Archiwa tagu: Zawisza Bydgoszcz

W 1000 dni od Pucharu Polski do ósmej ligi

W Potulicach mieszka 1400 osób. W niedzielę byli w swojej wsi mniejszością. Większość stanowili kibice Zawiszy, którzy przyjechali na domowy mecz swojego zespołu. Z dwóch drużyn – Zawiszy i Wisły Fordon, tylko ta druga gra w Bydgoszczy.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Wszystko, co ważne, w Potulicach jest skupione na kilkuset metrach. Przy skrzyżowaniu ul. Leśnej z Bydgoską, stoi więzienie. Po drugiej stronie szosy znajduje się boisko Dębu. Tuż obok centrum wiejskiego życia. W jednym budynku Dom Strażaka, Wiejski Dom Kultury i poczta. Kawałek dalej rośnie drzewo, od którego swoją nazwę ma B-klasowy klub. Ogromny, rozłożysty dąb im. Władysława Szafera ma ok. 900 lat.

Potulice, oddalone o 25 km Bydgoszczy, słyną głównie z więzienia. Ale w niedzielę atrakcją był mecz na szczycie B-klasy. Kibice jechali samochodami, busami, na motocyklach i rowerach. W sumie 1500 osób. Po drodze mijali patrole policji, stadninę koni, święte figurki, zjazd na Niedolę i kolejnych funkcjonariuszy. Oprócz filmowania racowiska policjanci nie mieli wiele do roboty. Atmosfera była pozytywna. Pojedyncze wulgaryzmy z trybun były odbierane z niezadowoleniem.

Samochody na bydgoskich rejestracjach zajęły wszystkie wolne miejsca przy głównej szosie obok zakładu karnego oraz na polu pod lasem. Kolejek w miejscowym sklepie nie dało się rozładować inaczej, niż wpuszczając do środka po kilka osób. Dla wygody skrzynki z Harnasiem ustawiono tuż przy kasie. Przy wejściu na stadion Dębu sprzedawano koszulki i bluzy Zawiszy (zeszły prawie wszystkie) i zbierano podpisy pod petycją ws. budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych (300 autografów), kawałek dalej ustawiła się kolejka po kiełbasę z grilla (poszło ponad 200). – Jak na B-klasę to jest odlot. Wydarzenie na całą Polskę – ekscytowali się niektórzy. Większość była zadowolona, że choć mecz jest w Potulicach, to „w końcu czujemy się jak u siebie”. Inni narzekali, że ósma liga to upadek i na to, co się dzieje na boisku, nie idzie patrzeć.

Od pucharu do B-klasy

Od momentu, gdy Zawisza świętował największe triumfy w swojej historii i zdobywał Puchar i Superpuchar Polski (2014 rok), minęło ok. 1000 dni. W tym czasie klub zdążył spaść z ekstraklasy (2015) i zaliczyć nieudaną walkę o awans (2016). Rok temu Radosław Osuch sprzedał klub i zniknął. Znajomy, który kupił od niego spółkę, nie był zainteresowany prowadzeniem jej działalności. WKS Zawisza Bydgoszcz S.A. nie wystawił drużyny w żadnej klasie rozgrywkowej. Drużyna prowadzona przez Stowarzyszenie Piłkarskie zaczęła rozgrywki w B-klasie, na najniższym możliwym poziomie.

„Marsz, marsz, marsz, do boju marsz” – ryknęli od pierwszej minuty kibice. Potem był już repertuar znany z meczów przy Gdańskiej – „Nie ma, że boli, Zawisza to klub kiboli” i „To my, kibole Zawiszy!”. Drużyna gra w Potulicach, bo żaden z zarządców bydgoskich obiektów nie zgodził się na przyjęcie zespołu. Wszyscy tłumaczą się brakiem miejsca i remontami a CWZS Zawisza, który zarządza bazą przy ul. Gdańskiej, sporami sądowymi. Chodzi o prawa do herbu i nazwy. Po serii konfliktów SP zostało wykluczone z CWZS.

Sprawą boiska dla Zawiszy zajęli się nawet bydgoscy radni. Nic nie wskórali. – Nie chodzi o dzieci w tej sprawie, tylko powrót kiboli na stadion. A kibole na stadionie to jawne łamanie prawa, zasłanianie twarzy, wandalizm, groźby i zastraszanie – mówił na konferencji prasowej prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski. A przed sobą na stole położył duży kamień. Jeden z czterech, którymi obrzucono okna w jego domu. Zastraszeni czują się też szefowie CWZS.

„Zawisza nigdy nie zginie”

W niedzielę, przy płocie obok linii bocznej stanęli działacze, którzy prowadzili Stowarzyszenie Piłkarskie kilka lat temu – Bogdan Pultyn, Marcin Jałocha i Tomasz Rega. Obecny prezes SP, Krzysztof Bess, z nerwami w pierwszym wiosennym meczu radził sobie wspomagając się papierosem i kawą. Kawałek dalej stanął Marcin Łukaszewski, kapitan Zawiszy z ostatniego sezonu w II lidze. – Tylko bez trzody, żeby nie było żadnej patologii, pamiętajcie – przypominali kibice w młynie. W tłumie siedzieli mężczyźni, kobiety i dzieci. Większość w koszulkach z napisami typu „Zawisza nigdy nie zginie”. W pierwszej połowie, po zapaleniu rac i rzuceniu serpentyn, mecz na dwie minuty przerwano.

Mimo, że Zawisza jest w B-klasie krezusem i może sobie pozwolić nawet na obóz przygotowawczy, piłkarze grali słabo. W pierwszej połowie gola strzelił Wojciech Ruczyński. Zawisza nie dominował nawet, gdy po czerwonej kartce dla Kacpra Sapy grał w przewadze. Dwie kolejne bramki bydgoszczanie strzelili w doliczonym czasie gry. Trafiali – Patryk Bereza z karnego i Tomasz Widomski – lobując bramkarza Wisły, najmniejszego piłkarza na boisku.

Po wygranym 3:0 meczu z głównym kandydatem do awansu, piłkarze stanęli za banerem „Zawisza nigdy nie zginie” i świętowali z kibicami.

      

Czas odłożyć sztangę w Zawiszy

Fot. public domain

Kurz powoli opada. Mętnych tłumaczeń braci Zielińskich nie transmituje już TVN24 a memy z ich zdjęciem i podpisem „Chemical Brothers” coraz rzadziej pojawiają się na Facebooku. Ale ich wstyd pozostaje też naszym, bydgoskim wstydem. Czas teraz pożegnać się w ogóle z ciężarami w Zawiszy.

– Czasem wstaję z łóżka i nie mogę się wyprostować, bo kręgosłup napierdziela. Nie tak dawno, robiłem przysiady ze sztangą, wisiało na niej 200 kg, no i poczułem, jak prąd mi idzie po kręgosłupie, nogi się uginają. Organizm mam tak wyeksploatowany, że czarno widzę przyszłość – opowiadał Marcin Dołęga. Środki przeciwbólowe, przeciwzapalne i blokady nie pomagają. Ludzkie stawy nie są przystosowane do przerzucania 20 ton żelastwa dziennie. Zrujnowane kolana i łokcie trzeba ratować komórkami macierzystymi. Ale to za mało. Trzeba brać.

Koniec z ciężarami

Dołęga został za doping zdyskwalifikowany kilka miesięcy temu. Bracia Adrian i Tomasz Zielińscy razem z trenerem, Jerzym Śliwińskim, zostali wyrzuceni z wioski olimpijskiej w Rio. Wojsko już złożyło im propozycję nie do odrzucenia. Zielińscy nie będą już żołnierzami. Wojsko wycofuje się też z podnoszenia ciężarów w Zawiszy. Ale to za mało.

Z tej sekcji CWZS powinien po prostu zrezygnować.

Oprócz Zielińskich w ostatnich latach na pomoście oszukiwali także inni zawiszanie – Małgorzata Wiejak i Marcin Dołęga. Wybrali drogę na skróty, bo jest to wpisane w samą dyscyplinę. Mniej widzę w tym winy samych zawodników. Rozmowy z Marcinem Dołęgą i braćmi Zielińskimi wspominam z uśmiechem. Sympatyczni, inteligentni ludzie z bardzo trudnym startem na wielkie areny. – W takiej małej miejscowości to można zostać naukowcem albo sportowcem. Albo nikim. A naukowcem to jest ciężko zostać – mówił mi Adrian Zieliński. W Tarpanie Mrocza dźwigało się w budynku GS-u. Do czasu aż się zawalił, bo ciężka sztanga przebiła podłogę i wpadła do piwnicy. Później ciężarowcy ćwiczyli w budynku hydroforni. Zimą w rękawiczkach i czapkach, nie było nawet wody. Jak się chwyciło sztangę, to przyklejała się do rąk, taki był mróz.

Wysiłek sztangistów jest nadludzki. Żyją z permanentnym bólem. Zostawiają na pomoście zdrowie, bo prą na sportowy szczyt. Jest nim olimpijski medal. Daje sławę a dzięki emeryturze, socjalne bezpieczeństwo do końca życia. Każdy myśli – wezmę, bo bez tego nie wygram. I pewnie mają rację. To prawda, że w ostatnich dekadach seriami wpadali lekkoatleci i kolarze, ale ciąg skandali w ciężarach nie ma precedensu. Na igrzyska w Rio de Janeiro nie przyjechali wykluczeni ciężarowcy z Rosji, Białorusi, Azerbejdżanu i Bułgarii. W zorganizowany sposób brali Kazachowie, w tym ich trzy mistrzynie olimpijskie. Na liście WADA są nawet Niemcy. W zeszłym roku przyłapano na dopingu 70 sztangistów i sztangistek. Wielu z nich to medaliści najpoważniejszych międzynarodowych imprez. Jest też niemałe grono Polaków.

Zepsute do szpiku kości

Podnoszenie jak największego ciężaru wydaje się być niemal równie naturalnym sportem, jak bieg. Sprawdzeniem, kto jest najsilniejszy. Dlatego ciężary, w różnej formie, są w programie nowożytnych igrzysk od samego początku. Ale przyszłość to niewiadoma, bo od kilku dekad dyscyplina jest zepsuta do szpiku kości. Przypadek braci z Mroczy prawdopodobnie doprowadzi do jej zabicia w kraju. Ministerstwo Sportu już ogłosiło, że przynajmniej obetnie dotacje dla związku. Możliwe, że całkowicie zabierze ciężarowcom państwowe pieniądze. O prywatnych nie mają co marzyć. W państwach szeroko pojętego Zachodu ciężarów raczej się nie dźwiga. Ważne zawody wygrywają zawodnicy krajów byłego ZSRR (o ile nie są zdyskwalifikowani), Iranu, Chin czy Korei Północnej. Innym szkoda zdrowia.

O tym, że polska sztanga jest chora, wiadomo od dawna. Wyniki ciężarowców Zawiszy interesują garstkę osób. Ilu z was kliknie w link o wynikach ligi podnoszenia ciężarów? Ilu w ogóle wie o jej istnieniu? Bydgoska sekcja nie wychowuje rzeszy młodych ludzi zafascynowanych sportem. Istnieje po to, by wąska grupa zawodników spoza Bydgoszczy, często skuszona wojskowymi etatami, zdobywała trofea. Po to były transfery Dołęgi i Zielińskich. Cała idea legła w gruzach. Czas przestać patrzeć na punkty w tabelach wojskowych zawodów i historyczne tabele medalistów i dać sobie spokój ze zdegenerowaną dyscypliną. CWZS powinien podjąć decyzję o zamknięciu sekcji. Ciężary już są na sportowym marginesie. A niewykluczone, że umrą całkowicie.

Ale Polacy dalej będą odnosić sukcesy. I to w sposób, który całą sytuację pokazuje jak soczewce. Szymon Kołecki, ustępujący prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, wkrótce zostanie oficjalnie ogłoszony mistrzem olimpijskim. Okazało się, że w Pekinie, gdy odbierał srebrny medal, Kazach Ilja Iljin był na koksie. Ale na Kołeckiego też pada dopingowy cień. Ukraiński lekarz Walentin Czernopiatow twierdzi, że w 2002 roku kupił dla niego w Odessie 13 opakowań retabolilu, sterydu anabolicznego, środka zabronionego. Kołecki zaprzecza. Złapany został raz, w wieku 16 lat.

Szanse na wymarzony olimpijski medal wciąż ma Marcin Dołęga. Nie jest wykluczone, że medal zostanie odebrany jednemu z medalistów z Pekinu, gdzie Dołęga był czwarty. Ewentualny krążek odbierze jako zawodnik dwukrotnie zdyskwalifikowany, bez prawa do występów na zawodach.

O tym, że Zawisza ma z tematem dopingowiczów problem, świadczy plebiscyt z okazji 70-lecia klubu. Wśród kandydatów klub wpisał dopingowiczów: Dołęgę i Sławomira Zawadę. Ten drugi nie tylko doping brał, co skończyło się dyskwalifikacją. Po zakończeniu kariery, wśród wielu zarzucanych mu przestępstw, prokuratura wymieniła przemyt i handel sterydami.

Mila kontra nikt

Dworzec Gdańsk Główny i plakat Lechii

Sebastiana Milę w drodze na PGE Arenę można spotkać kilka razy. Piłkarz Lechii uśmiecha się ze słupów ogłoszeniowych przed dworcem Gdańsk Główny, z przystanków tramwajowych koło stadionu i tekturowych podobizn już na samym obiekcie. Milę ściągnięto nie tylko po to, żeby został liderem środka pola. Ma też poprawić frekwencję na 44-tysięcznym stadionie.

Tylko w ubiegłym tygodniu nowy kapitan kręcił spot dla IPN, wcielił się w rolę aktora serialu, rozdawał pączki i otwierał klubowy sklep w galerii handlowej. Wcześniej, w tłusty czwartek, rozdawał kibicom pączki, a przed początkiem rundy udzielał wywiadów trójmiejskim tytułom. – To siedzi gdzieś w środku, w momencie debiutu w biało-zielonych barwach poczułem jakieś ukłucie i czuję je do teraz. Potem grałem w wielu zespołach, z większości mam bardzo miłe wspomnienia, ale wszystko zaczęło się w Gdańsku i tak już zostanie na zawsze – opowiadał „Wyborczej”.

Powrót Mili do Gdańska po 14 latach to pomysł na szukanie tożsamości zespołu, w którym rotacja piłkarzy jest ogromna. Zarówno Lechia, jak i Zawisza, w tym sezonie postawiły na ilość. Za ruchami transferowymi obu klubów kibice nie są w stanie nadążyć. I oba kluby zawodzą. Zawisza to czerwona latarnia ligi, Lechia zamiast myśleć o pucharach, z niepokojem zerka w dół tabeli, sprawdzając przewagę nad strefą spadkową.

Zawisza gra z nożem na gardle i szukaniem ikon nikt w klubie sobie głowy nie zaprząta. Piłkarze nieustannie przychodzą i odchodzą. Jedynym zawodnikiem w zespole, który zagrał dla Zawiszy w przynajmniej stu spotkaniach jest Jakub Wójcicki (160). Utrzymał się w zespole, bo gra na siódmej już pozycji. Ostatni Zawisza wygrał na wyjeździe w maju. Od zwycięstwa w Szczecinie zespół prowadziło trzech trenerów, do zespołu dołączyło aż 20 piłkarzy.

Ostatni debiutant do Giorgi Alawerdaszwili. W sobotę Gruzin nie zachwycił. Zawisza to 13 klub w karierze 27-latka. Polska jest dla niego szóstym krajem, w którym gra w piłkę. – Wiem, że to dużo, ale sam nie wiem dlaczego tych klubów zaliczyłem aż tyle – mówił mi po meczu napastnik. Gruzin spędził na boisku 30 minut, zmienił bezproduktywnego Cornela Predescu i był niewiele lepszy.

Mariusz Rumak przejął drużynę, która zmierzała ku przepaści. Jeszcze jesienią Zawisza zaczął grać lepiej, ale wciąż przegrywał. Teraz już remisuje. – Ale czas remisów już się skończył. Trzeba zacząć wygrywać – mówi Sebastian Ziajka. Dwa bezbramkowe remisy na wiosnę to nie jest zły start. Można się spodziewać, że po tym, jak Ziajka zajął miejsce wolnego Cristiana Pulhaca, uda się ustabilizować zestawienie siedmiu defensywnych piłkarzy.

Gorzej wygląda ofensywa. Na pozycjach napastnika, ofensywnego pomocnika i skrzydłowego Rumak sprawdził już 7 piłkarzy. Żaden występ nie spełnił w pełni oczekiwań. W Gdańsku Zawisza oddał jeden celny strzał. W sobotę, z Piastem Gliwicem, Zawisza musi wygrać. Trzeba więc zacząć strzelać bramki. Swoją szansę powinien dostać Bartłomiej Pawłowski. Piłkarz, który jest jedną z ofiar ofiar biało-zielonej rewolucji, staje się nadzieją na przełamanie bydgoskiej niemocy.

Rewolucja

Skład Zawiszy Bydgoszcz

Jak bardzo w ciągu pół roku może zmienić się zawodowa drużyna? W przypadku Zawiszy Bydgoszcz liczba zawodników, którzy przyszli i odeszli z klubu, przyprawia o zawrót głowy. Rewolucja dokonała się w czasie trwającego już sezonu. Dwa mecze z Górnikiem Łęczna dzieliło 181 dni. Zawiszę poprowadzili różni trenerzy, posłali na boisko w sumie 24 zawodników. Do pełnej rotacji zabrakło 4 piłkarzy.

Wśród 18 zawodników, których w sierpniu ubiegłego roku Jorge Paixao zabrał na mecz do Łęcznej, dziś w klubie zostało 7. Zawisza przegrał wtedy 2:5, prezentując się katastrofalnie. Każda groźna akcja piłkarzy Jurija Szatałowa kończyła się golem. Andrzej Witan pięciokrotnie wyciągał piłkę z siatki, a obrona Zawiszy rozpoczęła atak na ligowy rekord liczby straconych goli. Mariuszowi Rumakowi udało się zmniejszyć średnią z 3 bramek na spotkanie do 2,2.

W piątek Zawisza z Górnikiem bezbramkowo zremisował i był w tym słabym meczu drużyną lepszą. Z sierpniowego składu znów zagrali Andre Micael, Kamil Drygas, Alvarinho i Jakub Wójcicki. Ten ostatni długą wędrówkę po pozycjach zakończył na prawej obronie. Latem grał na pozycji zgodnej z numerem na koszulce, jako dziesiątka.

Zimą z Zawiszy odeszło 14 zawodników, nie licząc juniorów. Większość z nich znalazła nowe kluby – Anestis Argyriou (Ethnikos Achnas), Piotr Petasz (GKS Katowice), David Fleurival (Larisa), Herold Goulon (Omonia Nikozja), Wagner (CD Nacional), Luis Carlos (Korona Kielce), Bernardo Vasconcelos (Dóxa Katokopiás), a Korneliusz Sochań został wypożyczony (Kotwica Kołobrzeg). Wahan Geworgian, Kadu, Samuel Araujo, Joshua Silva i Andrzej Witan nowych pracodawców szukają. Tylko jeden piłkarz, Michał Masłowski, został sprzedany. Z pozostałymi rozwiązano kontrakty.

Najgorsi z portugalskiego zaciągu byli zawodnicy, których rekomendował Paixao – Joshua Silva i Samuel Araujo. Kompletnym niewypałem okazał się Fleurival, który miał całkiem ciekawe CV. Wcześniej rozegrał pełen sezon w Boaviście, a do Zawiszy trafił prosto z Metz, gdzie również grał regularnie. Był jednak kompletnie nieprzygotowany fizycznie. Grał całe mecze, ale spacerował po boisku. Szybko się z nim pożegnano.

W ciągu sześciu miesięcy dzielących dwa mecze z Górnikiem Łęczna Jorge Paixao zdążył opuścić kolejny zespół. Z 16 meczów w portugalskiej drugiej lidze jego Olhanense wygrało zaledwie trzy.

A co w sierpniu robili obecni piłkarze Zawiszy? Kilku z nich w piłkę nie grało. Luka Marić i Sebastian Małkowski leczyli zerwane więzadła w kolanie, Jakub Smektała wciąż liczył, że jesienią znajdzie klub w ekstraklasie (nie udało się, mimo testów w Podbeskidziu), a Jakub Świerczok grał w rezerwach Kaiserslautern w Regionallidze, na czwartym poziomie niemieckiej piłki.

W sierpniu nowy napastnik Zawiszy Josip Barisić miał na koncie 3 gole w 4 meczach NK Osijek. Do końca rundy już do siatki nie trafił. Cornel Predescu męczył się w klubie Pandurii Targu Jiu, zbierając 360 minut przez całą ligową rundę (w 11 występach). Stefan Denković mniej więcej wtedy wypadł ze składu Puskas Akademii (od września 2014 łącznie niecałe 90 minut). Z kolei Bartłomiej Pawłowski był pełen nadziei po powrocie z Malagi i walczył o miejsce w składzie Lechii u Joaquima Machado. Wyciąganie piłkarzy z piłkarskiego niebytu ma w klubie Radosława Osucha długą tradycję. Czasem można uznać te ruchy za udane (Herold Goulon, Paweł Strąk), ale kilku graczy odzyskać się nie udało (Paweł Wojciechowski, Argyriou).

Portugalskojęzyczna kolonia to już w Bydgoszczy przeszłość. O zmiany w drużynie po piątkowym meczu pytałem Andre Micaela. Odpowiedzieć nie chciał, zasłaniając się, że taka ocena to nie jego rola. Kierunek zmian jest jasny – pożegnano Portugalczyków i Brazylijczyków, ściągnięto zawodników z Bałkanów i Polaków. Kierunek ani lepszy, ani gorszy. Dziwi natomiast, że zmienił się tak radykalnie w tak krótkim czasie.

Kadra Zawiszy Bydgoszcz

Wrzesień 2014 i luty 2015.

Rekordziści Europy

Lech Poznań Zawisza Bydgoszcz

Męska rozmowa po meczu z Lechem trwała 40 minut. Tak długo siedzieli zamknięci w szatni piłkarze Zawiszy. Kiedy wyszli, głowy mieli zwieszone, ale pytań nie unikali.

Jakub Wójcicki jeszcze na płycie boiska tłumaczył się przed kamerą Canal+. – Jesteśmy pośmiewiskiem całej Polski! – mówił zdenerwowany. To on oraz Paweł Strąk i Kamil Drygas najczęściej są przez dziennikarzy pytani po meczach Zawiszy. – Po pucharowym meczu z Podbeskidziem gracie z Ruchem u siebie, dobry rywal na przełamanie – zagadnąłem Wójcickiego w Poznaniu. – Dla nas nie ma dobrych rywali. Przegrywamy z każdym – odpowiedział z rezygnacją.

W poprzednim sezonie najlepszymi piłkarzami Zawiszy byli Igor Lewczuk, Herold Goulon, Michał Masłowski i Wojciech Kaczmarek. Pierwszy z nich dostał z Legii ofertę życia, klub też dostał niezłe pieniądze i decyzja była oczywista. Dziś walczy o skład w Warszawie. Pozostała trójka cały czas się leczy. Goulon ma zagrać już z Podbeskidziem. Masłowski dopiero wraca do treningów z zespołem, Kaczmarek zrobi to dopiero w styczniu. Jak wyglądałby inny zespół ze środka tabeli, gdyby wyjąć z niego czterech najlepszych graczy?

27 straconych goli w 9 ostatnich meczach. Słowo katastrofa nie oddaje tego, jak wygląda obrona Zawiszy. W meczu z rywalem klasy Lecha każda wymiana piłki przez rywala na 30 metrze może w ciągu 2 sekund doprowadzić do straty bramki. Każde penetrujące podanie to okazja na gola. Każdy strzał ląduje w siatce.

Na obronę Zawiszy można pomstować bez końca. Najgorsze jest to, że Mariusz Rumak nie ma pola manewru. Wszystko, co leci w kierunku bramki wpuszcza Grzegorz Sandomierski. Dopiero dziś widać, jaką pewność dawał drużynie Kaczmarek. Jeden mecz zagrał w tym sezonie Andrzej Witan. W Łęcznej piłkę z siatki wyciągał 5 razy. To on zagra w środę w pucharowym meczu z Podbeskidziem. Jeśli pomoże drużynie, to ma szansę wskoczyć do pierwszego składu.

Andre Micael dalej jest cieniem samego siebie. Samuel Araujo gra co prawda lepiej, niż w pierwszych meczach, ale nie wywalczyłby sobie miejsca w żadnej innej drużynie ligi. Micaela za tydzień zastąpić będzie musiał Strąk. Swoją szansę kompletnie zaprzepaścił Piotr Petasz. Zagotował się w sytuacji pod polem karnym rywali i dostał zasłużoną czerwoną kartkę. A były to jego pierwsze minuty u Rumaka.

Zmiennikiem zmienionego w przerwie Anestisa Argyriou w teorii jest Damian Ciechanowski. Ale skoro 18-latek jest kompletnie pomijany przez trzeciego kolejnego trenera, to nie łudzę się, że może załatać dziurę na prawej stronie.

Przejrzałem tabele europejskich lig i średnia 3 straconych bramek to wynik bliski kontynentalnego rekordu. Lepsze statystyki ma nawet Evian Thonon Gaillard, czerwona latarnia ligi francuskiej – 15 straconych goli w 6 meczach. Porównywalne liczby do Zawiszy znajdziemy tylko w ligach na wschodzie – w Mołdawii Dinamo-Auto straciło 28 goli w 7 meczach a na Litwie Dainava Alytus 129 w 28. Dla porównania rok temu w polskiej ekstraklasie ostatnie miejsce zajęło Zagłębie Lubin. W 37 meczach straciło 51 goli, średnia 1,4. Jakie perspektywy ma więc zespół, który traci bramki ponad dwa razy częściej?

Paixao i jego porsche

Stadion Zawiszy Bydgoszcz

Za chwilę pierwszy gwizdek, czyli za 35 sekund będzie drugi, po bramce.

Tylko dwa mecze trwała europejska przygoda Zawiszy. UEFA mecze Pucharu Intertoto z 1993 roku traktuje jako towarzyskie, więc czwartkowy mecz z Zulte Waregem był pierwszym w historii pucharowym spotkaniem Zawiszy u siebie. Wstydu nie było, ale rywale grali o klasę lepiej. Choć Piotr Petasz ma świetnie ułożoną lewą nogę, to rywale mijają go zbyt łatwo. Zdarza się to w Ekstraklasie, więc co zrozumiałe, z Zulte Waregem było gorzej. Szans na dogonienie ganiających po jego stronie boiska Yarauby Cissako i Ibrahima Conte nie miał żadnych. Szybcy jak wiatr piłkarze siali spustoszenie w szeregach Zawiszy. Byli nie tylko fizycznie sprawniejsi, ale górowali techniką – piłki po przyjęciu nie musieli poprawiać, grali w pierwsze tempo i to w miejsce, gdzie wybiegał kolega. Dość powiedzieć, że dwóch piłkarzy Zulte Waregem odpoczywa po grze na mundialu.

Zespół kameralnego klubu z Flandrii Zachodniej skupia się na ataku. Młodziutki skład, 4-3-3 i szybka wymiana piłki. Na strzelenie pierwszego gola Belgowie potrzebowali 35 sekund. – Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, że nawet gdy mój zespół strzeli bramkę w pierwszej minucie, moja drużyna nie może na tym poprzestać. Wymagam kolejnej bramki i jeszcze następnej – mówił po meczu Francky Dury, który wypromował w Zulte wielu młodych piłkarzy. Nie przesadzał.

Do Zawiszy pretensje mieć trudno, bo spośród polskich zespołów losowanie w pucharach bydgoszczanie mieli najmniej korzystne. Piotr Petasz strzelił bramkę, swoje okazje mieli też Luis Carlos i Kadu. Trener Jorge Paixao został po meczu zapytany, czy drużynie zabrakło jakości. – Co to znaczy jakość? – dopytywał pełniącego rolę tłumacza Hermesa. – Mamy taką jakość, jaką mamy, i jesteśmy z niej zadowoleni. Jest wielka różnica w budżetach między Zawiszą a Zulte Waregem. Jak ma się dużo pieniędzy, to można kupić porsche. A można też kupić inne auto i pojechać sprytniej i być szybszym. Ale przewaga finansowa ma przełożenie na wyniki. Można mówić o trzech rodzajach jakości w piłce – technicznej, taktycznej, która może być ważniejsza, i mentalnej, którą my dziś mieliśmy. – tłumaczył. Pozostaje dodać, że różnica w jakości technicznej i taktycznej była zauważalna. Belgowie ściągają wyróżniających się nastolatków z miejscowych szkółek a Zawisza piłkarzy z II ligi portugalskiej (co pozwala na osiąganie dobrych wyników w polskiej lidze). Oba kluby mają budżety w wysokości 10 mln. Zawisza w złotówkach, Zulte Waregem w euro.

Na każde pytanie na konferencji prasowej Paixao odpowiadał długo i cierpliwie. W Portugalii jego kontakty z dziennikarzami były trudne. W Bydgoszczy na razie jest uśmiechnięty i skupiony. W czwartek ogłosił, że nawet po błędzie w meczu w Waregem Grzegorz Sandomierski jest najlepszym bramkarzem na świecie. Drugi jest Andrzej Witan. Po meczu z Koroną w jednym rzędzie wymienił Luisa Carlosa, Bernardo Vasconcelosa oraz Damiana Ciechanowskiego i Macieja Konę, jako piłkarzy, którzy są w pierwszej drużynie, gdzie jak mówi, nie ma podziału na pierwszy skład i rezerwowych.

Grupa kibiców z Belgii, która jak informuje klub, zgodnie z przepisami musiała zająć miejsce w tzw. klatce.

Z czterogwiazdkowego hotelu Belgowie zostali więc przetransportowani do zamkniętego sektora za wysokim płotem na łuku stadionu. Zdjęcie sprzed meczu.

Na Narodowy przez Jarocin i Niecieczę

Finał Pucharu Polski Zawisza Zagłębie

Trzy lata temu za bydgoskim Zawiszą jechałem do Jarocina. – Cwaniaki. Przyjechali z miasta i myśleli, że się położymy plackiem – komentowali kibice Jaroty nieudolne momentami ataki bydgoszczan. Tydzień później Zawisza awansował do I ligi po meczu z Czarnymi Żagań. Choć sezon życia rozgrywał Cezary Stefańczyk, to najlepszym zawodnikiem tamtych kolejek był wyciągnięty z ligi szóstek Benjamin Imeh, potem zawodnik Czarnych, UKP Zielona Góra i ŁKS Łęknica.

Rok później Zawisza walczył o awans do ekstraklasy do ostatniej kolejki. Podobnie jak inne redakcje, byliśmy w Poznaniu, Płocku, Gliwicach (0:3 w ostatnim, decydującym meczu). Ostatni czerwiec to Nieciecza i Bytom, gdzie szalał cały oblany szampanem Radosław Osuch. Widziałem kibiców, którzy płakali ze szczęścia. Teraz Zawisza wystąpił na Stadionie Narodowym, a Łukasz Skrzyński wzniósł pierwsze ważne trofeum w historii klubu.

Drogi, którą przebył Zawisza, osobom z Bydgoszczy przypominać nie trzeba. Jeszcze w 2008 Zawisza kończył sezon w Leśnicy. Tam odbył się baraż o awans do grupy zachodniej II ligi. Tempo, w jakim Zawisza trafił na salony to może nie przypadek Nottinghamu Forest Briana Clougha (w 4,5 roku z drugiej połowy tabeli II ligi do Pucharu Europy), ale jak na polskie warunki, z pewnością jest to ekspres. Od Zdzieszowic i Turku w 3 lata na Łazienkowską i Narodowy. Z tamtej drużyny zostało dwóch piłkarzy – Andrzej Witan i Jakub Wójcicki. Ekwiwalent dla GLKS Nadarzyn za wyszkolenie tego drugiego, to był jeden z problemów, z jakim borykał się w 2010 roku Zawisza Macieja Murawskiego. Pomóc musiał Zbigniew Boniek.

Co zapamiętam z samego finału Pucharu Polski? Słabego na prawej stronie Piotra Petasza, groźnego Abwo, walczącego i czującego na sobie odpowiedzialność Geworgiana (sam poprosił o wykonanie 5 karnego), drobiącego kroki i niepatrzącego na piłkę przy karnym Luisa Carlosa (- Nie strzeli – mówili wszyscy naokoło) i pozę Igora Lewczuka po ostatniej jedenastce. Gdyby nie absolutnie tragicznie wykonany karny przez Dorde Cotrę, najpewniej najmocniej w pamięć wbiłby mi się Jorge Kadu. Pierwszy Kabowerdyjczyk w polskiej lidze, przemiły człowiek, miał na nodze piłkę meczową w 120 minucie meczu. Po tym jak fatalnie spudłował, sędzia zakończył dogrywkę, a sam piłkarz padł na murawę. Wiedział jak to się może skończyć. Ale miał szczęście, podobnie jak cały Zawisza. O załamanym piłkarzu z Wysp Zielonego Przylądka nikt pamiętał nie będzie.

W sobotę na Wyspie Młyńskiej bydgoszczanie spotkali się z piłkarzami. Przyszło ok. 2 tysięcy osób. Tak wyglądało to wydarzenie z powietrza.

Mistrz wrzutek pokazuje, jak uderzyć piłkę

Piotr Petasz

Fot. Paweł Malinowski.

W zeszłym tygodniu byłem na krótkim szkoleniu z kopania piłki. Jak uderzać tak, żeby każda wrzutka była zagrożeniem, pokazywał mi Piotr Petasz, który jest wśród najlepiej wykonujących stałe fragmenty gry w Ekstraklasie. Teoretycznie przygotowany jestem więc znakomicie, zostało już tylko kilka tysięcy godzin treningów.

Tym razem to także produkcja filmowa.

Tekst na bydgoszcz.sport.pl – Sekret zagrań piłkarza Zawiszy: wentylem do dołu [WIDEO]

Radosław Osuch: Piotrek Petasz ma najlepszą lewą nogę w Europie. Obrońca Zawiszy pokazuje, jak kopnąć piłkę, żeby dośrodkowanie lub strzał były prawdziwą bombą siejącą postrach w szeregach rywala.

Firmowe zagranie Petasza wygląda z trybun dość łatwo. Rozbieg to zazwyczaj trzy kroki. A potem kopnięcie i piłka leci prosto do celu: na głowę kolegi z zespołu lub prosto do siatki. W 7 meczach obecnej edycji Pucharu Polski Petasz ma na koncie 3 bramki i 3 asysty. Jak na obrońcę, wynik rewelacyjny.

Trenera podglądają na YouTubie

W Zawiszy mają się na kim wzorować, jeśli chodzi o wykonywanie tzw. stałych fragmentów gry. Specjalistą od rzutów wolnych był trener zespołu Ryszard Tarasiewicz. Piłkarze Zawiszy nie ukrywają, że jego bramki nie raz oglądali na YouTubie np. te strzelone Szwecji.

– Przy stałych fragmentach chodzi o powtarzalność. Jeśli trafisz do bramki, to zamiast się cieszyć, powinieneś od razu zakodować sobie, jak ułożyłeś stopę. Jeśli trochę zabrakło, to trzeba coś skorygować. Decydują szczegóły – opowiada Tarasiewicz.
Wentylem do dołu

Petasz, podobnie jak Tarasiewicz, uderza piłkę lewą nogą. Opowiada o swoim sekrecie. – Istotne jest, w którą część piłki uderzymy. Niektórzy ustawiają ją tak, żeby wentyl był skierowany w kierunku bramki, a inni do siebie. Ja stawiam piłkę wentylem do dołu – mówi obrońca bydgoskiej drużyny. – Ten wentyl to raczej zabobon każdego zawodnika – dodaje. Noga postawna, w przypadku zawodnika Zawiszy prawa, znajduje się na wysokości piłki.

Futbolówkę trzeba tak kopnąć, żeby podczas uderzenia ocierała się przez niemal całą wewnętrzną część lewej stopy – od dużego palca, przez staw skokowy, aż do pięty. – Noga potem do góry, za piłką, która ma mieć silną rotację i lecieć w światło bramki – tłumaczy Petasz. Co ważne, centry w jego wykonaniu są mocne, piłka nie zawisa w powietrzu. Jeśli zatrzyma się na pierwszym rywalu, to jest oczywiste, że został popełniony błąd. – Wariantów, gdzie dokładnie piłka ma spaść przy dośrodkowaniu, jest kilka – na pierwszy słupek, na 7. metr od bramki, na długi słupek. To zależy m.in. od tego, ilu zawodników wbiega na dośrodkowanie – wyjaśnia.

Piotr Petasz pokazuje, jak uderzyć piłkę

Strzały z rzutów wolnych obrońca Zawiszy zazwyczaj wykonuje siłowo – uderza centralnie, z prostego podbicia w środek piłki. Wtedy rozbieg jest dłuższy, strzał wykonywany jest na wprost bramki. – No i siła razy ramię. Uderzamy, ile damy radę – śmieje się. Metoda się sprawdza, w ligowym meczu z Piastem zdobył bramkę z 30 metrów. Wydawało się, że bramkarz popełnił błąd, ale na powtórkach widać wyraźnie, że piłka była tak podkręcona, że dwukrotnie zmieniała kierunek lotu. Petasz zdobywał już gole z prawie 40 metrów od bramki.

Trzeci rodzaj strzału jest najtrudniejszy, przeznaczony raczej dla artystów futbolu. – Uderzenie zewnętrzną częścią stopy mocno i celnie jest trudne – opowiada. Wchodzi w grę tylko w przypadku, gdy piłka jest w grze. Przy stałym fragmencie gry mało kto pozwala sobie na takie zagrania.

Nauki pobierał u brata

Techniki strzału Petasz nauczył się od brata. Teraz stałe fragmenty ćwiczy dwa razy w tygodniu. Zajęcia trwają 40-60 minut. Mniej, jeśli mecze rozgrywane są co trzy dni. – Nie można sobie odpuszczać. Czasem uderza się po kilkadziesiąt razy i nie wychodzi, ale trzeba próbować dalej. Trzeba też pracować nad mięśniami: czworogłowym oraz brzucha. Są jeszcze mięśnie piszczelowe, o których niektórzy zapominają. To, jak nad nimi pracować, pokazał mi doktor Jerzy Wielkoszyński – opowiada.

Pomóc może też trener, który widząc piłkarza z boku, może skorygować jego sylwetkę. – Uderzenie to przecież nie tylko noga. A gdy zawodnik się odchyli, to prawie na pewno przeniesie piłkę nad poprzeczkę. Podobnie jest, gdy zejdzie się za nisko pod piłkę – mówi Petasz.

Nie wyszedł mu ostatni mecz, z Jagiellonią Białystok. Większość dośrodkowań zepsuł. Dziennikarzom po meczu mówił o nowych butach, które trzeba będzie wyrzucić do kosza. – To był żart. Po prostu czasem tak bywa, że nie wychodzi – mówi Petasz.

„Najlepsza lewa noga w Europie”

Pytany o „najlepszą lewą nogę w Europie” – tak go zachwalał Radosław Osuch, obrońca delikatnie się uśmiecha. – To duże słowa. Wiem, że właściciel klubu mnie docenia, ale jak oglądamy mecze na przykład Ligi Mistrzów, to tam widzimy prawdziwych mistrzów. Ci zawodnicy dogrywają na centymetry – mówi Petasz.

Cztery lata temu Petasz mógł wystąpić w finale Pucharu Polski w barwach Jagiellonii. Ale w 90. minucie drugiego półfinału dostał żółtą kartkę, która go wykluczyła z gry. – Piłka wyszła na aut, chciałem ją podać rywalom, ale na zmęczeniu noga uciekła. Sędzia przebiegł pół boiska, żeby dać mi kartkę. Załamałem się. To największy zawód, który doznałem w piłce nożnej – mówi Petasz. Rehabilitacja w piątek na Stadionie Narodowym w meczu z Zagłębiem Lubin.

Z piłkarskiej prowincji na Narodowy

Stadion Narodowy

Fot. Spens03, (CC BY-SA 3.0)

Zawisza Bydgoszcz jest o krok od finału Pucharu Polski. Przeglądając historyczne tabele, można dojść do wniosku, że awans będzie największym sukcesem w piłkarskiej historii klubów z obecnego województwa kujawsko-pomorskiego.

W tabeli wszech czasów polskiej ekstraklasy (1927-2013) Zawisza plasuje się na 33. miejscu. W najwyższej klasie rozgrywkowej klub spędził 12 sezonów. Najlepsze miejsce, czwarte w sezonie to sezon 1989/90, klub raz wystąpił też w Pucharze Intertoto. Drugi zespół z Bydgoszczy, Polonia, jest na miejscu 48. (7 sezonów). W 1960 roku królem strzelców ówczesnej I ligi został Marian Norkowski, napastnik Polonii. Na stadionie przy ul. Sportowej zachwycał się jego grą m.in. Zbigniew Boniek. – Wydawało mi się, że z piłką potrafi zrobić wszystko – opowiadał obecny szef PZPN.

Dwa lata w ekstraklasie spędził trzeci z klubów z regionu – Toruński Klub Sportowy (68. miejsce w tabeli). Polonia spadła z ligi w 1961 roku, a TKS w 1927 (na pożegnanie 0:15 z Wisłą Kraków). Bydgoski klub obecnie gra w IV lidze, toruński rozwiązano 83 lata temu.

W spisach finałów 60 edycji Pucharu Polski nawet nie ma co szukać. Żadna drużyna z województwa kujawsko-pomorskiego w decydującym meczu o puchar nie wystąpiła. Maksimum to półfinał.

Region jest więc piłkarską prowincją. Jeszcze trzy lata temu nie miał żadnego zespołu na szczeblu centralnym (nie liczę drużyn kobiecych). Zawisza i Olimpia Grudziądz grały wtedy w grupie zachodniej II ligi. W wielu statystykach województwo kujawsko-pomorskie można znaleźć pod koniec stawki, ale tabele piłkarskie należą do najbardziej przygnębiających. Bydgoszcz wychowała kilku świetnych zawodników, region nie musi się też wstydzić olimpijczyków. Z występami piłkarskich zespołów nie było jednak najlepiej.

Mecz o finał we wtorek o 17.45. „Przegląd Sportowy” czołówki z tego nie zrobi, kolejki pod kasami się nie pojawią, transmisja telewizyjna nie okaże się hitem, ale pokonanie w dwumeczu Jagiellonii Białystok to będzie rzecz historyczna.

W Zawiszy nie ma już gwiazd

Droga mleczna

Fot. Ken Crawford (CC BY 3.0)

Oba silniki bydgoskiego Zawiszy już nie działają. Od kiedy wiadomo, że do kontuzjowanego Herolda Goulona dołączył Michał Masłowski, Ryszard Tarasiewicz ma niezłą łamigłówkę. I wydaje się, że może mu zabraknąć elementów, by sprawny mechanizm, jakim była pomoc Zawiszy, znów działał bez zarzutu.

Z Goulonem spotkałem się niedawno. O piłce rozmawialiśmy niewiele, bo Francuz opowiadał, że jego życie to nie tylko futbol. Teraz, gdy musi odpoczywać po operacji, zajmuje się głównie zarządzaniem swoją restauracją, która znajduje się w Chinach. Goulon ostatni mecz zagrał w grudniu, z Lechem Poznań. Był przekonany, że ból pleców przejdzie dzięki zabiegom fizjoterapeutów. Takie rozwiązanie rekomendowali lekarze. Czas mijał, Goulon w styczniu nie trenował razem z drużyną. Po powrocie z kliniki w Paryżu mówiło się, że Goulon będzie grał. On sam myślał, że operację będzie mógł zrobić po tym, jak Zawisza awansuje do grupy mistrzowskiej. – Nie walczymy przecież o mistrzostwo. Awans do ósemki był najważniejszy. Poświęcałem się dla drużyny – opowiada. Skończyło się na wszczepieniu implantu i sporej przerwie. Po dwuletniej przerwie w grze Goulon zagrał dla Zawiszy w 19 meczach. Kiedy walczył w defensywie rywale dosłownie odbijali się od niego. Kiedy Francuz odzyskiwał piłkę, to głównie podawał do przodu. Jego rajdy podrywały kibiców z miejsc. Zwalisty Goulon potrafił minąć trzech przeciwników na raz.

Lepszy drybling w drużynie ma od niego tylko Michał Masłowski. Taki gracz to marzenie każdego trenera Ekstraklasy. Szybki, ze zmysłem do gry kombinacyjnej. Z obu nóg potrafi zdobyć bramkę zza pola karnego. Po meczu ze Szkocją chwalił go nawet Zbigniew Boniek. – W 5 minut zrobił więcej niż niektórzy w 90 – mówił prezes PZPN. Masłowski zbierał kolejne pozytywne recenzje. W ostatnim Cafe Futbol to właśnie rozgrywającego Zawiszy chwalił trener Lecha Poznań Mariusz Rumak. Kontuzja Masłowskiego nastąpiła w momencie, gdy coraz częściej mówiło się, że rosnąć ma rola Masłowskiego w reprezentacji Adama Nawałki. Piłkarz miał dostać szansę w meczu z Niemcami, rozgrywanym poza terminem FIFA.

Co dalej ze środkiem pola Zawiszy? Odpowiedzialność za odbiór spada na barki Kamila Drygasa i Hermesa. Za rozgrywanie prawdopodobnie częściej będzie odpowiadał Sebastian Dudek. Ten gracz nadrabia braki boiskowym cwaniactwem, ale ubytek w jakości budowania akcji będzie bardzo zauważalny. Za plecami napastników próbowany też będzie Paweł Wojciechowski. Problemy z konstruowaniem akcji, szczególnie przeciwko silnym rywalom z grupy mistrzowskiej, będą zauważalne. Gwiazd na miarę ekstraklasy już w drużynie nie ma, choć Igor Lewczuk na pewno znajdzie się w niektórych jedenastkach sezonu.

Obie kontuzje mogą mieć dość niespodziewany skutek. W przerwie zimowej byłem przekonany, że Goulona i Masłowskiego w Zawiszy już nie zobaczymy. Teraz sprawa wygląda już trochę inaczej.