Archiwum kategorii: Czytelnia

Recenzje książek sportowych

Śmieciowy futbol [RECENZJA KSIĄŻKI]

Futbolowa rewolucja

Tytuł: Futbolowa rewolucja. Kibice wkraczają do gry
Autor: Jim Keoghan, tłum. Janusz Zołociński
Wydawnictwo:
Ciepło/Zimno, 2016

Na każdą porywającą serce historię o Wimbledonie, który odrodził się dzięki kibicom, przypada przynajmniej jedna, gdzie kibice nie dali rady przejąć klubu i kolejna, w której objęli władze i nie dali rady go podźwignąć.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To książka dla tych, którzy chcą iść na mecz bez uczucia, że kupują bilet jak na blockbuster w multipleksie. Siedząc na trybunach nie chcą być klientem i są gotowi na zawsze pożegnać się z marzeniami o pucharach. Jeszcze w 1960 roku maksymalna stawka dla piłkarza wynosiła 20 funtów i była o 5 wyższa, niż średnia pensja robotnika. Limit zniesiono a zabawa na całego zaczęła się od powstania Premier League i kontraktu z telewizją BSkyB. W latach 1992-2002 płace piłkarzy wzrosły o 1508 proc. Płaca robotnika o 186. Równie mocno jak pensje, poszły w górę ceny biletów. Stojącego za bramką robotnika wymieniono tam na zajadającego kanapkę z krewetkami pracownika biurowego. W 1990 roku najtańsze bilety na Arsenal, czy Liverpool, kosztowały 4-5 funtów. W roku 2011 45-51. Premier League oderwała się od reszty ligowej piramidy. W latach 60. czwartoligowy mecz kosztował tylko o 1/4 mniej, niż w First Division. Teraz Premier League jest droższa o ponad 250 proc.

W 1992 na skraju bankructwa stanęło Northampton Town. Jeszcze w latach 50. kibice klubu, za pomoc w sfinansowaniu oświetlania, dostali naszywkę a jeden z nich prawo do corocznego wypicia drinka z władzami klubu. Tym razem, gdy fani Northampton wykupili klub, postanowili nim zarządzać.

Za oddolnymi i spontanicznymi akcjami stoją ludzie, którzy toną w papierach i użerają się z biurokracją. Jim Keoghan tłumaczy jak zbierano kapitał, przekonywano syndyka i radzono sobie z zarządem komisarycznym. W 2011 roku, w ustawie o decentralizacji uprawnień decyzyjnych zapisano, że lokalna społeczność może wykupić „aktywa o wartości społecznej”. Pierwszeństwo w wykupieniu sklepiku wiejskiego, pubu, czy stadionu, które zostały wpisany na listę, mają mieszkańcy.

Autor Jim Keoghan to fan Evertonu, któremu rodzice powiedzieli, że do kibiców Liverpoolu Święty Mikołaj nie przychodzi. Nie ucieka od historii, z których nie warto brać przykładu. Mamy więc osobny rozdział o ikonie ruchu AFC Wimbedon, FC United of Manchester, czy Exeter City, ale wiemy też, gdzie sprawy poszły nie tak, jak planowano. W tym gronie są takie kluby jak Notts County, najstarszy zawodowy klub na świecie, York City, Brentford FC, czy Stockport County, które po przejęciu przez kibiców utknęło w niższych ligach. Wartość wielkich klubów jest tak ogromna, że kibicom trudno myśleć o ich przejęciu. Ale próbują. W Arsenalu, którego pojedyncza akcja jest wyjątkowo droga, dzięki organizacji kibicowskiej, dzięki stowarzyszeniu kibiców, można kupić jej część.

Punk football ostatnio święci triumfy w Wielkiej Brytanii, ale ten model jest wymagany prawem w Niemczech. Keoghan opisuje, jak wymóg „50%+1” obchodzi RB Lipsk. Europejska moda dotarła także nad Wisłę. Pierwszym polskim klubem, który przedstawia się jako demokratyczny, jest AKS Zły. W tym sezonie wystawi dwie drużyny – męską i żeńską, w B-klasie i III lidze.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession

Tytuł: Football Manager stole my life. 20 years of beautiful obsession
Autor: Iain Macintosh, Kenny Millar, Neil White
Wydawnictwo:
BackPage Press, 2012

„Miałem dziewczyny, których nie kochałem tak bardzo, jak Sothend United, z którymi wygrałem Puchar UEFA (CM97/98), przyjaciół, których znałem słabiej, niż rezerwy Nottingham Forest (CM01/02). Dlaczego nigdy siedziałem przed komputerem do 3 nad ranem, żeby pisać książkę, a robiłem to wielokrotnie, gdy wprowadzałem Welling do Conference South (FM07)?” – pisze Iain Macintosh, dziennikarz „The Guardiana”. Z pytaniami, czy uzależnienie od Football Managera niszczy jego życie, trafił na kozetkę psychoanalityka (to świetne i zabawne opowiadanie można przeczytać tutaj).

Młodych ludzi, którzy kładli się do łóżka myśląc o wyczynach geniuszy piłki z „finishing”, czy „dribbling” 20, można liczyć w milionach. Cherno Samba, w grze godny następca Pelego, opowiada, że z łatką gwiazdy CM-a, żyje od dekady. – Podaję kartę w sklepie, ktoś patrzy na moje nazwisko i zaczyna opowiadać, ile trofeów razem wygraliśmy – opowiada. Takich wypowiedzi zebrano w książce kilkadziesiąt. Gareth Jelleyman ciągle słyszy co się stało, skoro w grze był wielki, a kariery nie zrobił. Pedro Moutinho dostał kontrakt w Falkirk na podstawie statystyk z CM-a.

Opowiadania z cyklu footbal fiction porwą chyba tylko fanów, ale historie graczy są o wiele bardziej uniwersalne. O swoim życiu opowiadają ci, którzy dzięki grze znaleźli pracę oraz tacy, którzy szukając dobrego lewego obrońcy do Conference, zawalili studia. Simon Furnivall kopiąc ze złości w biurko cztery razy łamał sobie palce u stóp – najgorzej było, gdy Scunthorpe, walcząc o Premier League, przestrzeliło karnego w ostatniej minucie. Do wirtualnych bohaterów gracze piszą na Facebooku albo zatrzymują ich na ulicy. Inni lecą na drugi koniec Europy, do miejsca, gdzie odnieśli największe zwycięstwa w swoim życiu. Czytamy opowieści takich, którzy zakładali garnitury, gdy siadali przed komputerem, by zagrać w finale FA Cup.

Książka to kilkadziesiąt opowiadań, setki wypowiedzi. Głos zabierają autorzy gry, w tym pierwszej wersji z lat 80. (na 20 wydawców, 1 wyraził zainteresowanie). Kolejne odsłony Championship i Football Managera, zmieniły nie tylko życie niedoszłych gwiazd, ale też rzeczywistość niektórych klubów. W ramach rywalizacji na jednym z forów, należało osiągnąć jak najlepsze wyniki walijskim Bala Town. Klubowy twitter zaczął się zapychać od pytań o taktykę. Klub z czasem zaczął wchodzić w FM-owy świat, co spowodowało wzrost sprzedaży biletów i koszulek.

O godzinach spędzonych przed monitorem opowiada nawet Jonathan Wilson, taktyczny guru. W ramach eksperymentu, próbował odwracać taktyczną piramidę. Sunderland miał grać od 1-2-7, potem 2-3-5, W-M itd. – Dzięki tej grze każdy na świecie wie, kim jest AM R/L – opowiada.

– Przy biurku w redakcji Sunday Times, na pięć osób tylko jedna nie grała i to tylko dlatego, że bała się, że wpadnie w uzależnienie. Wcześniej myślałem, że jestem sam. Moje najlepsze chwile, League Cup z Stirling Albion i pomnik przed Forthbank, przeżywałem w samotności – pisze Neil White. Mam to samo. Grę rzuciłem dekadę temu, bo była zbyt czasochłonna. Ale Ligę Mistrzów wygraną z Milwall, z Juniorem Khanye, Fredym Guarinem i Lebohangiem Mokoeną, zdarza mi się wspominać do dziś.

Książka, którą powinien przeczytać Nawałka [RECENZJA]

Soccernomics

Tytuł: Soccernomics
Autor: Simon Kuper, Stefan Szymanski
Wydawnictwo:
Nation Books

Gdyby tę książkę przeczytał Adam Nawałka, Polska miałaby większe szanse na wygranie konkursu rzutów karnych z Portugalią. Szanse zwiększyłyby się tylko teoretycznie, ale jak wszystko w „Soccernomics”, to twierdzenie ma poparcie w liczbach.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Ignacio Palacios-Huerta w 2008 roku przesłał Avramowi Grantowi swoje przemyślenia na temat rzutów karnych. Chelsea przygotowywała się do finału Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Bask zauważył, że Van der Sar częściej, niż inni bramkarze, rzuca się w naturalną stronę strzelca (w finale 4 razy na 6 pierwszych prób). Jeśli karnego wykonuje prawonożny – rzuca się w swoją prawą stronę. Jeśli Ronaldo zatrzyma się przed karnym, na 85 proc. strzeli w prawy róg bramkarza. I najprostszy do realizacji punkt z rozpiski Baska – zwycięzca losowania nie ma nad czym myśleć – powinien wybrać możliwość strzelania karnych jako pierwszy. Losowanie wygrali United, a Rio Ferdinand, pytająco zerknął na ławkę rezerwowych. John Terry, który znał statystyki, zaoferował, że jego zespół może strzelić jako pierwszy. Ostatecznie United zaczęli konkurs jako pierwsi.

Opublikowane w 2003 roku badania Ignacia Palacios-Huerty pokazują, że na 129 konkursów rzutów karnych aż 60 proc. wygrał zespół strzelający jako pierwszy. Dowody na przewagę pierwszego strzelca są przytłaczające. W badaniach Kochera, Lenza i Suttera oraz statystykach firmy Prozone, wyniki były rozbieżne (od 53 do 75 proc.), ale za każdym razem większą szansę na wygraną mieli ci, którzy konkurs zaczynali. Robert Lewandowski na EURO 2016 dwukrotnie wygrał losowanie i dwa razy wybrał strzelanie po rywalach.

Zdaniem Bena Lyttletona, autora „Twelve yards”, książki o rzutach karnych, dodatkowa presja mogła przyczynić się do tego, że Jakub Błaszczykowski ruszył do wykonania karnego tuż po gwizdku (jak Thomas Müller z Włochami). To jeden z błędów, które świadczą o zbyt dużych nerwach. Są mniejsze, gdy karnego wykonuje się jako pierwszy w serii.

Prawd o karnych jest sporo. Tak naprawdę strzelec zależy tylko od siebie, bo jeśli uderzy dobrze – mocno, przy słupku, strzał jest nie do obrony. W związku z tym wskazane jest, żeby strzelający dużo wcześniej wiedział, gdzie strzeli. Jeśli w dniu meczu wstaje rano i wie, że uderzy w lewy róg, a na treningach trafiał w boczną siatkę 95 razy na sto, jest spokojniejszy. Róg powinien wybrać patrząc na swoje wcześniejsze karne i to tak, żeby kolejne strzały nie układały się w żaden wzór.

O rzutach karnych Simon Kuper (ma na koncie m.in. „Futbol w czasach Holokaustu”, „Football Men” i wiele rewelacyjnych artykułów, obecnie w „Financial Times”) oraz ekonomista Stefan Szymanski, napisali w „Soccernomics” ponad 20 stron, jak zawsze, żonglując cyframi i przykładami. Zgodnie z podtytułem, książka tłumaczy, dlaczego transfery są nietrafione, Hiszpania została mistrzem świata, a Anglia ciągle przegrywa. Autorzy wyjaśniają, dlaczego blondyni są droższymi piłkarzami (to nie żart), jakie jest powiązanie wydatków transferowych i wyników (spore), budżetu płac i wyników (ogromne), dlaczego gwiazdy turniejów są przepłacone a nowy manager powinien mieć zakaz robienia transferów.

Nawet historię Pucharu Europy można podzielić naukowo. Od 1956 do końca lat 60. wygrywały głównie kluby z krajów faszystowskich. 7 z 16 przegranych finalistów to kluby z faszystowskich stolic (Madryt, Lizbona, Ateny). Dalej mamy sukcesy małych miast, klubów z demoludów i tych, które w XIX wieku przeżyły boom gospodarczy. W sumie, przez 42 lata nie wygrała żadna drużyna ze stolicy demokratycznego państwa. Autorzy badali też, jak na możliwości reprezentacji wpływa bogacenie się społeczeństwa lub jego demokratyzacja. Ponad 400 stron świetnej lektury, na o wiele wyższym poziomie, niż wydane w Polsce „Futbol i statystyki”.

Życie jak dobry mecz

Tytuł: Życie jak dobry mecz
Autor: Włodzimierz Lubański, Michał Olszański
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Literackie, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Na „kulawiku”, piasku wymieszanym z żużlem w Sośnicy, dziś dzielnicy Gliwic, regularnie grało ok. 10 chłopaków. Czterech trafiło potem do I ligi – Joachim Marx, Krystian Hanke, Zygmunt Dudys i największa gwiazda przełomu lat 60. i 70. – Włodzimierz Lubański.

„Życie jak dobry mecz” to kolejne wspomnienia Lubańskiego. W 2008 roku wydał książkę z Przemysławem Słowińskim, wcześniej z Krzysztofem Wyrzykowskim. W wywiadzie rzece wydanym przez „Wydawnictwo Literackie”, pytania zadaje Michał Olszański, znany dziennikarz radiowej „Trójki” i prowadzący „Magazyn Ekspresu Reporterów” w TVP2. Ta książka przeszła niemalże bez echa i patrząc na jej zawartość, trudno się dziwić. Krótka, wygładzona, bez nowych faktów.

Historię Włodzimierza Lubańskiego poznajemy chronologicznie. Od Gliwic lat 60., przez wielkiego Górnika, finał PZP, reprezentację Górskiego, kontuzję, belgijskie Lokeren po piłkarską emeryturę we Francji. Najwięcej dowiedziałem się o końcówce kariery Lubańskiego. W wieku 35 lat dostał od Erwina Wilczka ofertę gry w Valenciennes. Trzy razy w tygodniu dojeżdżał na treningi ponad sto kilometrów. Efekt – 28 goli i tytuł króla strzelców w drugiej lidze francuskiej. Klub wpadł w kłopoty finansowe a w drugiej połowie sezonu na kontrakt Lubańskiego złożyli się kibice. W 1983 roku Lubański na dwa lata trafił do Quimpe. Stade Quimperois utrzymało się na zapleczu francuskiej ekstraklasy.

W telewizyjnym studiu Włodzimierz Lubański unika kontrowersji i nie używa kolokwializmów, ale w książce jego wypowiedzi chyba jeszcze poprawiono. Opowiada o „piłkarstwie”, „karierze sportowej”, „cennych nabytkach”. 75-krotny reprezentant Polski, jak to ma w zwyczaju, o nikim nie mówi źle. Opowiada co prawda, że Ernest Pohl był alkoholikiem a do Jacka Gmocha do dziś ma żal za mundial w Argentynie, ale to wszyscy wiemy. Kontrowersji, częstych ostatnio we wspomnieniach sportowców, brak. O korupcji, grając w Polsce w latach 60. i 70., Lubański nigdy nie słyszał.

Dużo miejsca, co naturalne, poświęcono kontuzji Lubańskiego w meczu z Anglią. Przez 40 lat temat przerobiono już na wszystkie strony, ale ta historia wręcz zaprasza do pisania alternatywnych historii. Co wydarzyłoby się na mistrzostwach w Niemczech, gdyby najlepszy napastnik był zdrowy? Jak potoczyłaby się kariera Lubańskiego, skoro w Lokeren jego kolano było sprawne na 70 proc.?

Historia Lewandowskiego i kroniki śmieciarza [RECENZJE]

Nienasycony. Robert Lewandowski

Tytuł: Nienasycony. Robert Lewandowski
Autor: Paweł Wilkowicz
Wydawnictwo:
Agora, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

To książka o Bobku. Najmniejszym i najchudszym zawodniku w juniorach, na progu kariery odstrzelonym przez rezerwy Legii. Piłkarzu, który dziś jest gwiazdą Bayernu, a w Zniczu Pruszków, był słabszy od Bartosza Wiśniewskiego.

Napiszę od razu – jak na autoryzowaną biografię piłkarza przed trzydziestką, co brzmi jak wyrok, jest dobrze. W „Nienasyconym” nie chodzi o anegdoty z szatni, czy kronikę strzeleckich popisów. Paweł Wilkowicz skupia się na drodze Lewandowskiego. Sporo tu o rodzicach, którzy gonili go z jednych zajęć sportowych na drugie. Dla ojca, wuefisty, syn Bobek był żywą pomocą dydaktyczną – na nim pokazywał, jak wykonać dane ćwiczenie.

Wilkowicz rysuje szerokie tło lat 90. i początków XXI wieku, gdy Lewandowski zaliczał kolejne warszawskie i podwarszawskie zespoły. – Dziecięcy sport mało kogo obchodził. Nie było ani pieniędzy ani tradycji wolontariatu znanej z brytyjskiego, czy skandynawskiego sportu – pisze. Bobek, jak wołali na Lewandowskiego rodzice, kilka lat biegał po Saharze – piaszczystym boisku Varsovii. Tomek Zawiślak, kiedyś kolega z boiska, dziś przyjaciel, w przedsiębiorstwie Robert Lewandowski odpowiedzialny za social media, opowiada, że choć Lewandowski miał łatwość strzelania goli, to nie był największym Varsovii. Z rezerw Legii odstrzelono go, gdy miał kontuzję. Lekarze orzekli, że z zawodnika, który ciągnie nogę za sobą, nic nie będzie. Wybił się w Pruszkowie, gdzie dla wielu lepszy był jego kolega z ataku, Bartek Wiśniewski.

Dużo w tej książce Anny Lewandowskiej i Cezarego Kucharskiego. Sam Lewandowski opowiada o tym, jak chłopaka, który był tak chudy, że się tego wstydził, doszedł do poziomu gladiatora, „The Body” z szatni Borussi. Masażyści opowiadają, że dzień po meczu w jego mięśniach nie ma napięcia, zakwasów. Po 24 godzinach mógłby zagrać kolejny mecz.

Piotr Stokłosa naliczył niedawno 28 książek z twarzą Roberta Lewandowskiego na okładce. Jeśli ktoś chce poznać drogę, jaką pokonał chudy Bobek z podwarszawskiego Leszna, niech sięgnie po „Nienasyconego”.

Paweł Wilkowicz o swojej książce opowiada m.in. tutaj i tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: The Binman ChroniclesThe Binman Chronicles
Autor:
Neville Southall, James Corbett
Wydawnictwo:
deCoubertein Books, 2012

Jedna z najlepszych drużyn świata, z najlepszym bramkarzem globu. Tak kibice Evertonu wspominają swój zespół z połowy 80. Neville Southall grał w drużynie do czterdziestki. Jedyne, co chciał w życiu robić, to grać w piłkę.

Najgorszy okres w roku to wakacje. – Dla mnie to był koszmar. Latem ćwiczyłem tak samo ostro, jak w czasie sezonu, ale brakowało mi meczów – pisze. Southall wychowywał się na obrzeżach niewielkiej walijskiej miejscowości Llandudno. Całymi dniami grał w piłkę, głównie na bramce. W opowieściach o sportowcach, często pojawia się trening od rana do wieczora, ale Southall grał nawet po zmroku. Rekordy bił jako 15-latek. W sobotę rano grał w zespole swojej szkoły. Po południu, razem z dorosłymi, w amatorskim zespole ze swojego miasteczka. Niedziela była dniem meczów drużyny z lokalnego pubu. Po południu jeszcze raz wychodził na boisko, też z dorosłymi. W przerwach odbijał piłkę o ścianę. – W poniedziałek szedłem do szkoły, ale to była farsa. Polegało to na tym, że zaliczano mi lekcje, gdy dołączałem się do jakiejkolwiek klasy, która miała w-f – pisze.

Potem, jako pomocnik murarza, zasuwał na boisko prosto z budowy. – Cały dzień noszenia cegieł to żadne usprawiedliwienie – pisze. Bramkarz sporo pisze o Walii, zarówno tej piłkarskiej, jak i o życiu robotników. Pośród różnych zajęć, które Southall wykonywał przed wejściem do zawodowej piłki, była praca śmieciarza. Stąd tytułowy „binman”. Ostatecznie, ze zbocza walijskiej wioski Southall okrężną drogą trafił do First Division, wtedy najlepszej ligi na świecie.

Kibice Evertonu powtarzają, że dyskwalifikacja angielskich klubów po tragedii na Heysel, najmocniej uderzyła w ich zespół. Everton wyprzedził wtedy święcący triumfy na kontynencie Liverpool. – Dlaczego uderzono w Everton, którego fani zachowali się wzorowo podczas finału Pucharu Zdobywców Pucharów w Rotterdamie? Kibice z różnych krajów sprawiali problemy, ale uczepiono się ligi, z której kluby wygrały 7 z 10 poprzednich Pucharów Europy – pisze. Przez dyskwalifikację odszedł Gary Lineker a Toffees stopniowo zaczęli się osuwać w tabeli. Southall grał w klubie z Merseyside do czterdziestki, wystąpił w 750 spotkaniach, został najbardziej utytułowanym piłkarzem w historii klubu. Kolejne kluby to była jedna pomyłka za drugą. Dziś pracuje z trudną młodzieżą i wkłada jej do głów, jak ważna jest szkoła. Ta, do której sam chodził tylko po to, by całymi dniami móc grać w piłkę.

Malinowski i książka, która już nigdy nie powstanie [RECENZJE]

Bronek Malinowski. Przeszkodowiec

Tytuł: Bronek Malinowski. Przeszkodowiec
Autor: Łukasz Panfil
Wydawnictwo:
Miejski Ośrodek Rekreacji i Wypoczynku w Grudziądzu, 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Wieczorem, w ostatnią niedzielę września 1981 roku, Ryszard Szczepański słyszał karetki jeżdżące po moście w Grudziądzu. Z okna widział niebieskie światła. O tym, że zginął jego wychowanek, Bronisław Malinowski, usłyszał od mieszkającego w tej samej klatce milicjanta. Kiedy dotarł na miejsce, 30-letni mistrz olimpijski w biegu na 3000 m z przeszkodami, już nie żył.

Po żużlowej bieżni stadionu Olimpii, dziś im. Malinowskiego, zaczął biegać w wieku 16 lat. Najbardziej pamiętany jest z biegu w Moskwie. W dniu finału, jak zwykle policzył liczbę uderzeń serca tuż po przebudzeniu. Tylko 34 na minutę, czyli organizm, mimo kontuzji w trakcie przygotowań, był wytrenowany niemal optymalnie.

Tanzańczyk Filbert Bayi wyrwał do przodu i miał ogromną przewagę. Taktyka Malinowskiego była prosta – bez względu na sytuację biec tempem na 8:10,0. Rywal słabł w oczach. – Załamały się czarne nogi pod Bayiem – mówił Bohdan Tomaszewski, gdy Afrykanin po raz ostatni pokonywał rów z wodą. Malinowski wygrał z dużą przewagą, z czasem 8:09,7. Tanzańczyk nie rozpaczał, zdobył dla swojego kraju pierwszy w historii medal olimpijski.

Historię Malinowskiego spisał Łukasz Panfil, lekkoatleta. Rozmawiał z rodzeństwem i rodzicami, odwiedził rodzinny dom w Rulewie i szkołę w Buśni. Od bratowej mistrza dostał dzienniczek treningowy. Analizował, jak Malinowski zmieniał swój trening. W 1982 roku miał startować w maratonach. Panfil policzył też, czy jakikolwiek zawodników z krajów, które zbojkotowały igrzyska w ZSRR, mógł zagrozić Malinowskiemu. Żaden z nich nie pobiegł w czasie, który na Łużnikach wykręcił Polak.

W dniu wypadku Mallinowski spieszył się, żeby zatankować swoje audi 80. Rankiem następnego dnia miał jechać do Warszawy, by wylecieć na zgrupowanie na Cyprze. O 19.20 przed fragmentem prowizorycznie wygrodzonej, czekającej na naprawę nawierzchni, stanął wyjeżdżający z Grudziądza PKS. Jadący za nim kierowca Kamaza nie miał czasu czekać. Wyminął autobus. Ciężarówka z hukiem wbiła się w audi.

6 grudnia 1981 Malinowski miał wziąć ślub. Jego narzeczona, Mirka próbowała sobie ułożyć życie na nowo. – Ten? Ten jest w porządku – rzucił Władysław Komar oceniając kandydata na męża, Krzysztofa Świostka. W 1998 roku Świostek jechał samochodem wracając z Międzyzdrojów. Siedział z tyłu. Kierował Tadeusz Ślusarski, obok siedział Komar. W wyniku zderzenia ich forda zderzył się z renault, medaliści olimpijscy zginęli. Świostek wyszedł niemal bez szwanku.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: The Glory GameThe Glory Game Hunter Davies
Autor:
Hunter Davies
Wydawnictwo:
Mainstream Publishing 2005 (1972)

Taka książka już nigdy nie powstanie. Zmiany w piłce poszły za daleko. Hunter Davies rok swojego życia spędził jako członek Tottenhamu Hotspur. Czasem ćwiczył z zespołem, na każdy mecz jechał z drużyną, do pierwszego gwizdka siedział w szatni, a spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Po spotkaniu opowiadali mu o swoich problemach. Nikt tej książki nie autoryzował.

„Glory Game” Daviesa, który napisał wcześniej jedyną autoryzowaną biografię The Beatles, do dziś przewija się w zestawieniach najlepszych angielskich książek o sporcie. Wydawano ją, co ważne, wraz z uaktualnianymi aneksami, w 1972, 1990, 1994, 1996, 1999, 2001 i 2005. Między pierwszym a drugim wydaniem książka była tak rozchwytywana, że autor nie był w stanie sprezentować egzemplarza proszącego o niego Bryan’owi Robsonowi, kapitanowi reprezentacji Anglii. Davies pojawił się w szatni Spurs latem 1971. Dyrektorzy klubu z niesmakiem myśleli wtedy o ofercie na pierwszą reklamę na White Hart Lane, a klubowi juniorzy więcej czasu, niż na trenowanie, poświęcali malowaniu trybun i czyszczeniu butów zawodników pierwszej drużyny. Takie były zasady i nikomu nie przeszło przez myśl się buntować. Zasadniczo na boisko wychodziła żelazna jedenastka. Jeśli zawodnik przegrał walkę o miejsce w składzie, wypadał z zespołu na dobre i grał w rezerwach. Nikt nie stosował rotacji.

W 1971 roku Davies miał 35 lat, ugruntowaną pozycję jako autor a piłkarze nie byli gwiazdami popkultury. Między dziennikarzem, a zawodnikami nie było dużej różnicy w statusie społecznym, czy zarobkach. Jeździł z nimi po Anglii i Europie i notował, choćby to, jak poszczególni piłkarze reagują na burę w szatni. Odwiedzał ich w domach i rozmawiał z żonami. Jego obraz angielskiego futbolu lat 70. jest fascynujący.

Postacią z innej epoki był manager Bill Nicholson. W jego wizji piłkarze mieli być prawdziwymi mężczyznami, którzy nie narzekają na ból i nie stroją się przed lustrem. – W twoim wieku biegałem na wojnie z karabinem – gasił piłkarzy. I prawie nigdy ich nie chwalił. Davies poświęca osobne rozdziały kolejnym częściom sezonu, piłkarzom i fanom, czy prezesom. W tym o urodzonym w 1919 roku Nicholsonie, najbardziej zaskakują fragmenty o żonie. Była ona kibicem Spurs, ale na mecze nie chodziła, bo mąż jej nie pozwalał. Razem nie wychodzili nigdzie, bo mąż pracował od rana do wieczora, w domu prawie tylko spał. Linda Nicholson nie wiedziała też ile mąż zarabia i nigdy nie odważyłaby się spytać, podobnie jak o to, czy mają oszczędności. Nicholson tak naprawdę wziął ślub z Tottenhamem. Jako piłkarz, trener i doradca, spędził w nim 50 lat.

Na końcu książki Davies zebrał wyniki prostych ankiet – skąd pochodzą piłkarze, co robili ich rodzice, ile mają rodzeństwa i dzieci, co ich zdaniem liczy się w piłce i czy zamierzają być trenerami. Po kilkunastu latach przepytał ich ponownie. Wnioski są intrygujące. Te same pytania Davies zadawał piłkarzom z raczkującej Premier League. Pomimo pomocy klubu, część milionerów na pytania nie odpowiedziała. W XXI wieku już nie próbował. Rozumiem go.

Ta książka została napisana dla pieniędzy [RECENZJA]

Stan Futbolu Krzysztof Stanowski

Tytuł: Stan Futbolu
Autor: Krzysztof Stanowski
Wydawnictwo:
Czerwone i Czarne 2016

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Krzysztof Stanowski twierdzi, że są dwa powody, dla powstają książki – próżność i pieniądze. „Stan futbolu” napisał dla kasy.

Stawka była tak wysoka, że ewentualną odmowę na propozycję wydawnictwa, Stanowski nazwał „nieodpowiedzialną”. Kasa wzięta, trzeba się wywiązać. Cel – nie odwalać chałtury i nie zszargać nazwiska. Zadanie wykonane z nawiązką.

Teoretycznie trochę narzekać mogą wnikliwi czytelnicy Weszło. Ci, którzy tak jak, ja, przeczytali większość tekstów Stanowskiego na tym portalu, wiele z książkowych anegdot znają. Swoje brawurowe początki, jako 14-letniego stażysty w „Przeglądzie Sportowym”, wspominał wiele razy. Jak zwykle cięgi zbierają koledzy z redakcji – Roman Kołtoń, Dariusz Tuzimek i Jacek Kmiecik. Na stronach książki pojawiają się Grzegorz Szamotulski, Andrzej Niedzielan. Przez cały rozdział Stanowski rozwalcowuje Cezarego Kucharskiego i Kazimierza Grenia. Jeszcze mocniej dostaje się, rzecz jasna całkowicie zasłużenie, Franciszkowi Smudzie (śmieszniejsze są tylko anegdoty o Radosławie Osuchu). Z grubsza biorąc, duża część opowieści już była. Rzecz w tym, że jeśli ktoś dokładnie czyta Weszło, to chętnie przyjmie jeszcze większą porcję. Warsztat, prowadzenie argumentacji, styl narracji, wszystko z najwyższej krajowej półki.

Najlepiej napisany rozdział to ten poświęcony Ryszardowi F.. Opowieść o fryzjerze spod Wronek, który trząsł polską ligą, to przedruk z „Dziennika”, ale jakże smaczny.

Na lewej ręce złoty zegarek, na prawej gruba bransoleta. Na karku świecący łańcuch, na samym przedzie błyszczący złoty ząb. Koszula w kratę, modna na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozchełstana. (…) Gdyby przedstawić przypadkowej osobie zdjęcie i zapytać, czy ta osoba mieszka w Warszawie, Poznaniu, Nowym Jorku, Londynie, Łodzi, a może Obrzycku, każdy bez wahania powiedziałby „W Obrzycku”.

Do mediów przebiła się historia o tym, jak Adam Nawałka przekazał Andrzejowi Iwanowi pieniądze za sprzedany mecz. Stanowski nie wystawia jednak selekcjonera na odstrzał. Usprawiedliwia go i porównuje do Łukasza Piszczka. Zastanawia się nad rolą przypadku. Gdyby Iwan w „Spalonym” nie kazał usunąć tego fragmentu, selekcjonerem ogłaszającym nazwiska piłkarzy jadących na EURO mógłby być ktoś inny.

Samego Stanowskiego mówiącego o książce można obejrzeć tutaj i poczytać tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Keeper Of Dreams: One Man’s Controversial Story of Life in the English Premiership
Autor: Ronald Reng
Wydawnictwo:
Yellow Jersey Press, 2002

Ronald Reng Keeper Of Dreams

Liczba oficjalnych meczów w karierze Larsa Leesego jest mniejsza niż książek, których bohaterami są Neymar czy Cristiano Ronaldo. Niemiecki bramkarz zagrał w profesjonalnej piłce 21 spotkań. Ronald Reng napisał o nim książkę lepszą, niż wszystkie sprzedażowe hity o gwiazdach futbolu.

Zaczynamy od słowniczka. W nim m.in. „Kreisliga”, najniższy poziom niemieckiego futbolu. Dla angielskiego czytelnika porównany do Midland Combination, na 10-12 szczeblu piłkarskiej piramidy. Kiedy Lars Leese miał 25 lat, jego występująca w Kreislidze drużyna awansowała jeden poziom wyżej. W kolejnym klubie, w Regionallidze, klub przestał mu płacić. Kiedy zgłosił się po niego Bayer Leverkusen, bramkarz tonął w długach. Praca jako sprzedawca nie pokrywała wydatków na benzynę. – Chcą mnie do pierwszego zespołu, czy do amatorów? Będę musiał zrezygnować z pracy w biurze? – zastanawiał się idąc na spotkanie. W Leverkusen, jako trzeci bramkarz, rok przesiedział na trybunach. W 1997 roku Barnsley po raz pierwszy w 110-letniej historii awansowało do ekstraklasy. Zaczęło ściągać zagranicznych zawodników. Na dłuższą metę żaden się nie sprawdził, ale przez pół roku kibice byli w ekstazie. Jednym z ich bohaterów był „gigant z Niemiec”.

Leese opowiada o wejściu do świata zawodowej piłki. Wejściu niezwykle późnym, bo w profesjonalnym futbolu zadebiutował w wieku 28 lat. Zmiana była wymuszona w trakcie meczu, Leese czuł na sobie wzrok 18 tysięcy kibiców Barnsley. Stres nie pozwolił mu zawiązać sznurowadeł. Kiedy po dwóch latach wyjeżdżał z Anglii, zaczął martwić się na dobre. Nie miał kontaktów, agenci nie mogli mu znaleźć klubu. Długo łudził się, że dalej będzie grał w piłkę, w końcu zarejestrował się jako bezrobotny. Po kolejnych testach, z których nic nie wychodziło, wrócił do pracy za biurkiem. Kiedy w telewizji widzi transmisję z Anfield Road, nie dociera do niego, że to ten sam stadion, na którym kilka lat temu zatrzymał Liverpool. Wydaje mu się, że musiało to być w innym życiu.

Reng napisał świetną opowieść o piłkarzu, który w świecie zawodowej piłki był zaledwie trzy lata. Więcej tu smutków, niż radości, choć Leese miał też swoje chwile chwały. W Wielkiej Brytanii książka została wydana w 2003 roku. Od tamtej pory Lese jako pierwszy trener poprowadził kilka amatorskich zespołów. Większe sukcesy święcił Ronald Reng, który napisał podobną książkę. Też o niemieckim bramkarzu, który przeżywał załamania i czuł się inny od pozostałych piłkarzy. Jego opowieść o Robercie Enke należy do najlepszych książek o piłce. W 2011 roku książka (tutaj recenzja) zdobyła tytuł William Hill Sports Book of the Year a Reng został pierwszym nieangielskojęzycznym autorem w historii tej nagrody.

Legia mistrzów, to już 20 lat [RECENZJA]

Tytuł: Legia MistrzówPiotr Jagielski, Legia Mistrzów
Autor: Piotr Jagielski
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2016

30-latek napisał o meczach sprzed 20 lat. To nie jest jego pierwsza książka, zarabia na życie pisaniem. O muzyce.

Na mapie krajów, które w ostatnich 15 latach miały klub w Lidze Mistrzów, największa czarna dziura zieje między Odrą a Bugiem. Czasy, w których do elity na chwilę wpadła Legia, wydają się być bardzo odległe. Premie wynoszone z klubu w reklamówkach, piłkarze wypożyczani z Pogoni Konstancin, o czym sami nie wiedzieli i wódka jako oczywisty element jadłospisu zawodnika. Ostatni mecz w LM na swoim stadionie, Legia zagrała nie na murawie, ale w śmierdzącym mocznikiem błocie. Po rozmrażaniu boiska przed spotkaniem z Panathinaikosem, śmierdziało przez pół roku.

Pełen mielizn jest początek książki. Autor tłumaczy piłkarskie oczywistości, najwyraźniej liczy, że za lekturę wezmą się ci, którzy nie wiedzą, co to afera na Okęciu i jak Kazimierz Deyna trafił do Legii. Czytamy, co Stefan Szczepłek mówi o legionistach z lat 70., a Mirosław Żukowski rozprawia się z mitem Janusza Wójcika. Kiedy autor przeplata swoje wspomnienia wypowiedziami piłkarzy, robi cię interesująco. Nie ma zaskoczenia, że najciekawiej opowiadają ci, którzy byli poza grupą – Maciej Szczęsny i Jacek Bednarz. Obrońca opowiada, że bywały mecze, w których nie dostał żadnego podania. Drużyna nie akceptowała tego, że ma inny pomysł na spędzenie wieczoru, niż picie w „Garażu”. Moment, w którym piłkę podał mu Leszek Pisz, opisuje jako moment, w którym poczuł się zaakceptowany.

Niektóre z tych opowieści znamy. Jest m.in. „Beret”, który przybijał buty do podłogi szatni i straszył piłkarzy Manchesteru United uderzając głową w ściany blaszanego tunelu, czy Wieszczycki żałujący, że na początku kariery trafił na ludzi, dla których piłka nie była najważniejsza.

Autor, Piotr Jagielski, jest dziennikarzem muzycznym Polskiej Agencji Prasowej, publikował m.in. w „Newsweeku” i kwartalniku „Kontynenty”. Za swoją pierwszą książkę dostał Warszawską Nagrodę Literacką. Wydawca tak opisuje „Bird żyje”: „Opowieść o człowieku uwięzionym, Uwięzionym w tekstach kulturowych. Żyjącym w świecie, w którym żadnej emocji nie da się wyrazić wprost, bo wszystkie emocje dawno zostały zamienione w gotowe opowieści”. O sporcie ani słowa.

Ojciec autora pojawia się w tej książce kilkadziesiąt razy. Nie pada, że chodzi o Wojciecha Jagielskiego, wybitnego reportera. Jest przywoływany nie jako dziennikarz, ale ten, który tłumaczył 10-latkowi na czym polega nie tylko piłka, ale też los polskiego kibica. Wiele jest w „Legii mistrzów” refleksji niczym z książek Nicka Hornby’ego, czy Michała Okońskiego. Koniec pucharowej przygody Jagielski opisuje jako swoją pierwszą traumę:

„Piłka nożna wydobywa to, co najciemniejsze, czarny nurt. Każe, rozkazuje, nie daje w zamian nic stałego, jedynie przygodną chwilę radości i spełnienia, tak krótką wobec niekończących się cierpień i zawodów. Ale nawet ta chwila jest tylko zapowiedzią przyszłych smutków.”

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Bieg po życieBieg po życie
Autor: Lopez Lomong, Mark Tabb
Wydawnictwo: SQN, 2015

To jedna z tych historii, która opowiedziana w hollywoodzkim filmie zostałaby uznana za nieralną, zbyt cukierkową.

Skróćmy ją do minimum. W wieku 6 lat Lopez Lomong został porwany z rodzinnej wioski w Sudanie. Uciekł z obozu, w którym dzieci umierały jedno po drugim a pozostałe miały zostać maszynami do zabijania. Biegł niemal bez przerwy przez trzy dni. Dekadę spędził w kenijskim obozie dla uchodźców. Warunki, w których starał się przetrwać, były nieludzkie. W końcu uśmiechnęło się do niego szczęście – został adoptowany przez amerykańską rodzinę. Kiedy w wieku 16 lat przyleciał do USA, nie wiedział jak działa toaleta, nie potrafił zgasić światła.

Koncept igrzysk olimpijskich, jako zawodów, w których wygrywa ten, kto jest pierwszy na mecie, poznał w 2000 roku. Kiedy po 7 latach w Stanach, zakwalifikował się na igrzyska w Londynie (nie należy do ścisłej czołówki, dotarł do półfinału na 1500 metrów), jednogłośnie uznano, że powinien zostać chorążym reprezentacji USA. Historia uchodźcy, który przeżył piekło i w Stanach zaczął nowe życie, zrobiła furorę. To George Bush poprosił Lomonga o zdjęcie, nie odwrotnie.

Książka jest napisana bardzo prosto, momentami bije z niej naiwność. Zasługuje na miano wyciskacza łez, może też stanąć na półce z książkami motywacyjnymi. Siła historii dziecka, które musiało walczyć o jedzenie bijąc się o resztki ze śmietnika, a teraz poświęca się pomocy innym, jest ogromna. Opowieść, która chwyta za serce, do przeczytania w jeden wieczór.

Wspomnienie szachowej potęgi [RECENZJE KSIĄŻEK]

Tytuł: Arcymistrzowie. Złota era polskich szachówArcymistrzowie. Złota era polskich szachów
Autor: Stefan Gawlikowski
Wydawnictwo:
The Facto 2016

Prasa spierała się o to, kto powinien pojechać na olimpiadę a wynikami żywo interesowała się pierwsza osoba w państwie. Przedwojenna Polska była jedną z największych światowych potęg szachowych.

O ile o Akibie Rubinsteinie wielu pewnie słyszało, to nazwiska takich szachistów, jak Dawid Przepiórka, Ksawery Tartakower, Kazimierz Makarczyk, Stefan Rotmil i Marian Wróbel są znane tylko osobom związanym z królewską grą. Przybliża je w swojej książce Stefan Gawlikowski. Jeden z rozdziałów poświęcił swojemu ojcu. Kiedy Stanisław Gawlikowski po powstaniu warszawskim zajrzał do piwnicy, w której trzymał kilkaset książek o szachach, był przekonany, że są nietknięte. Kiedy dotknął jedną z nich, został po niej tylko popiół. Wszystko strawił ogień.

Więcej w tej książce historii, niż szachów. Do ostatniej strony dotarłem nie wiedząc, co to gambit hetmański, nad którym pod koniec życia pracował ponoć Rubinstein. Nazwisk szachistów wydaje się być dużo, ale historie poprowadzono w sposób ciekawy. Zapisy partii przeniesiono do aneksów na końcu książki.

Końcem epoki sukcesów polskich szachów były wojna i holocaust. Większość ówczesnych sław była Żydami, choć ich życiorysy różnią się. Rubinstein zaczął grać w szkole talmuducznej. Wśród najlepszych zawodników byli potomkowie bogatych żydowskich przedsiębiorców i stali bywalcy warszawskich kawiarni. Niektórzy spośród tych, którzy osiągnęli sukces, nauczyli się grać w wieku kilku lat i to bez niczyjej pomocy. Ich życiorysy stanowiły problem dla związanego z ONR-em tygodnika „Prosto z mostu”. – Prestiż Polski – co za blaga! Czego dowodzi fakt, że Raszewski i Horowitz pobili Frydmana i Szlomę? Tylko tego, że Żydzi z Ameryki grają lepiej od Żydów zamieszkałych tymczasowo w Polsce. Dla zdobycia tej wiadomości nie warto tracić tyle pieniędzy – pisano. Opinia publiczna miała inne zdanie. Zwycięstwo Polski na olimpiadzie szachowej w Hamburgu w 1930 roku rozpatrywano jako wielki sukces. Cieszył się z niego m.in. Józef Piłsudski, który wspierał szachistów nie tylko dobrym słowem. Kiedy trzeba było, decydował o zwiększeniu nagrody finansowej w turnieju. Gdy polscy Żydzi mieli wątpliwości, czy uczestniczyć w olimpiadzie rozgrywanej w hitlerowskich Niemczech, marszałek osobiście interweniował.

Mieczysława Najdorfa, urodzonego jako Mendel, wojna zastała na olimpiadzie szachowej w Argentynie. Rodzina została w Polsce. Kiedy w listopadzie 1940 zamknięto warszawskie getto, urwał się kontakt listowny. Najdorf liczył, że jeśli dokona wielkiego wyczynu, napiszą o tym gazety z całego świata i liczna rodzina, także za murem, dowie się, że nadal żyje. Szachista pokonał 40 jednocześnie szachistów w grze „na ślepo”, czyli bez patrzenia na szachownicę. Rywale mówili mu o posunięciach na 40 szachownicach, on rozgrywając partie w głowie, odpowiadał. Nie wiedział, że kiedy bił rekord, warszawskie getto było już zlikwidowane. Zginęła cała rodzina. – Myślałem, że zwariuję, ale szachy mi pomogły. Szachy uczą przegrywać – mówił, gdy przedstawiał się już jako Miguel Najdorf.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Eddy Merckx. KanibalEddy Merckx. Kanibal
Autor: Daniel Friebie
Wydawnictwo: Veni Vidi Vici, 2013

Nawet nie chodzi o to, ile wygrał największy kolarz w dziejach, ale jak to robił.

A zwyciężał częściej, niż ktokolwiek inny. Na metę dojeżdżał pierwszy 525 razy. Ma na koncie wszystkie klasyki (oprócz Paryż-Tours), po 5 Tour de France i Giro d’Italia, jedną Vueltę a España i trzy mistrzostwa świata.

Eddy Merckx pożerał rywali i wygrane. Stąd tytułowy „Kanibal”. Potrafił rozpocząć skuteczną ucieczkę 150 km przed metą. Kiedy trzeba było, atakował tuż za linią startu i to na zjeździe. Zdarzało się, że nawet gdy miał w kieszeni wygraną w wieloetapowym wyścigu, uciekał na ostatnich, płaskich etapach. Ruszał środkiem drogi i odjeżdżał.

Nie miał litości nawet dla kolegów z drużyny. Ścigał się z nimi na lotnych premiach, nigdy nie pozwalał bezkarnie wygrać. Kiedy kolega pomagał mu wjechać na szczyt kończący etap, nie mógł liczyć, że Merckx puści go na metę, nawet, jeśli ten miał kwadrans przewagi w całym wyścigu. – Jestem to winny ludziom, którzy przyszli mnie obejrzeć – powtarzał.

Tylko w 1971 roku odniósł 45 wygranych. Przyjechał na metę pierwszy w niemal połowie startów. Kiedy w 1976 zajał 8. miejsce w Giro, była to jego najgorsza lokata w wielkim tourze od 7 lat. Kiedy przez kilka dni nie wpadł pierwszy na metę, był nieznośny dla otoczenia.

Choć był największą gwiazdą dyscypliny, to miał świadomość swoich ograniczeń. Wiedział, że rozmowy z nim nie są ciekawe. – Spędzam jedną trzecią życia na rowerze, jedną trzecią na stole masażysty i za kierownicą samochodu, a jednej trzeciej potrzebuję na sen. Za pięć lat, kiedy nie będę startował w wyścigach, będę miał czas na czytanie, chodzenie do kina i teatru czy na konferencje i wyobrażam sobie, że będzie mi się to bardzo podobało – mówił w czasie kariery.

Historia sprzed kilku dekad o dyscyplinie, którą lubię, ale jej na bieżąco nie śledzę, mocno mnie wciągnęła. Eddy Merckx współpracy przy tej książce odmówił. Daniel Friebie tka historię z opowieści rywali z peletonu. Wychodzi to sprawnie, książkę czyta się dobrze. Pisana jest z wielkim szacunkiem do Merckxa, ale nie brakuje krytycznych dla bohatera fragmentów – o trzech wpadkach dopingowych i niepotrzebnego przeciągania kariery. Bo choć kolarz wszech czasów zapowiadał, że zejdzie ze sceny w sile wieku, to nie potrafił porzucić marzeń o ciągłym wygrywaniu.

Wyboje na drodze Adama Nawałki [RECENZJA]

Tytuł: Nawałka. Droga do perfekcji
Autor: Łukasz Olkowicz
Wydawnictwo:
Ringier Axel Springer Polska, 2016

Nawałka. Droga do perfekcjiKsiążka o Waldemarze Fornaliku byłaby nudna. Po lekturze biografii Franciszka Smudy zapewne bolałby brzuch. Obecny selekcjoner to temat ciekawy. Autokrata, który przez większość trenerskiej kariery ponosił porażki. Taki portret Adama Nawałki nakreślił Łukasz Olkowicz. Książka to rozszerzona i pogłębiona wersja reportaży, które Olkowicz pisał w odcinkach, na łamach „Przeglądu Sportowgo”. Zwarty, gazetowy styl, bardzo przypominający ten z książki Mateusza Migi o Wiśle Kraków.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Olkowicz zazwyczaj Nawałce nie słodzi, ale jest skupiony bardziej na jego zaletach, niż wadach. Po długim opisie, jak Nawałka naprawiał Świt Krzeszowice, przychodzi brutalna weryfikacja. 4 zwycięstwa, 24 porażki i aż 22 punkty straty do bezpiecznego miejsca. – Adam Nawałka to trener, który więcej przegrał, niż wygrał – mówił Olkowicz w programie „Stan futbolu”.

Głosu samego Nawałki w książce jest niewiele, bo po serii wywiadów na początku pracy jako selekcjoner, przestał udzielać indywidualnych wypowiedzi. Mówi na konferencjach prasowych, ale tak, że niewiele można z tego wycisnąć. Z dziennikarzami rozmawia, ale bez prawa wykorzystania cytatu. Nie wiemy więc jak Nawałka psychicznie radził sobie w USA, gdzie zaledwie kilka lat po świetnych meczach na mundialu, musiał podjąć niebezpieczną pracę na wysokościach. Od innych dowiadujemy się, jak reagował na kolejne kontuzje, które zakończyły jego karierę w wieku 28 lat. Ostatnie powołanie do kadry dostał 5 lat wcześniej. Ile prawdy w tym, że zaszkodził mu wyjazd na Kubę, gdzie wraz z innymi gwiazdami PRL miał umacniać socjalizm? Kilka pytań pozostaje otwartych.

Mówią inni, głównie ciekawie i pozytywnie, choć głosy krytyczne też się pojawiają. Łukasz Mazur krytykuje czteroletnią kadencję w Górniku Zabrze. Szpilki wbija też Orest Lenczyk. Okres w Zagłębiu Lubin to z kolei porażka tak wielka, że obrony tego okresu nikt się nie podejmuje.

Nawałka jawi się jako trener świadomy, tytan pracy, zwolennik dyscypliny. Seria anegdot z kolejnych klubów to różne pomysły Nawałki na przykręcanie śruby i ustawianie zawodników do pionu, by nie zapomnieli o jednym. Najważniejsza jest drużyna. Kiedy trzeba było, Nawałka nie wahał się o tym przypomnieć nawet własnej żonie.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: The Football Men
Autor: Simon Kuper
Wydawnictwo: Simon & Schuster, 2011

The Football Men KuperPonad 60 portretów najlepszych na świecie piłkarzy i trenerów to nie jest dobry pomysł na ciekawą książkę. Chyba, że autorem jest Simon Kuper.

– Nigdy nie uważałem, że piłkarze mają coś specjalnego do powiedzenia. (…) Im byłem starszy, tym mniej uganiałem się za wypowiedziami zawodników. Nie jest to warte upokorzenia. (…) Mój kolega pracował jako tłumacz jednej z gwiazd Realu Madryt. Przed konferencja zapytał zawodnika, jaką wiadomość chce przekazać mediom. Piłkarz był zaskoczony. „Celem jest nic nie powiedzieć” – wytłumaczył – pisze Kuper. Kilkustronicowe portrety ukazywały się w Financial Times’ie, Observerze i The Times’ie. Tytuł nawiązuje do brytyjskiej klasyki, książki Arthura Hopcrafta z 1968 roku.

Tylko z niektórymi bohaterami Kuper spotkał się osobiście. Jak powtarza, nie zamierza tygodniami płaszczyć się przed rzecznikiem prasowym klubu, by dostać pozwolenie na 15-minutową rozmowę z piłkarzem, który posługuje się kilkoma wyuczonymi formułkami. Chwali sobie, że nie pisze stale o jednym klubie, bo dzięki temu może być krytyczny wobec zawodników.

Kuper zdołał ściągnąć do jednego pokoju Johnny’ego Repa i Bernda Hölzenbeina, którzy walczyli ze sobą w finale mundialu w 1974 roku. – Jak każdy uczestnik tego meczu, Niemiec został zamknięty w studiu przesłuchany przez holenderską i niemiecką telewizję. Prowadzący znał odpowiedź na każde pytanie zanim je zadał – pisze Kuper. I jak w każdym portrecie, stara się odsłonić coś nowego. I to mu się udaje.

Kiedy w 1998 roku pisał o Glennie Hoddle’u, zestawił go z Tony’m Blairem. Opisując Ruuda Gullita, zdobywcę Złotej Piłki, przez 4 z 5 stron, relacjonuje amatorski mecz. Gullit występował w piątym zespole AFC Amsterdam, który tamtego dnia grał z trzecią drużyną OSDO. Ani słowa o Milanie, czy EURO 1988. W tekście pojawiają się za to Yoko Ono, Nelson Mandela i Jezus.

Kibice grzebią w archiwach [RECENZJE KSIĄŻEK]

Tytuł: Zapomniane pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949
Autor: Sławomir Wojciechowski
Wydawnictwo: -, 2011

Zapomniane pokolenie. Polonia Bydgoszcz 1920-1949Czy książka, która jest źle napisana, może być prawdziwą perełką? Otóż tak.

Zaczynamy od spotkania w 1920 roku, na którym klub powstał. Nie ma pewności, kiedy się odbyło, nie do końca wiemy, kto w nim uczestniczył, możemy natomiast wskazać, w jakim budynku do niego doszło. Prawdopodobnie. W dodatku tego budynku już nie ma.

Książka jest fascynująca, bo gdyby nie jej autor, Sławomir Wojciechowski, to nikt inny nie rzuciłby światła na tamten okres historii Polonii Bydgoszcz. Nie ma przesady, w stwierdzeniu, że ten okres zostałby zapomniany na zawsze. Taki był cel likwidacji klubu w czasach stalinowskich i przejęcia jego tradycji przez milicyjną Gwardię. To się udało. Przedwojenni poloniści byli niewygodni i odeszli w zapomnienie. Z czasem wielosekcyjny klub polskich patriotów zaczął być kojarzony z żużlowcami, za którymi stała Milicja.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Autor zaczynał niemal od zera. W dniu Wszystkich Świętych chodził na groby zmarłych polonistów. Liczył, że spotka krewnych, którzy mogą mieć przedwojenne pamiątki. Dotarł też do Edmunda Szumińskiego, którego opowieści są dużą częścią książki. Materiały zbierał przez wiele lat. Efektem jest żywa relację z działalności wielosekcyjnego klubu, prawdziwej sportowej rodziny.

Książka została wydana 5 lat temu i cały czas zdarza mi się do niej zajrzeć. Rozpływam się nad nią, choć jest napisana źle. Autor jest zafascynowany historią, ale styl pozostawia wiele do życzenia. Wielokrotnie drażni. Akcenty są błędnie rozłożone, za dużo uwagi poświęcono na monotonne relacje z meczów piłkarskich, zamiast na ludzkie historie, które są w tej książce fascynujące. Widać brak redaktorskiego wsparcia. Na 700, wydanych własnych sumptem stronach, można trafić na mielizny, ale książkę polecam każdemu zainteresowanemu historią polskiego sportu, jak i Bydgoszczy. Wyjątkowa pozycja.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Lechia – Juventus. Więcej, niż mecz
Autor: Mariusz Kordek, Karol Nawrocki
Wydawnictwo: Bernardinum, 2014

Lechia - Juventus. Więcej, niż meczTakie historie zdarzają się tylko w filmach. Trzecioligowiec pokonuje w pucharze krajowych potentatów a potem gra z jedną z najlepszą drużyn na świecie. Skoro to wydarzyło się naprawdę a mecz był polityczną manifestacją, gdzie fetowano człowieka, który kilka tygodni później nagrodzony Pokojową Nagrodą Nobla, to jest to temat na książkę.

Historia opisująca starcia Lechii Gdańsk z Juventusem pojawiła się w księgarniach na 30. rocznicę pucharowych starć, czyli 3 lata temu. To temat samograj. W historii Pucharu Zdobywców Pucharów tylko cztery kluby zdobyły prawo gry w tych rozgrywkach występując w trzeciej lidze. Oprócz Lechii to Stahl Eisenhüttenstadt (1991/92), Olympique Nîmes (1996/97) i Jeunesse Hautcharage (1971/72). W tych statystykach nie uwzględniono drużyn z Liechtenstenu i Walii. Zdobywając Puchar Polski, Lechia awansowała równocześnie do ówczesnej II ligi. Włochów przyjęła jako zespół z zaplecza ekstraklasy. Juventus z kolei w 1983 roku przegrał ligę z Romą, co nie przeszkodziło Michelowi Platiniemu zdobyć swojej pierwszej Złotej Piłki. Dzięki Pucharowi Włoch Juve wygrało tamtą edycję PZP a rok później Puchar Europy.

Najciekawsza postać w książce to Janusz Strzelecki vel Johnny River. Przedstawiony jako hochsztapler, który zwęszył swoją okazję, gdy biedna nawet jak na polskie warunki Lechia wylosowała jeden z najlepszych klubów świata. Możliwość swojego pobytu w Polsce River przedłuży zgłaszając się do SB i oferując swoje usługi. Dzięki niemu przed pierwszym meczem w Turynie, Polacy pojechali do Włoch na tournee. Ciekawych opowieści jest tu mnóstwo. Przewijają się zarówno Jan Paweł II, u którego audiencję chcieli zablokować partyjni notable, jak i „Nikoś”. Nikodem Skotarczak swoje jedyne w Polsce północnej białe cabrio stawiał przy północnej trybunie stadionu przy ul Traugutta. Oficjalnie pełnił funkcję kierownika drużyny rugbystów. Miało to niewiele wspólnego z prawdą, podobnie jak deklaracje kibiców, którzy pojechali na mecz w Turynie. Z orbisowską wycieczką do Włoch pojechało 90 osób. Niektórzy wybrali się całymi rodzinami zabierając dobytek całego życia. Do kraju wróciła blisko połowa. Aż 37 kibiców poprosiło we Włoszech o azyl polityczny.

Pierwszą część, tę piłkarską, napisał Mariusz Kordek. Zaglądamy do szatni, słuchamy jak mecze swojego życia wspominają zawodnicy. Autorem drugiej, o politycznej otoczce, jest Karol Nawrocki. – Z kilku względów autor zdecydował się na pozostanie przy formie tekstu stricte naukowego (aparat naukowy). Kalkulacja zysków i strat wypadła bowiem na korzyść zysków – pisze o sobie Nawrocki, pracownik gdańskiego oddziału IPN-u. Podczas kalkulacji musiało dojść do omyłki, bo momentami ciężko przez to przebrnąć. Zamiast napisać jedną spójną opowieść, swoją część napisał będący statystykiem kibic, a potem drugą, niespójną stylistycznie, stworzył historyk. Momentami opowiadają o tym samym. Zamiast połączyć wątki, stworzyli dwie książki w jednej.

Całość ratuje klimat epoki, który udało się zachować i dużo szczegółów. W książce są też bilety, kwity i świetne zdjęcia. Choć nie jest łatwo napisać dwustu stron o dwumeczu pierwszej rundy, to nie ma lania wody. Efekt bliższy wynikowi meczu z Gdańska, niż z Turynu.

Onyszko o nerkach i gejach. Trochę o piłce [RECENZJA]

Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak

Tytuł: Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie
Autor: Arkadiusz Onyszko, Izabela Koprowiak
Wydawnictwo: SQN, 2016

Najbardziej szczegółowa relacja w książce, dotyczy porodu. Arkadiusz Onyszko dzieli się refleksjami na temat mody męskiej, dowiadujemy się też, co myśli o seksie sado-maso. Szczegóły anatomiczne jednego z kolegów komentuje: „Ależ on miał zaganiacza…”. O sporcie jakby mniej.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Skupmy się jednak na futbolu. Mnie najbardziej zaciekawił okres, jaki Onyszko spędził w Zawiszy. Do Bydgoszczy trafił w wieku 15 lat. Miał zastąpić Andrzeja Brończyka. – Pił mnóstwo kawy, czasem 20 dziennie – wspomina Onyszko. Kiedy po dwóch miesiącach, mimo obietnic, młody bramkarz nie zaczął nauki w liceum, na Gdańską przyjechali rodzice. Zabrali syna do domu, do Lublina. Onyszce groziła dyskwalifikacja. Wrócił do Bydgoszczy, poznał kelnerkę z przystadionowej kawiarni. Szybko weźmie z nią ślub. O bydgoszczance będzie głośno przy okazji konfliktu z mężem, o którym pisały tabloidy.

Z igrzysk w Barcelonie, gdzie nie zagrał ani minuty, Onyszko wrócił z medalem i złotym polonezem. – W Zawiszy stałem się niepotrzebny. Myślałem, że to koniec mojej przygody z piłką. W klubie mnie nękano. W lecie, na mecze Pucharu Intertoto, Zawisza jeździł z jednym bramkarzem – opowiadał „Piłce Nożnej”. Onyszko był karany za odmowę wyjazdu do Maroka na mistrzostwa świata drużyn wojskowych. Onyszko tłumaczył, że u będącej w zaawansowanej ciąży żony, wystąpiły komplikacje. W 1993 roku bramkarz trafił do Legii Warszawa.

Główna oś książki to walka bramkarza z chorobą. Nie tylko zakończyła jego karierę, ale też zagrażała życiu. Po wielu perypetiach, Onyszko przeszedł przeszczep nerki. Bramkarz barwnie opisuje dekadę gry w Danii. Tam wydał książkę, która częściowo była źródłem jego kłopotów. Teraz też dzieli się swoją wizją świata. Znów atakuje gejów, którzy jak uważa, chcieli mu zaszkodzić („Byłem w szoku, że mają taką władzę”). Medalista z Barcelony krytykuje imigrantów z krajów arabskich. Uważa, że nie ma szans, żeby zintegrowali się z duńskim społeczeństwem. Na tej samej stronie pisze, jak wygląda życie skazanego wyrokiem karnym. Są to własne doświadczenia. W szatni trzymał się z Afrykańczykami. Różnica mentalności z Duńczykami była zbyt duża. Onyszko był tak przewrażliwiony na punkcie swojego pochodzenia, że gdy nalano mu do bidonu wody z kranu, był przekonany, że to efekt rasizmu. Kiedy pisze o przywiązaniu do katolicyzmu, płynnie przechodzi do swoich łóżkowych podbojów.

Książka jest dość krótka, czyta się dobrze i szybko. Rozłożenie akcentów czasem irytuje. Izabelę Koprowiak, autorkę dobrze odbieranej serii rozmów w „Przeglądzie Sportowym”, najbardziej interesuje to, co poza boiskiem. „Fucking Polak” to pozostawia wrażenie niedosytu. Tak jak kariera Arkadiusza Onyszki.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Legia. 100 latLegia. 100 lat
Autor: Przemysław Bator
Wydawnictwo: Buchmann, 2016

Jedną rzecz trzeba ogłosić od razu. Ta porządnie wydana książka nie jest pomyślana dla tych kibiców Legii Warszawa, którzy żyją tym zespołem. Na 1000-stronicową księgę trzeba poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Graficznie i edytorsko książka jest dopieszczona. Tylko krótka – 130 stron tekstu i 40 stron świetnej jakości zdjęć. Do tego twarda okładka i autor – Przemysław Bator – od lat piszący o Legii w „Przeglądzie Sportowym”. To wydawnictwo klubowe, na stulecie Legii, więc co naturalne, prezentuje oficjalną wersję historii. Trudno mieć o to pretensje.

Do opisanych tu „Legend Legii” załapali się Boruc, Brychczy, Deyna, Dziekanowki, Gadocha, Grotyński, Kosecki, Kowalczyk, Pisz, Radović, Zieliński i Vejvoda. Druga część to notki o obecnych zawodnikach. Do tego parę stron statystyk i rozmówki z Aco Vukoviciem i Andrzejem Strejlauem. Książeczkę przeczytałem, co zajmuje chwilę, ale niczego nowego się nie dowiedziałem. Zakładam więc, że wiedzy kibica związanego z klubem od lat, ta pozycja też nie poszerzy. To dobry zakup dla młodego kibica albo prezent, który włodarze Legii mogą wręczać oficjelom.

We wrześniu PWN ma wydać liczącą 1000 stron klubową księgą. Autorami będą Wiktor Bołba (historyk Legii Warszawa i kustosz klubowego Muzeum), Adam Dawidziuk (dziennikarz „Przeglądu Sportowego”), Grzegorz Karpiński (wieloletni aktywista ruchu kibicowskiego i badacz historii Klubu) oraz Robert Piątek (dziennikarz i współtwórca „Naszej Legii”).

Piłkarscy inteligenci znów kopią [RECENZJA]

Kopalnia. Sztuka futbolu nr 3

Tytuł: Kopalnia. Sztuka futbolu nr 3
Autorzy: Rafał Stec, Wojciech Jagielski, Michał Szadkowski, Leszek Jarosz, Michał Zachodny, Manuel Veth, Piotr Żelazny, Michał Okoński, Olgierd Kwiatkowski, Rafał Lebiedziński, Christopher Lash, Maciej Kaliszuk, Mariusz Bielski, Magdalena Żywicka, Michał Trela, Jacek Staszak, Paweł Czado, Artur Szczepanik, Kuba Polkowski, Joanna Wiśniowska, Thomas Dudek, Łukasz Wiśniowski, Mirosław Żukowski, Łukasz Hassliebe.
Wydawnictwo: Kopalnia

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Pomysł na „Kopalnię” jest niezmienny. Futbol może być sposobem na opowiadanie o świecie. To odtrutka na portalozę. Ukojenie dla tych, którzy zastanawiają się czy przeglądając sportowe newsy, nie zostali przekierowani na Pudelka.

Nieregularnik, w przyszłości być może kwartalnik, „Kopalnia”, to polska odpowiedź na „Blizzarda”. – W zamyśle ostatni bastion wielkiego dziennikarstwa. To teksty, które w żadnej gazecie by się nie zmieściły – mówi Piotr Żelazny. Pierwszy, mundialowy numer, wyszedł w maju 2014. Drugi (o którym pisałem tutaj), wydany rok później, traktował o wielkich piłkarskich umysłach. Teraz przyszła kolej na władzę.

Wojciech Jagielski, największa niespodzianka wśród autorów, pisze o Tokyo Sexwale, Południowoafrykańczyku, który przed chwilą walczył o fotel szefa FIFA. Jak na ironię, tekst, w którym piłki jest najmniej, należy do najciekawszych. Życiorys Sexwalego to współczesna historia RPA w pigułce. Droga od więźnia politycznego do multimilionera.

Jeśli lekturę „Kopalni” potraktujemy jako podróż, a potem spojrzymy na mapę, widać, że większość czasu spędzamy na futbolowych peryferiach. Do Niemiec wpadamy na chwilę, bo stamtąd ruszył w świat selekcjoner, który prowadził 18 reprezentacji. Przyglądamy się węgierskiej wsi Felcsút. Jej najsłynniejszy mieszkaniec, Viktor Orbán niecałą dekadę temu stworzył tu akademię, której zespół występuje dziś w ekstraklasie. Śledzimy też losy piłkarzy, którzy którzy trafili do rządu i to na wyższe stanowiska, niż ministra sportu. Islandczyk Albert Guðmundsson wybory prezydenckie przegrał, ale Kacha Kaładze może mieć więcej szczęścia. Polski ślad to m.in. drugie miejsce w lidze Górnika Radlin. Polityczna machina wciągnęła klub na szczyt, a potem zepchnęła w niebyt.

Choć niektóre teksty wydają się mniej odkrywcze, niż w poprzednich numerach, poziom wciąż jest bardzo wysoki. Książkę ogląda się nie gorzej, niż czyta. Są w niej ilustracje, które zapadły mi w pamięć bardziej, niż teksty. „Kopalnia” wydawana jest przez pasjonatów, ale mam nadzieję, że nie tylko dla nich.

P.S.
Jeśli wolicie słuchać, a nie czytać, Piotr Żelazny opowiada o „Kopalni” m.in. tutaj i tutaj.

Kopalnia. Sztuka futbolu nr 3

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Biało-czerwone marzenia. Od rozbitego żyrandola do finałów Euro
Autor: Romek Pawlak
Wydawnictwo: Rebis

Biało-czerwone marzeniaDziewięcioletni Kacper kibicuje reprezentacji Polski. Wraz z coraz lepszą grą w eliminacjach EURO 2016, zadaje swojemu ojcu coraz więcej pytań o polskich piłkarzy i futbol w ogóle. Taki jest pomysł autora, by książka „Biało-czerwone marzenia” trafiła do ucznia pierwszych klas podstawówki. Na tzw. targecie nie testowałem, ale myślę, że wyszło całkiem nieźle.

Od kolejnych meczów eliminacji EURO przechodzimy do sylwetek polskich piłkarzy. Na koniec jeszcze opowieść o czasach, gdy Polska wracała z mundialu z medalami. Całość wydaje się dobrze dostosowana do wieku odbiorcy. Są uproszczenia, ale nie przekłamania. Jakub Błaszczykowski przechodził trudny czas, bo zmarła mu mama. Ani słowa więcej.
Dobre zdjęcia, sporo nawiązań do internetu, nieźle poprowadzona opowieść. Drugoklasista dopytuje chociażby co oznacza RFN i jak można zatrzymać Anglię.

Choć książka może wydatnie pomóc w zainteresowaniu piłką, to na to, czy podczas finałów EURO polskie dzieci zafiksują się na punkcie futbolu, największy wpływ będą mieli piłkarze Adama Nawałki.

Jak Król przegrał królestwo [RECENZJA]

Tytuł: Przegrany. Grzegorz KrólPrzegrany. Grzegorz Król
Autor: Paweł Marszałkowski, Maciej Słomiński
Wydawnictwo: Czerwone i Czarne, 2016

Fala przyszła z Anglii, wśród polskich piłkarzy to trzecia taka autobiografia. Andrzej Iwan, Igor Sypniewski, teraz Grzegorz Król. Piłkarz z tej trójki najsłabszy, ale z historią godną opowiedzenia.

Zaczęło się od 50 zł. Tyle postawił podczas pierwszej wizyty w kasynie. Miesiąc później nie potrafił myśleć o niczym innym, niż ruletce. W wieku 21 lat był hazardzistą. Po wyjazdowym meczu działacze Amiki potrafili wypłacić premie jeszcze pod stadionem rywali. Zanim autokar dojechał do Wronek, Król przegrał w karty 15 tysięcy premii i drugie tyle, pożyczone od kolegów.

– To, że wszystko przegrasz i przepijesz, to wiem. Ale kup sobie jedną działkę rocznie – mówił mu trener Jacek Grembocki. Chodziło o 15 tysięcy rocznie.

Nie udało się, Król przegrał wszystko, ok. 3 miliony zł. Kiedy we Wronkach co miesiąc na konto wpływało 50 tys. zł, jeszcze się jakoś trzymał. Potem już tylko się staczał. Alkohol, rozwód, nadwaga, oszukiwanie wszystkich wokół. Ostatniego gola w ekstraklasie Grzegorz Król strzelił w wieku 24 lat. W 2013 roku został trenerem piątoligowego klubu. Zawalił tę szansę, jak wszystkie inne. To, że jest zwolniony, dotarło do niego po stu godzinach alkoholowego ciągu.

Treść i forma książki nie są odkrywcze, ale czyta się ją dobrze. Paweł Marszałkowski i Maciej Słomiński spisali opowieść Króla bez zbędnych udziwnień. Konstrukcja jest dość jednostajna, ale książka jest krótka, czytelnik nie zdąży się znudzić. Co ciekawe, wspomnienia przeplatane są tekstami napisanymi na użytek terapii w ośrodku terapii uzależnień.

Wiele z tych historii jest naprawdę wstrząsających. Kiedy Król miał zawieźć pieniądze, które znajomy potrzebował do kupna samochodu, dojechał tylko do kasyna. Przegrał wszystko. Tak samo, jak 10 tys., którymi miał zapłacić za wykupienie swojej karty zawodniczej. Zamiast na spotkanie na spotkanie w PZPN-ie dojechał tylko do kasyna w Mariocie. Potem były pożyczki od lichwiarzy i ludzi z miasta.

Skoro to wspomnienia piłkarza, to muszą być anegdoty. Mamy więc tradycyjne u byłych piłkarzy Amiki rozjeżdżanie Stefana Majewskiego. Okazuje się też, że klęczący przed wejściem na Vicente Calderon Czesław Michniewicz, jednak się nie modlił, jak powiedział komentator. Przerażony awaryjną zmianą, sikał na ławce rezerwowych.

W wywiadach Król opowiada, że wielu bardziej znanych piłkarzy mogłoby się podzielić jeszcze bardziej wstrząsającymi historiami. – Są reprezentanci, którzy przegrali o wiele więcej, niż ja – opowiada. Po „Spalonym”, „Zasypanym” i „Przegranym”, nikt temu nie zaprzeczy.

PS.
Grzegorz Król nie wygląda tak źle, jak na okładce książki. Za tę kreację, plus dla wydawcy. Króla można zobaczyć i posłuchać m.in. tutaj.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Sport w Zakopanem w okresie dwudziestolecia międzywojennegoSport w Zakopanem w okresie dwudziestolecia międzywojennego
Autor: Maciej Baraniak „Kubów”
Wydawnictwo: Novae Res, 2015

Pierwsze sportowe skojarzenie z Zakopanem jest oczywiste – narciarstwo. Pierwsze zawody w skokach, na Kalatówkach, rozegrano w 1910 roku. Ustanowiony cztery lata później rekord skoczni, wyniósł 15 metrów. Na jednej z kolejnych konstrukcji, w Jaworzycach, zawodnicy nie chcieli startować. Większość skoków kończyła się upadkiem. Rozbieg był tak zbudowany, że wystrzeliwał zawodnika w górę. Lądowało się niemal pionowo. Ważne dla historii Zakopanego zawody, Narciarskie Mistrzostwa Świata FIS w 1929 roku, rozegrano już na Wielkiej Krokwi.

Słabo w mieście przyjęła się piłka nożna. Pierwszy kłopot – boisko. Z powodu dużego rozdrobnienia działek i faktu, że większość mieszkańców utrzymywała się z rolnictwa na lichej ziemi, piłkarze nie mieli gdzie grać. W 1930 zespół RKS-u Giewont zaprosił dwa zespoły z Krakowa. Wyniki towarzyskich meczów z Cracovią i Wisłą mówią wszystko – 0:21 i 2:16. Rok później Giewont zbankrutował. Mniejsze problemy niż z boiskiem piłkarskim, były ze stworzeniem toru dla saneczkarzy. Z niego, za opłatą, mogli korzystać także amatorzy.

W 1933 roku w Zakopanem odbyła się I Zimowa Makkabiada. Wystartowało 8 reprezentacji, w tym drużyna z Wolnego Miasta Gdańska. W Polsce istniało 20 żydowskich klubów, w których uprawiano sporty zimowe. Na zakończenie wzorowanej na igrzyskach imprezy, odegrano hymny Polski i Hatikwę, dziś hymn Izraela.

Autor, Marciej Baraniak „Kubów”, jest naukowcem. Książka jest bardzo dobrze wydana, ma świetne ilustracje (polecam m.in. zdjęcia bobslejów z międzywojnia), ale ciężko przez nią przebrnąć. Wszystko o formie mówi pierwsze zdanie: „Po raz pierwszy nazwa „Zakopane” pojawiła się w dokumencie Zygmunta II Wazy z 20 kwietnia 1630 roku”. Dla badacza tematu to pewnie dobre powitanie czytelnika. Kibic sportu raczej skrzywi. O ile duża ilość przypisów i bogata bibliografia, działają na korzyść, to styl mógłby być mniej formalny. Jeśli rozpatrywać tę pozycję, jako książkę na półkę w księgarni, a nie do uniwersyteckiej biblioteki, to brakuje wspomnień, wypowiedzi. Niektóre z tych, które są w książce, pokazują niewykorzystany potencjał. Franciszek Bujak tak opowiadał o starcie na igrzyskach olimpijskich w Chamonix w 1924 roku:

„Na jednej z wystaw sklepowych zobaczyliśmy przy nartach smarowidła. Nigdy dotąd o nich nie słyszeliśmy. (…) Zobaczyliśmy też po raz pierwszy, że do biegów narciarskich, są specjalne narty, buty i wiązania. (…) W Chamonix sami szukaliśmy tras, skoczni, błąkając się po obiektach. Przed skokami do kombinacji, chcieliśmy potrenować na skoczni. Nie mogliśmy jej znaleźć. Wreszcie jest! (…) Po namyśle zdecydowałem się na trening. Przy drugim skoku, już na samym dole, upadłem. Ledwo dowlokłem się na kwaterę. O skokach w konkursie otwartym nie było już mowy”.

Klasyka gatunku zza Odry [RECENZJA KSIĄŻKI]

Tytuł: Tor! Historia niemieckiej piłki nożnej
Autor: Ulrich Hesse, tłumaczenie Piotr Żelazny
Wydawca: Kopalnia

Jak na 300 stronach zmieścić ponad sto lat historii futbolu w kraju czterokrotnych mistrzów świata? Trudne zadanie. Oprócz historii piłkarskiej trzeba wspomnieć o tym, w jakich czasach grały kolejne pokolenia – od cesarstwa do wchłonięcia NRD przez RFN. W kilku epokach radzić sobie musiał Sepp Herberger, centralna postać książki Ulricha Hesse. Kiedy zaczynał kopać piłkę, rządził Wilhelm II Hohenzollern. Jako selekcjoner ściągał piłkarzy z frontu II wojny światowej, potem w eliminacjach mundialu grał z reprezentacją Saary. Mistrzostwo świata z 1954 roku to najbardziej doniosłe wydarzenie, które opisuje Hesse. Opowieść o Herbercie Zimmermannie, komentującym „Cud w Bernie” w niemieckiej telewizji, to piękna klamra spinająca tę naprawdę udaną książkę.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Uli Hesse zdecydował się na jej napisanie po rozmowie z angielskim reporterem, który nie wiedział, że niemieckie kluby nie są w prywatnych rękach, Bayern nie był jednym z założycieli Bundesligi, a w 1954 roku mistrzostwo świata zdobyli amatorzy. „Tor!”, książka napisana z myślą o brytyjskim rynku, stała się na Wyspach hitem. Dwa lata temu, 12 lat po premierze, wydała ją w Polsce Kopalnia Marka Wawrzynowskiego i Piotra Żelaznego, który jest tu również tłumaczem.

Niemiecki autor sprawnie poradził sobie z wyborem najważniejszych wątków. Zaczynamy od wyjaśnienia nazw niemieckich klubów. Potem historia się rozkręca. Wbrew pozorom niemało tu skandali, także korupcyjnych. Niemcy lat 70. to Bayern i Borussia Mönchengladbach. Franz Beckenbauer i Günter Netzer. Po nich przyszedł czas na pokolenie piłkarzy, o których mówiono, że mają zrogowaciałe łydki, bo cały czas robili wślizgi. Nudna, ale skuteczna generacja zawodników z lat 90. została zastąpiona przez kadrę Joachima Löwa. Tę rewolucję rozpoczął Jürgen Klinsmann. Hesse z pasją pisze m.in. o piłkarzach z polskimi korzeniami w Schalke i mundialu w 1974, gdzie najciekawszym wątkiem było załamanie nerwowe Helmuta Schöna po porażce z NRD. Na angielskim, najbardziej wymagającym rynku książek piłkarskich, „Tor!” nieustannie wymieniany jest wśród najlepszych historycznych pozycji.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Tytuł: Niepokorny
Autorzy: Steffan Effenberg, Jan Mendelin, tłumaczenie Maciej Szmigielski
Wydawca: Duch Sportu, 2014

Moda na piłkarskie biografie doprowadziła do odkopania książki Stefana Effenberga. Za Odrą wydano ją w 2003 roku, w Polsce 11 lat później. Przez ten czas w zawodowym życiu Effenberga nic się nie wydarzyło – ostatni rok kariery spędził w Katarze, potem zgodnie z zapowiedziami przeniósł się na Florydę, gdzie, co zaskakujące, prowadził ciche życie. Do czasu, gdy w październiku został trenerem grającego w Bundeslide Paderborn.

Książkę napisano prosto i to jej największy problem. Jest równie wyrafinowana jak niemiecki futbol z lat 80. i 90. Effenberg opowiada o o meczach dla Borussi Mönchengladbach, Bayernu, Fiorentiny i Wolsfsburga. Przez 1/3 książki opisuje początki związku z drugą żoną Claudią, wtedy małżonką byłego kolegi z Bayernu i reprezentacji – Thomasa Strunza.

Są anegdoty, historie skandali i podszczypywanie kolegów z boiska, choćby Lothara Matthäusa. Okazuje się, że przegrany przez Bayern finał Ligi Mistrzów w 1999 to w dużej mierze wina 150-krotnego reprezentanta Niemiec, który dał się ściągnąć z boiska. Swoje za uszami mają też Beckenbauer i Rumenigge. Na boisku sprawa jest prosta – jak gra Effenberg, to jest dobrze. Jak go brakuje, to przychodzą porażki. Gorsi od kolegów z szatni, trenerów i agentów, są tylko ludzie czyhający na jego fortunę – kobieta z klubu nocnego, z którym musiał pójść na sądową ugodę i facet, z którym szarpał się na ulicy. A kiedy policja zabrała mu prawo jazdy, to alkomat wcale nie wykazał tak dużo, niecały promil. A wyrzucenie z mundialu to już w ogóle była hucpa.

Dotarłem do końca. W obliczu setki nieprzeczytanych książek sportowych na półce, był to błąd.

Jak Tyson znokautował Michalczewskiego [RECENZJE]

Tytuł: Mike Tyson. Moja prawda
Autor: Mike Tyson, Larry Sloman, tłum. Jakub Małecki
Wydawnictwo: SQN, 2015

Jeszcze jako mistrz świata, Mike Tyson nie wierzył, że dożyje 30. urodzin. Większości jego znajomych z Brownsville ta sztuka się nie udała. Czytając jego autobiografię, trzeba przyznać, że zrobił niemal wszystko, by pójść ich śladem.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Z ojcem, który jak mówił, znał się na Biblii i byciu alfonsem, miał kontakt sporadyczny. Matka głównie piła. Kiedy w wieku 13 lat Mike Tyson trafił do poprawczaka, miał za sobą kilka lat przestępczej kariery. Nieustanne kradzieże, napady z bronią i oczywiście narkotyki. Życie uratował mu Cus D’Amato. Słynny trener na taki diament czekał całe życie. Tyson został najmłodszym mistrzem świata wagi ciężkiej. Od tamtego czasu boks interesował go coraz mniej.

2005 rok, Tyson przerywa walkę z Kevinem McBride i nie wychodzi do 7. rundy. To 3 porażka w ostatnich 4 walkach. Wszyscy wiedzą, że jeden z najbardziej ekscytujących pięściarzy w historii, więcej już nie wystąpi. Rozmówki na ringu, tuż po werdykcie, są zwykle szarpane i dotyczą samej walki. Tyson był spokojny i żegnał się z ringiem. – Od początku walki czułem, że tego nie chcę. Nie mam już do tego serca. Walczę w zasadzie już tylko, by opłacić rachunki. Nie jestem już tym zwierzęciem. Prawdopodobnie więcej już nie będę boksował. Nie chcę odzierać boksu z szacunku. Od 1990 roku nie kocham tego sportu – mówił.

Wydaje się, że w swoim najlepszym okresie był nie do pokonania. Jego najsłynniejsze porażki kojarzy nawet niedzielny kibic boksu. Przed walką z Busterem Douglasem niemal nie trenował, był wykończony, uganianiem się za japońskimi pokojówkami. Evanderowi Holyfieldowi odgryzł kawałek ucha a przed starciem z Lennoksem Lewisem nie przestał brać narkotyków aż do samego dnia walki.

Larry Sloman, który spisał wspomnienia „Żelaznego Mike’a” napisał jedną z najciekawszych sportowych biografii. To historia dzieciaka wyrwanego z getta, który jeszcze jako nastolatek był multimilionerem. Potem stał się seksoholikiem, skazanym za gwałt przestępcą, narkomanem, stałym gościem gabinetów psychiatrów i bankrutem. Przepuścił ponad 300 mln dolarów, które zarobił na ringu. Historie, które opowiada, to najbardziej pokręcone sportowe anegdoty, jakie czytałem. Jeśli porównamy poziom samozniszczenia, który przez lata uprawiał Tyson, do innych sportowców, to George Best w ogóle nie powinien się brać za pisanie książki. Szkoda papieru. Historie Tysona niszczą swoją brutalnością inne sportowe wspomnienia, jak „Bestia” swoich rywali za najlepszych lat.

Mike Tyson przeżył więcej, niż stu zwykłych śmiertelników. O swoim życiu opowiedział szczerze i obszernie. To autobiografia, przy której czytelnik nie raz pokręci głową z mieszanką niedowierzania i przerażenia.

– Przed każdą walką musisz patrzeć rywalowi w oczy, ale to tylko stwarzanie pozorów. Tak naprawdę czujesz energię przeciwnika, która bije z jego wnętrza, a potem wracasz do swojego narożnika i myślisz: „O kurwa” albo „Co za cipa” – pisze.

Czytając jego autobiografię, dużo bliżej jest się tego pierwszego stwierdzenia.

Tytuł: Tiger. Bez cenzury
Autor: Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki
Wydawnictwo: Agora 2015

Na księgarnianych półkach pojawia się mnóstwo wywiadów rzek, ale stosunkowo rzadko ich bohaterami są sportowcy. Z Dariuszem Michalczewskim rozmawiali Maciej Drzewicki i Grzegorz Kubicki, dziennikarze trójmiejskiego oddziału „Gazety Wyborczej”. Co ciekawe, rok temu wydano wspomnienia Michalczewskiego „Tiger to ja”.

W podróż wyruszamy z bloku na gdańskim Przymorzu. Z domu, w którym zmagający się z rakiem ojciec, trzymał wojskową dyscyplinę. Na ścianie pokoju, który bokser dzielił z siostrą, wisiał plakat Scorpionsów. Tych samych, z którymi już jako uznany pięściarz, kumplował się w Hamburgu.

Niemcy i zachodnie życie, śniły mu się po nocach. W 1988 roku utalentowany zawodnik Czarnych Słupsk urwał się podczas zgrupowania w Karlsruhe. Dość szybko zaczął boksować dla Niemiec i przeszedł na zawodowstwo. Przez 9 lat był mistrzem świata wagi półciężkiej WBO. Królował w Europie, na świecie najlepszy był wtedy Roy Jones Junior. – To tylko gdybanie, ale myślę, że bym go lewą ręką wyrolował, zmógłbym go tą moją podwójną gardą, krótkim dystansem. (…) Nie mówię, że by mi pasował, co to to nie, to był przecież mistrz świata, przechuj. Ale walka byłaby świetna. No dobra – myślę, że bym go rozjechał – mówi Tiger.

Wtedy był królem Hamburga. Kiedy w 2000 roku spowodował wypadek, „Bild” pisał o tym na okładce przez trzy dni z rzędu. Ciekawie opowiada o relacjach z trenerem, promotorem oraz znajomościach z restauratorami, sportowcami i artystami, hamburskiej elicie. Sporo mówi też o kobietach, w tym kolejnych żonach. Jak sam przyznaje, to jeden z jego ulubionych tematów. – Mam fajne życie, trudno byłoby wymyślić lepsze – mówi. To zadowolenie i optymizm, przebijają z niemal każdej strony. Michalczewski patrzy na wszystko pozytywnym okiem, przeciwności się nie boi. Zawsze dawał sobie radę. O tym, że prawdziwe interesy robi się po zakończeniu kariery, mówił mu już Max Schmeling. Teraz rozkręca kolejne firmy i fundacje.

Wywiad rzeka z Michalczewskim to niezła pozycja. Jej największy problem polega na tym, że nie może konkurować z książkami, które w kategoriach pozycji sportowych są wybitne. A tak oceniam inne głośne książki o boksie – autobiografię Tysona i wydaną niewiele wcześniej biografię Muhammada Alego Thomasa Hausera. W tym starciu Michalczewskiemu nie pomógł nawet jego lewy prosty.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Co zrobił Piechniczek [RECENZJA]

Tytuł: Piechniczek. Tego nie wie nikt
Autor: Paweł Czado, Beata Żurek
Wydawnictwo: Agora 2015

O Kazimierzu Górskim powstało wiele książek, a o Antonim Piechniczku nikt wcześniej nie napisał. Do teraz.

Więcej recenzji książek sportowych na blogu w tej kategorii.

Dostałem to, czego oczekiwałem. Dobrą, śląskocentryczną opowieść, w której główny bohater wcale nie dominuje. To dobra książka, bo nie jest biografią trenera, który zajął trzecie miejsce na mistrzostwach świata. Paweł Czado w swoich tekstach w katowickiej „Gazecie Wyborczej” i na blogu, zawsze wraca do piłkarskiej historii Śląska. Jeśli więc w 1959 roku Piechniczka, wtedy piłkarza Zrywu Chorzów, zauważa Ewald Cebula, to nie kończy się na krótkiej wzmiance, kim był ówczesny trener reprezentacji juniorów. Dowiadujemy się, że Cebula grał m.in. w słynnym meczu z wicemistrzami świata Węgrami, który na cztery dni przed wybuchem wojny Polska wygrała 4:2. Walczył jako żołnierz Wehrmachtu, zdezerterował i zgłosił się do armii Andersa. We Włoszech dostał propozycję gry w rzymskim Lazio.

W Ruchu trenerem Piechniczka był Teodor Wieczorek. W czasie wojny grał wGermanii Königshütte, czyli AKS-ie Chorzów. W 1945 roku w radzieckim obozie jenieckim pod Hawelą spotyka Gerarda Cieślika. Obaj trafiają tam, jako żołnierze Wehrmachtu. Wieczorek zna rosyjski, wstawia się za Cieślikiem, który jest na liście wywózki do łagru. Strzelca dwóch goli w meczu ze Związkiem Radzieckim Piechniczek często widzi na swoim podwórku. Każde z kopiących piłkę dzieci chce się popisać przed łącznikiem Ruchu. Ten bajtle ignoruje.

Punktem wyjścia jest mundial w Hiszpanii. Właściwa opowieść zaczyna się na Śląsku. Na pierwszy mecz Piechniczka zabiera babcia. 1948 rok, Ruch gra z Polonią Warszawa. Jedziemy do Warszawy, na Opolszczyznę, wpadamy do Francji, potem zaglądamy do Tunezji i na Bliski Wschód. Poznajemy innego Piechniczka, niż ten, który Piotrowi Żelaznemu opowiada w drugiej „Kopalni” o polskiej myśli szkoleniowej. Nie tego, który wsadził Waldemara Fornalika na stanowisko selekcjonera. Widzimy człowieka, który spoglądając na góry z tarasu domu w Wiśle, wie, że na swoją pozycję długo i ciężko pracował. Trenera, który miał swoje zasady. Większość z osób, z którymi jako Piechniczek ścierał się przez lata, dziś przyznaje mu rację. Inni, jak kilku olimpijczyków z Barcelony, nie chciało opowiedzieć o reprezentacji z lat 1996-97.

Książka jest estetycznie wydana, z archiwalnymi, dobrze podpisanymi zdjęciami, bibliografią i aneksem pełnym statystyk. Można sprawdzić ile razy Antoni Piechniczek grał w Wałbrzychu albo kto strzelił gola w grudniu 1992, gdy jego Zjednoczone Emiraty Arabskie grały z Kuwejtem.

Książka Czado i Beaty Żurek to reportaż, trochę przypomina „Wielki Widzew” Marka Wawrzynowskiego i „Srebrnych chłopców Zagórskiego” Marka i Łukasza Ceglińskich. Powstała za zgodą bohatera, ale nie ma go w niej za dużo. Są anegdoty, zapadające w pamięć szczegóły i świadectwa epoki. Wiemy, kto skakał sobie do oczu w przerwie meczu mistrzostw świata, jaki klub podarował zagranicznym rywalom kryształ wielkości człowieka, kto do dziś ma do Piechniczka pretensje o pominięcie w składzie, dlaczego codzienne wstawanie na mszę może pomóc przed maturą oraz jak mocno wiatr przechyla maszty oświetleniowe stadionu Ruchu Chorzów. Wiemy też, jak żył człowiek, który zapisał się w historii polskiej piłki.

Tytuł: Futbol i statystyki
Autorzy: Chris Anderson, David Sally
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2014

Charles Repp w latach 1953-67 przeanalizował 2200 meczów. Wyliczył, że w sporcie, w którym jest 400 przejęć piłki w meczu, szczęście to połowa sukcesu. Skoro szanse na celne podanie są podobne, jak przy rzucie monetą i przy każdym kolejnym podaniu spadają, to drogę do bramki trzeba skrócić. Należy grać długą piłkę, bo to taktyka najbardziej efektywna.

Amerykańsko-niemiecki duet autorów książki „Futbol i statystyki” ma doświadczenie w pracy w zawodowym futbolu. Wychodzą od historii podpułkownika Reppa i przez teorię dochodzą do wniosków. Rysują wykresy i atakują cyframi. Liczą sami i podpierają się cytatami. Przytaczają m.in. badania, z których wynika, że zawodnicy z krajów, które mają poważne wewnętrzne problemy, są bardziej brutalni na boisku. Ale przykłady są tylko dwa – w badanym okresie częściej kartkami karani byli piłkarze z Izraela i Kolumbii. Policzono nawet najbardziej dogodne momenty na kolejne zmiany – to 58., 73. i 79. minuta.

Książkę czyta się ciężko, jest nierówna. O ile początek jest dość wciągający, to przez niektóre rozdziały trudno przebrnąć. Dużo liczb wykorzystano do udowodniania oczywistych tez. Cały wątek o powodach porażki André Villasa-Boasa jest zupełnie nieprzekonywujący. Wybiórcze przykłady dobierane tak, by wyjaśnić dane zjawisko. Im bliżej końca, tym trudniej do niego dotrzeć. „Futbol i statystyki” czyta się ciężko. Po dodarciu do ostatniej strony nie poczułem, że ten trud został wynagrodzony. Zainteresowani piłkarskimi statystykami powinni sięgnąć po „Soccernomics” Simona Kupera i Stefana Szymanskiego.