Archiwa tagu: książki sportowe

W Kazaniu patrząc w oczy Ronaldo

Tytuł: Najważniejszy mecz Kremla
Autor: Roman Imielski, Radosław Leniarski
Wydawnictwo: Agora 2018

Jak na polską książkę o mundialu pomysł jest wywrotowy. Robert Lewandowski tu nie istnieje. Zamiast polecieć do Monachium, Roman Imielski i Radosław Leniarski pojechali pociągiem do Sarańska. Zamiast krążyć wokół Alianz Areny, spacerowali wokół Kurhanu Mamaja w Wołgogradzie. Trening Bayernu zamienili na oglądanie łagru. Nie ma w tej książce Adama Nawałki, jest za to syn Stalina.

Więcej wpisów o piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Plan był prosty – pojechać do Moskwy, Kalinigradu, Petersburga, a przede wszystkim Kazania, Sarańska i Wołgogradu. W grudniu zebrać materiały, już zza biurka opisać tło (rozdziały o staraniach o organizację mundialu czy zorganizowany doping), a książkę wypuścić krótko przed mundialem. Dwójka doświadczonych dziennikarzy „Wyborczej” może zameldować wykonanie zadania. Efekt: reporterski styl, żywy język i mocne uderzenie w Rosję Putina.

Najlepiej wypadają rozdziały pisane na prowincji. Fragment o Sarańsku to perełka. Tam na konferencję prasową komitetu organizacyjnego miejscowi dziennikarze pojawili się minutę przed czasem. Niektórzy przyszli w kapciach, inni w podkoszulkach. Wszystkie redakcje mieszczą się w tym samym budynku, co lokalne władze. Mordowiński wicepremier nie usłyszał żadnego pytania. Dziennikarzy nie ciekawiło, czy stadion, na którym dwa tysiące robotników uwija się jak w ukropie, zostanie wybudowany na czas. Autorzy książki mieli większe problemy. W Republice Mordowii trafili na komisariat.

Fanaci, czyli rosyjscy kibole, do niedawna byli pupilkami władzy. Teraz ich były lider, który jeszcze na EURO 2012 był twarzą rosyjskich kibiców, popadł w niełaskę. Reporterom z Polski opowiedział, że zamiast uciekać przed OMON-em czerwiec i lipiec spędzi poza krajem. Warunek – musi mieć stempel w paszporcie. Celem przymusowych wakacji będzie łotweska Jurmała.

Kilka pomysłów jest łatwych do przewidzenia – w Petersburgu kręcimy się wokół Zenit Areny, a w Kaliningradzie bohaterem jest Dom Sowietów. W Moskwie  skupiamy się na historii Spartaka i Starostinów, inaczej opowiedzianej, niż w „Królach strzelców” Zbigniewa Rokity. Tutaj bracia, mimo trwającej wojny, za łapówki przekupywali rywali. Za to mieli dostać wyrok. Rosja w „Najważniejszym meczu Kremla” to kraj niezbadany, państwo łamania prawa, bezhołowia, ludzkiej niesprawiedliwości i miejsce, gdzie władza potrafi zdeptać człowieka jak robaka. Leniarski w jednym z wywiadów mówił wprost: przyznawanie organizacji wielkich imprez dyktaturom, krajom autorytarnym, które nie dbają o prawa człowieka jest skandalem. Mamy tu więc człowieka, który dba o miejsce śmierci Borysa Niemcowa, historie oligarchów i szczegółowy opis olimpijskiego oszustwa w Soczi. Tam Władimir Putin, przynajmniej krótkoterminowo, odniósł pełen sukces.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Piłkarska matematyka i dziennik turysty

Tytuł: Piłkomatyka. Matematyczne piękno futbolu
Autor: David Sumpter
Wydawnictwo: Copernicus Center Press, 2018

David Sumpter jako naukowiec liczył mrówki i budował tor dla szarańczy. Poszło mu na tyle dobrze, że modele matematyczne zastosował nie tylko sprawdzając zachowanie zwierząt w laboratorium, ale także piłkarzy w Lidze Mistrzów. Dość trudny egzamin zdał.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Profesor matematyki stosowanej z uniwersytetu w Uppsali ma pokaźny wynik cytowań w Google Scholar. Wcześniej pisał m.in. o tym, jak ludzie i zwierzęta działają w grupach, a po książce o piłce wziął się za stosowanie algorytmów w życiu. Przyznaje, że uwielbia abstrakcyjne piękno równań, ale wzory nie mają znaczenia dopóki nie mówią nic o rzeczywistości. Chodzi mu matematykę, która pokazuje analogie.

W „Piłkomatyce” Sumpter dowodzi, że wprowadzenie trzech punktów za zwycięstwo zgodnie z przewidywaniami sprzyja futbolowi ofensywnemu. Analizuje liczbę połączeń, a właściwie możliwości podania w schematach taktycznych węgierskiej Złotej Jedenastki, Interu z lat 60., Liverpoolu z lat 70. oraz Barcelony ery Pepa Guardioli. Analizuje, jak „tkał sieć” Nandor Hidegkuti i jak podania wymieniali Xavi oraz Iniesta. Wykorzystuje przy tym sieć śluzowca, organizmu grzybopodobnego. Porównuje ją do schematu sieci tokijskiego metra, a przy liczeniu wykorzystuje pierwiastek. Robi to nawet przekonująco, choć o trójkątach w sportach zespołowych wiele powiedzieli już Johan Cruyff i Tex Winter. Wniosek Sumptera – to, co poruszające się w ławicach ryby robią instynktownie, wychowankowie La Masii nauczyli się na boisku treningowym. Każdy uczestnik musi mieć poczucie przestrzeni i wiedzieć, co robią pozostali.

Na dłużej zatrzymałem się na wykresie z dynamiką klaskania. Chodzi o podziękowania np. na koniec wykładu. – Wniosek, w którym dana osoba przestaje klaskać, daje się 10 razy łatwiej przewidzieć na podstawie liczby innych osób, które przestały klaskać, niż na podstawie liczby wykonanych klaśnięć – pisze Sumpter. Oklaski porównuje do rozprzestrzeniania się meksykańskiej fali oraz przyśpiewek na trybunach.

Anglik pokazuje, że dorobki strzeleckie Cristiano Ronaldo i Leo Messiego na wykresach wyglądają jak anomalie, pokazuje wpływ kąta wystrzelenia na trajektorię lobu z przewrotki. Na czynniki pierwsze rozbiera przy tym bramkę Zlatana Ibrahimovicia w meczu z Anglią. Kilka razy przykładów zabrało. Opisując Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego Sumpter posiłkuje się cytatami z „Odwróconej piramidy”. Już czytając książkę Jonathana Wilsona zastanawiałem się, ile meczów obejrzał autor, by rozpływać się nad matematycznymi podstawami współdziałania piłkarzy. Sumpter tym razem nie analizuje starych meczów. Zamiast tego prowadzi wywód o feromonowym śladzie mrówek. Wniosek – małe mrowiska nigdy nie odnoszą sukcesu, duże odnoszą go zawsze, ale sukces zależy od pracy wykonanej na samym początku. Porównanie dość karkołomne, ale pasujące do intelektualnej gimnastyki, jaką jest „Soccermatics”.

Tytuł: The Football Tourist
Autor: Stuart Fuller
Wydawnictwo:  Ockley Books 2013

„Współczesna piłka to gówno”, pisze w pierwszym zdaniu książki Stuart Fuller. Prawdziwy futbol znalazł w Spakenburgu, Libercu, Gandawie, Rzymie i na wyspie Wight. Czytelnika zabrał ze sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współczesną piłkę Fuller tak naprawdę kocha miłością ślepą. Nienawidzi za to angielskiej Premier League. Uważa, że komercjalizacja zabrała mu ligę, którą żył przez dekady. Z pomocą przyszły tanie linie lotnicze i internet, gdzie można znaleźć terminarze wszystkich lig oraz wskazówki, jak dojechać na każdy stadion na świecie. Skoro derby Londynu straciły swój urok, to dlaczego nie pojechać do Spakenburga? Niczym Manchester czy Mediolan, przez 50 tygodni w roku miasteczko żyje swoim rytmem. Kiedy przychodzą derby, napięcie rośnie. Rzecz w tym, że w Spakenburgu meczem żyją niemal wszyscy mieszkańcy, a wielkich aglomeracjach zdecydowana mniejszość.

W książce znalazła się też Wooge, jak Anglicy zapisali fonetycznie miasto, w którym obejrzeli mecz Widzewa. Choć pomysł grudniowej wyprawy nad Wisłę Fuller ocenił jako „kuriozalny” i „autorstwa szaleńca”, to piłkarska Polska zebrała pochwały. „Jeśli zależy ci na tanich biletach, dobrej atmosferze i starych stadionach, Polska jest dla ciebie. Jeden weekend, dwa mecze, trzy bramki, cztery pyzy, pięciogwiazdkowe hotele, sześć taksówek, siedem autobusów o tramwajów oraz ok. miliona piw za mniej, niż 150 funtów”.

Lepiej Fuller ocenił tylko Niemcy, groundhopperski raj. W Zagłębiu Ruhry meczów jest mnóstwo, tanie bilety dostępne dla każdego chętnego umożliwiają bezpłatny transport w całym landzie, a mecz jest zarówno wielkim rodzinnym wydarzeniem, jak i okazją, żeby napić się piwa i wykrzyczeć na trybunie. Fuller nie jest wybitnym reporterem, ale zainteresowani grodndhoppingiem książkę przeczytają z zainteresowaniem. Razem z autorem wstajemy o 4. rano, lecimy samolotem Ryanaira, tłuczemy serbskim pociągiem i ciasną taksówką. Trochę za dużo tu opowieści o kolejnych barach i przygodach znajomych. Na blogu, który już tu wychwalałem, Fuller potrafi rzucić świetne historyczne tło, dogłębnie wytłumaczyć zawiłe czasem zaszłości. W książce więcej o cenach piw i smaku kurczaka w lokalnych fast foodach.

Wyszła już druga część „Piłkarskiego turysty”. Fuller opowiada, jak wszyscy na stadionie czekali na sędziego, który utknął na granicy Gibraltaru z Hiszpanią i dlaczego zgubił się w Hongkongu. Nic nie wskazuje na to, żeby podczas pisania opuściła go groundhoppingowa pasja. Namówił mnie na kupno drugiej części, podobnie jak na derby Spakenburga.

Wpisy o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Boisko w cieniu polityki

Tytuł: Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium
Autor: Zbigniew Rokita
Wydawnictwo: Czarne, 2018

Od pierwszego meczu w Petersburgu do upadającego na ziemię Mikołaja II. Dalej Ławrientij Beria i syn Stalina w pojedynku, którego ofiarą jest trener. Przeplatając sport i historię, Zbigniew Rokita wybrał osiem momentów, pokazujących, co się stało z Europą Środkową przez ostatnie 100 lat.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W czasach wielkiej czystki Spartak braci Starostinów rzucił wyzwanie Dynamu. Za o wiele mniejsze przewinienia Ławrientij Beria jednym podpisem likwidował całe rodziny. Nikołaj, Andriej, Piotr, a potem Aleksandr trafili do więzienia. Za grupową agitację antysowiecką, bracia dostali 10 lat łagru. Mieli szczęście. Zostali rozdzieleni, ale do dyrektorów obozów dotarła ich piłkarska sława. Trzech z braci w czasie wyroku trenowało miejscowe drużyny Dynama.

Po Nikołaja Starostina zgłosił się Wasil Józefowicz Stalin, syn najważniejszej osoby w państwie. Chciał, żeby poprowadził jego moskiewski klub. Starostin znów podpadł Berii, bo jako były więzień miał zakaz osiedlania się w stolicy. Dla politycznych graczy był tylko pionkiem i znów zapłacił za to cenę. Ostatecznie najsłynniejszy z braci Starostinów przeżył nie tylko Berię i syna Stalina, ale też ZSRR.

To najlepszy rozdział książki. Nie wszystkie są tak świeże. Zbigniew Rokita nie napisał nic nowego ani o Erneście Wilimowskim, ani o słynnym meczu piłki wodnej między Węgrami a ZSRR na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne w 1956 roku. Dobrze czyta się inny niepiłkarski fragment – opowiastkę o koszykarskiej Litwie.

Zbigniew Rokita (ur. 1989), zawodowo zajmuje się światem poradzieckim. Jest redaktorem dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia”, pisał w „Polityce”, czy „Tygodniku Powszechnym”. Dość łatwo można rozpoznać, w jakich tematach autor czuje się pewnie. O Górskim Karabachu wychodzi mu płynna opowieść. Kiedy wspomina o współczesnej piłce, wkracza na nieznany sobie teren i tempo spada.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Górnik Zabrze: Opowieść o złotych latach
Autor: Paweł Czado
Wydawnictwo: Agora, 2017

Wbrew tytułowi to nie jest fragment historii klubu. Paweł Czado przejechał tysiące kilometrów, spędził setki godzin w archiwach i spotkał się z kilkudziesięcioma byłymi piłkarzami oraz ich rodzinami, by napisać o ludziach.

Zobacz także: Z wizytą przy Roosevelta. Koguty pana Leona

Piłkarze Górnika występowali w pierwszych telewizyjnych show, śpiewały o nich gwiazdy estrady. Czado opisuje boje w Rzymie, Pradze, Manchesterze, czy Wiedniu. W książce są barwne anegdoty, klimat epoki, mecze, które zmieniły historie. Wszystko na swoim miejscu. Ale najciekawsze są tu historie zapomnianych piłkarzy. Niepowiedziane wcześniej zdarzenia, w które dziś trudno uwierzyć.

O poprzedniej książce Pawła Czado „Piechniczek. Tego nie wie nikt”, czytaj tutaj.

Do najlepszych rozdziałów w książce należy ten, który ją otwiera. Żeby napisać o Józefie Kaczmarczyku, autor wybrał się na zabrzańskie Zaborze. Wiedział jedynie, że wdowa po bramkarzu prawdopodobnie mieszka niedaleko. Wypytywał na ulicy, poszedł też do spółdzielni mieszkaniowej. Tam odmówiono mu informacji zasłaniając się ochroną danych. Ktoś usłyszał jego rozmowę i przekazał numer telefonu nie będąc nawet pewnym, czy chodzi o tę samą osobę.

Józef Kaczmarczyk debiutuje w Górniku w 1949 roku. Po kilku latach, jako mistrz Polski, zaczyna się upominać o pożyczkę. Taką samą, jaką dostali koledzy. Po odmowie psioczy na działaczy i Miejską Radę Narodową. Klub skreśla go z listy członków. Zostaje uznany za „renegata i prowokatora”. Dalej to już lawina. Sprawą zajmuje się milicja – rewizja, pytania o niemieckie mapy i listy z RFN.

– Mąż wróci za godzinę – usłyszała od milicjantów Zuzanna Kaczmarczyk, gdy funkcjonariusze zabierali męża. Wrócił po dwóch latach. W aktach zarzutów jest sporo. Mówienie po niemiecku, porównywanie ofert w sklepach w PRL i RFN, pisanie gotykiem. Podobno mówił nawet, że w Niemczech są lepsze zapałki. Po wyjściu na wolność pracował jako górnik dołowy. Zmarł w 1991 roku. Pawłowi Czado historię męża, Zuzanna Kaczmarczyk, opowiedziała 25 lat później.

Budapeszt śladami najsłynniejszego Węgra

Najsłynniejszy Węgier ma w Budapeszcie pomnik, popiersie, tablicę, mural, ulicę, stadion, a w sklepach osobne stoiska z pamiątkami. Został pochowany w najważniejszym kościele w kraju. Zajrzałem do wszystkich tych miejsc.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Trumna w bazylice

– Chciałbym zobaczyć podziemia i grób Puskása – zgłosiłem obsłudze Bazyliki św. Stefana w Budapeszcie.
– Puskás był największy, ale leżą tam też inni ze Złotej Jedenastki – słyszę w odpowiedzi, a za chwilę litanię nazwisk największych węgierskich sportowców. Trwała msza, więc musiałem zgłosić się za godzinę. W bazylice tłumy przyglądają się skrzyni ze zmumifikowaną prawą dłonią świętego Stefana, pierwszego króla Węgier. W podziemiach turystów jest niewielu.

– Prawdopodobnie najlepszy piłkarz wszech czasów – czytam na tablicy. Niedaleko znajdują się groby innych wielkich – Gyuli Grosicsa, Jenő Buzánszky’ego i Sándora Kocsisa. Ten ostatni, legenda Barcelony, ma osobną tablicę po węgiersku i hiszpańsku – napis „Cabeza de oro” – Złota główka – widać z daleka.

Nie znam drugiego kraju, w którym piłkarze spoczywają w najważniejszej świątyni. Pracownika, który mnie oprowadza nie dało się zatrzymać. Szybko wymienił Złotą Jedenastkę, skład Ferencvárosu z sezonu 1974/75 (finał Pucharu Zdobywców Pucharów). Zgubiłem się, gdy z piłkarzy Ujpestu przeszedł na zapaśnika tego klubu, Imre Polyáka. Czterokrotny medalista igrzysk też spoczywa w podziemiach bazyliki.

Ferenc Puskas

Bazylika św. Stefana w Budapeszcie

Puskás na ścianie

Historyczny mecz na Wembley, który wstrząsnął Anglią i potwierdził światową dominację Węgier, to największe zwycięstwo Złotej Jedenastki. W centrum Budapesztu spotkanie z 1953 roku upamiętnia mural. Jedna z dwóch bramek Puskása w tym meczu do dziś robi wrażenie.

Mural w Budapeszcie

Ulica i tablica Puskása

– Bywają geniusze, którzy szukają własnej drogi tak długo, aż ją odkryją, którzy walczą, by odnaleźć to, w czym są najlepsi by móc zająć się tym, do czego mają wrodzony talent. I bywa też, że układ gwiazd jest na tyle szczęśliwy, jak w przypadku Wolfganga Amadeusza Mozarta czy Ferenca Puskása: dobry Bóg zatroszczył się o takie okoliczności, by wszystko było gotowe na narodziny i rozkwit geniuszu – zaczyna niedawno wydaną w Polsce książkę György Szöllõsi. Autor ma już na koncie biografię Puskása, ale w Polsce, w ramach Roku Kultury Węgierskiej, wydano 50-stronicową książeczkę w nietypowym formacie. Ojciec najsłynniejszego Węgra – Ferenc Puskás senior grał w piłkę w Vasasie i Kispescie, potem został trenerem. Puskás junior, nazywany öcsi (młodszy brat), mieszkał niedaleko stadionu i kibicował Kispestowi. Po sąsiedzku mieszkał József Bozsik. W klubie z Kispestu spędził całą karierę. W reprezentacji wystąpił 110 razy. Dziś jest patronem stadionu Honvedu.

Ulica Puskása w Budapeszcie.

Optymistycznie nastawiony, prosto z ulicy Puskása, wkroczyłem na stadion. Moje pertraktacje z ochroną i pracownikiem klubu trwały kilkanaście minut. W końcu usłyszałem, że mogę wejść na stadion i zrobić kilka zdjęć. Wysłano jeszcze jedna osobę, która miała mnie pilnować. – Niedługo stadion zostanie zburzony. Będzie jak w Anglii – tłumaczył mi pracownik Honvedu oczekując mojego zachwytu. Wyjaśniłem, że gdyby ten stadion był już zburzony, a na jego miejscu stanąłby plastik z wizualizacji, to na pewno nie pchałbym się na peryferia Budapesztu, bo chciałem zobaczyć obiekt, na krórym grali Puskas, czy Bozsik. Nie doszliśmy do porozumienia.

Genialni nastolatkowie, Puskás i Bozsik, zadebiutowali w 1943 roku. Liga węgierska grała niemal przez całą wojnę. Drużyna prowadzona przez Puskása seniora i krótko przez Belę Guttmana, szybko rosła w siłę. Była już najlepszym zespołem w lidze, gdy polityczne decyzje zmieniły układ sił w całym węgierskim sporcie. Kispesti AC stał się klubem wojskowym i zmienił nazwę na Budapesti Honvéd SE. MTK Hungária FC został z kolei objęty opieką przez tajną policję. Z reformy zadowolony był Gusztáv Sebes, twórca Złotej Jedenastki. Na obiektach Honvedu kadra trenowała co tydzień.

W latach świetności w Honvedzie grali Ferenc Puskás, Sándor Kocsis, József Bozsik, Zoltán Czibor, László Budai, Gyula Lóránt i Gyula Grosics. Piłkarze, którzy są wymieniani w każdym tekście o najlepszych drużynach w historii piłki.  Dziś na mecze Honvedu chodzi 3 tys. osób.

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Bozsik Stadion

Niesamowitą siłę węgierskiej piłki pokazuje to zdjęcie. W Budapeszcie wychowywali się wtedy nie tylko najwięksi piłkarze najlepszej za kilka lat reprezentacji na świecie, ale także Ladislao Kubala, inna wielka gwiazda epoki.

Tablica przed stadionem Honvedu

Węgierski etap kariery Ferenca Puskása był imponujący. Uznawano go przecież za najlepszego zawodnika najlepszej drużyny świata. Ale to powrót do futbolu sprawił, że jest wymieniany wśród największych w historii. Gdy po dyskwalifikacji na przymusowej, porewolucyjnej emigracji podpisywał kontrakt z Realem Madryt, miał 30 lat i wielki brzuch.

Jego dorobek po trzydziestce trudno opisać. W Hiszpanii pięć mistrzostw i cztery tytuły króla strzelców. Do tego trzy Puchary Europy. W 1960 roku, w jednym z najlepszych finałów w historii, Real na oczach 127 tys. kibiców pokonał 7:3 Eintracht Frankfurt. Puskás zdobył cztery bramki, ale tego meczu na Węgrzech nie pokazywano. Na uciekiniera był zapis. Nie wolno było informować o jego sukcesach. W Realu Puskás grał do 39 roku życia. W Hiszpanii zdobył 242 gole w 262 meczach.

Puskás wrócił na Węgry dopiero w latach 80. Wcześniej prowadził drużyny na wszystkich kontynentach. Najlepiej poszło mu na początku trenerskiej – sensacyjnie doprowadził Panathinaikos do finału Pucharu Europy.

Mural z Puskásem koło stadionu Honvedu

Czytaj także: Jak pokonując Honved Wolverhampton Wanderers zostali mistrzami świata

Stadion Puskása

Dawny Népstadion (stadion ludowy) to od 2001 roku Stadion im. Ferenca Puskása (odwiedziłem go pięć lat temu). Ogromny obiekt niedaleko dworca Keleti został rozebrany w tym roku. W 1954 roku Węgrzy pokonali tu Anglię 7:1, a w 1985 z jednym z niewielu wielkich koncertów za żelazną kurtyną, wystąpił zespół Queen.

Stadion im. Ferenca Puskása

Na placu budowy zostały m.in. rzeźby i charakterystyczne wejście. W 2020 roku na nowym, 67-tysięcznym stadionie mają się odbyć mecze EURO.

Stadion im. Ferenca Puskása

Zobacz także: Amsterdam Johana Cruyfffa

Puskás w sklepie

Koszulka, książka, a może kieliszek? W węgierskich sklepach, nawet na lotnisku, można kupić pamiątki z Ferencem Puskásem. Wszystko na licencji, pod hasłem „Puskás. True legend”. Ceny wysokie.

Sklep przy Vaci utca, turystycznym trakcie Budapesztu. W drzwiach plakat z filmu o Złotej Jedenastce, której kapitanem był Puskas.

Puskás wśród dzieci

Pomniki piłkarzy, a w szczególności napastników, są niemal zawsze takie same. Zawodnik zawsze jest na boisku i albo za chwilę zdobędzie bramkę albo przed chwilą ją zdobył. Stąd podobne gesty – bieg z piłką przy nodze albo świętowanie gola.

Rzeźbiarz Gyula Pauer odtworzył stare zdjęcie, na którym Puskás zabawia się piłką na madryckiej ulicy. Przyglądają mu się zachwycone dzieci. Pomnik stoi z dala od centrum, przy cichej uliczce Starej Budy, Becsi utca.

 

Puskás w drodze na lotnisko

Ostatni przystanek. Większość turystów opuszcza Budapeszt jadąc autobusem E200 na lotnisko. Obowiązkowa przesiadka odbywa się na dworcu Kőbánya-Kispest. Na trawniku przed centrum handlowym stoi popiersie najsłynniejszego człowieka wychowanego w 19. dzielnicy stolicy Węgier.

Więcej wpisów o moich piłkarskich podróżach w tej kategorii.

Od górniczej wioski do piłkarskiej hegemonii

Tytuł: Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol
Autor: Jimmy Burns, tłum. Antoni Bohdanowicz, Bartosz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2017

Nie da się wytłumaczyć rywalizacji FC Barcelony i Realu Madryt bez politycznego tła. Jimmy Burns poszedł dalej – całą historię hiszpańskiej piłki opisał przez historię Hiszpanii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jimmy Burns nie jest dziennikarzem sportowym. Na kilku uczelniach kończył studia związane z ekonomią, naukami politycznymi oraz Ameryką Łacińską. Pracował jako korespondent Financial Times w Portugalii, potem trafił do Argentyny. Pierwszą książkę napisał o wojnie o Falklandy. Zdobył uznanie, ale prawdziwym hitem była „Ręka Boga”, biografia Diego Maradony. W Polsce wydano również jego książkę o FC Barcelonie. Patrząc na tematy jego ostatnich artykułów, sport w jego zawodowym życiu to tylko dodatek. Ostatnia książka Burnsa to portret papieża Franciszka.

Czytelnik, który ma za sobą choćby książkę Burnsa o Barcelonie, czy Alfredo Relaño (te dwie wydano w Polsce), historie Pepa Samitiera, czy Di Stefano, już zna.  Burns napisał dobrą książkę, ale lepiej przemiany w Hiszpanii przez pryzmat futbolu wyjaśnił Sid Lowe. W „Fear and Loathing in La Liga” Brytyjczyk, skupiając się na dwóch klubach wykorzystał ciekawsze opowieści. U Burnsa czuć chwilami niewykorzystany potencjał. Dobrze zaczął, szukając korzeni hiszpańskiej piłki wśród nieistniejących osad górniczych. Wciągają też fragmenty o Kraju Basków. Potem można natrafić na mielizny.

Dla tych, którzy temat La Liga dopiero napoczynają, interesujący może być sposób, w jaki Burns przedstawił postać Francisco Franco. Dyktator, który rządził Hiszpanią przez cztery dekady, patrzył na futbol jak na narzędzie. Biedny i izolowany politycznie kraj, zaczął być szanowany dzięki europejskim triumfom Realu Madryt. Ile w tym zasług generalissmusa, to obiekt sporów.

Promując polskie wydanie „Piłkarskiej furii”, Anglik przyjechał do Warszawy. Swoje wrażenia zebrał w ciekawym wpisie na blogu. Polskę chwali, ale dostrzega fatalną architekturę mieszkańców i zaciekły nacjonalizm jej mieszkańców. Opowieść o dwudniowej wizycie spuentował porównaniem Okęcia do lotniska w Funchal na Maderze. Jego patronem ma zostać Cristiano Ronaldo. – Z tego co wiem, nikt nie zaproponował, żeby warszawskie lotnisko było portem imienia Roberta Lewandowskiego. – Dzięku Bogu, polska kultura jest poważniejsza. – W porównaniu do nokturnów Chopina, nawet najlepszy występ Ronaldo jest efemerydą.

Tytuł: Rozmowy nieoczywiste
Autor: Tomasz Malinowski
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Adam Marszałek, 2016

23 rozmowy w książce Tomasza Malinowskiego są bardzo nierówne. Można się poczuć jak na huśtawce, bo na zmianę mamy wywiady Tomasza Jachimka i Gustawa Holoubka, a po rozmowie z Jerzym Pilchem przeskakujemy do cytatów Maryli Rodowicz.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zahaczające o futbol rozmowy przez ostatnią dekadę pojawiały się na łamach „Gazety Pomorskiej”, w której Malinowski pisze od blisko 30 lat. Na rozmowę z Normanem Daviesem czekał dwa lata. Stryj brytyjskiego historyka zginął na pokładzie samolotu, który rozbił się w Monachium w 1958 roku. Donny Davies, dziennikarz „Manchester Guardian” poleciał razem z Manchesterem United na mecz do Belgradu. Był najstarszą ofiarą katastrofy. – Potrafił napisać relację z meczu takim samym językiem, co recenzję ze spektaklu teatralnego czy opery – opowiada Norman Davies.

Dużo w tej książek wspominek i narzekań, że kiedyś piłka była sportem o wiele ciekawszym. Niektórzy rozmówcy Tomasza Malinowskiego meczów już nie oglądają, ich oceny są płytkie i nieciekawe. Książkę czyta się krócej, niż świąteczne wydanie tygodnika. Rozmowy, które nie wyleciały mi od razu z głowy to zdecydowana mniejszość.

Nie wiedziałem o piłkarskich fascynacjach Jerzego Hausnera, kibica Odry Opole. Sam grał w juniorach aż do rozpoczęcia studiów. Potem zorganizował drużynę AZS-u, w której grał mając już ponad 35 lat.

Dla Gustawa Holoubka mówienie o teatralnym zachowaniu piłkarza to pogarda dla zawodu aktora. Zenon Laskowik wspomina mecz, w którym poczuł, że jest oszukiwany. Do Poznania przyjechał bydgoski Zawisza. Do przerwy prowadził 0:2. – Wtedy usłyszeliśmy komunikat spikera. „Prezes Zawiszy proszony jest pilnie do szatni”. W drugiej połowie goście nie istnieli na boisku. „Kolejorz” wygrał 4:2. Cudownie, moja drużyna wygrała, ale czułem się w tym momencie wykiwany – opowiada Laskowik.

Braterstwo liny

Tytuł: Spod zamarzniętych powiek
Autor: Adam Bielecki, Dominik Szczepański
Wydawnictwo: Agora, 2017

Himalaizm nie ma w sobie niczego wyjątkowego. Nie ma też większego sensu. – Tak samo nie ma go żeglarstwo czy chodzenie po parku – pisze Adam Bielecki. Przez resztę książki tezie o braku wyjątkowości stara się zaprzeczyć.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Chłopak z Tychów budził się patrząc na wiszący nad łóżkiem plakat Krzysztofa Wielickiego. Zaczytywał się w przygodach Tomka Wilmowskiego. Choć rodzinie Adama Bieleckiego nikt się nie wspinał, to on sam zaczął w podstawówce. W książce zdaje relacje z kolejnych wypraw, przedstawia siebie jako outsidera. Zanim zaczął się wspinać na ośmiotysięczniki, żył z organizowania wypraw komercyjnych, co w środowisku było źle odbierane.

O Bieleckim zrobiło się głośno po wyprawie na Broad Peak. To, kto jest winien śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, stało się tematem ogólnonarodowej debaty. Mówiono o „braku braterstwa liny” i kryzysie wartości. Bieleckiego skrytykowali nawet autorzy raportu Polskiego Związku Alpinizmu. Wersja samego himalaisty jest przekonująca. Milcząco poparł ją Artur Małek, który czytał ten rozdział przed publikacją. Broad Peak to najmocniejsza część książki. Szczegółowy opis wyprawy, dużo emocji, odpieranie zarzutów. Bielecki przypomina, że gdy Jerzy Kukuczka z czterech wypraw wrócił bez partnera, nie rozpętała się medialna histeria. – Broad Peak pokazał mi, jaka może być cena ambicji. Wszyscy chcieliśmy wejść na szczyt i każdy z nas za to zapłacił – opowiada Bielecki. Czwórka himalaistów balansowała na krawędzi własnych możliwości. Ignorowali wyraźne znaki, że nie powinni atakować szczytu, bo nie zdążą z niego zejść.

Książkę czyta się dobrze. Dominik Szczepański o górach pisał już wcześniej. Brakuje mi tylko przypisów. „Kukuczkę”, o której blogowałem, pisali dziennikarze niezwiązani ze środowiskiem. Trudnych słów unikali. Bielecki, wspierany przez Adama Bieleckiego, fachowych pojęć nie wyjaśnia. Do fragmentów o wyblince na poręczy po stronie haka wspinającego, niedaleko seraka, przydałyby się objaśnienia. Poza tym, samo wydanie książki jest bez zarzutu. Dzięki dobrej jakości zdjęciom, wygląda jeszcze estetyczniej, niż „Kukuczka”.

U Bieleckiego podoba mi się równowaga między świadomością własnych osiągnięć a pokorą. Pisze, że himalaizm składa się z setek małych rzeczy. – Jeśli zaniedbasz jedną, to może nic się nie stanie, ale jeśli trzy, to nie wejdziesz na szczyt. Jeżeli zaniedbasz sześć, to się odmrozisz. Zapomnisz o dziesięciu – zginiesz – mówi. Wszystko w namiocie musi być ułożone tak, żeby nie zamokło i było pod ręką. Ubrania, w którym wychodzi się na szczyt, nie da się zmienić. Ten, kto się ubierze zbyt ciepło, spoci się i odwodni. Litr śniegu topi się na tej wysokości godzinę, więc po wysiłku należałoby przez pół dnia topić śnieg, co jest niewykonalne. Wspinając się na Broad Peak, zakładając przeploty, Bielecki miał na sobie cztery pary rękawiczek. Ciutkie lineary, na nich polarowe pięciopalczastem, potem łapawica puchowa, na to wszystko łapawica gorateksowa. Zawiązanie węzła jest wyjątkowo trudne, a ściągnięcie jednej warstwy grozi odmrożeniami. Te szczegóły są ważne, bo jak można oceniać zachowanie człowieka na ośmiu tysiącach metrów, skoro krew w jego mózgu jest tak rzadka, że traci się zdolność racjonalnego myślenia?

Dla nieprzekonanych fragment książkirozmowa wideo z Adamem Bieleckim i rozmowa dla „Dużego Formatu”.

Tytuł: Football’s Strangest Matches: Extraordinary but True Stories from Over a Century of Football
Autor: Andrew Ward
Wydawnictwo:  Robson Books 2002

Od meczów kawalerów na żonatych, spotkań rozgrywanych w maskach gazowych, po najdziwniejsze pucharowe serie. W książce o najdziwniejszych piłkarskich spotkaniach odnajdziemy nazwisko sędziego, który strzelił gola i piłkarzy, których zabił piorun.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Każda historia mieści się na jednej lub dwóch stronach. Niektóre są warte przypomnienia. W kwietniu 1948 roku w Aldershot odbył się mecz, w czasie którego zginęło dwóch zawodników. Spotkanie rozgrywano w czasie burzy. Piorun poraził sędziego i ośmiu piłkarzy. Dwóch nie przeżyło.

W sezonie 1955-56, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1956-57, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1957-58, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City. Prawdopodobieństwo oszacowano na 1 do dwóch milionów. Wyniki powtórek? 2:1, 2:1 i 2:1.

Powtarzanie remisowych meczów w FA Cup dawało szanse na ciekawe historyczne serie. Na przykład:
6.11.1971 Alvechurch; Alvechurch – Oxford City 2:2,
9.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 1:1,
15.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:1,
17.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
20.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
17.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:0. Historyczną bramkę, rozstrzygającą trwającą w sumie 660 minut walkę, strzelił Bobby Hope.

W 1961 Denis Law strzelił sześć prawidłowych goli, które odebrano mu z powodu pogody. W 1961 pucharowy mecz Manchesteru United z Luton Town przerwano w 69. minucie przy wyniku 6:2. Błoto na boisku nie pozwalało na grę. Zgodnie z ówczesnymi regułami, wynik anulowano, a mecz powtórzono. Luton wygrało 2:1.

Decydującego gola w meczu Barrow – Plymouth Argyle w Division Three w 1968 roku strzelił sędzia. Po strzale z 15 metrów piłka odbiła się od sędziego, zupełnie zmieniła lot piłki i wpadła do bramki. Sędzia, który wpisał się do historii, Ivan Robinson, wysłał do Plymouth przeprosiny.

Książka do kupienia w charity shopach. Do przewertowania.

Zachwycająca opowieść milczka

Tytuł: Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo: SQN, 2017

Heinz Höher. Milczek i dziwak, którego nazwisko nic nie mówi kibicom. Oto bohater najlepszej książki o historii piłkarskiej ligi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To trzecia książka Ronalda Renga, o której bloguję. Wszystkie mnie zachwyciły. „Życie wypuszczone z rąk”, opowieść o Robercie Enke, była w wielu krajach sportową książką roku. Wcześniejsza, mniej znana historia Larsa Leesego, to też majstersztyk. Reng napisał wtedy o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał. Teraz wydawnictwo chciało zamówić u Niemca książkę na 50-lecie Bundesligi. Ten odmówił. O futbolu w danym kraju można napisać bardzo dobrą książkę, taką jest choćby „Tor!”, ale Renga to nie interesowało. On pisze o ludziach. Heinz Höher zadzwonił do niego, by zapytać, czy jego podopieczny Juri Judt, może być w depresji. Reng nagłośnił temat choroby publikując książkę o Enke. Przy okazji Höher opowiedział mu historię swojego życia. Dla Renga temat idealny.

Gdy rodziła się Bundesliga, Höher grał w Meidericher SV. Był jednym z trzech zawodników, którzy do pierwszoligowej drużyny przyszedł z zewnątrz. Z Leverkusen do Duisburga jest 70 km. Reszta zawodników wychowała się w najbliższej okolicy. W Bayerze Höher też był wyjątkiem – utrzymywał się z piłki. Reng opisuje powojenną biedę RFN, kulturowy pesymizm i przemiany obyczajowe.

Przez pryzmat historii jednego człowieka, Reng opowiada o rozwoju telewizji, profesjonalizacji Bundesligi, bogaceniu się Niemiec i skandalach korupcyjnych. Czytamy o ewolucji taktyki oraz wzlotach i upadkach niemieckiej reprezentacji. Ale w środku jest zawsze Höher. Jako trener awansował z Norymbergą do Bundesligi, a potem do pucharów. Uchodził za gbura. Z powodu stylu bycia popadał w konflikty. Z biegiem lat przestał mu wystarczać standardowy zestaw – dwa piwa i lufa. Pił coraz więcej. Czekał na szansę powrotu na ławkę trenerską, po drodze zbankrutował.

Książką zachwycam się nieustannie, bo jak dobrym trzeba być autorem, by uchwycić sens 50 lat Bundesligi, a jednocześnie Puchary Europy niemieckich klubów skwitować paroma zdaniami?

Heinz Höher nie miał oporów, by opowiadać o swoich kłopotach, o tym, co w życiu zrobił źle. Był niezłym piłkarzem i obiecującym trenerem. Na obu polach potencjał zmarnował. Reng, jak w poprzednich książkach, bohatera pośrednio broni. Po lekturze książki Höher chwycił za telefon. – O nie, panie Reng, nie wolno panu przedstawiać mnie w tak pozytywnym świetle! Nie jestem pozytywną postacią! – powiedział.

Tytuł: Cristiano Ronaldo. Biografia
Autor: Guillem Balagué, tłum. Bartusz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2016

To zaskakująco ciekawa książka. Nie powinna się udać, bo głównym bohaterem jest aktywny piłkarz a autor znany jest głównie z telewizyjnego studia, gdzie zdarza mu się powtarzać plotki. Ronaldo dał piłce nie tylko setki bramek, ale niestrawny film i megalomanię na nieznanym dotąd poziomie. Najlepszą rekomendacją książki jest więc opisany na wstępie konflikt autora z Jorgem Mendesem. Balagué wiedział, że prawdziwy obraz Ronaldo może przedstawić tylko zdrapując złotą farbę z pomnika Portugalczyka.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dość łatwo przewidzieć, że im bliżej współczesności, tym tempo opowieści o piłkarzu będzie coraz słabsze. O meczach, które widzieliśmy kilka lat temu czyta się ciężko. Ale opowieść o dzieciństwie Ronaldo te mielizny wynagradza. O chłopak z Madery, zapadłej portugalskiej prowincji, mówią nie tylko osoby, które Balagué wytropił w Funchal, ale też wielkie gwiazdy. Autor namówił na wspominki mnóstwo piłkarzy, w tym gwiazdy Manchesteru United.

O Guillemie Balagué pisałem przy okazji recenzji książki o Pepie Guardioli. W międzyczasie mieszkający w Anglii Katalończyk wydał kolejną, o Leo Messim. Wciąż pisze dla gazet brytyjskich i hiszpańskich a rozpoznawalność dała mu praca w Sky Sports. W programie Revista de la Liga zawsze wygląda na dobrze poinformowanego w sprawach hiszpańskiego futbolu. Największy uśmiech na jego twarzy pojawia się, gdy mówi o Espanyolu. Papużkom kibicuje cała jego rodzina. Lubię go słuchać, choć jego sporych rozmiarów ego daje o sobie znać. Z tym, że w wielu fragmentach Balagué zbyt często pisze o sobie, należy się pogodzić.

Balagué przytacza słynną umowę przedwstępną, którą w 2008 roku zawarł z Ronaldo Ramon Calderon, ówczesny prezes Realu. Gdyby transfer nie doszedł do skutku, strona wycofująca się z transakcji miała zapłacić 30 mln euro. Katalończyk dość zabawnie opisuje, że zapoznał się z dokumentem osobiście. Jego posiadacz wyjął go z „szuflady masywnego biurka wykonanego z drewna orzecha włoskiego, wykończonego skórą w kolorze butelkowej zieleni. Osoba, która mi go pokazała, wydobyła kluczyk do szuflady z kieszeni spodni. W tym czasie siedziałem na sofie, twarzą do jedynego okna w gabinecie”.

Ballague wie, że to, co mówi Ronaldo, jak i jego otoczenie, to dokładnie wyreżyserowany spektakl. Dość powiedzieć, że w domu piłkarza w Madrycie, logo CR7 widnieje na szkle kuchennym, meblach, stole w jadalni i talerzach. Ballague uporczywie stara się dotrzeć do prawdziwego obrazu bohatera książki. Jaki wpływ na życie Ronaldo miał alkoholizm ojca? Skąd bierze motywację do utrzymywania się na szczycie przez tyle lat? Dlaczego nie cieszy się z bramek kolegów? Autor stawia hipotezy, ale o konkretne odpowiedzi trudno. Tych pilnuje Jorge Mendes.

Miał być dekalog, wyszła kronika

Tytuł: Dekalog Nawałki
Autor: Marcin Feddek
Wydawnictwo:  SQN 2016

Marcin Feddek jako jedyny polski dziennikarz miał prawo oglądać zamknięte treningi reprezentacji Adama Nawałki. To wyjątkowy przywilej, ale miał swoją cenę. W „Dekalogu Nawałki” w reprezentacji istnieją wyłącznie postacie bez skazy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jako dziecko Feddek biegał za piłką, naśladując swojego ojca, obrońcę Polonii Bydgoszcz. Piłkarzem nie został, jak sam uważa, przez kontuzje. Koledzy żartowali, że bardziej połamany w Bydgoszczy był tylko żużlowiec Waldemar Cieślewicz. Feddek wybrał dziennikarstwo. Pisał w „Expressie Bydgoskim”, szybko trafił do TVP, potem Polsatu. Drzwi do kadry otworzyło przed nim wspólne komentowanie meczu z Adamem Nawałką. Dekadę temu dzisiejszy selekcjoner lizał rany po zwolnieniu z Jagiellonii Białystok. Pracował jako ekspert Polsatu. Taktyczne analizy Feddka przypadły mu do gustu. Kiedy objął reprezentację Polski, reporter mógł liczyć na wyjątkowe względy. Jako jedyny oglądał zamknięte treningi kadry przed spotkaniami eliminacji Euro. Był jeden warunek – o tym, co zobaczył, mógł poinformować dopiero po meczu. Swoje obserwacje wykorzystywał w materiałach o taktyce w polsatowskim „Cafe Futbol”. Za dogłębne analizy i wyłapywanie schematów rywali zbierał zasłużone pochwały. Z napisaniem książki Feddkowi poszło jednak gorzej.

Ciężko przebrnąć przez 400 stron opisów, kto do kogo podał. Drażni drewniany język. Feddek świadomy schematyzmu kolejnych rozdziałów próbował ratować się anegdotami. Niestety, znów musiał zmierzyć się z autocenzurą. Wszystkie opowieści są wygładzone. Zawodnicy mówią między sobą o „zwyżkującej dyspozycji”, na zgrupowaniach żyją jak w klasztorze, a nad wszystkim panuje trener, który przez dwa lata nie popełnił żadnego błędu. Z książki wynika, że w prywatnych rozmowach Adam Nawałka posługuje się taką samą mową-trawą jak na konferencjach prasowych. Nie wierzę.

Autor przez trzy strony potrafi opisywać treningową gierkę. Doceniam to, że z kroniki mogę dowiedzieć się, kto dwa lata temu skręcił nogę, ale brakuje szerszego spojrzenia. Dziennikarze z bliskim dostępem do zawodników, mają szansę stworzyć dzieło epokowe. O Katalończyku Martim Perarnau, który opisał pierwszy rok pracy Pepa Guardioli w Bayernie Monachium, usłyszała cała Europa. Książkę, która jest klasyką gatunku, na początku lat 70. napisał Hunter Davies. Przez rok żył jak członek drużyny Tottenhamu Hotspur. Czasem ćwiczył z zespołem, na każdy mecz jechał z drużyną, do pierwszego gwizdka siedział w szatni, a spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Po spotkaniu piłkarze opowiadali mu o swoich problemach. Jego książkę, „The Glory Game”, po ponad 40 latach od pierwszego wydania, przeczytałem z zachwytem. Spurs zdobyli w tamtym sezonie Puchar UEFA, ale Davies wygrał jeszcze więcej. Marcin Feddek odwrotnie, niż Adam Nawałka, swoje eliminacje do EURO, przegrał.

Piłkarski album bez piłki

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Tytuł: Going to the MatchGoing to the Match
Autor: Przemek Niciejewski, wstęp Jonathan Wilson (tłum. Michał Okoński)
Wydawnictwo: Magnus 2016

Wszystko jest w tym albumie na odwrót. Inaczej, niż w produkcjach, które mają się sprzedać. Nie ma zdjęć gwiazd, brakuje choćby jednego piłkarza fetującego zdobytą bramkę. Boisko zazwyczaj w ogóle nie mieści się w kadrze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Rynek książek sportowych w ostatnich latach powiększył się kilkakrotnie. W księgarniach pojawiają się nie tylko biografie (Neymar ma ich w Polsce już kilka), ale książki ambitne, także takie, które mają zachwycać nie tylko formą, ale i treścią. Jednak podobnego albumu dotąd nie było. Dwieście starannie przygotowanych stron z urzekającymi zdjęciami z Niemiec, Anglii, Szkocji, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Czech, Węgier i Norwegii.

Kiedy Przemek Niciejewski podczas finału Ligi Mistrzów stoi za bramką, jest jedynym fotografem, który obiektyw kieruje na trybuny. Mecz nie jest dla niego najważniejszy. Większości bramek nie widzi. Z wyjazdu do Barcelony w albumie zmieścił dwa kadry – widok z Camp Nou na miasto i scenę z metra. Sam mówi, że robiąc zdjęcia szuka odpowiedzi, dlaczego kibic poszedł na stadion.

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Zdjęcia do albumu zbierał latami. Pamiętam jego wpisy na twitterze po powrocie z meczu Uranii Ruda Śląska. Obaj bylismy zachwyceni. Takich stadionów jest coraz mniej. Na nowych, bardziej przypominających centra handlowe, brakuje duszy. Według Niciejewskiego od pełnej komercjalizacji futbolu nie ma odwrotu. Piłka już nie wróci do swoich korzeni i będzie się stawała coraz bardzie skomercjalizowaną rozrywką dla coraz bogatszych. Chyba, że coraz więcej zacznie patrzeć na futbol tak, jak autor „Going to the Match”

Przemek Niciejewski. Oldham
Fot. Przemek Niciejewski.

Więcej zdjęć na twitterze i Facebooku Przemka Niciejewskiego.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście

Tytuł: Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście
Autor: Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski
Wydawnictwo:
Agora 2016

Autorzy, dziennikarze śląskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, wcześniej nie pisali o górach. Cała ich wiedza sprowadzała się do dwóch zdań o Koronie Himalajów i wyścigu z Messnerem. Osiągnięcia himalaistów śledziła wtedy cała Polska. Włoch pierwszy zdobył 14 ośmiotysięczników, ale Polakowi zajęło to mniej czasy, szczyty atakował nowymi drogami, bez tlenu i zimą.

Czyta się dobrze, bo nie jest to sztywna biografia. Wszystko zgodnie ze sztuką – nie brakuje anegdot i szczegółów. Autorzy nie gloryfikują bohatera, który myślał głównie o swoim sukcesie. Tło jest szerokie. Do myślenia dają opisy, jak Polacy zdobywali sprzęt. Przydawały się zarówno gogle spawalnicze, jak i sprzęt, który podczas wspinaczki wyrzuciły ekipy z Zachodu. Żeby zarobić na wyprawę, himalaiści malowali kominy, przemycali zegarki w puszkach po zupie, wywozili z kraju kryształy.

Wśród indywidualistów, którzy by odnieść sukces, ryzykują życie, mnożą się napięcia. Sporo w książce analiz, co wydarzyło się między uczestnikami ekstremalnych wypraw, już na „strefie śmierci”, powyżej 8000 m n.p.m. Czy ten, który przeżył, zrobił wszystko co mógł, by uratować partnera? Ale jak to ocenić, skoro na tej wysokości ludzki mózg nie pracuje racjonalnie? Dylematów tu sporo, bo wyprawy mierzącego w najtrudniejsze wyzwania Kukuczki usłane były tragediami.

W wieku 23 lat Kukuczka po raz pierwszy stracił w górach swego przyjaciela. 17 lat później odpadł od południowej ściany Lhotse.

SAF jako Wujek Dobra Rada

Okładka książki Alex Ferguson być liderem

Tytuł: Alex Ferguson. Być liderem
Autor:
Alex Ferguson, Michael Moritz, tłum. Krzysztof Cieślik
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Alex Ferguson na emeryturze wziął się za udzielanie lekcji. Bardziej, niż jak wygrać mecz, doradza, jak być liderem i pociągnąć za sobą zespół. Piłkarski albo dział sprzedaży w korporacji.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współautorem książki jest Michael Moritz, biznesmen związany z Sequoia Capital, gigantem wśród firm venture capital (inwestujących w przedsięwzięcia wysokiego ryzyka). Ma ciekawy życiorys – pisał w magazynie „Time”, był członkiem zarządu Google’a. Z jego pomocą Ferguson opowiada o organizacji, dyscyplinie, doborze współpracowników, czy motywacji. Manager tłumaczy, jak sam przekazywał złe wiadomości podwładnym i jak radził sobie z krytyką. Każdą, zazwyczaj dość ogólną poradę, podaje podpierając się historiami z pełnych sukcesów rządów w Manchesterze United. Ferguson odnosił sukces w kilku piłkarskich epokach, bo potrafił się dostosować. Ciekawie opowiada, jak ewoluował sam futbol, jego otoczka i jak zmieniał narzędzia, by dotrzeć do coraz młodszych od niego zawodników.

„Być liderem” musi być bestsellerem, bo jest jednocześnie poradnikiem, książką sportową, wspomnieniami celebryty i pozycją z kategorii biznesu i zarządzania. Większość książki to opis, co Ferguson zrobił dobrze a co świetnie, bo był wierny swoim zasadom. Niewielka, pozostała część, to historie, w których miał już wszystko pod kontrolą, ale spóźnił się. Pojedyncze przypadki, gdy popełnił błąd, pokazują, że tak naprawdę miał rację, tylko inne okoliczności, na które nie miał wpływu, ułożyły się nieodpowiednio. Trochę się wyzłośliwiam, ale pomimo sympatii i wielkiego szacunku dla autora, niektóre fragmenty są nieznośne. Mniej ciekawy od historii skaperowania Davida Beckhama wydawał mi się konflikt Fergusona w jedynym klubie, z którego został zwolniony, czyli St Mirren. W swojej czwartej książce Ferguson poświęcił temu tematowi stronę. W wydanej w Polsce „Autobiografii” oraz w „A Will to Win”, którą mam na półce, 4-letnią pracę w Paisley, pominął. Ferguson przegrał wtedy sprawę w sądzie o bezpodstawne zwolnienie. Dziennikarze opisywali, że Szkotowi przypisano wielokrotne naruszenie kontraktu. Sterroryzował sekretarkę, która nie chciała rozliczać podatku tak, jak tego żądał szef. Chcąc ukarać współpracowniczkę, Ferguson miał się kontaktować wyłącznie z jej 17-letnią asystentką. To, jak jeden z najlepszych managerów w historii, wpakował się w taką sytuację i co z tego wyciągnął, byłoby ciekawsze, od wymieniania książek, jakie przeczytał na emeryturze.

Tytuł: A History of Football in 100 ObjectsOkładka książki "A History of Football in 100 Objects"
Autor: Gavin Mortimer
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Zaczynamy od szkolnej ławki, kończymy na Złotej Piłce. Wśród stu przedmiotów, dzięki którym poznajemy historię piłki, są m.in. stara gąbka, kanapka z krewetkami i logo NASA.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Około jednej trzeciej przedmiotów, to jazda obowiązkowa. Ale niektóre kilkustronicowe opowieści są brawurowe. To choćby numer 68, szczotka. – Daft as brush – tak Bobby Robson opisał Paula Gascoigne’a. Książka Gavina Mortimera jako całość nie jest może porywającą lektura, ale warto poznać kilka ciekawych historii. Czasem przyciągają same tytuły podrozdziałów. Pretekstem do opisania historii Erica Cantony na Wyspach jest puszka sardynek. Jak wiadomo, „Kiedy mewy lecą za trawlerem, to dlatego, że wiedzą, iż do morza zostaną wrzucone sardynki”. Kilka stron wcześniej Mortimer opisuje, jak „Futbolowa gorączka” zmieniła postrzeganie piłki. – W latach 80. piłka według Sunday Times’a piłka to był bieda-sport dla biednych ludzi. Kiedy znajomym – prawnikom, nauczycielom, mówiłem, że jestem kibicem, patrzyli na mnie, jakbym interesował się wrestlingiem – opowiadał Nick Hornby. Mortimer cytuje artykuł z BBC, w którym Horby’ego wymieniono wśród osób, które doprowadziły do tego, że futbol przestał być rozrywką wyłącznie dla robotników

Jednym z rozdziałów o tym, jak następowała komercjalizacja futbolu, jest historia koszulek Kettering Town. 24 stycznia 1976 roku na mecz z Bath City w Southern League piłkarze wyszli na boisko z napisem „Kettering Tyres”. Football Association od razu zakazała podobnych praktyk. Napis skrócono do „Kettering T.” a jego rozwinięcie każdy mógł sobie dowolnie dopowiedzieć. Federacja dość szybko zniosła zakaz a trzy lata później najlepsza drużyna w kraju, Liverpool, w meczach, które nie były transmitowane, grała z napisem „Hitachi”. Umowa była warta 150 tys. funtów. Lawina ruszyła. Dwa lata później JVC zapłaciło Arsenalowi już pół miliona funtów.

Życie wewnętrzne artysty

Andres Iniesta. Artysta futbolu

Tytuł: Andres Iniesta. Artysta futbolu
Autor: Andres Iniesta, Marcos Lopez, Ramon Besa, tłum. Krzysztof Cieślik, Piotr Królak
Wydawnictwo: SQN, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Latem 2009 Andres Iniesta był już szanowaną w całym piłkarskim świecie gwiazdą najlepszej drużyny świata. Jego bramka na Stamford Bridge otworzyła drogę do sześciu pucharów Barcelony a w samej Katalonii miała efekt demograficzny. 9 miesięcy po bramce przeciwko Chelsea, odnotowano wzrost urodzeń. W tym czasie Iniesta, multimilioner, członek szczęśliwej rodziny, przechodził kryzys. Czuł się, jakby spadał w otchłań. Zapalnikiem była śmierć przyjaciela, Daniego Jarque, piętno odcisnęła też kontuzja. Klubowemu lekarzowi zgłosił, że nie jest w stanie tak dłużej funkcjonować. Cierpiał i miał dość.

„Artysta futbolu” to głównie książka o życiu wewnętrznym Andresa Iniesty. Od przepłakanych nocy w La Masii, gdzie jako 12-latek przeżywał wyjazd z rodzinnej Fuentealbilli, po relacje z rodziną. Osią książki jest futbol, ale najwięcej czytamy o tym, co czuł i jakim człowiekiem jest Andres Iniesta. Ławka w finale Ligi Mistrzów w Paryżu, gol w Londynie, finał w Rzymie, finał mundialu. Wszystkie ważne momenty widzimy oczami Iniesty, który opowiada, co czuł na szczytach i zakrętach kariery.

Mamy tutaj kilka znanych schematów – ojca, który sam chciał zostać piłkarzem, tysiące godzin na boisku i wielką tęsknotę za domem. – Kanał przepływający przez naszą wioskę nie jest dostatecznie głęboki, by utrzymać łzy, które wypłakał mój wnuk – opowiada dziadek piłkarza, Andres Lujan. Pierwszy dzień w La Masii był dla Iniesty najgorszym w życiu. Odliczał dni do przyjazdu rodziny, która wysłużonym fordem orionem odwiedzała go kiedy mogła. Rodzice i siostra w trójkę spali w jednym hotelowym łóżku. Kiedy auto się zepsuło, wydatek przekroczył domowy budżet i za lawetę musiał zapłacić klub.

Za rozmowy z Iniestą i jego otoczeniem zabrali się znani w Hiszpanii dziennikarze – Marcos Lopez i Ramon Besa. Brakuje tu skandali, koszarowych żartów, nawet alkohol przewija się tylko w kontekście rodzinnej winiarni. Jak przystało na autoryzowaną biografię, Iniesta pływa w rzece komplementów, ale w jego przypadku nie jest to rażące. Zniechęconych pierwszą książką Iniesty oraz tych, którzy natknęli się na wspomnienia Xaviego czy książkę Victoria Valdesa, uspokajam, że tym razem nie powinni czuć się zawiedzeni.

Tytuł: The Unstoppable KeeperThe Unstoppable Keeper
Autor: Lutz Pfannenstiel
Wydawnictwo:
Vision Sports Publishing 2014

Książka Lutza Pfannenstiela wygląda jak efekt dwudziestoletniego projektu pt. „Jak pokierować swoją karierą, by mieć jak najciekawsze wspomnienia”. Pełen sukces. Sześć kontynentów, 25 klubów i mnóstwo świetnych historii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To jedna z najciekawszych karier w świecie piłki nożnej. Lutz Pfannenstiel zazwyczaj przedstawiany jest jako niemiecki bramkarz, pierwszy piłkarz, który na zawodowym poziomie zagrał na sześciu kontynentach. Wszystko się zgadza, ale sama statystyka nie mówi tego, co najciekawsze. Tylko w Ameryce Południowej Pfannenstiel był na chwilę. Do kilku krajów wielokrotnie wracał. Nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca. Ostatnie lata, to po kolei Nowa Zelandia, Kanada, Brazylia, Kuba, Norwegia i Nanibia. Żadnych punktów wspólnych oprócz klubu, który chciał u siebie niemieckiego obieżyświata. Nie zawsze równało się to z chęcią zapłaty za grę. Wtedy znów trzeba było ruszyć w drogę, często na drugi koniec świata.

Już pierwszy świadomy wybór Pfannenstiela był oryginalny. Jako 19-latek odrzucił ofertę amatorskiego kontraktu w Bayernie Monachium. Wybrał przygodę w Malezji. Co ciekawe, w większości z 25 zespołów, Niemiec grał w pierwszym składzie. W sumie zagrał wystąpił w 500 meczach. Zakładał pierwszoligową drużynę w Armenii, w Norwegii uciekał do szatni przed chmurą komarów, w Chinach nie wytrzymał wojskowego drylu, a w Nowej Zelandii chciał udomowić zabranego z plaży pingwina. Akcja pędzi, na chwilę zatrzymujemy się przy opowieściach z meczów rezerw angielskiej ekstraklasy, by po chwili być już w bankrutującym klubie w Kanadzie. Mecze w afrykańskim upale przeplatają się z tymi rozgrywanymi przy -20 stopniach. Dłuższy przystanek zaliczamy, gdy bohater trafił do celu zakładu karnego.

Media interesowały się Pfannenstielem kilka razy – gdy trafił singapurskiego więzienia skazany za ustawianie meczu, kiedy podczas meczu w Anglii jego serce trzykrotnie przestało bić i w Nowej Zelandii, gdy złapał na ulicy złodzieja, który był ubrany w jedną z jego meczowych koszulek. Pod koniec kolorowej kariery media dostrzegły jego potencjał. Od kilku lat współpracuje z telewizjami z całego świata. Często opowiada o piłce w egzotycznych zakątkach świata. Nie podróżuje już tyle, co kiedyś. Od 5 lat pracuje w Hoffenheim, gdzie zajmuje się m.in. scoutingiem. Szkoda, bo o pracy na niemieckiej prowincji tak ciekawej książki już nie napisze.

Tata wrócił bez grosza

Powrót Taty

Tytuł: Powrót Taty
Autor: Radosław Kałużny, Mateusz Karoń
Wydawnictwo:
Kopalnia, 2016

Radosław Kałużny opowiada o swoich grzechach szczerze a historie robią wrażenie. Problem w tym, że Andrzej Iwan, Igor Sypniewski, Arkadiusz Onyszko i Krzysztof Król byli szybsi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Trudno znaleźć szczęśliwy okres w życiu Kałużnego. Ojciec sadysta nigdy mu nie odpuszczał. Bił czym się dało. Jako były bokser wiedział, jak trafić tak, żeby bolało. W szkole też było niewesoło. Wysoki i chudy Kałużny świetnie grał w piłkę i szybko przebił się do pierwszej drużyny Zagłębia Lubin. Tam czekała na niego fala. Butny nastolatek nie mógł dogadać się ze starszyzną.

W sztafecie niekompetentnych zdaniem Kałużnego trenerów, laurkę wystawia Jerzemu Engelowi. Selekcjoner był jednym z niewielu, którzy mu ufali. Zgrupowania piłkarz przedstawia jako okazję do wypicia wódki z dawno niewidzianymi kolegami. Ubolewa, że lot z Warszawy do Bydgoszczy był opóźniony. Zwykły rytm: transport na miejsce – nowe ciuchy – dyskoteka, został zakłócony.

Hat-trick z Białorusią opisuje jako przypadek. Był tego dnia tak słaby, że Piotr Świerczewski poprosił go, by nie przeszkadzał i chaos siał z przodu. Piłka trzykrotnie spadła mu pod nos.

Kolejnymi konfliktami w szatni Kałużny utrudniał mocno sobie życie, ale najgorzej było poza sportem. Książkę napisał, bo został bez grosza. Rozwód kosztował go fortunę. Żona zabrała mu nowy dom, w którym był dwa razy. Twierdzi, że z 200 tysięcy złotych wypłaty zostawało mu niecałe 40. Zarzuca jej oszustwo. Uważa, że na dużą kwotę oszukano go nawet w reprezentacji.

Krótko po zakończeniu kariery, nie miał już nic. Po drodze był jeszcze alkohol, problemy z wagą, kontuzje kolan a nawet uzależnienie od gier komputerowych. Stracił kontakt z dziećmi, myślał o samobójstwie. Kolejnym przystankiem były Wyspy. Przy rozładowywaniu tirów zarabiał 300 funtów tygodniowo. To wtedy jego fotka z magazynu DHL-u trafiła do internetu. Na emigracji był jeszcze twarzą sieci szkółek piłkarskich. Wspólnik długo nie płacił, potem się ulotnił. Zostawił tylko długi.

Kałużny nie pisze tylko o korupcji. To też wspólny mianownik wielu wspomnień piłkarzy. Ci, którzy napisali książki, o sprzedawaniu meczów wiedzieli niewiele. Coś podejrzewali, koledzy chcieli ich wciągnąć, oni się bronili.

Książkami piłkarzy, którzy opowiadają o błędach, nieszczęściach i uzależnieniach, można zapełnić całą półkę. Opowieść Kałużnego jest mocna i odkrywa nową historię. Trzy lata temu byłaby wielkim hitem. Dziś już nie.

Manuel Neuer. Najlepszy bramkarz świata

Tytuł: Manuel Neuer. Najlepszy bramkarz świata
Autor: Schulze-Marmeling Dietrich, tłum. Jerzy Pasieka
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Żeby książka o 30-letnim piłkarzu miała sens, trzeba mieć na nią pomysł. Na przykład wyjaśnienie, jaką drogę na tle historii futbolu, przeszedł ten, który w oczach wielu zrewolucjonizował grę bramkarza.

Ta rewolucja wcale nie musi być faktem, bo był to raczej powolny proces, sztafeta pokoleń. Ale przez takie występy jak mecz Niemiec z Algierią na mundialu w Brazylii, to Manuel Neuer odbierany jest jako ten, który na nowo zdefiniował grę na swojej pozycji. W tamtym spotkaniu Neuerowi naliczono 19 kontaktów z piłką poza polem karnym, z czego 10 stanowiły ratunkowe interwencje na pełnym ryzyku. Wykonał sześć sprintów, czyli tyle samo, co rozgrywający Toni Kroos. Bramkarz podawał w tym meczu 42 razy, ze skutecznością 78 proc. Czy myślał o tym co się stanie, gdy nie trafi w piłkę wykonując wślizg 30 metrów od bramki. – To ryzyko zawodowe, z którym się trzeba liczyć – odpowiadał. Zbytnią skłonność do ryzyka zarzucał mu z kolei Oliver Kahn. Opowieść o tym, jak Neuer doszedł do innego rozumienia swojej pozycji, niż poprzednia ikona niemieckiej bramki, to najciekawsza opowieść w książce.

W Schalke nie przewidywano specjalnych treningów dla bramkarzy w wieku 10-13 lat. Ale znalazł się wariat, Siggi Huneborn, który opracował koncepcję zajęć i osobiście męczył młodych golkiperów na przylegającej do Parkstadionu górce. Żeby zacząć trening trzeba było posprzątać butelki. Inny trener z niebanalnymi pomysłami, Lothar Matuschak, interweniował, gdy Schalke chciało zrezygnować z 15-letniego Neuera. Choć zespół miał już dwóch bramkarzy, zrobiono wyjątek i w tym roczniku było ich trzech. Neuer raz rozwijał się wbrew systemowi, innym razem dzięki niemu. Nie było przypadkiem, że skończył tę samą szkołę, co Mesut Özil, Benedikt Höwedes oraz Julian Draxler. Tam grali najlepsi.

W książce poznajemy m.in. Buer, czyli specyficzną dzielnicę Gelsenkirchen. Dowiadujemy się jakie zasady przedstawione przez kibiców Bayernu musiał zaakceptować Neuer i za jakie mecze dostawał fatalne noty od Kickera. Im dalej, tym mniej ciekawie, bo wielkie mecze Niemca oglądaliśmy w telewizji. Wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się na małych boiskach w mało ciekawym mieście w Zagłębiu Ruhry.

Picie Adamsa i droga Löwa do mistrzostwa świata

Tony Adams Uzależniony

Tytuł: Uzależniony
Autor: Tony Adams, Ian Ridley, tłum. Anna Wajs-Magierska
Wydawnictwo:
SQN 2016

Pod koniec lat 90. spowiedź stopera Arsenalu była dużym wydarzeniem. Do Polski trafiła z kilkunastoletnim opóźnieniem i trochę na tym ucierpiała.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

„Uzależnionego” w oryginalnej wersji mam na półce od kilku lat. Zaglądałem do niego kilka razy, bo pojawia się w różnych zestawieniach ważnych piłkarskich pozycji, ale nigdy mnie nie wciągnął. Za dużo tu zwykłych relacji i to z meczów, które nie budzą we mnie emocji. Po polsku doczytałem do końca, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ta książka trafiła do nas za późno.

Kiedy Tony Adams, lider defensywy Arsenalu i reprezentacji Anglii, przyznał się do alkoholizmu, to było coś. Człowiek, który był od wielu lat na sportowym szczycie, opisał, jak znalazł się na dnie. Książka wyszła w 1998 roku, zebrała świetne recenzje i bardzo dobrze się sprzedała. Część wymienionych w niej zawodników znam tylko z książek, o wielu nawet nie słyszałem. Brakuje szerszego spojrzenia, ale to nie wina Adamsa. Kiedy napisał książkę, był czynnym, 32-letnim zawodnikiem. Miał przed sobą jeszcze 4 lata gry. Gorzej, że w tym roku Adams w tym roku będzie świętował 50. urodziny.

Książka jest natomiast ciekawym zapisem epoki. Poznajemy czasy, gdy rodziła się Premier League. Kiedy Adams zaczynał karierę, jego zadaniem, jak wszystkich młodych zawodników, było regularne sprzątanie szatni. Kiedy kończył z futbolem, wielu nastoletnich kolegów z szatni było już milionerami.

Adams napisał książkę razem z Ianem Ridleyem. W polskiej edycji dodano rozdział o lecie 1999 roku. Obrońca dużo pisze o swoim upodleniu. Wymienia momenty, w których alkohol zawładnął nim bez reszty. Będąc czynnym zawodnikiem na kilka tygodni trafił nawet do więzienia. Siedział w celi, gdzie za toaletę służyło wiadro. Tę część czyta się najlepiej. Nie brakuje anegdot, z kolejnych stron bije szczerość, ale jako czytelnicy to wszystko już znamy. Na przestrzeni lat książki o pozaboiskowych problemach napisało wielu piłkarzy. Opisywali walkę z alkoholem, hazardem, nawet próby samobójcze. Adams był jednym z pierwszych. Wykazał się odwagą w czasach, gdy taki ekshibicjonizm był dużo mniej popularny. Alkoholu nie pije od 20 lat.

Kibice Arsenalu polskim tłumaczeniem będą wniebowzięci, ale podejrzewam, że więcej radości da im książka, którą SQN wydało tego samego dnia, co autobiografię Tony’ego Adamsa – opowieść Johna Crossa o dwóch dekadach pracy Arsene’a Wengera.

Joachim Löw. Esteta, strateg, mistrz świata

Tytuł: Joachim Löw. Esteta, strateg, mistrz świata
Autor: Christoph Bausenwein, tłum. Agata Janiszewska
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016

Jako piłkarz był przeciętny, a jako klubowy trener więcej przegrał, niż wygrał. Ale znalazł swoje miejsce. Na mundialu w 2006 roku jako asystent, a potem na sześciu kolejnych imprezach jako selekcjoner, Joachim Löw dochodził przynajmniej do półfinału.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Schönau, Południowy Schwarzwald, 40 km od Fryburga. Stąd, by robić piłkarską karierę, w świat ruszył filigranowy napastnik. Każdorazowe zderzenie z wielką piłką było bolesne. Kontuzja i zaledwie 4 mecze w VfB Stuttgart, potem 5 goli w 24 meczach w Eintrachcie Frankfurt. Löw miał dryg do piłki, ale na jej elitę był za wolny i za miękki. Po dwóch obiecujących sezonach w 2. Bundeslidze, spróbował raz jeszcze. W Karlsruher S.C. znowu klapa. Pozostał powrót do domu, a potem gra w Szwajcarii. Dla Fryburga strzelił na drugim froncie 81 goli w 252 meczach. – Moja kariera była taka sobie, a najjaśniejszy punkt stanowiły występy w reprezentacji do lat 21 – wspominał.

Przełomowy moment w życiu nadszedł kilka lat później. Na kursie trenerskim dla byłych piłkarzy, Joachim Löw wypadł fantastycznie. Trenerskie papiery robili wtedy m.in. Matthias Sammer, Andreas Köpke i co najważniejsze dla tej historii, Jürgen Klinsman.

Na głęboką wodę Löw został rzucony w wieku 36 lat. VfB ze słynnym tercetem Bobić – Bałakow – Elber miało świetny sezon. W czasie drugiego Löw długo walczył o utrzymanie posady. Pożegnalnym spotkaniem był przegrany finał Pucharu Zdobywców Pucharów, błędnie w książce nazwanym Pucharem Europy.

W skrócie, kolejnym etapem był rok w Fenerbahce (ładna gra, ale tylko trzecie miejsce) i spuszczenie przejętego w 9. kolejce Karlsruher S.C. – Czy zna się pan na piłce nożnej? – pytali Löwa dziennikarze. W ciągu 177 dni jego zespół wygrał tylko raz. Było tak źle, że nawet nie wziął odprawy. Kolejny klub to znowu wpadka – Niemiec na pół roku przejął turecką Adanę. Efekt ten sam – spadek. Dalej dobry sezon w Tirolu Innsbruck, po którym klub wyłożył się finansowo, a po rocznej przerwie kolejna austriacka przygoda, z Austrią Wiedeń. W marcu otrzymał wypowiedzenie.

Wymieniam większość zawodowych wyzwań Joachima Löwa, bo droga, którą przeszedł jeden z najwybitniejszych selekcjonerów naszych czasów, jest fascynująca. Telefon z ofertą zadzwonił po roku na bezrobociu. Po drugiej stronie był Klinsmann. – Unia späcli dokonana – pisał „Bild”. Spätzle to mączne kluski, popularne w południowych Niemczech, skąd pochodzą obaj członkowie trenerskiego duetu z lat 2004-06. Niemiecka reprezentacja zyskała świeżość, zaczęła kojarzyć się z ofensywą, poprawiły się też wyniki. Szybko rosła też pozycja Löwa, który po dwóch latach przejął stery. W książce sporo jest analiz taktycznych pomysłów selekcjonera. rezygnacja z wielkich nazwisk

Sporo w książce o wpływach szkoły szwajcarskiej na niemieckiego selekcjonera. Löw pobierał nauki w Magglingen u Ursa Siegenthalera. Christoph Bausenwein tłumaczy też, jak wykluwała się szwabska myśl trenerska. Ragnick, Klopp i Tushel nie narodzili się na piłkarskiej pustyni. Bliżej im do miana absolwentów Harvarda, a przynajmniej ludzi, którzy wychowali się wokół profesorów.

W 2000 roku, gdy niemiecki futbol, przynajmniej jak na jego historię, stoczył się na dno, zaczęto myśleć nad planem. Głęboka reforma struktur DFB i szkolenia w klubach dała Niemcom piłkarzy, którzy grają efektownie i docierają do półfinałów wszystkich imprez. Twarzą dekady sukcesów jest selekcjoner. Największym sukcesem Löwa jest czwarta gwiazdka na koszulkach reprezentacji Niemiec. Ale nie mniej imponująca jest stabilność, jaką dał kadrze. Dziś jego nazwisko jest jedną z najlepszych niemieckich marek, synonimem człowieka godnego zaufania.

Dekada Barcelony i piłkarze w okopach

Barça. Złota dekada

Tytuł: Barça. Złota dekada
Autor: Leszek Orłowski
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Ostatnia dekada jest najlepszą w historii. Choć przez pierwsze sto lat istnienia, Barça zbudowała reputację jednego z największych klubów na świecie, to ostatnie 10 lat to sukcesy bez precedensu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Okołobarcelońskimi książkami kibic może już zapełnić całą półkę (na blogu pisałem o książce Alfredo Relaño i rozmowach z Cruyffem, biografii Pepa Guardioli, książce Sida Lowe’a, opowieściach o Louisie van Gaalu i Robercie Enke, autobiografii Luisa Suareza oraz książce o La Masii). SQN słusznie założyło, że dobrym kandydatem na autora opowieści o najnowszej historii jest zwinny w dziennikarskich opowieściach Leszek Orłowski. Wydawca ma pewność, że tego dziennikarza kibic zna.

Przygotowanie merytoryczne Orłowskiego jest jak zwykle bez zarzutu. Książkę napisał na podstawie skrupulatnych notatek, które wykorzystywał podczas transmisji. Z oceną niektórych wydarzeń, można polemizować, ale ogólna wymowa niczym nie zaskakuje.

Dość monotonny przedmiot rozprawy ożywiają ciekawe porównania. Orłowski ma dobry język, stara się co jakiś czas obudzić czytelnika. Ale przy takiej opowieści nie jest to łatwe. Ile historii z tych zawartych w książce przeciętny czytelnik pozna po raz pierwszy? Obawiam się, że niewiele. Zarzut to do autora być może niesprawiedliwy, bo trudno oczekiwać od dziennikarza i komentatora, który pracuje w Warszawie, żeby odkrył przed nami tajemnice Camp Nou i Ciutat Esportiva Joan Gamper, gdzie toczy się codzienne życie drużyny.

Książka przypomina trochę jazdę obowiązkową – Cruyff, Rijkaard, Paryż, degrengolada, pozbycie się balastu i nadejście Guardioli, które zaczyna nowy cykl. Kibice Barcelony wszystko to znają, ale powspominać miło. Drużyna wychowanków, koronacja Messiego, wojny z Mourinho, Rzym i Londyn. Potem sezony Tito i Taty, dalej Lucho wchodzący z drużyną na szczyt.

Każdy z nas narysowałby tę dekadę podobnie. Leszek Orłowski nie miał ambicji dokonania żadnego odkrycia. Ostatnią dekadę Barcelony opisuje bardzo sprawnie. Jasno opisuje barcelońskie mechanizmy – jakie były przyczyny kolejnych ruchów transferowych, jak zmieniała się taktyka, w jakich warunkach pracowali kolejni trenerzy. Orłowski zarzeka się, że książka nie jest kroniką, choć wcale nie jest do niej daleko. Nie jest to wada. W „Złotej dekadzie” wszystko jest na swoim miejscu.

The Final SeasonTytuł: The Final Season: The Footballers Who Fought and Died in the Great War
Autor: Nigel McCrery
Wydawnictwo:
Random House Books, 2014

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Boiska zamienili na okopy. Brytyjscy piłkarze, którzy w 1914 roku zaciągali się do wojska, nie wiedzieli, że mają niewielkie szanse na powrót do domu. W Wielkiej Wojnie, jak ją krótko potem nazwano, zginęło wielu bohaterów angielskich stadionów.

Jeden z bohaterów książki, Walter Tull, był trzecim w historii Football League piłkarzem innego koloru skóry, niż biały. Urodził się w 1888 roku. Po śmierci obojga rodziców trafił do sierocińca. Jego brata adoptował dentysta z Glasgow. Edward Tull poszedł w jego ślady i został pierwszym czarnym stomatologiem w Wielkiej Brytanii. Walter został w Londynie i dostał szansę gry w klubie Clapton. W latach 1909-11 grał w ataku Tottenhamu. Zarabiał maksymalną stawkę dla zawodowca – 4 funty tygodniowo, czyli równowartość dzisiejszych 400. Jako syna Barbadosana, potomka niewolników, regularnie lżono go z trybun. Tull trafił do rezerw Spurs, ale wyciągnął go stamtąd Herbert Chapman. Legendarny manager Arsenalu pracował wtedy w Northampton Town. Ściągnął go do drużyny, w której ten zagrał 111 meczów. Ostatni w 1914, krótko zanim zaciągnął się do wojska.

Piłkarze byli wtedy na cenzurowanym. Gdy wybuchła wojna, a wciąż rozgrywano mecze i to na pełnych stadionach, część opinii publicznej była oburzona. Pojawiły się opinie, że król Grzegorz V powinien zrezygnować z patronowania Football Association. Sir Arthur Conan Doyle apelował w prasie, by obudzić w piłkarzach patriotycznego ducha. Jeśli ktoś jest zdolny do gry w piłkę, to może też stanąć na polu bitwy.

Walter Tull jak wielu zawodników, sam zgłosił się do tzw. Batalionu Piłkarskiego (17th (Service) Battalion, Middlesex Regiment). Po szkoleniu trafił w okopy bitwy nad Sommą, największej w I wojnie światowej. Po trzech dniach nieustannego, największego wówczas ostrzału artyleryjskiego w historii, alianci zostali zaatakowani gazem. Tull, w stanie szoku wrócił do Anglii, trafił do szpitala. Kiedy znów trafił na pierwszą linię frontu, został podporucznikiem, choć oficjalnie przepisy na to nie pozwalały. Żołnierze, których przepisy kwalifikowały jako „aliens” i „negroes”, nie mogli mieć zostać oficerami.

Za zasługi na polu walki, już jako jeden z dowódców, Tull został odznaczony. Niemiecka kula dosięgła go 8 marca 1918 roku. Koledzy chcieli dotrzeć do jego ciała, próbował m.in. Tom Bilingham, w cywilu bramkarz Leicester Foose, ale okazało się to niemożliwe. – Dla swojej ojczyzny poniósł największą ofiarę – przeczytał w telegramie Edward Tull. Pomnik poświecony Walterowi Tullowi stoi dziś obok Sixfields Stadium w Northampton.

Trwająca od lipca do listopada 1916 roku bitwa nad Sommą pochłonęła życie 485 tys. brytyjskich i francuskich żołnierzy (inni autorzy podają jeszcze wyższe liczby). 72 tys. ciał nie odnaleziono. Tylko w czasie pierwszego dnia szturmu Brytyjczycy stracili blisko 60 tys. ludzi. Po stronie państw centralnych zginęło 630 tys. osób. Efekt gigantycznej ofensywy to przesunięcie linii frontu o 10 km na odcinku 25 km.

„Arsene Who?” i piłka w czasie okupacji

Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy

Tytuł: Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy
Autor: John Cross, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:
SQN, 2016

O ile łatwiejsze życie miałby Arsène Wenger, gdyby robił to, czego oczekują od niego kibice. Czy leżące na koncie pieniądze nie byłoby lepiej wydać na środkowego napastnika? We wrześniowych meczach wystarczyłoby więcej, niż zwykle, szaleńczych podskoków przy linii bocznej. Eksperci to kochają, nazywają przekazywaniem pasji zawodnikom. Francuz mógłby robić to, na co ludzie czekają, ale wtedy nie byłby sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

O ile o źródła jego transferowej wstrzemięźliwości są dość dobrze rozpoznane, to powody zachowania managera na ławce zaskakują. W 2014 roku Wenger był w bardzo trudnej sytuacji. Oddech dało mu zwycięstwo w Pucharze Anglii. Ale kiedy sięgał po trofeum, starał się nie komenderować zawodnikami ze swojej strefy technicznej. – Czasami podejmuję świadomy wysiłek, by rzadziej wstawać z miejsce i podchodzić do linii bocznej. Tak to już jest, że człowiek przy linii bocznej jest cały spięty. Można w ten sposób wywrzeć negatywny wpływ na zawodników – tłumaczy Wenger. Ciekawe tym bardziej, że wielu trenerów uprawia przy linii bocznej show, które ma dodać energii zawodnikom albo chociaż przekazać widzom, że trenerowi zależy. Wenger wiele razy wściekał się na piłkarzy, ale stara się na nich nie krzyczeć. Boi się, że to mogłoby ich zablokować.

Wierność swoim zasadom to cecha Wengera, którą John Cross podkreśla co kilka stron. Dziennikarz, który pisze o Arsenalu w „Daily Mail”, książkę „Arsene Wenger: The Inside Story of Arsenal Under Wenger” wydał w zeszłym roku. Polska edycja została uaktualniona o ostatni sezon.

To droga od pytań „Arsene Who?”, gdy Wenger był odbierany jako krzyżówka francuskiego profesorka i inspektora Clouseau, do ikony Premier League. Kiedy dwie dekady temu Francuz trafił do Anglii, liga nie przypominała międzynarodowej maszynki do zarabiania pieniędzy, którą jest obecnie. Grający na zabytkowym Highbury Arsenal miał w drużynie kilku alkoholików, jedynego w lidze trenera spoza Wysp i sporo wewnętrznych problemów. Wtorkowe imprezy kończyły się w czwartek, o diecie nikt nie słyszał, a na boisku drużyna pozostawała synonimem nudnej gry. Na pierwszy trening Wenger przyjechał metrem. W dość krótkim czasie osiągnął spektakularne sukcesy. Klub przeszedł rewolucję na niemal wszystkich polach, ale Francuz postawił na odziedziczoną po poprzednikach defensywę, która przerastała wszystkie kolejne (David Seaman, Tony Adams, Steve Bould, Lee Dixon, Martin Keown i Nigel Winterburn).

Niemal jak Wenger w Arsenalu, po ciekawym początku, wpadamy na mielizny. Musimy przejść przez kolejne sezony i dylematy Wengera. Najlepiej wypada druga połowa książki. Wenger tłumaczy zasady, które doprowadziły go do tego, że jako utytułowany trener, w swoim 1000. meczu w Arsenalu przeżył koszmar pt. „0:6 z Chelsea”. Wiele osiągnął, ale na koncie ma też porażki. Często zżera go frustracja.

Nawet w chudych latach Arsenalu Wengera, wyniki były lepsze, niż w wielu klubach, które wcześniej budowały swoje stadiony. Klub zaciskał pasa, ale miało to sens. W swoim długofalowym planie, Francuz nie przewidział dwóch wydarzeń. Rzeka pieniędzy popłynęła do dwóch klubów, które w krótkim czasie przeskoczyły Arsenal finansowo i sportowo. Chelsea i Manchester City zaczęły operować kwotami, o których Wenger mógł tylko pomarzyć. Trofea znów się oddaliły. Celem Arsenalu była czołowa czwórka, czyli gra w Lidze Mistrzów. Wenger nie ukrywał, że to dla niego ważniejsze, niż wygranie Pucharu Anglii, czy Pucharu Ligi Angielskiej. Głównie chodziło o pieniądze, ale nie tylko. – Gdy chcę pozyskać najlepszych piłkarzy, to nie pytają, czy klub zdobył te puchary, ale czy gra w Lidze Mistrzów – mówi Wenger.

Portret dość kompleksowy, 400 stron dobrej roboty. Książka ciekawsza od wydanej także przez SQN autobiografii Tony’ego Adamsa. Ale o tym w kolejnym wpisie w ramach „Czytelni”.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Piłka nożna w okupowanym KrakowiePiłka nożna w okupowanym Krakowie
Autor: Stanisław Chemicz
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie, 1982

Zaplanowane na 3 września 1939 roku derby Cracovia – Wisła już się nie odbyły. Część piłkarzy była już na froncie, inni uciekali na wschód. Pierwszy mecz w warunkach okupacji rozegrano 22 października. W Bronowicach starcie Wisły z Krowodrzą oglądały ponoć 4 tys. kibiców. Wiosną 1940 roku zaczęto organizować mistrzostwa Krakowa.

Książka o warszawskich meczach w czasie okupacji tak mnie wciągnęła, że będąc w stolicy wybrałem się do Parku Żeromskiego. W piłkę grano tam nielegalnie, z narażeniem życia. Podobna książka, o piłce w Krakowie, powstała w latach 80. Autorem jest Stanisław Chemicz, piłkarska gwiazda Cracovii i trenerska Wisły Kraków. Były zawodnik wydał skróconą wersję swojej rozprawy doktorskiej.

W pierwszych meczach po kampanii wrześniowej, jak na podwórku, jedna drużyna grała w koszulkach, a druga bez. – Nawet był taki mecz między Cracovią i Wisłą, gdzie losowaliśmy, kto ma grać w koszulkach i tak się złożyło, że Wisła grała w koszulkach należących do Cracovii – wspominał Mieczysław Gracz.

Z czasem nasiliły się łapanki i represje. W drugiej połowie 1942 roku życie piłkarskie zamarło całkowicie. Po informacji o zasadzce gestapo, w sierpniu odwołano derby. Rok później władze rozgrywki znów stanęły pod znakiem zapytania, ale z innych powodów. W meczu Łagiewianka – Wisła gościom groziło pobicie. Zwołano delegatów zespołów „celem zastanowienia się, czy w tych warunkach możliwe jest kontynuowanie zawodów o mistrzostwo”. Napięcie wśród zespołów było tak duże, że ustalono, że pojawił się pomysł, by gospodarze boisk nie będą grali u siebie. W 1944 roku doszło do rozłamu. Powodem był m.in. spór o liczbę drużyn w rozgrywkach. Część klubów powołała swoje rozgrywki. – Zarząd Bocheńskiego KS w Bochni oświadcza, że nie przystępuje do jakiegokolwiek nowego tworu mającego na celu siać ferment i niezgodę (…), a zorganizowanego przez osobników chytrych i niepoczytalnych – brzmiało jedno z oświadczeń.

Niesamowitą historię ze swojego życia opowiada Władysław Giergiel. Latem 1943 roku piłki w Krakowie było niewiele i wiślacy planowali kolejny mecz w Warszawie. – Coś mi mówiło, żeby nie jechać – opowiadał Giergiel. O 3 nad ranem pociąg wypełniony niemieckimi żołnierzami ostrzelali partyzanci. – Kula, która mnie ugodziła, trafiła najpierw w szynę tworzącą obramienie drzwi i odbiła się rykoszetem już spłaszczona, a więc powodując rany szczególnie rozległe. Najpierw przebiła mięsień lewej nogi, a potem w prawej nodze strzaskała mi kość w aż dziewięciu miejscach.

Władysław Giergiel wrócił do piłki. Po wojnie zaliczył nawet występ w reprezentacji. Został trenerem, prowadził kilkanaście zespołów. Zmarł w 1991 roku.