Archiwa tagu: książki sportowe

Od górniczej wioski do piłkarskiej hegemonii

Tytuł: Piłkarska furia. Podróż przez hiszpański futbol
Autor: Jimmy Burns, tłum. Antoni Bohdanowicz, Bartosz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2017

Nie da się wytłumaczyć rywalizacji FC Barcelony i Realu Madryt bez politycznego tła. Jimmy Burns poszedł dalej – całą historię hiszpańskiej piłki opisał przez historię Hiszpanii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jimmy Burns nie jest dziennikarzem sportowym. Na kilku uczelniach kończył studia związane z ekonomią, naukami politycznymi oraz Ameryką Łacińską. Pracował jako korespondent Financial Times w Portugalii, potem trafił do Argentyny. Pierwszą książkę napisał o wojnie o Falklandy. Zdobył uznanie, ale prawdziwym hitem była „Ręka Boga”, biografia Diego Maradony. W Polsce wydano również jego książkę o FC Barcelonie. Patrząc na tematy jego ostatnich artykułów, sport w jego zawodowym życiu to tylko dodatek. Ostatnia książka Burnsa to portret papieża Franciszka.

Czytelnik, który ma za sobą choćby książkę Burnsa o Barcelonie, czy Alfredo Relaño (te dwie wydano w Polsce), historie Pepa Samitiera, czy Di Stefano, już zna.  Burns napisał dobrą książkę, ale lepiej przemiany w Hiszpanii przez pryzmat futbolu wyjaśnił Sid Lowe. W „Fear and Loathing in La Liga” Brytyjczyk, skupiając się na dwóch klubach wykorzystał ciekawsze opowieści. U Burnsa czuć chwilami niewykorzystany potencjał. Dobrze zaczął, szukając korzeni hiszpańskiej piłki wśród nieistniejących osad górniczych. Wciągają też fragmenty o Kraju Basków. Potem można natrafić na mielizny.

Dla tych, którzy temat La Liga dopiero napoczynają, interesujący może być sposób, w jaki Burns przedstawił postać Francisco Franco. Dyktator, który rządził Hiszpanią przez cztery dekady, patrzył na futbol jak na narzędzie. Biedny i izolowany politycznie kraj, zaczął być szanowany dzięki europejskim triumfom Realu Madryt. Ile w tym zasług generalissmusa, to obiekt sporów.

Promując polskie wydanie „Piłkarskiej furii”, Anglik przyjechał do Warszawy. Swoje wrażenia zebrał w ciekawym wpisie na blogu. Polskę chwali, ale dostrzega fatalną architekturę mieszkańców i zaciekły nacjonalizm jej mieszkańców. Opowieść o dwudniowej wizycie spuentował porównaniem Okęcia do lotniska w Funchal na Maderze. Jego patronem ma zostać Cristiano Ronaldo. – Z tego co wiem, nikt nie zaproponował, żeby warszawskie lotnisko było portem imienia Roberta Lewandowskiego. – Dzięku Bogu, polska kultura jest poważniejsza. – W porównaniu do nokturnów Chopina, nawet najlepszy występ Ronaldo jest efemerydą.

Tytuł: Rozmowy nieoczywiste
Autor: Tomasz Malinowski
Wydawnictwo:  Wydawnictwo Adam Marszałek, 2016

23 rozmowy w książce Tomasza Malinowskiego są bardzo nierówne. Można się poczuć jak na huśtawce, bo na zmianę mamy wywiady Tomasza Jachimka i Gustawa Holoubka, a po rozmowie z Jerzym Pilchem przeskakujemy do cytatów Maryli Rodowicz.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Zahaczające o futbol rozmowy przez ostatnią dekadę pojawiały się na łamach „Gazety Pomorskiej”, w której Malinowski pisze od blisko 30 lat. Na rozmowę z Normanem Daviesem czekał dwa lata. Stryj brytyjskiego historyka zginął na pokładzie samolotu, który rozbił się w Monachium w 1958 roku. Donny Davies, dziennikarz „Manchester Guardian” poleciał razem z Manchesterem United na mecz do Belgradu. Był najstarszą ofiarą katastrofy. – Potrafił napisać relację z meczu takim samym językiem, co recenzję ze spektaklu teatralnego czy opery – opowiada Norman Davies.

Dużo w tej książek wspominek i narzekań, że kiedyś piłka była sportem o wiele ciekawszym. Niektórzy rozmówcy Tomasza Malinowskiego meczów już nie oglądają, ich oceny są płytkie i nieciekawe. Książkę czyta się krócej, niż świąteczne wydanie tygodnika. Rozmowy, które nie wyleciały mi od razu z głowy to zdecydowana mniejszość.

Nie wiedziałem o piłkarskich fascynacjach Jerzego Hausnera, kibica Odry Opole. Sam grał w juniorach aż do rozpoczęcia studiów. Potem zorganizował drużynę AZS-u, w której grał mając już ponad 35 lat.

Dla Gustawa Holoubka mówienie o teatralnym zachowaniu piłkarza to pogarda dla zawodu aktora. Zenon Laskowik wspomina mecz, w którym poczuł, że jest oszukiwany. Do Poznania przyjechał bydgoski Zawisza. Do przerwy prowadził 0:2. – Wtedy usłyszeliśmy komunikat spikera. „Prezes Zawiszy proszony jest pilnie do szatni”. W drugiej połowie goście nie istnieli na boisku. „Kolejorz” wygrał 4:2. Cudownie, moja drużyna wygrała, ale czułem się w tym momencie wykiwany – opowiada Laskowik.

Braterstwo liny

Tytuł: Spod zamarzniętych powiek
Autor: Adam Bielecki, Dominik Szczepański
Wydawnictwo: Agora, 2017

Himalaizm nie ma w sobie niczego wyjątkowego. Nie ma też większego sensu. – Tak samo nie ma go żeglarstwo czy chodzenie po parku – pisze Adam Bielecki. Przez resztę książki tezie o braku wyjątkowości stara się zaprzeczyć.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Chłopak z Tychów budził się patrząc na wiszący nad łóżkiem plakat Krzysztofa Wielickiego. Zaczytywał się w przygodach Tomka Wilmowskiego. Choć rodzinie Adama Bieleckiego nikt się nie wspinał, to on sam zaczął w podstawówce. W książce zdaje relacje z kolejnych wypraw, przedstawia siebie jako outsidera. Zanim zaczął się wspinać na ośmiotysięczniki, żył z organizowania wypraw komercyjnych, co w środowisku było źle odbierane.

O Bieleckim zrobiło się głośno po wyprawie na Broad Peak. To, kto jest winien śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, stało się tematem ogólnonarodowej debaty. Mówiono o „braku braterstwa liny” i kryzysie wartości. Bieleckiego skrytykowali nawet autorzy raportu Polskiego Związku Alpinizmu. Wersja samego himalaisty jest przekonująca. Milcząco poparł ją Artur Małek, który czytał ten rozdział przed publikacją. Broad Peak to najmocniejsza część książki. Szczegółowy opis wyprawy, dużo emocji, odpieranie zarzutów. Bielecki przypomina, że gdy Jerzy Kukuczka z czterech wypraw wrócił bez partnera, nie rozpętała się medialna histeria. – Broad Peak pokazał mi, jaka może być cena ambicji. Wszyscy chcieliśmy wejść na szczyt i każdy z nas za to zapłacił – opowiada Bielecki. Czwórka himalaistów balansowała na krawędzi własnych możliwości. Ignorowali wyraźne znaki, że nie powinni atakować szczytu, bo nie zdążą z niego zejść.

Książkę czyta się dobrze. Dominik Szczepański o górach pisał już wcześniej. Brakuje mi tylko przypisów. „Kukuczkę”, o której blogowałem, pisali dziennikarze niezwiązani ze środowiskiem. Trudnych słów unikali. Bielecki, wspierany przez Adama Bieleckiego, fachowych pojęć nie wyjaśnia. Do fragmentów o wyblince na poręczy po stronie haka wspinającego, niedaleko seraka, przydałyby się objaśnienia. Poza tym, samo wydanie książki jest bez zarzutu. Dzięki dobrej jakości zdjęciom, wygląda jeszcze estetyczniej, niż „Kukuczka”.

U Bieleckiego podoba mi się równowaga między świadomością własnych osiągnięć a pokorą. Pisze, że himalaizm składa się z setek małych rzeczy. – Jeśli zaniedbasz jedną, to może nic się nie stanie, ale jeśli trzy, to nie wejdziesz na szczyt. Jeżeli zaniedbasz sześć, to się odmrozisz. Zapomnisz o dziesięciu – zginiesz – mówi. Wszystko w namiocie musi być ułożone tak, żeby nie zamokło i było pod ręką. Ubrania, w którym wychodzi się na szczyt, nie da się zmienić. Ten, kto się ubierze zbyt ciepło, spoci się i odwodni. Litr śniegu topi się na tej wysokości godzinę, więc po wysiłku należałoby przez pół dnia topić śnieg, co jest niewykonalne. Wspinając się na Broad Peak, zakładając przeploty, Bielecki miał na sobie cztery pary rękawiczek. Ciutkie lineary, na nich polarowe pięciopalczastem, potem łapawica puchowa, na to wszystko łapawica gorateksowa. Zawiązanie węzła jest wyjątkowo trudne, a ściągnięcie jednej warstwy grozi odmrożeniami. Te szczegóły są ważne, bo jak można oceniać zachowanie człowieka na ośmiu tysiącach metrów, skoro krew w jego mózgu jest tak rzadka, że traci się zdolność racjonalnego myślenia?

Dla nieprzekonanych fragment książkirozmowa wideo z Adamem Bieleckim i rozmowa dla „Dużego Formatu”.

Tytuł: Football’s Strangest Matches: Extraordinary but True Stories from Over a Century of Football
Autor: Andrew Ward
Wydawnictwo:  Robson Books 2002

Od meczów kawalerów na żonatych, spotkań rozgrywanych w maskach gazowych, po najdziwniejsze pucharowe serie. W książce o najdziwniejszych piłkarskich spotkaniach odnajdziemy nazwisko sędziego, który strzelił gola i piłkarzy, których zabił piorun.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Każda historia mieści się na jednej lub dwóch stronach. Niektóre są warte przypomnienia. W kwietniu 1948 roku w Aldershot odbył się mecz, w czasie którego zginęło dwóch zawodników. Spotkanie rozgrywano w czasie burzy. Piorun poraził sędziego i ośmiu piłkarzy. Dwóch nie przeżyło.

W sezonie 1955-56, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1956-57, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City.
W sezonie 1957-58, w trzeciej rundzie FA Cup, Leeds United zremisowało u siebie z Cardiff City. Prawdopodobieństwo oszacowano na 1 do dwóch milionów. Wyniki powtórek? 2:1, 2:1 i 2:1.

Powtarzanie remisowych meczów w FA Cup dawało szanse na ciekawe historyczne serie. Na przykład:
6.11.1971 Alvechurch; Alvechurch – Oxford City 2:2,
9.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 1:1,
15.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:1,
17.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
20.11.1971 Oxford; Oxford City – Alvechurch 0:0,
17.11.1971 Birmingham; Oxford City – Alvechurch 1:0. Historyczną bramkę, rozstrzygającą trwającą w sumie 660 minut walkę, strzelił Bobby Hope.

W 1961 Denis Law strzelił sześć prawidłowych goli, które odebrano mu z powodu pogody. W 1961 pucharowy mecz Manchesteru United z Luton Town przerwano w 69. minucie przy wyniku 6:2. Błoto na boisku nie pozwalało na grę. Zgodnie z ówczesnymi regułami, wynik anulowano, a mecz powtórzono. Luton wygrało 2:1.

Decydującego gola w meczu Barrow – Plymouth Argyle w Division Three w 1968 roku strzelił sędzia. Po strzale z 15 metrów piłka odbiła się od sędziego, zupełnie zmieniła lot piłki i wpadła do bramki. Sędzia, który wpisał się do historii, Ivan Robinson, wysłał do Plymouth przeprosiny.

Książka do kupienia w charity shopach. Do przewertowania.

Zachwycająca opowieść milczka

Tytuł: Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu
Autor: Ronald Reng, tłum. Michał Jeziorny, Tomasz Urban
Wydawnictwo: SQN, 2017

Heinz Höher. Milczek i dziwak, którego nazwisko nic nie mówi kibicom. Oto bohater najlepszej książki o historii piłkarskiej ligi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To trzecia książka Ronalda Renga, o której bloguję. Wszystkie mnie zachwyciły. „Życie wypuszczone z rąk”, opowieść o Robercie Enke, była w wielu krajach sportową książką roku. Wcześniejsza, mniej znana historia Larsa Leesego, to też majstersztyk. Reng napisał wtedy o piłkarzu, który zagrał w 21 zawodowych meczach i niczego w życiu nie wygrał. Teraz wydawnictwo chciało zamówić u Niemca książkę na 50-lecie Bundesligi. Ten odmówił. O futbolu w danym kraju można napisać bardzo dobrą książkę, taką jest choćby „Tor!”, ale Renga to nie interesowało. On pisze o ludziach. Heinz Höher zadzwonił do niego, by zapytać, czy jego podopieczny Juri Judt, może być w depresji. Reng nagłośnił temat choroby publikując książkę o Enke. Przy okazji Höher opowiedział mu historię swojego życia. Dla Renga temat idealny.

Gdy rodziła się Bundesliga, Höher grał w Meidericher SV. Był jednym z trzech zawodników, którzy do pierwszoligowej drużyny przyszedł z zewnątrz. Z Leverkusen do Duisburga jest 70 km. Reszta zawodników wychowała się w najbliższej okolicy. W Bayerze Höher też był wyjątkiem – utrzymywał się z piłki. Reng opisuje powojenną biedę RFN, kulturowy pesymizm i przemiany obyczajowe.

Przez pryzmat historii jednego człowieka, Reng opowiada o rozwoju telewizji, profesjonalizacji Bundesligi, bogaceniu się Niemiec i skandalach korupcyjnych. Czytamy o ewolucji taktyki oraz wzlotach i upadkach niemieckiej reprezentacji. Ale w środku jest zawsze Höher. Jako trener awansował z Norymbergą do Bundesligi, a potem do pucharów. Uchodził za gbura. Z powodu stylu bycia popadał w konflikty. Z biegiem lat przestał mu wystarczać standardowy zestaw – dwa piwa i lufa. Pił coraz więcej. Czekał na szansę powrotu na ławkę trenerską, po drodze zbankrutował.

Książką zachwycam się nieustannie, bo jak dobrym trzeba być autorem, by uchwycić sens 50 lat Bundesligi, a jednocześnie Puchary Europy niemieckich klubów skwitować paroma zdaniami?

Heinz Höher nie miał oporów, by opowiadać o swoich kłopotach, o tym, co w życiu zrobił źle. Był niezłym piłkarzem i obiecującym trenerem. Na obu polach potencjał zmarnował. Reng, jak w poprzednich książkach, bohatera pośrednio broni. Po lekturze książki Höher chwycił za telefon. – O nie, panie Reng, nie wolno panu przedstawiać mnie w tak pozytywnym świetle! Nie jestem pozytywną postacią! – powiedział.

Tytuł: Cristiano Ronaldo. Biografia
Autor: Guillem Balagué, tłum. Bartusz Sałbut
Wydawnictwo: SQN, 2016

To zaskakująco ciekawa książka. Nie powinna się udać, bo głównym bohaterem jest aktywny piłkarz a autor znany jest głównie z telewizyjnego studia, gdzie zdarza mu się powtarzać plotki. Ronaldo dał piłce nie tylko setki bramek, ale niestrawny film i megalomanię na nieznanym dotąd poziomie. Najlepszą rekomendacją książki jest więc opisany na wstępie konflikt autora z Jorgem Mendesem. Balagué wiedział, że prawdziwy obraz Ronaldo może przedstawić tylko zdrapując złotą farbę z pomnika Portugalczyka.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dość łatwo przewidzieć, że im bliżej współczesności, tym tempo opowieści o piłkarzu będzie coraz słabsze. O meczach, które widzieliśmy kilka lat temu czyta się ciężko. Ale opowieść o dzieciństwie Ronaldo te mielizny wynagradza. O chłopak z Madery, zapadłej portugalskiej prowincji, mówią nie tylko osoby, które Balagué wytropił w Funchal, ale też wielkie gwiazdy. Autor namówił na wspominki mnóstwo piłkarzy, w tym gwiazdy Manchesteru United.

O Guillemie Balagué pisałem przy okazji recenzji książki o Pepie Guardioli. W międzyczasie mieszkający w Anglii Katalończyk wydał kolejną, o Leo Messim. Wciąż pisze dla gazet brytyjskich i hiszpańskich a rozpoznawalność dała mu praca w Sky Sports. W programie Revista de la Liga zawsze wygląda na dobrze poinformowanego w sprawach hiszpańskiego futbolu. Największy uśmiech na jego twarzy pojawia się, gdy mówi o Espanyolu. Papużkom kibicuje cała jego rodzina. Lubię go słuchać, choć jego sporych rozmiarów ego daje o sobie znać. Z tym, że w wielu fragmentach Balagué zbyt często pisze o sobie, należy się pogodzić.

Balagué przytacza słynną umowę przedwstępną, którą w 2008 roku zawarł z Ronaldo Ramon Calderon, ówczesny prezes Realu. Gdyby transfer nie doszedł do skutku, strona wycofująca się z transakcji miała zapłacić 30 mln euro. Katalończyk dość zabawnie opisuje, że zapoznał się z dokumentem osobiście. Jego posiadacz wyjął go z „szuflady masywnego biurka wykonanego z drewna orzecha włoskiego, wykończonego skórą w kolorze butelkowej zieleni. Osoba, która mi go pokazała, wydobyła kluczyk do szuflady z kieszeni spodni. W tym czasie siedziałem na sofie, twarzą do jedynego okna w gabinecie”.

Ballague wie, że to, co mówi Ronaldo, jak i jego otoczenie, to dokładnie wyreżyserowany spektakl. Dość powiedzieć, że w domu piłkarza w Madrycie, logo CR7 widnieje na szkle kuchennym, meblach, stole w jadalni i talerzach. Ballague uporczywie stara się dotrzeć do prawdziwego obrazu bohatera książki. Jaki wpływ na życie Ronaldo miał alkoholizm ojca? Skąd bierze motywację do utrzymywania się na szczycie przez tyle lat? Dlaczego nie cieszy się z bramek kolegów? Autor stawia hipotezy, ale o konkretne odpowiedzi trudno. Tych pilnuje Jorge Mendes.

Miał być dekalog, wyszła kronika

Tytuł: Dekalog Nawałki
Autor: Marcin Feddek
Wydawnictwo:  SQN 2016

Marcin Feddek jako jedyny polski dziennikarz miał prawo oglądać zamknięte treningi reprezentacji Adama Nawałki. To wyjątkowy przywilej, ale miał swoją cenę. W „Dekalogu Nawałki” w reprezentacji istnieją wyłącznie postacie bez skazy.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Jako dziecko Feddek biegał za piłką, naśladując swojego ojca, obrońcę Polonii Bydgoszcz. Piłkarzem nie został, jak sam uważa, przez kontuzje. Koledzy żartowali, że bardziej połamany w Bydgoszczy był tylko żużlowiec Waldemar Cieślewicz. Feddek wybrał dziennikarstwo. Pisał w „Expressie Bydgoskim”, szybko trafił do TVP, potem Polsatu. Drzwi do kadry otworzyło przed nim wspólne komentowanie meczu z Adamem Nawałką. Dekadę temu dzisiejszy selekcjoner lizał rany po zwolnieniu z Jagiellonii Białystok. Pracował jako ekspert Polsatu. Taktyczne analizy Feddka przypadły mu do gustu. Kiedy objął reprezentację Polski, reporter mógł liczyć na wyjątkowe względy. Jako jedyny oglądał zamknięte treningi kadry przed spotkaniami eliminacji Euro. Był jeden warunek – o tym, co zobaczył, mógł poinformować dopiero po meczu. Swoje obserwacje wykorzystywał w materiałach o taktyce w polsatowskim „Cafe Futbol”. Za dogłębne analizy i wyłapywanie schematów rywali zbierał zasłużone pochwały. Z napisaniem książki Feddkowi poszło jednak gorzej.

Ciężko przebrnąć przez 400 stron opisów, kto do kogo podał. Drażni drewniany język. Feddek świadomy schematyzmu kolejnych rozdziałów próbował ratować się anegdotami. Niestety, znów musiał zmierzyć się z autocenzurą. Wszystkie opowieści są wygładzone. Zawodnicy mówią między sobą o „zwyżkującej dyspozycji”, na zgrupowaniach żyją jak w klasztorze, a nad wszystkim panuje trener, który przez dwa lata nie popełnił żadnego błędu. Z książki wynika, że w prywatnych rozmowach Adam Nawałka posługuje się taką samą mową-trawą jak na konferencjach prasowych. Nie wierzę.

Autor przez trzy strony potrafi opisywać treningową gierkę. Doceniam to, że z kroniki mogę dowiedzieć się, kto dwa lata temu skręcił nogę, ale brakuje szerszego spojrzenia. Dziennikarze z bliskim dostępem do zawodników, mają szansę stworzyć dzieło epokowe. O Katalończyku Martim Perarnau, który opisał pierwszy rok pracy Pepa Guardioli w Bayernie Monachium, usłyszała cała Europa. Książkę, która jest klasyką gatunku, na początku lat 70. napisał Hunter Davies. Przez rok żył jak członek drużyny Tottenhamu Hotspur. Czasem ćwiczył z zespołem, na każdy mecz jechał z drużyną, do pierwszego gwizdka siedział w szatni, a spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Po spotkaniu piłkarze opowiadali mu o swoich problemach. Jego książkę, „The Glory Game”, po ponad 40 latach od pierwszego wydania, przeczytałem z zachwytem. Spurs zdobyli w tamtym sezonie Puchar UEFA, ale Davies wygrał jeszcze więcej. Marcin Feddek odwrotnie, niż Adam Nawałka, swoje eliminacje do EURO, przegrał.

Piłkarski album bez piłki

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Tytuł: Going to the MatchGoing to the Match
Autor: Przemek Niciejewski, wstęp Jonathan Wilson (tłum. Michał Okoński)
Wydawnictwo: Magnus 2016

Wszystko jest w tym albumie na odwrót. Inaczej, niż w produkcjach, które mają się sprzedać. Nie ma zdjęć gwiazd, brakuje choćby jednego piłkarza fetującego zdobytą bramkę. Boisko zazwyczaj w ogóle nie mieści się w kadrze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Rynek książek sportowych w ostatnich latach powiększył się kilkakrotnie. W księgarniach pojawiają się nie tylko biografie (Neymar ma ich w Polsce już kilka), ale książki ambitne, także takie, które mają zachwycać nie tylko formą, ale i treścią. Jednak podobnego albumu dotąd nie było. Dwieście starannie przygotowanych stron z urzekającymi zdjęciami z Niemiec, Anglii, Szkocji, Holandii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Czech, Węgier i Norwegii.

Kiedy Przemek Niciejewski podczas finału Ligi Mistrzów stoi za bramką, jest jedynym fotografem, który obiektyw kieruje na trybuny. Mecz nie jest dla niego najważniejszy. Większości bramek nie widzi. Z wyjazdu do Barcelony w albumie zmieścił dwa kadry – widok z Camp Nou na miasto i scenę z metra. Sam mówi, że robiąc zdjęcia szuka odpowiedzi, dlaczego kibic poszedł na stadion.

Przemek Niciejewski. fani Gladbach
Fot. Przemek Niciejewski.

Zdjęcia do albumu zbierał latami. Pamiętam jego wpisy na twitterze po powrocie z meczu Uranii Ruda Śląska. Obaj bylismy zachwyceni. Takich stadionów jest coraz mniej. Na nowych, bardziej przypominających centra handlowe, brakuje duszy. Według Niciejewskiego od pełnej komercjalizacji futbolu nie ma odwrotu. Piłka już nie wróci do swoich korzeni i będzie się stawała coraz bardzie skomercjalizowaną rozrywką dla coraz bogatszych. Chyba, że coraz więcej zacznie patrzeć na futbol tak, jak autor „Going to the Match”

Przemek Niciejewski. Oldham
Fot. Przemek Niciejewski.

Więcej zdjęć na twitterze i Facebooku Przemka Niciejewskiego.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście

Tytuł: Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście
Autor: Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski
Wydawnictwo:
Agora 2016

Autorzy, dziennikarze śląskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, wcześniej nie pisali o górach. Cała ich wiedza sprowadzała się do dwóch zdań o Koronie Himalajów i wyścigu z Messnerem. Osiągnięcia himalaistów śledziła wtedy cała Polska. Włoch pierwszy zdobył 14 ośmiotysięczników, ale Polakowi zajęło to mniej czasy, szczyty atakował nowymi drogami, bez tlenu i zimą.

Czyta się dobrze, bo nie jest to sztywna biografia. Wszystko zgodnie ze sztuką – nie brakuje anegdot i szczegółów. Autorzy nie gloryfikują bohatera, który myślał głównie o swoim sukcesie. Tło jest szerokie. Do myślenia dają opisy, jak Polacy zdobywali sprzęt. Przydawały się zarówno gogle spawalnicze, jak i sprzęt, który podczas wspinaczki wyrzuciły ekipy z Zachodu. Żeby zarobić na wyprawę, himalaiści malowali kominy, przemycali zegarki w puszkach po zupie, wywozili z kraju kryształy.

Wśród indywidualistów, którzy by odnieść sukces, ryzykują życie, mnożą się napięcia. Sporo w książce analiz, co wydarzyło się między uczestnikami ekstremalnych wypraw, już na „strefie śmierci”, powyżej 8000 m n.p.m. Czy ten, który przeżył, zrobił wszystko co mógł, by uratować partnera? Ale jak to ocenić, skoro na tej wysokości ludzki mózg nie pracuje racjonalnie? Dylematów tu sporo, bo wyprawy mierzącego w najtrudniejsze wyzwania Kukuczki usłane były tragediami.

W wieku 23 lat Kukuczka po raz pierwszy stracił w górach swego przyjaciela. 17 lat później odpadł od południowej ściany Lhotse.

SAF jako Wujek Dobra Rada

Okładka książki Alex Ferguson być liderem

Tytuł: Alex Ferguson. Być liderem
Autor:
Alex Ferguson, Michael Moritz, tłum. Krzysztof Cieślik
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Alex Ferguson na emeryturze wziął się za udzielanie lekcji. Bardziej, niż jak wygrać mecz, doradza, jak być liderem i pociągnąć za sobą zespół. Piłkarski albo dział sprzedaży w korporacji.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Współautorem książki jest Michael Moritz, biznesmen związany z Sequoia Capital, gigantem wśród firm venture capital (inwestujących w przedsięwzięcia wysokiego ryzyka). Ma ciekawy życiorys – pisał w magazynie „Time”, był członkiem zarządu Google’a. Z jego pomocą Ferguson opowiada o organizacji, dyscyplinie, doborze współpracowników, czy motywacji. Manager tłumaczy, jak sam przekazywał złe wiadomości podwładnym i jak radził sobie z krytyką. Każdą, zazwyczaj dość ogólną poradę, podaje podpierając się historiami z pełnych sukcesów rządów w Manchesterze United. Ferguson odnosił sukces w kilku piłkarskich epokach, bo potrafił się dostosować. Ciekawie opowiada, jak ewoluował sam futbol, jego otoczka i jak zmieniał narzędzia, by dotrzeć do coraz młodszych od niego zawodników.

„Być liderem” musi być bestsellerem, bo jest jednocześnie poradnikiem, książką sportową, wspomnieniami celebryty i pozycją z kategorii biznesu i zarządzania. Większość książki to opis, co Ferguson zrobił dobrze a co świetnie, bo był wierny swoim zasadom. Niewielka, pozostała część, to historie, w których miał już wszystko pod kontrolą, ale spóźnił się. Pojedyncze przypadki, gdy popełnił błąd, pokazują, że tak naprawdę miał rację, tylko inne okoliczności, na które nie miał wpływu, ułożyły się nieodpowiednio. Trochę się wyzłośliwiam, ale pomimo sympatii i wielkiego szacunku dla autora, niektóre fragmenty są nieznośne. Mniej ciekawy od historii skaperowania Davida Beckhama wydawał mi się konflikt Fergusona w jedynym klubie, z którego został zwolniony, czyli St Mirren. W swojej czwartej książce Ferguson poświęcił temu tematowi stronę. W wydanej w Polsce „Autobiografii” oraz w „A Will to Win”, którą mam na półce, 4-letnią pracę w Paisley, pominął. Ferguson przegrał wtedy sprawę w sądzie o bezpodstawne zwolnienie. Dziennikarze opisywali, że Szkotowi przypisano wielokrotne naruszenie kontraktu. Sterroryzował sekretarkę, która nie chciała rozliczać podatku tak, jak tego żądał szef. Chcąc ukarać współpracowniczkę, Ferguson miał się kontaktować wyłącznie z jej 17-letnią asystentką. To, jak jeden z najlepszych managerów w historii, wpakował się w taką sytuację i co z tego wyciągnął, byłoby ciekawsze, od wymieniania książek, jakie przeczytał na emeryturze.

Tytuł: A History of Football in 100 ObjectsOkładka książki "A History of Football in 100 Objects"
Autor: Gavin Mortimer
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Zaczynamy od szkolnej ławki, kończymy na Złotej Piłce. Wśród stu przedmiotów, dzięki którym poznajemy historię piłki, są m.in. stara gąbka, kanapka z krewetkami i logo NASA.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Około jednej trzeciej przedmiotów, to jazda obowiązkowa. Ale niektóre kilkustronicowe opowieści są brawurowe. To choćby numer 68, szczotka. – Daft as brush – tak Bobby Robson opisał Paula Gascoigne’a. Książka Gavina Mortimera jako całość nie jest może porywającą lektura, ale warto poznać kilka ciekawych historii. Czasem przyciągają same tytuły podrozdziałów. Pretekstem do opisania historii Erica Cantony na Wyspach jest puszka sardynek. Jak wiadomo, „Kiedy mewy lecą za trawlerem, to dlatego, że wiedzą, iż do morza zostaną wrzucone sardynki”. Kilka stron wcześniej Mortimer opisuje, jak „Futbolowa gorączka” zmieniła postrzeganie piłki. – W latach 80. piłka według Sunday Times’a piłka to był bieda-sport dla biednych ludzi. Kiedy znajomym – prawnikom, nauczycielom, mówiłem, że jestem kibicem, patrzyli na mnie, jakbym interesował się wrestlingiem – opowiadał Nick Hornby. Mortimer cytuje artykuł z BBC, w którym Horby’ego wymieniono wśród osób, które doprowadziły do tego, że futbol przestał być rozrywką wyłącznie dla robotników

Jednym z rozdziałów o tym, jak następowała komercjalizacja futbolu, jest historia koszulek Kettering Town. 24 stycznia 1976 roku na mecz z Bath City w Southern League piłkarze wyszli na boisko z napisem „Kettering Tyres”. Football Association od razu zakazała podobnych praktyk. Napis skrócono do „Kettering T.” a jego rozwinięcie każdy mógł sobie dowolnie dopowiedzieć. Federacja dość szybko zniosła zakaz a trzy lata później najlepsza drużyna w kraju, Liverpool, w meczach, które nie były transmitowane, grała z napisem „Hitachi”. Umowa była warta 150 tys. funtów. Lawina ruszyła. Dwa lata później JVC zapłaciło Arsenalowi już pół miliona funtów.

Życie wewnętrzne artysty

Andres Iniesta. Artysta futbolu

Tytuł: Andres Iniesta. Artysta futbolu
Autor: Andres Iniesta, Marcos Lopez, Ramon Besa, tłum. Krzysztof Cieślik, Piotr Królak
Wydawnictwo: SQN, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Latem 2009 Andres Iniesta był już szanowaną w całym piłkarskim świecie gwiazdą najlepszej drużyny świata. Jego bramka na Stamford Bridge otworzyła drogę do sześciu pucharów Barcelony a w samej Katalonii miała efekt demograficzny. 9 miesięcy po bramce przeciwko Chelsea, odnotowano wzrost urodzeń. W tym czasie Iniesta, multimilioner, członek szczęśliwej rodziny, przechodził kryzys. Czuł się, jakby spadał w otchłań. Zapalnikiem była śmierć przyjaciela, Daniego Jarque, piętno odcisnęła też kontuzja. Klubowemu lekarzowi zgłosił, że nie jest w stanie tak dłużej funkcjonować. Cierpiał i miał dość.

„Artysta futbolu” to głównie książka o życiu wewnętrznym Andresa Iniesty. Od przepłakanych nocy w La Masii, gdzie jako 12-latek przeżywał wyjazd z rodzinnej Fuentealbilli, po relacje z rodziną. Osią książki jest futbol, ale najwięcej czytamy o tym, co czuł i jakim człowiekiem jest Andres Iniesta. Ławka w finale Ligi Mistrzów w Paryżu, gol w Londynie, finał w Rzymie, finał mundialu. Wszystkie ważne momenty widzimy oczami Iniesty, który opowiada, co czuł na szczytach i zakrętach kariery.

Mamy tutaj kilka znanych schematów – ojca, który sam chciał zostać piłkarzem, tysiące godzin na boisku i wielką tęsknotę za domem. – Kanał przepływający przez naszą wioskę nie jest dostatecznie głęboki, by utrzymać łzy, które wypłakał mój wnuk – opowiada dziadek piłkarza, Andres Lujan. Pierwszy dzień w La Masii był dla Iniesty najgorszym w życiu. Odliczał dni do przyjazdu rodziny, która wysłużonym fordem orionem odwiedzała go kiedy mogła. Rodzice i siostra w trójkę spali w jednym hotelowym łóżku. Kiedy auto się zepsuło, wydatek przekroczył domowy budżet i za lawetę musiał zapłacić klub.

Za rozmowy z Iniestą i jego otoczeniem zabrali się znani w Hiszpanii dziennikarze – Marcos Lopez i Ramon Besa. Brakuje tu skandali, koszarowych żartów, nawet alkohol przewija się tylko w kontekście rodzinnej winiarni. Jak przystało na autoryzowaną biografię, Iniesta pływa w rzece komplementów, ale w jego przypadku nie jest to rażące. Zniechęconych pierwszą książką Iniesty oraz tych, którzy natknęli się na wspomnienia Xaviego czy książkę Victoria Valdesa, uspokajam, że tym razem nie powinni czuć się zawiedzeni.

Tytuł: The Unstoppable KeeperThe Unstoppable Keeper
Autor: Lutz Pfannenstiel
Wydawnictwo:
Vision Sports Publishing 2014

Książka Lutza Pfannenstiela wygląda jak efekt dwudziestoletniego projektu pt. „Jak pokierować swoją karierą, by mieć jak najciekawsze wspomnienia”. Pełen sukces. Sześć kontynentów, 25 klubów i mnóstwo świetnych historii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To jedna z najciekawszych karier w świecie piłki nożnej. Lutz Pfannenstiel zazwyczaj przedstawiany jest jako niemiecki bramkarz, pierwszy piłkarz, który na zawodowym poziomie zagrał na sześciu kontynentach. Wszystko się zgadza, ale sama statystyka nie mówi tego, co najciekawsze. Tylko w Ameryce Południowej Pfannenstiel był na chwilę. Do kilku krajów wielokrotnie wracał. Nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca. Ostatnie lata, to po kolei Nowa Zelandia, Kanada, Brazylia, Kuba, Norwegia i Nanibia. Żadnych punktów wspólnych oprócz klubu, który chciał u siebie niemieckiego obieżyświata. Nie zawsze równało się to z chęcią zapłaty za grę. Wtedy znów trzeba było ruszyć w drogę, często na drugi koniec świata.

Już pierwszy świadomy wybór Pfannenstiela był oryginalny. Jako 19-latek odrzucił ofertę amatorskiego kontraktu w Bayernie Monachium. Wybrał przygodę w Malezji. Co ciekawe, w większości z 25 zespołów, Niemiec grał w pierwszym składzie. W sumie zagrał wystąpił w 500 meczach. Zakładał pierwszoligową drużynę w Armenii, w Norwegii uciekał do szatni przed chmurą komarów, w Chinach nie wytrzymał wojskowego drylu, a w Nowej Zelandii chciał udomowić zabranego z plaży pingwina. Akcja pędzi, na chwilę zatrzymujemy się przy opowieściach z meczów rezerw angielskiej ekstraklasy, by po chwili być już w bankrutującym klubie w Kanadzie. Mecze w afrykańskim upale przeplatają się z tymi rozgrywanymi przy -20 stopniach. Dłuższy przystanek zaliczamy, gdy bohater trafił do celu zakładu karnego.

Media interesowały się Pfannenstielem kilka razy – gdy trafił singapurskiego więzienia skazany za ustawianie meczu, kiedy podczas meczu w Anglii jego serce trzykrotnie przestało bić i w Nowej Zelandii, gdy złapał na ulicy złodzieja, który był ubrany w jedną z jego meczowych koszulek. Pod koniec kolorowej kariery media dostrzegły jego potencjał. Od kilku lat współpracuje z telewizjami z całego świata. Często opowiada o piłce w egzotycznych zakątkach świata. Nie podróżuje już tyle, co kiedyś. Od 5 lat pracuje w Hoffenheim, gdzie zajmuje się m.in. scoutingiem. Szkoda, bo o pracy na niemieckiej prowincji tak ciekawej książki już nie napisze.

Tata wrócił bez grosza

Powrót Taty

Tytuł: Powrót Taty
Autor: Radosław Kałużny, Mateusz Karoń
Wydawnictwo:
Kopalnia, 2016

Radosław Kałużny opowiada o swoich grzechach szczerze a historie robią wrażenie. Problem w tym, że Andrzej Iwan, Igor Sypniewski, Arkadiusz Onyszko i Krzysztof Król byli szybsi.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Trudno znaleźć szczęśliwy okres w życiu Kałużnego. Ojciec sadysta nigdy mu nie odpuszczał. Bił czym się dało. Jako były bokser wiedział, jak trafić tak, żeby bolało. W szkole też było niewesoło. Wysoki i chudy Kałużny świetnie grał w piłkę i szybko przebił się do pierwszej drużyny Zagłębia Lubin. Tam czekała na niego fala. Butny nastolatek nie mógł dogadać się ze starszyzną.

W sztafecie niekompetentnych zdaniem Kałużnego trenerów, laurkę wystawia Jerzemu Engelowi. Selekcjoner był jednym z niewielu, którzy mu ufali. Zgrupowania piłkarz przedstawia jako okazję do wypicia wódki z dawno niewidzianymi kolegami. Ubolewa, że lot z Warszawy do Bydgoszczy był opóźniony. Zwykły rytm: transport na miejsce – nowe ciuchy – dyskoteka, został zakłócony.

Hat-trick z Białorusią opisuje jako przypadek. Był tego dnia tak słaby, że Piotr Świerczewski poprosił go, by nie przeszkadzał i chaos siał z przodu. Piłka trzykrotnie spadła mu pod nos.

Kolejnymi konfliktami w szatni Kałużny utrudniał mocno sobie życie, ale najgorzej było poza sportem. Książkę napisał, bo został bez grosza. Rozwód kosztował go fortunę. Żona zabrała mu nowy dom, w którym był dwa razy. Twierdzi, że z 200 tysięcy złotych wypłaty zostawało mu niecałe 40. Zarzuca jej oszustwo. Uważa, że na dużą kwotę oszukano go nawet w reprezentacji.

Krótko po zakończeniu kariery, nie miał już nic. Po drodze był jeszcze alkohol, problemy z wagą, kontuzje kolan a nawet uzależnienie od gier komputerowych. Stracił kontakt z dziećmi, myślał o samobójstwie. Kolejnym przystankiem były Wyspy. Przy rozładowywaniu tirów zarabiał 300 funtów tygodniowo. To wtedy jego fotka z magazynu DHL-u trafiła do internetu. Na emigracji był jeszcze twarzą sieci szkółek piłkarskich. Wspólnik długo nie płacił, potem się ulotnił. Zostawił tylko długi.

Kałużny nie pisze tylko o korupcji. To też wspólny mianownik wielu wspomnień piłkarzy. Ci, którzy napisali książki, o sprzedawaniu meczów wiedzieli niewiele. Coś podejrzewali, koledzy chcieli ich wciągnąć, oni się bronili.

Książkami piłkarzy, którzy opowiadają o błędach, nieszczęściach i uzależnieniach, można zapełnić całą półkę. Opowieść Kałużnego jest mocna i odkrywa nową historię. Trzy lata temu byłaby wielkim hitem. Dziś już nie.

Manuel Neuer. Najlepszy bramkarz świata

Tytuł: Manuel Neuer. Najlepszy bramkarz świata
Autor: Schulze-Marmeling Dietrich, tłum. Jerzy Pasieka
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Żeby książka o 30-letnim piłkarzu miała sens, trzeba mieć na nią pomysł. Na przykład wyjaśnienie, jaką drogę na tle historii futbolu, przeszedł ten, który w oczach wielu zrewolucjonizował grę bramkarza.

Ta rewolucja wcale nie musi być faktem, bo był to raczej powolny proces, sztafeta pokoleń. Ale przez takie występy jak mecz Niemiec z Algierią na mundialu w Brazylii, to Manuel Neuer odbierany jest jako ten, który na nowo zdefiniował grę na swojej pozycji. W tamtym spotkaniu Neuerowi naliczono 19 kontaktów z piłką poza polem karnym, z czego 10 stanowiły ratunkowe interwencje na pełnym ryzyku. Wykonał sześć sprintów, czyli tyle samo, co rozgrywający Toni Kroos. Bramkarz podawał w tym meczu 42 razy, ze skutecznością 78 proc. Czy myślał o tym co się stanie, gdy nie trafi w piłkę wykonując wślizg 30 metrów od bramki. – To ryzyko zawodowe, z którym się trzeba liczyć – odpowiadał. Zbytnią skłonność do ryzyka zarzucał mu z kolei Oliver Kahn. Opowieść o tym, jak Neuer doszedł do innego rozumienia swojej pozycji, niż poprzednia ikona niemieckiej bramki, to najciekawsza opowieść w książce.

W Schalke nie przewidywano specjalnych treningów dla bramkarzy w wieku 10-13 lat. Ale znalazł się wariat, Siggi Huneborn, który opracował koncepcję zajęć i osobiście męczył młodych golkiperów na przylegającej do Parkstadionu górce. Żeby zacząć trening trzeba było posprzątać butelki. Inny trener z niebanalnymi pomysłami, Lothar Matuschak, interweniował, gdy Schalke chciało zrezygnować z 15-letniego Neuera. Choć zespół miał już dwóch bramkarzy, zrobiono wyjątek i w tym roczniku było ich trzech. Neuer raz rozwijał się wbrew systemowi, innym razem dzięki niemu. Nie było przypadkiem, że skończył tę samą szkołę, co Mesut Özil, Benedikt Höwedes oraz Julian Draxler. Tam grali najlepsi.

W książce poznajemy m.in. Buer, czyli specyficzną dzielnicę Gelsenkirchen. Dowiadujemy się jakie zasady przedstawione przez kibiców Bayernu musiał zaakceptować Neuer i za jakie mecze dostawał fatalne noty od Kickera. Im dalej, tym mniej ciekawie, bo wielkie mecze Niemca oglądaliśmy w telewizji. Wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się na małych boiskach w mało ciekawym mieście w Zagłębiu Ruhry.

Picie Adamsa i droga Löwa do mistrzostwa świata

Tony Adams Uzależniony

Tytuł: Uzależniony
Autor: Tony Adams, Ian Ridley, tłum. Anna Wajs-Magierska
Wydawnictwo:
SQN 2016

Pod koniec lat 90. spowiedź stopera Arsenalu była dużym wydarzeniem. Do Polski trafiła z kilkunastoletnim opóźnieniem i trochę na tym ucierpiała.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

„Uzależnionego” w oryginalnej wersji mam na półce od kilku lat. Zaglądałem do niego kilka razy, bo pojawia się w różnych zestawieniach ważnych piłkarskich pozycji, ale nigdy mnie nie wciągnął. Za dużo tu zwykłych relacji i to z meczów, które nie budzą we mnie emocji. Po polsku doczytałem do końca, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ta książka trafiła do nas za późno.

Kiedy Tony Adams, lider defensywy Arsenalu i reprezentacji Anglii, przyznał się do alkoholizmu, to było coś. Człowiek, który był od wielu lat na sportowym szczycie, opisał, jak znalazł się na dnie. Książka wyszła w 1998 roku, zebrała świetne recenzje i bardzo dobrze się sprzedała. Część wymienionych w niej zawodników znam tylko z książek, o wielu nawet nie słyszałem. Brakuje szerszego spojrzenia, ale to nie wina Adamsa. Kiedy napisał książkę, był czynnym, 32-letnim zawodnikiem. Miał przed sobą jeszcze 4 lata gry. Gorzej, że w tym roku Adams w tym roku będzie świętował 50. urodziny.

Książka jest natomiast ciekawym zapisem epoki. Poznajemy czasy, gdy rodziła się Premier League. Kiedy Adams zaczynał karierę, jego zadaniem, jak wszystkich młodych zawodników, było regularne sprzątanie szatni. Kiedy kończył z futbolem, wielu nastoletnich kolegów z szatni było już milionerami.

Adams napisał książkę razem z Ianem Ridleyem. W polskiej edycji dodano rozdział o lecie 1999 roku. Obrońca dużo pisze o swoim upodleniu. Wymienia momenty, w których alkohol zawładnął nim bez reszty. Będąc czynnym zawodnikiem na kilka tygodni trafił nawet do więzienia. Siedział w celi, gdzie za toaletę służyło wiadro. Tę część czyta się najlepiej. Nie brakuje anegdot, z kolejnych stron bije szczerość, ale jako czytelnicy to wszystko już znamy. Na przestrzeni lat książki o pozaboiskowych problemach napisało wielu piłkarzy. Opisywali walkę z alkoholem, hazardem, nawet próby samobójcze. Adams był jednym z pierwszych. Wykazał się odwagą w czasach, gdy taki ekshibicjonizm był dużo mniej popularny. Alkoholu nie pije od 20 lat.

Kibice Arsenalu polskim tłumaczeniem będą wniebowzięci, ale podejrzewam, że więcej radości da im książka, którą SQN wydało tego samego dnia, co autobiografię Tony’ego Adamsa – opowieść Johna Crossa o dwóch dekadach pracy Arsene’a Wengera.

Joachim Löw. Esteta, strateg, mistrz świata

Tytuł: Joachim Löw. Esteta, strateg, mistrz świata
Autor: Christoph Bausenwein, tłum. Agata Janiszewska
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016

Jako piłkarz był przeciętny, a jako klubowy trener więcej przegrał, niż wygrał. Ale znalazł swoje miejsce. Na mundialu w 2006 roku jako asystent, a potem na sześciu kolejnych imprezach jako selekcjoner, Joachim Löw dochodził przynajmniej do półfinału.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Schönau, Południowy Schwarzwald, 40 km od Fryburga. Stąd, by robić piłkarską karierę, w świat ruszył filigranowy napastnik. Każdorazowe zderzenie z wielką piłką było bolesne. Kontuzja i zaledwie 4 mecze w VfB Stuttgart, potem 5 goli w 24 meczach w Eintrachcie Frankfurt. Löw miał dryg do piłki, ale na jej elitę był za wolny i za miękki. Po dwóch obiecujących sezonach w 2. Bundeslidze, spróbował raz jeszcze. W Karlsruher S.C. znowu klapa. Pozostał powrót do domu, a potem gra w Szwajcarii. Dla Fryburga strzelił na drugim froncie 81 goli w 252 meczach. – Moja kariera była taka sobie, a najjaśniejszy punkt stanowiły występy w reprezentacji do lat 21 – wspominał.

Przełomowy moment w życiu nadszedł kilka lat później. Na kursie trenerskim dla byłych piłkarzy, Joachim Löw wypadł fantastycznie. Trenerskie papiery robili wtedy m.in. Matthias Sammer, Andreas Köpke i co najważniejsze dla tej historii, Jürgen Klinsman.

Na głęboką wodę Löw został rzucony w wieku 36 lat. VfB ze słynnym tercetem Bobić – Bałakow – Elber miało świetny sezon. W czasie drugiego Löw długo walczył o utrzymanie posady. Pożegnalnym spotkaniem był przegrany finał Pucharu Zdobywców Pucharów, błędnie w książce nazwanym Pucharem Europy.

W skrócie, kolejnym etapem był rok w Fenerbahce (ładna gra, ale tylko trzecie miejsce) i spuszczenie przejętego w 9. kolejce Karlsruher S.C. – Czy zna się pan na piłce nożnej? – pytali Löwa dziennikarze. W ciągu 177 dni jego zespół wygrał tylko raz. Było tak źle, że nawet nie wziął odprawy. Kolejny klub to znowu wpadka – Niemiec na pół roku przejął turecką Adanę. Efekt ten sam – spadek. Dalej dobry sezon w Tirolu Innsbruck, po którym klub wyłożył się finansowo, a po rocznej przerwie kolejna austriacka przygoda, z Austrią Wiedeń. W marcu otrzymał wypowiedzenie.

Wymieniam większość zawodowych wyzwań Joachima Löwa, bo droga, którą przeszedł jeden z najwybitniejszych selekcjonerów naszych czasów, jest fascynująca. Telefon z ofertą zadzwonił po roku na bezrobociu. Po drugiej stronie był Klinsmann. – Unia späcli dokonana – pisał „Bild”. Spätzle to mączne kluski, popularne w południowych Niemczech, skąd pochodzą obaj członkowie trenerskiego duetu z lat 2004-06. Niemiecka reprezentacja zyskała świeżość, zaczęła kojarzyć się z ofensywą, poprawiły się też wyniki. Szybko rosła też pozycja Löwa, który po dwóch latach przejął stery. W książce sporo jest analiz taktycznych pomysłów selekcjonera. rezygnacja z wielkich nazwisk

Sporo w książce o wpływach szkoły szwajcarskiej na niemieckiego selekcjonera. Löw pobierał nauki w Magglingen u Ursa Siegenthalera. Christoph Bausenwein tłumaczy też, jak wykluwała się szwabska myśl trenerska. Ragnick, Klopp i Tushel nie narodzili się na piłkarskiej pustyni. Bliżej im do miana absolwentów Harvarda, a przynajmniej ludzi, którzy wychowali się wokół profesorów.

W 2000 roku, gdy niemiecki futbol, przynajmniej jak na jego historię, stoczył się na dno, zaczęto myśleć nad planem. Głęboka reforma struktur DFB i szkolenia w klubach dała Niemcom piłkarzy, którzy grają efektownie i docierają do półfinałów wszystkich imprez. Twarzą dekady sukcesów jest selekcjoner. Największym sukcesem Löwa jest czwarta gwiazdka na koszulkach reprezentacji Niemiec. Ale nie mniej imponująca jest stabilność, jaką dał kadrze. Dziś jego nazwisko jest jedną z najlepszych niemieckich marek, synonimem człowieka godnego zaufania.

Dekada Barcelony i piłkarze w okopach

Barça. Złota dekada

Tytuł: Barça. Złota dekada
Autor: Leszek Orłowski
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Ostatnia dekada jest najlepszą w historii. Choć przez pierwsze sto lat istnienia, Barça zbudowała reputację jednego z największych klubów na świecie, to ostatnie 10 lat to sukcesy bez precedensu.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Okołobarcelońskimi książkami kibic może już zapełnić całą półkę (na blogu pisałem o książce Alfredo Relaño i rozmowach z Cruyffem, biografii Pepa Guardioli, książce Sida Lowe’a, opowieściach o Louisie van Gaalu i Robercie Enke, autobiografii Luisa Suareza oraz książce o La Masii). SQN słusznie założyło, że dobrym kandydatem na autora opowieści o najnowszej historii jest zwinny w dziennikarskich opowieściach Leszek Orłowski. Wydawca ma pewność, że tego dziennikarza kibic zna.

Przygotowanie merytoryczne Orłowskiego jest jak zwykle bez zarzutu. Książkę napisał na podstawie skrupulatnych notatek, które wykorzystywał podczas transmisji. Z oceną niektórych wydarzeń, można polemizować, ale ogólna wymowa niczym nie zaskakuje.

Dość monotonny przedmiot rozprawy ożywiają ciekawe porównania. Orłowski ma dobry język, stara się co jakiś czas obudzić czytelnika. Ale przy takiej opowieści nie jest to łatwe. Ile historii z tych zawartych w książce przeciętny czytelnik pozna po raz pierwszy? Obawiam się, że niewiele. Zarzut to do autora być może niesprawiedliwy, bo trudno oczekiwać od dziennikarza i komentatora, który pracuje w Warszawie, żeby odkrył przed nami tajemnice Camp Nou i Ciutat Esportiva Joan Gamper, gdzie toczy się codzienne życie drużyny.

Książka przypomina trochę jazdę obowiązkową – Cruyff, Rijkaard, Paryż, degrengolada, pozbycie się balastu i nadejście Guardioli, które zaczyna nowy cykl. Kibice Barcelony wszystko to znają, ale powspominać miło. Drużyna wychowanków, koronacja Messiego, wojny z Mourinho, Rzym i Londyn. Potem sezony Tito i Taty, dalej Lucho wchodzący z drużyną na szczyt.

Każdy z nas narysowałby tę dekadę podobnie. Leszek Orłowski nie miał ambicji dokonania żadnego odkrycia. Ostatnią dekadę Barcelony opisuje bardzo sprawnie. Jasno opisuje barcelońskie mechanizmy – jakie były przyczyny kolejnych ruchów transferowych, jak zmieniała się taktyka, w jakich warunkach pracowali kolejni trenerzy. Orłowski zarzeka się, że książka nie jest kroniką, choć wcale nie jest do niej daleko. Nie jest to wada. W „Złotej dekadzie” wszystko jest na swoim miejscu.

The Final SeasonTytuł: The Final Season: The Footballers Who Fought and Died in the Great War
Autor: Nigel McCrery
Wydawnictwo:
Random House Books, 2014

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Boiska zamienili na okopy. Brytyjscy piłkarze, którzy w 1914 roku zaciągali się do wojska, nie wiedzieli, że mają niewielkie szanse na powrót do domu. W Wielkiej Wojnie, jak ją krótko potem nazwano, zginęło wielu bohaterów angielskich stadionów.

Jeden z bohaterów książki, Walter Tull, był trzecim w historii Football League piłkarzem innego koloru skóry, niż biały. Urodził się w 1888 roku. Po śmierci obojga rodziców trafił do sierocińca. Jego brata adoptował dentysta z Glasgow. Edward Tull poszedł w jego ślady i został pierwszym czarnym stomatologiem w Wielkiej Brytanii. Walter został w Londynie i dostał szansę gry w klubie Clapton. W latach 1909-11 grał w ataku Tottenhamu. Zarabiał maksymalną stawkę dla zawodowca – 4 funty tygodniowo, czyli równowartość dzisiejszych 400. Jako syna Barbadosana, potomka niewolników, regularnie lżono go z trybun. Tull trafił do rezerw Spurs, ale wyciągnął go stamtąd Herbert Chapman. Legendarny manager Arsenalu pracował wtedy w Northampton Town. Ściągnął go do drużyny, w której ten zagrał 111 meczów. Ostatni w 1914, krótko zanim zaciągnął się do wojska.

Piłkarze byli wtedy na cenzurowanym. Gdy wybuchła wojna, a wciąż rozgrywano mecze i to na pełnych stadionach, część opinii publicznej była oburzona. Pojawiły się opinie, że król Grzegorz V powinien zrezygnować z patronowania Football Association. Sir Arthur Conan Doyle apelował w prasie, by obudzić w piłkarzach patriotycznego ducha. Jeśli ktoś jest zdolny do gry w piłkę, to może też stanąć na polu bitwy.

Walter Tull jak wielu zawodników, sam zgłosił się do tzw. Batalionu Piłkarskiego (17th (Service) Battalion, Middlesex Regiment). Po szkoleniu trafił w okopy bitwy nad Sommą, największej w I wojnie światowej. Po trzech dniach nieustannego, największego wówczas ostrzału artyleryjskiego w historii, alianci zostali zaatakowani gazem. Tull, w stanie szoku wrócił do Anglii, trafił do szpitala. Kiedy znów trafił na pierwszą linię frontu, został podporucznikiem, choć oficjalnie przepisy na to nie pozwalały. Żołnierze, których przepisy kwalifikowały jako „aliens” i „negroes”, nie mogli mieć zostać oficerami.

Za zasługi na polu walki, już jako jeden z dowódców, Tull został odznaczony. Niemiecka kula dosięgła go 8 marca 1918 roku. Koledzy chcieli dotrzeć do jego ciała, próbował m.in. Tom Bilingham, w cywilu bramkarz Leicester Foose, ale okazało się to niemożliwe. – Dla swojej ojczyzny poniósł największą ofiarę – przeczytał w telegramie Edward Tull. Pomnik poświecony Walterowi Tullowi stoi dziś obok Sixfields Stadium w Northampton.

Trwająca od lipca do listopada 1916 roku bitwa nad Sommą pochłonęła życie 485 tys. brytyjskich i francuskich żołnierzy (inni autorzy podają jeszcze wyższe liczby). 72 tys. ciał nie odnaleziono. Tylko w czasie pierwszego dnia szturmu Brytyjczycy stracili blisko 60 tys. ludzi. Po stronie państw centralnych zginęło 630 tys. osób. Efekt gigantycznej ofensywy to przesunięcie linii frontu o 10 km na odcinku 25 km.

„Arsene Who?” i piłka w czasie okupacji

Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy

Tytuł: Arsene Wenger. Generał i jego Kanonierzy
Autor: John Cross, tłum. Bartosz Sałbut
Wydawnictwo:
SQN, 2016

O ile łatwiejsze życie miałby Arsène Wenger, gdyby robił to, czego oczekują od niego kibice. Czy leżące na koncie pieniądze nie byłoby lepiej wydać na środkowego napastnika? We wrześniowych meczach wystarczyłoby więcej, niż zwykle, szaleńczych podskoków przy linii bocznej. Eksperci to kochają, nazywają przekazywaniem pasji zawodnikom. Francuz mógłby robić to, na co ludzie czekają, ale wtedy nie byłby sobą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

O ile o źródła jego transferowej wstrzemięźliwości są dość dobrze rozpoznane, to powody zachowania managera na ławce zaskakują. W 2014 roku Wenger był w bardzo trudnej sytuacji. Oddech dało mu zwycięstwo w Pucharze Anglii. Ale kiedy sięgał po trofeum, starał się nie komenderować zawodnikami ze swojej strefy technicznej. – Czasami podejmuję świadomy wysiłek, by rzadziej wstawać z miejsce i podchodzić do linii bocznej. Tak to już jest, że człowiek przy linii bocznej jest cały spięty. Można w ten sposób wywrzeć negatywny wpływ na zawodników – tłumaczy Wenger. Ciekawe tym bardziej, że wielu trenerów uprawia przy linii bocznej show, które ma dodać energii zawodnikom albo chociaż przekazać widzom, że trenerowi zależy. Wenger wiele razy wściekał się na piłkarzy, ale stara się na nich nie krzyczeć. Boi się, że to mogłoby ich zablokować.

Wierność swoim zasadom to cecha Wengera, którą John Cross podkreśla co kilka stron. Dziennikarz, który pisze o Arsenalu w „Daily Mail”, książkę „Arsene Wenger: The Inside Story of Arsenal Under Wenger” wydał w zeszłym roku. Polska edycja została uaktualniona o ostatni sezon.

To droga od pytań „Arsene Who?”, gdy Wenger był odbierany jako krzyżówka francuskiego profesorka i inspektora Clouseau, do ikony Premier League. Kiedy dwie dekady temu Francuz trafił do Anglii, liga nie przypominała międzynarodowej maszynki do zarabiania pieniędzy, którą jest obecnie. Grający na zabytkowym Highbury Arsenal miał w drużynie kilku alkoholików, jedynego w lidze trenera spoza Wysp i sporo wewnętrznych problemów. Wtorkowe imprezy kończyły się w czwartek, o diecie nikt nie słyszał, a na boisku drużyna pozostawała synonimem nudnej gry. Na pierwszy trening Wenger przyjechał metrem. W dość krótkim czasie osiągnął spektakularne sukcesy. Klub przeszedł rewolucję na niemal wszystkich polach, ale Francuz postawił na odziedziczoną po poprzednikach defensywę, która przerastała wszystkie kolejne (David Seaman, Tony Adams, Steve Bould, Lee Dixon, Martin Keown i Nigel Winterburn).

Niemal jak Wenger w Arsenalu, po ciekawym początku, wpadamy na mielizny. Musimy przejść przez kolejne sezony i dylematy Wengera. Najlepiej wypada druga połowa książki. Wenger tłumaczy zasady, które doprowadziły go do tego, że jako utytułowany trener, w swoim 1000. meczu w Arsenalu przeżył koszmar pt. „0:6 z Chelsea”. Wiele osiągnął, ale na koncie ma też porażki. Często zżera go frustracja.

Nawet w chudych latach Arsenalu Wengera, wyniki były lepsze, niż w wielu klubach, które wcześniej budowały swoje stadiony. Klub zaciskał pasa, ale miało to sens. W swoim długofalowym planie, Francuz nie przewidział dwóch wydarzeń. Rzeka pieniędzy popłynęła do dwóch klubów, które w krótkim czasie przeskoczyły Arsenal finansowo i sportowo. Chelsea i Manchester City zaczęły operować kwotami, o których Wenger mógł tylko pomarzyć. Trofea znów się oddaliły. Celem Arsenalu była czołowa czwórka, czyli gra w Lidze Mistrzów. Wenger nie ukrywał, że to dla niego ważniejsze, niż wygranie Pucharu Anglii, czy Pucharu Ligi Angielskiej. Głównie chodziło o pieniądze, ale nie tylko. – Gdy chcę pozyskać najlepszych piłkarzy, to nie pytają, czy klub zdobył te puchary, ale czy gra w Lidze Mistrzów – mówi Wenger.

Portret dość kompleksowy, 400 stron dobrej roboty. Książka ciekawsza od wydanej także przez SQN autobiografii Tony’ego Adamsa. Ale o tym w kolejnym wpisie w ramach „Czytelni”.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Piłka nożna w okupowanym KrakowiePiłka nożna w okupowanym Krakowie
Autor: Stanisław Chemicz
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie, 1982

Zaplanowane na 3 września 1939 roku derby Cracovia – Wisła już się nie odbyły. Część piłkarzy była już na froncie, inni uciekali na wschód. Pierwszy mecz w warunkach okupacji rozegrano 22 października. W Bronowicach starcie Wisły z Krowodrzą oglądały ponoć 4 tys. kibiców. Wiosną 1940 roku zaczęto organizować mistrzostwa Krakowa.

Książka o warszawskich meczach w czasie okupacji tak mnie wciągnęła, że będąc w stolicy wybrałem się do Parku Żeromskiego. W piłkę grano tam nielegalnie, z narażeniem życia. Podobna książka, o piłce w Krakowie, powstała w latach 80. Autorem jest Stanisław Chemicz, piłkarska gwiazda Cracovii i trenerska Wisły Kraków. Były zawodnik wydał skróconą wersję swojej rozprawy doktorskiej.

W pierwszych meczach po kampanii wrześniowej, jak na podwórku, jedna drużyna grała w koszulkach, a druga bez. – Nawet był taki mecz między Cracovią i Wisłą, gdzie losowaliśmy, kto ma grać w koszulkach i tak się złożyło, że Wisła grała w koszulkach należących do Cracovii – wspominał Mieczysław Gracz.

Z czasem nasiliły się łapanki i represje. W drugiej połowie 1942 roku życie piłkarskie zamarło całkowicie. Po informacji o zasadzce gestapo, w sierpniu odwołano derby. Rok później władze rozgrywki znów stanęły pod znakiem zapytania, ale z innych powodów. W meczu Łagiewianka – Wisła gościom groziło pobicie. Zwołano delegatów zespołów „celem zastanowienia się, czy w tych warunkach możliwe jest kontynuowanie zawodów o mistrzostwo”. Napięcie wśród zespołów było tak duże, że ustalono, że pojawił się pomysł, by gospodarze boisk nie będą grali u siebie. W 1944 roku doszło do rozłamu. Powodem był m.in. spór o liczbę drużyn w rozgrywkach. Część klubów powołała swoje rozgrywki. – Zarząd Bocheńskiego KS w Bochni oświadcza, że nie przystępuje do jakiegokolwiek nowego tworu mającego na celu siać ferment i niezgodę (…), a zorganizowanego przez osobników chytrych i niepoczytalnych – brzmiało jedno z oświadczeń.

Niesamowitą historię ze swojego życia opowiada Władysław Giergiel. Latem 1943 roku piłki w Krakowie było niewiele i wiślacy planowali kolejny mecz w Warszawie. – Coś mi mówiło, żeby nie jechać – opowiadał Giergiel. O 3 nad ranem pociąg wypełniony niemieckimi żołnierzami ostrzelali partyzanci. – Kula, która mnie ugodziła, trafiła najpierw w szynę tworzącą obramienie drzwi i odbiła się rykoszetem już spłaszczona, a więc powodując rany szczególnie rozległe. Najpierw przebiła mięsień lewej nogi, a potem w prawej nodze strzaskała mi kość w aż dziewięciu miejscach.

Władysław Giergiel wrócił do piłki. Po wojnie zaliczył nawet występ w reprezentacji. Został trenerem, prowadził kilkanaście zespołów. Zmarł w 1991 roku.

Cracovia i pluszowy apartheid

Cracovia znaczy Kraków

Tytuł: Cracovia znaczy Kraków
Autor: Tomasz Gawędzki
Wydawnictwo:
SQN, 2016

Z Parku Jordana, przez Błonia, do obecnego stadionu przy Kałuży. W książce o historii Cracovii mkniemy przez 110 lat polskiej piłki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W 1910 roku, żeby dotrzeć z Krakowa do Warszawy, niezbędny był paszport. Nie dostał go Richard Singer, który razem z Cracovią miał pojechać na mecze z Varsovią i Koroną. Ominęła go nie tylko walka na boisku, ale także szczegółowa kontrola na granicy rosyjsko-austriackiej. Żandarmeria chciała skonfiskować biało-czerwone koszulki jako „nielegalne polskie flagi”. Co gorsza, w torbach znaleziono „wywrotowe książki” – przepisy do gry w piłkę nożną wydrukowane w Krakowie przez Anglika. Pomogły wyjaśnienia, że książki to prezent dla Warszawskiego Koła Sportowego. Na boisku prezentów już nie było. Cracovia pokonała Koronę Warszawa 10:0.

W książce Tomasza Gawędzkiego najbardziej spodobały mi się cytaty z prasy. W 1922 roku, gdy Cracovia rozbiła na wyjeździe Ruch 7:0 a na stadion przyszło 800 osób, „Przegląd Sportowy” miał dla klubu ze Śląska kilka porad.

„Publiczność w obu dniach znikoma (najwyżej 800 osób). Niemcy na mecze polskich drużyn nie chodzą, polscy zaś robotnicy wolą spędzać niedziele na piciu i tańcach (…). Na zakończenie przyjacielska rada dla braci sportowców z Górnego Śląska. Jeśli chcą, aby goście od nich odjeżdżali zupełnie zadowoleni z przyjęcia, to powinni: 1) wystarać się o lepszy nocleg, niż na siennika w szkole, zajętej przez wojsko (…) 2) zaprowadzić ich na boisko, by nie byli zmuszeni prawie godzinę błądzić po mieście (…) 3) rozegrać mecz w takim czasie, by goście mogli odjechać ostatnim wieczornym pociągiem”.

Fascynujące są m.in. fragmenty o meczach w czasie okupacji, podróżach na mecze saniami i noworocznych treningach, tradycji przecież wyjątkowej. 1 stycznia 1930 po sylwestrowej zabawie na mecz nie dojechał zespół z Załęża. W Nowy Rok Cracovia wewnętrzne mecze gra do dziś.

Materiałów na świetne historie jest tutaj mnóstwo. Józef Piłsudski na meczu, remis na Les Corts w Barcelonie, czy relacja z meczu reprezentacji, gdzie na 13 powołanych zawodników, 7 grało w Cracovii. Ale jak opowiedzieć 110 lat na 440 stronach? Ciężko, jeśli chce się opisać każdy sezon, w którym klub nie był na peryferiach.

Książka Gawędzkiego nie jest wielką opowieścią o najstarszym polskim klubie. To bardziej opis przedwojennych meczów, relacja z kolejnych sezonów. Rzetelna robota. Największy problem to brak bohaterów. To oni powinni prowadzić nas przez kolejne okresy w historii klubu. Choć wielkich postaci w historii nie brakuje, to autor postawił na systematyczne opisywanie kolejnych rozgrywek. Wiele fragmentów to mielizny, w których za dużo wyników, a za mało żywych postaci. A kto nie chciałby przeczytać o piłkarzach, którzy wygrali mecz 2,5:1?

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Aborygeni i konsumenci

Tytuł: Aborygeni i konsumenci. O kibicowskiej wspólnocie, komercjalizacji futbolu i stadionowym apartheidzie
Autor: Dominik Antonowicz, Radosław Kossakowski, Tomasz Szlendal
Wydawnictwo: Wydawnictwo Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, 2015

Pluszowy apartheid w czasach supermarketyzacji futbolu. To brzmi poważnie. Odczucia kibiców, które lądują na twitterze jako #AgainstModernFootball, filozofowie z PAN usystematyzowali i wydali jako pozycję naukową.

O tym, że sprawa jest poważna, mówi choćby 20-stronicowa bibliografia. Wydawcą książki jest Instytut Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk a pieniądze dołożył Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Tytuł wprowadzenia mówi o kibicach industrialnych, czyli starego typu, w turbokapitalizmie. Ci kibice, przeciwnicy supermarketyzacji piłki nożnej, to często tytułowi „aborygeni”, ulokowani na peryferiach piłki nożnej. Dzicy, niepotrafiący dostosować się do rzeczywistości.

Autorzy, za Immanuelem Wallersteien, dzielą piłkarski świat na futbolowe centrum, peryferia i półperyferia. Te ostatnie, wielkie kluby kolonizują, np. dzięki letnim tournee. Jako przykład wymienieni są polscy kibice Barcelony, którzy w 2013 roku wspierali swój klub w towarzyskim meczu z Lechią. Byłem, widziałem, choć to był tylko sparing, sam z zadowoleniem oglądałem zrywy Neymara, a nie Piotra Grzelczaka, choć ten drugi strzelił ładniejszego gola. Autorzy są dość radykalni. Efekty raportu Taylora nazywają „tyranią bezpieczeństwa”, krytykują wysokie kary za odpalanie rac na polskich stadionach. Sporo tu ciekawych, choć znanych przykładów, choćby klubu Red Bull Salzburg. Z oceną wydarzeń krajowych można polemizować. Zdaniem autorów „straszenie kibolstwem” było elementem strategii wyborczej w 2011 roku i miał służyć „stygmatyzacji zwolenników PiS”.

Interesujący jest m.in. wątek o nowych obiektach, na których grają piłkarze. Sam staram się jeździć na stadiony z historią. Na nowych nie ma w nich ducha, ale przynoszą konkretne pieniądze. Pierwszym stadionem czwartej generacji była Amsterdam Arena – obiekt wygodny, również na koncert, ze skyboxami i sklepami. Na stadionie piątej generacji, boisko jest już tylko dodatkiem. Stadiony-miasta to w większości centra rozrywki – kina, centra handlowe, hotele. Miejsca, gdzie wszystkie potrzeby konsumenckie mogą zostać zaspokojone. Wśród nich koncert Madonny lub obejrzenie meczu, w zależności, od tego, co jest w ten weekend w programie.

Komercjalizacja, która zżera istotę futbolu, postępuje z każdym rokiem. W niektórych krajach utowarowienie kibica sprawiło, że fani nowego typu, śpiewów nie lubią. Krzyki oddalają nowego kibica od poczucia bezpieczeństwa, wzoru zachowań, które zna z centrum handlowego. Słusznie piętnowana jest w książce niechęć UEFA do miejsc stojących nazywają nieracjonalną. Działają doskonale w Bundeslidze, nie powodując żadnego wzrostu agresji.

W Polsce, kibice hardcore’owi zapewniają wrażenia, za które ci „normalni” są w stanie zapłacić. Akurat do tej tezy nie ma żadnych przypisów. Szkoda, bo jestem ciekaw, ile osób faktycznie woli zapłacić więcej za zorganizowany doping na przeciwległej trybunie.

Wilimowski

Wilimowski Jergović

Tytuł: Wilimowski
Autor: Milijenko Jergović, tłum. Magdalena Petryńska
Wydawnictwo:
Książkowe klimaty, 2016

Brazylia: Batatais, Machado, Hércules, Lopes, Leônidas, Martim, Perácio, Romeu, Zezé Procópio, Domingos Da Guia, Afonsinho.
Polska: Madejski, Piec, Scherfke, Wilimowski, Wodarz, Szczepaniak, Dytko, Piontek, Góra, Nyc, Gałecki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

 

Ernest Wilimowski w tej krótkiej powieści pojawia się tylko pośrednio. Jest dla bohaterów postacią, o której wyczynach usłyszeli dzięki wielkiej antenie, wywołującej trwogę u mieszkańców osady w Dalmacji. Wilimowski daje nadzieję, pozwala uciec do innego, być może bardziej realnego świata.

Lato 1938 roku. Przez jugosłowiańską, górską wioskę przechodzi osobliwy orszak – niesione, chore na gruźlicę kości dziecko (w którym miejscowi chcą widzieć szatana), jego ojciec – krakowski profesor, nauczyciel oraz opiekunka. Szukają hotelu, o którym nie mają pewności, że istnieje. 5 czerwca słuchają radiowej relacji z meczu mistrzostw świata. Ernest Wilimowski strzela 4 bramki, ale Polska i tak przegrywa z Brazylią.

Milijenko Jergović, kibic Željezničara Sarajewo, wielokrotnie podpadł chorwackiemu establishmentowi, więc pierwsze wydanie jego najnowszej książki miało miejsce w Polsce. Niektórzy ktytycy nazywają go najważniejszym współczesnym pisarzem bałkańskim. W „Wilimowskim” połączył klimat „Czarodziejskiej góry”, wiejskich legend i „The Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona. To historia bez wyraźnej puenty, opowiedziana przez narratora, który nie wie wszystkiego. Piłka jest tu zarówno obrzędem, jak i wstępem do wojny. Katastrofę już widać na horyzoncie.

Historię Wilimowskiego, który urodził się dokładnie sto lat temu, kibice znają. Ernst Otto Prandella został adoptowany przez drugiego męża swojej matki. Górnoślązak, piłkarz niemieckiego 1. FC Kattowitz i polskiego Ruchu Hajduki Wielkie. Grał w reprezentacji Polski a w latach 1941-42 osiem razy w kadrze III Rzeszy. Po wojnie do Polski nie wrócił, bał się, wielokrotnie prasa opisywała go jako zdrajcę. Zmarł w 1997 roku w Karlsruhe. Od dawna słychać o mającej powstać biografii opisującej życie być może najlepszego polskiego piłkarza.

Autora opowiadającego o książce można poczytać tutaj i posłuchać tutaj. Fragment książki tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Siła marzeń. Tajemnica sukcesu FC BarcelonaSiła marzeń. Tajemnica sukcesu FC Barcelona
Autor: Albert Puig, tłum. Tomasz Wiśniowski
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2012

Cieniutka książeczka napisana została głównie z myślą o rodzicach. Ci, którzy stają się fanatykami piłkarskiego talentu swoich dzieci, zazwyczaj im szkodzą.

W 2007 roku zespół Alevin B FC Barcelony celowo dał sobie strzelić bramkę. Chwilę wcześniej Blaugrana trafiła do siatki wskutek nieporozumienia. Jeden z zawodników nie domyślił się, że piłkę trzeba oddać, bo Espanyol wybił ją na aut w celu udzielenia pomocy medycznej kontuzjowanemu zawodnikowi. Za gest, który w piłce młodzieżowej powinien być normą, posypały się nagrody fair play. Padła też propozycja, by trener 11-latków napisał książkę.

W latach 2010-14 Albert Puig był jednym z koordynatorów w La Masii. Teraz łączy pracę w Cordobie i piłkarskiej federacji Gabonu. W 2009 roku, gdy pisał książkę, był jednym z trenerów w La Masii. Projekt firmował klub, więc autorowi nikt nie odmówił kilku zdań.

Tytułowych tajemnic sukcesu nie poznamy, większość książki jest wtórna. Ale niektórzy rodzice mogą do niej zajrzeć. Wygrywać czy wychowywać? Uczestniczyć czy rywalizować. O ile o samotności Andresa Iniesty w La Masii słyszał każdy, to kilka opinii zapada w pamięć. Swoje robią też nazwiska osób, które zdołał przepytać Puig. – Piłkarz musi ufać trenerowi, a ten nie może go oszukać. (…) Wraz z pierwszym kłamstwem, traci się zawodnika bezpowrotnie – mówi Pep Guardiola.

Luis Enrique opowiada, w czym pomógł mu futsal. Wspomina, jak w Sportingu Gijon podziękowano dwóm nastolatkom – jemu i Abelardo. Jedynym w całym regionie, którzy kilkanaście lat później mieli po 50 występów w reprezentacji. – Na czym ludziom w Sportingu wtedy zależało? Żeby wychowywać piłkarzy czy żeby wygrywać mecze? – pyta Lucho.

Nie wszyscy wychowankowie Barcelony mają podobne zdanie na każdy temat. – Bardziej cenię tego, który korzysta z talentu, niż takiego, który mocno się stara – mówi znany z niechęci do biegania Charly Rexach. Carlesowi Puyolowi z kolei nikt nigdy nie powiedział, że nie dał z siebie wszystkiego. Przeciwnie, kilku trenerów poprosiło go, żeby na treningach trochę przyhamował.

Thierry Henry porównuje sport w Europie i USA, gdzie częściej zajęcia sportowe są zintegrowane z lekcjami w szkole. – Za oceanem sport jest wszędzie. W Europie wielu wystarcza godzina w tygodniu – mówi Henry. Mazinho, ojciec Thiago i Rafy Alcantary, nie uważa, że dzieci powinny słyszeć, że w sporcie najważniejsze jest uczestnictwo. – Chodzi o rywalizację – mówi. Wymagania w Barcelonie są specyficzne. Kiedy drużyna młodzieżowa Xaviego zakończyła passę 24 zwycięstw z rzędu, rozgrywający płakał w poduszkę.

Śmieciowy futbol

Futbolowa rewolucja

Tytuł: Futbolowa rewolucja. Kibice wkraczają do gry
Autor: Jim Keoghan, tłum. Janusz Zołociński
Wydawnictwo:
Ciepło/Zimno, 2016

Na każdą porywającą serce historię o Wimbledonie, który odrodził się dzięki kibicom, przypada przynajmniej jedna, gdzie kibice nie dali rady przejąć klubu i kolejna, w której objęli władze i nie dali rady go podźwignąć.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To książka dla tych, którzy chcą iść na mecz bez uczucia, że kupują bilet jak na blockbuster w multipleksie. Siedząc na trybunach nie chcą być klientem i są gotowi na zawsze pożegnać się z marzeniami o pucharach. Jeszcze w 1960 roku maksymalna stawka dla piłkarza wynosiła 20 funtów i była o 5 wyższa, niż średnia pensja robotnika. Limit zniesiono a zabawa na całego zaczęła się od powstania Premier League i kontraktu z telewizją BSkyB. W latach 1992-2002 płace piłkarzy wzrosły o 1508 proc. Płaca robotnika o 186. Równie mocno jak pensje, poszły w górę ceny biletów. Stojącego za bramką robotnika wymieniono tam na zajadającego kanapkę z krewetkami pracownika biurowego. W 1990 roku najtańsze bilety na Arsenal, czy Liverpool, kosztowały 4-5 funtów. W roku 2011 45-51. Premier League oderwała się od reszty ligowej piramidy. W latach 60. czwartoligowy mecz kosztował tylko o 1/4 mniej, niż w First Division. Teraz Premier League jest droższa o ponad 250 proc.

W 1992 na skraju bankructwa stanęło Northampton Town. Jeszcze w latach 50. kibice klubu, za pomoc w sfinansowaniu oświetlania, dostali naszywkę a jeden z nich prawo do corocznego wypicia drinka z władzami klubu. Tym razem, gdy fani Northampton wykupili klub, postanowili nim zarządzać.

Za oddolnymi i spontanicznymi akcjami stoją ludzie, którzy toną w papierach i użerają się z biurokracją. Jim Keoghan tłumaczy jak zbierano kapitał, przekonywano syndyka i radzono sobie z zarządem komisarycznym. W 2011 roku, w ustawie o decentralizacji uprawnień decyzyjnych zapisano, że lokalna społeczność może wykupić „aktywa o wartości społecznej”. Pierwszeństwo w wykupieniu sklepiku wiejskiego, pubu, czy stadionu, które zostały wpisany na listę, mają mieszkańcy.

Autor Jim Keoghan to fan Evertonu, któremu rodzice powiedzieli, że do kibiców Liverpoolu Święty Mikołaj nie przychodzi. Nie ucieka od historii, z których nie warto brać przykładu. Mamy więc osobny rozdział o ikonie ruchu AFC Wimbedon, FC United of Manchester, czy Exeter City, ale wiemy też, gdzie sprawy poszły nie tak, jak planowano. W tym gronie są takie kluby jak Notts County, najstarszy zawodowy klub na świecie, York City, Brentford FC, czy Stockport County, które po przejęciu przez kibiców utknęło w niższych ligach. Wartość wielkich klubów jest tak ogromna, że kibicom trudno myśleć o ich przejęciu. Ale próbują. W Arsenalu, którego pojedyncza akcja jest wyjątkowo droga, dzięki organizacji kibicowskiej, dzięki stowarzyszeniu kibiców, można kupić jej część.

Punk football ostatnio święci triumfy w Wielkiej Brytanii, ale ten model jest wymagany prawem w Niemczech. Keoghan opisuje, jak wymóg „50%+1” obchodzi RB Lipsk. Europejska moda dotarła także nad Wisłę. Pierwszym polskim klubem, który przedstawia się jako demokratyczny, jest AKS Zły. W tym sezonie wystawi dwie drużyny – męską i żeńską, w B-klasie i III lidze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession

Tytuł: Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession
Autor: Iain Macintosh, Kenny Millar, Neil White
Wydawnictwo:
BackPage Press, 2012

„Miałem dziewczyny, których nie kochałem tak bardzo, jak Sothend United, z którymi wygrałem Puchar UEFA (CM97/98), przyjaciół, których znałem słabiej, niż rezerwy Nottingham Forest (CM01/02). Dlaczego nigdy siedziałem przed komputerem do 3 nad ranem, żeby pisać książkę, a robiłem to wielokrotnie, gdy wprowadzałem Welling do Conference South (FM07)?” – pisze Iain Macintosh, dziennikarz „The Guardiana”. Z pytaniami, czy uzależnienie od Football Managera niszczy jego życie, trafił na kozetkę psychoanalityka (to świetne i zabawne opowiadanie można przeczytać tutaj).

Młodych ludzi, którzy kładli się do łóżka myśląc o wyczynach geniuszy piłki z „finishing”, czy „dribbling” 20, można liczyć w milionach. Cherno Samba, w grze godny następca Pelego, opowiada, że z łatką gwiazdy CM-a, żyje od dekady. – Podaję kartę w sklepie, ktoś patrzy na moje nazwisko i zaczyna opowiadać, ile trofeów razem wygraliśmy – opowiada. Takich wypowiedzi zebrano w książce kilkadziesiąt. Gareth Jelleyman ciągle słyszy co się stało, skoro w grze był wielki, a kariery nie zrobił. Pedro Moutinho dostał kontrakt w Falkirk na podstawie statystyk z CM-a.

Opowiadania z cyklu footbal fiction porwą chyba tylko fanów, ale historie graczy są o wiele bardziej uniwersalne. O swoim życiu opowiadają ci, którzy dzięki grze znaleźli pracę oraz tacy, którzy szukając dobrego lewego obrońcy do Conference, zawalili studia. Simon Furnivall kopiąc ze złości w biurko cztery razy łamał sobie palce u stóp – najgorzej było, gdy Scunthorpe, walcząc o Premier League, przestrzeliło karnego w ostatniej minucie. Do wirtualnych bohaterów gracze piszą na Facebooku albo zatrzymują ich na ulicy. Inni lecą na drugi koniec Europy, do miejsca, gdzie odnieśli największe zwycięstwa w swoim życiu. Czytamy opowieści takich, którzy zakładali garnitury, gdy siadali przed komputerem, by zagrać w finale FA Cup.

Książka to kilkadziesiąt opowiadań, setki wypowiedzi. Głos zabierają autorzy gry, w tym pierwszej wersji z lat 80. (na 20 wydawców, 1 wyraził zainteresowanie). Kolejne odsłony Championship i Football Managera, zmieniły nie tylko życie niedoszłych gwiazd, ale też rzeczywistość niektórych klubów. W ramach rywalizacji na jednym z forów, należało osiągnąć jak najlepsze wyniki walijskim Bala Town. Klubowy twitter zaczął się zapychać od pytań o taktykę. Klub z czasem zaczął wchodzić w FM-owy świat, co spowodowało wzrost sprzedaży biletów i koszulek.

O godzinach spędzonych przed monitorem opowiada nawet Jonathan Wilson, taktyczny guru. W ramach eksperymentu, próbował odwracać taktyczną piramidę. Sunderland miał grać od 1-2-7, potem 2-3-5, W-M itd. – Dzięki tej grze każdy na świecie wie, kim jest AM R/L – opowiada.

– Przy biurku w redakcji Sunday Times, na pięć osób tylko jedna nie grała i to tylko dlatego, że bała się, że wpadnie w uzależnienie. Wcześniej myślałem, że jestem sam. Moje najlepsze chwile, League Cup z Stirling Albion i pomnik przed Forthbank, przeżywałem w samotności – pisze Neil White. Mam to samo. Grę rzuciłem dekadę temu, bo była zbyt czasochłonna. Ale Ligę Mistrzów wygraną z Milwall, z Juniorem Khanye, Fredym Guarinem i Lebohangiem Mokoeną, zdarza mi się wspominać do dziś.

Książka, którą powinien przeczytać Nawałka

Soccernomics

Tytuł: Soccernomics
Autor: Simon Kuper, Stefan Szymanski
Wydawnictwo:
Nation Books

Gdyby tę książkę przeczytał Adam Nawałka, Polska miałaby większe szanse na wygranie konkursu rzutów karnych z Portugalią. Szanse zwiększyłyby się tylko teoretycznie, ale jak wszystko w „Soccernomics”, to twierdzenie ma poparcie w liczbach.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Ignacio Palacios-Huerta w 2008 roku przesłał Avramowi Grantowi swoje przemyślenia na temat rzutów karnych. Chelsea przygotowywała się do finału Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Bask zauważył, że Van der Sar częściej, niż inni bramkarze, rzuca się w naturalną stronę strzelca (w finale 4 razy na 6 pierwszych prób). Jeśli karnego wykonuje prawonożny – rzuca się w swoją prawą stronę. Jeśli Ronaldo zatrzyma się przed karnym, na 85 proc. strzeli w prawy róg bramkarza. I najprostszy do realizacji punkt z rozpiski Baska – zwycięzca losowania nie ma nad czym myśleć – powinien wybrać możliwość strzelania karnych jako pierwszy. Losowanie wygrali United, a Rio Ferdinand, pytająco zerknął na ławkę rezerwowych. John Terry, który znał statystyki, zaoferował, że jego zespół może strzelić jako pierwszy. Ostatecznie United zaczęli konkurs jako pierwsi.

Opublikowane w 2003 roku badania Ignacia Palacios-Huerty pokazują, że na 129 konkursów rzutów karnych aż 60 proc. wygrał zespół strzelający jako pierwszy. Dowody na przewagę pierwszego strzelca są przytłaczające. W badaniach Kochera, Lenza i Suttera oraz statystykach firmy Prozone, wyniki były rozbieżne (od 53 do 75 proc.), ale za każdym razem większą szansę na wygraną mieli ci, którzy konkurs zaczynali. Robert Lewandowski na EURO 2016 dwukrotnie wygrał losowanie i dwa razy wybrał strzelanie po rywalach.

Zdaniem Bena Lyttletona, autora „Twelve yards”, książki o rzutach karnych, dodatkowa presja mogła przyczynić się do tego, że Jakub Błaszczykowski ruszył do wykonania karnego tuż po gwizdku (jak Thomas Müller z Włochami). To jeden z błędów, które świadczą o zbyt dużych nerwach. Są mniejsze, gdy karnego wykonuje się jako pierwszy w serii.

Prawd o karnych jest sporo. Tak naprawdę strzelec zależy tylko od siebie, bo jeśli uderzy dobrze – mocno, przy słupku, strzał jest nie do obrony. W związku z tym wskazane jest, żeby strzelający dużo wcześniej wiedział, gdzie strzeli. Jeśli w dniu meczu wstaje rano i wie, że uderzy w lewy róg, a na treningach trafiał w boczną siatkę 95 razy na sto, jest spokojniejszy. Róg powinien wybrać patrząc na swoje wcześniejsze karne i to tak, żeby kolejne strzały nie układały się w żaden wzór.

O rzutach karnych Simon Kuper (ma na koncie m.in. „Futbol w czasach Holokaustu”, „Football Men” i wiele rewelacyjnych artykułów, obecnie w „Financial Times”) oraz ekonomista Stefan Szymanski, napisali w „Soccernomics” ponad 20 stron, jak zawsze, żonglując cyframi i przykładami. Zgodnie z podtytułem, książka tłumaczy, dlaczego transfery są nietrafione, Hiszpania została mistrzem świata, a Anglia ciągle przegrywa. Autorzy wyjaśniają, dlaczego blondyni są droższymi piłkarzami (to nie żart), jakie jest powiązanie wydatków transferowych i wyników (spore), budżetu płac i wyników (ogromne), dlaczego gwiazdy turniejów są przepłacone a nowy manager powinien mieć zakaz robienia transferów.

Nawet historię Pucharu Europy można podzielić naukowo. Od 1956 do końca lat 60. wygrywały głównie kluby z krajów faszystowskich. 7 z 16 przegranych finalistów to kluby z faszystowskich stolic (Madryt, Lizbona, Ateny). Dalej mamy sukcesy małych miast, klubów z demoludów i tych, które w XIX wieku przeżyły boom gospodarczy. W sumie, przez 42 lata nie wygrała żadna drużyna ze stolicy demokratycznego państwa. Autorzy badali też, jak na możliwości reprezentacji wpływa bogacenie się społeczeństwa lub jego demokratyzacja. Ponad 400 stron świetnej lektury, na o wiele wyższym poziomie, niż wydane w Polsce „Futbol i statystyki”.

Życie jak dobry mecz

Tytuł: Życie jak dobry mecz
Autor: Włodzimierz Lubański, Michał Olszański
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Na „kulawiku”, piasku wymieszanym z żużlem w Sośnicy, dziś dzielnicy Gliwic, regularnie grało ok. 10 chłopaków. Czterech trafiło potem do I ligi – Joachim Marx, Krystian Hanke, Zygmunt Dudys i największa gwiazda przełomu lat 60. i 70. – Włodzimierz Lubański.

„Życie jak dobry mecz” to kolejne wspomnienia Lubańskiego. W 2008 roku wydał książkę z Przemysławem Słowińskim, wcześniej z Krzysztofem Wyrzykowskim. W wywiadzie rzece wydanym przez „Wydawnictwo Literackie”, pytania zadaje Michał Olszański, znany dziennikarz radiowej „Trójki” i prowadzący „Magazyn Ekspresu Reporterów” w TVP2. Ta książka przeszła niemalże bez echa i patrząc na jej zawartość, trudno się dziwić. Krótka, wygładzona, bez nowych faktów.

Historię Włodzimierza Lubańskiego poznajemy chronologicznie. Od Gliwic lat 60., przez wielkiego Górnika, finał PZP, reprezentację Górskiego, kontuzję, belgijskie Lokeren po piłkarską emeryturę we Francji. Najwięcej dowiedziałem się o końcówce kariery Lubańskiego. W wieku 35 lat dostał od Erwina Wilczka ofertę gry w Valenciennes. Trzy razy w tygodniu dojeżdżał na treningi ponad sto kilometrów. Efekt – 28 goli i tytuł króla strzelców w drugiej lidze francuskiej. Klub wpadł w kłopoty finansowe a w drugiej połowie sezonu na kontrakt Lubańskiego złożyli się kibice. W 1983 roku Lubański na dwa lata trafił do Quimpe. Stade Quimperois utrzymało się na zapleczu francuskiej ekstraklasy.

W telewizyjnym studiu Włodzimierz Lubański unika kontrowersji i nie używa kolokwializmów, ale w książce jego wypowiedzi chyba jeszcze poprawiono. Opowiada o „piłkarstwie”, „karierze sportowej”, „cennych nabytkach”. 75-krotny reprezentant Polski, jak to ma w zwyczaju, o nikim nie mówi źle. Opowiada co prawda, że Ernest Pohl był alkoholikiem a do Jacka Gmocha do dziś ma żal za mundial w Argentynie, ale to wszyscy wiemy. Kontrowersji, częstych ostatnio we wspomnieniach sportowców, brak. O korupcji, grając w Polsce w latach 60. i 70., Lubański nigdy nie słyszał.

Dużo miejsca, co naturalne, poświęcono kontuzji Lubańskiego w meczu z Anglią. Przez 40 lat temat przerobiono już na wszystkie strony, ale ta historia wręcz zaprasza do pisania alternatywnych historii. Co wydarzyłoby się na mistrzostwach w Niemczech, gdyby najlepszy napastnik był zdrowy? Jak potoczyłaby się kariera Lubańskiego, skoro w Lokeren jego kolano było sprawne na 70 proc.?