Archiwum kategorii: Czytelnia

Recenzje książek sportowych

Wyboje na drodze Adama Nawałki [RECENZJA]

Tytuł: Nawałka. Droga do perfekcji
Autor: Łukasz Olkowicz
Wydawnictwo:
Ringier Axel Springer Polska, 2016

Nawałka. Droga do perfekcjiKsiążka o Waldemarze Fornaliku byłaby nudna. Po lekturze biografii Franciszka Smudy zapewne bolałby brzuch. Obecny selekcjoner to temat ciekawy. Autokrata, który przez większość trenerskiej kariery ponosił porażki. Taki portret Adama Nawałki nakreślił Łukasz Olkowicz. Książka to rozszerzona i pogłębiona wersja reportaży, które Olkowicz pisał w odcinkach, na łamach „Przeglądu Sportowgo”. Zwarty, gazetowy styl, bardzo przypominający ten z książki Mateusza Migi o Wiśle Kraków.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Olkowicz zazwyczaj Nawałce nie słodzi, ale jest skupiony bardziej na jego zaletach, niż wadach. Po długim opisie, jak Nawałka naprawiał Świt Krzeszowice, przychodzi brutalna weryfikacja. 4 zwycięstwa, 24 porażki i aż 22 punkty straty do bezpiecznego miejsca. – Adam Nawałka to trener, który więcej przegrał, niż wygrał – mówił Olkowicz w programie „Stan futbolu”.

Głosu samego Nawałki w książce jest niewiele, bo po serii wywiadów na początku pracy jako selekcjoner, przestał udzielać indywidualnych wypowiedzi. Mówi na konferencjach prasowych, ale tak, że niewiele można z tego wycisnąć. Z dziennikarzami rozmawia, ale bez prawa wykorzystania cytatu. Nie wiemy więc jak Nawałka psychicznie radził sobie w USA, gdzie zaledwie kilka lat po świetnych meczach na mundialu, musiał podjąć niebezpieczną pracę na wysokościach. Od innych dowiadujemy się, jak reagował na kolejne kontuzje, które zakończyły jego karierę w wieku 28 lat. Ostatnie powołanie do kadry dostał 5 lat wcześniej. Ile prawdy w tym, że zaszkodził mu wyjazd na Kubę, gdzie wraz z innymi gwiazdami PRL miał umacniać socjalizm? Kilka pytań pozostaje otwartych.

Mówią inni, głównie ciekawie i pozytywnie, choć głosy krytyczne też się pojawiają. Łukasz Mazur krytykuje czteroletnią kadencję w Górniku Zabrze. Szpilki wbija też Orest Lenczyk. Okres w Zagłębiu Lubin to z kolei porażka tak wielka, że obrony tego okresu nikt się nie podejmuje.

Nawałka jawi się jako trener świadomy, tytan pracy, zwolennik dyscypliny. Seria anegdot z kolejnych klubów to różne pomysły Nawałki na przykręcanie śruby i ustawianie zawodników do pionu, by nie zapomnieli o jednym. Najważniejsza jest drużyna. Kiedy trzeba było, Nawałka nie wahał się o tym przypomnieć nawet własnej żonie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: The Football Men
Autor: Simon Kuper
Wydawnictwo: Simon & Schuster, 2011

The Football Men KuperPonad 60 portretów najlepszych na świecie piłkarzy i trenerów to nie jest dobry pomysł na ciekawą książkę. Chyba, że autorem jest Simon Kuper.

– Nigdy nie uważałem, że piłkarze mają coś specjalnego do powiedzenia. (…) Im byłem starszy, tym mniej uganiałem się za wypowiedziami zawodników. Nie jest to warte upokorzenia. (…) Mój kolega pracował jako tłumacz jednej z gwiazd Realu Madryt. Przed konferencja zapytał zawodnika, jaką wiadomość chce przekazać mediom. Piłkarz był zaskoczony. „Celem jest nic nie powiedzieć” – wytłumaczył – pisze Kuper. Kilkustronicowe portrety ukazywały się w Financial Times’ie, Observerze i The Times’ie. Tytuł nawiązuje do brytyjskiej klasyki, książki Arthura Hopcrafta z 1968 roku.

Tylko z niektórymi bohaterami Kuper spotkał się osobiście. Jak powtarza, nie zamierza tygodniami płaszczyć się przed rzecznikiem prasowym klubu, by dostać pozwolenie na 15-minutową rozmowę z piłkarzem, który posługuje się kilkoma wyuczonymi formułkami. Chwali sobie, że nie pisze stale o jednym klubie, bo dzięki temu może być krytyczny wobec zawodników.

Kuper zdołał ściągnąć do jednego pokoju Johnny’ego Repa i Bernda Hölzenbeina, którzy walczyli ze sobą w finale mundialu w 1974 roku. – Jak każdy uczestnik tego meczu, Niemiec został zamknięty w studiu przesłuchany przez holenderską i niemiecką telewizję. Prowadzący znał odpowiedź na każde pytanie zanim je zadał – pisze Kuper. I jak w każdym portrecie, stara się odsłonić coś nowego. I to mu się udaje.

Kiedy w 1998 roku pisał o Glennie Hoddle’u, zestawił go z Tony’m Blairem. Opisując Ruuda Gullita, zdobywcę Złotej Piłki, przez 4 z 5 stron, relacjonuje amatorski mecz. Gullit występował w piątym zespole AFC Amsterdam, który tamtego dnia grał z trzecią drużyną OSDO. Ani słowa o Milanie, czy EURO 1988. W tekście pojawiają się za to Yoko Ono, Nelson Mandela i Jezus.

Kibice grzebią w archiwach [RECENZJE KSIĄŻEK]

Tytuł: Zapomniane pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949
Autor: Sławomir Wojciechowski
Wydawnictwo: -, 2011

Zapomniane pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949Czy książka, która jest źle napisana, może być prawdziwą perełką? Otóż tak.

Zaczynamy od spotkania w 1920 roku, na którym klub powstał. Nie ma pewności, kiedy się odbyło, nie do końca wiemy, kto w nim uczestniczył, możemy natomiast wskazać, w jakim budynku do niego doszło. Prawdopodobnie. W dodatku tego budynku już nie ma.

Książka jest fascynująca, bo gdyby nie jej autor, Sławomir Wojciechowski, to nikt inny nie rzuciłby światła na tamten okres historii Polonii Bydgoszcz. Nie ma przesady, w stwierdzeniu, że ten okres zostałby zapomniany na zawsze. Taki był cel likwidacji klubu w czasach stalinowskich i przejęcia jego tradycji przez milicyjną Gwardię. To się udało. Przedwojenni poloniści byli niewygodni i odeszli w zapomnienie. Z czasem wielosekcyjny klub polskich patriotów zaczął być kojarzony z żużlowcami, za którymi stała Milicja.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Autor zaczynał niemal od zera. W dniu Wszystkich Świętych chodził na groby zmarłych polonistów. Liczył, że spotka krewnych, którzy mogą mieć przedwojenne pamiątki. Dotarł też do Edmunda Szumińskiego, którego opowieści są dużą częścią książki. Materiały zbierał przez wiele lat. Efektem jest żywa relację z działalności wielosekcyjnego klubu, prawdziwej sportowej rodziny.

Książka została wydana 5 lat temu i cały czas zdarza mi się do niej zajrzeć. Rozpływam się nad nią, choć jest napisana źle. Autor jest zafascynowany historią, ale styl pozostawia wiele do życzenia. Wielokrotnie drażni. Akcenty są błędnie rozłożone, za dużo uwagi poświęcono na monotonne relacje z meczów piłkarskich, zamiast na ludzkie historie, które są w tej książce fascynujące. Widać brak redaktorskiego wsparcia. Na 700, wydanych własnych sumptem stronach, można trafić na mielizny, ale książkę polecam każdemu zainteresowanemu historią polskiego sportu, jak i Bydgoszczy. Wyjątkowa pozycja.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Lechia – Juventus. Więcej, niż mecz
Autor: Mariusz Kordek, Karol Nawrocki
Wydawnictwo: Bernardinum, 2014

Lechia - Juventus. Więcej, niż meczTakie historie zdarzają się tylko w filmach. Trzecioligowiec pokonuje w pucharze krajowych potentatów a potem gra z jedną z najlepszą drużyn na świecie. Skoro to wydarzyło się naprawdę a mecz był polityczną manifestacją, gdzie fetowano człowieka, który kilka tygodni później nagrodzony Pokojową Nagrodą Nobla, to jest to temat na książkę.

Historia opisująca starcia Lechii Gdańsk z Juventusem pojawiła się w księgarniach na 30. rocznicę pucharowych starć, czyli 3 lata temu. To temat samograj. W historii Pucharu Zdobywców Pucharów tylko cztery kluby zdobyły prawo gry w tych rozgrywkach występując w trzeciej lidze. Oprócz Lechii to Stahl Eisenhüttenstadt (1991/92), Olympique Nîmes (1996/97) i Jeunesse Hautcharage (1971/72). W tych statystykach nie uwzględniono drużyn z Liechtenstenu i Walii. Zdobywając Puchar Polski, Lechia awansowała równocześnie do ówczesnej II ligi. Włochów przyjęła jako zespół z zaplecza ekstraklasy. Juventus z kolei w 1983 roku przegrał ligę z Romą, co nie przeszkodziło Michelowi Platiniemu zdobyć swojej pierwszej Złotej Piłki. Dzięki Pucharowi Włoch Juve wygrało tamtą edycję PZP a rok później Puchar Europy.

Najciekawsza postać w książce to Janusz Strzelecki vel Johnny River. Przedstawiony jako hochsztapler, który zwęszył swoją okazję, gdy biedna nawet jak na polskie warunki Lechia wylosowała jeden z najlepszych klubów świata. Możliwość swojego pobytu w Polsce River przedłuży zgłaszając się do SB i oferując swoje usługi. Dzięki niemu przed pierwszym meczem w Turynie, Polacy pojechali do Włoch na tournee. Ciekawych opowieści jest tu mnóstwo. Przewijają się zarówno Jan Paweł II, u którego audiencję chcieli zablokować partyjni notable, jak i „Nikoś”. Nikodem Skotarczak swoje jedyne w Polsce północnej białe cabrio stawiał przy północnej trybunie stadionu przy ul Traugutta. Oficjalnie pełnił funkcję kierownika drużyny rugbystów. Miało to niewiele wspólnego z prawdą, podobnie jak deklaracje kibiców, którzy pojechali na mecz w Turynie. Z orbisowską wycieczką do Włoch pojechało 90 osób. Niektórzy wybrali się całymi rodzinami zabierając dobytek całego życia. Do kraju wróciła blisko połowa. Aż 37 kibiców poprosiło we Włoszech o azyl polityczny.

Pierwszą część, tę piłkarską, napisał Mariusz Kordek. Zaglądamy do szatni, słuchamy jak mecze swojego życia wspominają zawodnicy. Autorem drugiej, o politycznej otoczce, jest Karol Nawrocki. – Z kilku względów autor zdecydował się na pozostanie przy formie tekstu stricte naukowego (aparat naukowy). Kalkulacja zysków i strat wypadła bowiem na korzyść zysków – pisze o sobie Nawrocki, pracownik gdańskiego oddziału IPN-u. Podczas kalkulacji musiało dojść do omyłki, bo momentami ciężko przez to przebrnąć. Zamiast napisać jedną spójną opowieść, swoją część napisał będący statystykiem kibic, a potem drugą, niespójną stylistycznie, stworzył historyk. Momentami opowiadają o tym samym. Zamiast połączyć wątki, stworzyli dwie książki w jednej.

Całość ratuje klimat epoki, który udało się zachować i dużo szczegółów. W książce są też bilety, kwity i świetne zdjęcia. Choć nie jest łatwo napisać dwustu stron o dwumeczu pierwszej rundy, to nie ma lania wody. Efekt bliższy wynikowi meczu z Gdańska, niż z Turynu.

Onyszko o nerkach i gejach. Trochę o piłce [RECENZJA]

Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak

Tytuł: Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie
Autor: Arkadiusz Onyszko, Izabela Koprowiak
Wydawnictwo: SQN, 2016

Najbardziej szczegółowa relacja w książce, dotyczy porodu. Arkadiusz Onyszko dzieli się refleksjami na temat mody męskiej, dowiadujemy się też, co myśli o seksie sado-maso. Szczegóły anatomiczne jednego z kolegów komentuje: „Ależ on miał zaganiacza…”. O sporcie jakby mniej.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Skupmy się jednak na futbolu. Mnie najbardziej zaciekawił okres, jaki Onyszko spędził w Zawiszy. Do Bydgoszczy trafił w wieku 15 lat. Miał zastąpić Andrzeja Brończyka. – Pił mnóstwo kawy, czasem 20 dziennie – wspomina Onyszko. Kiedy po dwóch miesiącach, mimo obietnic, młody bramkarz nie zaczął nauki w liceum, na Gdańską przyjechali rodzice. Zabrali syna do domu, do Lublina. Onyszce groziła dyskwalifikacja. Wrócił do Bydgoszczy, poznał kelnerkę z przystadionowej kawiarni. Szybko weźmie z nią ślub. O bydgoszczance będzie głośno przy okazji konfliktu z mężem, o którym pisały tabloidy.

Z igrzysk w Barcelonie, gdzie nie zagrał ani minuty, Onyszko wrócił z medalem i złotym polonezem. – W Zawiszy stałem się niepotrzebny. Myślałem, że to koniec mojej przygody z piłką. W klubie mnie nękano. W lecie, na mecze Pucharu Intertoto, Zawisza jeździł z jednym bramkarzem – opowiadał „Piłce Nożnej”. Onyszko był karany za odmowę wyjazdu do Maroka na mistrzostwa świata drużyn wojskowych. Onyszko tłumaczył, że u będącej w zaawansowanej ciąży żony, wystąpiły komplikacje. W 1993 roku bramkarz trafił do Legii Warszawa.

Główna oś książki to walka bramkarza z chorobą. Nie tylko zakończyła jego karierę, ale też zagrażała życiu. Po wielu perypetiach, Onyszko przeszedł przeszczep nerki. Bramkarz barwnie opisuje dekadę gry w Danii. Tam wydał książkę, która częściowo była źródłem jego kłopotów. Teraz też dzieli się swoją wizją świata. Znów atakuje gejów, którzy jak uważa, chcieli mu zaszkodzić („Byłem w szoku, że mają taką władzę”). Medalista z Barcelony krytykuje imigrantów z krajów arabskich. Uważa, że nie ma szans, żeby zintegrowali się z duńskim społeczeństwem. Na tej samej stronie pisze, jak wygląda życie skazanego wyrokiem karnym. Są to własne doświadczenia. W szatni trzymał się z Afrykańczykami. Różnica mentalności z Duńczykami była zbyt duża. Onyszko był tak przewrażliwiony na punkcie swojego pochodzenia, że gdy nalano mu do bidonu wody z kranu, był przekonany, że to efekt rasizmu. Kiedy pisze o przywiązaniu do katolicyzmu, płynnie przechodzi do swoich łóżkowych podbojów.

Książka jest dość krótka, czyta się dobrze i szybko. Rozłożenie akcentów czasem irytuje. Izabelę Koprowiak, autorkę dobrze odbieranej serii rozmów w „Przeglądzie Sportowym”, najbardziej interesuje to, co poza boiskiem. „Fucking Polak” to pozostawia wrażenie niedosytu. Tak jak kariera Arkadiusza Onyszki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Legia. 100 latLegia. 100 lat
Autor: Przemysław Bator
Wydawnictwo: Buchmann, 2016

Jedną rzecz trzeba ogłosić od razu. Ta porządnie wydana książka nie jest pomyślana dla tych kibiców Legii Warszawa, którzy żyją tym zespołem. Na 1000-stronicową księgę trzeba poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Graficznie i edytorsko książka jest dopieszczona. Tylko krótka – 130 stron tekstu i 40 stron świetnej jakości zdjęć. Do tego twarda okładka i autor – Przemysław Bator – od lat piszący o Legii w „Przeglądzie Sportowym”. To wydawnictwo klubowe, na stulecie Legii, więc co naturalne, prezentuje oficjalną wersję historii. Trudno mieć o to pretensje.

Do opisanych tu „Legend Legii” załapali się Boruc, Brychczy, Deyna, Dziekanowki, Gadocha, Grotyński, Kosecki, Kowalczyk, Pisz, Radović, Zieliński i Vejvoda. Druga część to notki o obecnych zawodnikach. Do tego parę stron statystyk i rozmówki z Aco Vukoviciem i Andrzejem Strejlauem. Książeczkę przeczytałem, co zajmuje chwilę, ale niczego nowego się nie dowiedziałem. Zakładam więc, że wiedzy kibica związanego z klubem od lat, ta pozycja też nie poszerzy. To dobry zakup dla młodego kibica albo prezent, który włodarze Legii mogą wręczać oficjelom.

We wrześniu PWN ma wydać liczącą 1000 stron klubową księgą. Autorami będą Wiktor Bołba (historyk Legii Warszawa i kustosz klubowego Muzeum), Adam Dawidziuk (dziennikarz „Przeglądu Sportowego”), Grzegorz Karpiński (wieloletni aktywista ruchu kibicowskiego i badacz historii Klubu) oraz Robert Piątek (dziennikarz i współtwórca „Naszej Legii”).

Piłkarscy inteligenci znów kopią [RECENZJA]

Kopalnia. Sztuka futbolu nr 3

Tytuł: Kopalnia. Sztuka futbolu nr 3
Autorzy: Rafał Stec, Wojciech Jagielski, Michał Szadkowski, Leszek Jarosz, Michał Zachodny, Manuel Veth, Piotr Żelazny, Michał Okoński, Olgierd Kwiatkowski, Rafał Lebiedziński, Christopher Lash, Maciej Kaliszuk, Mariusz Bielski, Magdalena Żywicka, Michał Trela, Jacek Staszak, Paweł Czado, Artur Szczepanik, Kuba Polkowski, Joanna Wiśniowska, Thomas Dudek, Łukasz Wiśniowski, Mirosław Żukowski, Łukasz Hassliebe.
Wydawnictwo: Kopalnia

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Pomysł na „Kopalnię” jest niezmienny. Futbol może być sposobem na opowiadanie o świecie. To odtrutka na portalozę. Ukojenie dla tych, którzy zastanawiają się czy przeglądając sportowe newsy, nie zostali przekierowani na Pudelka.

Nieregularnik, w przyszłości być może kwartalnik, „Kopalnia”, to polska odpowiedź na „Blizzarda”. – W zamyśle ostatni bastion wielkiego dziennikarstwa. To teksty, które w żadnej gazecie by się nie zmieściły – mówi Piotr Żelazny. Pierwszy, mundialowy numer, wyszedł w maju 2014. Drugi (o którym pisałem tutaj), wydany rok później, traktował o wielkich piłkarskich umysłach. Teraz przyszła kolej na władzę.

Wojciech Jagielski, największa niespodzianka wśród autorów, pisze o Tokyo Sexwale, Południowoafrykańczyku, który przed chwilą walczył o fotel szefa FIFA. Jak na ironię, tekst, w którym piłki jest najmniej, należy do najciekawszych. Życiorys Sexwalego to współczesna historia RPA w pigułce. Droga od więźnia politycznego do multimilionera.

Jeśli lekturę „Kopalni” potraktujemy jako podróż, a potem spojrzymy na mapę, widać, że większość czasu spędzamy na futbolowych peryferiach. Do Niemiec wpadamy na chwilę, bo stamtąd ruszył w świat selekcjoner, który prowadził 18 reprezentacji. Przyglądamy się węgierskiej wsi Felcsút. Jej najsłynniejszy mieszkaniec, Viktor Orbán niecałą dekadę temu stworzył tu akademię, której zespół występuje dziś w ekstraklasie. Śledzimy też losy piłkarzy, którzy którzy trafili do rządu i to na wyższe stanowiska, niż ministra sportu. Islandczyk Albert Guðmundsson wybory prezydenckie przegrał, ale Kacha Kaładze może mieć więcej szczęścia. Polski ślad to m.in. drugie miejsce w lidze Górnika Radlin. Polityczna machina wciągnęła klub na szczyt, a potem zepchnęła w niebyt.

Choć niektóre teksty wydają się mniej odkrywcze, niż w poprzednich numerach, poziom wciąż jest bardzo wysoki. Książkę ogląda się nie gorzej, niż czyta. Są w niej ilustracje, które zapadły mi w pamięć bardziej, niż teksty. „Kopalnia” wydawana jest przez pasjonatów, ale mam nadzieję, że nie tylko dla nich.

P.S.
Jeśli wolicie słuchać, a nie czytać, Piotr Żelazny opowiada o „Kopalni” m.in. tutaj i tutaj.

Kopalnia. Sztuka futbolu nr 3

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Biało-czerwone marzenia. Od rozbitego żyrandola do finałów Euro
Autor: Romek Pawlak
Wydawnictwo: Rebis

Biało-czerwone marzeniaDziewięcioletni Kacper kibicuje reprezentacji Polski. Wraz z coraz lepszą grą w eliminacjach EURO 2016, zadaje swojemu ojcu coraz więcej pytań o polskich piłkarzy i futbol w ogóle. Taki jest pomysł autora, by książka „Biało-czerwone marzenia” trafiła do ucznia pierwszych klas podstawówki. Na tzw. targecie nie testowałem, ale myślę, że wyszło całkiem nieźle.

Od kolejnych meczów eliminacji EURO przechodzimy do sylwetek polskich piłkarzy. Na koniec jeszcze opowieść o czasach, gdy Polska wracała z mundialu z medalami. Całość wydaje się dobrze dostosowana do wieku odbiorcy. Są uproszczenia, ale nie przekłamania. Jakub Błaszczykowski przechodził trudny czas, bo zmarła mu mama. Ani słowa więcej.
Dobre zdjęcia, sporo nawiązań do internetu, nieźle poprowadzona opowieść. Drugoklasista dopytuje chociażby co oznacza RFN i jak można zatrzymać Anglię.

Choć książka może wydatnie pomóc w zainteresowaniu piłką, to na to, czy podczas finałów EURO polskie dzieci zafiksują się na punkcie futbolu, największy wpływ będą mieli piłkarze Adama Nawałki.

Jak Król przegrał królestwo [RECENZJA]

Tytuł: Przegrany. Grzegorz KrólPrzegrany. Grzegorz Król
Autor: Paweł Marszałkowski, Maciej Słomiński
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne, 2016

Fala przyszła z Anglii, wśród polskich piłkarzy to trzecia taka autobiografia. Andrzej Iwan, Igor Sypniewski, teraz Grzegorz Król. Piłkarz z tej trójki najsłabszy, ale z historią godną opowiedzenia.

Zaczęło się od 50 zł. Tyle postawił podczas pierwszej wizyty w kasynie. Miesiąc później nie potrafił myśleć o niczym innym, niż ruletce. W wieku 21 lat był hazardzistą. Po wyjazdowym meczu działacze Amiki potrafili wypłacić premie jeszcze pod stadionem rywali. Zanim autokar dojechał do Wronek, Król przegrał w karty 15 tysięcy premii i drugie tyle, pożyczone od kolegów.

– To, że wszystko przegrasz i przepijesz, to wiem. Ale kup sobie jedną działkę rocznie – mówił mu trener Jacek Grembocki. Chodziło o 15 tysięcy rocznie.

Nie udało się, Król przegrał wszystko, ok. 3 miliony zł. Kiedy we Wronkach co miesiąc na konto wpływało 50 tys. zł, jeszcze się jakoś trzymał. Potem już tylko się staczał. Alkohol, rozwód, nadwaga, oszukiwanie wszystkich wokół. Ostatniego gola w ekstraklasie Grzegorz Król strzelił w wieku 24 lat. W 2013 roku został trenerem piątoligowego klubu. Zawalił tę szansę, jak wszystkie inne. To, że jest zwolniony, dotarło do niego po stu godzinach alkoholowego ciągu.

Treść i forma książki nie są odkrywcze, ale czyta się ją dobrze. Paweł Marszałkowski i Maciej Słomiński spisali opowieść Króla bez zbędnych udziwnień. Konstrukcja jest dość jednostajna, ale książka jest krótka, czytelnik nie zdąży się znudzić. Co ciekawe, wspomnienia przeplatane są tekstami napisanymi na użytek terapii w ośrodku terapii uzależnień.

Wiele z tych historii jest naprawdę wstrząsających. Kiedy Król miał zawieźć pieniądze, które znajomy potrzebował do kupna samochodu, dojechał tylko do kasyna. Przegrał wszystko. Tak samo, jak 10 tys., którymi miał zapłacić za wykupienie swojej karty zawodniczej. Zamiast na spotkanie na spotkanie w PZPN-ie dojechał tylko do kasyna w Mariocie. Potem były pożyczki od lichwiarzy i ludzi z miasta.

Skoro to wspomnienia piłkarza, to muszą być anegdoty. Mamy więc tradycyjne u byłych piłkarzy Amiki rozjeżdżanie Stefana Majewskiego. Okazuje się też, że klęczący przed wejściem na Vicente Calderon Czesław Michniewicz, jednak się nie modlił, jak powiedział komentator. Przerażony awaryjną zmianą, sikał na ławce rezerwowych.

W wywiadach Król opowiada, że wielu bardziej znanych piłkarzy mogłoby się podzielić jeszcze bardziej wstrząsającymi historiami. – Są reprezentanci, którzy przegrali o wiele więcej, niż ja – opowiada. Po „Spalonym”, „Zasypanym” i „Przegranym”, nikt temu nie zaprzeczy.

PS.
Grzegorz Król nie wygląda tak źle, jak na okładce książki. Za tę kreację, plus dla wydawcy. Króla można zobaczyć i posłuchać m.in. tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Sport w Zakopanem w okresie dwudziestolecia międzywojennegoSport w Zakopanem w okresie dwudziestolecia międzywojennego
Autor: Maciej Baraniak „Kubów”
Wydawnictwo: Novae Res, 2015

Pierwsze sportowe skojarzenie z Zakopanem jest oczywiste – narciarstwo. Pierwsze zawody w skokach, na Kalatówkach, rozegrano w 1910 roku. Ustanowiony cztery lata później rekord skoczni, wyniósł 15 metrów. Na jednej z kolejnych konstrukcji, w Jaworzycach, zawodnicy nie chcieli startować. Większość skoków kończyła się upadkiem. Rozbieg był tak zbudowany, że wystrzeliwał zawodnika w górę. Lądowało się niemal pionowo. Ważne dla historii Zakopanego zawody, Narciarskie Mistrzostwa Świata FIS w 1929 roku, rozegrano już na Wielkiej Krokwi.

Słabo w mieście przyjęła się piłka nożna. Pierwszy kłopot – boisko. Z powodu dużego rozdrobnienia działek i faktu, że większość mieszkańców utrzymywała się z rolnictwa na lichej ziemi, piłkarze nie mieli gdzie grać. W 1930 zespół RKS-u Giewont zaprosił dwa zespoły z Krakowa. Wyniki towarzyskich meczów z Cracovią i Wisłą mówią wszystko – 0:21 i 2:16. Rok później Giewont zbankrutował. Mniejsze problemy niż z boiskiem piłkarskim, były ze stworzeniem toru dla saneczkarzy. Z niego, za opłatą, mogli korzystać także amatorzy.

W 1933 roku w Zakopanem odbyła się I Zimowa Makkabiada. Wystartowało 8 reprezentacji, w tym drużyna z Wolnego Miasta Gdańska. W Polsce istniało 20 żydowskich klubów, w których uprawiano sporty zimowe. Na zakończenie wzorowanej na igrzyskach imprezy, odegrano hymny Polski i Hatikwę, dziś hymn Izraela.

Autor, Marciej Baraniak „Kubów”, jest naukowcem. Książka jest bardzo dobrze wydana, ma świetne ilustracje (polecam m.in. zdjęcia bobslejów z międzywojnia), ale ciężko przez nią przebrnąć. Wszystko o formie mówi pierwsze zdanie: „Po raz pierwszy nazwa „Zakopane” pojawiła się w dokumencie Zygmunta II Wazy z 20 kwietnia 1630 roku”. Dla badacza tematu to pewnie dobre powitanie czytelnika. Kibic sportu raczej skrzywi. O ile duża ilość przypisów i bogata bibliografia, działają na korzyść, to styl mógłby być mniej formalny. Jeśli rozpatrywać tę pozycję, jako książkę na półkę w księgarni, a nie do uniwersyteckiej biblioteki, to brakuje wspomnień, wypowiedzi. Niektóre z tych, które są w książce, pokazują niewykorzystany potencjał. Franciszek Bujak tak opowiadał o starcie na igrzyskach olimpijskich w Chamonix w 1924 roku:

„Na jednej z wystaw sklepowych zobaczyliśmy przy nartach smarowidła. Nigdy dotąd o nich nie słyszeliśmy. (…) Zobaczyliśmy też po raz pierwszy, że do biegów narciarskich, są specjalne narty, buty i wiązania. (…) W Chamonix sami szukaliśmy tras, skoczni, błąkając się po obiektach. Przed skokami do kombinacji, chcieliśmy potrenować na skoczni. Nie mogliśmy jej znaleźć. Wreszcie jest! (…) Po namyśle zdecydowałem się na trening. Przy drugim skoku, już na samym dole, upadłem. Ledwo dowlokłem się na kwaterę. O skokach w konkursie otwartym nie było już mowy”.

Klasyka gatunku zza Odry [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Tor! Historia niemieckiej piłki nożnej
Autor: Ulrich Hesse, tłumaczenie Piotr Żelazny
Wydawca: Kopalnia

Jak na 300 stronach zmieścić ponad sto lat historii futbolu w kraju czterokrotnych mistrzów świata? Trudne zadanie. Oprócz historii piłkarskiej trzeba wspomnieć o tym, w jakich czasach grały kolejne pokolenia – od cesarstwa do wchłonięcia NRD przez RFN. W kilku epokach radzić sobie musiał Sepp Herberger, centralna postać książki Ulricha Hesse. Kiedy zaczynał kopać piłkę, rządził Wilhelm II Hohenzollern. Jako selekcjoner ściągał piłkarzy z frontu II wojny światowej, potem w eliminacjach mundialu grał z reprezentacją Saary. Mistrzostwo świata z 1954 roku to najbardziej doniosłe wydarzenie, które opisuje Hesse. Opowieść o Herbercie Zimmermannie, komentującym „Cud w Bernie” w niemieckiej telewizji, to piękna klamra spinająca tę naprawdę udaną książkę.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Uli Hesse zdecydował się na jej napisanie po rozmowie z angielskim reporterem, który nie wiedział, że niemieckie kluby nie są w prywatnych rękach, Bayern nie był jednym z założycieli Bundesligi, a w 1954 roku mistrzostwo świata zdobyli amatorzy. „Tor!”, książka napisana z myślą o brytyjskim rynku, stała się na Wyspach hitem. Dwa lata temu, 12 lat po premierze, wydała ją w Polsce Kopalnia Marka Wawrzynowskiego i Piotra Żelaznego, który jest tu również tłumaczem.

Niemiecki autor sprawnie poradził sobie z wyborem najważniejszych wątków. Zaczynamy od wyjaśnienia nazw niemieckich klubów. Potem historia się rozkręca. Wbrew pozorom niemało tu skandali, także korupcyjnych. Niemcy lat 70. to Bayern i Borussia Mönchengladbach. Franz Beckenbauer i Günter Netzer. Po nich przyszedł czas na pokolenie piłkarzy, o których mówiono, że mają zrogowaciałe łydki, bo cały czas robili wślizgi. Nudna, ale skuteczna generacja zawodników z lat 90. została zastąpiona przez kadrę Joachima Löwa. Tę rewolucję rozpoczął Jürgen Klinsmann. Hesse z pasją pisze m.in. o piłkarzach z polskimi korzeniami w Schalke i mundialu w 1974, gdzie najciekawszym wątkiem było załamanie nerwowe Helmuta Schöna po porażce z NRD. Na angielskim, najbardziej wymagającym rynku książek piłkarskich, „Tor!” nieustannie wymieniany jest wśród najlepszych historycznych pozycji.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Niepokorny
Autorzy: Steffan Effenberg, Jan Mendelin, tłumaczenie Maciej Szmigielski
Wydawca: Duch Sportu, 2014

Moda na piłkarskie biografie doprowadziła do odkopania książki Stefana Effenberga. Za Odrą wydano ją w 2003 roku, w Polsce 11 lat później. Przez ten czas w zawodowym życiu Effenberga nic się nie wydarzyło – ostatni rok kariery spędził w Katarze, potem zgodnie z zapowiedziami przeniósł się na Florydę, gdzie, co zaskakujące, prowadził ciche życie. Do czasu, gdy w październiku został trenerem grającego w Bundeslide Paderborn.

Książkę napisano prosto i to jej największy problem. Jest równie wyrafinowana jak niemiecki futbol z lat 80. i 90. Effenberg opowiada o o meczach dla Borussi Mönchengladbach, Bayernu, Fiorentiny i Wolsfsburga. Przez 1/3 książki opisuje początki związku z drugą żoną Claudią, wtedy małżonką byłego kolegi z Bayernu i reprezentacji – Thomasa Strunza.

Są anegdoty, historie skandali i podszczypywanie kolegów z boiska, choćby Lothara Matthäusa. Okazuje się, że przegrany przez Bayern finał Ligi Mistrzów w 1999 to w dużej mierze wina 150-krotnego reprezentanta Niemiec, który dał się ściągnąć z boiska. Swoje za uszami mają też Beckenbauer i Rumenigge. Na boisku sprawa jest prosta – jak gra Effenberg, to jest dobrze. Jak go brakuje, to przychodzą porażki. Gorsi od kolegów z szatni, trenerów i agentów, są tylko ludzie czyhający na jego fortunę – kobieta z klubu nocnego, z którym musiał pójść na sądową ugodę i facet, z którym szarpał się na ulicy. A kiedy policja zabrała mu prawo jazdy, to alkomat wcale nie wykazał tak dużo, niecały promil. A wyrzucenie z mundialu to już w ogóle była hucpa.

Dotarłem do końca. W obliczu setki nieprzeczytanych książek sportowych na półce, był to błąd.

Jak Tyson znokautował Michalczewskiego [RECENZJE]

Tytuł: Mike Tyson. Moja prawda
Autor: Mike Tyson, Larry Sloman, tłum. Jakub Małecki
Wydawnictwo: SQN, 2015

Jeszcze jako mistrz świata, Mike Tyson nie wierzył, że dożyje 30. urodzin. Większości jego znajomych z Brownsville ta sztuka się nie udała. Czytając jego autobiografię, trzeba przyznać, że zrobił niemal wszystko, by pójść ich śladem.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Z ojcem, który jak mówił, znał się na Biblii i byciu alfonsem, miał kontakt sporadyczny. Matka głównie piła. Kiedy w wieku 13 lat Mike Tyson trafił do poprawczaka, miał za sobą kilka lat przestępczej kariery. Nieustanne kradzieże, napady z bronią i oczywiście narkotyki. Życie uratował mu Cus D’Amato. Słynny trener na taki diament czekał całe życie. Tyson został najmłodszym mistrzem świata wagi ciężkiej. Od tamtego czasu boks interesował go coraz mniej.

2005 rok, Tyson przerywa walkę z Kevinem McBride i nie wychodzi do 7. rundy. To 3 porażka w ostatnich 4 walkach. Wszyscy wiedzą, że jeden z najbardziej ekscytujących pięściarzy w historii, więcej już nie wystąpi. Rozmówki na ringu, tuż po werdykcie, są zwykle szarpane i dotyczą samej walki. Tyson był spokojny i żegnał się z ringiem. – Od początku walki czułem, że tego nie chcę. Nie mam już do tego serca. Walczę w zasadzie już tylko, by opłacić rachunki. Nie jestem już tym zwierzęciem. Prawdopodobnie więcej już nie będę boksował. Nie chcę odzierać boksu z szacunku. Od 1990 roku nie kocham tego sportu – mówił.

Wydaje się, że w swoim najlepszym okresie był nie do pokonania. Jego najsłynniejsze porażki kojarzy nawet niedzielny kibic boksu. Przed walką z Busterem Douglasem niemal nie trenował, był wykończony, uganianiem się za japońskimi pokojówkami. Evanderowi Holyfieldowi odgryzł kawałek ucha a przed starciem z Lennoksem Lewisem nie przestał brać narkotyków aż do samego dnia walki.

Larry Sloman, który spisał wspomnienia „Żelaznego Mike’a” napisał jedną z najciekawszych sportowych biografii. To historia dzieciaka wyrwanego z getta, który jeszcze jako nastolatek był multimilionerem. Potem stał się seksoholikiem, skazanym za gwałt przestępcą, narkomanem, stałym gościem gabinetów psychiatrów i bankrutem. Przepuścił ponad 300 mln dolarów, które zarobił na ringu. Historie, które opowiada, to najbardziej pokręcone sportowe anegdoty, jakie czytałem. Jeśli porównamy poziom samozniszczenia, który przez lata uprawiał Tyson, do innych sportowców, to George Best w ogóle nie powinien się brać za pisanie książki. Szkoda papieru. Historie Tysona niszczą swoją brutalnością inne sportowe wspomnienia, jak „Bestia” swoich rywali za najlepszych lat.

Mike Tyson przeżył więcej, niż stu zwykłych śmiertelników. O swoim życiu opowiedział szczerze i obszernie. To autobiografia, przy której czytelnik nie raz pokręci głową z mieszanką niedowierzania i przerażenia.

– Przed każdą walką musisz patrzeć rywalowi w oczy, ale to tylko stwarzanie pozorów. Tak naprawdę czujesz energię przeciwnika, która bije z jego wnętrza, a potem wracasz do swojego narożnika i myślisz: „O kurwa” albo „Co za cipa” – pisze.

Czytając jego autobiografię, dużo bliżej jest się tego pierwszego stwierdzenia.

Tytuł: Tiger. Bez cenzury
Autor: Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki
Wydawnictwo: Agora 2015

Na księgarnianych półkach pojawia się mnóstwo wywiadów rzek, ale stosunkowo rzadko ich bohaterami są sportowcy. Z Dariuszem Michalczewskim rozmawiali Maciej Drzewicki i Grzegorz Kubicki, dziennikarze trójmiejskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Co ciekawe, rok temu wydano wspomnienia Michalczewskiego „Tiger to ja”.

W podróż wyruszamy z bloku na gdańskim Przymorzu. Z domu, w którym zmagający się z rakiem ojciec, trzymał wojskową dyscyplinę. Na ścianie pokoju, który bokser dzielił z siostrą, wisiał plakat Scorpionsów. Tych samych, z którymi już jako uznany pięściarz, kumplował się w Hamburgu.

Niemcy i zachodnie życie, śniły mu się po nocach. W 1988 roku utalentowany zawodnik Czarnych Słupsk urwał się podczas zgrupowania w Karlsruhe. Dość szybko zaczął boksować dla Niemiec i przeszedł na zawodowstwo. Przez 9 lat był mistrzem świata wagi półciężkiej WBO. Królował w Europie, na świecie najlepszy był wtedy Roy Jones Junior. – To tylko gdybanie, ale myślę, że bym go lewą ręką wyrolował, zmógłbym go tą moją podwójną gardą, krótkim dystansem. (…) Nie mówię, że by mi pasował, co to to nie, to był przecież mistrz świata, przechuj. Ale walka byłaby świetna. No dobra – myślę, że bym go rozjechał – mówi Tiger.

Wtedy był królem Hamburga. Kiedy w 2000 roku spowodował wypadek, „Bild” pisał o tym na okładce przez trzy dni z rzędu. Ciekawie opowiada o relacjach z trenerem, promotorem oraz znajomościach z restauratorami, sportowcami i artystami, hamburskiej elicie. Sporo mówi też o kobietach, w tym kolejnych żonach. Jak sam przyznaje, to jeden z jego ulubionych tematów. – Mam fajne życie, trudno byłoby wymyślić lepsze – mówi. To zadowolenie i optymizm, przebijają z niemal każdej strony. Michalczewski patrzy na wszystko pozytywnym okiem, przeciwności się nie boi. Zawsze dawał sobie radę. O tym, że prawdziwe interesy robi się po zakończeniu kariery, mówił mu już Max Schmeling. Teraz rozkręca kolejne firmy i fundacje.

Wywiad rzeka z Michalczewskim to niezła pozycja. Jej największy problem polega na tym, że nie może konkurować z książkami, które w kategoriach pozycji sportowych są wybitne. A tak oceniam inne głośne książki o boksie – autobiografię Tysona i wydaną niewiele wcześniej biografię Muhammada Alego Thomasa Hausera. W tym starciu Michalczewskiemu nie pomógł nawet jego lewy prosty.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Co zrobił Piechniczek [RECENZJA]

Tytuł: Piechniczek. Tego nie wie nikt
Autor: Paweł Czado, Beata Żurek
Wydawnictwo: Agora 2015

O Kazimierzu Górskim powstało wiele książek, a o Antonim Piechniczku nikt wcześniej nie napisał. Do teraz.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dostałem to, czego oczekiwałem. Dobrą, śląskocentryczną opowieść, w której główny bohater wcale nie dominuje. To dobra książka, bo nie jest biografią trenera, który zajął trzecie miejsce na mistrzostwach świata. Paweł Czado w swoich tekstach w katowickiej „Gazecie Wyborczej” i na blogu, zawsze wraca do piłkarskiej historii Śląska. Jeśli więc w 1959 roku Piechniczka, wtedy piłkarza Zrywu Chorzów, zauważa Ewald Cebula, to nie kończy się na krótkiej wzmiance, kim był ówczesny trener reprezentacji juniorów. Dowiadujemy się, że Cebula grał m.in. w słynnym meczu z wicemistrzami świata Węgrami, który na cztery dni przed wybuchem wojny Polska wygrała 4:2. Walczył jako żołnierz Wehrmachtu, zdezerterował i zgłosił się do armii Andersa. We Włoszech dostał propozycję gry w rzymskim Lazio.

W Ruchu trenerem Piechniczka był Teodor Wieczorek. W czasie wojny grał wGermanii Königshütte, czyli AKS-ie Chorzów. W 1945 roku w radzieckim obozie jenieckim pod Hawelą spotyka Gerarda Cieślika. Obaj trafiają tam, jako żołnierze Wehrmachtu. Wieczorek zna rosyjski, wstawia się za Cieślikiem, który jest na liście wywózki do łagru. Strzelca dwóch goli w meczu ze Związkiem Radzieckim Piechniczek często widzi na swoim podwórku. Każde z kopiących piłkę dzieci chce się popisać przed łącznikiem Ruchu. Ten bajtle ignoruje.

Punktem wyjścia jest mundial w Hiszpanii. Właściwa opowieść zaczyna się na Śląsku. Na pierwszy mecz Piechniczka zabiera babcia. 1948 rok, Ruch gra z Polonią Warszawa. Jedziemy do Warszawy, na Opolszczyznę, wpadamy do Francji, potem zaglądamy do Tunezji i na Bliski Wschód. Poznajemy innego Piechniczka, niż ten, który Piotrowi Żelaznemu opowiada w drugiej „Kopalni” o polskiej myśli szkoleniowej. Nie tego, który wsadził Waldemara Fornalika na stanowisko selekcjonera. Widzimy człowieka, który spoglądając na góry z tarasu domu w Wiśle, wie, że na swoją pozycję długo i ciężko pracował. Trenera, który miał swoje zasady. Większość z osób, z którymi jako Piechniczek ścierał się przez lata, dziś przyznaje mu rację. Inni, jak kilku olimpijczyków z Barcelony, nie chciało opowiedzieć o reprezentacji z lat 1996-97.

Książka jest estetycznie wydana, z archiwalnymi, dobrze podpisanymi zdjęciami, bibliografią i aneksem pełnym statystyk. Można sprawdzić ile razy Antoni Piechniczek grał w Wałbrzychu albo kto strzelił gola w grudniu 1992, gdy jego Zjednoczone Emiraty Arabskie grały z Kuwejtem.

Książka Czado i Beaty Żurek to reportaż, trochę przypomina „Wielki Widzew” Marka Wawrzynowskiego i „Srebrnych chłopców Zagórskiego” Marka i Łukasza Ceglińskich. Powstała za zgodą bohatera, ale nie ma go w niej za dużo. Są anegdoty, zapadające w pamięć szczegóły i świadectwa epoki. Wiemy, kto skakał sobie do oczu w przerwie meczu mistrzostw świata, jaki klub podarował zagranicznym rywalom kryształ wielkości człowieka, kto do dziś ma do Piechniczka pretensje o pominięcie w składzie, dlaczego codzienne wstawanie na mszę może pomóc przed maturą oraz jak mocno wiatr przechyla maszty oświetleniowe stadionu Ruchu Chorzów. Wiemy też, jak żył człowiek, który zapisał się w historii polskiej piłki.

Tytuł: Futbol i statystyki
Autorzy: Chris Anderson, David Sally
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2014

Charles Repp w latach 1953-67 przeanalizował 2200 meczów. Wyliczył, że w sporcie, w którym jest 400 przejęć piłki w meczu, szczęście to połowa sukcesu. Skoro szanse na celne podanie są podobne, jak przy rzucie monetą i przy każdym kolejnym podaniu spadają, to drogę do bramki trzeba skrócić. Należy grać długą piłkę, bo to taktyka najbardziej efektywna.

Amerykańsko-niemiecki duet autorów książki „Futbol i statystyki” ma doświadczenie w pracy w zawodowym futbolu. Wychodzą od historii podpułkownika Reppa i przez teorię dochodzą do wniosków. Rysują wykresy i atakują cyframi. Liczą sami i podpierają się cytatami. Przytaczają m.in. badania, z których wynika, że zawodnicy z krajów, które mają poważne wewnętrzne problemy, są bardziej brutalni na boisku. Ale przykłady są tylko dwa – w badanym okresie częściej kartkami karani byli piłkarze z Izraela i Kolumbii. Policzono nawet najbardziej dogodne momenty na kolejne zmiany – to 58., 73. i 79. minuta.

Książkę czyta się ciężko, jest nierówna. O ile początek jest dość wciągający, to przez niektóre rozdziały trudno przebrnąć. Dużo liczb wykorzystano do udowodniania oczywistych tez. Cały wątek o powodach porażki André Villasa-Boasa jest zupełnie nieprzekonywujący. Wybiórcze przykłady dobierane tak, by wyjaśnić dane zjawisko. Im bliżej końca, tym trudniej do niego dotrzeć. „Futbol i statystyki” czyta się ciężko. Po dodarciu do ostatniej strony nie poczułem, że ten trud został wynagrodzony. Zainteresowani piłkarskimi statystykami powinni sięgnąć po „Soccernomics” Simona Kupera i Stefana Szymanskiego.

Wątroba Besta i zęby Suareza [RECENZJE]

Tytuł: George Best. Najlepszy
Autor: George Best, Roy Collins, tłumaczenie Robert Filipowski
Wydawnictwo: SQN, 2015

George Best żegna czytelnika swojej autobiografii zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Wydaje się, że po kilku dekadach walki z nałogiem, wyszedł na prostą. W 2001 roku, kiedy pisze książkę (w oryginale wydaną jako „Blessed”), dobrze zarabia dzięki wykładom i pracy eksperta telewizyjnego. Ma kochającą żonę i co najważniejsze, nie pije. Pouczające jest kalendarium na końcu książki. W 2003 roku zostaje aresztowany, gdy wdaje się w barową bójkę. Ktoś chciał mu zrobić zdjęcie, jak pije. Krótko później dostaje wyrok za jazdę po pijanemu. Potem rozwód. W listopadzie 2005 tabloid „News of the World” za zgodą Besta publikuje jego zdjęcie w szpitalnym łóżku z podpisem „Nie umierajcie jak ja”. Pięć dni później lekarz stwierdza zgon.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Życie Besta nie kręciło się wokół futbolu. W centrum zawsze był alkohol. W wieku 22 lat wygrał Złotą Piłkę i czekał go już tylko zjazd w dół. Sześć lat później odszedł z Manchesteru United i dla sportu był już ostatecznie stracony. Matt Busby nie potrafił sobie poradzić ze zdegenerowanym alkoholikiem, innym trenerom nawet nie zależało.

Best był pierwszym brytyjskim piłkarzem, którego utożsamiono z nadejściem nowych czasów, piątym Beatlesem. Występował w reklamach, na stałe zagościł na okładkach plotkarskich pism. „Pierwszy poppiłkarz” – piszą dziś na Wyspach. Trudno nawet powiedzieć, że nie uniósł ciężaru sławy. Autodestrukcyjny tryb życia prowadził już wtedy, gdy przedstawił się światu strzelając Benfice dwa gole w finale Pucharu Europy.

Legendarny skrzydłowy Manchesteru United nie szuka wymówek. Wie, że jego życiowe wybory były katastrofalne. Za każdym z nich – kolejnym romansem, przepuszczeniem fortuny, absurdalną umową z nowym klubem i odsiadką w więzieniu, zawsze stał alkohol. Po kilku dekadach przyszedł czas na radykalne środki, jak wszycie esperalu. Zaglądał do kieliszka nawet, gdy groziło to śmiercią, także po przeszczepie wątroby.

Opowieść o chłopaku z tradycyjnej rodziny z Belfastu czyta się dobrze. Anegdoty, wariackie historie i legendarne mecze, które kibice wspominają do dziś. Wszystko jest na swoim miejscu. Wydaje się, że Best w książce nikogo nie udaje. Pisze o wszystkim, nawet o próbie samobójczej. Czasem się usprawiedliwia, ale nie robi tego przesadnie. Choć o wiele spraw obwinia innych, to z książki tak naprawdę i tak wynika, że sam zniszczył swoje życie. Zrobił to z butelką w ręku, podziwiany do końca życia za mecze sprzed kilkudziesięciu lat.

Tytuł: Luis Suarez. Przekraczając granice
Autor: Luis Suarez, Peter Jenson, Sid Lowe, tłum. Michał Pol
Wydawnictwo: SQN, 2015

Biografie aktywnych piłkarzy nie porywają. Ale wspomnienia Luisa Suareza to niezła książka. Nie wejdzie do kanonu sportowej literatury, ale spod warstwy lukru można wydobyć chłopaka, który wyruszył w świat z biednego miasta na urugwajsko-argentyńskiej granicy i zrobił wielką karierę.

Dwukrotnie w swoim życiu Suarez znalazł się w celem światowej nagonki. W kłopoty pakował się nie raz, ale wtedy mówili o nim wszyscy. W obu przypadkach postanowiono go przykładnie ukarać, co zakończyło się absurdalnymi sankcjami. Urugwajczyk, a tak naprawdę spisujący jego wspomnienia Peter Jenson i Sid Lowe, rozpoczynają książkę od meczu z Włochami na mundialu w Brazylii. Za ugryzienie Giorgio Chielliniego, niewidoczne gołym okiem uszkodzenie naskórka, Suarez dostał większą karę, niż za kilka złamanych nóg. Nie mógł grać w meczach, ani trenować z drużyną. W ramach najbardziej kuriozalnej kary w historii futbolu, zakazano mu oglądania jakiegokolwiek spotkania z trybun.- To nie tak, że chcę wygrywać – ja po prostu muszę wygrywać. Strach przed porażką okrywa wszystko wokół mnie mgłą – nawet rażąco oczywisty fakt, że zawsze są na mnie skierowane tysiące par oczu. (…) W mojej głowie nagle coś się zamyka. I logiczne myślenie nie może przedostać się do „centrum dowodzenia” – pisze Suarez. Tłumaczy, że na boisku zachowuje się instynktownie, nie analizuje swojej gry. Dzięki temu doszedł na piłkarski szczyt, więc nie chce się zmieniać. Ostatecznie po historii z Chiellinim i transferze do Barcelony, podjął współpracę z psychologiem. Od tamtej pory nic nie zmalował.

Brytyjskie tabloidy miały używanie już wcześniej, gdy Suarez został oskarżony o rasizm. W pyskówce rzucił do Patrice’a Evry „negro”. Słowo, które wstrząsnęło opinią publiczną, było wymówione po hiszpańsku i było częścią zdania w tym języku. Nie ma w nim negatywnego wydźwięku, podobnie jak „guapo” (przystojny), czy flaco (chudy), jest często używanym przymiotnikiem. Tłumaczenia nie pomogły, kara została przywalona, etykietka rasisty przyklejona i to na stałe. Suareza pogrążyło jeszcze zamieszanie z niepodaniem ręki Evrze przed kolejnym meczem z Man Utd. Suarez opowiada, dlaczego nie zdecydował się na transfer do Liverpoolu i dlaczego rok później odszedł do Barcelony. Twierdzi, że mniej chodziło o samą Katalonię, a bardziej o wyrwanie się z Anglii. Czuł się nieustannie krytykowany, wręcz zaszczuty.

Suarez stawia pomnik Stevenowi Gerrardowi, chwali Brendana Rodgersa, narzeka na Marco van Bastena. Na trzy kolejki przed końcem sezonu Eredivisie, gdy Ajax stracił tytuł, drużyna integrowała się na jednym z licznych spotkań zaplanowanych przez Holendra. – Po czterech wbijaliśmy się do citroenów 2CV i krążyliśmy po Amsterdamie w poszukiwaniu tajemniczych wskazówek, gdy 35 km od nas, piłkarze AZ świętowali mistrzostwo – pisze Suarez. Najwięcej wdzięku mają opowieści z Urugwaju. Suarez maluje obraz biednego dzieciństwa i opowiada jak blisko był porzucenia piłki na rzecz imprez i włóczenia się za znajomymi. Chciał się wyrwać z Urugwaju, bo się zakochał. Jego dziewczyna razem z rodziną wyemigrowała do Barcelony. Krótko później na podbój Europy wyruszył sam Suarez. Ostatecznie, jego podróż do Barcelony wiodła przez kilkuletnie przystanki w Groningen, Amsterdamie i Liverpoolu. Na Camp Nou zaprowadził Suareza wewnętrzny przymus wygrywania, który po drodze wielokrotnie wpakował go w kłopoty.

Madrycka wizja historii i cruyffizmy [RECENZJE]

Tytuł: Barça vs. Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć
Autor: Alfredo Relaño, tłumaczenie Barbara Barbadyn
Wydawnictwo: SQN, 2015

Czytając, momentami szeroko otwierałem oczy. Wiecie, jaka jest prawda o transferze Alfredo Di Stefano, który zmienił piłkarską historię Hiszpanii? Otóż Barcelona wcale go nie chciała. Alfredo Relaño dowodzi, że gdy gruźlicę wyleczył Ladislao Kubala, wtedy największa wówczas gwiazda ligi, Barça porzuciła zainteresowanie Argentyńczykiem. Natomiast przy okazji innego ważnego wyboru, w 2008 roku, Barcelona wzięła Guardiolę, bo musiała. Klub rozmawiał z Mourinho, ale według autora ten wystawił Barçę do wiatru i nie chciał spotkać się z Johanem Cruyffem. Czyli też inaczej, niż we wszystkich innych źródłach.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

A jakie są przyczyny trwającej dominacji w Hiszpanii? „Barça jest teraz na szczycie, wydaje się, że ma wszystko po swojej stronie: szkolenie młodzieży, popularność, międzynarodowy prestiż, przychylność tych, którzy pociągają za sznurki”. Ostatni element to konik autora. Nie bez powodu zasłynął jako twórca terminu Villarato. Alfredo Relaño tłumaczy, że ukuwając go, myślał bardziej o patologiach, które firmuje Ángel María Villar, wieloletni szef RFEF, ale powszechnie termin rozumiany jest jako przychylność sędziów wobec Barcelony.

Dla Relano Villarato to choćby niewszczęcie postępowania w sprawie Pique, który wymusił żółtą kartkę, by wyczyścić się na klasyk. Co prawda sędzia nie opisał tego w protokole, ale komitet sam mógł zająć się sprawą. Tak przecież było, gdy Mourinho włożył palec w oko Tito Vilanovy. Dla Relano te sprawy to podobny ciężar gatunkowy. Inna reakcja to czyste Villarato.

W swojej książce, Relaño na przestrzeni kilku dekad śledzi sędziowskie skandale, których nie brakowało. Barwnie opisuje mecze, którymi żyła Hiszpania, tłumaczy dlaczego niektóre nazwiska arbitrów pamiętane są po 50 latach. Ale mam z tymi opowieściami kłopot. Opisom daleko od obiektywizmu. Relaño w dwóch osobnych rozdziałach narzeka, że podczas ostatniej manity, Realowi należał się rzut karny. Przy stanie 2:0 Valdes starł się z Ronaldo. Owa „jedenastka” do obejrzenia tutaj. Autor tłumaczy, że to nie tylko karny, ale też druga żółta kartka dla Valdesa. I tak lepiej, niż z Chelsea. Madrycka klasyka, cztery karne.

Relaño to wieloletni naczelny „Asa”, gazety promadryckiej, która nie sili się na obiektywizm. W Hiszpanii to normalne. Autor zarzeka się, że choć sam jest socio Realu od pół wieku, podobnie jak ojciec i brat, to jego matka jest Katalonką. Twierdzi, że jest w stanie zachować obiektywizm. To mu się nie udaje, ale po książkę i tak warto sięgnąć. Historie wciągają, nie brakuje anegdot. Ile zajęło przekonanie agenta Luisa Figo do pomysłu podpisania kontraktu z Florentino Perezem? Dosłownie chwilę. Kiedy usłyszał kwotę prowizji, sprawa była przesądzona. Smakowite są choćby opowieści Joana Gasparta i opisy sposobu funkcjonowania Santiago Bernabeu. To nie jest lektura dla początkujących. Relano nie wyjaśnia podstaw. Niektóre terminy, jak na przykład Real Yé-yé, wyjaśnia tłumaczka Barbara Bardadyn. Inne czytelnik musi po prostu znać.

Historię rywalizacji dwóch klubów La Liga, które nie mogłyby bez siebie istnieć, lepiej opowiedział Sid Lowe. Książka Relaño przedstawia historię klasyków widzianą z Madrytu, opowiedzianą przez jedną z głównych postaci tamtejszej prasy. Nie jest to spojrzenie obiektywne, ale jest ciekawe. Przedstawia perspektywę, którą warto znać.

Tytuł: Ajax, Barcelona, Cruyff. The ABC of an Obstinate Maestro
Autorzy: Frits Barend, Henk van Dorp
Wydawnictwo: Bloomsbury, 1998

Kiedy Johan Cruyff obchodził 50. urodziny, w Holandii wydano pięć książek na jego temat. Swojego błogosławieństwa udzielił tylko tej. Bo kosztowało go to najmniej wysiłku.

Frits Barend i Henk van Dorp przynieśli Cruyffowi wywiady, których udzielił im w ciągu ostatnich 25 lat. Wystarczyło wybrać te najciekawsze. To cały pomysł na świetną książkę. „Znamy się od początku mojej gry w Ajaksie. Wolałem, jak Barend i Van Dorp przychodzili do mnie, gdy sprawy szły źle, bo wtedy miałem coś do wyjaśnienia” pisze Cruyff w przedmowie. I wyjaśnia już od pierwszej rozmowy, przeprowadzonej po przegranym finale mundialu.

Z każdą porażką, a w czasie Dream Teamu nawet ze zbyt niską wygraną, przychodzą kolejne pytania. O taktykę, nastawienie, nazwiska. Zazwyczaj teorie Cruyffa wytrzymują próbę czasu. Wiele razy wraca do przestrzeni na boisku, ustawienia piłkarzy i ofensywnego futbolu. O 17-latkach – Franku Rijkaardzie i Aaronie Winterze mówi, że zrobią kariery. Przy Witchge miał wątpliwości. Uśmiechnąć można się z kolei, gdy Cruyff tłumaczy, że Meho Kodro i Oleg Korniejew zastąpią Romario.

Sposób prowadzenia rozmowy na przestrzeni dekad zmienia się niewiele. Książki nie czyta się łatwo, Cruyff często odpowiada półsłówkami. Jest przekonany o swojej nieomylności. Odpowiada wprost, choć czasem nie mówi wszystkiego. Pytany o zaangażowanie żyjącego jeszcze Franco w futbol odpowiada: „Nic o tym nie wiem. Nie mieszam się do polityki. Dlatego nie wygłaszam na tej temat opinii, bo wiem, że choć rozumiem co się dzieje, to byłoby to trudne. Mogę grać wszędzie na świecie, ale to nie znaczy, że odpowiada mi system polityczny”.

Europejski gracz stulecia opowiada choćby o swoim podejściu do prasy. Za wywiady dla tytułów, które zazwyczaj nie pisały o piłce, żądał pieniędzy. Ale pomimo starć na konferencjach prasowych, dziennikarze nie mieli wielu powodów do narzekań. Od 2008 roku, pierwszego sezonu za kadencji Pepa Guardioli, Barcelona trenuje w miasteczku sportowym w Sant Joan Despi, kilka kilometrów od Camp Nou. Otwarty jest tylko jeden trening w roku, na Mini Estadi. Cała praca wykonywana jest za zamkniętymi drzwiami. Dream Team ćwiczył tuż obok Camp Nou, koło starego budynku La Masii. „Ja nie mam sekretów. Rozumiem to, że gazeta musi być codziennie pełna newsów. Ale mówię dziennikarzom, że opisywali wszystko uczciwie. Jeśli zobaczę sensacyjny nagłówek albo tekst, gdzie jeden gracz krytykuje drugiego, zapytam go o to. Jeśli trzeba będzie, przesłucham taśmę, a nie chcę tego robić.”

Dzień meczu wcale nie był wtedy jego ulubionym. Lubił trenować z drużyną. „Kiedy sam ćwiczysz, widzisz więcej. Poza tym mogę niektóre rzeczy pokazać lepiej, niż piłkarze. Wtedy piłkarze bardziej mnie szanują. Może to brzmi trochę arogancko, ale tak jest. Jestem szefem, ale jestem też zawodnikiem. Czekam na każdy poniedziałek, wtorek, sobotę, dni, w których gramy sześciu na sześciu.”

Niemal cała książka, to rozmowy z Cruyffem, ale kilka razy Barend i Van Dorp opowiadają, co zobaczyli przy okazji. Choćby podróż z Warszawy do Barcelony. Wrzesień 1989, rodzący się Dream Team jedną bramką wygrywa z Legią w Pucharze Zdobywców Pucharów. Holendrzy opisują szare miasto oraz taksówkarzy, przewodników i kelnerów, którzy sprzedawali złotówki po kursie pięciokrotnie korzystniejszym, niż oficjalny. Na lotnisku jedną z kobiet zatrzymali polscy celnicy. Twierdzili, że futro kupiła w Polsce, a nie przedstawiła rachunku. Nie pomogły tłumaczenia, że kupiła je rok wcześniej, przy okazji meczu Barcelony w Poznaniu. Celnicy, w przeciwieństwie do piłkarzy Legii, byli górą. Futro zostało w kraju.

Pep Guardiola i mity El Clasico [RECENZJE]

Tytuł: Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania
Autor: Guillem Balague, tłumaczenie Piotr Czernicki – Sochal
Wydawca: SQN 2015

– Nie masz jaj, żeby to zrobić – rzucił Pep Guardiola do Joana Laporty. Prezydent Barcelony zaoferował objęcie zespołu nowicjuszowi, który jako trener pracował pierwszy sezon i prowadził zespół w czwartej lidze. Laporta wiedział, że potrzebny jest wstrząs. Barcelona końca kadencji Rijkaarda była na kolanach. Panował kompletny brak dyscypliny, drużyna skończyła sezon z 18 punktami straty do Realu Madryt. Ci, którzy zdecydowali o wyborze Guardioli – Johan Cruyff, Evarist Murtra, Txiki Beguiristain i Joan Laporta, mogą żyć w wiecznej chwale tych, którzy wprawili w ruch najlepszą Barcelonę w historii.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

W ciągu czterech lat Guardiola wygrał 14 z 19 możliwych pucharów. Laporta zawsze dodaje, że trofeów było więcej, bo jako takie liczy wygrane 5:0 i 6:2 z Realem. Drużyna dokonała przewrotu w świecie futbolu, Leo Messi został najlepszym piłkarzem na świecie a napędzana przez piłkarzy Barçy Hiszpania wygrała EURO i mundial.

Fenomenem Guardioli zajął się Guillem Balague, Katalończyk od wielu lat mieszkający w Anglii. Pisze dla gazet brytyjskich i hiszpańskich a rozpoznawalność dała mu praca w Sky Sports. W programie Revista de la Liga zawsze wygląda na dobrze poinformowanego w sprawach hiszpańskiego futbolu. Największy uśmiech na jego twarzy pojawia się, gdy mówi o Espanyolu. Papużkom kibicuje cała jego rodzina.

Kiedy Rafael Benitez był trenerem Liverpoolu, Balague był bardzo blisko zespołu. Dzisiejszy trener Realu Madryt sprowadzał na Merseyside piłkarzy i współpracowników z Hiszpanii. Po finale Ligi Mistrzów w Stambule Balague napisał dobrze przyjętą książkę „A Season on the Brink: Rafael Benitez, Liverpool and the Path to European Glory”. Ma też na koncie autoryzowaną biografię Leo Messiego. Co najciekawsze, Balague nie jest piłkarskim teoretykiem. W 2013 roku uzyskał trenerską licencję UEFA B. Katalończyk został dyrektorem sportowym Biggleswade United, amatorskiego klubu z Bedfordshire.

Książkę o Guardioli napisano na rynek angielski. Zarówno Alexa Fergusona, jak i Jose Mourinho jest tu wielokrotnie więcej, niż Tito Vilanovy. Balague dokładnie relacjonuje finały Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Opisy tych meczów ciągną się przez wiele stron. Nie ma w nich niczego, czego wnikliwy obserwator Barcelony jeszcze by nie wiedział. To chyba największa słabość tej książki – zaledwie kilka informacji było dla mnie nowych – głównie te o wyczynach Ronaldinho i Samuela Eto’o, które spowodowały, że musieli odejść z klubu.

Tak naprawdę nie do końca jest to biografia Pepa Guardioli. O trenerze niewiele opowiadają koledzy z rodzinnego Sentpedor, La Masii czy Dream Teamu. Wydarzenia z życia Katalończyka do 2007 roku to zaledwie ułamek książki. Balague opowiada bardziej, jak działała drużyna Guardioli. Ale nie odsłania niczego nowego. O wiele lepiej mechanizmy funkcjonowania tamtej Barcelony pokazał kolega Balague ze Sky Sports, Graham Hunter. Jego książkę „Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata” w Polsce też wydanej nakładem SQN.

Książka Balague ma podobne wady, jak hiszpańska prasa. Język momentami jest napuszony, dużo wielkich słów, które nic nie wnoszą. „Mały chłopiec nie znika, tak jak nie znika wrażliwość leżąca u podstaw człowieczeństwa, z której czasem uformuje się skała, na której budowany jest geniusz” – pisze Balague. Wielokrotnie cytuje rozmowy twarzą w twarz, potem pisze, co Guardiola w danym momencie myślał.

Świat futbolu pędzi z ogromną prędkością. Z finału Ligi Mistrzów w Rzymie w kadrze Barcelony zostało czterech zawodników, w Manchesterze United tylko dwóch. Barça Guardioli to jedna z najlepszych drużyn w historii. Książka Balague przypomina, jak trenerski żółtodziób podbił piłkarski świat. Jak z klubem, który nosi w sercu, pozostając wiernym swojej filozofii doszedł na sam szczyt. A potem postanowił z niego zejść, tłumacząc, że jego czas w drużynie już minął.

Tytuł: Fear and Loathing in La Liga: Barcelona vs Real Madrid
Autor: Sid Lowe
Wydawca: Yellow Jersey Press, 2013

Przy lekturze wstępu miałem wrażenie, że Sid Lowe bardziej chciał się pochwalić, niż podziękować rozmówcom, których wymienił. Kogo tu nie ma. Di Stefano, Zubizarreta, Iniesta, Ramallets, Rexach, Butragueno, Stoiczkow, Gaspart, Laporta, Cruyff, Valdano, Camacho, Van Gaal, Xavi, del Bosque, Zidane. I tak przez pół strony. Lowe nie tylko dotarł do tych ludzi, zapytał o historię el clasico, ale uszył z tego naprawdę dobrą książkę.

Anglik to człowiek wielu talentów. Od 2001 roku pracuje w Guardianie. Pojawia się na łamach hiszpańskich i angielskich dzienników oraz tygodników, nagrywa podcasty, występuje jako telewizyjny ekspert. Napisał doktorat i to na temat niezahaczający o futbol. Zajął się Acción Popular, prawicową hiszpańską partią z lat 30.

Lowe był jedną z głównych twarzy pomocy Realowi Oviedo. Kiedy klub z miasta, w którym się wychował, staną na krawędzi bankructwa, Anglik zaangażował się w akcję ratowania klubu.

Konstrukcja książki jest prosta. Punktem wyjścia jest wojna domowa. Lowe rozprawia się m.in. z mitem, że Madryt był twierdzą frankistów. W każdej dekadzie zaglądamy do Barcelony i Madrytu. Lowe opisał wszystkie kluczowe momenty rywalizacji dwóch klubów. 11:1, Bernabeu, Di Stefano, Kubala, Herrera, Quinta del Buitre, Dream Team, van Gaal, Figo, Galacticos aż po Guardiolę i Mourinho. Nie jest to książka o Messim i Cristiano Ronaldo, którzy znaleźli się na okładce. O Argentyńczyku można przeczytać niewiele, o Ronaldo prawie nic. I dobrze. Bo to, co najciekawsze w tej opowieści, wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu.

Lowe walczy z mitami. Czy w czasie wojny Franco był wspierany przez Madryt? Zdecydowanie nie. Stolica była wierna republice, tak jak Barcelona. Mało tego, Madryt długo bronił się przed wojskami Franco. Kiedy w Katalonii grano w piłkę, Real nie mógł rozgrywać swoich meczów. Lowe szeroko opisuje klimat panujący w Hiszpanii po wojnie domowej. Sterowanie takim klubem jak Barcelona było dziecinnie proste. Kluby podlegały federacji i były od niej zależne. To w Madrycie wybierano prezydentów klubu. W najciemniejszym okresie dyktatury na takim stanowisku instalowano wyłącznie osoby wierne frankistom. Czy Real był wspierany przez Franco? Zdaniem autora na pewno nie bezpośrednio. Ale w latach 50. szala przechyliła się na korzyść Madrytu dzięki Alfredo Di Stefano. A jak nie ukrywa Lowe, Argentyńczyk trafił do Realu dzięki interwencji reżimu.

To co dobre w tej książce, to nieograniczanie się do sportu. Sid Lowe, jako historyk i człowiek rozumiejący współczesną Hiszpanię, ma odpowiednią perspektywę. Rywalizację Barcelony i Realu pokazuje przez pryzmat wojny domowej, dyktatury i budzenia się demokracji. Nie wygładza kantów w historii obu klubów. Opisuje jedną z najciekawszych piłkarskich historii.

Największy [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Muhammad Ali. Moje życie, moja walka
Autor: Thomas Hauser; tłumaczenie Iwona Szymaniak
Wydawca: Veni Vidi Vici, 2013

Kiedy w 1960 roku Cassius Clay wrócił do USA ze złotym medalem igrzysk olimpijskich w Rzymie, większość porządnych restauracji i hoteli była dla niego niedostępna. Jeść i spać mógł tylko w przybytkach dla czarnych. Żeby zrozumieć, dlaczego wielu uznaje Muhammada Alego za największego sportowca w dziejach, trzeba zrozumieć jego epokę. Ali był jedną z najważniejszych postaci lat 60. i 70.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

 

Nie przypominał innych bokserów. Wygadany, przystojny, walczący z opuszczonymi rękoma, rywali potrafił rozbić już przed walką. O przeciwnikach deklamował wiersze, przepowiadał, w której rundzie padną na deski. Nieoczekiwanie bokserski mistrz świata stał się członkiem Narodu Islamu. Kiedy w czasie wojny w Wietnamie odmówił złożenia przysięgi wojskowej, jeszcze tego samego dnia odebrano mu tytuł. Groziło mu więzienie, nie złamał się. Sprawiedliwość uzyskał dopiero w Sądzie Najwyższym.

Stanął w ringu po trzech latach przerwy, jednak nigdy nie wrócił do dawnej formy. Wciąż był szybki, ale nie był już najszybszym zawodnikiem w historii wagi ciężkiej. Stał się wojownikiem. Rywale zaczęli go trafiać. Kiedyś chełpił się tym, że żaden cios rywala nie może go dosięgnąć. Potem był dumny, że zwyciężał, choć na jego głowę spadała lawina uderzeń. Trzy razy zdobywał tytuł mistrza świata, zarobił na ringu więcej pieniędzy, niż wszyscy poprzedni wielcy mistrzowie razem wzięci. Jego najbliższą świtę tworzyło 50 osób. Wśród nich ci, którzy go kochali i cała zgraja pijawek, która myślała głównie o pieniądzach. Stoczył o kilka walk za dużo. Walczył nawet wtedy, gdy gołym okiem było widać, że jest chory.

Najciekawszy sportowy życiorys wszech czasów wydaje się być tematem idealnym. Ale wystarczy obejrzeć film „Ali” z Willem Smithem, żeby się przekonać, że nie każdy może tę historię udźwignąć. Thomas Hauser to autor nominowany do Pulitzera za powieść, którą zekranizowano pod tytułem „Zaginiony”. W książce o Alim Hauser na 600 stronach jest schowany głęboko za swoimi rozmówcami. Niemal cała książka to obszerne wypowiedzi blisko 200 osób z otoczenia Alego. Narrator prowadzi czytelnika tylko małymi fragmentami. Resztę obrazu malują ludzie, którzy przez pół wieku mieli kontakt z Alim. Hauser jest dokładny, ale opowieść nawet na chwilę nie zwalnia tempa. W jego opowieści Ali jest nie tylko wielkim sportowcem, ale też dobrym człowiekiem.

Książka w oryginale została wydana na początku lat 90. (w Polsce w 2013). Wtedy, w konkursie Williama Hilla, została wybrana książką roku. Dziś też miałaby wielkie szanse, by taki tytuł otrzymać. Od 1991 roku Ali był na ustach wszystkich tylko raz – gdy zapalił znicz olimpijski w Atlancie w 1996 roku. Przez chorobę Parkinsona rzadko pojawia się publicznie. Jak mówi, najważniejsze dla niego, to by być dobrym muzułmaninem.

Tytuł: Football Against the Enemy
Autor: Simon Kuper
Wydawnictwo: Orion Books

Napisana 20 lat temu książka należy dziś do sportowej klasyki. Na początku lat 90. urodzony w Ugandzie i wychowany w Holandii Brytyjczyk rozpoczął serię piłkarskich podróży. W ciągu 22 miesięcy odwiedził 9 krajów. Z Ukrainy przez Kamerun do Argentyny i Szkocji. Budżet studencki, tylko 5 tysięcy funtów. Spał w hostelach i walczył z tremą, gdy po raz pierwszy w życiu rozmawiał z zawodowymi piłkarzami. Pojechał tam, gdzie futbol łączy się z polityką. Wszystko w czasach, gdy o tanich liniach nikt nie słyszał a internet wciąż był siecią akademicką.

„Football Against the Enemy” to świetny początek kariery jednego z najciekawszych piłkarskich autorów. W 1994 roku Simon Kuper dostał nagrodę za najlepszą sportową książkę roku w konkursie Williama Hilla. Potem przez lata pracował w „The Guardianie”, dziś pisze dla „Financial Times’a”. W Polsce wyszła jedna jego książka – „Futbol w cieniu Holokaustu. Ajax, Holendrzy i wojna”. Ze Stefanem Szymanskim napisał też „Soccernomics: Why England Loses, Why Spain, Germany, and Brazil Win”, sylwetki piłkarzy zebrał w tomie „The Football Men”. Wszystkie jego książki to sportowa czołówka.

Niektóre historie sprzed dwóch dekad są już znane, momentami 23-letni wówczas autor zbytnio upraszcza fakty, ale mimo wszystko książkę czyta się dobrze. Kuper opisuje Ukrainę okresu pierestrojki i Barcelonę wciąż opanowaną przez olimpijską gorączkę. Nie miał problemów z umówieniem się na rozmowę z wiceprezydentem Barcelony, czy profesorem stojącym za myślą Walerego Łobanowskiego.

Kuper patrzy na futbol przez pryzmat religii (Irlandia, Szkocja), totalitaryzmu (Argentyna, NRD), czy nacjonalizmu (Katalonia, Bałkany). Kiedy pojechał do Holandii, tłumaczył, dlaczego Bobby Robson nie osiągnął tam sukcesu. Anglik miał typowo brytyjskie spojrzenie – manager ma zawsze rację, na treningach nie ma dyskusji, żelazna taktyka to 4-4-2, a od stopera wymagamy siły, odwagi i nieustępliwości. Do Eindhoven Robson zupełnie nie pasował. We Włoszech, przez znajomych, Kuper dotarł do Helenio Herrery. Il Mago poświęcił mu niemal cały dzień. – Catenaccio jest krytykowane, bo jest źle używane – tłumaczył Kuperowi rozrysowując na kartce taktykę. Opowiedział o sukcesach we Francji, Włoszech i Hiszpanii.

Kuper dotknął też Afryki. Rozmawiał z Rogerem Millą, w RPA spotkał jeszcze większą gwiazdę. „Miałem obawy nawet przed zadaniem pytania zawodnikowi a teraz stał przede mną Nelson Mandela, największa polityczna gwiazda swoich czasów. Zapytałem: Panie Mandela, podobno jest pan fanem Orlano Pirates. Czy to prawda? Odpowiedział: „Nie. Pytano mnie o to wiele razy, kiedy byłem w więzieniu. Wspieram wszystkie kluby jednakowo”. To był rok wyborczy”.

Dwie twarze Grzegorza Laty [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Grzegorz Lato
Autor: Marek Bobakowski
Wydawca: Wydawnictwo Aha!

Trudno napisać książkę o Grzegorzu Lacie, bez zadania mu żadnego pytania. Bardzo trudno, jeśli z książki nie wynika, że autor rozmawiał z kimkolwiek z jego otoczenia.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Marek Bobakowski jest dziennikarzem Wirtualnej Polski. Kiedy Grzegorz Lato po raz drugi zdobywał z reprezentacją Polski trzecie miejsce na mundialu, autor jego nowej biografii miał trzy lata. Widziałem w tym szansę – za temat pokolenia piłkarzy z lat 70. i 80. wziął się ktoś, kto nie pamięta ich sukcesów. Liczyłem na nowe spojrzenie. Zawiodłem się, bo książka wygląda na pisaną zza biurka.

Dlaczego jedyne wypowiedzi Laty, to te zaczerpnięte z mediów, doskonale rozumiem. Książka wobec niego bardzo krytyczna, nie zgodziłby się na rozmowę. Pomysł Bobakowskiego dobrze pokazano na okładce – Grzegorz Lato jako doktor Jekyll i pan Hyde. Świetny piłkarz i fatalny prezes PZPN-u. Autor cytuje reakcje prasy na wszystkie wpadki Laty od momentu dojścia do władzy dzięki wydatnej pomocy Kazimierza Grenia, do odejścia w niesławie. Notowania Laty były tak złe, że nie uzbierał wymaganego poparcia, by ubiegać się o reelekcję. Gromy spadały na niego z każdej strony. Krytyka zasłużona, ale to wszystko znamy. Autor nie dociera do żadnych nowych faktów, nie pokazuje niczego nowego. Trudno porwać czytelnika cytatami z prasy sprzed zaledwie pięciu lat.

Podobnie jest z pierwszą częścią książki. Opowieść o Lacie – zawodniku prowadzona jest chronologicznie – od Malborka, gdzie się urodził, dalej przez Mielec, Lokeren, Meksyk i Kanadę. Konstrukcja jest nużąca. Rzadko zatrzymujemy się przy ciekawszym wątku. Niecałą stronę zajmuje opis nieznanej mi wcześniej historii o ofercie nielegalnego pozostania piłkarza w Niemczech w czasie mundialu w 1974 roku. Niezłe fragmenty to te o grze Laty poza Polską. Niewiele jednak wiemy o ośmiu latach Grzegorza Laty w Kanadzie. Jego interes nie wypalił, ale co robił poza tym? Pewne jest tylko, że pomimo otrzymania obywatelstwa, król strzelców mundialu nie opanował języka angielskiego nawet w stopniu minimalnym.

Od poprzedniej biografii Grzegorza Laty, pisanej za zgodą bohatera przez Macieja Polkowskiego, minęło 21 lat. Marek Bobakowski przekopał archiwa, rzetelnie przedstawił historię piłkarza i prezesa. Tę pracę widać. Ale nie ruszył w Polskę, nie obdzwonił kilkuset osób, by dotrzeć do czegoś nowego. Czegoś, co sprawiłoby, że książka zostałaby zapamiętana.

Tytuł: Provided You Don’t Kiss Me. 20 years with Brian Clough
Autor: Duncan Hamilton
Wydawnictwo: Fourth Estate, 2008

– Kim ty kurwa jesteś? – zapytał Brian Clough. Siedzący przed nim 18-latek, cały zlany potem, zaczął mamrotać, że zaczyna pracę w lokalnej gazecie. Trenerowi Nottingham Forest chciałby zadać kilka przygotowanych pytań. Miał je na kartkach, wszystkie wielkimi literami, bo nie wiedział, jak je wyłączyć na maszynie do pisania.

Ale jako pierwszy pytania zadawał Clough. Pytał młodzieńca skąd pochodzi, co robią jego rodzice i na kogo głosują. Robotnicze pochodzenie dziennikarza i popieranie Partii Pracy to odpowiedzi, których Clough oczekiwał. Duncan Hamilton mógł zadać kilka pytań ze swojej pomiętej kartki. I pytał Clougha przez następne 20 lat.

Jako jedyny dziennikarz korzystał z przywileju jeżdżenia klubowym autokarem. – Ale nie możesz wybierać meczów. Musisz być na każdym, tylko tak będzie fair – zapowiedział Clough. Hamilton jeździł z Forest na mecze Division Two, potem ekstraklasowe i Pucharu Europy. Prowincjonalny klub Clough doprowadził na europejski szczyt, a reporter Nottingham Evening Post był tuż obok. Hamilton spędzał z Cloughem setki godzin. W książce opisał drogę do sukcesu, chude lata, budowę drużyny z początku lat 90. i upadek trenera, w dużej mierze spowodowany przez zbyt częste zaglądanie do kieliszka.

Pod koniec kariery zaprosił do siebie dziennikarza i wyłożył mu zasady współpracy. – Na dziś mam dwie sprawy. Pierwszą do jutrzejszej gazety, drugą do twojej książki.
– Jakiej książki?
– Jesteś dziennikarzem i czytasz dużo książek. Pewnego dnia sam ją napiszesz. O tym klubie. Albo może nawet bardziej, o mnie. Więc pewnie chcesz wiedzieć co myślę o niektórych sprawach i zachować to na później, gdy nikogo to nie skrzywdzi.

Clough to temat samograj. Najbarwniejszy trener w historii brytyjskiej piłki. Jego relacja z Hamiltonem była wyjątkowa. Rozpatrywana w kategoriach książki sportowej, „Provided You Don’t Kiss Me”, to pozycja wybitna. Hamilton nie broni swojego bohatera, pokazuje słabości, choć pisze, że Clough był dla niego jak ojciec. To książka głęboka, zabawna, pod koniec wzruszająca. Pokazująca świat, którego nie ma i człowieka, który osiągnął sukcesy, których powtórzenie jest już niemożliwe.

Roy Keane. Lost in translation [RECENZJA]

Tytuł: Druga połowa
Autorzy: Roy Keane, Roddy Doyle; tłumaczenie Anna Wajs-Magierska
Wydawca: Buchmann, 2015

Okładkowy napis reklamujący „Najbardziej skandalizującą autobiografię roku!” (tak, tak, z wykrzyknikiem), nieco przypomina hasło „Najśmieszniejszą komedię sezonu” z filmowych trailerów. Zazwyczaj dotyczy komedii kompletnie nieśmiesznych.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Z książką Roya Keana jest podobnie. Użycie słowa „fucking” w różnych konfiguracjach to chyba nie skandal. W treści „Drugiej połowy” też nic wstrząsającego nie dostrzegam, choć wspomnienia Roya Keana na pewno są szczere. I to duży plus książki. Keane najwięcej miejsca poświecił swojemu odejściu z Manchesteru United. Dokładnie opisuje swoją wersję zdarzeń z 2005 roku, gdy krytyka kolegów w niewyemitowanym materiale dla klubowej telewizji doprowadziła do jego odejścia z klubu po 12 latach gry. Irlandczyk analizuje szereg mniejszych incydentów, nie ukrywa, że ma żal do Aleksa Fergusona. Ten wątek i historia półrocznego pobytu w Celtiku Glasgow, gdy zmęczone setkami meczów ciało nie radziło sobie nawet z grą w szkockiej lidze, to najlepsza część książki.

Keane niemal od razu został trenerem, zaliczył świetny debiutancki sezon. Przejął mający na koncie pięć porażek Sundarland i wygrał Championship. Zwolniono go po 5 miesiącach pracy w Premier League. Szybko dostał ofertę z Ipswich Town, gdzie pracował niemal dwa lata. W sumie książka obejmuje sześcioletni okres kariery Irlandczyka. To niewiele, momentami jakby brakowało prochu.

W 2002 roku Keane wydał swoją pierwszą autobiografię. Obszerna, dobrze napisana książka stałą się bestsellerem. Nie ma szczególnych powodów, by po drugą książkę Keane’a sięgnęli ludzie, którzy nie są kibicami Manchesteru United, Sunderlandu lub Irlandii. Keane wymienia zupełnie anonimowych dla mnie strzelców bramek dla Ipswich, szczegółowo opisuje który zawodnik spóźnił się na zbiórkę, kto zaspał na trening. Brakuje głębszej perspektywy, choć Keane sam pisze, że piłka to dla niego prosta gra. Powołuje się na Briana Clougha i podkreśla, że piłkarskich spraw nie należy zbytnio komplikować. Zabawnie momentami brzmią jego rozważania na temat pieniędzy, gdzie tłumaczy, że po latach zarabiania milionów musi rozglądać się za dobrze płatnymi zajęciami, by pojechać z rodziną na wakacje.

Mocnym elementem są opowieści o pierwszych krokach w zawodzie managera. Keane tłumaczy z jakimi problemami się borykał, jakie miał wątpliwości, co sam zrobił źle, a gdzie jego zdaniem inni podłożyli mu nogę. Szczerze tłumaczy też dlaczego nie podoba mu się praca telewizyjnego eksperta. Ten wątek jest dość niecodzienny, bo zapewne w telewizji jeszcze nie raz się pojawi, a widz będzie wiedział, że Keane przed kamerą tak naprawdę nie chce siedzieć. Ale trzeba przyznać, że Irlandczyk nie ukrywa swoich opinii.

Przyjemność z czytania niszczy fatalna jakość tłumaczenia. Najwyraźniej nikt obeznany w terminologii piłkarskiej nie przeczytał książki przed drukiem. Czytam więc o „międzynarodowym Holendrze” (czyli grającym w kadrze), „starciu z krwawym Davidem Jamesem (sprawdziłem, w oryginale bramkarz był rzecz jasna „bloody”, nie chodziło o broczenie krwią), „pierwszym etapie rozgrywek półfinałowych Pucharu Anglii”, „publikowaniu wyników meczów” (chodzi o terminarz), bramkach padających „z odbicia” (dobitka) i „z zacięcia”(?), „stratach meczów” (porażkach), 92. pozycji zespołu, meczu derby (zamiast derbowym), czy o „trafianiu za pierwszym razem” (z kontekstu wynika, że chodzi o „first touch”). Niektóre wywody są zupełnie niezrozumiałe, pełne błędów logicznych. Sprawny redaktor znający temat miałby pełne ręce roboty.

Tytuł: Srebrni chłopcy Zagórskiego
Autorzy: Łukasz Cegliński, Maciej Cegliński
Wydawnictwo: Studio AWP

To książka o czasach, gdy polska prasa marudziła, że nasi koszykarze co prawda wygrali z Hiszpanią, ale zbyt nisko. Kiedy Real Madryt świętował 35-lecie sekcji na jubileuszowy mecz wytypował 20 europejskich koszykarzy. W tej grupie znalazło się trzech Polaków.

Serię zwycięstw biało-czerwonych na parkietach całego świata rozpoczęło zdobycie srebrnego medalu na ME we Wrocławiu w 1961 roku. Potem były dwa brązowe medale w ZSRR i Finlandii, piąte miejsce na mistrzostwach świata oraz trzy kolejne występy na igrzyskach. Brak awansu na igrzyska w Montrealu w 1976 uznano za wyczerpanie się formuły. Trener Witold Zagórski zrezygnował.

Książkę napisali ojciec i syn. I w niektórych frazach styl Marka Ceglińskiego da się wyczuć. Teraz pisze się trochę inaczej. Główną osią książki są mistrzostwa Europy we Wrocławiu. Od epidemii ospy, z którą zmagało się miasto, przez relację autora plakatu imprezy, organizatorów, widzów i samych koszykarzy. Autorzy odwiedzili wszystkich żyjących członków tamtego zespołu. Wychodząc z opisu danego meczu skręcają w kierunku opowieści o konkretnych zawodnikach. Wtedy gwiazdach sportu, dziś emerytach, często emigrantach. Anegdoty sypią się jedna za drugą. Do najciekawszych należą te o realiach sportu w PRL-u i kontaktach z koszykarzami NBA. W 1964 roku na serii meczów w Polsce pojawili się Russell, Cousy, Oscar Robertson, Jerry Lucas. Drużyną dowodził sam Red Auerbach. Ceglińscy zajrzeli nawet do dokumentów IPN-u. Kto wiedział, że jedyny Polak w galerii sław FIBA został rzucony na odcinek sportu po pracy w bezpiece?

Witold Zagórski osiągał sukcesy przed Kazimierzem Górskim i Hubertem Jerzym Wagnerem. Kiedy zakończył 14-letnią kadencję miał tylko 45 lat. Wyemigrował do Austrii, o jego sukcesach w kraju przypominano rzadko. W powszechnej świadomości kibiców jego nazwisko nie funkcjonuje. Znają je fachowcy, ale prekursor i twórca jednej z najlepszych drużyn świata ma prawo czuć się zapomniany. Ma szczęście, że o sukcesach jego drużyny opowiada świetnie napisana książka.

Z Glasgow do Fjellhamar i z Nowego Bytomia na Łazienkowską [RECENZJE]

Tytuł: Henning Berg. Z Manchesteru do Warszawy
Autor: Joachim Forsund
Wydawnictwo: RM, 2015

Standardowo napisana biografia Henninga Berga byłaby opowieścią o triumfach surowego technicznie Norwega, który dzięki ciężkiej pracy odniósł sukces w Manchesterze United. Całość, obejmująca drogę od gry w Tippeligaen do triumfu w Lidze Mistrzów powinna być przeplatana anegdotkami z szatni. Dużo alkoholu, wspomnienia największych zwycięstw i koszarowych dowcipów. Na szczęście Joachim Forsund poszedł inną drogą.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Henninga Berga poznajemy w konkretnym momencie jego życia. W 2004 roku, kilka tygodni przed zakończeniem kariery. Książka pisana jest z perspektywy człowieka, który wie, że zaczyna nowe życie. Swój ostatni klub, Glasgow Rangers, Berg opuszczał z poczuciem porażki. W trakcie sezonu Alex McLeish ściągnął w jego miejsce Franka de Boera. Norweg był rozżalony i chyba zmęczony latami gry w piłkę. Nie jest to droga z Manchesteru do Warszawy, ale z Glasgow do Fjellhamar. Niedaleko Oslo Berg wybudował dom.

Historia piłkarza, o którym na trybunach nie śpiewano piosenek, też może być interesująca. Berg nie ukrywa, że kariera miała różne zakręty. Do najwyższego poziomu trochę mu zabrakło. W Blackburn odstrzelił go Graem Graemem Souness, w Rangers McLeish. W Manchesterze po trzech sezonach Alex Ferguson uznał, że czas stopera dobiegł końca.

Dużo i ciekawie mówi Line, druga żona piłkarza. Opowiada, jak jej pozycja wśród WAGs w Man Utd rosła razem z dobrymi występami męża. Kiedy zaliczył dobry mecz, mogła liczyć na zaproszenie od żon najlepiej opłacanych piłkarzy. – Wiem, że ludzie chcą czytać o Fergusonie, Dalglishu i Lidze Mistrzów. Ale chciałbym, opowiedzieć… tak ogólnie, o życiu. O tym, jak się czułem, mieszkając tutaj, gdy dzieci były w Norwegii – mówi Berg autorowi książki. Zamiast o Lidze Mistrzów, opowiada o upokarzającej atmosferze wokół setnego meczu w kadrze. Więcej, niż o Kennym Dalglishu, mówi o dołującej atmosferze w Rangers. Forsund mocno skupia się na wątku reprezentacyjnym. Trener Legii był kapitanem drużyny, która miała szanse odnieść sukces na mundialu. Berg okłamywał wtedy trenera, którego szanował, patrząc mu prosto w oczy.

Kilka lat temu na rynku pojawiało się kilka książek piłkarskich rocznie. Dziś opłaca się przetłumaczyć książkę sprzed dekady, choć kupią ją tylko kibice jednego klubu. Boom na książki sportowe trwa. Biografia Berga to rzecz krótka i dość sprawnie napisana. Tuż po premierze „Z Manchesteru do Warszawy” tabloidy wybrały kilka fragmentów. Pisały o tym, jak Berg pił na zgrupowaniach i przemycał żonę do hotelu. Choć obraz Norwega nie pasuje do stonowanego człowieka, którego znamy z gładkich wypowiedzi na konferencjach prasowych po meczach Legii, to nie jest to książka skandalizująca.

Berg próbował zablokować jej polskie wydanie, potem podyktował księżycową stawkę za rozmowę. Ostatnie 11 lat jego życia opisał Jakub Radomski, książkę dopełnia rozmowa z Bogusławem Leśnodorskim. Ostatnie pytanie do prezesa Legii dotyczy odejścia Berga. Czy ktoś Norwega podpatruje i uczy się od niego każdego dnia? Leśnodorski od razu wymienia Jacka Magierę, trenera drugiego zespołu i drużyny CLJ. Dwa miesiące po premierze książki, Magiera odszedł z Legii, bo nie zaproponowano mu nowej umowy.

Tytuł: Kici
Autorzy: Lucjan Brychczy, Grzegorz Kalinowski, Wiktor Bołba
Wydawnictwo: Buchmann, 2014

Mam problem z tą książką, niestety poważny. Autorzy latami chodzili za Lucjanem Brychczym. Nagabywali, namawiali, prosili, bo „Kici” wywiadów zawsze unikał. Nawet jeśli jakiegoś udzielił, to odpowiadał krótko. Podobnie jest w filmie dokumentalnym Grzegorza Kalinowskiego „Mistrz Kici”, wraz z Wiktorem Bołbą autorem książki.

Mój problem jest poważny, bo nie wierzę, że słowa przypisywane w niej Brychczemu, faktycznie padły z jego ust. Całość ma formę wywiadu rzeki. Ale pytań w książce właściwie nie ma. Niemal wszystkie wypowiedzi autorów to dopowiedzenia, zagajenia, krótkie oceny i przypomnienia. A Lucjan Brychczy dopowiada. Sypie szczegółami jak z rękawa. Są to daty dzienne meczów (zarówno tych sprzed 50 lat, jak i sprzed kilku sezonów), minuty i strzelcy goli, Brychczy po kolei wymienia kto przyszedł i odszedł z Legii albo w której minucie kto nie trafił do bramki. Nie ma nawet problemów z wyrecytowaniem nazw indonezyjskich wysp, na których był pół wieku temu, podobnie jak ze wskazaniami alkomatów, w które musiało dmuchać kilku zawodników. Wymienia tytuły prasowych relacji z meczów, także zagranicznych, frekwencje na kolejnych spotkaniach. Rozumiem, że autorowi wspomnień trzeba pomóc, ale w „Kicim” przesadzono. Wyszło to nienaturalnie. Ta sztuczność męczy, chronologiczne wymienianie kolejnych meczów nuży. Tak piękną karierę, jak Lucjana Brychczego, należałoby opisać. Albo zadawać konkretne pytania. Skoro sam piłkarz i trener to człowiek z natury nieśmiały, można jego losy przedstawić oczami innych.

Brychczy jest w swoich ocenach niezwykle delikatny. Negatywnie mówi chyba tylko o Jerzym Kopie i Dariuszu Kubickim. Pomimo sześciu dekad najbliższego możliwego kontaktu z ligą, nie ma w książce nic o kupionych meczach. Temat korupcji pojawia się trzykrotnie. Legioniści odmówili sprzedania towarzyskiego meczu w Indonezji w 1977. W kwietniu 1986 Legia przegrała tytuł meczem z Górnikiem. Jerzy Engel ogłosił, że piłkarze go sprzedali. „Poczynania piłkarzy mogły być paraliżowane stawką spotkania i ogromnymi oczekiwaniami działaczy, trenerów i kibiców” – mówi Brychczy. Andrzej Strejlau miał mieć paranoję na punkcie sprzedawania meczów przez drużynę i w każdym nieudanym zagraniu doszukiwał się drugiego dna. Sportową walką jest nawet w tej opowieści mecz z Wisłą Kraków w 1993 roku (6:0). Brychczy żałuje natomiast, że odbierając Legii tytuł, nie przeprowadzono dokładnego dochodzenia i mówi, że „niedziela cudów” była standardem i wszyscy wiedzieli, że tak to wygląda. Pozostaje niedopowiedzenie.

Ten, kto chce się dowiedzieć, jak wyglądało życie czołowego piłkarza tamtych czasów i tak powinien po tę książkę sięgnąć. Dowie się sporo o realiach PRL-u i tym, jak wygląda historia Legii widziana oczami największej żyjącej legendy. To, że Brychczy chciał się podzielić swoimi wspomnieniami, już samo w sobie ma wielką wartość.

Narzekam na niedociągnięcia i przywołuję niektóre fragmenty, bo życiorys Brychczego wydaje się być książkowym samograjem. 58 występów w kadrze zaciemnia dziś obraz. Jak opowiada Paweł Mogielnicki, w latach 1954-69 reprezntacja zagrała 108 oficjalnych spotkań, a dla porównania w okresie 1997-2012 aż 213. „Kici” to postać pomnikowa nie tylko dla kibiców Legii. Człowiek wychowany w trudnych czasach, piłkarz wybitny, od ponad 60 lat stale zatrudniony w jednym klubie. Ilu piłkarzy w Europie, którzy w latach 50. byli największymi gwiazdami zespołu do dziś nieprzerwanie są w sztabie szkoleniowym? Do Brychczego piłkarze mówią „mistrzu”. Książka mistrzowska nie jest.