Archiwa tagu: Hiszpania

Estadio Vicente Calderon odchodzi z godnością

Trybuna Vicente Calderon nad autostradą

Pod jedyną zadaszoną trybuną biegnie autostrada M-30. Nie brzmi to jak dobra reklama stadionu drużyny, która dociera do finałów Ligi Mistrzów. Ale Estadio Vicente Calderón ma swój klimat. Szkoda, że za chwilę zniknie.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Powód przeprowadzki na nowy stadion ten sam, co wszędzie – nie chodzi nawet o te 12 tys. więcej krzesełek, ale o loże, które można sprzedać za miliony. Przestrzeń dla VIP-ów ma być najlepsza na świecie. O tym, czy najlepsze warunki będą mieli zwykli kibice, klub nie informuje.

Estadio Manzanares, tuż nad brzegiem rzeki o tej samej nazwie, powstał w latach 60. dzięki obligacjom, które wykupili kibice. Inaczej, niż w większości krajów, wszystkie miejsca, przewidziano jako siedzące. – Oni stoją, my siedzimy – głosiły napisy na transparentach. Poprzednie cztery dekady Atletico spędziło na Estadio Metropolitano, gdzie dziś stoją budynki mieszkalne. Po wojnie domowej, w której stadion poważnie ucierpiał, Atletico przez trzy lata grało na Campo de Vallecas, obiekcie Rayo.

Kolejny obiekt Atletico ma nosić nazwę Wanda (chiński koncern) Metropolitano.

wnętrza Stadionu Vicente Calderon

Piłka przy głównym wejściu na stadion. „Nie kopać!”

Piłkarze klubu, który założyło trzech baskijskich studentów na podobieństwo Athletiku Bilbao, nosili koszulki w biało-czerwone pasy. W Hiszpanii tych samych kolorów wykorzystywano przy produkcji materaców.

Na Vicente Calderon (były prezydent został patronem w 1971 roku) rozegrano trzy mecze mistrzostw świata. Stadion został wtedy poważnie przebudowany.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Klubowe muzeum.

Muzeum stadionu Vicente Calderon

Wnętrze stadionu Vicente Calderon

W związku z tym, że stadion wkrótce zostanie rozebrany, jest dość zaniedbany. Tak wygląda tunel, którym piłkarze wychodzą na boisko.

Wnętrze stadionu Vicente Calderon

Tunel stadionu Vicente Calderon
Atletico miało się przenieść na nowy stadion w 2010 roku a miasto liczyło, że na tym obiekcie w 2012 roku zostaną rozegrane igrzyska olimpijskie. Po kolejnych klęskach ratusz porzucił marzenia o imprezie, a klub zmienił koncepcję obiektu. Pomimo różnych problemów formalno-prawnych, wydaje się, że tym razem się uda i w sezonie 2017-18 Atletico będzie grało na nowym stadionie.

La Peineta (zgodnie z trendem zbudowany pośrodku niczego), jako najnowocześniejszy duży stadion w Hiszpanii ma stać się areną finałów Copa del Rey. Do tej pory gospodarza finału ustalano niemal w ostatniej chwili, a przepychanki między Realem i Barceloną w tej sprawie stały się elementem tradycji hiszpańskiej piłki.

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Stadion Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Wnętrze Stadionu Vicente Calderon

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii, a o podróżach do Hiszpanii tutaj.
Żeby być na bieżąco, pamiętaj o Facebooku i twitterze.

Uliczka w Barcelonie

Z Camp Nou można dojść nie tylko na ulicę Josepa Samitiera, czy grób Ladislao Kubali. Blisko też jest na plac Zamory, gdzie kiedyś stała arena mundialu.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Barceloński Espanyol do dzielnicy Sarrià przeniósł się w 1923 roku. Z tego miejsca dotarcie na ówczesny stadion FC Barcelony, Les Corts, zajmowało pieszo kilkanaście minut. Trzy lata później na Sarrii padł pierwszy gol w historii hiszpańskiej ligi. “Pitus” Prats otworzył wynik wygranego 3:2 meczu z Realem Union.

Stadion wielokrotnie przebudowywano. W czasie mistrzostw świata w 1982 roku, kiedy rozegrano na nim trzy mecze, mógł pomieścić 44 tysiące kibiców. To tutaj Włosi pokonali 3:2 legendarną Brazylię Tele Santany. Dziesięć lat później na Sarrii odbyły się spotkania piłkarskiego turnieju igrzysk olimpijskich (m.in. Polska-Włochy).

To igrzyska sprawiły, że Estadio de Sarrià to już dziś historia. Kiedy sportowcy opuścili wioskę olimpijską, na wyremontowanym stadionie na wzgórzu Montjuïc hulał wiatr. Samorząd zaczął naciskać na Espanyol, żeby swoje mecze rozgrywał na arenie niedawnych igrzysk. Historycznego obiektu nie chcieli opuszczać zarówno piłkarze, jak i socios. Ale dług Espanyolu rósł a teren po Sarrii można było sprzedać deweloperom. Ostatni mecz Espanyol zagrał tutaj w czerwcu 1997 roku. Ostatniego gola strzelił obrońca Valencii Ivan Campo. Kilka tygodni później po stadionie zostały już tylko gruzy.

 

W 2009 roku Periquitos opuścili Estadi Olímpic Lluís Companys. W dzielnicy El Prat, daleko od serca miasta, powstał stadion typowo piłkarski. Byłem tam na tourze, jednym z gorszych na mojej liście. W poprzednim sezonie średnia frekwencja na 40-tysięcznym stadionie nie przekroczyła połowy pojemności obiektu.

To Sarrii swoje najlepsze ligowe mecze rozgrywał Ricardo Zamora (dla Katalończyków Ricard). W miejscu stadionu jest ulica i plac jego imienia.

O tym, jak wygląda dziś teren po stadionie Les Corts, pisałem tutaj.

I jeszcze zdjęcie wyszperane w sieci. Na dole Camp Nou, Les Corts, wyżej Sarria.

W barze u Manolo

Przez miłość do piłki najsłynniejszy hiszpański kibic stracił rodzinę i sporo pieniędzy. Ale jak twierdzi, niczego nie żałuje.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Manolo z uśmiechem nalewa piwo. Ma na sobie koszulkę z numerem 12 i baskijski beret. Płacę 2 euro i rozglądam się po „Twoim sportowym muzeum”. Tak nazywa się bar. Liczba piłkarskich pamiątek przytłacza, na ścianach wisi kilkadziesiąt bębnów. To z nimi od trzech dekad podróżuje po świecie Manuel Cáceres Artesero. Świat zna go jako Manolo el del bombo. Kiedy w 1979 roku zaczynał jeździć za „La Roją” o modzie na kadrę nie było mowy. Na niektórych meczach wyjazdowych Manolo był jedynym Hiszpanem na trybunach. Na inne jeździło po 20 osób. Manolo stał się znany poza ojczyzną, gdy Hiszpania zaczęła wygrywać.

Zza szyby baru widać Estadio Mestalla, stadion Valencii. W rogu wiszą koszulki piłkarzy, których śmierć wstrząsnęła Hiszpanią – Daniego Jarque i Antonio Puerty. Do sufitu jeden przy drugim przyczepione są szaliki. Znajduję nawet biało-czerwony. Szalik reprezentacji Polski wisi między pamiątkami Bayeru Leverkusen i reprezentacji Wenezueli. – Turyści? Miałem tutaj ludzi z całego świata, ale większość klientów to zawsze ludzie stąd, kibice Valencii – mówi Manolo.

Podczas mundialu w Hiszpanii w 1982 roku podróżował autostopem. Przejechał 16 tys. kilometrów. Kilka lat później żona miała już tego dość. Po jednym z wyjazdów opuściła go razem z czwórką dzieci. Manolo wybrał reprezentację. – Tak się ułożyło, że moją rodziną stali się kibice reprezentacji Hiszpanii – mówił w jednym z wywiadów. Kiedy stał się naprawdę znany, mógł przestać martwić się o pieniądze wydawane na wyjazdy. Teraz podróżuje jako członek oficjalnej delegacji.

Za barem, między szklankami i butelkami Coca-Coli, stoi replika Pucharu Świata. Podczas mistrzostw świata w 2010 roku Manolo zachorował na zapalenie płuc. Musiał wrócić do Hiszpanii, leżał w szpitalu. Do RPA poleciał na półfinał i finał. Kiedy Hiszpania wygrała mundial, pozwolono mu wziąć puchar w dłonie. Reprezentował kibiców, których przez lata reprezentacja zawodziła.

Na ścianach wiszą zdjęcia Manolo, w tym z parą królewską. Właściciel baru jest też na okładkach gazet, w wycinkach dzienników z całego świata. Twarz Manolo widać na kafelkach, niezliczonych fotografiach, nawet na etykietach butelek wina, które leżą koło kasy. Nad barem bębny z każdego z ostatnich 10 mundiali. „Bęben Hiszpanii” ma bić jeszcze przez 11 lat. Manolo chce przejść na kibicowską emeryturę po 12 mistrzostwach świata. EURO w Polsce i na Ukrainie były jego siódmymi mistrzostwami Europy. – Polska na zawsze będzie w moim sercu. Wygrany turniej, tego się nie zapomina – uśmiecha się.

Od stadionu Valencii bar-muzeum dzieli tylko mały plac. Wśród trzech przylegających do siebie lokali, ruch jest tylko u Manolo. – Kryzys ekonomiczny? Było fatalnie, ale interes znów się kręci. Choć cały czas nie jest tak dobrze, jak wcześniej – tłumaczy.

Dziś na brak klientów nie może narzekać. Za dwie godziny na Mestalla zacznie się mecz grających w Segunda B rezerw. Jeszcze kilka lat temu Manolo musiał oswajać się z myślą o przeprowadzce. Gdyby Los Che nie grali sto metrów od jego baru, interes trzeba byłoby zwinąć. Bębnów nie trzeba przenosić, bo jego ukochanemu klubowi powinęła się noga.

W 2004 roku Valencia była na fali. W ciągu 5 lat wygrała dwa mistrzostwa Hiszpanii, Puchar UEFA, Puchar Króla, krajowy i europejski superpuchar. Do klubu płynęła rzeka euro. Kiedy dwa razy z rzędu awansujesz do finału Ligi Mistrzów, gdzie za drugim razem przegrywasz dopiero w rzutach karnych, możesz uwierzyć w swoją wielkość. Ludzie z biur przy Avenida Suecia stwierdzili, że są w stanie rzucić wyzwanie Realowi i Barcelonie. Na boisku drużyna z miasta pomarańczy dawała sobie z gigantami radę, więc nadszedł czas na kolejny krok. Ogłoszono, że 55-tysięczny stadion Mestalla jest za mały jak na ambicje klubu. Nowy miał być prawie o połowę większy. Nou Mestalla zaprojektowano dla 75 tysięcy kibiców.

Pierwszą łopatę wbito w ziemię w 2007 roku. Niektórzy już wiedzieli, w którą stronę zmierza cały projekt. Kiedy drużyna nie zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów, a klubowy budżet się rozsypał, prace wstrzymano. Dług przekroczył w 500 mln euro.

Jednym z elementów biznesplanu była sprzedaż terenów po starym Mestalla pod budynki mieszkalne. W Hiszpanii wybuchł kryzys, rynek nieruchomości się zawalił. Bezrobocie wynosi 24% (wśród młodych 51%), w całym kraju są tysiące niedokończonych budów. Trzy miliony mieszkań stoją pustych.

Klub wielokrotnie siadał do rozmów z bankami i szukał możliwości sfinansowania dokończenia budowy. Proponowano zmniejszenie pojemności, redukcję kosztów drogiego, aluminiowego dachu. Przejęcie klubu przez Petera Lima rozbudziło nadzieje, że drużyna w końcu przeprowadzi się kilka kilometrów na zachód. W Valencii liczą, że stanie się do w 2019 roku, na stulecie klubu. Dekadę później, niż zakładano. Na razie na placu budowy Nou Mestalla nie pracują żadni robotnicy. Betonowy szkielet, na który wydano 150 mln euro, straszy niedaleko centrum miasta.

Dwa stadiony Valencii dzieli 10 minut jazdy. Na czarno-pomarańczowej elewacji Estadio Mestalla wiszą plakaty legend klubu. Na przechodniów spoglądają m.in. David Albelda, Gaizka Mendieta i Mario Kempes. Król strzelców mundialu w 1978 roku jest wirtualnym przewodnikiem po stadionie. Z ekranu opowiada zaprasza do pokoju z trofeami. Pucharów jest ponad 20. Zajmują dwie gabloty i wyglądają bardzo skromnie.

Na stadionie, który reklamowany jest jako najstarszy w Hiszpanii, zaskakuje tunel. Zanim stąpając po pomarańczowej wykładzinie wyjdzie się na murawę, można wejść do dwóch pomieszczeń. Koło siebie położone są kaplica oraz pokój dla sędziów. W pierwszym pomieszczeniu patronka Walencji – Mare de Déu dels Desamparats. W drugim, za drzwiami, portrety 20 sędziów. Na ścianie wiszą zdjęcia arbitrów, którzy przez lata prowadzili mecze La Liga – są Carlos Velasco Carballo, Alfonso Javier Álvarez Izquierdo i José Antonio Teixeira Vitienes. Zapewne do obu pomieszczeń przed meczami ustawia się kolejka.

Playa de Levante to zwykła miejska plaża. Miejscowi nazywają Las Arenas. W miarę ciepło jest tu przez cały rok, ale Walencja nie jest typowo morskim miastem. Mówi się, rozwijała się plecami do morza. Na Las Arenas zaczęła grać drużyna, która z czasem przekształciła się w Levante U.D. Jej korzenie sięgają 1909 roku. To klub o 10 lat starszy, niż Valencia.

Uwaga piłkarskiej Hiszpanii na Les Granotes, czyli Żabach, skupiona była kilka razy. 1 marca 1981 swój pierwszy mecz w Levante zagrał Johan Cruyff. Trzykrotny zdobywca Złotej Piłki miał 34 lata. Levante grało w Segunda Divsion, a Cruyff przerwy między leczeniem kontuzji wypełniał sobie kłótniami z zarządem klubu. Wystąpił w 10 meczach, strzelił dwa gole. Levante nie wywalczyło awansu, a genialnemu Holendrowi nie płaciło na czas. Cruyff wrócił do ojczyzny. Okazało się, że w Hiszpanii skreślono go przedwcześnie. Odzyskał wielką formę, doprowadził do mistrzostwa Ajax, a potem Feyenoord.

Levante w La Liga to sytuacja tymczasowa. W całej swojej historii piłkarze z małego klubu w Walencji tylko przez 10 lat występowali w najwyższej lidze. Więcej sezonów spędzili w Segunda B, czyli na trzecim poziomie hiszpańskiej piłki. W sezonie 11/12 Levante po raz pierwszy w historii zasiadło na fotelu lidera La Liga. Drużyna weteranów i zawodników ściągniętych za darmo ostatecznie zajęła 6. miejsce w lidze. Rok później nie przynieśli wstydu w Lidze Europy. Odpadli dopiero wiosną, w 1/16 finału.

Sobotni wieczór, zajmuję swoje miejsce Estadio Ciudad de Valencia. Z głośników leci Metallica, Guns N’ Roses, a nawet w całości „Bohemian Rhapsody”. Na krzesełkach w barwach blaugrana usiadło 11 tysięcy kibiców Levante. Zestaw obowiązkowy każdego kibica obejmuje bocadillo, czyli podłużną kanapkę oraz pestki słonecznika, którymi plują pod nogi nawet dziennikarze. Kiedy w 80. minucie Celta wychodzi na prowadzenie, na trybunach została już tylko garstka kibiców. Leje deszcz, najwyraźniej dla Levante nie warto moknąć.

Co roku z drużyny odchodzą najlepsi piłkarze. Levante ściąga piłkarzy za darmo lub ich wypożycza. W ostatnich pięciu latach na zakupy wydano 700 tys. euro, z czego blisko połowę kosztował Pepe Diopa. Co roku z zespołu odchodzą najlepsi piłkarze. Najwięcej udało się zarobić na grzejącym ławkę w Realu Madryt Keylorze Navasie. Kostarykańczyk kosztował 10 mln euro. Udane transakcje to także odejścia Caicedo (7,5 mln), Iborry (6), Koné (5) i Martinsa (3).

Udało się spłacić większość długów, które jeszcze niedawno ciągnęły klub w dół. W najgorszym momencie zobowiązania Levante przekroczyły 90 mln euro. W tamtych czasach wykupienie licencji programu Prozone to był zbyt duży wydatek. Dziś długi to ok. 30 mln. Jak na warunki hiszpańskie, nie najgorzej. Większy sąsiad z Mestalla mógłby tego umiaru pozazdrościć.

Znów możesz zostać współwłaścicielem Realu Oviedo

Akcje Realu Oviedo

Klub, który był w stanie śmierci klinicznej, został uratowany przez kibiców z całego świata. W 2012, kiedy Real Oviedo wysłał w świat sygnał SOS, 20 tysięcy osób z 60 państw zostało jego udziałowcami. Dziś znów można kupić akcje klubu z północy Hiszpanii.

Drużyna z Asturii tonęła dwa razy. W 2001 roku spadła z Primera Division i już pięć lat później była na prawdziwym dnie, w Tercera, na czwartym poziomie hiszpańskiej piłki. Było tak źle, że klubowi odcięto wodę i prąd. Pensji zawodnikom nie płacono miesiącami. Sytuacja powtórzyła się w 2012 roku. Pod groźbą likwidacji w ciągu dwóch tygodni zebrano 1,9 mln euro. Akcje kupiło 20 tysięcy osób z 60 państw. Ostatniego dnia do akcji wkroczył Carlos Slim. Meksykański biznesmen, najbogatszy człowiek na świecie, zainwestował 2 mln euro w trzecioligowy klub, 17. ekipę w tabeli wszech czasów La Liga. 40% akcji pozostało w rękach małych udziałowców.

Największe wsparcie przyszło z Wielkiej Brytanii. Tam na własne oczy kibice widzieli upadek Leeds czy Portsmouth. Do kampanii włączyli się wychowankowie Realu – Santi Cazorla (Arsenal), Juan Mata (wtedy Chelsea, dziś Manchester United) i Michu (wtedy Swansea City, dziś Napoli). Gwiazdy Premier League nie tylko namawiały innych, ale także same kupiły akcje. 100 tysięcy euro wydał Real Madryt. Nikt nie ukrywał, że na kupnie udziałów właściwie nie da się zarobić.

Do brytyjskich kibiców trafiły też apele Sida Lowe’a, znanego na Wyspach dziennikarza The Guardiana. Lowe, który mieszka w Madrycie, od lat pisze o hiszpańskiej piłce, stał się jedną z twarzy kampanii. Wtedy na twitterze śledziło go 100 tysięcy osób, dziś trzy razy więcej. Anglik, który przez rok studiował w Oviedo, puścił w świat tag #SOSRealOviedo. Chwyciło, o klubie mówiono na całym świecie. O historii trzecioligowca na pierwszej stronie pisał New York Times. W Polsce o tym, jak nabyć papiery z Asturii, pisał Rafał Stec.

– Klub stał się ofiarą fatalnego zarządzania i politycznych wojen. Odzew angielskich kibiców był niesamowity. Słyszałem takich, którzy mówili „Oni dali nam Cazorlę, powinniśmy się odwdzięczyć”. Ale jest też coś uwodzicielskiego w tej romantycznej historii i tym, że możesz zostać współwłaścicielem historycznego klubu – opowiadał Lowe. Angielscy kibice usłyszeli o problemach Oviedo więcej, niż o zbiórkach małych klubów ze swojego kraju, jak Darlington i Hereford.

Szybko powstał Real Oviedo Shareholders Trust oraz kolejne fancluby w Anglii i Irlandii. W kwietniu 2013 roku nowi udziałowcy najechali na Oviedo. Z Anglii do Hiszpanii ruszyło kilka pełnych samolotów kibiców, którzy jeszcze niedawno nie potrafili pokazać Oviedo na mapie. Byli traktowani jak celebryci. Impreza na 87. urodziny klubu trwała kilka dni. Oviedo słynie z cydru, więc goście nalewali go zgodnie z tradycją – na stojąco, z butelki na wysokości głowy do szkła poniżej pasa. W teorii chodzi o napowietrzenie trunku, ale wychodzi głównie dobra zabawa.

 

ak w ubiegłą niedzielę wyglądała droga na stadion piłkarzy Realu Oviedo.

Przed Realem decydujące mecze o awansie na zaplecze La Liga. Asturyjczycy wygrali swoją grupę Segunda B (z rekordem frekwencji, 27 tysięcy kibiców na jednym z meczów), ale o awansie decydują baraże. W pierwszym półfinale Oviedo zremisowało u siebie z Cadiz 1:1. Rewanż w niedzielę, zwycięzca dwumeczu awansuje. Porażka z Cadiz oznacza przejście do trudnych baraży z drużynami, które zajęły w lidze miejsca 2-4. W niedzielę mecz na żywo oglądał Carlos Slim.

W 2012 roku klub udało się uratować, teraz Real Oviedo chce zrobić kolejny krok naprzód i zwiększa kapitał. Przez miesiąc udziały mogli kupować dotychczasowi akcjonariusze. Do piątku (29 maja) trwa otwarta sprzedaż. Akcje można kupić tutaj, każda kosztuje 11,50 euro, posiadanie minimum czterech daje prawo głosu. Plusy? Posiadanie na własność małej części historycznego klubu, idealna wymówkę na podróż do Hiszpanii (głupio byłoby nie doglądać inwestycji), a w CV dopisek o wspólnym przedsięwzięciu biznesowym z najbogatszym człowiekiem na świecie.

Real Oviedo ma już 37 tysięcy udziałowców z 86 krajów.

Willy z Madrytu i mistrzostwa Barcelony

– Willy, Willy, Willy! – krzyczeli kibice Rayo Vallecano. Los Franjirrojos wyszli na boisko z transparentem „Spoczywaj w pokoju, Willy”. Cztery dni przed meczem z Deportivo, w wieku 48 lat zmarł Wilfred Agbonavbare, przez sześć sezonów bramkarz klubu z Vallecas. W Madrycie spędziłem cały poprzedni weekend. Wpisów o piłce w stolicy Hiszpanii będzie kilka, ale dziś tylko o Nigeryjczyku i o tym, jak pomógł Barcelonie zdobyć dwa mistrzostwa Hiszpanii.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Minuta ciszy przed spotkaniem nie wybrzmiała do końca. – Willy, Willy – jeszcze raz poderwali się fani za bramką. Nigeryjczyk był ulubieńcem kibiców, „Kotem z Vallecas”. Niektórzy przychodzili na stadion z pomalowanymi na czarno twarzami. Do Hiszpanii Wilfred trafił w wieku 24 lat. Ćwiczył z kilkoma zespołami, udało mu się zahaczyć w Rayo. Szybko wskoczył do podstawowego składu. Po dwóch sezonach awansował do Primera Division. Dopiero wtedy zasłużył na zawodowy kontrakt.

Dzieci Wilfreda złożyły kwiaty przy bramce, której bronił ich ojciec.

Dream Team Johana Cruyffa wygrywał mistrzostwa w ostatnich kolejkach. Potknięcie Realu z Teneryfą, czy przestrzelony karny Miroslava Djukicia w ostatniej minucie sezonu to dla kibiców La Liga znane historie. Ale rywale Barçy tracili też punkty tuż przed finiszem. Wyrywał im je Wilfred.

Sezon 1992/93. Rayo wygrało u siebie z Realem 2:0. Mecz na Bernabeu rozegrano sześć dni przed końcem ligi. Wilfred obronił rzut karny Michela, a Real tylko zremisował 1:1. – Rasistowskie okrzyki? To normalne. Jestem czarny i zagrałem bardzo dobry mecz – mówił wtedy. Real przegrał potem na Teneryfie 2:3. Barça wygrała ligę jednym punktem.

Sezon 93/94. Barça o mistrzostwo walczyła z Deportivo. Ekipa z Galicji zremisowała w Vallecas 0:0. Tym razem Rayo zagrało rewanżowy mecz z liderem na trzy dni przed końcem sezonu. Nie padł żaden gol, Bebeto i spółka nie pokonali Wilfreda. Deportivo mogło wygrać ligę w ostatniej kolejce. Nie zdołało, bo Djukić nie trafił z 11 metrów. Mistrzostwo zdobyła Barcelona.

W sezonie 1995/96 Wilfreda wygryzł z bramki Abel Resino. Legenda Atletico ostatni sezon w karierze spędziła w Rayo. Wilfred pograł jeszcze chwilę w Écija Balompié. Z ekipą z Andaluzji spadł z Segunda Division. Ciekawych ofert już nie dostał i w wieku 31 lat zakończył karierę. Potem był kurierem, portierem i trenerem bramkarzy w amatorskich klubach. Pracował też na stacji benzynowej oraz cargo lotniska Barajas. Nie jest to przypadek roztrwonienia pieniędzy przez byłego sportowca. W przypadku Wilfreda po pierwsze nie było ich wiele, bo w Rayo kokosów nie zarobił, po drugie wszystkie pieniądze wysyłał do domu, do Afryki. Najwięcej pochłonęło leczenie żony. Kiedy sam zachorował, pomógł klub. To Rayo zapłaciło za leczenie choroby nowotworowej Willfreda.

Imieniem bramkarza zostanie nazwana brama nr 1 Campo de Fútbol de Vallecas.

Stadion, którego nie ma

 Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Poszukiwałem różnych obiektów sportowych, ale nieistniejącego szukałem pierwszy raz. W tym miejscu stał stadion Les Corts, obiekt FC Barcelony. Często mówi się, że Ladislao Kubala sprawił, że Les Corts okazało się zbyt małe. Z tego powodu całkiem niedaleko wybudowano Camp Nou.

Zdjęcie zrobiłem w październiku 2013 roku.

W dokładnym zlokalizowaniu miejsca po Les Corts pomogło mi to zdjęcie wyszperane w sieci. Z lewej budowane wówczas Camp Nou.

Barcelona raz jeszcze

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Jesienią 2012 obejrzałem moje drugie Gran Derbi. Cena za bilet kosmiczna, ale hymn czy eksplozja przy bramce bezcenne. Messi strzelający bramkę Casillasowi (sekundę po zrobieniu zdjęcia poniżej) to scena, którą pamięta się dekady.

Wizytę w Ciutat Esportiva Joan Gamper polecam każdemu cule. Trochę daleko, ale świadomość, że jest się w miejscu, w którym toczy się codzienne życie zespołu, jest warta godzinnej podróży metrem, potem tramwajem. Nie da się wejść tylko na ogrodzone żywopłotem boisko pierwszego zespołu.

Barca – Espanyol, Juvenil B. W miasteczku sportowym FC Barcelony mecz oglądało ok. 300 osób.

Na nowym stadionie Espanyolu w Cornella-El Prat wisi koszulka Andresa Iniesty z finału mistrzostw świata w RPA.

Na drugim końcu miasta znajduje się ośrodek treningowy Espanyolu. Metrem podróż trwa na pewno ponad godzinę. Widok masy dzieciaków trenujących w ośrodku im. Daniego Jarque jest imponujący.

San Andreu.

Wybraliśmy się na mecz Badalony w Segunda Division B. W tych jakże interesujących kasach można kupić bilety za jedyne 15 euro.

Składy zostały zaprezentowane kibicom, więc można zaczynać.

CF Badalona – L’Hospitalet. Na krzesełkach może usiąść mniej niż 10% widzów. Reszta siada na betonie.