Archiwum kategorii: Inne

Czas odłożyć sztangę w Zawiszy

Fot. public domain

Kurz powoli opada. Mętnych tłumaczeń braci Zielińskich nie transmituje już TVN24 a memy z ich zdjęciem i podpisem „Chemical Brothers” coraz rzadziej pojawiają się na Facebooku. Ale ich wstyd pozostaje też naszym, bydgoskim wstydem. Czas teraz pożegnać się w ogóle z ciężarami w Zawiszy.

– Czasem wstaję z łóżka i nie mogę się wyprostować, bo kręgosłup napierdziela. Nie tak dawno, robiłem przysiady ze sztangą, wisiało na niej 200 kg, no i poczułem, jak prąd mi idzie po kręgosłupie, nogi się uginają. Organizm mam tak wyeksploatowany, że czarno widzę przyszłość – opowiadał Marcin Dołęga. Środki przeciwbólowe, przeciwzapalne i blokady nie pomagają. Ludzkie stawy nie są przystosowane do przerzucania 20 ton żelastwa dziennie. Zrujnowane kolana i łokcie trzeba ratować komórkami macierzystymi. Ale to za mało. Trzeba brać.

Koniec z ciężarami

Dołęga został za doping zdyskwalifikowany kilka miesięcy temu. Bracia Adrian i Tomasz Zielińscy razem z trenerem, Jerzym Śliwińskim, zostali wyrzuceni z wioski olimpijskiej w Rio. Wojsko już złożyło im propozycję nie do odrzucenia. Zielińscy nie będą już żołnierzami. Wojsko wycofuje się też z podnoszenia ciężarów w Zawiszy. Ale to za mało.

Z tej sekcji CWZS powinien po prostu zrezygnować.

Oprócz Zielińskich w ostatnich latach na pomoście oszukiwali także inni zawiszanie – Małgorzata Wiejak i Marcin Dołęga. Wybrali drogę na skróty, bo jest to wpisane w samą dyscyplinę. Mniej widzę w tym winy samych zawodników. Rozmowy z Marcinem Dołęgą i braćmi Zielińskimi wspominam z uśmiechem. Sympatyczni, inteligentni ludzie z bardzo trudnym startem na wielkie areny. – W takiej małej miejscowości to można zostać naukowcem albo sportowcem. Albo nikim. A naukowcem to jest ciężko zostać – mówił mi Adrian Zieliński. W Tarpanie Mrocza dźwigało się w budynku GS-u. Do czasu aż się zawalił, bo ciężka sztanga przebiła podłogę i wpadła do piwnicy. Później ciężarowcy ćwiczyli w budynku hydroforni. Zimą w rękawiczkach i czapkach, nie było nawet wody. Jak się chwyciło sztangę, to przyklejała się do rąk, taki był mróz.

Wysiłek sztangistów jest nadludzki. Żyją z permanentnym bólem. Zostawiają na pomoście zdrowie, bo prą na sportowy szczyt. Jest nim olimpijski medal. Daje sławę a dzięki emeryturze, socjalne bezpieczeństwo do końca życia. Każdy myśli – wezmę, bo bez tego nie wygram. I pewnie mają rację. To prawda, że w ostatnich dekadach seriami wpadali lekkoatleci i kolarze, ale ciąg skandali w ciężarach nie ma precedensu. Na igrzyska w Rio de Janeiro nie przyjechali wykluczeni ciężarowcy z Rosji, Białorusi, Azerbejdżanu i Bułgarii. W zorganizowany sposób brali Kazachowie, w tym ich trzy mistrzynie olimpijskie. Na liście WADA są nawet Niemcy. W zeszłym roku przyłapano na dopingu 70 sztangistów i sztangistek. Wielu z nich to medaliści najpoważniejszych międzynarodowych imprez. Jest też niemałe grono Polaków.

Zepsute do szpiku kości

Podnoszenie jak największego ciężaru wydaje się być niemal równie naturalnym sportem, jak bieg. Sprawdzeniem, kto jest najsilniejszy. Dlatego ciężary, w różnej formie, są w programie nowożytnych igrzysk od samego początku. Ale przyszłość to niewiadoma, bo od kilku dekad dyscyplina jest zepsuta do szpiku kości. Przypadek braci z Mroczy prawdopodobnie doprowadzi do jej zabicia w kraju. Ministerstwo Sportu już ogłosiło, że przynajmniej obetnie dotacje dla związku. Możliwe, że całkowicie zabierze ciężarowcom państwowe pieniądze. O prywatnych nie mają co marzyć. W państwach szeroko pojętego Zachodu ciężarów raczej się nie dźwiga. Ważne zawody wygrywają zawodnicy krajów byłego ZSRR (o ile nie są zdyskwalifikowani), Iranu, Chin czy Korei Północnej. Innym szkoda zdrowia.

O tym, że polska sztanga jest chora, wiadomo od dawna. Wyniki ciężarowców Zawiszy interesują garstkę osób. Ilu z was kliknie w link o wynikach ligi podnoszenia ciężarów? Ilu w ogóle wie o jej istnieniu? Bydgoska sekcja nie wychowuje rzeszy młodych ludzi zafascynowanych sportem. Istnieje po to, by wąska grupa zawodników spoza Bydgoszczy, często skuszona wojskowymi etatami, zdobywała trofea. Po to były transfery Dołęgi i Zielińskich. Cała idea legła w gruzach. Czas przestać patrzeć na punkty w tabelach wojskowych zawodów i historyczne tabele medalistów i dać sobie spokój ze zdegenerowaną dyscypliną. CWZS powinien podjąć decyzję o zamknięciu sekcji. Ciężary już są na sportowym marginesie. A niewykluczone, że umrą całkowicie.

Ale Polacy dalej będą odnosić sukcesy. I to w sposób, który całą sytuację pokazuje jak soczewce. Szymon Kołecki, ustępujący prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, wkrótce zostanie oficjalnie ogłoszony mistrzem olimpijskim. Okazało się, że w Pekinie, gdy odbierał srebrny medal, Kazach Ilja Iljin był na koksie. Ale na Kołeckiego też pada dopingowy cień. Ukraiński lekarz Walentin Czernopiatow twierdzi, że w 2002 roku kupił dla niego w Odessie 13 opakowań retabolilu, sterydu anabolicznego, środka zabronionego. Kołecki zaprzecza. Złapany został raz, w wieku 16 lat.

Szanse na wymarzony olimpijski medal wciąż ma Marcin Dołęga. Nie jest wykluczone, że medal zostanie odebrany jednemu z medalistów z Pekinu, gdzie Dołęga był czwarty. Ewentualny krążek odbierze jako zawodnik dwukrotnie zdyskwalifikowany, bez prawa do występów na zawodach.

O tym, że Zawisza ma z tematem dopingowiczów problem, świadczy plebiscyt z okazji 70-lecia klubu. Wśród kandydatów klub wpisał dopingowiczów: Dołęgę i Sławomira Zawadę. Ten drugi nie tylko doping brał, co skończyło się dyskwalifikacją. Po zakończeniu kariery, wśród wielu zarzucanych mu przestępstw, prokuratura wymieniła przemyt i handel sterydami.

Oh my Bydgoszcz

MŚ LA U-20

Przez tydzień Bydgoszcz była stolicą światowej lekkoatletyki. Na mistrzostwa świata do lat 20 nad Brdę przyjechali sportowcy z blisko 160 krajów. Anguilla, Samoa, Wyspy Cooka, Mariany Północne? Wszyscy obecni. Jeszcze nigdy Bydgoszcz nie miała takiej promocji na Twitterze i Facebooku.

W czasie mistrzostw miałem okazję porozmawiać m.in. z Ato Boldonem oraz Sebastianem Coe. Brytyjczyk, legenda lat 80., dziś prezydent IAAF opowiadał m.in. o popularności lekkoatletyki. – Kiedy golfista amator chce trafić do dołka, wyobraża sobie, że jest Tigerem Woodsem. Kiedy idzie pobiegać, nie myśli o tym, że robi to, co Haile Gebrelassie albo Mo Farah. Musimy wykreować ten związek – mówił. A co usłyszałem od młodych sportowców i dziennikarzy?

Australijczykom, którzy spędzili w Bydgoszczy miesiąc, a przed przyjazdem do Bydgoszczy, aklimatyzowali się w Spale, podobało się wszędzie tam, gdzie woda. – Za nami sporo godzin jazdy po Polsce w autobusach. Ale dzięki temu dużo widzieliśmy. Bydgoszcz to niewielkie, miłe miasto. Wszystko co, jest nad wodą, wygląda świetnie – mówi Isaac Hockey, jeden z kapitanów reprezentacji Australii.

– Stadion i warunki są bez zarzutu – chwalił kierownik reprezentacji Australii, Jennifer Chan. Nie wszystkim się tak trafiło. Na warunki narzekają Hiszpanie. Mieli spać w hotelu Campanile, ale ostatecznie nocują w akademikach Collegium Medicum. – Stary budynek, ciasno, nieprzyjemnie, mikroskopijne łazienki. Trzeci świat – narzekali na twitterze. Z akademika Hiszpanie trafili potem do trzygwiazdkowego hotelu.

Dziesięcioosobowa grupa kibiców z Holandii wspierała w Bydgoszczy oszczepniczkę Emmę Oosterwegel. W pomarańczowej koszulce z napisem „Team Whazzaa!” na trybunie usiadł jej chłopak, Justin Kraaijenbrink. – Przyjechaliśmy samochodami z Deventer. Są wśród nas przyjaciele i rodzina Emmy. Nie jest faworytką. Modlimy się o finał – mówił. Modlitwa nie pomogła. Emma do finału się nie dostała. Dwa dni przed startem do Bydgoszczy dotarli lekkoatleci z Republiki Południowej Afryki. – Pierwszy raz jestem na tak dużej imprezie. Transmisje do 60 krajów, to robi wrażenie – mówi George Kusche. – Myślałem, że Bydgoszcz i Europa w ogóle, to miejsce bardziej przemysłowe. A Bydgoszcz jest bardzo spokojna – dodaje.

Szwedzi rozpoczęli zwiedzanie Bydgoszczy od wizyty w KFC. – Trener by się pewnie nie ucieszył, ale co zrobić – śmieją się. – Polska jest tanim krajem, a ludzie, wbrew pozorom, sporo się uśmiechają – mówi Marcus Tornee. – Stadion jest rewelacyjny. Ładna, świeża nawierzchnia, dobrze się biega. Tylko trochę mało ludzi na trybunach. Ale pogoda lepsza, niż w Szwecji – cieszył się sprinter na 200 metrów. Sportowcy opanowali bydgoskie centra handlowe. Zawodnicy z Bahamów spróbowali szczęścia w punkcie Lotto.

Sześć kanadyjskich biegaczek na brzuchach wymalowało kolejne litery nazwy swojego kraju. – Chyba pomogło, bo nasz zawodnik przed chwilą dobrze pobiegł. No i mocno się wydzieramy – mówiła Nicole Hutchinson, z literą A na brzuchu. Kanadyjczycy miastem byli zachwyceni. – U nas nie mamy czegoś takiego jak Stary Rynek, czy starówka, więc Bydgoszcz wygląda dla nas bardzo ciekawie – opowiada. Kanadyjczycy byli m.in. w Toruniu. – Torun. To run or not to run – żartowali.

Impreza OK. Ale gdzie ludzie?

Do Bydgoszczy przyjechało ponad 140 dziennikarzy. Także z takich krajów, jak Kenia, Uganda i Bahrajn. – Wszystko OK, ale gdzie są ludzie? – pytał mnie Raymond Graham, reporter z Jamajki. Kibice z Bydgoszczy na stadion niestety tłumnie się nie wybrali. Szczególnie w pierwszych dniach mistrzostw na trybunach więcej było uczestników, trenerów i fanów z zagranicy niż bydgoszczan. Atmosfera była świetna, bo ja zapewniały okrzyki Amerykanów, fryzury Jamajek i wspólne śmiechy Japończyków ze Szwedami. Ale frekwencja bolała.

Można tłumaczyć, że Bydgoszcz dostała mistrzostwa z półrocznym wyprzedzeniem, po wycofaniu się Kazania, ale frekwencja była jedynym dużym minusem imprezy. – Pamiętajmy jednak, że to rywalizowały dzieciaki, choć możemy podejrzewać, że choćby Candace Hill zdobędzie w przyszłości medal igrzysk. Trudno to porównywać do Diamentowej Ligi w Londynie z tego tygodnia, bo tam stadion olimpijski zapełnił Usain Bolt – mówił John Anderson, który relacjonował mistrzostwa dla oficjalnego radia IAAF. Organizacja imprezy kosztowała bydgoski ratusz milion złotych.

Trzeci raz do Bydgoszczy przyjechał doświadczony amerykański reporter Ed Gordon. – W Bydgoszczy restauracje zamykają się dość wcześnie, w dodatku nie ma ich w okolicy Zawiszy. Zamknięto tę na stadionie, to dziwne. A tramwaje z centrum nie jeżdżą przed północą, gdybym chciał wrócić z centrum – mówi. Do Bydgoszczy wróci za rok, na mistrzostwa Europy U-23.

Jeszcze nigdy o Bydgoszczy nie pisano tak wiele w social mediach. Z tagiem #Bydgoszcz2016 lądowały na Twitterze zdjęcia sportowców z całego świata i ich kibiców. – Reprezentujecie kraj i swoich bliskich. Odłóżcie telefon i cieszcie się tą niesamowitą imprezą – mówił przed mistrzostwami do swoich młodszych australijskich kolegów olimpijczyk Benn Harradine. Nie wszyscy posłuchali starszego sportowca, który występował w epoce, przed Facebookiem i Twitterem.

Lekkoatleci z australijskiego Brisbane dowiedzieli się, gdzie leży Bydgoszcz, organizując wspólne kibicowanie na drugiej półkuli swojemu koledze, Josephowi Dengowi. Uczennice katolickiej szkoły dla dziewcząt St. Clare’s College w Sydney zebrały się do wspólnego zdjęcia, żeby zaprezentować, jak ściskają kciuki za startującą w Bydgoszczy Amy Harding-Delooze. Trener dwóch Francuzek, medalistek w skoku w dal, pochwalił się, że zabiera z sobą na pamiątkę dwie garści piasku, ze szczęśliwej dla niego i zawodniczek skoczni na stadionie Zawiszy. Film, na którym Konrad Bukowiecki, bije juniorski rekord świata w pchnięciu kulą obejrzało w ciągu dwóch dni ćwierć miliona ludzi. Dwa razy więcej zobaczyło sprint Ewy Swobody i jej walkę z Amerykanką Candace Hill. Pełna energii Swoboda była zdecydowanie największą gwiazdą polskiej ekipy i magnesem dla kibiców.

O przygodach w Bydgoszczy tweetował Jon Mulkeen, Amerykanin z IAAF. Miał gotową listę słów, które uznał za niezbędne do poruszania się po mieście. „Ciasto”, „pączki”, „lody”, „piwo”, „więcej proszę”, „nawet więcej”, „jeszcze jeden, dzięki”. – W mojej głowie Bydgoszcz kojarzy się wyłącznie z lekkoatletyką. Nie słyszałem o waszym mieście w innym kontekście. Teraz poznałem je osobiście – opowiada.

Kiedy zbawca odchodzi

Pomnik Johana Cruyffa

Przed Stadionem Olimpijskim w Amsterdamie stoi pomnik Johana Cruyffa i Bertiego Vogtsa ujętych w scenie z finału mundialu. Twarzami skierowani są ku jednemu z boisk Fundacji Cruyffa.

Podążając śladami Johana Cruyffa byłem przed jego rodzinnym domem, w sklepie, ulubionej knajpie i na moście jego imienia. Na blogu pisałem o książce i bramce, która nie mogła się wydarzyć. Nawet nazwa tej strony do hołd dla człowieka, który najbardziej zmienił współczesny futbol.

Na kilka osobistych zdań jest dla mnie za wcześnie. Dziś zbiorę tylko kilka linków. W powodzi tekstów publikowanych po śmierci Cruyffa, najlepsze są te, które powstały wcześniej. Po polsku to esej z drugiej „Kopalni” Pawła Wilkowicza (o którym pisałem tutaj) a po angielsku David Winner, autor najlepszej moim zdaniem książki o piłce, „Brilliant Orange”. Nie zawodzą najlepsze europejskie pióra – Jonathan Kuper, Graham Hunter i Simon Kuper (tutaj, tutaj i do posłuchania tutaj). Nowych treści jest niewiele. Rozbawił mnie Boniek, który spotykał Cruyffa podczas turniejów golfowych. Trudno jest współpracować z geniuszem, a jeszcze gorzej, gdy ten doskonale wie, że nim jest.

– Jedna rzecz była wspaniała. I pokazuje charakter i siłę Johana. On nie był żadnym wielkim golfistą, ale mimo to każdemu podpowiadał: „Stary, nie tak! Musisz to zrobić inaczej!”.

– Na wszystkie tematy miał swoje zdanie, był człowiekiem o niesamowitej charyzmie. Jak gdzieś wchodził, czuło się, że wchodzi ktoś ważny. Po prostu wielka osobowość.

Co zrozumiałe, więcej wczoraj napisano o wpływie Cruyffa na sport, mniej o tym, jak odmienił Katalonię, nie tylko tę piłkarską. W filmie „En Un Momento Dado” Cruyff pojawia się na chwilę. Ludzie, którzy go nie poznali osobiście, opowiadają, jak zmienił ich życie. Świetna jest też fcbarcelońska seria „Recorda Mister”. Zanurzyć się w starych kadrach można tutaj – sto starych zdjęć.

Wiele z piątkowych okładek to wyżyny sztuki edytorskiej. Niestety, Polska kolejny raz okazała się być krajem zapatrzonym w siebie. Na okładce „Przeglądu Sportowego” Cruyff przegrał z Piotrem Zielińskim.

Dziękuję Johan. Byłeś wielki. Największy.

Zagadka Adama Wolanina. Życiorys jak scenariusz filmu

Drużyna z Adamem Wolaninem

Nazywał się Adam Wolanin. Zaczął grać w piłkę w legendarnej Pogoni Lwów, a potem występował w Spartaku Moskwa, Blackpool i drużynie z Chicago. W 1950 roku reprezentował USA na mistrzostwach świata w Brazylii. Podobno, tuż po wojnie, był także piłkarzem Polonii Bydgoszcz.

Losy Adama Wolanina są jak gotowy scenariusz do filmu. Lwowianin z urodzenia przeżył drugą wojnę jak wielu jego krajan. Został wywieziony na wschód. Trafił do armii gen. Andersa. I grał w piłkę w sławnych klubach. Futbolowy trop Wolanina wiedzie jednak po wojnie także do Bydgoszczy.

Zdjęcie dawnej Polonii

O tym, że Adam Wolanin z Pogoni Lwów grał w Polonii mówił Edmund Szumiński – ostatni żyjący zawodnik bydgoskiego klubu z czasów tuż po II wojnie. Sam pamięta go jeszcze z lat 30. Wtedy obaj byli jeszcze juniorami. Szumiński w Polonii, a Wolanin w Pogoni. Spotkali się na jednym turnieju w 1937 roku.

Poszlaka, że Wolanin grał w Bydgoszczy? Zdjęcie.

 Adam Wolanin

Na niepodpisanej fotografii z 1945 roku widać grupkę polonistów. W środku – trzeci od lewej w białej koszulce stoi niezbyt rosły zawodnik z wysokim czołem. Podobny do Adama Wolanina ze Lwowa.

Piłkarz o takim imieniu i nazwisko występował w 1950 roku na pierwszych po wojnie mistrzostwach świata w Brazylii. Oczywiście nie w polskiej reprezentacji, lecz w ekipie USA.

Znajduję zdjęcie piłkarzy witających się przed meczem USA z Hiszpanią. Jest na nim Adam Wolanin.

Adam Wolanin na mistrzostwach świata

W materiale filmowym z MŚ 1950 wita się z Hiszpanami, w tym Telmo Zarrą.

Jest niewysoki, ma zaczesane do tyłu włosy. Widać podobieństwo z człowiekiem ze zdjęcia Polonii. Ale czy wychowany we Lwowie Polak, który walczył w armii Andersa, osiadł w USA i wystąpił w reprezentacji tego kraju na mundialu, naprawdę występował w Bydgoszczy?

Życie jak scenariusz

Historia zaczyna się na podwórkach lwowskiego Łyczakowa. Nastoletni Adam Wolanin był wielkim talentem piłkarskim. I jednym z wielu, którym karierę złamała wojna. W Pogoni Lwów, jednej z najlepszej drużynie międzywojnia w Polsce, zadebiutował w ekstraklasie już w 1937 roku, w meczu z Cracovią. Miał 168 cm wzrostu, zazwyczaj grał jako napastnik lub skrzydłowy. Do września 1939 roku zdążył wystąpić w 29 meczach ekstraklasy, strzelił 14 bramek.

Kiedy Lwów zajęła Armia Czerwona, miał 20 lat. Został w mieście i występował w nowozałożonym klubie podległym sowieckiej władzy – Spartaku. Musiał się sprawdzić, bo w latach 1940-41 występował w drużynie o tej samej nazwie, ale już ze stolicy – Spartaku Moskwa – jednej z najważniejszych drużyn w ZSRR. Spartaka opuścił, żeby z armią generała Andersa wyzwolić się z okowów sowietów. Szlak wiódł przez Bliski Wschód i Afrykę.

Po zakończeniu II wojny, jak ogromna większość żołnierzy Andersa, trafił w końcu do Wielkiej Brytanii. Wolanin był chorążym w Polskich Siłach Powietrznych, które stacjonowały w Bury St Edmund niedaleko Ipswich. W 1946 roku, za namową narzeczonej zgłosił się na testy do Blackpool, jednej z najlepszych drużyn w Anglii. W debiucie w rezerwach „Mandarynek” strzelił 5 goli. Potem zagrał jeszcze w lokalnych rozgrywkach i sparingach. Gry w piłkę nie mógł jednak pogodzić ze służbą wojskową.

W 1947 roku Wolanina odnajduję już w Stanach Zjednoczonych. Po wyjeździe za ocean od razu zaczął grać w piłkę. Najpierw w zespole Chicago Maroons, a następnie w polonijnym AAC Chicago Eagles, który walczył w lokalnej lidze NSL.

Z amerykańskim obywatelstwem dostał się do reprezentacji USA na mundial w Brazylii. W 1950 drużynę USA tworzyli amatorzy. Napastnik Ben McLaughlin nie dostał urlopu, w dodatku planował wesele, więc został w kraju. W jego miejsce wskoczył Polak. Wolanin wystąpił w jednym meczu, przegranym 1:3 z Hiszpanią. Zabrakło go na boisku w rozegranym cztery dni później słynnym meczu z Anglią. Zwycięstwo 1:0 amatorów z USA jest jedną z największych niespodzianek w historii mistrzostw świata – doczekało się nawet ekranizacji.

Wolanin w pierwszej reprezentacji więcej nie wystąpił. Na boisku, także w drużynie olimpijskiej, pojawiał się jeszcze w latach 60. Po zakończeniu kariery został trenerem w AAC Eagles, prowadził popularną wśród Polonii masarnię, a następnie restaurację.

Z pamiętnika przedwojennego polonisty

Wracamy do Wolanina w Polonii. Edmund Szumiński był jego rówieśnikiem i najdłużej żyjącym z przedwojennych piłkarzy Polonii. W 2010 roku dotarł do niego Sławomir Wojciechowski, autor książki „Zapomniane Pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949”. Z opowieści przedwojennego kapitana juniorów Polonii, który próbował reaktywować klub w 1956 roku, powstał w książce osobny rozdział.

Pytam go, czy można ufać pamięci legendy dawnej Polonii.

– Choć jego pamięć trzeba ocenić jako imponującą, to nie wszystkie szczegóły zawsze się zgadzały – mówi Wojciechowski.

W 1937 roku Szumiński i Wolnin grali w Kozienicach na mistrzostwach Polski juniorów. Pogoń Lwów była druga, o obiecującym Wolaninie pisała prasa. Polonia Bydgoszcz odpadła w pierwszej rundzie.

Czy mógł więc omyłkowo uznać innego człowieka o tym samym imieniu i nazwisku, który w 1945 roku w Polonii przez chwilę występował zawodnik, z tamtym Wolanin ze Lwowa.

Imienia nie jesteśmy w stanie sprawdzić, bo nie ma go w gazetach. Nie podał go też Szumiński.

W Bydgoszczy Wolanin miał się zjawić w październiku 1945 roku w brytyjskim mundurze. To by się zgadzało.

– Był chyba oddelegowany do wypełnienia misji wojskowej – pisze Szuminski. Mieszkał przy Szubińskiej, codziennie swoim jeepem dojeżdżał do koszarów przy Gdańskiej. – Nawiązaliśmy kontakt z racji wspólnego obozu sprzed 8 lat w Kozienicach. Nie poznaliśmy się osobiście, ale kojarzyliśmy fakty – wspominał Szumiński. Piłkarze mieszkali w namiotach, wspólnie trenowali, modlili się i pływali.

W 1945 roku ojciec Szumińskiego chorował, miał nowotwór. – Załatwiliśmy ojcu lampy w przychodni przy ul. Cieszkowskiego. Jednego z pierwszych dni naświetlania, gdy rano na rogu Śląskiej i Jackowskiego na chodniku czekaliśmy na taryfę, podjechał do nas wojskowy jeep. Wysiadł z niego Wolanin, przywitał się ze mną i zapytał, w czym pomóc – wspominał. Szumiński. Przez kolejnych 10 dni jego ojca woził do przychodni wojskowy samochód. – W sumie w Bydgoszczy Wolanin spędził kilka tygodni.

Informacje o polonijnym zespole Orłów z Chicago od kilkunastu zbiera Andrzej Proczka. Rozmawiał z byłymi zawodnikami i rodziną Wolanina – tego ze Lwowa. – Nigdy po wojnie nie przebywał w Polsce bo bał się represji ze strony komunistycznych władz – mówi kategorycznie, gdy pytam o występy w Polonii Bydgoszcz.

Gdy opowiadam o wspomnieniach Szumińskiego, jest ostrożniejszy. – Z tego co wiem, starsi działacze klubu mówili, że Wolanin bał się on wracać do Polski. Nie wiem, czy byłby więc w Bydgoszczy po zakończeniu wojny.

I na koniec jeszcze jeden trop, że sławny Wolanin ze Lwowa to nie Wolanin z Polonii. O zawodniku o tym nazwisku można przeczytać, że przez chwilę grał w Polonii także w 1948 r. A tp już całkowicie wyklucza wychowanka Pogoni. Wtedy był już w USA.

– Wojna zabrała mu najlepsze lata dla sportu i rodziny. Nigdy nie pogodził się ze swoim losem i topił smutek w alkoholu – pisał Andrzej Gowarzewski w Kolekcji Klubów GiA.

Zmarł w 1987 roku. Spoczywa na katolickim cmentarzu Maryhill na przedmieściach Chicago.

Gol, który musiał być przewidzeniem

Wieszak we flagowym sklepie Johana Cruyffa

Wieszak we flagowym sklepie Johana Cruyffa w barcelońskiej dzielnicy El Born.

W moje ręce trafiła autobiografia Pepe Reiny. Sporo miejsca poświęca swojemu ojcu. Najwięcej zajmuje opis gola, który w 1974 roku pozbawił Atletico Madryt Pucharu Europy. Bramki mistrzów Hiszpanii bronił Miguel Reina. Ta interwencja zdefiniowała jego karierę. W finale, w ostatniej minucie dogrywki, Hans-Georg Schwarzenbeck strzelił z 25 metrów. Bayern wyrównał a w dodatkowym meczu gładko wygrał 4:0. – Nazwisko Niemca niewielu w Madrycie pamięta. Ale wszyscy wiedzą, że tego strzału z dystansu nie zatrzymał mój ojciec – pisze bramkarz Napoli.

42 lata temu Miguel Reina wpuścił swoją najsłynniejszą bramkę na krajowym podwórku. 22 grudnia 1973, ligowy mecz na Camp Nou, Barcelona – Atletico. Barcelona rozgrywała swój pierwszy i najlepszy sezon z Johanem Cruyffem w składzie. Od debiutu Holendra do zdobycia mistrzostwa, Blaugrana nie przegrała żadnego meczu. – To najlepsze wspomnienie mojego dzieciństwa – opowiada dziś Joan Laporta.

Krótko przed przerwą wciąż nie padła żadna bramka. Na prawym skrzydle nieźle dośrodkował Chary Rexach. Nieźle, ale trochę za głęboko. Johan Cruyff wyskoczył i trafił piłkę wyciągniętą do przodu stopą. Uderzył piętą. W czasach, gdy piłkarze nie strzelali akrobatycznych bramek, do których przyzwyczaił nas choćby Zlatan Ibrahimović, gol stał się sensacją. Pisano o „fantomowym golu”, bramce, która musiała być przewidzeniem i „Niemożliwym golu Cruyffa”. – W tej bramce było wszystko – gracja, technika, tupet, siła, wyobraźnia – to był gol wbrew logice. Coś jak z Matrixa – pisze Pepe Reina. To bramka, którą wspomina się nawet po kilku dekadach. W rewelacyjnym dokumencie „En Un Momento Dado” (tu z angielskimi napisami) bramką z Atletico ekscytuje się stojący w kuchni zawodowy kucharz. – Mam gęsią skórkę – mówi do kamery.

W „El Mundo Deportivo” opis zajął cztery szpalty.

Strona Mundo Deportivo

Strona Mundo Deportivo

Strona Mundo Deportivo Strona Mundo Deportivo

Dziś Johan Cruyff przeżywa ciężki okres. – Myślenie i mówienie o futbolu daje mi wiele radości i odciąga moje myśli od choroby – napisał niedawno.

Mucha fuerza Johan!

P. S.

O najsłynniejszym numerze 14, patronie bloga, pisałem tu m.in. w kontekście wydanych w książce wywiadów oraz moście jego imienia. Polecam.

Barcelona będzie cierpieć

Trwałość pamięci, Dali

Sergi Roberto, Rafinha, Sandro i Munir. Ta czwórka będzie wchodziła z ławki, by jesienią odwrócić losy meczów Barcelony. Do stycznia Barcelona zdąży pojechać na Bernabeu, Vicente Calderon, Mestalla i Sanchez Pizjuan. Za każdym razem, gdy wynik będzie niekorzystny, wejdzie któryś z tych piłkarzy. Jeśli pojawi się choć jedna kontuzja, ktoś z nich wskoczy do podstawowego składu. Przedsmak mieliśmy podczas Superpucharu Hiszpanii. Nie wynik bolał najbardziej, ale widoczne gołym okiem braki w najstarszym zespole w historii tych rozgrywek (29 lat, 256 dni).

Dziury w kadrze Barcelony dostrzegałem już w poprzednim sezonie. Czarny scenariusz nie sprawdził się z kilku powodów – zespół był w rewelacyjnej formie fizycznej, wszyscy byli zdrowi, Rakitić rósł wraz z przebiegiem sezonu, przebudzili się Alves i Iniesta, a ofensywne trio było nie do zatrzymania. Okazało się, że pomoc nie musi być szczególnie kreatywna, gdy w ataku gra trzech z czterech najlepszych napastników świata, a jeden z nich jest też najlepiej podającym.

Już rok temu Barcelona miała najstarszą jedenastkę w lidze. W tym okienku kupiła 26-letniego Aleixa Vidala, który na razie będzie się uczył i Ardę Turana, któremu jakości nie brakuje. Turek wraz z bonusami kosztował 40 mln euro i zadebiutuje na trzy tygodnie przed 29. urodzinami. Real Madryt poszedł zupełnie inną drogą. Za kilka lat w Madrycie wciąż będą mogli grać Kroos, James, Czeryszew, Danilo, Casemiro, Isco, Carvajal, Jesé, Varane, Asensio lub Kovacić. Przyjście tego ostatniego wydaje się zbędnym luksusem, ale jeśli się nie sprawdzi, to i tak odejdzie przynajmniej za 20 mln euro. Barcelony niczego nie nauczyły transfery piłkarzy do Anglii. Krocie kosztowali przecież piłkarze, którzy z Hiszpanii chcieli odejść (Yaya Toure, Cesc Fabregas) lub uznawano, że na ich miejsce są lepsi (Alexis Sanchez). Do Barcelony przychodzili jako młodzi gracze.

Jeśli Arda Turan okaże się świetny, to za cztery lata i tak odejdzie za darmo. To samo dotyczy dwóch zawodników z poprzedniego okienka. Po latach poszukiwań stopera sprowadzono 30-letniego Mathieu i 28-letniego Vermaelena. Były to transfery krótkoterminowe, szczególnie chybione przy zaawansowanym wieku dwóch pewniaków w defensywie – Daniego Alvesa i Javiera Mascherano. Za chwilę całą obronę trzeba będzie przebudować. Zostaną tylko Pique i Alba. Marc Bartra prawdopodobnie będzie musiał poszukać szczęścia poza Katalonią.

Rolę zmiennika Alby okupuje uniwersalny, ale elektryczny w defensywie 31-letni Adriano. Niedługo ma podpisać nowy kontrakt, choć na boisku nie pokazuje niczego, czym by na to zasłużył. Blaugranę czeka rewolucja. Patrząc na obecną kadrę, za pięć lat może w niej zostać pięciu piłkarzy. Na tle Realu drużyna U-25 Barcelony prezentuje się marnie (Douglas, Vidal, Bartra, Neymar, Ter Stegen, Sergi Roberto, Rafinha, Sandro, Munir, Halilović, Samper).

Historia wielkich drużyn to cykle, które niewielu udawało się przedłużyć. W obecnej Barcelonie pierwszą jedenastkę i rezerwowych dzieli przepaść. Ale w klubowych biurach panuje spokój. Po tryplecie kampania wyborcza była spokojna. Konserwatywni wyborcy nie lubią zmian, Joan Laporta nie wyglądał na zdeterminowanego, a reszta kandydatów to folklor. Teraz Barca straciła dwóch z czternastu piłkarzy z największą liczbą minut – Xaviego i Pedro. O Katalończyku, najważniejszym piłkarzu w historii hiszpańskiej piłki, już powstają książki. Napastnik z Teneryfy jest niedoceniany. Ostatnie lata miał dużo słabsze, ale wciąż był ważnym ogniwem. Odchodzi z 20 trofeami i bramkami w 7 finałach. Jest trzecim najczęściej wykorzystywanym rezerwowym w historii klubu po Inieście i Amorze. Do stycznia ma go zastąpić Rafinha, potem Turan łatający też dziury w pomocy.

Patrząc na ceny na rynku, cele Barcelony i stan La Masii, 500 mln euro na przebudowę drużyny może nie wystarczyć. Problem w tym, że jeszcze więcej, bo ponad 700 mln ma kosztować nowy stadion. Budowa Camp Nou w latach 50. okupiona była wieloma chudymi latami i żmudnym spłacaniem długów. Przy braku planowania, z nowym Camp Nou może być podobnie.

Z pamiętnika mistrza

Bartosz Huzarski

Niewiarygodny wysiłek i walka o przetrwanie. Bartosz Huzarski ma ciało z żelaza, ale na każdym górskim etapie Tour de France drżał o limit czasu. 34-letni Polak jest w peletonie robotnikiem. Jego zadaniem była praca na rzecz Dominika Nerza. Niemiec wycofał się w połowie wyścigu.

Do Paryża, na ostatnim etapie Touru, Huzarski wjedzie jako 108. kolarz wyścigu, z 3,5 godzinną stratą do Chrisa Froome’a. Swój start Polak w fenomenalny sposób opisuje na swoim profilu na Facebooku. Stara prawda mówi, że nawet ostatni kolarz w peletonie jest wielkim sportowcem. Huzarski pisze o bólu, który towarzyszy mu każdego dnia. Opisuje jazdę pod górę – gdy spada na koniec stawki, i w dół – gdy jadąc z prędkością 70 km/h, w ciemno bierze zakręty. Marzy o dojechaniu do mety na Polach Elizejskich

Wpisy Huzarskiego obserwuje tylko kilka tysięcy kibiców. Mówią więcej o sporcie, niż tysiące popularnych stron. Wybrałem najciekawsze fragmenty (zachowana pisownia oryginalna), ale polecam całość.

Dzień 20

Jeszcze tylko jutro i szampan. Tak dzisiaj krzyczeli Polscy kibice – DAJESZ HUZAR DAJESZ JUTRO SZAMPAN !!!
Dzisiaj mieliśmy ostatni ciężki etap. Pewnie każdy z Was oglądał relację, te góry tutaj miażdżą. Dzisiaj pierwszy podjazd, który na szczęście miejscami popuszczał jechałem godzinę i piętnaście minut !! później wariacki zjazd trochę po płaskim i finałowy podjazd. W mojej grupie pełen gaz, choć teoretycznie byliśmy bezpieczni to pierwszy raz w życiu widziałem, żeby kolarze jechali na podwójnym wachlarzu z górki !!, a po płaskim cały czas 50-55 km/h normalnie jak w odjeździe. Ale tak właśnie wygląda dzień na tyle, wcale nie jest łatwo, starasz się nie tracić lub nadrabiać do pierwszych na płaskim i na zjazdach by później można było spokojnie jechać pod górę.

Dzień 19

Za mną chyba najcięższy etap tegorocznej edycji TDF, a już na pewno ten z najkrótszym limitem czasu, więc jednocześnie bardzo nerwowy. Gdy startujesz z jednym bidonem, praktycznie bez jedzenia żeby nie taszczyć żadnego dodatkowego balastu to wiedz, że będzie grubo. Wykres taki, że jakby go człowiek wyciął to uczesać się można bez wątpienia. O podjazdach pisałem wczoraj więc powtarzał się nie będę, ale takie ciekawostki: Col de la Croix de Fer podjeżdżałem godzinę i dwadzieścia minut, finałowy podjazd równo godzinę, ten zaraz po starcie nie wiem ile ale około 30 min !!!. Kolejny dzień w biurze lub w siodle, jak kto woli, kolejne 5 godzin. Kilka danych z mojego komputerka pokładowego: 4383 metry przewyższenia na 136 km, 4670 KJ spalonej energii, 267 watt średnio z zerem (od 60 km grupetto) średni puls 148 ud/min, moc max to już tylko 930 watt.
Dzisiaj od startu podjazd, długi, ciężki. Zdecydowałem, że dzisiaj jest niezły dzień na odjazd. Może nie na walkę bo takie góry … ale na odjazd tak. Można zacząć najcięższe podjazdy z jakąś tam przewagą nad liderami i być spokojnym przynajmniej o limit czasu. Ale dzisiaj wielkie działa miały inny plan i gdy po 10 km podjazdu dosłownie w trupa ! zobaczyłem na tablicy 45 sek to nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać, a uwierzcie mi jechaliśmy naprawdę mocno, na tyle mocno na ile pozwalają nogi dnia 19. Na jakieś 2 km do szczytu pierwszej góry doleciał nas Nibali, jak z procy wystrzelony, przeleciał koło nas z 5 km/h szybciej. Za chwilę Alberto i Valverde !! więc ja już tylko czekałem na grupę lidera. Na szczycie byłem razem z Thomasem i ogień w dół po mokrym zjeździe. Wyprostowałem tylko jeden zakręt ale szczęśliwie pobocze było łaskawe. Na dole wszystko się zeszło i od nowa akcje zaczepne.(…)
Najdłuższy podjazd dnia zaczęliśmy dość mocno, od samego dołu kolarze krzyczeli grupetto, ale jakoś nikt nie chciał za wcześnie odpuścić, jednak limit był dzisiaj dodatkowym motywatorem do zwiększenia poziomu cierpienia. Ten podjazd … będzie mi się śnił po nocach, 80 min deptania. Miałem w tym czasie taki kryzys, że myślałem, że z roweru zejdę, wtedy zerknąłem na licznik a tam … jeszcze tylko 10 km do szczytu. Myślałem, że się popłaczę. Ale na szczęście miałem w rezerwie kilka żeli, nie wiem sam ile, ale dzisiaj uratowały mi życie. Później było już znacznie lepiej, nie licząc zjazdów. Wydaje mi się, że zjeżdżaliśmy szybciej jak czołówka wyścigu. Kurde jaki stress, wchodzisz w zakręty 70/75 km/h i nie wiesz co jest po drugiej stronie barykady, jak przebiega droga, dlatego najważniejsza zasada jak się nie zna zjazdu – nigdy nie zjeżdżać na pierwszej pozycji, tylko tak w okolicy 5 miejsca. Jeśli nagle zakręt się zamyka, albo jest jakieś inne niebezpieczeństwo jest czas na reakcje, jak widzisz, że goście z pierwszych pozycji wypinają buty i hamują awaryjnie.

Dzień 18

To był ciężki dzień. W nogach już prawie 3000 km wyścigowych, zmęczenie totalne. Jeszcze raz pełen respekt i szacunek dla gości którzy walczą tutaj o pierwszą 20.(…) Bardzo ciężka edycja w tym roku, widać jak bardzo zmęczeni są zawodnicy, dzisiaj na początku jak szły ataki, wyglądało to jak w slow motion, ktoś atakował i nie mógł się tak naprawdę oderwać. Wszyscy mają już chyba dość, więc może jutro kolarze sami zneutralizują pierwszy podjazd ? … nie !!! co jak co ale nie na TDF!!!. Sobota wcale nie zapowiada się lżej, tym bardziej, że dzisiaj i jutro śpimy na wysokości ponad 1700 m n.p.m więc i regeneracja organizmu przebiega znacznie woniej. Ma to też swoje dobre strony, czyste powietrze to raz, nie jest tak gorąco to dwa.
Jak jeszcze kilka dni temu marzyłem tutaj o podium na etapie a w najpiękniejszych snach o wygraniu etapu, tak teraz to ja chcę tylko … dojechać do mety w Paryżu. Tak to wygląda z mojej perspektywy. Z dnia na dzień coraz bardziej puste nogi, coraz większe zmęczenie całego organizmu, siada psycha bo ileż można tolerować ból i wysiłek. Wygląda to tak, że jest ok, jest ok, a nagle bam i nie ma siły na nic. Każdy ponad potrzebę wysiłek, każdy ponad potrzebę sprint do przodu, czy mocniejsze naciśnięcie na pedały trzeba rozważyć dwa razy.
Co będzie jutro, nie wiem, zobaczę jaka będzie noc, ta nie należała do najlepszych, źle spałem a mam tak jak jestem ekstremalnie zmęczony. Dzisiaj nawet ciśnienie krwi (mamy mierzone codziennie kilka godzin po etapie) mówi, że czas powoli do domu. Tak więc … sam jestem ciekawy…jutrzejszego bólu.

Dzień 17

Sam już nie wiem, co jest gorsze a co lepsze. Na pewno najlepszy jest dzień wolny, ale jeśli po dniu wolnym, mają być takie etapy jak dzisiaj, to ja wolę bez dni wolnych takie wyścigi. Ciągiem polecieć 21 dni, przynajmniej szybciej się do domu wróci.
Wczoraj wszyscy chyba bardzo dobrze wypoczęli, nie powiem, ja też, bo przez pierwsze półtorej godziny zrobiłem 300 watt przy średnim pulsie 170 i to siedemnastego dnia wyścigu. Ale to wszystko i tak mało. Dzisiaj próbowałem, tak jak powiedziałem, będę próbował, żeby wyjechać stąd z czystym sumieniem, że zrobiłem wszystko co mogłem. Dzisiaj tak wszedłem w organizm, tak się umęczyłem, że w sumie później się cieszyłem, że nie odjechałem bo i tak bym dzisiaj nic nie ugrał, noga była pusta jak beczka z kapustą po zimie i nawet resztek soku bym z niej dzisiaj nie wycisnął. Ledwo dowlokłem się w grupetto do mety.

 Drugi dzień wolny

Około 15 min przed śniadaniem, czyli zaraz po przebudzeniu, 250 ml świeżego soku wyciśniętego z warzyw/owoców/ziół.
Śniadanie: Owsianka z owocami, miodem, ryżem, orzechami + trochę mleka migdałowego lub owczego.
Omlet z szynką, kromka chleba z masłem. Chlebek ryżowy z dżemem lub musem z orzechów – coś na słodko jednym słowem.
Przed starem – zazwyczaj coś tam przegryzamy, ale to drobiazgi. Masażyści robią nam specjalny ryż pakowany w małe porcje i zawsze przed starem jedną lub dwie takie porcje można zjeść, aczkolwiek jest to uzależnione od przewidywań jak się może potoczyć początek etapu. Chodzi o to żeby w gardle nic nie stało.
Na etapie – specjalny ryż o którym pisałem wcześniej, czy to na słodko czy na słono. Do tego wszelkie batony energetyczne, żele, batony proteinowe. Wszystko czym dysponuje ekipa mamy do dyspozycji i my. Ważne aby nie taszczyć z sobą jedzenia na 6 godzin bo w połowie etapu zawsze jest bufet gdzie możemy dobrać jedzenie na resztę dnia. Każdy wie mniej więcej ile potrzebuje. Na momenty kryzysowe zawsze z tyłu jest samochód w którym tez mamy batony, żele i ryż.
Po etapie – pierwsze co to szejk, proteina albo recowery, do tego baton z białkiem lub orzechami. Następnie przez 20-30 min lepiej nic nie jeść. Chodzi o to żeby wątroba oczyściła trochę krew z toksyn, laktatu itp. Później można zjeść miseczkę ryżu z makaronem, czyli taki mix jedzenia o niskim i wysokim indeksie glikemicznym, z jakimś sosem lub samą oliwą z oliwek. Tutaj też duże znacznie ma masaż. Jeśli mamy krótki dojazd do hotelu i jestem pierwszy na masaż nie jem nic, żeby lepiej oczyścić organizm a w szczególności mięśnie nóg z toksyn. Jeśli po masażu mam sporo czasu do kolacji, a nie jadłem nic po etapie, wtedy wcinam tą porcję ryżu z makaronem.
Kolacja – głównie sałata mix a warzywami (burak czerwony, rzodkiewka, pomidor itp) do tego avocado obowiązkowo. Mięso lub ryba i jakieś węglowodany np.: talarki ziemniaczane, ryż, makaron, kasze itp.
Deser tylko po ciężkim etapie czyli powyżej 4500 KJ spalonej energii.

Dzień 16

Ostatnia szansa w tym tygodniu na jakikolwiek dobry wynik właśnie została zmarnowana. Ten tydzień rozłożył moją psychikę na łopatki, jestem taki zły na siebie, czuję, że nie dałem 100%, a biorąc pod uwagę, że to jest Tour de France powinienem dać nawet 110%. A tak tydzień jeżdżenia w kołach, próbowania, ale nic z tego nie wyszło. Pech … raczej pech bo nie niemoc, nogi są ok, serce też ładnie pracuje i wchodzę nawet na puls 180 gdzie pod koniec pierwszego tygodnia ledwo dochodziłem do 150. Wiec organizm jest przygotowany, a na pewno nie jest zmęczony. Ale co z tego, gdy przeszły mi koło nosa 2-3 okazje żeby dobrze się zaprezentować. Jeszcze żebym pojechał i strzelił z odjazdu, to ok, nie nadaję się, nie mam nóg, ale tak … sam nie wiem co myśleć.
Jutro dzień wolny, chcę się dobrze wyspać, nie poddaję się, jadę na trening taki specjalistyczny, muszę odpocząć ale jednocześnie nie dać organizmowi zwolnić obrotów. Więc jakieś ćwiczenia muszę zrobić, reszta spokojnie z przystankiem gdzieś nad jeziorem na kawę i lody bo głowę też muszę podratować. Szkoda mi tego tygodnia, w przyszłym nie będzie etapów odpowiadających mojej charakterystyce, podjazdy długie i ciężkie, ostatnie rozdania w KG … ale chcę próbować. Nie ma co przeliczać tylko trzeba cisnąć.
Dzisiaj nawet nie zdążyłem się dopchać do czuba a już było po etapie. A przed startem zakładałem, że będzie z 50 km walki o odjazd bo to ostatnia taka szansa przed dniem wolnym i ostatni niezbyt ciężki etap. A tymczasem pierwszy skok pojechał, Ci co byli z przodu czy chcieli czy nie byli w odjeździe. Czasem tak jest, że nawet nie wiesz, że odjechałeś.

Dzień 15

Kibice prawdziwi są najfajniejsi, szanują naszą pracę, szanują nasz wysiłek, nie proszą Cię o bidon przy pierwszej okazji, tylko znają z imienia i nazwiska, pożyczą powodzenia, zrobią sobie zdjęcie, jadą za wyścigiem i są w temacie obcykani. Stoją sobie na poboczu, palą grilla, przebiorą się fajnie, napiszą coś na drodze i zedrą gardło dla każdego tak samo. Dla nich każdy jest wspaniałym sportowcem. Takich kibiców lubimy bo nie biegają przed kolarzami sprintem a po 10 metrach nogi im się plączą, bo robią to raz do roku, albo dwa jak ich pies sąsiada przyczai na szabrowaniu jabłek. Lubimy ich bo nie są pijani, a nawet jak są to tego nie pokazują. Lubimy ich bo stoją z butelką wody, więc jak chcemy to sobie weźmiemy żeby się polać a nie leją nam na plecy i głowę czy chcemy czy nie. Lubimy ich wreszcie za to że nie wystawiają do nas swojego obleśnego gołego tyłka a my nie wiemy jak mamy to odbierać, jako obrazę, chcą nam w ten sposób przekazać że jesteśmy dupkami, że mają nas w dupie czy może to jakaś zachęta. (…)
Poziom sportowy na tym wyścigu jest nieporównywalny z żadnym innym, po analizie plików z pomiaru mocy zauważam że pobiłem wszystkie swoje dotychczasowe tegoroczne rekordy od 5 min do godziny !!. Jeszcze tydzień. Tydzień szans na spełnienie marzenia życia.

Dzień 14

Można podsumować jednym zdaniem – obróć tabelę huzar na czele 🙂
Ale to nie tak, że jestem taki słaby i już się skończyłem, choć pewnie są i tacy co tak myślą. Jedziemy tutaj największy i najcięższy kolarski wyścig świata. Jakieś dwa dni temu na odprawie padło fajne zdanie, „tutaj albo jesteś pierwszy albo ostatni”. Może dosłownie bym tego nie odbierał, ale podciągnąłbym to określenie do pierwszej i ostatniej dziesiątki.
Dzisiaj. Dzisiaj byłem naprawdę zmotywowany, do tego stopnia, że nawet wystartowałem z pierwszego rzędu. Pierwsze półtorej godziny myślałem że płuca wypluję. Zakwas w nodze, krew w płucach, pełny gaz. Ponad 280 watt średnio przez pierwsze 90 min wliczając w to ten długi zjazd. Było naprawdę ciężko. Zabrałem się w odjazd, mocny, dobry, może nie idealny bo z kolarzami takimi jak Sagan, Rolland, Barguil czy Talansky wygrać by było niesamowicie ciężko, ale nigdy nic nie wiadomo.

Dzień 13

Ucieczka uformowała się tak szybko, że nie zdążyłem się dopchać do przodu ale jak powiedziałem, nawet o to szczególnie nie walczyłem. Dzisiaj chciałem spróbować zafiniszować bo końcówka mi odpowiadała. Niestety na około 20 km do mety defekt przedniego koła, a że mamy ostatni samochód w kolumnie wiedziałem już, że dzisiaj dzień pod tytułem oszczędzamy siły na jutro. Resztę możecie sobie sprawdzić w wynikach.

Dzień 12

Dzisiaj miało nie być odjazdu, miała być walka liderów, miało być grupetto i w miarę spokojny etap. Z tego wszystkiego wyszło tylko grupetto i trochę luzu na płaskim. Ale jak odjazd ma kilkanaście min przewagi nad peletonem i cisną tam na fulla to UWAGA na limit czasu. Wpadliśmy dzisiaj na metę a na zegarze 30 min spóźnienia do Purito i człowiek zaczyna rozmyślać przełykając ślinę przez zaciśnięte od bólu zęby – jak ja cholera miałbym to przejechać o pół godziny szybciej ?! (…)Nogi bolą coraz bardziej, najlepiej jest rano, budzę się sam albo budzi mnie budzik i teraz najlepsze, zwlekasz się z betów i wstając „nasłuchujesz” opornego NIEEEE jakie wysyłają mięśnie, pierwsze kroki do łazienki potrafią już dużo powiedzieć o nadchodzącym dniu, o ile dziś +/- przesunie się moja wewnętrzna granica bólu. Jeszcze większym wysiłkiem i zazwyczaj potwierdzeniem pierwszych znaków jest próba naciągnięcia kompresyjnych podkolanówek. To takie strasznie ciasne skarpetki i trzeba sporo siły żeby się w to wbić … czekam na dzień aż się to nie uda.

Dzień 11

Dzisiaj do bufetu dolecieliśmy tak szybko, że nawet się woda w bidonach nie zdążyła nagrzać od słońca, a uwierzcie mi, że plażing spażing tutaj pierwsza klasa. Chłopcy tak się zabawiali od startu że te górki to wręcz przeskakiwaliśmy jak Szwedu chopki w swoim ogródku, z jednej na drugą. Średnia nie wiem jaka była, ale raczej wysoka bo serio, wypiłem tylko jeden bidon przez pierwsze 75 km, i to nie że mi się nie chciało … nie było po prostu kiedy! (…) Taki jest właśnie Grand Tour, jeden dzień ok, drugi super, trzeci średni, czwarty rewelacyjny a na piątym gruz. Ja czekam na kolejny dzień kiedy wszystko zatrybi, wierzę, że taki nadejdzie.

Dzień 10

Organizm wybity trochę z rytmu, poczuł dzień luzu, myśli fajnie bo już koniec, taka normalna etapówka 9 dni a tu nagle … co jest … znów trzeba iść pod progiem albo i fulla.

Dzień wolny

jedzenie – to jest najgorsze do opanowania. Normalnie ssie człowieka jak najnowsza kuchnia Bora, ale trzeba z tym walczyć żeby nie spuchnąć jak niedoświadczony pszczelarz bo może być cinko na następny dzień. Tak więc na śniadanie dzisiaj zjadłem: 1 chlebek ryżowy z masłem, rukolą i szynką, białko z 3 jajek, kiwi, jogurt naturalny. Obiad: kawałek mięsa, warzywa, trochę sałaty, kiwi, pomarańcz – czyli jak najmniej węglowodanów.
(…)
kompresja – wieczorem przed kolacją najpóźniej wskakujemy w ciuchy kompresyjne i staramy się w tym wytrwać jak najdłużej. Ja normalnie na wyścigu śpię całą noc w spodniach kompresyjnych a czasem jeszcze w topie kompresyjnym. Chodzi o to żeby „wycisnąć” z organizmu a szczególnie z nóg jak najwięcej wody.

Dzień 6

Jaki ten Tour jest niewdzięczny, jaki sport jest niewdzięczny. Jesteś bohaterem w siódmym niebie, by za chwilę stracić wszystko.

Dzień 5

Największym problemem dla mnie osobiście była dzisiaj jakaś wewnętrzna blokada, jakiś hamulec bezpieczeństwa z ustawionym bardzo niskim progiem ryzyka. Przy tym kraksa na kraksie, większe, mniejsze ale średnio co 10 km. Droga jak rollercoster i wiatr, od początku do końca wiatr + przelotne opady deszczu. Jednym słowem jedna wielka nerwówka.

Wszystkie wpisy z profilu Bartosza Huzarskiego na Facebooku.

Znów możesz zostać współwłaścicielem Realu Oviedo

Akcje Realu Oviedo

Klub, który był w stanie śmierci klinicznej, został uratowany przez kibiców z całego świata. W 2012, kiedy Real Oviedo wysłał w świat sygnał SOS, 20 tysięcy osób z 60 państw zostało jego udziałowcami. Dziś znów można kupić akcje klubu z północy Hiszpanii.

Drużyna z Asturii tonęła dwa razy. W 2001 roku spadła z Primera Division i już pięć lat później była na prawdziwym dnie, w Tercera, na czwartym poziomie hiszpańskiej piłki. Było tak źle, że klubowi odcięto wodę i prąd. Pensji zawodnikom nie płacono miesiącami. Sytuacja powtórzyła się w 2012 roku. Pod groźbą likwidacji w ciągu dwóch tygodni zebrano 1,9 mln euro. Akcje kupiło 20 tysięcy osób z 60 państw. Ostatniego dnia do akcji wkroczył Carlos Slim. Meksykański biznesmen, najbogatszy człowiek na świecie, zainwestował 2 mln euro w trzecioligowy klub, 17. ekipę w tabeli wszech czasów La Liga. 40% akcji pozostało w rękach małych udziałowców.

Największe wsparcie przyszło z Wielkiej Brytanii. Tam na własne oczy kibice widzieli upadek Leeds czy Portsmouth. Do kampanii włączyli się wychowankowie Realu – Santi Cazorla (Arsenal), Juan Mata (wtedy Chelsea, dziś Manchester United) i Michu (wtedy Swansea City, dziś Napoli). Gwiazdy Premier League nie tylko namawiały innych, ale także same kupiły akcje. 100 tysięcy euro wydał Real Madryt. Nikt nie ukrywał, że na kupnie udziałów właściwie nie da się zarobić.

Do brytyjskich kibiców trafiły też apele Sida Lowe’a, znanego na Wyspach dziennikarza The Guardiana. Lowe, który mieszka w Madrycie, od lat pisze o hiszpańskiej piłce, stał się jedną z twarzy kampanii. Wtedy na twitterze śledziło go 100 tysięcy osób, dziś trzy razy więcej. Anglik, który przez rok studiował w Oviedo, puścił w świat tag #SOSRealOviedo. Chwyciło, o klubie mówiono na całym świecie. O historii trzecioligowca na pierwszej stronie pisał New York Times. W Polsce o tym, jak nabyć papiery z Asturii, pisał Rafał Stec.

– Klub stał się ofiarą fatalnego zarządzania i politycznych wojen. Odzew angielskich kibiców był niesamowity. Słyszałem takich, którzy mówili „Oni dali nam Cazorlę, powinniśmy się odwdzięczyć”. Ale jest też coś uwodzicielskiego w tej romantycznej historii i tym, że możesz zostać współwłaścicielem historycznego klubu – opowiadał Lowe. Angielscy kibice usłyszeli o problemach Oviedo więcej, niż o zbiórkach małych klubów ze swojego kraju, jak Darlington i Hereford.

Szybko powstał Real Oviedo Shareholders Trust oraz kolejne fancluby w Anglii i Irlandii. W kwietniu 2013 roku nowi udziałowcy najechali na Oviedo. Z Anglii do Hiszpanii ruszyło kilka pełnych samolotów kibiców, którzy jeszcze niedawno nie potrafili pokazać Oviedo na mapie. Byli traktowani jak celebryci. Impreza na 87. urodziny klubu trwała kilka dni. Oviedo słynie z cydru, więc goście nalewali go zgodnie z tradycją – na stojąco, z butelki na wysokości głowy do szkła poniżej pasa. W teorii chodzi o napowietrzenie trunku, ale wychodzi głównie dobra zabawa.

 

ak w ubiegłą niedzielę wyglądała droga na stadion piłkarzy Realu Oviedo.

Przed Realem decydujące mecze o awansie na zaplecze La Liga. Asturyjczycy wygrali swoją grupę Segunda B (z rekordem frekwencji, 27 tysięcy kibiców na jednym z meczów), ale o awansie decydują baraże. W pierwszym półfinale Oviedo zremisowało u siebie z Cadiz 1:1. Rewanż w niedzielę, zwycięzca dwumeczu awansuje. Porażka z Cadiz oznacza przejście do trudnych baraży z drużynami, które zajęły w lidze miejsca 2-4. W niedzielę mecz na żywo oglądał Carlos Slim.

W 2012 roku klub udało się uratować, teraz Real Oviedo chce zrobić kolejny krok naprzód i zwiększa kapitał. Przez miesiąc udziały mogli kupować dotychczasowi akcjonariusze. Do piątku (29 maja) trwa otwarta sprzedaż. Akcje można kupić tutaj, każda kosztuje 11,50 euro, posiadanie minimum czterech daje prawo głosu. Plusy? Posiadanie na własność małej części historycznego klubu, idealna wymówkę na podróż do Hiszpanii (głupio byłoby nie doglądać inwestycji), a w CV dopisek o wspólnym przedsięwzięciu biznesowym z najbogatszym człowiekiem na świecie.

Real Oviedo ma już 37 tysięcy udziałowców z 86 krajów.

Łączy ich piłka, ale każda inna

Gareth Smith

Fot. Paweł Malinowski.

Julie McBride to koszykarka, Mihai Bobocica jest tenisistą stołowym a Gareth Smith i Soren McKenzie zakładają pierwszą w Polsce drużynę futbolu amerykańskiego. Cała czwórka mieszka w Bydgoszczy, choć jeszcze kilka lat temu żadne z nich tego nie planowało. W ostatnich tygodniach opowiadali mi o tym, jak wygląda ich życie.

W tym gronie tylko dwaj futboliści – Australijczyk i Anglik są amatorami. Obaj uczą języka angielskiego. Postanowili założyć pierwszą w Polsce drużynę futbolu australijskiego. To widowiskowa dyscyplina łącząca elementy rugby, piłki nożnej i koszykówki. Niektórzy uważają ją za brutalną. Dwójka obcokrajowców kłopotami z organizacją się nie martwi. Chcą zorganizować pierwszy na polskiej ziemi mecz, a wkrótce reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej. Przepisy na to pozwalają. Więcej do ich pasji do nieznanego u nas sportu, który uważają za najlepszy na świecie, możecie przeczytać tutaj.

 

Julie McBride

Julie McBride mieszka w Polsce dopiero drugi rok, ale już ma w kieszeni polski paszport. Skorzystała z szybkiej ścieżki nadania obywatelstwa, pomoże Polsce podczas eliminacji mistrzostw Europy. Mówi, że nie będzie drugim Davidem Loganem i na kadrę się nie wypnie. Ja jej wierzę.

Tuż po naszej rozmowie McBride zadebiutowała w polskiej kadrze. Podczas Meczu Gwiazd wygrała konkurs rzutów za trzy punkty. Zdobyła 20 pkt na 24 możliwe. Z gorszymi wynikami wygrali gracze w NBA wygrywali All Star Weekend. Oni mają minimalnie dalej. Ale mierzą trochę więcej, niż 160 cm. Rozmowa z Julie McBride tutaj.

Po raz pierwszy w historii do Superlidze grają bydgoscy tenisiści stołowi. Mihai Bobocica urodził się w Rumunii, wychował we Włoszech, mieszka w Wiedniu, a w tym sezonie gra dla Gwiazdy Bydgoszcz. Opowiedział, jak wygląda życie zawodowego tenisisty stołowego.

Mila kontra nikt

Dworzec Gdańsk Główny i plakat Lechii

Sebastiana Milę w drodze na PGE Arenę można spotkać kilka razy. Piłkarz Lechii uśmiecha się ze słupów ogłoszeniowych przed dworcem Gdańsk Główny, z przystanków tramwajowych koło stadionu i tekturowych podobizn już na samym obiekcie. Milę ściągnięto nie tylko po to, żeby został liderem środka pola. Ma też poprawić frekwencję na 44-tysięcznym stadionie.

Tylko w ubiegłym tygodniu nowy kapitan kręcił spot dla IPN, wcielił się w rolę aktora serialu, rozdawał pączki i otwierał klubowy sklep w galerii handlowej. Wcześniej, w tłusty czwartek, rozdawał kibicom pączki, a przed początkiem rundy udzielał wywiadów trójmiejskim tytułom. – To siedzi gdzieś w środku, w momencie debiutu w biało-zielonych barwach poczułem jakieś ukłucie i czuję je do teraz. Potem grałem w wielu zespołach, z większości mam bardzo miłe wspomnienia, ale wszystko zaczęło się w Gdańsku i tak już zostanie na zawsze – opowiadał „Wyborczej”.

Powrót Mili do Gdańska po 14 latach to pomysł na szukanie tożsamości zespołu, w którym rotacja piłkarzy jest ogromna. Zarówno Lechia, jak i Zawisza, w tym sezonie postawiły na ilość. Za ruchami transferowymi obu klubów kibice nie są w stanie nadążyć. I oba kluby zawodzą. Zawisza to czerwona latarnia ligi, Lechia zamiast myśleć o pucharach, z niepokojem zerka w dół tabeli, sprawdzając przewagę nad strefą spadkową.

Zawisza gra z nożem na gardle i szukaniem ikon nikt w klubie sobie głowy nie zaprząta. Piłkarze nieustannie przychodzą i odchodzą. Jedynym zawodnikiem w zespole, który zagrał dla Zawiszy w przynajmniej stu spotkaniach jest Jakub Wójcicki (160). Utrzymał się w zespole, bo gra na siódmej już pozycji. Ostatni Zawisza wygrał na wyjeździe w maju. Od zwycięstwa w Szczecinie zespół prowadziło trzech trenerów, do zespołu dołączyło aż 20 piłkarzy.

Ostatni debiutant do Giorgi Alawerdaszwili. W sobotę Gruzin nie zachwycił. Zawisza to 13 klub w karierze 27-latka. Polska jest dla niego szóstym krajem, w którym gra w piłkę. – Wiem, że to dużo, ale sam nie wiem dlaczego tych klubów zaliczyłem aż tyle – mówił mi po meczu napastnik. Gruzin spędził na boisku 30 minut, zmienił bezproduktywnego Cornela Predescu i był niewiele lepszy.

Mariusz Rumak przejął drużynę, która zmierzała ku przepaści. Jeszcze jesienią Zawisza zaczął grać lepiej, ale wciąż przegrywał. Teraz już remisuje. – Ale czas remisów już się skończył. Trzeba zacząć wygrywać – mówi Sebastian Ziajka. Dwa bezbramkowe remisy na wiosnę to nie jest zły start. Można się spodziewać, że po tym, jak Ziajka zajął miejsce wolnego Cristiana Pulhaca, uda się ustabilizować zestawienie siedmiu defensywnych piłkarzy.

Gorzej wygląda ofensywa. Na pozycjach napastnika, ofensywnego pomocnika i skrzydłowego Rumak sprawdził już 7 piłkarzy. Żaden występ nie spełnił w pełni oczekiwań. W Gdańsku Zawisza oddał jeden celny strzał. W sobotę, z Piastem Gliwicem, Zawisza musi wygrać. Trzeba więc zacząć strzelać bramki. Swoją szansę powinien dostać Bartłomiej Pawłowski. Piłkarz, który jest jedną z ofiar ofiar biało-zielonej rewolucji, staje się nadzieją na przełamanie bydgoskiej niemocy.

Rewolucja

Skład Zawiszy Bydgoszcz

Jak bardzo w ciągu pół roku może zmienić się zawodowa drużyna? W przypadku Zawiszy Bydgoszcz liczba zawodników, którzy przyszli i odeszli z klubu, przyprawia o zawrót głowy. Rewolucja dokonała się w czasie trwającego już sezonu. Dwa mecze z Górnikiem Łęczna dzieliło 181 dni. Zawiszę poprowadzili różni trenerzy, posłali na boisko w sumie 24 zawodników. Do pełnej rotacji zabrakło 4 piłkarzy.

Wśród 18 zawodników, których w sierpniu ubiegłego roku Jorge Paixao zabrał na mecz do Łęcznej, dziś w klubie zostało 7. Zawisza przegrał wtedy 2:5, prezentując się katastrofalnie. Każda groźna akcja piłkarzy Jurija Szatałowa kończyła się golem. Andrzej Witan pięciokrotnie wyciągał piłkę z siatki, a obrona Zawiszy rozpoczęła atak na ligowy rekord liczby straconych goli. Mariuszowi Rumakowi udało się zmniejszyć średnią z 3 bramek na spotkanie do 2,2.

W piątek Zawisza z Górnikiem bezbramkowo zremisował i był w tym słabym meczu drużyną lepszą. Z sierpniowego składu znów zagrali Andre Micael, Kamil Drygas, Alvarinho i Jakub Wójcicki. Ten ostatni długą wędrówkę po pozycjach zakończył na prawej obronie. Latem grał na pozycji zgodnej z numerem na koszulce, jako dziesiątka.

Zimą z Zawiszy odeszło 14 zawodników, nie licząc juniorów. Większość z nich znalazła nowe kluby – Anestis Argyriou (Ethnikos Achnas), Piotr Petasz (GKS Katowice), David Fleurival (Larisa), Herold Goulon (Omonia Nikozja), Wagner (CD Nacional), Luis Carlos (Korona Kielce), Bernardo Vasconcelos (Dóxa Katokopiás), a Korneliusz Sochań został wypożyczony (Kotwica Kołobrzeg). Wahan Geworgian, Kadu, Samuel Araujo, Joshua Silva i Andrzej Witan nowych pracodawców szukają. Tylko jeden piłkarz, Michał Masłowski, został sprzedany. Z pozostałymi rozwiązano kontrakty.

Najgorsi z portugalskiego zaciągu byli zawodnicy, których rekomendował Paixao – Joshua Silva i Samuel Araujo. Kompletnym niewypałem okazał się Fleurival, który miał całkiem ciekawe CV. Wcześniej rozegrał pełen sezon w Boaviście, a do Zawiszy trafił prosto z Metz, gdzie również grał regularnie. Był jednak kompletnie nieprzygotowany fizycznie. Grał całe mecze, ale spacerował po boisku. Szybko się z nim pożegnano.

W ciągu sześciu miesięcy dzielących dwa mecze z Górnikiem Łęczna Jorge Paixao zdążył opuścić kolejny zespół. Z 16 meczów w portugalskiej drugiej lidze jego Olhanense wygrało zaledwie trzy.

A co w sierpniu robili obecni piłkarze Zawiszy? Kilku z nich w piłkę nie grało. Luka Marić i Sebastian Małkowski leczyli zerwane więzadła w kolanie, Jakub Smektała wciąż liczył, że jesienią znajdzie klub w ekstraklasie (nie udało się, mimo testów w Podbeskidziu), a Jakub Świerczok grał w rezerwach Kaiserslautern w Regionallidze, na czwartym poziomie niemieckiej piłki.

W sierpniu nowy napastnik Zawiszy Josip Barisić miał na koncie 3 gole w 4 meczach NK Osijek. Do końca rundy już do siatki nie trafił. Cornel Predescu męczył się w klubie Pandurii Targu Jiu, zbierając 360 minut przez całą ligową rundę (w 11 występach). Stefan Denković mniej więcej wtedy wypadł ze składu Puskas Akademii (od września 2014 łącznie niecałe 90 minut). Z kolei Bartłomiej Pawłowski był pełen nadziei po powrocie z Malagi i walczył o miejsce w składzie Lechii u Joaquima Machado. Wyciąganie piłkarzy z piłkarskiego niebytu ma w klubie Radosława Osucha długą tradycję. Czasem można uznać te ruchy za udane (Herold Goulon, Paweł Strąk), ale kilku graczy odzyskać się nie udało (Paweł Wojciechowski, Argyriou).

Portugalskojęzyczna kolonia to już w Bydgoszczy przeszłość. O zmiany w drużynie po piątkowym meczu pytałem Andre Micaela. Odpowiedzieć nie chciał, zasłaniając się, że taka ocena to nie jego rola. Kierunek zmian jest jasny – pożegnano Portugalczyków i Brazylijczyków, ściągnięto zawodników z Bałkanów i Polaków. Kierunek ani lepszy, ani gorszy. Dziwi natomiast, że zmienił się tak radykalnie w tak krótkim czasie.

Kadra Zawiszy Bydgoszcz

Wrzesień 2014 i luty 2015.

Polscy bohaterowie sprzed 57 lat wrócili na Camp Nou

13 września 2014 roku. Słoneczny dzień, z głośników leci hymn FC Barcelony. Tuż przed pierwszym gwizdkiem na trybunie Lateral rozwieszono sektorówkę z okazji Dnia Niepodległości Katalonii. Wiesław Jańczyk, Henryk Szczepański, Helmut Nowak i Roman Korynt usiedli w palco, czyli loży prezydenckiej. Mecz z Athletikiem Bilbao rozpoczęło dotknięcie piłki przez Leo Messiego. Ponad pół wieku wcześniej, podczas meczu otwarcia Camp Nou, pierwsze kopnięcie należało do Lucjana Brychczego. Czterech polskich piłkarzy, którzy po 57 latach zasiedli na trybunach, było wtedy na boisku.

24 września 1957 roku. Polaków na murawę wyprowadził Edmund Ziętara. Całej przedmeczowej celebry miał już trochę dość. Polacy wylecieli z Okęcia dzień wcześniej, w poniedziałek. Do dalekich podróży nikt w zespole nie był przyzwyczajony. – Dla wielu z nas był to pierwszy kontakt z zachodnią piłką – opowiada dziś Wiesław Jańczyk. Część zawodników podróż zniosła źle. Polacy byli przekonani, że mecz na inaugurację nowego stadionu w Barcelonie zagrają we wtorek wieczorem. Ale już w okolicach południa stali w pełnym słońcu z boku boiska.

Światła jeszcze nie działały, więc mecz zaplanowano na 16.30. Nowy stadion był wielkim wydarzeniem dla miasta i wielu oficjeli nie mogło sobie odpuścić okazji do przemowy przed blisko stutysięczną widownią. Odprawiono też mszę, na tronie umieszczono Matkę Boską z Montserrat. Polscy piłkarze z bliska oglądali przemarsz orkiestr wojskowych i defiladę ze sztandarami, w tym pocztów z klubów kibica z całej Katalonii. Na murawie 1,5 tys. osób zatańczyło sardanę, narodowy kataloński taniec, symbol jedności.

Upał męczył Polaków, a rozpoczęcie meczu się opóźniało. W końcu zostało już tylko symboliczne kopnięcie piłki przez prezydenta Francesca Miró-Sansa i można było zacząć. Na środku boiska ubrani w biało-czerwone stroje Polacy przyglądali się gigantycznym trybunom nowoczesnego stadionu. Na ich koszulkach, w miejscu polskiego godła, przyszyta była warszawska syrenka.

Do zdjęcia ustawili się Lucjan Brychczy, Helmut Nowak, Stefan Florenski, Henryk Szczepański, Henryk Szymborski, Krzysztof Baszkiewicz, Władyslaw Jańczyk i Edmund Ziętara, a w dolnym rzędzie Edward Jankowski, Edward Szymkowiak i Jerzy Woźniak. Tylko trzech z nich – Brychczy, Woźniak i Ziętara, grało wtedy w Legii Warszawa. A to właśnie Legia pojawiła się na plakatach reklamujących mecz. Rywala gospodarzy przedstawiano też jako reprezentację Polski i reprezentację Warszawy.

To była zupełnie inna Katalonia, niż dziś. Franco twardą ręką rządził całą Hiszpanią. Reżim kontrolował także futbol. Nazwę FC Barcelona zmieniono na hiszpańską – Club del Futbol Barcelona. Problematyczna była też nazwa budowanego od 1954 roku stadionu. W klubowych dokumentach widniała nazwa Estadi Joan Gamper. Szwajcarski założyciel Barcy urodził się jako Hans. Z czasem stał się Katalończykiem, Joanem. Był zbyt mało hiszpański i patronem obiektu zostać jednak nie mógł.

Największą owację dostał wracający po kontuzji Ladislao Kubala. To on sprawił, że położony kilometr dalej stadion Les Corts stał się za mały. O 17.16 na Camp Nou padła pierwsza bramka, piłkę do siatki wbił Eulogio Martínez. Po blisko 15 minutach Antonio Ramalletsa, słynnego „Kota z Maracany” pokonał Henryk Szymborski. – Pomimo upału graliśmy z Barceloną do przerwy jak równy z równym. Potem, przy stanie 2:2, gospodarze wprowadzili pięciu nowych zawodników – wspominał Ziętara. Polacy przylecieli do Hiszpanii w trzynastkę. Więcej, niż dwóch zmian zrobić się nie dało. Na boisko weszli Władysław Soporek i Roman Korynt. – Ciężka podróż, dwie prawie nieprzespane noce i ta defilada przed meczem odbiły się mocno na tle drużyny polskiej, która mocno opadła z sił – pisał potem Henryk Reyman, selekcjoner, oficjalnie kapitan związkowy PZPN. Barca zaczęła się z Polakami bawić. Pod bramką Szymkowiaka groźnie było co chwilę. – Po przerwie już był klops – przyznaje Henryk Szczepański. Ostatecznie Polacy przegrali 2:4.

 

57 lat temu Polacy nie mieli czasu, żeby zobaczyć miasto. Musiał im wystarczyć hotel i stadion. Teraz był czas na wszystko, nawet kolację w chińskiej restauracji w Badalonie. Ponowny wyjazd na Camp Nou to pomysł największej polskiej penyi FC Barcelony, czyli oficjalnego klubu kibica. – Otwarcie Camp Nou to wspaniałe wydarzenie, które łączy Polskę z klubem. Nie chcieliśmy zwlekać z upamiętnieniem piłkarzy. Camp Nou ma być przebudowane, prawdopodobnie niedługo to będzie już inny stadion. W dodatku nie ukrywajmy, bohaterów tamtego meczu, jest z nami coraz mniej – opowiada Adam Marszał prezes Fan Club Barça Polska. Kibice dotarli do wszystkich sześciu żyjących uczestników meczu. Lucjanowi Brychczemu i Stefanowi Florenskiemu na wyjazd nie pozwoliło zdrowie.

W Barcelonie o byłych piłkarzach się nie zapomina. Gracze sprzed kilku dekad są aktywni w życiu klubu. Mają swoje stowarzyszenie, wielkie rocznice są upamiętniane. Z czwórką polskich zawodników spotkali się prezydent FC Barcelony, Josep Maria Bartomeu, jego zastępcy oraz Justo Tejada. Ten drugi grał w meczu otwarcia, strzelił nawet bramkę.

Rozmowy dla BarçaTV tłumaczył Filip Mitra, Polak, który od 3 lat mieszka w stolicy Katalonii. – Gościom pokazano muzeum, gdzie są pamiątki z inauguracji Camp Nou. Wszyscy byli w świetnych humorach. Podczas meczu piłkarze zachwycali się Messim i Neymarem. Powtarzali, że nie spodziewali się propozycji powrotu na Camp Nou – mówi.

Helmut Nowak był najmłodszym piłkarzem tzw. Reprezentacji Warszawy. Dziś ma 76 lat, a Henryk Szczepański 81. – Byłem mile zaskoczony, że pomimo mojego wieku, ktoś jeszcze pamięta o tym, jak grałem w piłkę – mówi 83-letni Wiesław Jańczyk. O dwa lata starszy Roman Korynt przed powrotem do Gdańska nie krył wzruszenia. – Nie chcę, żeby komuś się wydawało, że według nas zbawiamy świat. Zresztą my też wiele od byłych piłkarzy czerpaliśmy. Mieliśmy okazję sprawić im radość i to nam się udało – mówi Adam Marszał.

O ubiegłorocznym wydarzeniu przypomniał krótki klip, który opublikowano kilka dni temu. Akcję „57-lecie Camp Nou” koordynowali w FCBP Paweł Kołodziejski i Łukasz Ślesicki. Korzystałem z książek Zbigniewa Pawłowskiego „55 lat Camp Nou” i „Polacy w grach przeciwko FC Barcelonie” (wraz ze Zbigniewem Kumidorem).

Niepodległość los polacos

Fot. Kippelboy, Wikimedia Commons.

Dziennikarze od niedzielnego poranka czekali przed Institució Cultural del CIC w barcelońskiej dzielnicy Bonanova. Wiedzieli, że tutaj zagłosuje Pep Guardiola, który specjalnie na referendum przyleciał z Monachium. Pep, podobnie jak 2,2 mln Katalończyków, ustawił się w kolejce do głosowania, które formalnie nie miało żadnego znaczenia. Kolejki były tak długie, że w wielu punktach głosowano jeszcze po 20.00. – To nie jest historyczny moment, lecz mały krok, pierwszy z wielu. Wierzę, że potem nastąpią dobre czasy – powiedział dziennikarzom Guardiola.

Trener najlepszej Barcelony w historii od lat popiera ideę niepodległości. Wystąpił nawet w referendalnej reklamówce.

 

Datę głosowania wyznaczono niemal rok temu. W ostatnich miesiącach katalońsko-madrycki konflikt na tym tle przybrał na sile. Po tym, jak stało się jasne, że 9 listopada nie odbędzie się prawdziwe referendum, Generalitat proponował oficjalne głosowanie konsultacyjne. To też się nie udało. Po decyzji trybunału konstytucyjnego, „proces partycypacyjny” oparto na 40 tys. wolontariuszy. Nie było spisu wyborców, głosowali nawet 16-latkowie oraz osoby, które mieszkają w Katalonii, ale nie są obywatelami Hiszpanii.

To kolejna decyzja trybunału, którą w Katalonii odebrano jako policzek. – Państwo hiszpańskie to potężny i realny przeciwnik, bo odmawia nam prawa do głosowania i wypowiadania się o naszej przyszłości – grzmiał premier Katalonii Artur Mas.

80% głosowało za

Swoje głosy do urn wrzucili m.in. Xavi i Carles Puyol, a także Joan Laporta, Josep Maria Bartomeu i Sandro Rosell. Na karcie, którą wrzucano do plastikowej urny (tańsza niż tradycyjna, tylko 3 euro), umieszczono dwa pytania.

Czy chcesz, żeby Katalonia była Państwem?

Jeśli tak, czy chcesz, żeby to państwo było niepodległe?

Twierdząco na oba pytania odpowiedziało 80%, prawie 5% głosujących nie chce, żeby Katalonia została państwem. 10% jest za państwem, ale nie niepodległym. Kluczowa była frekwencja, którą można tylko oszacować. Zagłosowało 36-41% uprawnionych. Ci, którzy są przeciwko niepodległości, zostali w domach. Dla nich głosowanie było nielegalną hucpą. Pytają o udostępnienie publicznych budynków i 13 mln euro, które Generalitat wydał na głosowanie.

Katalończycy chcą zacząć żyć na własny rachunek. Uważają, że Madryt traktuje ich niesprawiedliwie i zbyt głęboko sięga do ich kieszeni. Liczą każde euro, które z ich podatków trafia do innych części Hiszpanii. A choć kraj powoli podnosi się z kryzysu, to niektóre wskaźniki wciąż są dramatyczne. Bezrobocie wynosi prawie 25%, a wśród osób młodych, poniżej 25 lat, bez prac jest ponad połowa Hiszpanów. Efekt to m.in. 3 mln pustych mieszkań i domów w kraju wielkości Polski.

Kilkanaście lat temu niepodległości chciało ok. 15% Katalończyków. Teraz w każdym sondażu jest to ponad 50%. Więcej niż połowę głosów zebrały też w ostatnich wyborach partie, które dążą do niepodległości. Partie skrajne żądają, by Katalonia jak najszybciej jednostronnie ogłosiła niepodległość.

Strach przed nowym miał niemały wpływ na wynik szkockiego referendum. A przecież ten kraj, po ewentualnym wyjściu z Wielkiej Brytanii, od razu zostałby przyjęty do Unii Europejskiej. W przypadku Katalonii, zarówno akcesję do UE, jak i uznanie na arenie międzynarodowej, Hiszpania będzie chciała zablokować wszystkimi możliwymi metodami. A Katalończycy są euroentuzjastami, swoją przyszłość widzą tylko w UE. Mówią, że nie boją się oddawać kompetencji Brukseli, bo jej ufają. A Madrytowi nie.

Hasła kampanii przed referendum to „Nadszedł czas” i „Głosowanie 9 listopada nie czyni z ciebie nacjonalisty. Czyni z ciebie demokratę”. Głosowanie miało pokazać światu, że Katalonia nieustannie dąży do niepodległości. Podobnym sygnałem była wrześniowa manifestacja na ulicach Barcelony. W dniu narodowego święta 1,8 mln ludzi (zdaniem Guardia Urbana; zdaniem kilku źródeł z Madrytu 0,5 mln) wzięło udział w marszu dla niepodległości. Zgodnie z wcześniejszymi zapisami, Katalończycy ustawili się w wyznaczonych miejscach na Avinguda Diagonal i Gran Via, głównych ulicach Barcelony. Ludzki łańcuch w kolorach katalońskiej flagi miał 11 km. Uczestnicy uformowali się w wielkie „V” symbolizujące „Votar” oraz „Victòria”, czyli „głosować” i „zwycięstwo”. Symboli było mnóstwo. Demonstrację rozpoczęto o 17.14 (święto 11 września odnosi się do roku 1714) przez dziewczynę, która w dniu referendum skończyła 16 lat i mogła zagłosować.

Co z Barçą

Kilka tygodni temu do polskich mediów przebiła się wypowiedź Javiera Tebasa. Przykładowy nagłówek: „FC Barcelona i Espanyol wyrzucone z ligi hiszpańskiej?!”.
Tak naprawdę prezes LFP nie powiedział nic innego – gdyby jutro Katalonia ogłosiła niepodległość, FC Barcelona w kierowanej przez niego lidze grać by nie mogła. Zgodnie z prawem, w hiszpańskich rozgrywkach mogą grać wyłącznie zespoły z Hiszpanii oraz Andory. Trudno się przecież spodziewać, żeby w przepisach umieszczono państwo, które nie istnieje. Ale prawo można zmienić.

Główny argument za pozostaniem Barcy w La Liga po ewentualnej niepodległości Katalonii jest oczywisty – to się Hiszpanii będzie opłacać. Ilu sponsorów zdoła utrzymać Javier Tebas, gdy ci usłyszą, że wbrew temu, co myśleli podpisując umowy, El Clásico w lidze hiszpańskiej nie będzie? Wiadomo też, że Barça sondowała możliwość gry w lidze francuskiej. W lidze katalońskiej nikt jej widzieć nie chce. Trzecią siłą w regionie, po Barcy i Espanyolu jest Girona. Na mecze chodzi tam 5 tys. kibiców.

Co mówią Katalończycy

Wielu Polaków poglądów Katalończyków nie rozumie. W dyskusjach m.in. kibiców, podawane są przykłady regionów, które wcale niepodległości nie chcą, jak np. Śląska. Mój znajomy, który mieszka w Barcelonie, przepytał swoich katalońskich przyjaciół. Mówią o tym, czy czują się Hiszpanami i dlaczego chcą własnego państwa. Więcej w ciekawym wpisie na jego blogu, polecam.

Marta: – Tak, nigdy nie czułam się Hiszpanką. Moja tożsamość, oprócz wielu innych rzeczy, jest katalońska i to nie tylko ze względu na język. Kiedy mam styczność z Hiszpanami, dochodzę do wniosku, że jesteśmy odmienni. Ani lepsi ani gorsi, ale różni. Zwłaszcza ze względu na język, ale również zwyczaje, tradycję, kuchnię, poczucie humoru oraz wiele innych rzeczy, które to nas odróżniają w znacznym stopniu. A przede wszystkim nasze dążenie do tego, aby zostać niepodległym narodem.

Nie mam problemu z Hiszpanią tylko z hiszpańską władzą, która mocno uciska zamieszkujące ten kraj narody (Kraj Basków, Wyspy Kanaryjskie, Andaluzja, Galicja, Kastylia, itd.) posiadające własne ruchy niepodległościowe, co jest ukrywane przez władzę i przychylne jej media. Wobec tego ktoś, kto uważa się za Hiszpana, dał się oszukać, ponieważ Hiszpania to kraj, który ucisza głos swoich narodów i nie pozwala im na skonstruowanie swojej tożsamości, a więc w podsumowaniu: jest jednym wielkim kłamstwem.

Joan: – 10 lat temu separatystów było bardzo niewielu i nikt nie myślał o niepodległości jako możliwej alternatywie lub też rzeczywistości. Teraz wszystko się zmieniło ponieważ naród kataloński jest zmęczony płaceniem tak ciężkich pieniędzy Hiszpanii w zamian za nieżyczliwość i bycie traktowanym jak brzydkie kaczątko kraju. Rząd Mariano Rajoya mocno przyczynił się do wzrostu popularności separatyzmu. Również partie pro-niepodległościowe dobrze się zorganizowały, na przykład CiU, które nigdy nie było zwolennikiem separacji, opowiedziało się w końcu za nią, aby zdobyć więcej głosów. Zorganizowano wiele manifestacji i protestów, a przede wszystkim odpowiedź rządzącej Partido Popular dolała tylko oliwy do ognia.

Rekordziści Europy

Lech Poznań Zawisza Bydgoszcz

Męska rozmowa po meczu z Lechem trwała 40 minut. Tak długo siedzieli zamknięci w szatni piłkarze Zawiszy. Kiedy wyszli, głowy mieli zwieszone, ale pytań nie unikali.

Jakub Wójcicki jeszcze na płycie boiska tłumaczył się przed kamerą Canal+. – Jesteśmy pośmiewiskiem całej Polski! – mówił zdenerwowany. To on oraz Paweł Strąk i Kamil Drygas najczęściej są przez dziennikarzy pytani po meczach Zawiszy. – Po pucharowym meczu z Podbeskidziem gracie z Ruchem u siebie, dobry rywal na przełamanie – zagadnąłem Wójcickiego w Poznaniu. – Dla nas nie ma dobrych rywali. Przegrywamy z każdym – odpowiedział z rezygnacją.

W poprzednim sezonie najlepszymi piłkarzami Zawiszy byli Igor Lewczuk, Herold Goulon, Michał Masłowski i Wojciech Kaczmarek. Pierwszy z nich dostał z Legii ofertę życia, klub też dostał niezłe pieniądze i decyzja była oczywista. Dziś walczy o skład w Warszawie. Pozostała trójka cały czas się leczy. Goulon ma zagrać już z Podbeskidziem. Masłowski dopiero wraca do treningów z zespołem, Kaczmarek zrobi to dopiero w styczniu. Jak wyglądałby inny zespół ze środka tabeli, gdyby wyjąć z niego czterech najlepszych graczy?

27 straconych goli w 9 ostatnich meczach. Słowo katastrofa nie oddaje tego, jak wygląda obrona Zawiszy. W meczu z rywalem klasy Lecha każda wymiana piłki przez rywala na 30 metrze może w ciągu 2 sekund doprowadzić do straty bramki. Każde penetrujące podanie to okazja na gola. Każdy strzał ląduje w siatce.

Na obronę Zawiszy można pomstować bez końca. Najgorsze jest to, że Mariusz Rumak nie ma pola manewru. Wszystko, co leci w kierunku bramki wpuszcza Grzegorz Sandomierski. Dopiero dziś widać, jaką pewność dawał drużynie Kaczmarek. Jeden mecz zagrał w tym sezonie Andrzej Witan. W Łęcznej piłkę z siatki wyciągał 5 razy. To on zagra w środę w pucharowym meczu z Podbeskidziem. Jeśli pomoże drużynie, to ma szansę wskoczyć do pierwszego składu.

Andre Micael dalej jest cieniem samego siebie. Samuel Araujo gra co prawda lepiej, niż w pierwszych meczach, ale nie wywalczyłby sobie miejsca w żadnej innej drużynie ligi. Micaela za tydzień zastąpić będzie musiał Strąk. Swoją szansę kompletnie zaprzepaścił Piotr Petasz. Zagotował się w sytuacji pod polem karnym rywali i dostał zasłużoną czerwoną kartkę. A były to jego pierwsze minuty u Rumaka.

Zmiennikiem zmienionego w przerwie Anestisa Argyriou w teorii jest Damian Ciechanowski. Ale skoro 18-latek jest kompletnie pomijany przez trzeciego kolejnego trenera, to nie łudzę się, że może załatać dziurę na prawej stronie.

Przejrzałem tabele europejskich lig i średnia 3 straconych bramek to wynik bliski kontynentalnego rekordu. Lepsze statystyki ma nawet Evian Thonon Gaillard, czerwona latarnia ligi francuskiej – 15 straconych goli w 6 meczach. Porównywalne liczby do Zawiszy znajdziemy tylko w ligach na wschodzie – w Mołdawii Dinamo-Auto straciło 28 goli w 7 meczach a na Litwie Dainava Alytus 129 w 28. Dla porównania rok temu w polskiej ekstraklasie ostatnie miejsce zajęło Zagłębie Lubin. W 37 meczach straciło 51 goli, średnia 1,4. Jakie perspektywy ma więc zespół, który traci bramki ponad dwa razy częściej?

Paixao i jego porsche

Stadion Zawiszy Bydgoszcz

Za chwilę pierwszy gwizdek, czyli za 35 sekund będzie drugi, po bramce.

Tylko dwa mecze trwała europejska przygoda Zawiszy. UEFA mecze Pucharu Intertoto z 1993 roku traktuje jako towarzyskie, więc czwartkowy mecz z Zulte Waregem był pierwszym w historii pucharowym spotkaniem Zawiszy u siebie. Wstydu nie było, ale rywale grali o klasę lepiej. Choć Piotr Petasz ma świetnie ułożoną lewą nogę, to rywale mijają go zbyt łatwo. Zdarza się to w Ekstraklasie, więc co zrozumiałe, z Zulte Waregem było gorzej. Szans na dogonienie ganiających po jego stronie boiska Yarauby Cissako i Ibrahima Conte nie miał żadnych. Szybcy jak wiatr piłkarze siali spustoszenie w szeregach Zawiszy. Byli nie tylko fizycznie sprawniejsi, ale górowali techniką – piłki po przyjęciu nie musieli poprawiać, grali w pierwsze tempo i to w miejsce, gdzie wybiegał kolega. Dość powiedzieć, że dwóch piłkarzy Zulte Waregem odpoczywa po grze na mundialu.

Zespół kameralnego klubu z Flandrii Zachodniej skupia się na ataku. Młodziutki skład, 4-3-3 i szybka wymiana piłki. Na strzelenie pierwszego gola Belgowie potrzebowali 35 sekund. – Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, że nawet gdy mój zespół strzeli bramkę w pierwszej minucie, moja drużyna nie może na tym poprzestać. Wymagam kolejnej bramki i jeszcze następnej – mówił po meczu Francky Dury, który wypromował w Zulte wielu młodych piłkarzy. Nie przesadzał.

Do Zawiszy pretensje mieć trudno, bo spośród polskich zespołów losowanie w pucharach bydgoszczanie mieli najmniej korzystne. Piotr Petasz strzelił bramkę, swoje okazje mieli też Luis Carlos i Kadu. Trener Jorge Paixao został po meczu zapytany, czy drużynie zabrakło jakości. – Co to znaczy jakość? – dopytywał pełniącego rolę tłumacza Hermesa. – Mamy taką jakość, jaką mamy, i jesteśmy z niej zadowoleni. Jest wielka różnica w budżetach między Zawiszą a Zulte Waregem. Jak ma się dużo pieniędzy, to można kupić porsche. A można też kupić inne auto i pojechać sprytniej i być szybszym. Ale przewaga finansowa ma przełożenie na wyniki. Można mówić o trzech rodzajach jakości w piłce – technicznej, taktycznej, która może być ważniejsza, i mentalnej, którą my dziś mieliśmy. – tłumaczył. Pozostaje dodać, że różnica w jakości technicznej i taktycznej była zauważalna. Belgowie ściągają wyróżniających się nastolatków z miejscowych szkółek a Zawisza piłkarzy z II ligi portugalskiej (co pozwala na osiąganie dobrych wyników w polskiej lidze). Oba kluby mają budżety w wysokości 10 mln. Zawisza w złotówkach, Zulte Waregem w euro.

Na każde pytanie na konferencji prasowej Paixao odpowiadał długo i cierpliwie. W Portugalii jego kontakty z dziennikarzami były trudne. W Bydgoszczy na razie jest uśmiechnięty i skupiony. W czwartek ogłosił, że nawet po błędzie w meczu w Waregem Grzegorz Sandomierski jest najlepszym bramkarzem na świecie. Drugi jest Andrzej Witan. Po meczu z Koroną w jednym rzędzie wymienił Luisa Carlosa, Bernardo Vasconcelosa oraz Damiana Ciechanowskiego i Macieja Konę, jako piłkarzy, którzy są w pierwszej drużynie, gdzie jak mówi, nie ma podziału na pierwszy skład i rezerwowych.

Grupa kibiców z Belgii, która jak informuje klub, zgodnie z przepisami musiała zająć miejsce w tzw. klatce.

Z czterogwiazdkowego hotelu Belgowie zostali więc przetransportowani do zamkniętego sektora za wysokim płotem na łuku stadionu. Zdjęcie sprzed meczu.