W barze u Manolo

Przez miłość do piłki najsłynniejszy hiszpański kibic stracił rodzinę i sporo pieniędzy. Ale jak twierdzi, niczego nie żałuje.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Manolo z uśmiechem nalewa piwo. Ma na sobie koszulkę z numerem 12 i baskijski beret. Płacę 2 euro i rozglądam się po „Twoim sportowym muzeum”. Tak nazywa się bar. Liczba piłkarskich pamiątek przytłacza, na ścianach wisi kilkadziesiąt bębnów. To z nimi od trzech dekad podróżuje po świecie Manuel Cáceres Artesero. Świat zna go jako Manolo el del bombo. Kiedy w 1979 roku zaczynał jeździć za „La Roją” o modzie na kadrę nie było mowy. Na niektórych meczach wyjazdowych Manolo był jedynym Hiszpanem na trybunach. Na inne jeździło po 20 osób. Manolo stał się znany poza ojczyzną, gdy Hiszpania zaczęła wygrywać.

Zza szyby baru widać Estadio Mestalla, stadion Valencii. W rogu wiszą koszulki piłkarzy, których śmierć wstrząsnęła Hiszpanią – Daniego Jarque i Antonio Puerty. Do sufitu jeden przy drugim przyczepione są szaliki. Znajduję nawet biało-czerwony. Szalik reprezentacji Polski wisi między pamiątkami Bayeru Leverkusen i reprezentacji Wenezueli. – Turyści? Miałem tutaj ludzi z całego świata, ale większość klientów to zawsze ludzie stąd, kibice Valencii – mówi Manolo.

Podczas mundialu w Hiszpanii w 1982 roku podróżował autostopem. Przejechał 16 tys. kilometrów. Kilka lat później żona miała już tego dość. Po jednym z wyjazdów opuściła go razem z czwórką dzieci. Manolo wybrał reprezentację. – Tak się ułożyło, że moją rodziną stali się kibice reprezentacji Hiszpanii – mówił w jednym z wywiadów. Kiedy stał się naprawdę znany, mógł przestać martwić się o pieniądze wydawane na wyjazdy. Teraz podróżuje jako członek oficjalnej delegacji.

Za barem, między szklankami i butelkami Coca-Coli, stoi replika Pucharu Świata. Podczas mistrzostw świata w 2010 roku Manolo zachorował na zapalenie płuc. Musiał wrócić do Hiszpanii, leżał w szpitalu. Do RPA poleciał na półfinał i finał. Kiedy Hiszpania wygrała mundial, pozwolono mu wziąć puchar w dłonie. Reprezentował kibiców, których przez lata reprezentacja zawodziła.

Na ścianach wiszą zdjęcia Manolo, w tym z parą królewską. Właściciel baru jest też na okładkach gazet, w wycinkach dzienników z całego świata. Twarz Manolo widać na kafelkach, niezliczonych fotografiach, nawet na etykietach butelek wina, które leżą koło kasy. Nad barem bębny z każdego z ostatnich 10 mundiali. „Bęben Hiszpanii” ma bić jeszcze przez 11 lat. Manolo chce przejść na kibicowską emeryturę po 12 mistrzostwach świata. EURO w Polsce i na Ukrainie były jego siódmymi mistrzostwami Europy. – Polska na zawsze będzie w moim sercu. Wygrany turniej, tego się nie zapomina – uśmiecha się.

Od stadionu Valencii bar-muzeum dzieli tylko mały plac. Wśród trzech przylegających do siebie lokali, ruch jest tylko u Manolo. – Kryzys ekonomiczny? Było fatalnie, ale interes znów się kręci. Choć cały czas nie jest tak dobrze, jak wcześniej – tłumaczy.

Dziś na brak klientów nie może narzekać. Za dwie godziny na Mestalla zacznie się mecz grających w Segunda B rezerw. Jeszcze kilka lat temu Manolo musiał oswajać się z myślą o przeprowadzce. Gdyby Los Che nie grali sto metrów od jego baru, interes trzeba byłoby zwinąć. Bębnów nie trzeba przenosić, bo jego ukochanemu klubowi powinęła się noga.

W 2004 roku Valencia była na fali. W ciągu 5 lat wygrała dwa mistrzostwa Hiszpanii, Puchar UEFA, Puchar Króla, krajowy i europejski superpuchar. Do klubu płynęła rzeka euro. Kiedy dwa razy z rzędu awansujesz do finału Ligi Mistrzów, gdzie za drugim razem przegrywasz dopiero w rzutach karnych, możesz uwierzyć w swoją wielkość. Ludzie z biur przy Avenida Suecia stwierdzili, że są w stanie rzucić wyzwanie Realowi i Barcelonie. Na boisku drużyna z miasta pomarańczy dawała sobie z gigantami radę, więc nadszedł czas na kolejny krok. Ogłoszono, że 55-tysięczny stadion Mestalla jest za mały jak na ambicje klubu. Nowy miał być prawie o połowę większy. Nou Mestalla zaprojektowano dla 75 tysięcy kibiców.

Pierwszą łopatę wbito w ziemię w 2007 roku. Niektórzy już wiedzieli, w którą stronę zmierza cały projekt. Kiedy drużyna nie zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów, a klubowy budżet się rozsypał, prace wstrzymano. Dług przekroczył w 500 mln euro.

Jednym z elementów biznesplanu była sprzedaż terenów po starym Mestalla pod budynki mieszkalne. W Hiszpanii wybuchł kryzys, rynek nieruchomości się zawalił. Bezrobocie wynosi 24% (wśród młodych 51%), w całym kraju są tysiące niedokończonych budów. Trzy miliony mieszkań stoją pustych.

Klub wielokrotnie siadał do rozmów z bankami i szukał możliwości sfinansowania dokończenia budowy. Proponowano zmniejszenie pojemności, redukcję kosztów drogiego, aluminiowego dachu. Przejęcie klubu przez Petera Lima rozbudziło nadzieje, że drużyna w końcu przeprowadzi się kilka kilometrów na zachód. W Valencii liczą, że stanie się do w 2019 roku, na stulecie klubu. Dekadę później, niż zakładano. Na razie na placu budowy Nou Mestalla nie pracują żadni robotnicy. Betonowy szkielet, na który wydano 150 mln euro, straszy niedaleko centrum miasta.

Dwa stadiony Valencii dzieli 10 minut jazdy. Na czarno-pomarańczowej elewacji Estadio Mestalla wiszą plakaty legend klubu. Na przechodniów spoglądają m.in. David Albelda, Gaizka Mendieta i Mario Kempes. Król strzelców mundialu w 1978 roku jest wirtualnym przewodnikiem po stadionie. Z ekranu opowiada zaprasza do pokoju z trofeami. Pucharów jest ponad 20. Zajmują dwie gabloty i wyglądają bardzo skromnie.

Na stadionie, który reklamowany jest jako najstarszy w Hiszpanii, zaskakuje tunel. Zanim stąpając po pomarańczowej wykładzinie wyjdzie się na murawę, można wejść do dwóch pomieszczeń. Koło siebie położone są kaplica oraz pokój dla sędziów. W pierwszym pomieszczeniu patronka Walencji – Mare de Déu dels Desamparats. W drugim, za drzwiami, portrety 20 sędziów. Na ścianie wiszą zdjęcia arbitrów, którzy przez lata prowadzili mecze La Liga – są Carlos Velasco Carballo, Alfonso Javier Álvarez Izquierdo i José Antonio Teixeira Vitienes. Zapewne do obu pomieszczeń przed meczami ustawia się kolejka.

Playa de Levante to zwykła miejska plaża. Miejscowi nazywają Las Arenas. W miarę ciepło jest tu przez cały rok, ale Walencja nie jest typowo morskim miastem. Mówi się, rozwijała się plecami do morza. Na Las Arenas zaczęła grać drużyna, która z czasem przekształciła się w Levante U.D. Jej korzenie sięgają 1909 roku. To klub o 10 lat starszy, niż Valencia.

Uwaga piłkarskiej Hiszpanii na Les Granotes, czyli Żabach, skupiona była kilka razy. 1 marca 1981 swój pierwszy mecz w Levante zagrał Johan Cruyff. Trzykrotny zdobywca Złotej Piłki miał 34 lata. Levante grało w Segunda Divsion, a Cruyff przerwy między leczeniem kontuzji wypełniał sobie kłótniami z zarządem klubu. Wystąpił w 10 meczach, strzelił dwa gole. Levante nie wywalczyło awansu, a genialnemu Holendrowi nie płaciło na czas. Cruyff wrócił do ojczyzny. Okazało się, że w Hiszpanii skreślono go przedwcześnie. Odzyskał wielką formę, doprowadził do mistrzostwa Ajax, a potem Feyenoord.

Levante w La Liga to sytuacja tymczasowa. W całej swojej historii piłkarze z małego klubu w Walencji tylko przez 10 lat występowali w najwyższej lidze. Więcej sezonów spędzili w Segunda B, czyli na trzecim poziomie hiszpańskiej piłki. W sezonie 11/12 Levante po raz pierwszy w historii zasiadło na fotelu lidera La Liga. Drużyna weteranów i zawodników ściągniętych za darmo ostatecznie zajęła 6. miejsce w lidze. Rok później nie przynieśli wstydu w Lidze Europy. Odpadli dopiero wiosną, w 1/16 finału.

Sobotni wieczór, zajmuję swoje miejsce Estadio Ciudad de Valencia. Z głośników leci Metallica, Guns N’ Roses, a nawet w całości „Bohemian Rhapsody”. Na krzesełkach w barwach blaugrana usiadło 11 tysięcy kibiców Levante. Zestaw obowiązkowy każdego kibica obejmuje bocadillo, czyli podłużną kanapkę oraz pestki słonecznika, którymi plują pod nogi nawet dziennikarze. Kiedy w 80. minucie Celta wychodzi na prowadzenie, na trybunach została już tylko garstka kibiców. Leje deszcz, najwyraźniej dla Levante nie warto moknąć.

Co roku z drużyny odchodzą najlepsi piłkarze. Levante ściąga piłkarzy za darmo lub ich wypożycza. W ostatnich pięciu latach na zakupy wydano 700 tys. euro, z czego blisko połowę kosztował Pepe Diopa. Co roku z zespołu odchodzą najlepsi piłkarze. Najwięcej udało się zarobić na grzejącym ławkę w Realu Madryt Keylorze Navasie. Kostarykańczyk kosztował 10 mln euro. Udane transakcje to także odejścia Caicedo (7,5 mln), Iborry (6), Koné (5) i Martinsa (3).

Udało się spłacić większość długów, które jeszcze niedawno ciągnęły klub w dół. W najgorszym momencie zobowiązania Levante przekroczyły 90 mln euro. W tamtych czasach wykupienie licencji programu Prozone to był zbyt duży wydatek. Dziś długi to ok. 30 mln. Jak na warunki hiszpańskie, nie najgorzej. Większy sąsiad z Mestalla mógłby tego umiaru pozazdrościć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.