Archiwum kategorii: Czytelnia

Recenzje książek sportowych

Picie Adamsa i droga Löwa do mistrzostwa świata [RECENZJE]

Tony Adams Uzależniony

Tytuł: Uzależniony
Autor: Tony Adams, Ian Ridley, tłum. Anna Wajs-Magierska
Wydawnictwo:
SQN 2016

Pod koniec lat 90. spowiedź stopera Arsenalu była dużym wydarzeniem. Do Polski trafiła z kilkunastoletnim opóźnieniem i trochę na tym ucierpiała.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

„Uzależnionego” w oryginalnej wersji mam na półce od kilku lat. Zaglądałem do niego kilka razy, bo pojawia się w różnych zestawieniach ważnych piłkarskich pozycji, ale nigdy mnie nie wciągnął. Za dużo tu zwykłych relacji i to z meczów, które nie budzą we mnie emocji. Po polsku doczytałem do końca, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ta książka trafiła do nas za późno.

Kiedy Tony Adams, lider defensywy Arsenalu i reprezentacji Anglii, przyznał się do alkoholizmu, to było coś. Człowiek, który był od wielu lat na sportowym szczycie, opisał, jak znalazł się na dnie. Książka wyszła w 1998 roku, zebrała świetne recenzje i bardzo dobrze się sprzedała. Część wymienionych w niej zawodników znam tylko z książek, o wielu nawet nie słyszałem. Brakuje szerszego spojrzenia, ale to nie wina Adamsa. Kiedy napisał książkę, był czynnym, 32-letnim zawodnikiem. Miał przed sobą jeszcze 4 lata gry. Gorzej, że w tym roku Adams w tym roku będzie świętował 50. urodziny.

Książka jest natomiast ciekawym zapisem epoki. Poznajemy czasy, gdy rodziła się Premier League. Kiedy Adams zaczynał karierę, jego zadaniem, jak wszystkich młodych zawodników, było regularne sprzątanie szatni. Kiedy kończył z futbolem, wielu nastoletnich kolegów z szatni było już milionerami.

Adams napisał książkę razem z Ianem Ridleyem. W polskiej edycji dodano rozdział o lecie 1999 roku. Obrońca dużo pisze o swoim upodleniu. Wymienia momenty, w których alkohol zawładnął nim bez reszty. Będąc czynnym zawodnikiem na kilka tygodni trafił nawet do więzienia. Siedział w celi, gdzie za toaletę służyło wiadro. Tę część czyta się najlepiej. Nie brakuje anegdot, z kolejnych stron bije szczerość, ale jako czytelnicy to wszystko już znamy. Na przestrzeni lat książki o pozaboiskowych problemach napisało wielu piłkarzy. Opisywali walkę z alkoholem, hazardem, nawet próby samobójcze. Adams był jednym z pierwszych. Wykazał się odwagą w czasach, gdy taki ekshibicjonizm był dużo mniej popularny. Alkoholu nie pije od 20 lat.

Kibice Arsenalu polskim tłumaczeniem będą wniebowzięci, ale podejrzewam, że więcej radości da im książka, którą SQN wydało tego samego dnia, co autobiografię Tony’ego Adamsa – opowieść Johna Crossa o dwóch dekadach pracy Arsene’a Wengera.

Joachim Löw. Esteta, strateg, mistrz świata

Tytuł: Joachim Löw. Esteta, strateg, mistrz świata
Autor: Christoph Bausenwein, tłum. Agata Janiszewska
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016

Jako piłkarz był przeciętny, a jako klubowy trener więcej przegrał, niż wygrał. Ale znalazł swoje miejsce. Na mundialu w 2006 roku jako asystent, a potem na sześciu kolejnych imprezach jako selekcjoner, Joachim Löw dochodził przynajmniej do półfinału.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Schönau, Południowy Schwarzwald, 40 km od Fryburga. Stąd, by robić piłkarską karierę, w świat ruszył filigranowy napastnik. Każdorazowe zderzenie z wielką piłką było bolesne. Kontuzja i zaledwie 4 mecze w VfB Stuttgart, potem 5 goli w 24 meczach w Eintrachcie Frankfurt. Löw miał dryg do piłki, ale na jej elitę był za wolny i za miękki. Po dwóch obiecujących sezonach w 2. Bundeslidze, spróbował raz jeszcze. W Karlsruher S.C. znowu klapa. Pozostał powrót do domu, a potem gra w Szwajcarii. Dla Fryburga strzelił na drugim froncie 81 goli w 252 meczach. – Moja kariera była taka sobie, a najjaśniejszy punkt stanowiły występy w reprezentacji do lat 21 – wspominał.

Przełomowy moment w życiu nadszedł kilka lat później. Na kursie trenerskim dla byłych piłkarzy, Joachim Löw wypadł fantastycznie. Trenerskie papiery robili wtedy m.in. Matthias Sammer, Andreas Köpke i co najważniejsze dla tej historii, Jürgen Klinsman.

Na głęboką wodę Löw został rzucony w wieku 36 lat. VfB ze słynnym tercetem Bobić – Bałakow – Elber miało świetny sezon. W czasie drugiego Löw długo walczył o utrzymanie posady. Pożegnalnym spotkaniem był przegrany finał Pucharu Zdobywców Pucharów, błędnie w książce nazwanym Pucharem Europy.

W skrócie, kolejnym etapem był rok w Fenerbahce (ładna gra, ale tylko trzecie miejsce) i spuszczenie przejętego w 9. kolejce Karlsruher S.C. – Czy zna się pan na piłce nożnej? – pytali Löwa dziennikarze. W ciągu 177 dni jego zespół wygrał tylko raz. Było tak źle, że nawet nie wziął odprawy. Kolejny klub to znowu wpadka – Niemiec na pół roku przejął turecką Adanę. Efekt ten sam – spadek. Dalej dobry sezon w Tirolu Innsbruck, po którym klub wyłożył się finansowo, a po rocznej przerwie kolejna austriacka przygoda, z Austrią Wiedeń. W marcu otrzymał wypowiedzenie.

Wymieniam większość zawodowych wyzwań Joachima Löwa, bo droga, którą przeszedł jeden z najwybitniejszych selekcjonerów naszych czasów, jest fascynująca. Telefon z ofertą zadzwonił po roku na bezrobociu. Po drugiej stronie był Klinsmann. – Unia späcli dokonana – pisał „Bild”. Spätzle to mączne kluski, popularne w południowych Niemczech, skąd pochodzą obaj członkowie trenerskiego duetu z lat 2004-06. Niemiecka reprezentacja zyskała świeżość, zaczęła kojarzyć się z ofensywą, poprawiły się też wyniki. Szybko rosła też pozycja Löwa, który po dwóch latach przejął stery. W książce sporo jest analiz taktycznych pomysłów selekcjonera. rezygnacja z wielkich nazwisk

Sporo w książce o wpływach szkoły szwajcarskiej na niemieckiego selekcjonera. Löw pobierał nauki w Magglingen u Ursa Siegenthalera. Christoph Bausenwein tłumaczy też, jak wykluwała się szwabska myśl trenerska. Ragnick, Klopp i Tushel nie narodzili się na piłkarskiej pustyni. Bliżej im do miana absolwentów Harvarda, a przynajmniej ludzi, którzy wychowali się wokół profesorów.

W 2000 roku, gdy niemiecki futbol, przynajmniej jak na jego historię, stoczył się na dno, zaczęto myśleć nad planem. Głęboka reforma struktur DFB i szkolenia w klubach dała Niemcom piłkarzy, którzy grają efektownie i docierają do półfinałów wszystkich imprez. Twarzą dekady sukcesów jest selekcjoner. Największym sukcesem Löwa jest czwarta gwiazdka na koszulkach reprezentacji Niemiec. Ale nie mniej imponująca jest stabilność, jaką dał kadrze. Dziś jego nazwisko jest jedną z najlepszych niemieckich marek, synonimem człowieka godnego zaufania.

Dekada Barcelony i piłkarze w okopach [RECENZJE KSIĄŻEK]

Barça. Złota dekada

Tytuł: Barça. Złota dekada
Autor: Leszek Orłowski
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Ostatnia dekada jest najlepszą w historii. Choć przez pierwsze sto lat istnienia, Barça zbudowała reputację jednego z największych klubów na świecie, to ostatnie 10 lat to sukcesy bez precedensu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Okołobarcelońskimi książkami kibic może już zapełnić całą półkę (na blogu pisałem o książce Alfredo Relaño i rozmowach z Cruyffem, biografii Pepa Guardioli, książce Sida Lowe’a, opowieściach o Louisie van Gaalu i Robercie Enke, autobiografii Luisa Suareza oraz książce o La Masii). SQN słusznie założyło, że dobrym kandydatem na autora opowieści o najnowszej historii jest zwinny w dziennikarskich opowieściach Leszek Orłowski. Wydawca ma pewność, że tego dziennikarza kibic zna.

Przygotowanie merytoryczne Orłowskiego jest jak zwykle bez zarzutu. Książkę napisał na podstawie skrupulatnych notatek, które wykorzystywał podczas transmisji. Z oceną niektórych wydarzeń, można polemizować, ale ogólna wymowa niczym nie zaskakuje.

Dość monotonny przedmiot rozprawy ożywiają ciekawe porównania. Orłowski ma dobry język, stara się co jakiś czas obudzić czytelnika. Ale przy takiej opowieści nie jest to łatwe. Ile historii z tych zawartych w książce przeciętny czytelnik pozna po raz pierwszy? Obawiam się, że niewiele. Zarzut to do autora być może niesprawiedliwy, bo trudno oczekiwać od dziennikarza i komentatora, który pracuje w Warszawie, żeby odkrył przed nami tajemnice Camp Nou i Ciutat Esportiva Joan Gamper, gdzie toczy się codzienne życie drużyny.

Książka przypomina trochę jazdę obowiązkową – Cruyff, Rijkaard, Paryż, degrengolada, pozbycie się balastu i nadejście Guardioli, które zaczyna nowy cykl. Kibice Barcelony wszystko to znają, ale powspominać miło. Drużyna wychowanków, koronacja Messiego, wojny z Mourinho, Rzym i Londyn. Potem sezony Tito i Taty, dalej Lucho wchodzący z drużyną na szczyt.

Każdy z nas narysowałby tę dekadę podobnie. Leszek Orłowski nie miał ambicji dokonania żadnego odkrycia. Ostatnią dekadę Barcelony opisuje bardzo sprawnie. Jasno opisuje barcelońskie mechanizmy – jakie były przyczyny kolejnych ruchów transferowych, jak zmieniała się taktyka, w jakich warunkach pracowali kolejni trenerzy. Orłowski zarzeka się, że książka nie jest kroniką, choć wcale nie jest do niej daleko. Nie jest to wada. W „Złotej dekadzie” wszystko jest na swoim miejscu.

The Final SeasonTytuł: The Final Season: The Footballers Who Fought and Died in the Great War
Autor: Nigel McCrery
Wydawnictwo:
Random House Books, 2014

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Boiska zamienili na okopy. Brytyjscy piłkarze, którzy w 1914 roku zaciągali się do wojska, nie wiedzieli, że mają niewielkie szanse na powrót do domu. W Wielkiej Wojnie, jak ją krótko potem nazwano, zginęło wielu bohaterów angielskich stadionów.

Jeden z bohaterów książki, Walter Tull, był trzecim w historii Football League piłkarzem innego koloru skóry, niż biały. Urodził się w 1888 roku. Po śmierci obojga rodziców trafił do sierocińca. Jego brata adoptował dentysta z Glasgow. Edward Tull poszedł w jego ślady i został pierwszym czarnym stomatologiem w Wielkiej Brytanii. Walter został w Londynie i dostał szansę gry w klubie Clapton. W latach 1909-11 grał w ataku Tottenhamu. Zarabiał maksymalną stawkę dla zawodowca – 4 funty tygodniowo, czyli równowartość dzisiejszych 400. Jako syna Barbadosana, potomka niewolników, regularnie lżono go z trybun. Tull trafił do rezerw Spurs, ale wyciągnął go stamtąd Herbert Chapman. Legendarny manager Arsenalu pracował wtedy w Northampton Town. Ściągnął go do drużyny, w której ten zagrał 111 meczów. Ostatni w 1914, krótko zanim zaciągnął się do wojska.

Piłkarze byli wtedy na cenzurowanym. Gdy wybuchła wojna, a wciąż rozgrywano mecze i to na pełnych stadionach, część opinii publicznej była oburzona. Pojawiły się opinie, że król Grzegorz V powinien zrezygnować z patronowania Football Association. Sir Arthur Conan Doyle apelował w prasie, by obudzić w piłkarzach patriotycznego ducha. Jeśli ktoś jest zdolny do gry w piłkę, to może też stanąć na polu bitwy.

Walter Tull jak wielu zawodników, sam zgłosił się do tzw. Batalionu Piłkarskiego (17th (Service) Battalion, Middlesex Regiment). Po szkoleniu trafił w okopy bitwy nad Sommą, największej w I wojnie światowej. Po trzech dniach nieustannego, największego wówczas ostrzału artyleryjskiego w historii, alianci zostali zaatakowani gazem. Tull, w stanie szoku wrócił do Anglii, trafił do szpitala. Kiedy znów trafił na pierwszą linię frontu, został podporucznikiem, choć oficjalnie przepisy na to nie pozwalały. Żołnierze, których przepisy kwalifikowały jako „aliens” i „negroes”, nie mogli mieć zostać oficerami.

Za zasługi na polu walki, już jako jeden z dowódców, Tull został odznaczony. Niemiecka kula dosięgła go 8 marca 1918 roku. Koledzy chcieli dotrzeć do jego ciała, próbował m.in. Tom Bilingham, w cywilu bramkarz Leicester Foose, ale okazało się to niemożliwe. – Dla swojej ojczyzny poniósł największą ofiarę – przeczytał w telegramie Edward Tull. Pomnik poświecony Walterowi Tullowi stoi dziś obok Sixfields Stadium w Northampton.

Trwająca od lipca do listopada 1916 roku bitwa nad Sommą pochłonęła życie 485 tys. brytyjskich i francuskich żołnierzy (inni autorzy podają jeszcze wyższe liczby). 72 tys. ciał nie odnaleziono. Tylko w czasie pierwszego dnia szturmu Brytyjczycy stracili blisko 60 tys. ludzi. Po stronie państw centralnych zginęło 630 tys. osób. Efekt gigantycznej ofensywy to przesunięcie linii frontu o 10 km na odcinku 25 km.

„Arsene Who?” i piłka w czasie okupacji [RECENZJE]

Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy

Tytuł: Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy
Autor: John Cross, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:
SQN, 2016

O ile łatwiejsze życie miałby Arsène Wenger, gdyby robił to, czego oczekują od niego kibice. Czy leżące na koncie pieniądze nie byłoby lepiej wydać na środkowego napastnika? We wrześniowych meczach wystarczyłoby więcej, niż zwykle, szaleńczych podskoków przy linii bocznej. Eksperci to kochają, nazywają przekazywaniem pasji zawodnikom. Francuz mógłby robić to, na co ludzie czekają, ale wtedy nie byłby sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

O ile o źródła jego transferowej wstrzemięźliwości są dość dobrze rozpoznane, to powody zachowania managera na ławce zaskakują. W 2014 roku Wenger był w bardzo trudnej sytuacji. Oddech dało mu zwycięstwo w Pucharze Anglii. Ale kiedy sięgał po trofeum, starał się nie komenderować zawodnikami ze swojej strefy technicznej. – Czasami podejmuję świadomy wysiłek, by rzadziej wstawać z miejsce i podchodzić do linii bocznej. Tak to już jest, że człowiek przy linii bocznej jest cały spięty. Można w ten sposób wywrzeć negatywny wpływ na zawodników – tłumaczy Wenger. Ciekawe tym bardziej, że wielu trenerów uprawia przy linii bocznej show, które ma dodać energii zawodnikom albo chociaż przekazać widzom, że trenerowi zależy. Wenger wiele razy wściekał się na piłkarzy, ale stara się na nich nie krzyczeć. Boi się, że to mogłoby ich zablokować.

Wierność swoim zasadom to cecha Wengera, którą John Cross podkreśla co kilka stron. Dziennikarz, który pisze o Arsenalu w „Daily Mail”, książkę „Arsene Wenger: The Inside Story of Arsenal Under Wenger” wydał w zeszłym roku. Polska edycja została uaktualniona o ostatni sezon.

To droga od pytań „Arsene Who?”, gdy Wenger był odbierany jako krzyżówka francuskiego profesorka i inspektora Clouseau, do ikony Premier League. Kiedy dwie dekady temu Francuz trafił do Anglii, liga nie przypominała międzynarodowej maszynki do zarabiania pieniędzy, którą jest obecnie. Grający na zabytkowym Highbury Arsenal miał w drużynie kilku alkoholików, jedynego w lidze trenera spoza Wysp i sporo wewnętrznych problemów. Wtorkowe imprezy kończyły się w czwartek, o diecie nikt nie słyszał, a na boisku drużyna pozostawała synonimem nudnej gry. Na pierwszy trening Wenger przyjechał metrem. W dość krótkim czasie osiągnął spektakularne sukcesy. Klub przeszedł rewolucję na niemal wszystkich polach, ale Francuz postawił na odziedziczoną po poprzednikach defensywę, która przerastała wszystkie kolejne (David Seaman, Tony Adams, Steve Bould, Lee Dixon, Martin Keown i Nigel Winterburn).

Niemal jak Wenger w Arsenalu, po ciekawym początku, wpadamy na mielizny. Musimy przejść przez kolejne sezony i dylematy Wengera. Najlepiej wypada druga połowa książki. Wenger tłumaczy zasady, które doprowadziły go do tego, że jako utytułowany trener, w swoim 1000. meczu w Arsenalu przeżył koszmar pt. „0:6 z Chelsea”. Wiele osiągnął, ale na koncie ma też porażki. Często zżera go frustracja.

Nawet w chudych latach Arsenalu Wengera, wyniki były lepsze, niż w wielu klubach, które wcześniej budowały swoje stadiony. Klub zaciskał pasa, ale miało to sens. W swoim długofalowym planie, Francuz nie przewidział dwóch wydarzeń. Rzeka pieniędzy popłynęła do dwóch klubów, które w krótkim czasie przeskoczyły Arsenal finansowo i sportowo. Chelsea i Manchester City zaczęły operować kwotami, o których Wenger mógł tylko pomarzyć. Trofea znów się oddaliły. Celem Arsenalu była czołowa czwórka, czyli gra w Lidze Mistrzów. Wenger nie ukrywał, że to dla niego ważniejsze, niż wygranie Pucharu Anglii, czy Pucharu Ligi Angielskiej. Głównie chodziło o pieniądze, ale nie tylko. – Gdy chcę pozyskać najlepszych piłkarzy, to nie pytają, czy klub zdobył te puchary, ale czy gra w Lidze Mistrzów – mówi Wenger.

Portret dość kompleksowy, 400 stron dobrej roboty. Książka ciekawsza od wydanej także przez SQN autobiografii Tony’ego Adamsa. Ale o tym w kolejnym wpisie w ramach „Czytelni”.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Piłka nożna w okupowanym KrakowiePiłka nożna w okupowanym Krakowie
Autor: Stanisław Chemicz
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie, 1982

Zaplanowane na 3 września 1939 roku derby Cracovia – Wisła już się nie odbyły. Część piłkarzy była już na froncie, inni uciekali na wschód. Pierwszy mecz w warunkach okupacji rozegrano 22 października. W Bronowicach starcie Wisły z Krowodrzą oglądały ponoć 4 tys. kibiców. Wiosną 1940 roku zaczęto organizować mistrzostwa Krakowa.

Książka o warszawskich meczach w czasie okupacji tak mnie wciągnęła, że będąc w stolicy wybrałem się do Parku Żeromskiego. W piłkę grano tam nielegalnie, z narażeniem życia. Podobna książka, o piłce w Krakowie, powstała w latach 80. Autorem jest Stanisław Chemicz, piłkarska gwiazda Cracovii i trenerska Wisły Kraków. Były zawodnik wydał skróconą wersję swojej rozprawy doktorskiej.

W pierwszych meczach po kampanii wrześniowej, jak na podwórku, jedna drużyna grała w koszulkach, a druga bez. – Nawet był taki mecz między Cracovią i Wisłą, gdzie losowaliśmy, kto ma grać w koszulkach i tak się złożyło, że Wisła grała w koszulkach należących do Cracovii – wspominał Mieczysław Gracz.

Z czasem nasiliły się łapanki i represje. W drugiej połowie 1942 roku życie piłkarskie zamarło całkowicie. Po informacji o zasadzce gestapo, w sierpniu odwołano derby. Rok później władze rozgrywki znów stanęły pod znakiem zapytania, ale z innych powodów. W meczu Łagiewianka – Wisła gościom groziło pobicie. Zwołano delegatów zespołów „celem zastanowienia się, czy w tych warunkach możliwe jest kontynuowanie zawodów o mistrzostwo”. Napięcie wśród zespołów było tak duże, że ustalono, że pojawił się pomysł, by gospodarze boisk nie będą grali u siebie. W 1944 roku doszło do rozłamu. Powodem był m.in. spór o liczbę drużyn w rozgrywkach. Część klubów powołała swoje rozgrywki. – Zarząd Bocheńskiego KS w Bochni oświadcza, że nie przystępuje do jakiegokolwiek nowego tworu mającego na celu siać ferment i niezgodę (…), a zorganizowanego przez osobników chytrych i niepoczytalnych – brzmiało jedno z oświadczeń.

Niesamowitą historię ze swojego życia opowiada Władysław Giergiel. Latem 1943 roku piłki w Krakowie było niewiele i wiślacy planowali kolejny mecz w Warszawie. – Coś mi mówiło, żeby nie jechać – opowiadał Giergiel. O 3 nad ranem pociąg wypełniony niemieckimi żołnierzami ostrzelali partyzanci. – Kula, która mnie ugodziła, trafiła najpierw w szynę tworzącą obramienie drzwi i odbiła się rykoszetem już spłaszczona, a więc powodując rany szczególnie rozległe. Najpierw przebiła mięsień lewej nogi, a potem w prawej nodze strzaskała mi kość w aż dziewięciu miejscach.

Władysław Giergiel wrócił do piłki. Po wojnie zaliczył nawet występ w reprezentacji. Został trenerem, prowadził kilkanaście zespołów. Zmarł w 1991 roku.

Cracovia i pluszowy apartheid [RECENZJE KSIĄŻEK]

Cracovia znaczy Kraków

Tytuł: Cracovia znaczy Kraków
Autor: Tomasz Gawędzki
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Z Parku Jordana, przez Błonia, do obecnego stadionu przy Kałuży. W książce o historii Cracovii mkniemy przez 110 lat polskiej piłki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W 1910 roku, żeby dotrzeć z Krakowa do Warszawy, niezbędny był paszport. Nie dostał go Richard Singer, który razem z Cracovią miał pojechać na mecze z Varsovią i Koroną. Ominęła go nie tylko walka na boisku, ale także szczegółowa kontrola na granicy rosyjsko-austriackiej. Żandarmeria chciała skonfiskować biało-czerwone koszulki jako „nielegalne polskie flagi”. Co gorsza, w torbach znaleziono „wywrotowe książki” – przepisy do gry w piłkę nożną wydrukowane w Krakowie przez Anglika. Pomogły wyjaśnienia, że książki to prezent dla Warszawskiego Koła Sportowego. Na boisku prezentów już nie było. Cracovia pokonała Koronę Warszawa 10:0.

W książce Tomasza Gawędzkiego najbardziej spodobały mi się cytaty z prasy. W 1922 roku, gdy Cracovia rozbiła na wyjeździe Ruch 7:0 a na stadion przyszło 800 osób, „Przegląd Sportowy” miał dla klubu ze Śląska kilka porad.

„Publiczność w obu dniach znikoma (najwyżej 800 osób). Niemcy na mecze polskich drużyn nie chodzą, polscy zaś robotnicy wolą spędzać niedziele na piciu i tańcach (…). Na zakończenie przyjacielska rada dla braci sportowców z Górnego Śląska. Jeśli chcą, aby goście od nich odjeżdżali zupełnie zadowoleni z przyjęcia, to powinni: 1) wystarać się o lepszy nocleg, niż na siennika w szkole, zajętej przez wojsko (…) 2) zaprowadzić ich na boisko, by nie byli zmuszeni prawie godzinę błądzić po mieście (…) 3) rozegrać mecz w takim czasie, by goście mogli odjechać ostatnim wieczornym pociągiem”.

Fascynujące są m.in. fragmenty o meczach w czasie okupacji, podróżach na mecze saniami i noworocznych treningach, tradycji przecież wyjątkowej. 1 stycznia 1930 po sylwestrowej zabawie na mecz nie dojechał zespół z Załęża. W Nowy Rok Cracovia wewnętrzne mecze gra do dziś.

Materiałów na świetne historie jest tutaj mnóstwo. Józef Piłsudski na meczu, remis na Les Corts w Barcelonie, czy relacja z meczu reprezentacji, gdzie na 13 powołanych zawodników, 7 grało w Cracovii. Ale jak opowiedzieć 110 lat na 440 stronach? Ciężko, jeśli chce się opisać każdy sezon, w którym klub nie był na peryferiach.

Książka Gawędzkiego nie jest wielką opowieścią o najstarszym polskim klubie. To bardziej opis przedwojennych meczów, relacja z kolejnych sezonów. Rzetelna robota. Największy problem to brak bohaterów. To oni powinni prowadzić nas przez kolejne okresy w historii klubu. Choć wielkich postaci w historii nie brakuje, to autor postawił na systematyczne opisywanie kolejnych rozgrywek. Wiele fragmentów to mielizny, w których za dużo wyników, a za mało żywych postaci. A kto nie chciałby przeczytać o piłkarzach, którzy wygrali mecz 2,5:1?

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Aborygeni i konsumenci

Tytuł: Aborygeni i konsumenci. O kibicowskiej wspólnocie, komercjalizacji futbolu i stadionowym apartheidzie
Autor: Dominik Antonowicz, Radosław Kossakowski, Tomasz Szlendal
Wydawnictwo: Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, 2015

Pluszowy apartheid w czasach supermarketyzacji futbolu. To brzmi poważnie. Odczucia kibiców, które lądują na twitterze jako #AgainstModernFootball, filozofowie z PAN usystematyzowali i wydali jako pozycję naukową.

O tym, że sprawa jest poważna, mówi choćby 20-stronicowa bibliografia. Wydawcą książki jest Instytut Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk a pieniądze dołożył Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Tytuł wprowadzenia mówi o kibicach industrialnych, czyli starego typu, w turbokapitalizmie. Ci kibice, przeciwnicy supermarketyzacji piłki nożnej, to często tytułowi „aborygeni”, ulokowani na peryferiach piłki nożnej. Dzicy, niepotrafiący dostosować się do rzeczywistości.

Autorzy, za Immanuelem Wallersteien, dzielą piłkarski świat na futbolowe centrum, peryferia i półperyferia. Te ostatnie, wielkie kluby kolonizują, np. dzięki letnim tournee. Jako przykład wymienieni są polscy kibice Barcelony, którzy w 2013 roku wspierali swój klub w towarzyskim meczu z Lechią. Byłem, widziałem, choć to był tylko sparing, sam z zadowoleniem oglądałem zrywy Neymara, a nie Piotra Grzelczaka, choć ten drugi strzelił ładniejszego gola. Autorzy są dość radykalni. Efekty raportu Taylora nazywają „tyranią bezpieczeństwa”, krytykują wysokie kary za odpalanie rac na polskich stadionach. Sporo tu ciekawych, choć znanych przykładów, choćby klubu Red Bull Salzburg. Z oceną wydarzeń krajowych można polemizować. Zdaniem autorów „straszenie kibolstwem” było elementem strategii wyborczej w 2011 roku i miał służyć „stygmatyzacji zwolenników PiS”.

Interesujący jest m.in. wątek o nowych obiektach, na których grają piłkarze. Sam staram się jeździć na stadiony z historią. Na nowych nie ma w nich ducha, ale przynoszą konkretne pieniądze. Pierwszym stadionem czwartej generacji była Amsterdam Arena – obiekt wygodny, również na koncert, ze skyboxami i sklepami. Na stadionie piątej generacji, boisko jest już tylko dodatkiem. Stadiony-miasta to w większości centra rozrywki – kina, centra handlowe, hotele. Miejsca, gdzie wszystkie potrzeby konsumenckie mogą zostać zaspokojone. Wśród nich koncert Madonny lub obejrzenie meczu, w zależności, od tego, co jest w ten weekend w programie.

Komercjalizacja, która zżera istotę futbolu, postępuje z każdym rokiem. W niektórych krajach utowarowienie kibica sprawiło, że fani nowego typu, śpiewów nie lubią. Krzyki oddalają nowego kibica od poczucia bezpieczeństwa, wzoru zachowań, które zna z centrum handlowego. Słusznie piętnowana jest w książce niechęć UEFA do miejsc stojących nazywają nieracjonalną. Działają doskonale w Bundeslidze, nie powodując żadnego wzrostu agresji.

W Polsce, kibice hardcore’owi zapewniają wrażenia, za które ci „normalni” są w stanie zapłacić. Akurat do tej tezy nie ma żadnych przypisów. Szkoda, bo jestem ciekaw, ile osób faktycznie woli zapłacić więcej za zorganizowany doping na przeciwległej trybunie.

Wilimowski [RECENZJA KSIĄŻKI]

Wilimowski Jergović

Tytuł: Wilimowski
Autor: Milijenko Jergović, tłum. Magdalena Petryńska
Wydawnictwo:
Książkowe klimaty, 2016

Brazylia: Batatais, Machado, Hércules, Lopes, Leônidas, Martim, Perácio, Romeu, Zezé Procópio, Domingos Da Guia, Afonsinho.
Polska: Madejski, Piec, Scherfke, Wilimowski, Wodarz, Szczepaniak, Dytko, Piontek, Góra, Nyc, Gałecki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

 

Ernest Wilimowski w tej krótkiej powieści pojawia się tylko pośrednio. Jest dla bohaterów postacią, o której wyczynach usłyszeli dzięki wielkiej antenie, wywołującej trwogę u mieszkańców osady w Dalmacji. Wilimowski daje nadzieję, pozwala uciec do innego, być może bardziej realnego świata.

Lato 1938 roku. Przez jugosłowiańską, górską wioskę przechodzi osobliwy orszak – niesione, chore na gruźlicę kości dziecko (w którym miejscowi chcą widzieć szatana), jego ojciec – krakowski profesor, nauczyciel oraz opiekunka. Szukają hotelu, o którym nie mają pewności, że istnieje. 5 czerwca słuchają radiowej relacji z meczu mistrzostw świata. Ernest Wilimowski strzela 4 bramki, ale Polska i tak przegrywa z Brazylią.

Milijenko Jergović, kibic Željezničara Sarajewo, wielokrotnie podpadł chorwackiemu establishmentowi, więc pierwsze wydanie jego najnowszej książki miało miejsce w Polsce. Niektórzy ktytycy nazywają go najważniejszym współczesnym pisarzem bałkańskim. W „Wilimowskim” połączył klimat „Czarodziejskiej góry”, wiejskich legend i „The Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona. To historia bez wyraźnej puenty, opowiedziana przez narratora, który nie wie wszystkiego. Piłka jest tu zarówno obrzędem, jak i wstępem do wojny. Katastrofę już widać na horyzoncie.

Historię Wilimowskiego, który urodził się dokładnie sto lat temu, kibice znają. Ernst Otto Prandella został adoptowany przez drugiego męża swojej matki. Górnoślązak, piłkarz niemieckiego 1. FC Kattowitz i polskiego Ruchu Hajduki Wielkie. Grał w reprezentacji Polski a w latach 1941-42 osiem razy w kadrze III Rzeszy. Po wojnie do Polski nie wrócił, bał się, wielokrotnie prasa opisywała go jako zdrajcę. Zmarł w 1997 roku w Karlsruhe. Od dawna słychać o mającej powstać biografii opisującej życie być może najlepszego polskiego piłkarza.

Autora opowiadającego o książce można poczytać tutaj i posłuchać tutaj. Fragment książki tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Siła marzeń. Tajemnica sukcesu FC BarcelonaSiła marzeń. Tajemnica sukcesu FC Barcelona
Autor: Albert Puig, tłum. Tomasz Wiśniowski
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2012

Cieniutka książeczka napisana została głównie z myślą o rodzicach. Ci, którzy stają się fanatykami piłkarskiego talentu swoich dzieci, zazwyczaj im szkodzą.

W 2007 roku zespół Alevin B FC Barcelony celowo dał sobie strzelić bramkę. Chwilę wcześniej Blaugrana trafiła do siatki wskutek nieporozumienia. Jeden z zawodników nie domyślił się, że piłkę trzeba oddać, bo Espanyol wybił ją na aut w celu udzielenia pomocy medycznej kontuzjowanemu zawodnikowi. Za gest, który w piłce młodzieżowej powinien być normą, posypały się nagrody fair play. Padła też propozycja, by trener 11-latków napisał książkę.

W latach 2010-14 Albert Puig był jednym z koordynatorów w La Masii. Teraz łączy pracę w Cordobie i piłkarskiej federacji Gabonu. W 2009 roku, gdy pisał książkę, był jednym z trenerów w La Masii. Projekt firmował klub, więc autorowi nikt nie odmówił kilku zdań.

Tytułowych tajemnic sukcesu nie poznamy, większość książki jest wtórna. Ale niektórzy rodzice mogą do niej zajrzeć. Wygrywać czy wychowywać? Uczestniczyć czy rywalizować. O ile o samotności Andresa Iniesty w La Masii słyszał każdy, to kilka opinii zapada w pamięć. Swoje robią też nazwiska osób, które zdołał przepytać Puig. – Piłkarz musi ufać trenerowi, a ten nie może go oszukać. (…) Wraz z pierwszym kłamstwem, traci się zawodnika bezpowrotnie – mówi Pep Guardiola.

Luis Enrique opowiada, w czym pomógł mu futsal. Wspomina, jak w Sportingu Gijon podziękowano dwóm nastolatkom – jemu i Abelardo. Jedynym w całym regionie, którzy kilkanaście lat później mieli po 50 występów w reprezentacji. – Na czym ludziom w Sportingu wtedy zależało? Żeby wychowywać piłkarzy czy żeby wygrywać mecze? – pyta Lucho.

Nie wszyscy wychowankowie Barcelony mają podobne zdanie na każdy temat. – Bardziej cenię tego, który korzysta z talentu, niż takiego, który mocno się stara – mówi znany z niechęci do biegania Charly Rexach. Carlesowi Puyolowi z kolei nikt nigdy nie powiedział, że nie dał z siebie wszystkiego. Przeciwnie, kilku trenerów poprosiło go, żeby na treningach trochę przyhamował.

Thierry Henry porównuje sport w Europie i USA, gdzie częściej zajęcia sportowe są zintegrowane z lekcjami w szkole. – Za oceanem sport jest wszędzie. W Europie wielu wystarcza godzina w tygodniu – mówi Henry. Mazinho, ojciec Thiago i Rafy Alcantary, nie uważa, że dzieci powinny słyszeć, że w sporcie najważniejsze jest uczestnictwo. – Chodzi o rywalizację – mówi. Wymagania w Barcelonie są specyficzne. Kiedy drużyna młodzieżowa Xaviego zakończyła passę 24 zwycięstw z rzędu, rozgrywający płakał w poduszkę.

Śmieciowy futbol [RECENZJA KSIĄŻKI]

Futbolowa rewolucja

Tytuł: Futbolowa rewolucja. Kibice wkraczają do gry
Autor: Jim Keoghan, tłum. Janusz Zołociński
Wydawnictwo:
Ciepło/Zimno, 2016

Na każdą porywającą serce historię o Wimbledonie, który odrodził się dzięki kibicom, przypada przynajmniej jedna, gdzie kibice nie dali rady przejąć klubu i kolejna, w której objęli władze i nie dali rady go podźwignąć.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To książka dla tych, którzy chcą iść na mecz bez uczucia, że kupują bilet jak na blockbuster w multipleksie. Siedząc na trybunach nie chcą być klientem i są gotowi na zawsze pożegnać się z marzeniami o pucharach. Jeszcze w 1960 roku maksymalna stawka dla piłkarza wynosiła 20 funtów i była o 5 wyższa, niż średnia pensja robotnika. Limit zniesiono a zabawa na całego zaczęła się od powstania Premier League i kontraktu z telewizją BSkyB. W latach 1992-2002 płace piłkarzy wzrosły o 1508 proc. Płaca robotnika o 186. Równie mocno jak pensje, poszły w górę ceny biletów. Stojącego za bramką robotnika wymieniono tam na zajadającego kanapkę z krewetkami pracownika biurowego. W 1990 roku najtańsze bilety na Arsenal, czy Liverpool, kosztowały 4-5 funtów. W roku 2011 45-51. Premier League oderwała się od reszty ligowej piramidy. W latach 60. czwartoligowy mecz kosztował tylko o 1/4 mniej, niż w First Division. Teraz Premier League jest droższa o ponad 250 proc.

W 1992 na skraju bankructwa stanęło Northampton Town. Jeszcze w latach 50. kibice klubu, za pomoc w sfinansowaniu oświetlania, dostali naszywkę a jeden z nich prawo do corocznego wypicia drinka z władzami klubu. Tym razem, gdy fani Northampton wykupili klub, postanowili nim zarządzać.

Za oddolnymi i spontanicznymi akcjami stoją ludzie, którzy toną w papierach i użerają się z biurokracją. Jim Keoghan tłumaczy jak zbierano kapitał, przekonywano syndyka i radzono sobie z zarządem komisarycznym. W 2011 roku, w ustawie o decentralizacji uprawnień decyzyjnych zapisano, że lokalna społeczność może wykupić „aktywa o wartości społecznej”. Pierwszeństwo w wykupieniu sklepiku wiejskiego, pubu, czy stadionu, które zostały wpisany na listę, mają mieszkańcy.

Autor Jim Keoghan to fan Evertonu, któremu rodzice powiedzieli, że do kibiców Liverpoolu Święty Mikołaj nie przychodzi. Nie ucieka od historii, z których nie warto brać przykładu. Mamy więc osobny rozdział o ikonie ruchu AFC Wimbedon, FC United of Manchester, czy Exeter City, ale wiemy też, gdzie sprawy poszły nie tak, jak planowano. W tym gronie są takie kluby jak Notts County, najstarszy zawodowy klub na świecie, York City, Brentford FC, czy Stockport County, które po przejęciu przez kibiców utknęło w niższych ligach. Wartość wielkich klubów jest tak ogromna, że kibicom trudno myśleć o ich przejęciu. Ale próbują. W Arsenalu, którego pojedyncza akcja jest wyjątkowo droga, dzięki organizacji kibicowskiej, dzięki stowarzyszeniu kibiców, można kupić jej część.

Punk football ostatnio święci triumfy w Wielkiej Brytanii, ale ten model jest wymagany prawem w Niemczech. Keoghan opisuje, jak wymóg „50%+1” obchodzi RB Lipsk. Europejska moda dotarła także nad Wisłę. Pierwszym polskim klubem, który przedstawia się jako demokratyczny, jest AKS Zły. W tym sezonie wystawi dwie drużyny – męską i żeńską, w B-klasie i III lidze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession

Tytuł: Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession
Autor: Iain Macintosh, Kenny Millar, Neil White
Wydawnictwo:
BackPage Press, 2012

„Miałem dziewczyny, których nie kochałem tak bardzo, jak Sothend United, z którymi wygrałem Puchar UEFA (CM97/98), przyjaciół, których znałem słabiej, niż rezerwy Nottingham Forest (CM01/02). Dlaczego nigdy siedziałem przed komputerem do 3 nad ranem, żeby pisać książkę, a robiłem to wielokrotnie, gdy wprowadzałem Welling do Conference South (FM07)?” – pisze Iain Macintosh, dziennikarz „The Guardiana”. Z pytaniami, czy uzależnienie od Football Managera niszczy jego życie, trafił na kozetkę psychoanalityka (to świetne i zabawne opowiadanie można przeczytać tutaj).

Młodych ludzi, którzy kładli się do łóżka myśląc o wyczynach geniuszy piłki z „finishing”, czy „dribbling” 20, można liczyć w milionach. Cherno Samba, w grze godny następca Pelego, opowiada, że z łatką gwiazdy CM-a, żyje od dekady. – Podaję kartę w sklepie, ktoś patrzy na moje nazwisko i zaczyna opowiadać, ile trofeów razem wygraliśmy – opowiada. Takich wypowiedzi zebrano w książce kilkadziesiąt. Gareth Jelleyman ciągle słyszy co się stało, skoro w grze był wielki, a kariery nie zrobił. Pedro Moutinho dostał kontrakt w Falkirk na podstawie statystyk z CM-a.

Opowiadania z cyklu footbal fiction porwą chyba tylko fanów, ale historie graczy są o wiele bardziej uniwersalne. O swoim życiu opowiadają ci, którzy dzięki grze znaleźli pracę oraz tacy, którzy szukając dobrego lewego obrońcy do Conference, zawalili studia. Simon Furnivall kopiąc ze złości w biurko cztery razy łamał sobie palce u stóp – najgorzej było, gdy Scunthorpe, walcząc o Premier League, przestrzeliło karnego w ostatniej minucie. Do wirtualnych bohaterów gracze piszą na Facebooku albo zatrzymują ich na ulicy. Inni lecą na drugi koniec Europy, do miejsca, gdzie odnieśli największe zwycięstwa w swoim życiu. Czytamy opowieści takich, którzy zakładali garnitury, gdy siadali przed komputerem, by zagrać w finale FA Cup.

Książka to kilkadziesiąt opowiadań, setki wypowiedzi. Głos zabierają autorzy gry, w tym pierwszej wersji z lat 80. (na 20 wydawców, 1 wyraził zainteresowanie). Kolejne odsłony Championship i Football Managera, zmieniły nie tylko życie niedoszłych gwiazd, ale też rzeczywistość niektórych klubów. W ramach rywalizacji na jednym z forów, należało osiągnąć jak najlepsze wyniki walijskim Bala Town. Klubowy twitter zaczął się zapychać od pytań o taktykę. Klub z czasem zaczął wchodzić w FM-owy świat, co spowodowało wzrost sprzedaży biletów i koszulek.

O godzinach spędzonych przed monitorem opowiada nawet Jonathan Wilson, taktyczny guru. W ramach eksperymentu, próbował odwracać taktyczną piramidę. Sunderland miał grać od 1-2-7, potem 2-3-5, W-M itd. – Dzięki tej grze każdy na świecie wie, kim jest AM R/L – opowiada.

– Przy biurku w redakcji Sunday Times, na pięć osób tylko jedna nie grała i to tylko dlatego, że bała się, że wpadnie w uzależnienie. Wcześniej myślałem, że jestem sam. Moje najlepsze chwile, League Cup z Stirling Albion i pomnik przed Forthbank, przeżywałem w samotności – pisze Neil White. Mam to samo. Grę rzuciłem dekadę temu, bo była zbyt czasochłonna. Ale Ligę Mistrzów wygraną z Milwall, z Juniorem Khanye, Fredym Guarinem i Lebohangiem Mokoeną, zdarza mi się wspominać do dziś.

Książka, którą powinien przeczytać Nawałka [RECENZJA]

Soccernomics

Tytuł: Soccernomics
Autor: Simon Kuper, Stefan Szymanski
Wydawnictwo:
Nation Books

Gdyby tę książkę przeczytał Adam Nawałka, Polska miałaby większe szanse na wygranie konkursu rzutów karnych z Portugalią. Szanse zwiększyłyby się tylko teoretycznie, ale jak wszystko w „Soccernomics”, to twierdzenie ma poparcie w liczbach.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Ignacio Palacios-Huerta w 2008 roku przesłał Avramowi Grantowi swoje przemyślenia na temat rzutów karnych. Chelsea przygotowywała się do finału Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Bask zauważył, że Van der Sar częściej, niż inni bramkarze, rzuca się w naturalną stronę strzelca (w finale 4 razy na 6 pierwszych prób). Jeśli karnego wykonuje prawonożny – rzuca się w swoją prawą stronę. Jeśli Ronaldo zatrzyma się przed karnym, na 85 proc. strzeli w prawy róg bramkarza. I najprostszy do realizacji punkt z rozpiski Baska – zwycięzca losowania nie ma nad czym myśleć – powinien wybrać możliwość strzelania karnych jako pierwszy. Losowanie wygrali United, a Rio Ferdinand, pytająco zerknął na ławkę rezerwowych. John Terry, który znał statystyki, zaoferował, że jego zespół może strzelić jako pierwszy. Ostatecznie United zaczęli konkurs jako pierwsi.

Opublikowane w 2003 roku badania Ignacia Palacios-Huerty pokazują, że na 129 konkursów rzutów karnych aż 60 proc. wygrał zespół strzelający jako pierwszy. Dowody na przewagę pierwszego strzelca są przytłaczające. W badaniach Kochera, Lenza i Suttera oraz statystykach firmy Prozone, wyniki były rozbieżne (od 53 do 75 proc.), ale za każdym razem większą szansę na wygraną mieli ci, którzy konkurs zaczynali. Robert Lewandowski na EURO 2016 dwukrotnie wygrał losowanie i dwa razy wybrał strzelanie po rywalach.

Zdaniem Bena Lyttletona, autora „Twelve yards”, książki o rzutach karnych, dodatkowa presja mogła przyczynić się do tego, że Jakub Błaszczykowski ruszył do wykonania karnego tuż po gwizdku (jak Thomas Müller z Włochami). To jeden z błędów, które świadczą o zbyt dużych nerwach. Są mniejsze, gdy karnego wykonuje się jako pierwszy w serii.

Prawd o karnych jest sporo. Tak naprawdę strzelec zależy tylko od siebie, bo jeśli uderzy dobrze – mocno, przy słupku, strzał jest nie do obrony. W związku z tym wskazane jest, żeby strzelający dużo wcześniej wiedział, gdzie strzeli. Jeśli w dniu meczu wstaje rano i wie, że uderzy w lewy róg, a na treningach trafiał w boczną siatkę 95 razy na sto, jest spokojniejszy. Róg powinien wybrać patrząc na swoje wcześniejsze karne i to tak, żeby kolejne strzały nie układały się w żaden wzór.

O rzutach karnych Simon Kuper (ma na koncie m.in. „Futbol w czasach Holokaustu”, „Football Men” i wiele rewelacyjnych artykułów, obecnie w „Financial Times”) oraz ekonomista Stefan Szymanski, napisali w „Soccernomics” ponad 20 stron, jak zawsze, żonglując cyframi i przykładami. Zgodnie z podtytułem, książka tłumaczy, dlaczego transfery są nietrafione, Hiszpania została mistrzem świata, a Anglia ciągle przegrywa. Autorzy wyjaśniają, dlaczego blondyni są droższymi piłkarzami (to nie żart), jakie jest powiązanie wydatków transferowych i wyników (spore), budżetu płac i wyników (ogromne), dlaczego gwiazdy turniejów są przepłacone a nowy manager powinien mieć zakaz robienia transferów.

Nawet historię Pucharu Europy można podzielić naukowo. Od 1956 do końca lat 60. wygrywały głównie kluby z krajów faszystowskich. 7 z 16 przegranych finalistów to kluby z faszystowskich stolic (Madryt, Lizbona, Ateny). Dalej mamy sukcesy małych miast, klubów z demoludów i tych, które w XIX wieku przeżyły boom gospodarczy. W sumie, przez 42 lata nie wygrała żadna drużyna ze stolicy demokratycznego państwa. Autorzy badali też, jak na możliwości reprezentacji wpływa bogacenie się społeczeństwa lub jego demokratyzacja. Ponad 400 stron świetnej lektury, na o wiele wyższym poziomie, niż wydane w Polsce „Futbol i statystyki”.

Życie jak dobry mecz

Tytuł: Życie jak dobry mecz
Autor: Włodzimierz Lubański, Michał Olszański
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Na „kulawiku”, piasku wymieszanym z żużlem w Sośnicy, dziś dzielnicy Gliwic, regularnie grało ok. 10 chłopaków. Czterech trafiło potem do I ligi – Joachim Marx, Krystian Hanke, Zygmunt Dudys i największa gwiazda przełomu lat 60. i 70. – Włodzimierz Lubański.

„Życie jak dobry mecz” to kolejne wspomnienia Lubańskiego. W 2008 roku wydał książkę z Przemysławem Słowińskim, wcześniej z Krzysztofem Wyrzykowskim. W wywiadzie rzece wydanym przez „Wydawnictwo Literackie”, pytania zadaje Michał Olszański, znany dziennikarz radiowej „Trójki” i prowadzący „Magazyn Ekspresu Reporterów” w TVP2. Ta książka przeszła niemalże bez echa i patrząc na jej zawartość, trudno się dziwić. Krótka, wygładzona, bez nowych faktów.

Historię Włodzimierza Lubańskiego poznajemy chronologicznie. Od Gliwic lat 60., przez wielkiego Górnika, finał PZP, reprezentację Górskiego, kontuzję, belgijskie Lokeren po piłkarską emeryturę we Francji. Najwięcej dowiedziałem się o końcówce kariery Lubańskiego. W wieku 35 lat dostał od Erwina Wilczka ofertę gry w Valenciennes. Trzy razy w tygodniu dojeżdżał na treningi ponad sto kilometrów. Efekt – 28 goli i tytuł króla strzelców w drugiej lidze francuskiej. Klub wpadł w kłopoty finansowe a w drugiej połowie sezonu na kontrakt Lubańskiego złożyli się kibice. W 1983 roku Lubański na dwa lata trafił do Quimpe. Stade Quimperois utrzymało się na zapleczu francuskiej ekstraklasy.

W telewizyjnym studiu Włodzimierz Lubański unika kontrowersji i nie używa kolokwializmów, ale w książce jego wypowiedzi chyba jeszcze poprawiono. Opowiada o „piłkarstwie”, „karierze sportowej”, „cennych nabytkach”. 75-krotny reprezentant Polski, jak to ma w zwyczaju, o nikim nie mówi źle. Opowiada co prawda, że Ernest Pohl był alkoholikiem a do Jacka Gmocha do dziś ma żal za mundial w Argentynie, ale to wszyscy wiemy. Kontrowersji, częstych ostatnio we wspomnieniach sportowców, brak. O korupcji, grając w Polsce w latach 60. i 70., Lubański nigdy nie słyszał.

Dużo miejsca, co naturalne, poświęcono kontuzji Lubańskiego w meczu z Anglią. Przez 40 lat temat przerobiono już na wszystkie strony, ale ta historia wręcz zaprasza do pisania alternatywnych historii. Co wydarzyłoby się na mistrzostwach w Niemczech, gdyby najlepszy napastnik był zdrowy? Jak potoczyłaby się kariera Lubańskiego, skoro w Lokeren jego kolano było sprawne na 70 proc.?

Historia Lewandowskiego i kroniki śmieciarza [RECENZJE]

Nienasycony. Robert Lewandowski

Tytuł: Nienasycony. Robert Lewandowski
Autor: Paweł Wilkowicz
Wydawnictwo:
Agora, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To książka o Bobku. Najmniejszym i najchudszym zawodniku w juniorach, na progu kariery odstrzelonym przez rezerwy Legii. Piłkarzu, który dziś jest gwiazdą Bayernu, a w Zniczu Pruszków, był słabszy od Bartosza Wiśniewskiego.

Napiszę od razu – jak na autoryzowaną biografię piłkarza przed trzydziestką, co brzmi jak wyrok, jest dobrze. W „Nienasyconym” nie chodzi o anegdoty z szatni, czy kronikę strzeleckich popisów. Paweł Wilkowicz skupia się na drodze Lewandowskiego. Sporo tu o rodzicach, którzy gonili go z jednych zajęć sportowych na drugie. Dla ojca, wuefisty, syn Bobek był żywą pomocą dydaktyczną – na nim pokazywał, jak wykonać dane ćwiczenie.

Wilkowicz rysuje szerokie tło lat 90. i początków XXI wieku, gdy Lewandowski zaliczał kolejne warszawskie i podwarszawskie zespoły. – Dziecięcy sport mało kogo obchodził. Nie było ani pieniędzy ani tradycji wolontariatu znanej z brytyjskiego, czy skandynawskiego sportu – pisze. Bobek, jak wołali na Lewandowskiego rodzice, kilka lat biegał po Saharze – piaszczystym boisku Varsovii. Tomek Zawiślak, kiedyś kolega z boiska, dziś przyjaciel, w przedsiębiorstwie Robert Lewandowski odpowiedzialny za social media, opowiada, że choć Lewandowski miał łatwość strzelania goli, to nie był największym Varsovii. Z rezerw Legii odstrzelono go, gdy miał kontuzję. Lekarze orzekli, że z zawodnika, który ciągnie nogę za sobą, nic nie będzie. Wybił się w Pruszkowie, gdzie dla wielu lepszy był jego kolega z ataku, Bartek Wiśniewski.

Dużo w tej książce Anny Lewandowskiej i Cezarego Kucharskiego. Sam Lewandowski opowiada o tym, jak chłopaka, który był tak chudy, że się tego wstydził, doszedł do poziomu gladiatora, „The Body” z szatni Borussi. Masażyści opowiadają, że dzień po meczu w jego mięśniach nie ma napięcia, zakwasów. Po 24 godzinach mógłby zagrać kolejny mecz.

Piotr Stokłosa naliczył niedawno 28 książek z twarzą Roberta Lewandowskiego na okładce. Jeśli ktoś chce poznać drogę, jaką pokonał chudy Bobek z podwarszawskiego Leszna, niech sięgnie po „Nienasyconego”.

Paweł Wilkowicz o swojej książce opowiada m.in. tutaj i tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: The Binman ChroniclesThe Binman Chronicles
Autor:
Neville Southall, James Corbett
Wydawnictwo:
deCoubertein Books, 2012

Jedna z najlepszych drużyn świata, z najlepszym bramkarzem globu. Tak kibice Evertonu wspominają swój zespół z połowy 80. Neville Southall grał w drużynie do czterdziestki. Jedyne, co chciał w życiu robić, to grać w piłkę.

Najgorszy okres w roku to wakacje. – Dla mnie to był koszmar. Latem ćwiczyłem tak samo ostro, jak w czasie sezonu, ale brakowało mi meczów – pisze. Southall wychowywał się na obrzeżach niewielkiej walijskiej miejscowości Llandudno. Całymi dniami grał w piłkę, głównie na bramce. W opowieściach o sportowcach, często pojawia się trening od rana do wieczora, ale Southall grał nawet po zmroku. Rekordy bił jako 15-latek. W sobotę rano grał w zespole swojej szkoły. Po południu, razem z dorosłymi, w amatorskim zespole ze swojego miasteczka. Niedziela była dniem meczów drużyny z lokalnego pubu. Po południu jeszcze raz wychodził na boisko, też z dorosłymi. W przerwach odbijał piłkę o ścianę. – W poniedziałek szedłem do szkoły, ale to była farsa. Polegało to na tym, że zaliczano mi lekcje, gdy dołączałem się do jakiejkolwiek klasy, która miała w-f – pisze.

Potem, jako pomocnik murarza, zasuwał na boisko prosto z budowy. – Cały dzień noszenia cegieł to żadne usprawiedliwienie – pisze. Bramkarz sporo pisze o Walii, zarówno tej piłkarskiej, jak i o życiu robotników. Pośród różnych zajęć, które Southall wykonywał przed wejściem do zawodowej piłki, była praca śmieciarza. Stąd tytułowy „binman”. Ostatecznie, ze zbocza walijskiej wioski Southall okrężną drogą trafił do First Division, wtedy najlepszej ligi na świecie.

Kibice Evertonu powtarzają, że dyskwalifikacja angielskich klubów po tragedii na Heysel, najmocniej uderzyła w ich zespół. Everton wyprzedził wtedy święcący triumfy na kontynencie Liverpool. – Dlaczego uderzono w Everton, którego fani zachowali się wzorowo podczas finału Pucharu Zdobywców Pucharów w Rotterdamie? Kibice z różnych krajów sprawiali problemy, ale uczepiono się ligi, z której kluby wygrały 7 z 10 poprzednich Pucharów Europy – pisze. Przez dyskwalifikację odszedł Gary Lineker a Toffees stopniowo zaczęli się osuwać w tabeli. Southall grał w klubie z Merseyside do czterdziestki, wystąpił w 750 spotkaniach, został najbardziej utytułowanym piłkarzem w historii klubu. Kolejne kluby to była jedna pomyłka za drugą. Dziś pracuje z trudną młodzieżą i wkłada jej do głów, jak ważna jest szkoła. Ta, do której sam chodził tylko po to, by całymi dniami móc grać w piłkę.

Malinowski i książka, która już nigdy nie powstanie [RECENZJE]

Bronek Malinowski. Przeszkodowiec

Tytuł: Bronek Malinowski. Przeszkodowiec
Autor: Łukasz Panfil
Wydawnictwo:
Miejski Ośrodek Rekreacji i Wypoczynku w Grudziądzu, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Wieczorem, w ostatnią niedzielę września 1981 roku, Ryszard Szczepański słyszał karetki jeżdżące po moście w Grudziądzu. Z okna widział niebieskie światła. O tym, że zginął jego wychowanek, Bronisław Malinowski, usłyszał od mieszkającego w tej samej klatce milicjanta. Kiedy dotarł na miejsce, 30-letni mistrz olimpijski w biegu na 3000 m z przeszkodami, już nie żył.

Po żużlowej bieżni stadionu Olimpii, dziś im. Malinowskiego, zaczął biegać w wieku 16 lat. Najbardziej pamiętany jest z biegu w Moskwie. W dniu finału, jak zwykle policzył liczbę uderzeń serca tuż po przebudzeniu. Tylko 34 na minutę, czyli organizm, mimo kontuzji w trakcie przygotowań, był wytrenowany niemal optymalnie.

Tanzańczyk Filbert Bayi wyrwał do przodu i miał ogromną przewagę. Taktyka Malinowskiego była prosta – bez względu na sytuację biec tempem na 8:10,0. Rywal słabł w oczach. – Załamały się czarne nogi pod Bayiem – mówił Bohdan Tomaszewski, gdy Afrykanin po raz ostatni pokonywał rów z wodą. Malinowski wygrał z dużą przewagą, z czasem 8:09,7. Tanzańczyk nie rozpaczał, zdobył dla swojego kraju pierwszy w historii medal olimpijski.

Historię Malinowskiego spisał Łukasz Panfil, lekkoatleta. Rozmawiał z rodzeństwem i rodzicami, odwiedził rodzinny dom w Rulewie i szkołę w Buśni. Od bratowej mistrza dostał dzienniczek treningowy. Analizował, jak Malinowski zmieniał swój trening. W 1982 roku miał startować w maratonach. Panfil policzył też, czy jakikolwiek zawodników z krajów, które zbojkotowały igrzyska w ZSRR, mógł zagrozić Malinowskiemu. Żaden z nich nie pobiegł w czasie, który na Łużnikach wykręcił Polak.

W dniu wypadku Mallinowski spieszył się, żeby zatankować swoje audi 80. Rankiem następnego dnia miał jechać do Warszawy, by wylecieć na zgrupowanie na Cyprze. O 19.20 przed fragmentem prowizorycznie wygrodzonej, czekającej na naprawę nawierzchni, stanął wyjeżdżający z Grudziądza PKS. Jadący za nim kierowca Kamaza nie miał czasu czekać. Wyminął autobus. Ciężarówka z hukiem wbiła się w audi.

6 grudnia 1981 Malinowski miał wziąć ślub. Jego narzeczona, Mirka próbowała sobie ułożyć życie na nowo. – Ten? Ten jest w porządku – rzucił Władysław Komar oceniając kandydata na męża, Krzysztofa Świostka. W 1998 roku Świostek jechał samochodem wracając z Międzyzdrojów. Siedział z tyłu. Kierował Tadeusz Ślusarski, obok siedział Komar. W wyniku zderzenia ich forda zderzył się z renault, medaliści olimpijscy zginęli. Świostek wyszedł niemal bez szwanku.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: The Glory GameThe Glory Game Hunter Davies
Autor:
Hunter Davies
Wydawnictwo:
Mainstream Publishing 2005 (1972)

Taka książka już nigdy nie powstanie. Zmiany w piłce poszły za daleko. Hunter Davies rok swojego życia spędził jako członek Tottenhamu Hotspur. Czasem ćwiczył z zespołem, na każdy mecz jechał z drużyną, do pierwszego gwizdka siedział w szatni, a spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Po spotkaniu opowiadali mu o swoich problemach. Nikt tej książki nie autoryzował.

„Glory Game” Daviesa, który napisał wcześniej jedyną autoryzowaną biografię The Beatles, do dziś przewija się w zestawieniach najlepszych angielskich książek o sporcie. Wydawano ją, co ważne, wraz z uaktualnianymi aneksami, w 1972, 1990, 1994, 1996, 1999, 2001 i 2005. Między pierwszym a drugim wydaniem książka była tak rozchwytywana, że autor nie był w stanie sprezentować egzemplarza proszącego o niego Bryan’owi Robsonowi, kapitanowi reprezentacji Anglii. Davies pojawił się w szatni Spurs latem 1971. Dyrektorzy klubu z niesmakiem myśleli wtedy o ofercie na pierwszą reklamę na White Hart Lane, a klubowi juniorzy więcej czasu, niż na trenowanie, poświęcali malowaniu trybun i czyszczeniu butów zawodników pierwszej drużyny. Takie były zasady i nikomu nie przeszło przez myśl się buntować. Zasadniczo na boisko wychodziła żelazna jedenastka. Jeśli zawodnik przegrał walkę o miejsce w składzie, wypadał z zespołu na dobre i grał w rezerwach. Nikt nie stosował rotacji.

W 1971 roku Davies miał 35 lat, ugruntowaną pozycję jako autor a piłkarze nie byli gwiazdami popkultury. Między dziennikarzem, a zawodnikami nie było dużej różnicy w statusie społecznym, czy zarobkach. Jeździł z nimi po Anglii i Europie i notował, choćby to, jak poszczególni piłkarze reagują na burę w szatni. Odwiedzał ich w domach i rozmawiał z żonami. Jego obraz angielskiego futbolu lat 70. jest fascynujący.

Postacią z innej epoki był manager Bill Nicholson. W jego wizji piłkarze mieli być prawdziwymi mężczyznami, którzy nie narzekają na ból i nie stroją się przed lustrem. – W twoim wieku biegałem na wojnie z karabinem – gasił piłkarzy. I prawie nigdy ich nie chwalił. Davies poświęca osobne rozdziały kolejnym częściom sezonu, piłkarzom i fanom, czy prezesom. W tym o urodzonym w 1919 roku Nicholsonie, najbardziej zaskakują fragmenty o żonie. Była ona kibicem Spurs, ale na mecze nie chodziła, bo mąż jej nie pozwalał. Razem nie wychodzili nigdzie, bo mąż pracował od rana do wieczora, w domu prawie tylko spał. Linda Nicholson nie wiedziała też ile mąż zarabia i nigdy nie odważyłaby się spytać, podobnie jak o to, czy mają oszczędności. Nicholson tak naprawdę wziął ślub z Tottenhamem. Jako piłkarz, trener i doradca, spędził w nim 50 lat.

Na końcu książki Davies zebrał wyniki prostych ankiet – skąd pochodzą piłkarze, co robili ich rodzice, ile mają rodzeństwa i dzieci, co ich zdaniem liczy się w piłce i czy zamierzają być trenerami. Po kilkunastu latach przepytał ich ponownie. Wnioski są intrygujące. Te same pytania Davies zadawał piłkarzom z raczkującej Premier League. Pomimo pomocy klubu, część milionerów na pytania nie odpowiedziała. W XXI wieku już nie próbował. Rozumiem go.

Ta książka została napisana dla pieniędzy [RECENZJA]

Stan Futbolu Krzysztof Stanowski

Tytuł: Stan Futbolu
Autor: Krzysztof Stanowski
Wydawnictwo:
Czerwone i Czarne 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Krzysztof Stanowski twierdzi, że są dwa powody, dla powstają książki – próżność i pieniądze. „Stan futbolu” napisał dla kasy.

Stawka była tak wysoka, że ewentualną odmowę na propozycję wydawnictwa, Stanowski nazwał „nieodpowiedzialną”. Kasa wzięta, trzeba się wywiązać. Cel – nie odwalać chałtury i nie zszargać nazwiska. Zadanie wykonane z nawiązką.

Teoretycznie trochę narzekać mogą wnikliwi czytelnicy Weszło. Ci, którzy tak jak, ja, przeczytali większość tekstów Stanowskiego na tym portalu, wiele z książkowych anegdot znają. Swoje brawurowe początki, jako 14-letniego stażysty w „Przeglądzie Sportowym”, wspominał wiele razy. Jak zwykle cięgi zbierają koledzy z redakcji – Roman Kołtoń, Dariusz Tuzimek i Jacek Kmiecik. Na stronach książki pojawiają się Grzegorz Szamotulski, Andrzej Niedzielan. Przez cały rozdział Stanowski rozwalcowuje Cezarego Kucharskiego i Kazimierza Grenia. Jeszcze mocniej dostaje się, rzecz jasna całkowicie zasłużenie, Franciszkowi Smudzie (śmieszniejsze są tylko anegdoty o Radosławie Osuchu). Z grubsza biorąc, duża część opowieści już była. Rzecz w tym, że jeśli ktoś dokładnie czyta Weszło, to chętnie przyjmie jeszcze większą porcję. Warsztat, prowadzenie argumentacji, styl narracji, wszystko z najwyższej krajowej półki.

Najlepiej napisany rozdział to ten poświęcony Ryszardowi F.. Opowieść o fryzjerze spod Wronek, który trząsł polską ligą, to przedruk z „Dziennika”, ale jakże smaczny.

Na lewej ręce złoty zegarek, na prawej gruba bransoleta. Na karku świecący łańcuch, na samym przedzie błyszczący złoty ząb. Koszula w kratę, modna na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozchełstana. (…) Gdyby przedstawić przypadkowej osobie zdjęcie i zapytać, czy ta osoba mieszka w Warszawie, Poznaniu, Nowym Jorku, Londynie, Łodzi, a może Obrzycku, każdy bez wahania powiedziałby „W Obrzycku”.

Do mediów przebiła się historia o tym, jak Adam Nawałka przekazał Andrzejowi Iwanowi pieniądze za sprzedany mecz. Stanowski nie wystawia jednak selekcjonera na odstrzał. Usprawiedliwia go i porównuje do Łukasza Piszczka. Zastanawia się nad rolą przypadku. Gdyby Iwan w „Spalonym” nie kazał usunąć tego fragmentu, selekcjonerem ogłaszającym nazwiska piłkarzy jadących na EURO mógłby być ktoś inny.

Samego Stanowskiego mówiącego o książce można obejrzeć tutaj i poczytać tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Keeper Of Dreams: One Man’s Controversial Story of Life in the English Premiership
Autor: Ronald Reng
Wydawnictwo:
Yellow Jersey Press, 2002

Ronald Reng Keeper Of Dreams

Liczba oficjalnych meczów w karierze Larsa Leesego jest mniejsza niż książek, których bohaterami są Neymar czy Cristiano Ronaldo. Niemiecki bramkarz zagrał w profesjonalnej piłce 21 spotkań. Ronald Reng napisał o nim książkę lepszą, niż wszystkie sprzedażowe hity o gwiazdach futbolu.

Zaczynamy od słowniczka. W nim m.in. „Kreisliga”, najniższy poziom niemieckiego futbolu. Dla angielskiego czytelnika porównany do Midland Combination, na 10-12 szczeblu piłkarskiej piramidy. Kiedy Lars Leese miał 25 lat, jego występująca w Kreislidze drużyna awansowała jeden poziom wyżej. W kolejnym klubie, w Regionallidze, klub przestał mu płacić. Kiedy zgłosił się po niego Bayer Leverkusen, bramkarz tonął w długach. Praca jako sprzedawca nie pokrywała wydatków na benzynę. – Chcą mnie do pierwszego zespołu, czy do amatorów? Będę musiał zrezygnować z pracy w biurze? – zastanawiał się idąc na spotkanie. W Leverkusen, jako trzeci bramkarz, rok przesiedział na trybunach. W 1997 roku Barnsley po raz pierwszy w 110-letniej historii awansowało do ekstraklasy. Zaczęło ściągać zagranicznych zawodników. Na dłuższą metę żaden się nie sprawdził, ale przez pół roku kibice byli w ekstazie. Jednym z ich bohaterów był „gigant z Niemiec”.

Leese opowiada o wejściu do świata zawodowej piłki. Wejściu niezwykle późnym, bo w profesjonalnym futbolu zadebiutował w wieku 28 lat. Zmiana była wymuszona w trakcie meczu, Leese czuł na sobie wzrok 18 tysięcy kibiców Barnsley. Stres nie pozwolił mu zawiązać sznurowadeł. Kiedy po dwóch latach wyjeżdżał z Anglii, zaczął martwić się na dobre. Nie miał kontaktów, agenci nie mogli mu znaleźć klubu. Długo łudził się, że dalej będzie grał w piłkę, w końcu zarejestrował się jako bezrobotny. Po kolejnych testach, z których nic nie wychodziło, wrócił do pracy za biurkiem. Kiedy w telewizji widzi transmisję z Anfield Road, nie dociera do niego, że to ten sam stadion, na którym kilka lat temu zatrzymał Liverpool. Wydaje mu się, że musiało to być w innym życiu.

Reng napisał świetną opowieść o piłkarzu, który w świecie zawodowej piłki był zaledwie trzy lata. Więcej tu smutków, niż radości, choć Leese miał też swoje chwile chwały. W Wielkiej Brytanii książka została wydana w 2003 roku. Od tamtej pory Lese jako pierwszy trener poprowadził kilka amatorskich zespołów. Większe sukcesy święcił Ronald Reng, który napisał podobną książkę. Też o niemieckim bramkarzu, który przeżywał załamania i czuł się inny od pozostałych piłkarzy. Jego opowieść o Robercie Enke należy do najlepszych książek o piłce. W 2011 roku książka (tutaj recenzja) zdobyła tytuł William Hill Sports Book of the Year a Reng został pierwszym nieangielskojęzycznym autorem w historii tej nagrody.

Legia mistrzów, to już 20 lat [RECENZJA]

Tytuł: Legia MistrzówPiotr Jagielski, Legia Mistrzów
Autor: Piotr Jagielski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2016

30-latek napisał o meczach sprzed 20 lat. To nie jest jego pierwsza książka, zarabia na życie pisaniem. O muzyce.

Na mapie krajów, które w ostatnich 15 latach miały klub w Lidze Mistrzów, największa czarna dziura zieje między Odrą a Bugiem. Czasy, w których do elity na chwilę wpadła Legia, wydają się być bardzo odległe. Premie wynoszone z klubu w reklamówkach, piłkarze wypożyczani z Pogoni Konstancin, o czym sami nie wiedzieli i wódka jako oczywisty element jadłospisu zawodnika. Ostatni mecz w LM na swoim stadionie, Legia zagrała nie na murawie, ale w śmierdzącym mocznikiem błocie. Po rozmrażaniu boiska przed spotkaniem z Panathinaikosem, śmierdziało przez pół roku.

Pełen mielizn jest początek książki. Autor tłumaczy piłkarskie oczywistości, najwyraźniej liczy, że za lekturę wezmą się ci, którzy nie wiedzą, co to afera na Okęciu i jak Kazimierz Deyna trafił do Legii. Czytamy, co Stefan Szczepłek mówi o legionistach z lat 70., a Mirosław Żukowski rozprawia się z mitem Janusza Wójcika. Kiedy autor przeplata swoje wspomnienia wypowiedziami piłkarzy, robi cię interesująco. Nie ma zaskoczenia, że najciekawiej opowiadają ci, którzy byli poza grupą – Maciej Szczęsny i Jacek Bednarz. Obrońca opowiada, że bywały mecze, w których nie dostał żadnego podania. Drużyna nie akceptowała tego, że ma inny pomysł na spędzenie wieczoru, niż picie w „Garażu”. Moment, w którym piłkę podał mu Leszek Pisz, opisuje jako moment, w którym poczuł się zaakceptowany.

Niektóre z tych opowieści znamy. Jest m.in. „Beret”, który przybijał buty do podłogi szatni i straszył piłkarzy Manchesteru United uderzając głową w ściany blaszanego tunelu, czy Wieszczycki żałujący, że na początku kariery trafił na ludzi, dla których piłka nie była najważniejsza.

Autor, Piotr Jagielski, jest dziennikarzem muzycznym Polskiej Agencji Prasowej, publikował m.in. w „Newsweeku” i kwartalniku „Kontynenty”. Za swoją pierwszą książkę dostał Warszawską Nagrodę Literacką. Wydawca tak opisuje „Bird żyje”: „Opowieść o człowieku uwięzionym, Uwięzionym w tekstach kulturowych. Żyjącym w świecie, w którym żadnej emocji nie da się wyrazić wprost, bo wszystkie emocje dawno zostały zamienione w gotowe opowieści”. O sporcie ani słowa.

Ojciec autora pojawia się w tej książce kilkadziesiąt razy. Nie pada, że chodzi o Wojciecha Jagielskiego, wybitnego reportera. Jest przywoływany nie jako dziennikarz, ale ten, który tłumaczył 10-latkowi na czym polega nie tylko piłka, ale też los polskiego kibica. Wiele jest w „Legii mistrzów” refleksji niczym z książek Nicka Hornby’ego, czy Michała Okońskiego. Koniec pucharowej przygody Jagielski opisuje jako swoją pierwszą traumę:

„Piłka nożna wydobywa to, co najciemniejsze, czarny nurt. Każe, rozkazuje, nie daje w zamian nic stałego, jedynie przygodną chwilę radości i spełnienia, tak krótką wobec niekończących się cierpień i zawodów. Ale nawet ta chwila jest tylko zapowiedzią przyszłych smutków.”

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Bieg po życieBieg po życie
Autor: Lopez Lomong, Mark Tabb
Wydawnictwo: SQN, 2015

To jedna z tych historii, która opowiedziana w hollywoodzkim filmie zostałaby uznana za nieralną, zbyt cukierkową.

Skróćmy ją do minimum. W wieku 6 lat Lopez Lomong został porwany z rodzinnej wioski w Sudanie. Uciekł z obozu, w którym dzieci umierały jedno po drugim a pozostałe miały zostać maszynami do zabijania. Biegł niemal bez przerwy przez trzy dni. Dekadę spędził w kenijskim obozie dla uchodźców. Warunki, w których starał się przetrwać, były nieludzkie. W końcu uśmiechnęło się do niego szczęście – został adoptowany przez amerykańską rodzinę. Kiedy w wieku 16 lat przyleciał do USA, nie wiedział jak działa toaleta, nie potrafił zgasić światła.

Koncept igrzysk olimpijskich, jako zawodów, w których wygrywa ten, kto jest pierwszy na mecie, poznał w 2000 roku. Kiedy po 7 latach w Stanach, zakwalifikował się na igrzyska w Londynie (nie należy do ścisłej czołówki, dotarł do półfinału na 1500 metrów), jednogłośnie uznano, że powinien zostać chorążym reprezentacji USA. Historia uchodźcy, który przeżył piekło i w Stanach zaczął nowe życie, zrobiła furorę. To George Bush poprosił Lomonga o zdjęcie, nie odwrotnie.

Książka jest napisana bardzo prosto, momentami bije z niej naiwność. Zasługuje na miano wyciskacza łez, może też stanąć na półce z książkami motywacyjnymi. Siła historii dziecka, które musiało walczyć o jedzenie bijąc się o resztki ze śmietnika, a teraz poświęca się pomocy innym, jest ogromna. Opowieść, która chwyta za serce, do przeczytania w jeden wieczór.

Wspomnienie szachowej potęgi [RECENZJE KSIĄŻEK]

Tytuł: Arcymistrzowie. Złota era polskich szachówArcymistrzowie. Złota era polskich szachów
Autor: Stefan Gawlikowski
Wydawnictwo:
The Facto 2016

Prasa spierała się o to, kto powinien pojechać na olimpiadę a wynikami żywo interesowała się pierwsza osoba w państwie. Przedwojenna Polska była jedną z największych światowych potęg szachowych.

O ile o Akibie Rubinsteinie wielu pewnie słyszało, to nazwiska takich szachistów, jak Dawid Przepiórka, Ksawery Tartakower, Kazimierz Makarczyk, Stefan Rotmil i Marian Wróbel są znane tylko osobom związanym z królewską grą. Przybliża je w swojej książce Stefan Gawlikowski. Jeden z rozdziałów poświęcił swojemu ojcu. Kiedy Stanisław Gawlikowski po powstaniu warszawskim zajrzał do piwnicy, w której trzymał kilkaset książek o szachach, był przekonany, że są nietknięte. Kiedy dotknął jedną z nich, został po niej tylko popiół. Wszystko strawił ogień.

Więcej w tej książce historii, niż szachów. Do ostatniej strony dotarłem nie wiedząc, co to gambit hetmański, nad którym pod koniec życia pracował ponoć Rubinstein. Nazwisk szachistów wydaje się być dużo, ale historie poprowadzono w sposób ciekawy. Zapisy partii przeniesiono do aneksów na końcu książki.

Końcem epoki sukcesów polskich szachów były wojna i holocaust. Większość ówczesnych sław była Żydami, choć ich życiorysy różnią się. Rubinstein zaczął grać w szkole talmuducznej. Wśród najlepszych zawodników byli potomkowie bogatych żydowskich przedsiębiorców i stali bywalcy warszawskich kawiarni. Niektórzy spośród tych, którzy osiągnęli sukces, nauczyli się grać w wieku kilku lat i to bez niczyjej pomocy. Ich życiorysy stanowiły problem dla związanego z ONR-em tygodnika „Prosto z mostu”. – Prestiż Polski – co za blaga! Czego dowodzi fakt, że Raszewski i Horowitz pobili Frydmana i Szlomę? Tylko tego, że Żydzi z Ameryki grają lepiej od Żydów zamieszkałych tymczasowo w Polsce. Dla zdobycia tej wiadomości nie warto tracić tyle pieniędzy – pisano. Opinia publiczna miała inne zdanie. Zwycięstwo Polski na olimpiadzie szachowej w Hamburgu w 1930 roku rozpatrywano jako wielki sukces. Cieszył się z niego m.in. Józef Piłsudski, który wspierał szachistów nie tylko dobrym słowem. Kiedy trzeba było, decydował o zwiększeniu nagrody finansowej w turnieju. Gdy polscy Żydzi mieli wątpliwości, czy uczestniczyć w olimpiadzie rozgrywanej w hitlerowskich Niemczech, marszałek osobiście interweniował.

Mieczysława Najdorfa, urodzonego jako Mendel, wojna zastała na olimpiadzie szachowej w Argentynie. Rodzina została w Polsce. Kiedy w listopadzie 1940 zamknięto warszawskie getto, urwał się kontakt listowny. Najdorf liczył, że jeśli dokona wielkiego wyczynu, napiszą o tym gazety z całego świata i liczna rodzina, także za murem, dowie się, że nadal żyje. Szachista pokonał 40 jednocześnie szachistów w grze „na ślepo”, czyli bez patrzenia na szachownicę. Rywale mówili mu o posunięciach na 40 szachownicach, on rozgrywając partie w głowie, odpowiadał. Nie wiedział, że kiedy bił rekord, warszawskie getto było już zlikwidowane. Zginęła cała rodzina. – Myślałem, że zwariuję, ale szachy mi pomogły. Szachy uczą przegrywać – mówił, gdy przedstawiał się już jako Miguel Najdorf.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Eddy Merckx. KanibalEddy Merckx. Kanibal
Autor: Daniel Friebie
Wydawnictwo: Veni Vidi Vici, 2013

Nawet nie chodzi o to, ile wygrał największy kolarz w dziejach, ale jak to robił.

A zwyciężał częściej, niż ktokolwiek inny. Na metę dojeżdżał pierwszy 525 razy. Ma na koncie wszystkie klasyki (oprócz Paryż-Tours), po 5 Tour de France i Giro d’Italia, jedną Vueltę a España i trzy mistrzostwa świata.

Eddy Merckx pożerał rywali i wygrane. Stąd tytułowy „Kanibal”. Potrafił rozpocząć skuteczną ucieczkę 150 km przed metą. Kiedy trzeba było, atakował tuż za linią startu i to na zjeździe. Zdarzało się, że nawet gdy miał w kieszeni wygraną w wieloetapowym wyścigu, uciekał na ostatnich, płaskich etapach. Ruszał środkiem drogi i odjeżdżał.

Nie miał litości nawet dla kolegów z drużyny. Ścigał się z nimi na lotnych premiach, nigdy nie pozwalał bezkarnie wygrać. Kiedy kolega pomagał mu wjechać na szczyt kończący etap, nie mógł liczyć, że Merckx puści go na metę, nawet, jeśli ten miał kwadrans przewagi w całym wyścigu. – Jestem to winny ludziom, którzy przyszli mnie obejrzeć – powtarzał.

Tylko w 1971 roku odniósł 45 wygranych. Przyjechał na metę pierwszy w niemal połowie startów. Kiedy w 1976 zajał 8. miejsce w Giro, była to jego najgorsza lokata w wielkim tourze od 7 lat. Kiedy przez kilka dni nie wpadł pierwszy na metę, był nieznośny dla otoczenia.

Choć był największą gwiazdą dyscypliny, to miał świadomość swoich ograniczeń. Wiedział, że rozmowy z nim nie są ciekawe. – Spędzam jedną trzecią życia na rowerze, jedną trzecią na stole masażysty i za kierownicą samochodu, a jednej trzeciej potrzebuję na sen. Za pięć lat, kiedy nie będę startował w wyścigach, będę miał czas na czytanie, chodzenie do kina i teatru czy na konferencje i wyobrażam sobie, że będzie mi się to bardzo podobało – mówił w czasie kariery.

Historia sprzed kilku dekad o dyscyplinie, którą lubię, ale jej na bieżąco nie śledzę, mocno mnie wciągnęła. Eddy Merckx współpracy przy tej książce odmówił. Daniel Friebie tka historię z opowieści rywali z peletonu. Wychodzi to sprawnie, książkę czyta się dobrze. Pisana jest z wielkim szacunkiem do Merckxa, ale nie brakuje krytycznych dla bohatera fragmentów – o trzech wpadkach dopingowych i niepotrzebnego przeciągania kariery. Bo choć kolarz wszech czasów zapowiadał, że zejdzie ze sceny w sile wieku, to nie potrafił porzucić marzeń o ciągłym wygrywaniu.

Wyboje na drodze Adama Nawałki [RECENZJA]

Tytuł: Nawałka. Droga do perfekcji
Autor: Łukasz Olkowicz
Wydawnictwo:
Ringier Axel Springer Polska, 2016

Nawałka. Droga do perfekcjiKsiążka o Waldemarze Fornaliku byłaby nudna. Po lekturze biografii Franciszka Smudy zapewne bolałby brzuch. Obecny selekcjoner to temat ciekawy. Autokrata, który przez większość trenerskiej kariery ponosił porażki. Taki portret Adama Nawałki nakreślił Łukasz Olkowicz. Książka to rozszerzona i pogłębiona wersja reportaży, które Olkowicz pisał w odcinkach, na łamach „Przeglądu Sportowgo”. Zwarty, gazetowy styl, bardzo przypominający ten z książki Mateusza Migi o Wiśle Kraków.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Olkowicz zazwyczaj Nawałce nie słodzi, ale jest skupiony bardziej na jego zaletach, niż wadach. Po długim opisie, jak Nawałka naprawiał Świt Krzeszowice, przychodzi brutalna weryfikacja. 4 zwycięstwa, 24 porażki i aż 22 punkty straty do bezpiecznego miejsca. – Adam Nawałka to trener, który więcej przegrał, niż wygrał – mówił Olkowicz w programie „Stan futbolu”.

Głosu samego Nawałki w książce jest niewiele, bo po serii wywiadów na początku pracy jako selekcjoner, przestał udzielać indywidualnych wypowiedzi. Mówi na konferencjach prasowych, ale tak, że niewiele można z tego wycisnąć. Z dziennikarzami rozmawia, ale bez prawa wykorzystania cytatu. Nie wiemy więc jak Nawałka psychicznie radził sobie w USA, gdzie zaledwie kilka lat po świetnych meczach na mundialu, musiał podjąć niebezpieczną pracę na wysokościach. Od innych dowiadujemy się, jak reagował na kolejne kontuzje, które zakończyły jego karierę w wieku 28 lat. Ostatnie powołanie do kadry dostał 5 lat wcześniej. Ile prawdy w tym, że zaszkodził mu wyjazd na Kubę, gdzie wraz z innymi gwiazdami PRL miał umacniać socjalizm? Kilka pytań pozostaje otwartych.

Mówią inni, głównie ciekawie i pozytywnie, choć głosy krytyczne też się pojawiają. Łukasz Mazur krytykuje czteroletnią kadencję w Górniku Zabrze. Szpilki wbija też Orest Lenczyk. Okres w Zagłębiu Lubin to z kolei porażka tak wielka, że obrony tego okresu nikt się nie podejmuje.

Nawałka jawi się jako trener świadomy, tytan pracy, zwolennik dyscypliny. Seria anegdot z kolejnych klubów to różne pomysły Nawałki na przykręcanie śruby i ustawianie zawodników do pionu, by nie zapomnieli o jednym. Najważniejsza jest drużyna. Kiedy trzeba było, Nawałka nie wahał się o tym przypomnieć nawet własnej żonie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: The Football Men
Autor: Simon Kuper
Wydawnictwo: Simon & Schuster, 2011

The Football Men KuperPonad 60 portretów najlepszych na świecie piłkarzy i trenerów to nie jest dobry pomysł na ciekawą książkę. Chyba, że autorem jest Simon Kuper.

– Nigdy nie uważałem, że piłkarze mają coś specjalnego do powiedzenia. (…) Im byłem starszy, tym mniej uganiałem się za wypowiedziami zawodników. Nie jest to warte upokorzenia. (…) Mój kolega pracował jako tłumacz jednej z gwiazd Realu Madryt. Przed konferencja zapytał zawodnika, jaką wiadomość chce przekazać mediom. Piłkarz był zaskoczony. „Celem jest nic nie powiedzieć” – wytłumaczył – pisze Kuper. Kilkustronicowe portrety ukazywały się w Financial Times’ie, Observerze i The Times’ie. Tytuł nawiązuje do brytyjskiej klasyki, książki Arthura Hopcrafta z 1968 roku.

Tylko z niektórymi bohaterami Kuper spotkał się osobiście. Jak powtarza, nie zamierza tygodniami płaszczyć się przed rzecznikiem prasowym klubu, by dostać pozwolenie na 15-minutową rozmowę z piłkarzem, który posługuje się kilkoma wyuczonymi formułkami. Chwali sobie, że nie pisze stale o jednym klubie, bo dzięki temu może być krytyczny wobec zawodników.

Kuper zdołał ściągnąć do jednego pokoju Johnny’ego Repa i Bernda Hölzenbeina, którzy walczyli ze sobą w finale mundialu w 1974 roku. – Jak każdy uczestnik tego meczu, Niemiec został zamknięty w studiu przesłuchany przez holenderską i niemiecką telewizję. Prowadzący znał odpowiedź na każde pytanie zanim je zadał – pisze Kuper. I jak w każdym portrecie, stara się odsłonić coś nowego. I to mu się udaje.

Kiedy w 1998 roku pisał o Glennie Hoddle’u, zestawił go z Tony’m Blairem. Opisując Ruuda Gullita, zdobywcę Złotej Piłki, przez 4 z 5 stron, relacjonuje amatorski mecz. Gullit występował w piątym zespole AFC Amsterdam, który tamtego dnia grał z trzecią drużyną OSDO. Ani słowa o Milanie, czy EURO 1988. W tekście pojawiają się za to Yoko Ono, Nelson Mandela i Jezus.

Kibice grzebią w archiwach [RECENZJE KSIĄŻEK]

Tytuł: Zapomniane pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949
Autor: Sławomir Wojciechowski
Wydawnictwo: -, 2011

Zapomniane pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949Czy książka, która jest źle napisana, może być prawdziwą perełką? Otóż tak.

Zaczynamy od spotkania w 1920 roku, na którym klub powstał. Nie ma pewności, kiedy się odbyło, nie do końca wiemy, kto w nim uczestniczył, możemy natomiast wskazać, w jakim budynku do niego doszło. Prawdopodobnie. W dodatku tego budynku już nie ma.

Książka jest fascynująca, bo gdyby nie jej autor, Sławomir Wojciechowski, to nikt inny nie rzuciłby światła na tamten okres historii Polonii Bydgoszcz. Nie ma przesady, w stwierdzeniu, że ten okres zostałby zapomniany na zawsze. Taki był cel likwidacji klubu w czasach stalinowskich i przejęcia jego tradycji przez milicyjną Gwardię. To się udało. Przedwojenni poloniści byli niewygodni i odeszli w zapomnienie. Z czasem wielosekcyjny klub polskich patriotów zaczął być kojarzony z żużlowcami, za którymi stała Milicja.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Autor zaczynał niemal od zera. W dniu Wszystkich Świętych chodził na groby zmarłych polonistów. Liczył, że spotka krewnych, którzy mogą mieć przedwojenne pamiątki. Dotarł też do Edmunda Szumińskiego, którego opowieści są dużą częścią książki. Materiały zbierał przez wiele lat. Efektem jest żywa relację z działalności wielosekcyjnego klubu, prawdziwej sportowej rodziny.

Książka została wydana 5 lat temu i cały czas zdarza mi się do niej zajrzeć. Rozpływam się nad nią, choć jest napisana źle. Autor jest zafascynowany historią, ale styl pozostawia wiele do życzenia. Wielokrotnie drażni. Akcenty są błędnie rozłożone, za dużo uwagi poświęcono na monotonne relacje z meczów piłkarskich, zamiast na ludzkie historie, które są w tej książce fascynujące. Widać brak redaktorskiego wsparcia. Na 700, wydanych własnych sumptem stronach, można trafić na mielizny, ale książkę polecam każdemu zainteresowanemu historią polskiego sportu, jak i Bydgoszczy. Wyjątkowa pozycja.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Lechia – Juventus. Więcej, niż mecz
Autor: Mariusz Kordek, Karol Nawrocki
Wydawnictwo: Bernardinum, 2014

Lechia - Juventus. Więcej, niż meczTakie historie zdarzają się tylko w filmach. Trzecioligowiec pokonuje w pucharze krajowych potentatów a potem gra z jedną z najlepszą drużyn na świecie. Skoro to wydarzyło się naprawdę a mecz był polityczną manifestacją, gdzie fetowano człowieka, który kilka tygodni później nagrodzony Pokojową Nagrodą Nobla, to jest to temat na książkę.

Historia opisująca starcia Lechii Gdańsk z Juventusem pojawiła się w księgarniach na 30. rocznicę pucharowych starć, czyli 3 lata temu. To temat samograj. W historii Pucharu Zdobywców Pucharów tylko cztery kluby zdobyły prawo gry w tych rozgrywkach występując w trzeciej lidze. Oprócz Lechii to Stahl Eisenhüttenstadt (1991/92), Olympique Nîmes (1996/97) i Jeunesse Hautcharage (1971/72). W tych statystykach nie uwzględniono drużyn z Liechtenstenu i Walii. Zdobywając Puchar Polski, Lechia awansowała równocześnie do ówczesnej II ligi. Włochów przyjęła jako zespół z zaplecza ekstraklasy. Juventus z kolei w 1983 roku przegrał ligę z Romą, co nie przeszkodziło Michelowi Platiniemu zdobyć swojej pierwszej Złotej Piłki. Dzięki Pucharowi Włoch Juve wygrało tamtą edycję PZP a rok później Puchar Europy.

Najciekawsza postać w książce to Janusz Strzelecki vel Johnny River. Przedstawiony jako hochsztapler, który zwęszył swoją okazję, gdy biedna nawet jak na polskie warunki Lechia wylosowała jeden z najlepszych klubów świata. Możliwość swojego pobytu w Polsce River przedłuży zgłaszając się do SB i oferując swoje usługi. Dzięki niemu przed pierwszym meczem w Turynie, Polacy pojechali do Włoch na tournee. Ciekawych opowieści jest tu mnóstwo. Przewijają się zarówno Jan Paweł II, u którego audiencję chcieli zablokować partyjni notable, jak i „Nikoś”. Nikodem Skotarczak swoje jedyne w Polsce północnej białe cabrio stawiał przy północnej trybunie stadionu przy ul Traugutta. Oficjalnie pełnił funkcję kierownika drużyny rugbystów. Miało to niewiele wspólnego z prawdą, podobnie jak deklaracje kibiców, którzy pojechali na mecz w Turynie. Z orbisowską wycieczką do Włoch pojechało 90 osób. Niektórzy wybrali się całymi rodzinami zabierając dobytek całego życia. Do kraju wróciła blisko połowa. Aż 37 kibiców poprosiło we Włoszech o azyl polityczny.

Pierwszą część, tę piłkarską, napisał Mariusz Kordek. Zaglądamy do szatni, słuchamy jak mecze swojego życia wspominają zawodnicy. Autorem drugiej, o politycznej otoczce, jest Karol Nawrocki. – Z kilku względów autor zdecydował się na pozostanie przy formie tekstu stricte naukowego (aparat naukowy). Kalkulacja zysków i strat wypadła bowiem na korzyść zysków – pisze o sobie Nawrocki, pracownik gdańskiego oddziału IPN-u. Podczas kalkulacji musiało dojść do omyłki, bo momentami ciężko przez to przebrnąć. Zamiast napisać jedną spójną opowieść, swoją część napisał będący statystykiem kibic, a potem drugą, niespójną stylistycznie, stworzył historyk. Momentami opowiadają o tym samym. Zamiast połączyć wątki, stworzyli dwie książki w jednej.

Całość ratuje klimat epoki, który udało się zachować i dużo szczegółów. W książce są też bilety, kwity i świetne zdjęcia. Choć nie jest łatwo napisać dwustu stron o dwumeczu pierwszej rundy, to nie ma lania wody. Efekt bliższy wynikowi meczu z Gdańska, niż z Turynu.

Onyszko o nerkach i gejach. Trochę o piłce [RECENZJA]

Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak

Tytuł: Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie
Autor: Arkadiusz Onyszko, Izabela Koprowiak
Wydawnictwo: SQN, 2016

Najbardziej szczegółowa relacja w książce, dotyczy porodu. Arkadiusz Onyszko dzieli się refleksjami na temat mody męskiej, dowiadujemy się też, co myśli o seksie sado-maso. Szczegóły anatomiczne jednego z kolegów komentuje: „Ależ on miał zaganiacza…”. O sporcie jakby mniej.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Skupmy się jednak na futbolu. Mnie najbardziej zaciekawił okres, jaki Onyszko spędził w Zawiszy. Do Bydgoszczy trafił w wieku 15 lat. Miał zastąpić Andrzeja Brończyka. – Pił mnóstwo kawy, czasem 20 dziennie – wspomina Onyszko. Kiedy po dwóch miesiącach, mimo obietnic, młody bramkarz nie zaczął nauki w liceum, na Gdańską przyjechali rodzice. Zabrali syna do domu, do Lublina. Onyszce groziła dyskwalifikacja. Wrócił do Bydgoszczy, poznał kelnerkę z przystadionowej kawiarni. Szybko weźmie z nią ślub. O bydgoszczance będzie głośno przy okazji konfliktu z mężem, o którym pisały tabloidy.

Z igrzysk w Barcelonie, gdzie nie zagrał ani minuty, Onyszko wrócił z medalem i złotym polonezem. – W Zawiszy stałem się niepotrzebny. Myślałem, że to koniec mojej przygody z piłką. W klubie mnie nękano. W lecie, na mecze Pucharu Intertoto, Zawisza jeździł z jednym bramkarzem – opowiadał „Piłce Nożnej”. Onyszko był karany za odmowę wyjazdu do Maroka na mistrzostwa świata drużyn wojskowych. Onyszko tłumaczył, że u będącej w zaawansowanej ciąży żony, wystąpiły komplikacje. W 1993 roku bramkarz trafił do Legii Warszawa.

Główna oś książki to walka bramkarza z chorobą. Nie tylko zakończyła jego karierę, ale też zagrażała życiu. Po wielu perypetiach, Onyszko przeszedł przeszczep nerki. Bramkarz barwnie opisuje dekadę gry w Danii. Tam wydał książkę, która częściowo była źródłem jego kłopotów. Teraz też dzieli się swoją wizją świata. Znów atakuje gejów, którzy jak uważa, chcieli mu zaszkodzić („Byłem w szoku, że mają taką władzę”). Medalista z Barcelony krytykuje imigrantów z krajów arabskich. Uważa, że nie ma szans, żeby zintegrowali się z duńskim społeczeństwem. Na tej samej stronie pisze, jak wygląda życie skazanego wyrokiem karnym. Są to własne doświadczenia. W szatni trzymał się z Afrykańczykami. Różnica mentalności z Duńczykami była zbyt duża. Onyszko był tak przewrażliwiony na punkcie swojego pochodzenia, że gdy nalano mu do bidonu wody z kranu, był przekonany, że to efekt rasizmu. Kiedy pisze o przywiązaniu do katolicyzmu, płynnie przechodzi do swoich łóżkowych podbojów.

Książka jest dość krótka, czyta się dobrze i szybko. Rozłożenie akcentów czasem irytuje. Izabelę Koprowiak, autorkę dobrze odbieranej serii rozmów w „Przeglądzie Sportowym”, najbardziej interesuje to, co poza boiskiem. „Fucking Polak” to pozostawia wrażenie niedosytu. Tak jak kariera Arkadiusza Onyszki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Legia. 100 latLegia. 100 lat
Autor: Przemysław Bator
Wydawnictwo: Buchmann, 2016

Jedną rzecz trzeba ogłosić od razu. Ta porządnie wydana książka nie jest pomyślana dla tych kibiców Legii Warszawa, którzy żyją tym zespołem. Na 1000-stronicową księgę trzeba poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Graficznie i edytorsko książka jest dopieszczona. Tylko krótka – 130 stron tekstu i 40 stron świetnej jakości zdjęć. Do tego twarda okładka i autor – Przemysław Bator – od lat piszący o Legii w „Przeglądzie Sportowym”. To wydawnictwo klubowe, na stulecie Legii, więc co naturalne, prezentuje oficjalną wersję historii. Trudno mieć o to pretensje.

Do opisanych tu „Legend Legii” załapali się Boruc, Brychczy, Deyna, Dziekanowki, Gadocha, Grotyński, Kosecki, Kowalczyk, Pisz, Radović, Zieliński i Vejvoda. Druga część to notki o obecnych zawodnikach. Do tego parę stron statystyk i rozmówki z Aco Vukoviciem i Andrzejem Strejlauem. Książeczkę przeczytałem, co zajmuje chwilę, ale niczego nowego się nie dowiedziałem. Zakładam więc, że wiedzy kibica związanego z klubem od lat, ta pozycja też nie poszerzy. To dobry zakup dla młodego kibica albo prezent, który włodarze Legii mogą wręczać oficjelom.

We wrześniu PWN ma wydać liczącą 1000 stron klubową księgą. Autorami będą Wiktor Bołba (historyk Legii Warszawa i kustosz klubowego Muzeum), Adam Dawidziuk (dziennikarz „Przeglądu Sportowego”), Grzegorz Karpiński (wieloletni aktywista ruchu kibicowskiego i badacz historii Klubu) oraz Robert Piątek (dziennikarz i współtwórca „Naszej Legii”).