoi dziś obok Sixfields Stadium w Northampton.

Trwająca od lipca do listopada 1916 roku bitwa nad Sommą pochłonęła życie 485 tys. brytyjskich i francuskich żołnierzy (inni autorzy podają jeszcze wyższe liczby). 72 tys. ciał nie odnaleziono. Tylko w czasie pierwszego dnia szturmu Brytyjczycy stracili blisko 60 tys. ludzi. Po stronie państw centralnych zginęło 630 tys. osób. Efekt gigantycznej ofensywy to przesunięcie linii frontu o 10 km na odcinku 25 km.

Wilimowski

Wilimowski Jergović

Tytuł: Wilimowski
Autor: Milijenko Jergović, tłum. Magdalena Petryńska
Wydawnictwo:
Książkowe klimaty, 2016

Brazylia: Batatais, Machado, Hércules, Lopes, Leônidas, Martim, Perácio, Romeu, Zezé Procópio, Domingos Da Guia, Afonsinho.
Polska: Madejski, Piec, Scherfke, Wilimowski, Wodarz, Szczepaniak, Dytko, Piontek, Góra, Nyc, Gałecki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

 

Ernest Wilimowski w tej krótkiej powieści pojawia się tylko pośrednio. Jest dla bohaterów postacią, o której wyczynach usłyszeli dzięki wielkiej antenie, wywołującej trwogę u mieszkańców osady w Dalmacji. Wilimowski daje nadzieję, pozwala uciec do innego, być może bardziej realnego świata.

Lato 1938 roku. Przez jugosłowiańską, górską wioskę przechodzi osobliwy orszak – niesione, chore na gruźlicę kości dziecko (w którym miejscowi chcą widzieć szatana), jego ojciec – krakowski profesor, nauczyciel oraz opiekunka. Szukają hotelu, o którym nie mają pewności, że istnieje. 5 czerwca słuchają radiowej relacji z meczu mistrzostw świata. Ernest Wilimowski strzela 4 bramki, ale Polska i tak przegrywa z Brazylią.

Milijenko Jergović, kibic Željezničara Sarajewo, wielokrotnie podpadł chorwackiemu establishmentowi, więc pierwsze wydanie jego najnowszej książki miało miejsce w Polsce. Niektórzy ktytycy nazywają go najważniejszym współczesnym pisarzem bałkańskim. W „Wilimowskim” połączył klimat „Czarodziejskiej góry”, wiejskich legend i „The Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona. To historia bez wyraźnej puenty, opowiedziana przez narratora, który nie wie wszystkiego. Piłka jest tu zarówno obrzędem, jak i wstępem do wojny. Katastrofę już widać na horyzoncie.

Historię Wilimowskiego, który urodził się dokładnie sto lat temu, kibice znają. Ernst Otto Prandella został adoptowany przez drugiego męża swojej matki. Górnoślązak, piłkarz niemieckiego 1. FC Kattowitz i polskiego Ruchu Hajduki Wielkie. Grał w reprezentacji Polski a w latach 1941-42 osiem razy w kadrze III Rzeszy. Po wojnie do Polski nie wrócił, bał się, wielokrotnie prasa opisywała go jako zdrajcę. Zmarł w 1997 roku w Karlsruhe. Od dawna słychać o mającej powstać biografii opisującej życie być może najlepszego polskiego piłkarza.

Autora opowiadającego o książce można poczytać tutaj i posłuchać tutaj. Fragment książki tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Siła marzeń. Tajemnica sukcesu FC BarcelonaSiła marzeń. Tajemnica sukcesu FC Barcelona
Autor: Albert Puig, tłum. Tomasz Wiśniowski
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2012

Cieniutka książeczka napisana została głównie z myślą o rodzicach. Ci, którzy stają się fanatykami piłkarskiego talentu swoich dzieci, zazwyczaj im szkodzą.

W 2007 roku zespół Alevin B FC Barcelony celowo dał sobie strzelić bramkę. Chwilę wcześniej Blaugrana trafiła do siatki wskutek nieporozumienia. Jeden z zawodników nie domyślił się, że piłkę trzeba oddać, bo Espanyol wybił ją na aut w celu udzielenia pomocy medycznej kontuzjowanemu zawodnikowi. Za gest, który w piłce młodzieżowej powinien być normą, posypały się nagrody fair play. Padła też propozycja, by trener 11-latków napisał książkę.

W latach 2010-14 Albert Puig był jednym z koordynatorów w La Masii. Teraz łączy pracę w Cordobie i piłkarskiej federacji Gabonu. W 2009 roku, gdy pisał książkę, był jednym z trenerów w La Masii. Projekt firmował klub, więc autorowi nikt nie odmówił kilku zdań.

Tytułowych tajemnic sukcesu nie poznamy, większość książki jest wtórna. Ale niektórzy rodzice mogą do niej zajrzeć. Wygrywać czy wychowywać? Uczestniczyć czy rywalizować. O ile o samotności Andresa Iniesty w La Masii słyszał każdy, to kilka opinii zapada w pamięć. Swoje robią też nazwiska osób, które zdołał przepytać Puig. – Piłkarz musi ufać trenerowi, a ten nie może go oszukać. (…) Wraz z pierwszym kłamstwem, traci się zawodnika bezpowrotnie – mówi Pep Guardiola.

Luis Enrique opowiada, w czym pomógł mu futsal. Wspomina, jak w Sportingu Gijon podziękowano dwóm nastolatkom – jemu i Abelardo. Jedynym w całym regionie, którzy kilkanaście lat później mieli po 50 występów w reprezentacji. – Na czym ludziom w Sportingu wtedy zależało? Żeby wychowywać piłkarzy czy żeby wygrywać mecze? – pyta Lucho.

Nie wszyscy wychowankowie Barcelony mają podobne zdanie na każdy temat. – Bardziej cenię tego, który korzysta z talentu, niż takiego, który mocno się stara – mówi znany z niechęci do biegania Charly Rexach. Carlesowi Puyolowi z kolei nikt nigdy nie powiedział, że nie dał z siebie wszystkiego. Przeciwnie, kilku trenerów poprosiło go, żeby na treningach trochę przyhamował.

Thierry Henry porównuje sport w Europie i USA, gdzie częściej zajęcia sportowe są zintegrowane z lekcjami w szkole. – Za oceanem sport jest wszędzie. W Europie wielu wystarcza godzina w tygodniu – mówi Henry. Mazinho, ojciec Thiago i Rafy Alcantary, nie uważa, że dzieci powinny słyszeć, że w sporcie najważniejsze jest uczestnictwo. – Chodzi o rywalizację – mówi. Wymagania w Barcelonie są specyficzne. Kiedy drużyna młodzieżowa Xaviego zakończyła passę 24 zwycięstw z rzędu, rozgrywający płakał w poduszkę.

Ta książka została napisana dla pieniędzy

Stan Futbolu Krzysztof Stanowski

Tytuł: Stan Futbolu
Autor: Krzysztof Stanowski
Wydawnictwo:
Czerwone i Czarne 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Krzysztof Stanowski twierdzi, że są dwa powody, dla powstają książki – próżność i pieniądze. „Stan futbolu” napisał dla kasy.

Stawka była tak wysoka, że ewentualną odmowę na propozycję wydawnictwa, Stanowski nazwał „nieodpowiedzialną”. Kasa wzięta, trzeba się wywiązać. Cel – nie odwalać chałtury i nie zszargać nazwiska. Zadanie wykonane z nawiązką.

Teoretycznie trochę narzekać mogą wnikliwi czytelnicy Weszło. Ci, którzy tak jak, ja, przeczytali większość tekstów Stanowskiego na tym portalu, wiele z książkowych anegdot znają. Swoje brawurowe początki, jako 14-letniego stażysty w „Przeglądzie Sportowym”, wspominał wiele razy. Jak zwykle cięgi zbierają koledzy z redakcji – Roman Kołtoń, Dariusz Tuzimek i Jacek Kmiecik. Na stronach książki pojawiają się Grzegorz Szamotulski, Andrzej Niedzielan. Przez cały rozdział Stanowski rozwalcowuje Cezarego Kucharskiego i Kazimierza Grenia. Jeszcze mocniej dostaje się, rzecz jasna całkowicie zasłużenie, Franciszkowi Smudzie (śmieszniejsze są tylko anegdoty o Radosławie Osuchu). Z grubsza biorąc, duża część opowieści już była. Rzecz w tym, że jeśli ktoś dokładnie czyta Weszło, to chętnie przyjmie jeszcze większą porcję. Warsztat, prowadzenie argumentacji, styl narracji, wszystko z najwyższej krajowej półki.

Najlepiej napisany rozdział to ten poświęcony Ryszardowi F.. Opowieść o fryzjerze spod Wronek, który trząsł polską ligą, to przedruk z „Dziennika”, ale jakże smaczny.

Na lewej ręce złoty zegarek, na prawej gruba bransoleta. Na karku świecący łańcuch, na samym przedzie błyszczący złoty ząb. Koszula w kratę, modna na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozchełstana. (…) Gdyby przedstawić przypadkowej osobie zdjęcie i zapytać, czy ta osoba mieszka w Warszawie, Poznaniu, Nowym Jorku, Londynie, Łodzi, a może Obrzycku, każdy bez wahania powiedziałby „W Obrzycku”.

Do mediów przebiła się historia o tym, jak Adam Nawałka przekazał Andrzejowi Iwanowi pieniądze za sprzedany mecz. Stanowski nie wystawia jednak selekcjonera na odstrzał. Usprawiedliwia go i porównuje do Łukasza Piszczka. Zastanawia się nad rolą przypadku. Gdyby Iwan w „Spalonym” nie kazał usunąć tego fragmentu, selekcjonerem ogłaszającym nazwiska piłkarzy jadących na EURO mógłby być ktoś inny.

Samego Stanowskiego mówiącego o książce można obejrzeć tutaj i poczytać tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Keeper Of Dreams: One Man’s Controversial Story of Life in the English Premiership
Autor: Ronald Reng
Wydawnictwo:
Yellow Jersey Press, 2002

Ronald Reng Keeper Of Dreams

Liczba oficjalnych meczów w karierze Larsa Leesego jest mniejsza niż książek, których bohaterami są Neymar czy Cristiano Ronaldo. Niemiecki bramkarz zagrał w profesjonalnej piłce 21 spotkań. Ronald Reng napisał o nim książkę lepszą, niż wszystkie sprzedażowe hity o gwiazdach futbolu.

Zaczynamy od słowniczka. W nim m.in. „Kreisliga”, najniższy poziom niemieckiego futbolu. Dla angielskiego czytelnika porównany do Midland Combination, na 10-12 szczeblu piłkarskiej piramidy. Kiedy Lars Leese miał 25 lat, jego występująca w Kreislidze drużyna awansowała jeden poziom wyżej. W kolejnym klubie, w Regionallidze, klub przestał mu płacić. Kiedy zgłosił się po niego Bayer Leverkusen, bramkarz tonął w długach. Praca jako sprzedawca nie pokrywała wydatków na benzynę. – Chcą mnie do pierwszego zespołu, czy do amatorów? Będę musiał zrezygnować z pracy w biurze? – zastanawiał się idąc na spotkanie. W Leverkusen, jako trzeci bramkarz, rok przesiedział na trybunach. W 1997 roku Barnsley po raz pierwszy w 110-letniej historii awansowało do ekstraklasy. Zaczęło ściągać zagranicznych zawodników. Na dłuższą metę żaden się nie sprawdził, ale przez pół roku kibice byli w ekstazie. Jednym z ich bohaterów był „gigant z Niemiec”.

Leese opowiada o wejściu do świata zawodowej piłki. Wejściu niezwykle późnym, bo w profesjonalnym futbolu zadebiutował w wieku 28 lat. Zmiana była wymuszona w trakcie meczu, Leese czuł na sobie wzrok 18 tysięcy kibiców Barnsley. Stres nie pozwolił mu zawiązać sznurowadeł. Kiedy po dwóch latach wyjeżdżał z Anglii, zaczął martwić się na dobre. Nie miał kontaktów, agenci nie mogli mu znaleźć klubu. Długo łudził się, że dalej będzie grał w piłkę, w końcu zarejestrował się jako bezrobotny. Po kolejnych testach, z których nic nie wychodziło, wrócił do pracy za biurkiem. Kiedy w telewizji widzi transmisję z Anfield Road, nie dociera do niego, że to ten sam stadion, na którym kilka lat temu zatrzymał Liverpool. Wydaje mu się, że musiało to być w innym życiu.

Reng napisał świetną opowieść o piłkarzu, który w świecie zawodowej piłki był zaledwie trzy lata. Więcej tu smutków, niż radości, choć Leese miał też swoje chwile chwały. W Wielkiej Brytanii książka została wydana w 2003 roku. Od tamtej pory Lese jako pierwszy trener poprowadził kilka amatorskich zespołów. Większe sukcesy święcił Ronald Reng, który napisał podobną książkę. Też o niemieckim bramkarzu, który przeżywał załamania i czuł się inny od pozostałych piłkarzy. Jego opowieść o Robercie Enke należy do najlepszych książek o piłce. W 2011 roku książka (tutaj recenzja) zdobyła tytuł William Hill Sports Book of the Year a Reng został pierwszym nieangielskojęzycznym autorem w historii tej nagrody.

Kiedy zbawca odchodzi

Pomnik Johana Cruyffa

Przed Stadionem Olimpijskim w Amsterdamie stoi pomnik Johana Cruyffa i Bertiego Vogtsa ujętych w scenie z finału mundialu. Twarzami skierowani są ku jednemu z boisk Fundacji Cruyffa.

Podążając śladami Johana Cruyffa byłem przed jego rodzinnym domem, w sklepie, ulubionej knajpie i na moście jego imienia. Na blogu pisałem o książce i bramce, która nie mogła się wydarzyć. Nawet nazwa tej strony do hołd dla człowieka, który najbardziej zmienił współczesny futbol.

Na kilka osobistych zdań jest dla mnie za wcześnie. Dziś zbiorę tylko kilka linków. W powodzi tekstów publikowanych po śmierci Cruyffa, najlepsze są te, które powstały wcześniej. Po polsku to esej z drugiej „Kopalni” Pawła Wilkowicza (o którym pisałem tutaj) a po angielsku David Winner, autor najlepszej moim zdaniem książki o piłce, „Brilliant Orange”. Nie zawodzą najlepsze europejskie pióra – Jonathan Kuper, Graham Hunter i Simon Kuper (tutaj, tutaj i do posłuchania tutaj). Nowych treści jest niewiele. Rozbawił mnie Boniek, który spotykał Cruyffa podczas turniejów golfowych. Trudno jest współpracować z geniuszem, a jeszcze gorzej, gdy ten doskonale wie, że nim jest.

– Jedna rzecz była wspaniała. I pokazuje charakter i siłę Johana. On nie był żadnym wielkim golfistą, ale mimo to każdemu podpowiadał: „Stary, nie tak! Musisz to zrobić inaczej!”.

– Na wszystkie tematy miał swoje zdanie, był człowiekiem o niesamowitej charyzmie. Jak gdzieś wchodził, czuło się, że wchodzi ktoś ważny. Po prostu wielka osobowość.

Co zrozumiałe, więcej wczoraj napisano o wpływie Cruyffa na sport, mniej o tym, jak odmienił Katalonię, nie tylko tę piłkarską. W filmie „En Un Momento Dado” Cruyff pojawia się na chwilę. Ludzie, którzy go nie poznali osobiście, opowiadają, jak zmienił ich życie. Świetna jest też fcbarcelońska seria „Recorda Mister”. Zanurzyć się w starych kadrach można tutaj – sto starych zdjęć.

Wiele z piątkowych okładek to wyżyny sztuki edytorskiej. Niestety, Polska kolejny raz okazała się być krajem zapatrzonym w siebie. Na okładce „Przeglądu Sportowego” Cruyff przegrał z Piotrem Zielińskim.

Dziękuję Johan. Byłeś wielki. Największy.

Messi w Belfaście

Mural w Belfaście

Celtic Belfast był jednym z dwóch najważniejszych klubów w mieście. Nazwę i barwy zaczerpnięto od o 4 lata starszego Celtiku z Glasgow. Kibice, głównie irlandzcy nacjonaliści, domagali się niepodległości kraju. W 1948 roku, w rozgrywanym tradycyjnie w Boxing Day meczu z Linfield, wybuchły zamieszki. Celtic Belfast został wycofany z ligi a w 1960 roku rozwiązany. Głównym rywalem Linfield stał się Glentoran.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jeszcze w latach 80. XX wieku na stadion Celtic Park w Belfaście chodziły tłumy, ale nie po to, by oglądać piłkarzy, ale popularne na Wyspach Brytyjskich wyścigi psów. Kilka lat temu w miejscu stadionu powstało centrum handlowe. Znajduje się w nim muzeum klubu, który zakończył działalność pół wieku temu. Chciałem je zobaczyć, ale nie dostałem odpowiedzi na maile, a gdy pojawiłem się w centrum handlowym, muzeum było zamknięte.

Mural w Belfaście

Mural w Belfaście

Z położonego kilka ulic dalej muralu, na rogu Whiterock Road i Falls Road, spogląda Leo Messi. W pubie obok mecze oglądają kibice Celtiku Glasgow. W środku, na ścianach wiszą zielone koszulki The Bhoys. To oni postanowili uhonorować Irlandczyka, który prowadził Barcelonę. Tak na ścianie znalazł się też Argentyńczyk.

Patrick O’Connel prowadził m.in. Racing Santander, Betis (mistrzostwo Hiszpanii 1934/35) i FC Sevillę. W latach 1935-40 był trenerem Barcelony. Prowadził zespół m.in. podczas słynnego tournee w czasie wojny domowej. W 1937 drużyna wyjechała do USA i Meksyku. Zarobione pieniądze pozwoliły klubowi zarobić pieniądze i przetrwać. Większość drużyny nie chciała wracać do ogarmniętego wojną kraju i została na emigracji.

Mural w Belfaście

O’Connel pochodził z Dublina, jako piłkarz grał m.in. w Belfast Celtic, Sheffield Wednesday, Hull City i Manchesterze United. Zmarł w biedzie i zapomnieniu w 1959 roku.

W tej części Belfastu większość stanowią katolicy. Kilkadziesiąt metrów dalej można przeczytać, że patrioci muszą zerwać z Wielką Brytanią. Na ścianie po drugiej stronie ulicy widnieje hasło „Co ty robiłeś, gdy trwał strajk głodowy? Możesz powiedzieć, że byłeś z nami?”. W 1981 roku wielu przebywających w brytyjskich więzieniach członków IRA podjęło strajk głodowy, żądając uznania ich więźniami politycznymi (byli więzieni jako kryminaliści). W wyniku protestu zmarło 10 głodujących.

Patrick O’Connell Memorial zbiera pieniądze na pomnik Irlandczyka oraz odnowienie jego grobu.

Mural w Belfaście

Messi, O’Connell i widok na Windsor Park, stadion Linfield FC i reprezentacji Irlandii Północnej.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Gol, który musiał być przewidzeniem

Wieszak we flagowym sklepie Johana Cruyffa

Wieszak we flagowym sklepie Johana Cruyffa w barcelońskiej dzielnicy El Born.

W moje ręce trafiła autobiografia Pepe Reiny. Sporo miejsca poświęca swojemu ojcu. Najwięcej zajmuje opis gola, który w 1974 roku pozbawił Atletico Madryt Pucharu Europy. Bramki mistrzów Hiszpanii bronił Miguel Reina. Ta interwencja zdefiniowała jego karierę. W finale, w ostatniej minucie dogrywki, Hans-Georg Schwarzenbeck strzelił z 25 metrów. Bayern wyrównał a w dodatkowym meczu gładko wygrał 4:0. – Nazwisko Niemca niewielu w Madrycie pamięta. Ale wszyscy wiedzą, że tego strzału z dystansu nie zatrzymał mój ojciec – pisze bramkarz Napoli.

42 lata temu Miguel Reina wpuścił swoją najsłynniejszą bramkę na krajowym podwórku. 22 grudnia 1973, ligowy mecz na Camp Nou, Barcelona – Atletico. Barcelona rozgrywała swój pierwszy i najlepszy sezon z Johanem Cruyffem w składzie. Od debiutu Holendra do zdobycia mistrzostwa, Blaugrana nie przegrała żadnego meczu. – To najlepsze wspomnienie mojego dzieciństwa – opowiada dziś Joan Laporta.

Krótko przed przerwą wciąż nie padła żadna bramka. Na prawym skrzydle nieźle dośrodkował Chary Rexach. Nieźle, ale trochę za głęboko. Johan Cruyff wyskoczył i trafił piłkę wyciągniętą do przodu stopą. Uderzył piętą. W czasach, gdy piłkarze nie strzelali akrobatycznych bramek, do których przyzwyczaił nas choćby Zlatan Ibrahimović, gol stał się sensacją. Pisano o „fantomowym golu”, bramce, która musiała być przewidzeniem i „Niemożliwym golu Cruyffa”. – W tej bramce było wszystko – gracja, technika, tupet, siła, wyobraźnia – to był gol wbrew logice. Coś jak z Matrixa – pisze Pepe Reina. To bramka, którą wspomina się nawet po kilku dekadach. W rewelacyjnym dokumencie „En Un Momento Dado” (tu z angielskimi napisami) bramką z Atletico ekscytuje się stojący w kuchni zawodowy kucharz. – Mam gęsią skórkę – mówi do kamery.

W „El Mundo Deportivo” opis zajął cztery szpalty.

Strona Mundo Deportivo

Strona Mundo Deportivo

Strona Mundo Deportivo Strona Mundo Deportivo

Dziś Johan Cruyff przeżywa ciężki okres. – Myślenie i mówienie o futbolu daje mi wiele radości i odciąga moje myśli od choroby – napisał niedawno.

Mucha fuerza Johan!

P. S.

O najsłynniejszym numerze 14, patronie bloga, pisałem tu m.in. w kontekście wydanych w książce wywiadów oraz moście jego imienia. Polecam.

Madrycka wizja historii i cruyffizmy

Tytuł: Barça vs. Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć
Autor: Alfredo Relaño, tłumaczenie Barbara Barbadyn
Wydawnictwo: SQN, 2015

Czytając, momentami szeroko otwierałem oczy. Wiecie, jaka jest prawda o transferze Alfredo Di Stefano, który zmienił piłkarską historię Hiszpanii? Otóż Barcelona wcale go nie chciała. Alfredo Relaño dowodzi, że gdy gruźlicę wyleczył Ladislao Kubala, wtedy największa wówczas gwiazda ligi, Barça porzuciła zainteresowanie Argentyńczykiem. Natomiast przy okazji innego ważnego wyboru, w 2008 roku, Barcelona wzięła Guardiolę, bo musiała. Klub rozmawiał z Mourinho, ale według autora ten wystawił Barçę do wiatru i nie chciał spotkać się z Johanem Cruyffem. Czyli też inaczej, niż we wszystkich innych źródłach.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

A jakie są przyczyny trwającej dominacji w Hiszpanii? „Barça jest teraz na szczycie, wydaje się, że ma wszystko po swojej stronie: szkolenie młodzieży, popularność, międzynarodowy prestiż, przychylność tych, którzy pociągają za sznurki”. Ostatni element to konik autora. Nie bez powodu zasłynął jako twórca terminu Villarato. Alfredo Relaño tłumaczy, że ukuwając go, myślał bardziej o patologiach, które firmuje Ángel María Villar, wieloletni szef RFEF, ale powszechnie termin rozumiany jest jako przychylność sędziów wobec Barcelony.

Dla Relano Villarato to choćby niewszczęcie postępowania w sprawie Pique, który wymusił żółtą kartkę, by wyczyścić się na klasyk. Co prawda sędzia nie opisał tego w protokole, ale komitet sam mógł zająć się sprawą. Tak przecież było, gdy Mourinho włożył palec w oko Tito Vilanovy. Dla Relano te sprawy to podobny ciężar gatunkowy. Inna reakcja to czyste Villarato.

W swojej książce, Relaño na przestrzeni kilku dekad śledzi sędziowskie skandale, których nie brakowało. Barwnie opisuje mecze, którymi żyła Hiszpania, tłumaczy dlaczego niektóre nazwiska arbitrów pamiętane są po 50 latach. Ale mam z tymi opowieściami kłopot. Opisom daleko od obiektywizmu. Relaño w dwóch osobnych rozdziałach narzeka, że podczas ostatniej manity, Realowi należał się rzut karny. Przy stanie 2:0 Valdes starł się z Ronaldo. Owa „jedenastka” do obejrzenia tutaj. Autor tłumaczy, że to nie tylko karny, ale też druga żółta kartka dla Valdesa. I tak lepiej, niż z Chelsea. Madrycka klasyka, cztery karne.

Relaño to wieloletni naczelny „Asa”, gazety promadryckiej, która nie sili się na obiektywizm. W Hiszpanii to normalne. Autor zarzeka się, że choć sam jest socio Realu od pół wieku, podobnie jak ojciec i brat, to jego matka jest Katalonką. Twierdzi, że jest w stanie zachować obiektywizm. To mu się nie udaje, ale po książkę i tak warto sięgnąć. Historie wciągają, nie brakuje anegdot. Ile zajęło przekonanie agenta Luisa Figo do pomysłu podpisania kontraktu z Florentino Perezem? Dosłownie chwilę. Kiedy usłyszał kwotę prowizji, sprawa była przesądzona. Smakowite są choćby opowieści Joana Gasparta i opisy sposobu funkcjonowania Santiago Bernabeu. To nie jest lektura dla początkujących. Relano nie wyjaśnia podstaw. Niektóre terminy, jak na przykład Real Yé-yé, wyjaśnia tłumaczka Barbara Bardadyn. Inne czytelnik musi po prostu znać.

Historię rywalizacji dwóch klubów La Liga, które nie mogłyby bez siebie istnieć, lepiej opowiedział Sid Lowe. Książka Relaño przedstawia historię klasyków widzianą z Madrytu, opowiedzianą przez jedną z głównych postaci tamtejszej prasy. Nie jest to spojrzenie obiektywne, ale jest ciekawe. Przedstawia perspektywę, którą warto znać.

Tytuł: Ajax, Barcelona, Cruyff. The ABC of an Obstinate Maestro
Autorzy: Frits Barend, Henk van Dorp
Wydawnictwo: Bloomsbury, 1998

Kiedy Johan Cruyff obchodził 50. urodziny, w Holandii wydano pięć książek na jego temat. Swojego błogosławieństwa udzielił tylko tej. Bo kosztowało go to najmniej wysiłku.

Frits Barend i Henk van Dorp przynieśli Cruyffowi wywiady, których udzielił im w ciągu ostatnich 25 lat. Wystarczyło wybrać te najciekawsze. To cały pomysł na świetną książkę. „Znamy się od początku mojej gry w Ajaksie. Wolałem, jak Barend i Van Dorp przychodzili do mnie, gdy sprawy szły źle, bo wtedy miałem coś do wyjaśnienia” pisze Cruyff w przedmowie. I wyjaśnia już od pierwszej rozmowy, przeprowadzonej po przegranym finale mundialu.

Z każdą porażką, a w czasie Dream Teamu nawet ze zbyt niską wygraną, przychodzą kolejne pytania. O taktykę, nastawienie, nazwiska. Zazwyczaj teorie Cruyffa wytrzymują próbę czasu. Wiele razy wraca do przestrzeni na boisku, ustawienia piłkarzy i ofensywnego futbolu. O 17-latkach – Franku Rijkaardzie i Aaronie Winterze mówi, że zrobią kariery. Przy Witchge miał wątpliwości. Uśmiechnąć można się z kolei, gdy Cruyff tłumaczy, że Meho Kodro i Oleg Korniejew zastąpią Romario.

Sposób prowadzenia rozmowy na przestrzeni dekad zmienia się niewiele. Książki nie czyta się łatwo, Cruyff często odpowiada półsłówkami. Jest przekonany o swojej nieomylności. Odpowiada wprost, choć czasem nie mówi wszystkiego. Pytany o zaangażowanie żyjącego jeszcze Franco w futbol odpowiada: „Nic o tym nie wiem. Nie mieszam się do polityki. Dlatego nie wygłaszam na tej temat opinii, bo wiem, że choć rozumiem co się dzieje, to byłoby to trudne. Mogę grać wszędzie na świecie, ale to nie znaczy, że odpowiada mi system polityczny”.

Europejski gracz stulecia opowiada choćby o swoim podejściu do prasy. Za wywiady dla tytułów, które zazwyczaj nie pisały o piłce, żądał pieniędzy. Ale pomimo starć na konferencjach prasowych, dziennikarze nie mieli wielu powodów do narzekań. Od 2008 roku, pierwszego sezonu za kadencji Pepa Guardioli, Barcelona trenuje w miasteczku sportowym w Sant Joan Despi, kilka kilometrów od Camp Nou. Otwarty jest tylko jeden trening w roku, na Mini Estadi. Cała praca wykonywana jest za zamkniętymi drzwiami. Dream Team ćwiczył tuż obok Camp Nou, koło starego budynku La Masii. „Ja nie mam sekretów. Rozumiem to, że gazeta musi być codziennie pełna newsów. Ale mówię dziennikarzom, że opisywali wszystko uczciwie. Jeśli zobaczę sensacyjny nagłówek albo tekst, gdzie jeden gracz krytykuje drugiego, zapytam go o to. Jeśli trzeba będzie, przesłucham taśmę, a nie chcę tego robić.”

Dzień meczu wcale nie był wtedy jego ulubionym. Lubił trenować z drużyną. „Kiedy sam ćwiczysz, widzisz więcej. Poza tym mogę niektóre rzeczy pokazać lepiej, niż piłkarze. Wtedy piłkarze bardziej mnie szanują. Może to brzmi trochę arogancko, ale tak jest. Jestem szefem, ale jestem też zawodnikiem. Czekam na każdy poniedziałek, wtorek, sobotę, dni, w których gramy sześciu na sześciu.”

Niemal cała książka, to rozmowy z Cruyffem, ale kilka razy Barend i Van Dorp opowiadają, co zobaczyli przy okazji. Choćby podróż z Warszawy do Barcelony. Wrzesień 1989, rodzący się Dream Team jedną bramką wygrywa z Legią w Pucharze Zdobywców Pucharów. Holendrzy opisują szare miasto oraz taksówkarzy, przewodników i kelnerów, którzy sprzedawali złotówki po kursie pięciokrotnie korzystniejszym, niż oficjalny. Na lotnisku jedną z kobiet zatrzymali polscy celnicy. Twierdzili, że futro kupiła w Polsce, a nie przedstawiła rachunku. Nie pomogły tłumaczenia, że kupiła je rok wcześniej, przy okazji meczu Barcelony w Poznaniu. Celnicy, w przeciwieństwie do piłkarzy Legii, byli górą. Futro zostało w kraju.

Pep Guardiola i mity El Clasico

Tytuł: Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania
Autor: Guillem Balague, tłumaczenie Piotr Czernicki – Sochal
Wydawca: SQN 2015

– Nie masz jaj, żeby to zrobić – rzucił Pep Guardiola do Joana Laporty. Prezydent Barcelony zaoferował objęcie zespołu nowicjuszowi, który jako trener pracował pierwszy sezon i prowadził zespół w czwartej lidze. Laporta wiedział, że potrzebny jest wstrząs. Barcelona końca kadencji Rijkaarda była na kolanach. Panował kompletny brak dyscypliny, drużyna skończyła sezon z 18 punktami straty do Realu Madryt. Ci, którzy zdecydowali o wyborze Guardioli – Johan Cruyff, Evarist Murtra, Txiki Beguiristain i Joan Laporta, mogą żyć w wiecznej chwale tych, którzy wprawili w ruch najlepszą Barcelonę w historii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W ciągu czterech lat Guardiola wygrał 14 z 19 możliwych pucharów. Laporta zawsze dodaje, że trofeów było więcej, bo jako takie liczy wygrane 5:0 i 6:2 z Realem. Drużyna dokonała przewrotu w świecie futbolu, Leo Messi został najlepszym piłkarzem na świecie a napędzana przez piłkarzy Barçy Hiszpania wygrała EURO i mundial.

Fenomenem Guardioli zajął się Guillem Balague, Katalończyk od wielu lat mieszkający w Anglii. Pisze dla gazet brytyjskich i hiszpańskich a rozpoznawalność dała mu praca w Sky Sports. W programie Revista de la Liga zawsze wygląda na dobrze poinformowanego w sprawach hiszpańskiego futbolu. Największy uśmiech na jego twarzy pojawia się, gdy mówi o Espanyolu. Papużkom kibicuje cała jego rodzina.

Kiedy Rafael Benitez był trenerem Liverpoolu, Balague był bardzo blisko zespołu. Dzisiejszy trener Realu Madryt sprowadzał na Merseyside piłkarzy i współpracowników z Hiszpanii. Po finale Ligi Mistrzów w Stambule Balague napisał dobrze przyjętą książkę „A Season on the Brink: Rafael Benitez, Liverpool and the Path to European Glory”. Ma też na koncie autoryzowaną biografię Leo Messiego. Co najciekawsze, Balague nie jest piłkarskim teoretykiem. W 2013 roku uzyskał trenerską licencję UEFA B. Katalończyk został dyrektorem sportowym Biggleswade United, amatorskiego klubu z Bedfordshire.

Książkę o Guardioli napisano na rynek angielski. Zarówno Alexa Fergusona, jak i Jose Mourinho jest tu wielokrotnie więcej, niż Tito Vilanovy. Balague dokładnie relacjonuje finały Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Opisy tych meczów ciągną się przez wiele stron. Nie ma w nich niczego, czego wnikliwy obserwator Barcelony jeszcze by nie wiedział. To chyba największa słabość tej książki – zaledwie kilka informacji było dla mnie nowych – głównie te o wyczynach Ronaldinho i Samuela Eto’o, które spowodowały, że musieli odejść z klubu.

Tak naprawdę nie do końca jest to biografia Pepa Guardioli. O trenerze niewiele opowiadają koledzy z rodzinnego Sentpedor, La Masii czy Dream Teamu. Wydarzenia z życia Katalończyka do 2007 roku to zaledwie ułamek książki. Balague opowiada bardziej, jak działała drużyna Guardioli. Ale nie odsłania niczego nowego. O wiele lepiej mechanizmy funkcjonowania tamtej Barcelony pokazał kolega Balague ze Sky Sports, Graham Hunter. Jego książkę „Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata” w Polsce też wydanej nakładem SQN.

Książka Balague ma podobne wady, jak hiszpańska prasa. Język momentami jest napuszony, dużo wielkich słów, które nic nie wnoszą. „Mały chłopiec nie znika, tak jak nie znika wrażliwość leżąca u podstaw człowieczeństwa, z której czasem uformuje się skała, na której budowany jest geniusz” – pisze Balague. Wielokrotnie cytuje rozmowy twarzą w twarz, potem pisze, co Guardiola w danym momencie myślał.

Świat futbolu pędzi z ogromną prędkością. Z finału Ligi Mistrzów w Rzymie w kadrze Barcelony zostało czterech zawodników, w Manchesterze United tylko dwóch. Barça Guardioli to jedna z najlepszych drużyn w historii. Książka Balague przypomina, jak trenerski żółtodziób podbił piłkarski świat. Jak z klubem, który nosi w sercu, pozostając wiernym swojej filozofii doszedł na sam szczyt. A potem postanowił z niego zejść, tłumacząc, że jego czas w drużynie już minął.

Tytuł: Fear and Loathing in La Liga: Barcelona vs Real Madrid
Autor: Sid Lowe
Wydawca: Yellow Jersey Press, 2013

Przy lekturze wstępu miałem wrażenie, że Sid Lowe bardziej chciał się pochwalić, niż podziękować rozmówcom, których wymienił. Kogo tu nie ma. Di Stefano, Zubizarreta, Iniesta, Ramallets, Rexach, Butragueno, Stoiczkow, Gaspart, Laporta, Cruyff, Valdano, Camacho, Van Gaal, Xavi, del Bosque, Zidane. I tak przez pół strony. Lowe nie tylko dotarł do tych ludzi, zapytał o historię el clasico, ale uszył z tego naprawdę dobrą książkę.

Anglik to człowiek wielu talentów. Od 2001 roku pracuje w Guardianie. Pojawia się na łamach hiszpańskich i angielskich dzienników oraz tygodników, nagrywa podcasty, występuje jako telewizyjny ekspert. Napisał doktorat i to na temat niezahaczający o futbol. Zajął się Acción Popular, prawicową hiszpańską partią z lat 30.

Lowe był jedną z głównych twarzy pomocy Realowi Oviedo. Kiedy klub z miasta, w którym się wychował, staną na krawędzi bankructwa, Anglik zaangażował się w akcję ratowania klubu.

Konstrukcja książki jest prosta. Punktem wyjścia jest wojna domowa. Lowe rozprawia się m.in. z mitem, że Madryt był twierdzą frankistów. W każdej dekadzie zaglądamy do Barcelony i Madrytu. Lowe opisał wszystkie kluczowe momenty rywalizacji dwóch klubów. 11:1, Bernabeu, Di Stefano, Kubala, Herrera, Quinta del Buitre, Dream Team, van Gaal, Figo, Galacticos aż po Guardiolę i Mourinho. Nie jest to książka o Messim i Cristiano Ronaldo, którzy znaleźli się na okładce. O Argentyńczyku można przeczytać niewiele, o Ronaldo prawie nic. I dobrze. Bo to, co najciekawsze w tej opowieści, wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu.

Lowe walczy z mitami. Czy w czasie wojny Franco był wspierany przez Madryt? Zdecydowanie nie. Stolica była wierna republice, tak jak Barcelona. Mało tego, Madryt długo bronił się przed wojskami Franco. Kiedy w Katalonii grano w piłkę, Real nie mógł rozgrywać swoich meczów. Lowe szeroko opisuje klimat panujący w Hiszpanii po wojnie domowej. Sterowanie takim klubem jak Barcelona było dziecinnie proste. Kluby podlegały federacji i były od niej zależne. To w Madrycie wybierano prezydentów klubu. W najciemniejszym okresie dyktatury na takim stanowisku instalowano wyłącznie osoby wierne frankistom. Czy Real był wspierany przez Franco? Zdaniem autora na pewno nie bezpośrednio. Ale w latach 50. szala przechyliła się na korzyść Madrytu dzięki Alfredo Di Stefano. A jak nie ukrywa Lowe, Argentyńczyk trafił do Realu dzięki interwencji reżimu.

To co dobre w tej książce, to nieograniczanie się do sportu. Sid Lowe, jako historyk i człowiek rozumiejący współczesną Hiszpanię, ma odpowiednią perspektywę. Rywalizację Barcelony i Realu pokazuje przez pryzmat wojny domowej, dyktatury i budzenia się demokracji. Nie wygładza kantów w historii obu klubów. Opisuje jedną z najciekawszych piłkarskich historii.

Uliczka w Barcelonie

Z Camp Nou można dojść nie tylko na ulicę Josepa Samitiera, czy grób Ladislao Kubali. Blisko też jest na plac Zamory, gdzie kiedyś stała arena mundialu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Barceloński Espanyol do dzielnicy Sarrià przeniósł się w 1923 roku. Z tego miejsca dotarcie na ówczesny stadion FC Barcelony, Les Corts, zajmowało pieszo kilkanaście minut. Trzy lata później na Sarrii padł pierwszy gol w historii hiszpańskiej ligi. “Pitus” Prats otworzył wynik wygranego 3:2 meczu z Realem Union.

Stadion wielokrotnie przebudowywano. W czasie mistrzostw świata w 1982 roku, kiedy rozegrano na nim trzy mecze, mógł pomieścić 44 tysiące kibiców. To tutaj Włosi pokonali 3:2 legendarną Brazylię Tele Santany. Dziesięć lat później na Sarrii odbyły się spotkania piłkarskiego turnieju igrzysk olimpijskich (m.in. Polska-Włochy).

To igrzyska sprawiły, że Estadio de Sarrià to już dziś historia. Kiedy sportowcy opuścili wioskę olimpijską, na wyremontowanym stadionie na wzgórzu Montjuïc hulał wiatr. Samorząd zaczął naciskać na Espanyol, żeby swoje mecze rozgrywał na arenie niedawnych igrzysk. Historycznego obiektu nie chcieli opuszczać zarówno piłkarze, jak i socios. Ale dług Espanyolu rósł a teren po Sarrii można było sprzedać deweloperom. Ostatni mecz Espanyol zagrał tutaj w czerwcu 1997 roku. Ostatniego gola strzelił obrońca Valencii Ivan Campo. Kilka tygodni później po stadionie zostały już tylko gruzy.

 

W 2009 roku Periquitos opuścili Estadi Olímpic Lluís Companys. W dzielnicy El Prat, daleko od serca miasta, powstał stadion typowo piłkarski. Byłem tam na tourze, jednym z gorszych na mojej liście. W poprzednim sezonie średnia frekwencja na 40-tysięcznym stadionie nie przekroczyła połowy pojemności obiektu.

To Sarrii swoje najlepsze ligowe mecze rozgrywał Ricardo Zamora (dla Katalończyków Ricard). W miejscu stadionu jest ulica i plac jego imienia.

O tym, jak wygląda dziś teren po stadionie Les Corts, pisałem tutaj.

I jeszcze zdjęcie wyszperane w sieci. Na dole Camp Nou, Les Corts, wyżej Sarria.

Barcelona będzie cierpieć

Trwałość pamięci, Dali

Sergi Roberto, Rafinha, Sandro i Munir. Ta czwórka będzie wchodziła z ławki, by jesienią odwrócić losy meczów Barcelony. Do stycznia Barcelona zdąży pojechać na Bernabeu, Vicente Calderon, Mestalla i Sanchez Pizjuan. Za każdym razem, gdy wynik będzie niekorzystny, wejdzie któryś z tych piłkarzy. Jeśli pojawi się choć jedna kontuzja, ktoś z nich wskoczy do podstawowego składu. Przedsmak mieliśmy podczas Superpucharu Hiszpanii. Nie wynik bolał najbardziej, ale widoczne gołym okiem braki w najstarszym zespole w historii tych rozgrywek (29 lat, 256 dni).

Dziury w kadrze Barcelony dostrzegałem już w poprzednim sezonie. Czarny scenariusz nie sprawdził się z kilku powodów – zespół był w rewelacyjnej formie fizycznej, wszyscy byli zdrowi, Rakitić rósł wraz z przebiegiem sezonu, przebudzili się Alves i Iniesta, a ofensywne trio było nie do zatrzymania. Okazało się, że pomoc nie musi być szczególnie kreatywna, gdy w ataku gra trzech z czterech najlepszych napastników świata, a jeden z nich jest też najlepiej podającym.

Już rok temu Barcelona miała najstarszą jedenastkę w lidze. W tym okienku kupiła 26-letniego Aleixa Vidala, który na razie będzie się uczył i Ardę Turana, któremu jakości nie brakuje. Turek wraz z bonusami kosztował 40 mln euro i zadebiutuje na trzy tygodnie przed 29. urodzinami. Real Madryt poszedł zupełnie inną drogą. Za kilka lat w Madrycie wciąż będą mogli grać Kroos, James, Czeryszew, Danilo, Casemiro, Isco, Carvajal, Jesé, Varane, Asensio lub Kovacić. Przyjście tego ostatniego wydaje się zbędnym luksusem, ale jeśli się nie sprawdzi, to i tak odejdzie przynajmniej za 20 mln euro. Barcelony niczego nie nauczyły transfery piłkarzy do Anglii. Krocie kosztowali przecież piłkarze, którzy z Hiszpanii chcieli odejść (Yaya Toure, Cesc Fabregas) lub uznawano, że na ich miejsce są lepsi (Alexis Sanchez). Do Barcelony przychodzili jako młodzi gracze.

Jeśli Arda Turan okaże się świetny, to za cztery lata i tak odejdzie za darmo. To samo dotyczy dwóch zawodników z poprzedniego okienka. Po latach poszukiwań stopera sprowadzono 30-letniego Mathieu i 28-letniego Vermaelena. Były to transfery krótkoterminowe, szczególnie chybione przy zaawansowanym wieku dwóch pewniaków w defensywie – Daniego Alvesa i Javiera Mascherano. Za chwilę całą obronę trzeba będzie przebudować. Zostaną tylko Pique i Alba. Marc Bartra prawdopodobnie będzie musiał poszukać szczęścia poza Katalonią.

Rolę zmiennika Alby okupuje uniwersalny, ale elektryczny w defensywie 31-letni Adriano. Niedługo ma podpisać nowy kontrakt, choć na boisku nie pokazuje niczego, czym by na to zasłużył. Blaugranę czeka rewolucja. Patrząc na obecną kadrę, za pięć lat może w niej zostać pięciu piłkarzy. Na tle Realu drużyna U-25 Barcelony prezentuje się marnie (Douglas, Vidal, Bartra, Neymar, Ter Stegen, Sergi Roberto, Rafinha, Sandro, Munir, Halilović, Samper).

Historia wielkich drużyn to cykle, które niewielu udawało się przedłużyć. W obecnej Barcelonie pierwszą jedenastkę i rezerwowych dzieli przepaść. Ale w klubowych biurach panuje spokój. Po tryplecie kampania wyborcza była spokojna. Konserwatywni wyborcy nie lubią zmian, Joan Laporta nie wyglądał na zdeterminowanego, a reszta kandydatów to folklor. Teraz Barca straciła dwóch z czternastu piłkarzy z największą liczbą minut – Xaviego i Pedro. O Katalończyku, najważniejszym piłkarzu w historii hiszpańskiej piłki, już powstają książki. Napastnik z Teneryfy jest niedoceniany. Ostatnie lata miał dużo słabsze, ale wciąż był ważnym ogniwem. Odchodzi z 20 trofeami i bramkami w 7 finałach. Jest trzecim najczęściej wykorzystywanym rezerwowym w historii klubu po Inieście i Amorze. Do stycznia ma go zastąpić Rafinha, potem Turan łatający też dziury w pomocy.

Patrząc na ceny na rynku, cele Barcelony i stan La Masii, 500 mln euro na przebudowę drużyny może nie wystarczyć. Problem w tym, że jeszcze więcej, bo ponad 700 mln ma kosztować nowy stadion. Budowa Camp Nou w latach 50. okupiona była wieloma chudymi latami i żmudnym spłacaniem długów. Przy braku planowania, z nowym Camp Nou może być podobnie.

Willy z Madrytu i mistrzostwa Barcelony

– Willy, Willy, Willy! – krzyczeli kibice Rayo Vallecano. Los Franjirrojos wyszli na boisko z transparentem „Spoczywaj w pokoju, Willy”. Cztery dni przed meczem z Deportivo, w wieku 48 lat zmarł Wilfred Agbonavbare, przez sześć sezonów bramkarz klubu z Vallecas. W Madrycie spędziłem cały poprzedni weekend. Wpisów o piłce w stolicy Hiszpanii będzie kilka, ale dziś tylko o Nigeryjczyku i o tym, jak pomógł Barcelonie zdobyć dwa mistrzostwa Hiszpanii.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Minuta ciszy przed spotkaniem nie wybrzmiała do końca. – Willy, Willy – jeszcze raz poderwali się fani za bramką. Nigeryjczyk był ulubieńcem kibiców, „Kotem z Vallecas”. Niektórzy przychodzili na stadion z pomalowanymi na czarno twarzami. Do Hiszpanii Wilfred trafił w wieku 24 lat. Ćwiczył z kilkoma zespołami, udało mu się zahaczyć w Rayo. Szybko wskoczył do podstawowego składu. Po dwóch sezonach awansował do Primera Division. Dopiero wtedy zasłużył na zawodowy kontrakt.

Dzieci Wilfreda złożyły kwiaty przy bramce, której bronił ich ojciec.

Dream Team Johana Cruyffa wygrywał mistrzostwa w ostatnich kolejkach. Potknięcie Realu z Teneryfą, czy przestrzelony karny Miroslava Djukicia w ostatniej minucie sezonu to dla kibiców La Liga znane historie. Ale rywale Barçy tracili też punkty tuż przed finiszem. Wyrywał im je Wilfred.

Sezon 1992/93. Rayo wygrało u siebie z Realem 2:0. Mecz na Bernabeu rozegrano sześć dni przed końcem ligi. Wilfred obronił rzut karny Michela, a Real tylko zremisował 1:1. – Rasistowskie okrzyki? To normalne. Jestem czarny i zagrałem bardzo dobry mecz – mówił wtedy. Real przegrał potem na Teneryfie 2:3. Barça wygrała ligę jednym punktem.

Sezon 93/94. Barça o mistrzostwo walczyła z Deportivo. Ekipa z Galicji zremisowała w Vallecas 0:0. Tym razem Rayo zagrało rewanżowy mecz z liderem na trzy dni przed końcem sezonu. Nie padł żaden gol, Bebeto i spółka nie pokonali Wilfreda. Deportivo mogło wygrać ligę w ostatniej kolejce. Nie zdołało, bo Djukić nie trafił z 11 metrów. Mistrzostwo zdobyła Barcelona.

W sezonie 1995/96 Wilfreda wygryzł z bramki Abel Resino. Legenda Atletico ostatni sezon w karierze spędziła w Rayo. Wilfred pograł jeszcze chwilę w Écija Balompié. Z ekipą z Andaluzji spadł z Segunda Division. Ciekawych ofert już nie dostał i w wieku 31 lat zakończył karierę. Potem był kurierem, portierem i trenerem bramkarzy w amatorskich klubach. Pracował też na stacji benzynowej oraz cargo lotniska Barajas. Nie jest to przypadek roztrwonienia pieniędzy przez byłego sportowca. W przypadku Wilfreda po pierwsze nie było ich wiele, bo w Rayo kokosów nie zarobił, po drugie wszystkie pieniądze wysyłał do domu, do Afryki. Najwięcej pochłonęło leczenie żony. Kiedy sam zachorował, pomógł klub. To Rayo zapłaciło za leczenie choroby nowotworowej Willfreda.

Imieniem bramkarza zostanie nazwana brama nr 1 Campo de Fútbol de Vallecas.

Polscy bohaterowie sprzed 57 lat wrócili na Camp Nou

13 września 2014 roku. Słoneczny dzień, z głośników leci hymn FC Barcelony. Tuż przed pierwszym gwizdkiem na trybunie Lateral rozwieszono sektorówkę z okazji Dnia Niepodległości Katalonii. Wiesław Jańczyk, Henryk Szczepański, Helmut Nowak i Roman Korynt usiedli w palco, czyli loży prezydenckiej. Mecz z Athletikiem Bilbao rozpoczęło dotknięcie piłki przez Leo Messiego. Ponad pół wieku wcześniej, podczas meczu otwarcia Camp Nou, pierwsze kopnięcie należało do Lucjana Brychczego. Czterech polskich piłkarzy, którzy po 57 latach zasiedli na trybunach, było wtedy na boisku.

24 września 1957 roku. Polaków na murawę wyprowadził Edmund Ziętara. Całej przedmeczowej celebry miał już trochę dość. Polacy wylecieli z Okęcia dzień wcześniej, w poniedziałek. Do dalekich podróży nikt w zespole nie był przyzwyczajony. – Dla wielu z nas był to pierwszy kontakt z zachodnią piłką – opowiada dziś Wiesław Jańczyk. Część zawodników podróż zniosła źle. Polacy byli przekonani, że mecz na inaugurację nowego stadionu w Barcelonie zagrają we wtorek wieczorem. Ale już w okolicach południa stali w pełnym słońcu z boku boiska.

Światła jeszcze nie działały, więc mecz zaplanowano na 16.30. Nowy stadion był wielkim wydarzeniem dla miasta i wielu oficjeli nie mogło sobie odpuścić okazji do przemowy przed blisko stutysięczną widownią. Odprawiono też mszę, na tronie umieszczono Matkę Boską z Montserrat. Polscy piłkarze z bliska oglądali przemarsz orkiestr wojskowych i defiladę ze sztandarami, w tym pocztów z klubów kibica z całej Katalonii. Na murawie 1,5 tys. osób zatańczyło sardanę, narodowy kataloński taniec, symbol jedności.

Upał męczył Polaków, a rozpoczęcie meczu się opóźniało. W końcu zostało już tylko symboliczne kopnięcie piłki przez prezydenta Francesca Miró-Sansa i można było zacząć. Na środku boiska ubrani w biało-czerwone stroje Polacy przyglądali się gigantycznym trybunom nowoczesnego stadionu. Na ich koszulkach, w miejscu polskiego godła, przyszyta była warszawska syrenka.

Do zdjęcia ustawili się Lucjan Brychczy, Helmut Nowak, Stefan Florenski, Henryk Szczepański, Henryk Szymborski, Krzysztof Baszkiewicz, Władyslaw Jańczyk i Edmund Ziętara, a w dolnym rzędzie Edward Jankowski, Edward Szymkowiak i Jerzy Woźniak. Tylko trzech z nich – Brychczy, Woźniak i Ziętara, grało wtedy w Legii Warszawa. A to właśnie Legia pojawiła się na plakatach reklamujących mecz. Rywala gospodarzy przedstawiano też jako reprezentację Polski i reprezentację Warszawy.

To była zupełnie inna Katalonia, niż dziś. Franco twardą ręką rządził całą Hiszpanią. Reżim kontrolował także futbol. Nazwę FC Barcelona zmieniono na hiszpańską – Club del Futbol Barcelona. Problematyczna była też nazwa budowanego od 1954 roku stadionu. W klubowych dokumentach widniała nazwa Estadi Joan Gamper. Szwajcarski założyciel Barcy urodził się jako Hans. Z czasem stał się Katalończykiem, Joanem. Był zbyt mało hiszpański i patronem obiektu zostać jednak nie mógł.

Największą owację dostał wracający po kontuzji Ladislao Kubala. To on sprawił, że położony kilometr dalej stadion Les Corts stał się za mały. O 17.16 na Camp Nou padła pierwsza bramka, piłkę do siatki wbił Eulogio Martínez. Po blisko 15 minutach Antonio Ramalletsa, słynnego „Kota z Maracany” pokonał Henryk Szymborski. – Pomimo upału graliśmy z Barceloną do przerwy jak równy z równym. Potem, przy stanie 2:2, gospodarze wprowadzili pięciu nowych zawodników – wspominał Ziętara. Polacy przylecieli do Hiszpanii w trzynastkę. Więcej, niż dwóch zmian zrobić się nie dało. Na boisko weszli Władysław Soporek i Roman Korynt. – Ciężka podróż, dwie prawie nieprzespane noce i ta defilada przed meczem odbiły się mocno na tle drużyny polskiej, która mocno opadła z sił – pisał potem Henryk Reyman, selekcjoner, oficjalnie kapitan związkowy PZPN. Barca zaczęła się z Polakami bawić. Pod bramką Szymkowiaka groźnie było co chwilę. – Po przerwie już był klops – przyznaje Henryk Szczepański. Ostatecznie Polacy przegrali 2:4.

 

57 lat temu Polacy nie mieli czasu, żeby zobaczyć miasto. Musiał im wystarczyć hotel i stadion. Teraz był czas na wszystko, nawet kolację w chińskiej restauracji w Badalonie. Ponowny wyjazd na Camp Nou to pomysł największej polskiej penyi FC Barcelony, czyli oficjalnego klubu kibica. – Otwarcie Camp Nou to wspaniałe wydarzenie, które łączy Polskę z klubem. Nie chcieliśmy zwlekać z upamiętnieniem piłkarzy. Camp Nou ma być przebudowane, prawdopodobnie niedługo to będzie już inny stadion. W dodatku nie ukrywajmy, bohaterów tamtego meczu, jest z nami coraz mniej – opowiada Adam Marszał prezes Fan Club Barça Polska. Kibice dotarli do wszystkich sześciu żyjących uczestników meczu. Lucjanowi Brychczemu i Stefanowi Florenskiemu na wyjazd nie pozwoliło zdrowie.

W Barcelonie o byłych piłkarzach się nie zapomina. Gracze sprzed kilku dekad są aktywni w życiu klubu. Mają swoje stowarzyszenie, wielkie rocznice są upamiętniane. Z czwórką polskich zawodników spotkali się prezydent FC Barcelony, Josep Maria Bartomeu, jego zastępcy oraz Justo Tejada. Ten drugi grał w meczu otwarcia, strzelił nawet bramkę.

Rozmowy dla BarçaTV tłumaczył Filip Mitra, Polak, który od 3 lat mieszka w stolicy Katalonii. – Gościom pokazano muzeum, gdzie są pamiątki z inauguracji Camp Nou. Wszyscy byli w świetnych humorach. Podczas meczu piłkarze zachwycali się Messim i Neymarem. Powtarzali, że nie spodziewali się propozycji powrotu na Camp Nou – mówi.

Helmut Nowak był najmłodszym piłkarzem tzw. Reprezentacji Warszawy. Dziś ma 76 lat, a Henryk Szczepański 81. – Byłem mile zaskoczony, że pomimo mojego wieku, ktoś jeszcze pamięta o tym, jak grałem w piłkę – mówi 83-letni Wiesław Jańczyk. O dwa lata starszy Roman Korynt przed powrotem do Gdańska nie krył wzruszenia. – Nie chcę, żeby komuś się wydawało, że według nas zbawiamy świat. Zresztą my też wiele od byłych piłkarzy czerpaliśmy. Mieliśmy okazję sprawić im radość i to nam się udało – mówi Adam Marszał.

O ubiegłorocznym wydarzeniu przypomniał krótki klip, który opublikowano kilka dni temu. Akcję „57-lecie Camp Nou” koordynowali w FCBP Paweł Kołodziejski i Łukasz Ślesicki. Korzystałem z książek Zbigniewa Pawłowskiego „55 lat Camp Nou” i „Polacy w grach przeciwko FC Barcelonie” (wraz ze Zbigniewem Kumidorem).

Niepodległość los polacos

Fot. Kippelboy, Wikimedia Commons.

Dziennikarze od niedzielnego poranka czekali przed Institució Cultural del CIC w barcelońskiej dzielnicy Bonanova. Wiedzieli, że tutaj zagłosuje Pep Guardiola, który specjalnie na referendum przyleciał z Monachium. Pep, podobnie jak 2,2 mln Katalończyków, ustawił się w kolejce do głosowania, które formalnie nie miało żadnego znaczenia. Kolejki były tak długie, że w wielu punktach głosowano jeszcze po 20.00. – To nie jest historyczny moment, lecz mały krok, pierwszy z wielu. Wierzę, że potem nastąpią dobre czasy – powiedział dziennikarzom Guardiola.

Trener najlepszej Barcelony w historii od lat popiera ideę niepodległości. Wystąpił nawet w referendalnej reklamówce.

 

Datę głosowania wyznaczono niemal rok temu. W ostatnich miesiącach katalońsko-madrycki konflikt na tym tle przybrał na sile. Po tym, jak stało się jasne, że 9 listopada nie odbędzie się prawdziwe referendum, Generalitat proponował oficjalne głosowanie konsultacyjne. To też się nie udało. Po decyzji trybunału konstytucyjnego, „proces partycypacyjny” oparto na 40 tys. wolontariuszy. Nie było spisu wyborców, głosowali nawet 16-latkowie oraz osoby, które mieszkają w Katalonii, ale nie są obywatelami Hiszpanii.

To kolejna decyzja trybunału, którą w Katalonii odebrano jako policzek. – Państwo hiszpańskie to potężny i realny przeciwnik, bo odmawia nam prawa do głosowania i wypowiadania się o naszej przyszłości – grzmiał premier Katalonii Artur Mas.

80% głosowało za

Swoje głosy do urn wrzucili m.in. Xavi i Carles Puyol, a także Joan Laporta, Josep Maria Bartomeu i Sandro Rosell. Na karcie, którą wrzucano do plastikowej urny (tańsza niż tradycyjna, tylko 3 euro), umieszczono dwa pytania.

Czy chcesz, żeby Katalonia była Państwem?

Jeśli tak, czy chcesz, żeby to państwo było niepodległe?

Twierdząco na oba pytania odpowiedziało 80%, prawie 5% głosujących nie chce, żeby Katalonia została państwem. 10% jest za państwem, ale nie niepodległym. Kluczowa była frekwencja, którą można tylko oszacować. Zagłosowało 36-41% uprawnionych. Ci, którzy są przeciwko niepodległości, zostali w domach. Dla nich głosowanie było nielegalną hucpą. Pytają o udostępnienie publicznych budynków i 13 mln euro, które Generalitat wydał na głosowanie.

Katalończycy chcą zacząć żyć na własny rachunek. Uważają, że Madryt traktuje ich niesprawiedliwie i zbyt głęboko sięga do ich kieszeni. Liczą każde euro, które z ich podatków trafia do innych części Hiszpanii. A choć kraj powoli podnosi się z kryzysu, to niektóre wskaźniki wciąż są dramatyczne. Bezrobocie wynosi prawie 25%, a wśród osób młodych, poniżej 25 lat, bez prac jest ponad połowa Hiszpanów. Efekt to m.in. 3 mln pustych mieszkań i domów w kraju wielkości Polski.

Kilkanaście lat temu niepodległości chciało ok. 15% Katalończyków. Teraz w każdym sondażu jest to ponad 50%. Więcej niż połowę głosów zebrały też w ostatnich wyborach partie, które dążą do niepodległości. Partie skrajne żądają, by Katalonia jak najszybciej jednostronnie ogłosiła niepodległość.

Strach przed nowym miał niemały wpływ na wynik szkockiego referendum. A przecież ten kraj, po ewentualnym wyjściu z Wielkiej Brytanii, od razu zostałby przyjęty do Unii Europejskiej. W przypadku Katalonii, zarówno akcesję do UE, jak i uznanie na arenie międzynarodowej, Hiszpania będzie chciała zablokować wszystkimi możliwymi metodami. A Katalończycy są euroentuzjastami, swoją przyszłość widzą tylko w UE. Mówią, że nie boją się oddawać kompetencji Brukseli, bo jej ufają. A Madrytowi nie.

Hasła kampanii przed referendum to „Nadszedł czas” i „Głosowanie 9 listopada nie czyni z ciebie nacjonalisty. Czyni z ciebie demokratę”. Głosowanie miało pokazać światu, że Katalonia nieustannie dąży do niepodległości. Podobnym sygnałem była wrześniowa manifestacja na ulicach Barcelony. W dniu narodowego święta 1,8 mln ludzi (zdaniem Guardia Urbana; zdaniem kilku źródeł z Madrytu 0,5 mln) wzięło udział w marszu dla niepodległości. Zgodnie z wcześniejszymi zapisami, Katalończycy ustawili się w wyznaczonych miejscach na Avinguda Diagonal i Gran Via, głównych ulicach Barcelony. Ludzki łańcuch w kolorach katalońskiej flagi miał 11 km. Uczestnicy uformowali się w wielkie „V” symbolizujące „Votar” oraz „Victòria”, czyli „głosować” i „zwycięstwo”. Symboli było mnóstwo. Demonstrację rozpoczęto o 17.14 (święto 11 września odnosi się do roku 1714) przez dziewczynę, która w dniu referendum skończyła 16 lat i mogła zagłosować.

Co z Barçą

Kilka tygodni temu do polskich mediów przebiła się wypowiedź Javiera Tebasa. Przykładowy nagłówek: „FC Barcelona i Espanyol wyrzucone z ligi hiszpańskiej?!”.
Tak naprawdę prezes LFP nie powiedział nic innego – gdyby jutro Katalonia ogłosiła niepodległość, FC Barcelona w kierowanej przez niego lidze grać by nie mogła. Zgodnie z prawem, w hiszpańskich rozgrywkach mogą grać wyłącznie zespoły z Hiszpanii oraz Andory. Trudno się przecież spodziewać, żeby w przepisach umieszczono państwo, które nie istnieje. Ale prawo można zmienić.

Główny argument za pozostaniem Barcy w La Liga po ewentualnej niepodległości Katalonii jest oczywisty – to się Hiszpanii będzie opłacać. Ilu sponsorów zdoła utrzymać Javier Tebas, gdy ci usłyszą, że wbrew temu, co myśleli podpisując umowy, El Clásico w lidze hiszpańskiej nie będzie? Wiadomo też, że Barça sondowała możliwość gry w lidze francuskiej. W lidze katalońskiej nikt jej widzieć nie chce. Trzecią siłą w regionie, po Barcy i Espanyolu jest Girona. Na mecze chodzi tam 5 tys. kibiców.

Co mówią Katalończycy

Wielu Polaków poglądów Katalończyków nie rozumie. W dyskusjach m.in. kibiców, podawane są przykłady regionów, które wcale niepodległości nie chcą, jak np. Śląska. Mój znajomy, który mieszka w Barcelonie, przepytał swoich katalońskich przyjaciół. Mówią o tym, czy czują się Hiszpanami i dlaczego chcą własnego państwa. Więcej w ciekawym wpisie na jego blogu, polecam.

Marta: – Tak, nigdy nie czułam się Hiszpanką. Moja tożsamość, oprócz wielu innych rzeczy, jest katalońska i to nie tylko ze względu na język. Kiedy mam styczność z Hiszpanami, dochodzę do wniosku, że jesteśmy odmienni. Ani lepsi ani gorsi, ale różni. Zwłaszcza ze względu na język, ale również zwyczaje, tradycję, kuchnię, poczucie humoru oraz wiele innych rzeczy, które to nas odróżniają w znacznym stopniu. A przede wszystkim nasze dążenie do tego, aby zostać niepodległym narodem.

Nie mam problemu z Hiszpanią tylko z hiszpańską władzą, która mocno uciska zamieszkujące ten kraj narody (Kraj Basków, Wyspy Kanaryjskie, Andaluzja, Galicja, Kastylia, itd.) posiadające własne ruchy niepodległościowe, co jest ukrywane przez władzę i przychylne jej media. Wobec tego ktoś, kto uważa się za Hiszpana, dał się oszukać, ponieważ Hiszpania to kraj, który ucisza głos swoich narodów i nie pozwala im na skonstruowanie swojej tożsamości, a więc w podsumowaniu: jest jednym wielkim kłamstwem.

Joan: – 10 lat temu separatystów było bardzo niewielu i nikt nie myślał o niepodległości jako możliwej alternatywie lub też rzeczywistości. Teraz wszystko się zmieniło ponieważ naród kataloński jest zmęczony płaceniem tak ciężkich pieniędzy Hiszpanii w zamian za nieżyczliwość i bycie traktowanym jak brzydkie kaczątko kraju. Rząd Mariano Rajoya mocno przyczynił się do wzrostu popularności separatyzmu. Również partie pro-niepodległościowe dobrze się zorganizowały, na przykład CiU, które nigdy nie było zwolennikiem separacji, opowiedziało się w końcu za nią, aby zdobyć więcej głosów. Zorganizowano wiele manifestacji i protestów, a przede wszystkim odpowiedź rządzącej Partido Popular dolała tylko oliwy do ognia.

Do Norwegii na Barcelonę

Latem 2013 roku widziałem dwa mecze towarzyskie FC Barcelony. W Polsce całkiem sporym wydarzeniem był tzw. SuperMecz. Sektorówka w Gdańsku zrobiła wrażenie, ale w pierwszym z prawej na powyższym zdjęciu dalej nie mogę dostrzec Johana Cruyffa.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

 

Trwający 15 minut film o polskiej sektorówce zaprezentowanej na PGE Arenie.

Pierwsze przedmeczowe rondo Neymara jako piłkarza Barcelony. Na stadionie w Gdańsku.

Za chwilę Matsui dośrodkuje na głowę Bieniuka.

Kilka dni wcześniej byłem w Norwegii. Barcelona grała tam z Valerengą. Pod nieobecność Alvesa, Messi rozgrzewał się z Mascherano. Kiedy tego zabrakło w Gdańsku, następny w kolejce był Song.

Valerenga – Barcelona. Messi na minimalnym spalonym.

Norwegowie nie szaleją na punkcie piłki, ale na przedmieściach wolny teren wykorzystują na boiska z 20 mobilnymi bramkami.

Frogner Stadion, Oslo. Latem jak widać, zimą lodowisko.

Bislett Stadion, Oslo. Latem stadion piłkarski i lekkoatletyczny, zimą obiekt dla panczenistów.Stoi przed nim pomnik łyżwiarza szybkiego Hjalmara Andersena, jednego z najpopularniejszych norweskich sportowców w historii. Z powodu ilości rekordów świata (lekkoatletycznych i łyżwiarskich) Sports Ilustrated zmieściło Bislett wśród 20 najważniejszych aren XX wieku. Ale lista to dziwna, większość stadionów to te z USA.

Grefsen stadion, Oslo. Obiekt drugoligowego Kjelsås Fotball.